Archiwa tagu: wojsko polskie

Dziennik

Koniec lipca 2011 roku, w Afganistanie już od czterech miesięcy operuje IX zmiana Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Jej trzon stanowi 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana. Jedna z najlepszych w Wojsku Polskim.

Po całej serii starć i ataków przy użyciu min-pułapek, w komponencie bojowym kruszy się morale. Sypią się wnioski o wcześniejszą rotację do kraju. Tak tę sytuację wyjaśnia Jacek, dowódca jednego z Rosomaków:

Jak się ostatnio okazało, nie wszyscy żołnierze, którzy tu przyjechali, chcieli tu być. Przykład to starszy kapral, który zastąpił zrotowanego kilka tygodni temu naszego kolegę „Marszala”. Wysłany został, jak mówi, „na siłę”, chociaż jeszcze w kraju wyraźnie podkreślał i zgłaszał, gdzie tylko mógł, że jechać nie chce. Dlaczego więc pojechał? Dlatego, że pozytywnie przeszedł badania lekarskie.

Badania, które są wyrocznią wszystkiego możliwego. Badania, o które swego czasu też rozpętała się niezła wojenka. Każdy żołnierz, który chce lub który ma jechać na misję, przechodzi tzw. TWKL-kę (Terenową Wojskową Komisję Lekarską). To cykl badań wykonywanych u kilkunastu lekarzy specjalistów, kończący się okazaniem wszystkich wyników „szanownej komisji”. Komisja stwierdza, czy żołnierz może, czy nie może wyjechać za granicę.

To, co działo się w okresie od grudnia ubiegłego roku do momentu naszego wylotu, było ogromnym nieporozumieniem. Żołnierzy mocno zmotywowanych, takich, którzy chcieli lecieć, komisja często „uwalała”. Nie dlatego, że chcieli konieczne lecieć, lecz dlatego, że komisja za punkt honoru postawiła sobie mieć czyste sumienie i dopuszczać tylko kandydatów całkowicie zdrowych. No i „uwalali” ludzi, a to za wysoki poziom cholesterolu, a to za krzywy wykres EKG. W pierwszych miesiącach komisję pozytywnie przechodził zaledwie niewielki procent chętnych. Pamiętam dobrze, że większość jeżdżących ze mną na badania osób została za pierwszym razem odrzucona z wpisem „niezdolny”. Tak samo było z kolegą, z którym na co dzień mieszkam w wojskowym internacie. Podobnie byłoby i ze mną, kardiolog bowiem po wykonaniu EKG napisał na kwitku przerost czegośtam. Myślę, że gdyby nie wykonane prywatnie echo serca, i późniejsze przedstawienie wyniku tego badania szanownej komisji, też bym teraz siedział w Polsce.

Pod koniec przygotowań do misji, gdy okazało się, że odrzucono za wiele osób i są ogromne braki, nie wiem, po czyjej interwencji, lecz nagle komisję zaczęły przechodzić prawie wszyscy. Pchani w pośpiechu na siłę, byle tylko nasza 9. zmiana pojechała w komplecie. No i mamy teraz ludzi z przypadku (oczywiście nie wszystkich) (…). To oni chcą się rotować. A gdzie są dobrze wyszkoleni specjaliści, chętni to pokazania tego, co potrafią? Gdzie ta „Elitarna 17 Wielkopolska Brygada” (taki napis znalazłem kiedyś na wiszącym w sztabie kalendarzu)? Została w kraju. Z rzekomo wysokim cholesterolem.

Gorzkie? Owszem – i prawdziwe. Relacja Jacka to część dziennika, który prowadził przez całą IX zmianę. Obraz misji, jaki się w nim rysuje, odbiega od tego, co przez lata serwowały nam wojskowe służby prasowe. Ale nie tylko dlatego trudno się od tej lektury oderwać. Jackowy dziennik pokazuje nam Afganistan z perspektywy podoficera jednej z kompanii bojowych – trudno o lepszy dokument wojenno-misyjnej codzienności.

Dlaczego o tym wspominam?

Jacek – już po powrocie do kraju – zaproponował mi opracowanie swoich zapisków. Tuż po jego tragicznej śmierci z tą samą prośbą zwróciła się do mnie jego Mama. Dziś przyszedł czas zabrać się za to honorowe zobowiązanie.

Niebawem napiszę więcej o tym nowym, książkowym projekcie.

—–

Nz. kolumna wozów RCP, prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski. Zdjęcie pochodzi z albumu „Polski Afganistan”.

„Maciek”

Podczas niedawnej dyskusji na temat Kuklińskiego, jeden z internautów zapytał mnie, jak oceniłbym Polaków wcielonych do Wehrmachtu, którzy zdezerterowali do polskich oddziałów na  Zachodzie. „Uznałby ich pan za zdrajców?” – prowokował młody człowiek.

Odpowiedziałem, że nie da się porównać ludowego Wojska Polskiego z Wehrmachtem (wiedza, wiedza, wiedza!), że w dezerterach nie widziałbym zdrajców, oraz że miałem w rodzinie krewnych, którzy dokonali takiego czynu. Co między moimi bliskimi uchodziło za powód do dumy.

Na tym skończyłem ów wątek, ale dziś chciałbym go pociągnąć.

Jednym ze wspomnianych krewnych był brat mojej Babci. Gdy byłem wczesnym nastolatkiem, poznałem trochę szczegółów na temat jego ucieczki z armii niemieckiej – w szeregi której, jak wielu Pomorzaków, został przymusowo wcielony – do oddziałów Maczka.

Wuj, wówczas już bardzo schorowany, opowiadał o tym niechętnie. A w pewnym momencie zupełnie się zablokował. Aby zdezerterować – razem z jeszcze jednym Polakiem – musieli zabić trzech swoich kolegów, etnicznych Niemców. Brat Babci nawet po latach miał z tego powodu poczucie winy.

Nie rozumiałem tego.

– Przecież zabili Niemców – stwierdziłem.

– A Maćka byś zastrzelił? – spytała wówczas Babcia, mając na myśli mojego podwórkowego kompana.

– No jakby był Niemcem, to tak – odparłem. O ile dobrze pamiętam to zdarzenie, byłem wtedy całkowicie pewien swojej deklaracji.

Dziś nie wiem, czy zastrzeliłbym Maćka („Maćka”). Bo świat wcale nie jest czarno-biały. A kluczem do zrozumienia losów uwikłanych w szarą strefę ludzi, nie jest bezkompromisowość. Kluczem jest empatia. W takim dniu jak ten warto o tym pamiętać. Pod większością mogił obcych żołnierzy – a tych w Polsce przecież nie brakuje – nie spoczywają szczątki wojennych przestępców. Ci chłopcy również zasługują na swój znicz.

—–

Ceremonia pożegnania poległego w Afganistanie amerykańskiego żołnierza, zdjęcie ilustracyjne/fot. Adam Roik, Combat Camera

Legenda

Lubicie unikatowe zdjęcia, prawda? Ja również. Oto więc kolejna porcja – tym razem śmigłowców Mi-24, latających z biało-czerwonymi szachownicami.

Oddajmy głos Bartkowi Berze, autorowi fotografii:

– Dla wielu to najpiękniejszy śmigłowiec świata, koncepcyjnie niepowtarzalne połączenie maszyny transportowej z silnie opancerzoną, bojową – mówi fotoreporter. – Mi-24 zyskał wiele przydomków – „krokodyl”, „parowóz”, „hind”, choć w Pruszczu Gdańskim (gdzie użytkowane są maszyny – dop. MO), najczęściej nazywa się go po prostu „hokejem” (od kształtu belki ogonowej). Uwielbiany przez pilotów, którzy podobnie jak koledzy z Inowrocławia, latali na nim w misjach bojowych w Afganistanie i Iraku, czeka na następce, który zostanie wyłoniony w programie Kruk.

Póki co jednak załogi 49 Bazy Lotniczej intensywnie użytkują swoje latające legendy, z rzadka pozwalając przyjrzeć się swojej pracy fotoreporterom.

Nz. Mi-24 nad Mierzeją Wiślaną.

Warszawa

Przez kilka lat siedziba mojej redakcji mieściła się na warszawskiej Starówce. W drodze do pracy spacerowałem przez Plac Zamkowy, Świętojańską, przecinałem Rynek Starego Miasta i Kamiennymi Schodkami docierałem do Brzozowej.

I – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi – bardzo często towarzyszyło mi poczucie przebywania w jakimś hiperrzeczywistym sacrum. Znałem te miejsca na długo zanim przeprowadziłem się do Warszawy. Miałem w pamięci zdjęcia gruzowisk oraz świadomość, że stąpam po cmentarzu. Cmentarzu, który potem znów zmienił się w kwitnący życiem, urokliwy kawałek miasta.

Warszawa uosabia niezłomność i żywotność, w stopniu, który wykracza poza normalne rozumowanie. Jest przestrogą, ale i nadzieją. Daje dowód ludzkiego bestialstwa i przykłady najwyższej próby człowieczeństwa.

Jeszcze długo po przeprowadzce właściwie nie lubiłem Warszawy. To między murami Starówki zrozumiałem, że nie da się kochać Polski, nie kochając tego miasta.

Zatem dzisiaj znów chylę przed Tobą czoło, Stolico. Przed Tobą i Twoimi Dziećmi.

Potencjały

Szczyt NATO za nami, warto więc pokusić się o kilka uwag. Lecz nie zamierzam płynąć z nurtem zachwytów na temat organizacyjnego sukcesu, jakim było przeprowadzenie sojuszniczych obrad bez zaliczenia wpadki. Kraje o potencjale Polski – zwłaszcza zaś jej aspiracjach – winny takie imprezy robić na pograniczu rutyny. Po prostu. Samo zachwyt jest w tym przypadku przejawem prowincjonalności.

Reprymenda, jakiej Barack Obama udzielił polskiemu prezydentowi i władzom RP, to kwestia na odrębny wpis. W tym chciałbym się skupić na najważniejszym z naszej perspektywy ustaleniu szczytu, dotyczącym dyslokacji sił Sojuszu. Przedstawiciele rządu i prezydenta każą nam widzieć w tym niemal globalny przełom, coś, co zmieni dysproporcję sił w naszej części Europy. Tymczasem jest to bzdura – niebezpieczna, bo tworząca iluzję niemal bezwzględnego bezpieczeństwa.

Zrównoważenie

Cztery bataliony, które mają trafić do Polski i państw nadbałtyckich, są kroplą w morzu potrzeb – jeśliby rozpatrywać zagrożenie ze strony Rosji w taki sposób, że należy jak najszybciej dążyć do zrównoważenia potencjału. Z amerykańskich symulacji wynika, że do skutecznej obrony Pentagon musiałby przerzucić na terytorium Litwy, Łotwy i Estonii 10 ciężkich brygad – czyli 40 tysięcy żołnierzy. Trzy bataliony, które tam trafią, to 13-krotnie mniejsza siła.

Konflikt o „Pribałtykę” wiązałby się też z koniecznością zabezpieczenia Polski, w tym słynnego już przesmyku suwalskiego. Opierając się o dostępne informacje na temat planów ewentualnościowych, do tego celu niezbędne byłoby dyslokowanie co najmniej pięciu natowskich dywizji, rozwiniętych do stanów bojowych. To ponad 80 tysięcy ludzi. Batalion US Army, który w myśl ustaleń warszawskiego szczytu ma przebywać w Polsce, liczyć będzie nieco ponad tysiąc żołnierzy – 80-krotnie mniej od potrzeb, które stoją za hasłem „zrównoważenie potencjału”.

Va banque

Zatem nie ma mowy o żadnym wyrównaniu szans. Zwłaszcza, że wciąż nie wiemy, jak na weekendowe obrady zareagują Rosjanie. Z Moskwy słychać rozmaite głosy, także pomruki, w myśl których decyzje podjęte w Warszawie to niemal „wypowiedzenie wojny”. Jeśli górę weźmie retoryka wojenna, odpowiedzią będzie wzmocnienie i tak niemałych rosyjskich sił w obwodzie kaliningradzkim, na Białorusi i generalnie na zachodnich rubieżach Rosji.

Powiedzmy więc sobie jasno – „efekt batalionów” nie wynika z ich realnej siły. Ta – w porównaniu z potencjałem przeciwnika – jest symboliczna. Póki jednak działa amerykański straszak – zakładający, że Rosjanie nie uderzą na kraj, w którym stacjonują Amerykanie – póty nawet tak symboliczna obecność ma praktyczny wymiar.

Lecz jeśli Rosjanie zdecydują się zagrać va banque, kraje nadbałtyckie i zapewne część Polski nie unikną okupacji. Siły zbrojne tych państw, wspomniane bataliony, dodatkowa brygada gdzieś w Europie oraz szpica razem wzięte, nie zatrzymają rosyjskiej armii.

Głęboko wierzę, że byłaby to okupacja czasowa – że NATO wywiązałoby się ze swoich zobowiązań. Co dla Rosji – jak już napisałem w poprzednim wpisie – oznaczałoby klęskę.