11215406_894163913940388_46

Umowność

Za długo staliśmy bezczynnie

Dźwięku wydawanego przez strzelające Grady nie sposób pomylić z niczym innym. Dochodził z daleka – nie byłem w stanie zlokalizować, skąd konkretnie.

– Kto strzela? – spytałem ukraińskiego kapitana, który akurat wizytował posterunek.

– Tamci – usłyszałem, doskonale zdając sobie sprawę, że właśnie taką odpowiedź otrzymam. Dwa dni temu – gdy byłem po drugiej stronie, na obrzeżach Doniecka – żołnierze Noworosji mówili dokładnie to samo – „tamci”.

Tylko „ci drudzy” używali wyrzutni rakietowych, ciężkich dział, haubic czy wielkokalibrowych moździerzy. Systemów broni, które – zgodnie z umowami mińskimi z lutego br. – już od dawna winny znajdować się trzydzieści kilometrów od linii frontu. – Wciąż strzelają – „mój” kapitan postanowił kontynuować wątek. – I niestety, wciąż giną nasi koledzy – wczoraj trzech, dzisiaj jeden.

– Ale przecież wy też nie próżnujecie – stwierdziłem.

Oficer skrzywił twarz w czymś, co wydawało się być lekkim uśmiechem.

– Mamy siedzieć z założonymi rękoma? – pytanie miało charakter retoryczny. – Za długo staliśmy bezczynnie – i jest, jak jest.

Pomoc Rinata Achmetowa

„Crazy Driver” – jak sam o sobie mówił Siergiej, taksówkarz dowożący dziennikarzy wprost na front – naprawdę pędził jak wariat. Lecz opuściwszy Piski ujechaliśmy ledwie kilka kilometrów, gdy nawet on musiał się zatrzymać. Stało się tak za sprawą machającego lizakiem milicjanta, którego radiowóz prowadził ogromną – liczącą kilkadziesiąt pojazdów – kolumnę tirów. Droga była zbyt wąska, by próbować się wyminąć – stanęliśmy więc na poboczu, by przepuścić konwój.

– Gdzie jadą? – spytałem Siergieja.

– Spójrz na plandeki – odparł taksówkarz.

– „Pomoc Rinata Achmetowa dla mieszkańców Doniecka” – przeczytałem na głos napis, powtarzający się na każdej z naczep. – To znaczy, że przejadą przez linię frontu? – chciałem się upewnić.

Władze w Kijowie już jakiś czas temu postanowiły obłożyć obie separatystyczne republiki blokadą, także ekonomiczną. Trochę w myśl starej zasady „weźmiemy ich głodem”, co bardzo spodobało się po ukraińskiej stronie, gdzie mieszkańców DRL i ŁRL (Ługańskiej Republiki Ludowej – dop. MO) określano pogardliwym mianem „zombie”. Tymczasem najbogatszy ukraiński oligarcha – w asyście milicji – słał wspomnianym „zombie” artykuły pierwszej potrzeby. I naiwnością byłoby sądzić, że chodzi tylko o ludzki gest, „humanitarkę”, jak mówili w Doniecku. Bogacz, choć chwilowo wybrał Ukrainę, wciąż dbał o swoje interesy na Donbasie, w czym mieściła się również walka o popularność wśród zwykłych ludzi. Przypomniałem sobie noworoczną kartkę, która leżała na lodówce w jednym z donieckich mieszkań. Jego właścicielka, dawna pracownica zakładów Achmetowa, mówiła:

– Pan Achmetow o nas dba. Wysyła takie kartki co roku, zawsze z jakąś paczką. Ostatnia była naprawdę duża, bardzo nam pomogła w najcięższym okresie walk.

Pokiwałem wówczas głową, uznając, że intencje nie mają znaczenia, jeśli zwykli ludzie choć odrobinę na nich skorzystają.

Tak, jak skorzystają na fakcie, że należąca do Achmetowa Donbas Arena – imponujący stadion wybudowany na Euro 2012 – wyszedł z walk nietknięty (poza jedną zbitą szybą) oraz że jego fabryki na terenie DRL zaczynają wznawiać produkcję. I na tym, że sam Achmetow wciąż cieszy się wolnością, mimo wielu oskarżeń o to, że u początków rebelii finansował jej działalność (chcąc ją instrumentalnie wykorzystać, jako formę nacisku na Kijów).

„Czy po to staliśmy na Majdanie?” – głosił jeden z transparentów, które kilkanaście dni temu widziałem w Kijowie. Pytanie padło w innym kontekście, ale warto je przytoczyć akurat teraz.

02

—–

Fot. Marcin Ogdowski (1-2), Dariusz Prosiński (3-4)