Archiwa tagu: Wietnam

Tęsknota

– Robi się coraz chłodniej. Nakryję cię kurtą, nie będziesz marzł – mówi kobieta w kadrze i zdejmuje z siebie wierzchnie okrycie. Po czym kładzie je na ziemi, pod którą złożono trumnę z ciałem jej syna. To jeden z najbardziej wzruszających momentów filmu dokumentalnego HBO pt.: „Cmentarz Narodowy w Arlington: Kwatera numer sześćdziesiąt”.

Arlington to gigantyczna nekropolia, na terenie której pochowano niemal 400 tys. osób, głównie żołnierzy i weteranów wszystkich amerykańskich wojen. W kwaterze oznaczonej numerem „60” znajdują się groby poległych w Iraku i Afganistanie.
– Przybył kolejny rząd nagrobków – zauważa jeden z bohaterów filmu.
– Będą kolejne – dodaje inny.

Były. Film powstał w 2007 roku – w czasie, gdy siłom zbrojnym USA udało się znacznie ograniczyć skutki działalności irackich rebeliantów, ale zarazem przed dramatycznym nasileniem walk, do jakiego doszło w Afganistanie w latach 2008-2012.
Zresztą, wojna u podnóża Hindukuszu trwa dla Amerykanów po dziś dzień…

„Cmentarz Narodowy…” opiera się o prosty pomysł – kamera towarzyszy rodzinom odwiedzającym groby bliskich. Matki opowiadają o synach, żony o mężach, dzieci o ojcach. Brat wspomina brata. Zwyczajne historie, które łączy wspólny mianownik – tęsknota. Czasem tak dojmująca, że ojca jednego z poległych zmusza do wielogodzinnego leżenia przy grobie syna.
– Zasnąłem – mówi ów mężczyzna. – Często zasypiam – dodaje. Oczy ma wąskie, opuchnięte – znać po nim niedawny sen i płacz.
– Zbliża się siedemnasta, za chwilę każą nam opuścić cmentarz – martwi się młoda wdowa.
– Słyszałam, że dziś możemy być do osiemnastej – odpowiada jej koleżanka, także wdowa.

Arlington kojarzymy z niekończących się rzędów białych nagrobnych płyt. Gdy groby wizytują rodziny, pojawiają się kwiaty, zdjęcia, narodowe flagi. No i maskotki, przynoszone przez sieroty. Niektóre z tych dzieci nie miały nawet szansy poznać swoich ojców i matki.

– Znów kogoś chowają – zapowiada jakiś głos z offu. Kamera wędruję w miejsce ceremonii. Są galowo ubrani żołnierze, jest honorowa salwa, żałobna melodia odegrana trąbką. I najbliżsi poległego – matka z trwałą na głowie, ojciec z sumiastym wąsem, siostry (kuzynki?), jakieś młodziutkie dziewczęta i młodzi chłopcy. Biali, więc nie sposób oprzeć się wrażeniu, że taki pogrzeb mógłby się odbywać gdziekolwiek indziej. Na przykład w Polsce.

Kolejne ceremonie unaoczniają amerykańską wieloetniczność, zarazem pokazując to, co wspólne dla wszystkich sfilmowanych pogrzebów. I dla miażdżącej większości osób, którym kamera towarzyszy podczas wizyt na grobach najbliższych. Zabici żołnierze pochodzili ze zwykłych rodzin, klasy pracującej, w najlepszym razie aspirującej do grona „średniaków”. Tym samym „Cmentarz Narodowy…” potwierdza starą jak świat prawdę: że wojny wywołują bogaci i wpływowi, giną zaś na nich ci najbiedniejsi. Których śmierć wcale nie oznacza końca dramatu, bo po wszystkim pozostaje jeszcze cierpienie najbliższych.
– Mąż tej kobiety zginął w Wietnamie – słyszymy w pewnym momencie kolejną opowieść. – Minęło czterdzieści lat, a ona wciąż tu przychodzi. I tęskni…

Adaptacja

– Ruski czy nasz? – zastanawiał się ukraiński sanitariusz, wskazując palcem niewielki obiekt na niebie. Pytanie nie wymagało odpowiedzi – bo i skąd miałem ją znać? – ale mimowolnie pokręciłem głową, mówiąc, że nie mam pojęcia. Tymczasem Ukrainiec uznał, że chyba jednak nie „nasz” – i wysunął dłoń przed siebie w geście uchodzącym za wulgarny. Uśmiechnąłem się. Nie była to „moja” wojna, nie było we mnie tylu emocji, którymi napędzali się ukraińscy żołnierze. Niemniej i ja „poczęstowałem” wiszący nad nami dron fakiem. Dla większego efektu wytknąłem jeszcze język – tak mocno, jak tylko się dało. Kilka godzin wcześniej przeklinałem wszystko, co ruskie, przygwożdżony do podłogi przez wyjątkowo natrętnego kaemistę.

Wkrótce zrobiło się ciemno, a ja poszedłem za potrzebą. Gdy wracałem do budynku, w którym miałem swój śpiwór i polowe łóżko, w jednej chwili usłyszałem świt i poczułem za plecami wybuch. Wbiegłem przez szerokie wejście do środka, śmiejąc się wariacko. Miał to być zuchwały uśmiech – i tak pewnie brzmiał – lecz w istocie była to nerwowa reakcja przerażonego ciała. Artyleryjski pocisk upadł naprawdę blisko; kilka sekund różnicy i wystawiłbym się na podmuch z niezliczoną ilością odłamków.

A potem przyszło to, czego nie znałem. Do tej pory relacjonowałem wojny antypartyzanckie, w których właściwie nie używano artylerii. Tu, w Szyrokino, naprzeciw siebie stanęły dwie armie, wyposażone w niemal wszystko, co ludzkość wymyśliła, by móc się wzajemnie unicestwić. I choć formalnie obowiązywało porozumie przewidujące wycofanie z frontu najcięższego uzbrojenia, walczący mieli je w dupie. Tak, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłem i poczułem, czym jest artyleryjska nawała – z perspektywy osoby, która znajduje się pod ogniem.

Tamci walili przez kilka następnych godzin. Budynek, w którym się schroniliśmy, drżał w posadach; chwilami miałem wrażenie, że zwali nam się na łby.

– To przez ten twój wytknięty język – medyk miał poważną minę, lecz zaraz wykrzywił usta. W tym momencie poczułem, że ściskający szyję strach zaczyna ustępować. Jakieś dwie godziny później, mimo trwającego ostrzału, byłem już na tyle spokojny, że wsunąłem się w śpiwór i zasnąłem.

Rano miałem siwą głowę – od tynku spadającego z sufitu. I gardło tak podrażnione, jakbym całą noc zajadał się szklaną watą. Przede wszystkim jednak potrzebowałem kofeiny. Znalazłem kawę, czajnik, wrzątek – po kilku minutach, z parującym kubkiem w dłoni, wyszedłem z budynku. Przed wejściem, na ławeczce, siedział już niezawodny paramedyk. Uśmiechnął się i wskazał ręką miejsce koło siebie.

– Znów im się nie udało – skomentował nocne wysiłki donbaskich „górników, hutników i budowlańców”. – Żyjemy.

Rozejrzałem się po okolicy. Księżycowy krajobraz wokół dowodził, że „tamci” – choć nieskutecznie – podeszli do sprawy ambitnie. Wzdrygnąłem się.

Ale też świeciło cudowne słońce, a siedzące na poharatanych drzewach ptaki śpiewały tak ładnie. No i ta kawa, pieszcząca nozdrza mocnym, czekoladowym (!) aromatem. Było mi naprawdę dobrze…

—–

„Przywykliśmy” – zapewnia weteran, dziś starszy już mężczyzna. „Inaczej człowiek by zwariował” – dodaje po chwili. On i jego koledzy – ale też dawni wrogowie – w jednym z odcinków „Wietnamskiej wojny” opowiadają o mechanizmach adaptacyjnych, pozwalających żołnierzom przetrwać trudy wojennej rzeczywistości. Obejrzyjcie ten serial, jest na Netfliksie. Ja oglądałem wczoraj, przypadek chciał, że dokładnie trzy lata po opisanej wyżej historii.

—–

Szyrokino, pozycje wojsk ukraińskich, lipiec 2015/fot. Dariusz Prosiński