Zwycięstwo

Kilka dni temu generał Ben Hodges – dowódca amerykańskich wojsk lądowych w Europie – przyznał publicznie, że NATO nie byłoby w stanie uchronić państw nadbałtyckich przed zajęciem ich przez armię rosyjską.

„Rosjanie podbiliby je, zanim nasze siły dotarłyby, by stanąć w ich obronie” – mówił Hodges niemieckiemu tygodnikowi „Die Zeit”. Wojskowy przyznał też rację ekspertom, którzy prognozują, iż rosyjskie wojska są w stanie maksymalnie w 60 godzin zająć wspomniane kraje.

Tuż po tej wypowiedzi posypały się komentarze wszelkiej maści „szpeców”, których generalna linia sprowadza się do stwierdzenia, że NATO to wydmuszka, że Ameryka jest słaba, że Rosja rulez i dajmy sobie spokój ze stawianiem się niedźwiedziowi. Bo a nuż i na Polskę ryknie – a wtedy nic i nikt nas nie uchroni.

Ehh…

Hodges nie ujawnił żadnej tajemnicy, nie powiedział czegoś, co winno dramatycznie zmienić nasze wyobrażenia na temat (nie)równowagi militarnej w regionie. Generał stwierdził, co oczywiste – że trzymająca w Europie „pod parą” ponad 250 tys. żołnierzy Rosja, nie może przegrać z przeciwnikiem, który ma do dyspozycji kilkanaście razy mniej wojska. A taki jest potencjał Litwy, Łotwy i Estonii, z uwzględnieniem stacjonujących tam obcych oddziałów. Rzekł (choć trzeba to czytać między słowami), że ów teatr działań jest zbyt mały, by prowadzić na nim długotrwałą, efektywną obronę, która przetrwałaby do czasu nadejścia głównych sił.

Nawet tak zwanej szpicy, która też potrzebuje (czy raczej – będzie potrzebować) kilkudziesięciu godzin, by móc wejść do akcji.

Hodges nie sfalsyfikował (jak napisał to jeden z portali) sensowności projektu o nazwie „NATO”. Bo nie ma ku temu żadnych podstaw. I Stany, i Europa Zachodnia – a już zwłaszcza ich zsumowany potencjał, którego organizacyjną czapką jest Sojusz – dysponują możliwościami dużo większymi niż Rosja. Mówiąc wprost, nasz wschodni sąsiad nie przetrwałby konfrontacji z Zachodem. I w tej groźbie kryje się siła NATO.

Teoretyczna możliwość lokalnego, taktycznego sukcesu przeciwnika, w żaden sposób nie przekreśla sensowności trwania przymierza (ostatecznie, utracone terytoria można odbić). Rosjanie też o tym wiedzą. I dlatego, choć mogliby zająć „Pribałtikę” w kilkadziesiąt godzin, póki rządzą nimi w miarę racjonalni ludzie, póty się na to nie zdecydują. Wiedzą, że byłoby to ich ostatnie zwycięstwo.

—–

Armia amerykańska w Afganistanie/fot. Marcin Ogdowski