Honor

Dokumenty, które przynieśli moi rozmówcy, pachniały tytoniowym dymem. Kilka lat wcześniej wyprowadziłem się z domu palaczy – świadom korzyści płynących z detoksu, alergicznie reagowałem na tę woń. Stąd moja początkowa niechęć. Szybko jednak zrozumiałem, że z opowieści małżeństwa w średnim wieku oraz z przedstawionych papierów, układa się historia godna pierwszej strony. Co zresztą niebawem się ziściło.

Mój ówczesny szef, po zapoznaniu się z gotowym tekstem, nie miał wątpliwości, jak go zatytułować. „Honor armii” – wystukał na klawiaturze i pobiegł do sekretariatu redakcji zapowiedzieć mocny materiał.

Bo mocny w istocie był. „Nasz syn nie popełnił samobójstwa” – twierdzili państwo, z którymi rozmawiałem. I na dowód przedstawili masę dokumentów. Ich chłopak zginął w wojsku – miał wyskoczyć przez okno koszar. Ale nic w papierach nie potwierdzało tej tezy. Protokół z oględzin miejsca wypadku, protokół sekcji zwłok, zeznania; wszystko to kompletnie nie współgrało z ustaleniami wojskowej prokuratury (dość napisać, że ciało, które dostarczono do sekcji, najprawdopodobniej należało do kogo innego…).

Zgłosiłem te wątpliwości podczas rozmowy z prokuratorem. Jego argumentacja brzmiała nieprzekonująco, a na koniec usłyszałem coś znamiennego: sprawa została zakwalifikowana jako samobójstwo, nie zaś zabójstwo z handlem narkotykami na terenie jednostki w tle. To rodzicom zabitego żołnierza nie pasuje, dlatego szukają dziury w całym. A przecież tak nie można, gdyż takie zachowanie godzi w honor armii…

Ów dramat sprzed ćwierć wieku – mimo nagłośnienia, także w ogólnopolskich mediach, nierozstrzygnięty na korzyść rodziców, którym odmówiono ekshumacji i ponownego śledztwa – przypomniał mi się podczas oglądania filmu Romana Polańskiego pt.: „Oficer i szpieg” (tytuł oryginału: „Oskarżam”). Widziałem go kilka temu w kinie, obejrzałem ponownie podczas ostatniej świąteczno-noworocznej przerwy. I wciąż we mnie pracują – i film, i tamta sprawa; stąd mój dzisiejszy wpis.

Afera Dreyfusa, której poświęcona została produkcja, nie schodziła z czołówek francuskich gazet na przełomie XIX i XX wieku. Alfred Dreyfus, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec, został zdegradowany i uwięziony. Dla sądu – i dużej części wojskowego establishmentu – istotne znaczenie miał fakt, że kapitan artylerii był Żydem. Z zasady więc musiał być winny. Rzecz w tym, że dowody przeciwko niemu były marne i, co gorsza, częściowo spreparowane. I preparowano je dalej, gdy na trop oszustwa wpadł pułkownik Georges Picquart, szef jednej z sekcji francuskiego wywiadu.

W filmie pieczołowicie odtworzono śledztwo prowadzone przez Picquarta. Człowieka, który nie krył niechęci wobec Żydów, a mimo to nie był w stanie zaakceptować bezpodstawnego skazania Dreyfusa. Zaryzykował więc własną karierę, by doprowadzić do oczyszczenia kapitana z zarzutów. Sam stając się ofiarą oszczerstw ze strony przełożonych (i podwładnych). „Tu chodzi o coś więcej niż o jednego oficera. Nie możemy przyznać, że wojskowy sąd się pomylił, bo tym sposobem armia straci zaufanie ludu” – taka argumentacja generałów nie przekonała śledczego. Drążył dalej, aż w końcu sam znalazł się w więzieniu. Antysemickie nastroje panujące w społeczeństwie okazały się tu pomocne – pułkownik, na równi z Dreyfusem, został przez część Francuzów uznany za zdrajcę. Gdy już trafił za kraty, uznano, że dobre imię armii zostało zachowane.

Gdy sensacyjne ustalenia Picquarta przeciekły do prasy, wywołały nad Sekwaną powszechny szok. Efektem społecznej presji były kolejne procesy, w których ostatecznie całkowicie uniewinniono Dreyfusa. Ten, już jako podpułkownik, wziął udział m.in. w bitwie pod Verdun. Zmarł jako Oficer Orderu Legii Honorowej w 1935 roku. Georges Picquart, po zwolnieniu z więzienia, również wrócił do armii. Dosłużył się stopnia generała dywizji, pełnił nawet funkcję ministra wojny. Zmarł jeszcze przed wybuchem I wojny, na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Ale o tym już film nie opowiada. Kończy go scena spotkania Dreyfusa i Picquarda, w ministerialnym gabinecie tego drugiego. W tej rozmowie dwóch niemłodych już żołnierzy zawiera się najważniejsze przesłanie produkcji – żadna instytucja nie jest świętą krową. Lojalność, dbałość o jej wizerunek, to cnota. Lecz wartością nadrzędną jest dobro pojedynczej ludzkiej jednostki. Bo to na tym poziomie buduje się kondycję państwa. Wspomniani przeze mnie rodzice żołnierza na zawsze pozostali wrogo nastawieni wobec armii i wymiaru sprawiedliwości. A państwo kojarzyło im się z przemocą, jakiej doznali. Z zalutowaną trumną, której nie mogli otworzyć, by zmierzyć się ze swoimi wątpliwościami.

—–

Dziś wpis z cyklu „filmowe polecajki”, ale jutro wracam do tematyki okołoukraińskiej. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z filmu „Oficer i szpieg”/fot. materiały prasowe

Wyczerpywanie

„No to Ukraina już przegrała”, napisał jeden z moich Czytelników w reakcji na tekst, który opublikowałem w TVP Info. Dotyczył on przewidywań na 2026 rok i opisywał trudną sytuację władz w Kijowie. O niczym w artykule nie przesądzałem, ale materiał istotnie nie był hurra-optymistyczny (bo być nie mógł…), ponieważ jednak pisałem głównie z perspektywy ukraińskiej, rzeczywiście można było odnieść wrażenie pewnej „asymetrii pesymizmu”. Nie było moją intencją przekonanie Czytelnika, że rosja jest w wyjątkowo lepszej sytuacji niż Ukraina. Bo nie jest, o czym pisałem wielokrotnie, ale najwyraźniej muszę napisać raz jeszcze, w kontrze do defetystycznych nastrojów.

Zatem nie, rosja nie wygrała (już) wojny z Ukrainą. Teza o rosyjskim zwycięstwie jest nieprawdziwa nie w myśl zasady „zależy, jak spojrzeć”, tylko w sensie elementarnym – nie zgadza się ani z logiką wojny, ani z faktami, ani z tym, jak w historii kończą się konflikty zbrojne.

—–

Problem zaczyna się już na poziomie definicji zwycięstwa. Jeśli zwycięstwo ma oznaczać realizację celów politycznych i wojskowych, to rosja tych celów nie osiągnęła. Wojna nie miała być długotrwałym konfliktem pozycyjnym, lecz operacją zmieniającą układ sił w regionie. Ukraina miała zostać złamana, jej elity zastąpione, a państwowość podporządkowana rosyjskiej woli. Tymczasem Ukraina nie tylko przetrwała, ale zbudowała armię zdolną do zadawania rosji realnych, bolesnych strat. Państwo, które po prawie czterech latach pełnoskalowej wojny nadal walczy, zachowuje ciągłość władzy i zdolność mobilizacyjną, nie jest dowodem czyjejś wygranej – jest dowodem porażki planowania agresora.

W wymiarze czysto wojskowym rosja nie osiągnęła rozstrzygnięcia: nie zdobyła przewagi strategicznej, nie zniszczyła sił przeciwnika i nie narzuciła tempa działań. Linia frontu, tak często przywoływana jako dowód „faktów dokonanych”, jest miarą impasu okupionego ogromnym kosztem ludzkim, zużyciem sprzętu i koniecznością permanentnej mobilizacji. Państwo, które musi rok po roku dosypywać ludzi i zasobów tylko po to, by utrzymać stan posiadania, nie znajduje się w fazie zwycięstwa, lecz w fazie strategicznego wyczerpywania.

Jeszcze wyraźniej widać to na poziomie politycznym. Wojny wygrywa się wtedy, gdy przeciwnik uznaje porażkę, a otoczenie międzynarodowe akceptuje nowy stan rzeczy. Tego nie ma. rosja nie uzyskała legitymizacji swoich zdobyczy, nie stworzyła nowego ładu bezpieczeństwa i nie zmusiła Zachodu do powrotu do „business as usual”. Wręcz przeciwnie: wojna doprowadziła do trwałego wypchnięcia Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów i do wzmocnienia zachodnich struktur bezpieczeństwa. Narracja o „zmęczonym Zachodzie” funkcjonuje dobrze w mediach społecznościowych, ale słabo radzi sobie z faktami. Pomoc bywa wolniejsza, bardziej targowana i mniej entuzjastyczna niż na początku wojny, lecz nie została cofnięta – mimo częściowej obstrukcji USA – a kluczowe decyzje – dotyczące produkcji amunicji, szkolenia czy przekazywania coraz bardziej zaawansowanych systemów – zapadły i są realizowane.

—–

Argument gospodarczy również nie wytrzymuje krytyki. Owszem, rosyjska gospodarka funkcjonuje, a wskaźniki wzrostu można pokazać na wykresach. Tyle że jest to wzrost charakterystyczny dla państwa w trybie wojennym, opartego na masowej produkcji zbrojeniowej i wydatkach publicznych podporządkowanych frontowi. To nie jest historia o sukcesie, lecz o przestawieniu całego organizmu na jeden cel. Kosztem inwestycji cywilnych, elastyczności i długofalowego rozwoju rosja stała się państwem coraz bardziej uzależnionym od wojny – bo bez niej model ten zaczyna się chwiać. Trudno uznać to za wygraną; to raczej opis sytuacji, w której konflikt staje się warunkiem stabilności systemu.

Co więcej, fabryki pracują, broń schodzi z taśm, ale efektywność produkcji maleje, koszty rosną szybciej niż zdolność państwa do ich absorpcji, a brak rąk do pracy i inflacja stają się problemami strukturalnymi. Nad rosją cały czas wisi widmo załamania importu krytycznych komponentów, bez których zbrojeniówka i przemysł wydobywczy sobie nie poradzą. To nie jest pozycja siły, lecz kruchej równowagi.

Idźmy dalej, rosja ma większą populację niż Ukraina, ale ponosi też wielokrotnie wyższe straty. Wojna wyciąga z rynku pracy setki tysięcy mężczyzn w wieku produkcyjnym, zwiększa presję demograficzną i pogłębia nierównowagi regionalne. Każda kolejna fala mobilizacji jest droższa niż poprzednia, a mechanizmy zachęty finansowej wymagają sięgania do topniejących oszczędności. Na 2026 rok jeszcze ich wystarczy, ale co będzie dalej?

Skąd więc w ogóle bierze się przekonanie, że rosja „już wygrała”? Z przesunięcia znaczeń. Dla wielu obserwatorów zwycięstwo nie oznacza dziś jednoznacznego rozstrzygnięcia, lecz sam fakt, że wojna trwa, że jest kosztowna, że wspierający Ukrainę Zachód nie potrafi jej szybko zakończyć. Tyle że zmęczenie wojną nie jest jej przegraniem, a brak szybkiego sukcesu jednego z przeciwników nie oznacza automatycznie triumfu drugiego. Wojna, w której jedna ze stron nie potrafi ani wygrać, ani się wycofać bez strategicznej i symbolicznej porażki, rzadko bywa zapamiętana jako zwycięska. I żadna propaganda tego nie zmieni.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, za SzG ZSU

Impas

Wojny nie muszą rozstrzygać się na froncie. Dość wspomnieć Niemcy z końca 1918 roku – kajzerowskie wojsko wciąż pozostawało zdolne do walki. Jednak niemiecka gospodarka była na skraju załamania, a społeczne zaplecze wojny uległo erozji. W odniesieniu do Ukrainy mechanizm ten działa inaczej, ale logika pozostaje podobna: armia pozostaje niepobita, natomiast narastające obciążenia po stronie państwa i społeczeństwa coraz silniej wpływają na przestrzeń możliwych decyzji politycznych. Dlatego 2026 rok może przynieść istotne rezultaty, nawet jeśli nie będą one miały formy spektakularnych zwycięstw lub porażek na froncie.

Po czterech latach konfliktu na pełną skalę front pozostaje krwawy, lecz w dużej mierze stabilny. Każdy kolejny miesiąc walk nie zmienia zasadniczo układu sił, za to pogłębia koszty – ludzkie, społeczne i polityczne. To właśnie one zaczynają odgrywać rolę decydującą.

—–

Dla Ukrainy w 2026 roku wojna nie będzie już tylko starciem zewnętrznym. Wyraźniej stanie się ona wyzwaniem wewnętrznym – testem zdolności państwa do funkcjonowania w warunkach permanentnego kryzysu. Społeczeństwo, które w pierwszych latach wojny wykazało się imponującą mobilizacją i odpornością, weszło w fazę długotrwałego wysiłku, w której heroizm ustępuje miejsca zmęczeniu, a jednorazowe poświęcenie – codziennej kalkulacji kosztów.

Ukraińska codzienność w 2026 roku pozostanie „oswojoną wojną”. Alarmy lotnicze, przerwy w dostawach energii, informacje o kolejnych stratach – wszystko to stało się elementem życia, a nie nadzwyczajnym wydarzeniem. Taka normalizacja przemocy ma jednak swoją cenę. O ile w pierwszych latach konfliktu cementował on wspólnotę, o tyle przedłużanie się wojny zaczyna coraz trwalej różnicować doświadczenie społeczne. Inaczej postrzegają ją ci, którzy walczą na froncie lub mają tam bliskich, inaczej mieszkańcy regionów oddalonych od linii walk, jeszcze inaczej osoby, które wyjechały za granicę. Tych percepcji nie da się już pospinać w jedną, a fundamentalne różnice w doświadczeniach mogą być, i są, powodem narastających napięć. Z perspektywy Kijowa łatwiej jest trwać w oporze niż z pozycji mieszkańców umęczonego Kramatorska. Ochocze „tak!” dla dalszej walki wyrażane przez żyjących za granicą uchodźców – nawet jeśli wspierają oni ukraińską gospodarkę dewizami – nie ma już żadnego znaczenia.

Jednym z kluczowych problemów strukturalnych pozostaje demografia. Straty wojenne, masowa emigracja oraz dramatyczny spadek dzietności tworzą długofalowe ograniczenia, które będą odczuwalne niezależnie od przebiegu działań militarnych. W 2026 roku coraz wyraźniej widać będzie, że zasób ludzki – zarówno dla armii, jak i dla gospodarki – nie jest niewyczerpalny. Pytanie o to, kto ma wrócić z zagranicy i na jakich warunkach, stanie się jednym z centralnych tematów debaty publicznej.

Mobilizacja, która w pierwszych fazach wojny była postrzegana jako oczywisty obowiązek, już od niemal trzech lat pozostaje źródłem napięć. Każda kolejna fala poboru oznacza nie tylko wyzwanie logistyczne, ale również polityczne i społeczne. Rosnąca liczba wyjątków, kontrowersje wokół decyzji komisji wojskowych oraz próby unikania służby podważają poczucie równości obciążeń. Państwo staje przed trudnym zadaniem: jak utrzymać zdolności obronne, nie tracąc jednocześnie społecznej legitymacji dla dalszej wojny.

W tle tych procesów pozostaje gospodarka, wciąż w znacznym stopniu uzależniona od pomocy zewnętrznej. Bez wsparcia finansowego Zachodu Ukraina nie byłaby w stanie utrzymać armii i realizować podstawowych funkcji administracyjnych. Jednocześnie długotrwały stan wojny ogranicza możliwość realnej odbudowy i inwestycji, co utrudnia władzom oferowanie społeczeństwu pozytywnej wizji przyszłości.

—–

Jednym z najbardziej wrażliwych wyzwań, przed jakimi stanie Ukraina w 2026 roku, będzie kwestia relacji między władzą cywilną a wojskiem. W warunkach wojny to armia cieszy się najwyższym poziomem zaufania społecznego, a dowódcy wojskowi należą do najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych postaci życia publicznego. Ten autorytet jest jednocześnie siłą i potencjalnym źródłem napięć.

W miarę jak wojna się przedłuża, decyzje strategiczne coraz rzadziej dotyczą wyłącznie działań militarnych. Coraz częściej obejmują one kwestie polityczne: zakres mobilizacji, priorytety budżetowe, relacje z sojusznikami czy gotowość do ewentualnych rozmów. W takich warunkach naturalne różnice perspektyw między dowództwem wojskowym a władzami cywilnymi stają się bardziej widoczne. Wojsko patrzy na konflikt przez pryzmat zdolności bojowych i bezpieczeństwa żołnierzy, politycy – przez pryzmat konsekwencji społecznych, gospodarczych i międzynarodowych. W 2026 roku utrzymanie jasnych linii odpowiedzialności między tymi dwoma sferami będzie jednym z kluczowych warunków stabilności państwa.

Do tego dochodzi problem legitymacji władzy w warunkach przedłużającego się stanu wojennego. Zawieszenie normalnego cyklu wyborczego było w pierwszych latach wojny decyzją oczywistą i powszechnie akceptowaną. Jednak im dłużej trwa konflikt, tym częściej pojawiają się pytania o granice takiego rozwiązania. Nawet jeśli przeprowadzenie wyborów w warunkach wojennych pozostaje skrajnie trudne, presja na większą transparentność i rozliczalność decyzji władzy będzie narastać – zarówno ze strony społeczeństwa, jak i partnerów zagranicznych.

Temat ten jest szczególnie wrażliwy w kontekście relacji z Zachodem. Pomoc finansowa i wojskowa coraz częściej wiązana jest z oczekiwaniami dotyczącymi standardów rządzenia, walki z korupcją i funkcjonowania instytucji państwa. W 2026 roku tolerancja sojuszników dla „wojennych wyjątków” może być mniejsza niż wcześniej. Każda ujawniona afera korupcyjna, każda niejasna decyzja personalna czy budżetowa będzie nie tylko problemem wewnętrznym, lecz także argumentem w międzynarodowej debacie o dalszym wsparciu dla Ukrainy.

Kijów stanie więc przed dylematem charakterystycznym dla państw prowadzących wojnę długotrwałą: jak pogodzić konieczność centralizacji i szybkiego podejmowania decyzji z potrzebą zachowania demokratycznej legitymacji. Od sposobu, w jaki władze poradzą sobie z tym napięciem, zależeć będzie nie tylko stabilność wewnętrzna państwa, ale także jego wiarygodność jako partnera politycznego w Europie.

—–

Linia styczności wojsk, choć wciąż aktywna i krwawa, coraz mniej przypomina przestrzeń, w której można osiągnąć rozstrzygnięcie o znaczeniu strategicznym. Obie strony konfliktu nauczyły się funkcjonować w realiach „przezroczystości” pola walki. Rozpoznanie prowadzone w sposób ciągły sprawia, że utrzymanie tajemnicy przygotowań ofensywnych staje się wyjątkowo trudne. Każde większe zgrupowanie wojsk, zaplecze logistyczne czy punkt dowodzenia jest potencjalnym celem. W takich warunkach klasyczne działania manewrowe tracą sens – i straciły – a inicjatywa operacyjna ulega fragmentacji. Zamiast jednego, silnego uderzenia pojawia się wiele mniejszych działań, które mają na celu stopniowe wyczerpywanie przeciwnika.

Coraz większą rolę odgrywa wojna prowadzona poza bezpośrednią linią walk. Ukraina będzie kontynuowała uderzenia na zaplecze logistyczne i infrastrukturę wojskową przeciwnika, starając się podnosić koszt prowadzenia wojny po rosyjskiej stronie. rosja natomiast nie zrezygnuje z ataków na ukraińską infrastrukturę krytyczną, licząc na stopniowe osłabienie zdolności państwa do funkcjonowania. W obu przypadkach nie chodzi o jednorazowe paraliżujące ciosy, lecz o długotrwałą presję, zmuszającą przeciwnika do stałego odtwarzania utraconych zdolności.

Taka logika konfliktu sprawia, że wojna w 2026 roku coraz bardziej oddala się od tradycyjnego rozumienia zwycięstwa. Postępy mierzone są nie zdobytymi kilometrami, a zdolnością do utrzymania pozycji, ciągłości dostaw i odporności struktur dowodzenia. Dla Ukrainy oznacza to konieczność prowadzenia wojny ostrożnej i selektywnej, w ramach której unika się ryzykownych operacji o niepewnym efekcie politycznym. Dla rosji – akceptację długotrwałego konfliktu bez perspektywy szybkiego rozstrzygnięcia.

Front w 2026 roku pozostanie więc kluczowym elementem wojny, ale nie jej punktem ciężkości. Będzie raczej trwałym przypomnieniem, że żadna ze stron nie jest w stanie narzucić przeciwnikowi swojej woli siłą militarną. To właśnie ten impas – kosztowny, krwawy, lecz stabilny – stworzy przestrzeń dla decyzji politycznych, które w kolejnych miesiącach mogą okazać się ważniejsze niż ruchy wojsk na mapie.

—–

Wbrew nadziejom części obserwatorów, rok 2026 nie przyniesie załamania rosyjskiego systemu politycznego ani nagłego wyczerpania zdolności państwa do prowadzenia wojny. rosja weszła w fazę konfliktu, w której wojna została w dużej mierze wchłonięta przez codzienne funkcjonowanie państwa. Stała się nową normą, a nie nadzwyczajnym stanem wymagającym mobilizacji całego społeczeństwa.

rosyjskie władze zdołały narzucić „swoim” model akceptacji kosztów wojny bez potrzeby jej pełnej internalizacji. Konflikt toczy się „gdzieś daleko”, a jego bezpośrednie konsekwencje są nierównomiernie rozłożone. Duże miasta, kluczowe dla stabilności politycznej reżimu, wciąż funkcjonują w relatywnie normalnych warunkach. Straty osobowe koncentrują się głównie w regionach peryferyjnych – zamieszkałych przez pogardzane mniejszości etniczne – co ogranicza potencjał masowych protestów. W 2026 roku ten mechanizm nadal będzie działał, o ile Kremlowi uda się uniknąć kolejnej fali mobilizacji o charakterze powszechnym.

Gospodarka rosji również została dostosowana do realiów długotrwałego konfliktu. Sankcje, które miały doprowadzić do jej szybkiego osłabienia, stały się elementem nowego krajobrazu gospodarczego. Państwo nauczyło się funkcjonować w warunkach ograniczonego dostępu do technologii i rynków zachodnich, kompensując te braki przez zwiększoną rolę sektora publicznego, przestawienie przemysłu na produkcję wojenną oraz intensyfikację współpracy z partnerami spoza świata euroatlantyckiego. Ten model nie sprzyja rozwojowi – ba, jest tragicznie regresywny, a długofalowo przesądzi o dalszej degradacji rosji – ale „na dziś” jest wystarczający i pozwala podtrzymać zdolność do prowadzenia wojny.

Strategia Kremla w 2026 roku będzie opierać się na prostym założeniu: czas działa na korzyść strony, która potrafi dłużej utrzymać konflikt poniżej progu destabilizacji wewnętrznej. rosja nie musi wygrać wojny w klasycznym sensie – wystarczy, że jej nie przegra. Każdy miesiąc impasu osłabia Ukrainę i zwiększa presję na jej sojuszników, zmuszając ich do coraz trudniejszych decyzji politycznych i finansowych.

Jednocześnie Kreml będzie unikał działań, które mogłyby doprowadzić do niekontrolowanej eskalacji. Bezpośrednia konfrontacja z NATO pozostaje poza kalkulacją, podobnie jak próby spektakularnych operacji militarnych o wysokim ryzyku porażki. Wojna w 2026 roku z rosyjskiej perspektywy ma pozostać konfliktem „zarządzalnym” – wystarczająco intensywnym, by wywierać presję, ale na tyle ograniczonym, by nie zagrozić stabilności systemu.

Co z Zachodem? Jak zachowa się wspólnota wobec wyzwań generowanych przez rosjan? O tym przeczytacie w pełnej wersji materiału – zapraszam do lektury! Cały tekst, który napisałem dla TVP Info, znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Kasi Byłów, Grzegorzowi Zgnilcowi, Robertowi Sewerynowi, Marii Warnke i Pawłowi F. Górze.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wystrzał z przenośnej wyrzutni przeciwpancernej/fot. SzG ZSU

Logika

Kończy się kolejny rok kryzysowych czasów, które pozbawiły wielu z nas przekonania, że „będzie tylko lepiej”. Z większym pesymizmem patrzymy w przyszłość, niektórzy – bardzo liczni – spodziewają się najgorszego. Na przykład wojny z rosją, której nieuchronność zaczyna być postrzegana jako coś oczywistego. Nie ma we mnie zgody na takie myślenie; pisałem o tym wielokrotnie, napiszę znów, „ku pokrzepieniu serc”. Bawcie się dziś dobrze, nie ze świadomością, że to bal na Titanicu. Bo jakkolwiek świat wokół kolorowy nie będzie, wielka katastrofa na nas, Polaków, nie czyha. Chyba że sami sobie tutaj coś skręcimy – ale to już inna historia…

W 2026 roku nie dojdzie do wojny między NATO a rosją (później też nie, ale sylwestrowa perspektywa narzuca rozważania krótkoterminowe). Nie dlatego, że „wszyscy chcą pokoju”, ani dlatego, że nie ma napięć. Nie dojdzie do niej dlatego, że taka wojna nie leży w interesie żadnej ze stron, a zwłaszcza nie leży w interesie rosji, która dziś ledwie dźwiga konflikt o znacznie mniejszej skali.

Strach przed wojną NATO–rosja bierze się z uproszczeń. Ludzie widzą eskalację języka, rosnące wydatki na zbrojenia, ćwiczenia wojskowe, rosyjskie prowokacje poniżej progu wojny, no i rzecz jasna konflikt w Ukrainie, po czym składają to w prostą narrację: skoro napięcie rośnie, to „następny krok” musi być wojną światową. Tymczasem w realnej polityce i realnej strategii wojskowej eskalacja bardzo często służy właśnie temu, by wojny uniknąć, a nie ją rozpocząć.

rosja nie ma dziś zdolności do prowadzenia wojny z NATO. Nie w sensie moralnym czy politycznym, tylko czysto wojskowym. Od 2022 roku jej armia zużywa ogromne zasoby na froncie ukraińskim, ponosi straty w sprzęcie, ludziach i kadrze dowódczej, a jej potencjał konwencjonalny jest odbudowywany wolniej, niż jest konsumowany. Wojna z NATO oznaczałaby dla Moskwy konflikt wielokrotnie większy niż ten, z którym ma problem od niemal czterech lat – i to bez żadnej realnej perspektywy zwycięstwa.

Z drugiej strony NATO nie ma żadnego interesu w inicjowaniu wojny z rosją – to taka uwaga a propos prorosyjskich aktywistów medialnych, wypisujących dyrdymały o agresywnych działaniach Sojuszu. Ten został zaprojektowany jako mechanizm odstraszania i obrony, nie jako narzędzie ofensywnej zmiany porządku w Eurazji. Wszystkie kluczowe decyzje – od wsparcia Ukrainy po rozmieszczenie sił na wschodniej flance – są podporządkowane jednej logice: utrzymać konflikt poniżej progu wojny bezpośredniej. To nie jest słabość ani brak determinacji, tylko chłodna kalkulacja kosztów i ryzyk.

Najważniejsze jest jednak coś innego: wszyscy główni gracze wiedzą, gdzie przebiega granica nieodwracalnej eskalacji. Wojna NATO–rosja nie byłaby „kolejnym etapem” obecnego kryzysu, lecz jakościowym skokiem w zupełnie inną rzeczywistość – z ryzykiem użycia broni jądrowej, załamaniem globalnej gospodarki i utratą kontroli nad przebiegiem wydarzeń. Tego typu ryzyka nie są dziś akceptowalne ani w Moskwie, ani w Waszyngtonie, ani w europejskich stolicach.

Lęk przed wojną jest zrozumiały, bo żyjemy w epoce niepewności i agresywnej komunikacji. Ale strach nie jest analizą, a historia ostatnich lat pokazuje raczej coś odwrotnego: im bliżej granicy otwartego starcia, tym więcej wysiłku wkłada się w to, by jej nie przekroczyć. Dlatego właśnie wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest „mało prawdopodobna”. Jest nieracjonalna, a w polityce międzynarodowej to wciąż jeden z najmocniejszych hamulców.

—–

No dobrze, ale przecież „rosja nie jest racjonalna”, twierdzi wielu z nas. To mocno brzmiący argument, ale tylko na pierwszy rzut ucha. W praktyce miesza irracjonalność narracji z irracjonalnością decyzji strategicznych. rosja może być brutalna, cyniczna, skłonna do ryzyka i obojętna na koszty społeczne, ale nie jest aktorem samobójczym. A wojna z NATO byłaby dla niej właśnie takim aktem: konfliktem, którego nie da się wygrać, kontrolować ani „sprzedać” własnemu społeczeństwu w kategoriach sukcesu.

Jeśli ktoś mówi, że Kreml działa irracjonalnie, warto zapytać: względem czego? Względem norm prawa międzynarodowego – tak. Względem zachodnich oczekiwań – często. Ale względem własnej logiki przetrwania reżimu rosja jest konsekwentna. Każda jej eskalacja od 2022 roku była eskalacją poniżej progu wojny z NATO: brutalną, kosztowną, ale starannie kalibrowaną. Groźby nuklearne? Tak. Faktyczne użycie? Nie. Incydenty na granicy Sojuszu? Nic, co byłoby casus belli. To nie przypadek, tylko dowód, że granica jest znana i pilnowana.

—–

A co, jeśli wojna w Ukrainie się skończy? Czy rosja, uwolniona od frontu, nie zwróci się wtedy przeciwko NATO? To rozumowanie zakłada, że zakończenie wojny w Ukrainie automatycznie przełoży się na odbudowę rosyjskiej siły i rozbudzenie apetytu na kolejną wojnę. Tymczasem każdy realistyczny scenariusz zakończenia konfliktu w Ukrainie oznacza dla Moskwy coś przeciwnego: państwo wyczerpane, z armią wymagającą lat odbudowy, gospodarką trwale podporządkowaną wojnie i reżimem, który po raz pierwszy od dekad będzie musiał zarządzać rozczarowaniem, a nie mobilizacją.

Co więcej, koniec wojny w Ukrainie nie obniży napięcia między rosją a NATO – on je zamrozi w nowej konfiguracji odstraszania. rosja po tej wojnie będzie słabsza militarnie, a NATO silniejsze, bardziej obecne na wschodniej flance i mniej skłonne do strategicznych złudzeń. To jest dokładnie ten układ, w którym wojny się nie zaczyna, bo ryzyko porażki jest oczywiste od pierwszego dnia.

Wreszcie najważniejsze: wojna NATO–rosja nie jest „kolejnym konfliktem”, który można przetestować i ewentualnie wygasić. To konflikt o charakterze egzystencjalnym, z bardzo krótką ścieżką eskalacji do poziomu, nad którym nikt nie ma pełnej kontroli. Rosyjskie elity – niezależnie od propagandy – doskonale to rozumieją. I właśnie dlatego, mimo całej brutalności wobec Ukrainy, nie zdecydowały się na krok, który uruchomiłby art. 5.

Ludzie boją się wojny, bo widzą chaos, przemoc i coraz ostrzejszy język. Ale język to nie strategia, a strach nie jest prognozą. Wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest powstrzymywana przez „dobrą wolę”. Jest powstrzymywana przez zimną świadomość, że byłaby końcem wszystkiego, co którakolwiek ze stron próbuje jeszcze kontrolować.

—–

Załóżmy jeszcze scenariusz pesymistyczny: Stany Zjednoczone ograniczają swoje zaangażowanie w Europie, wycofują część sił, przestają być „pierwszym gwarantem” bezpieczeństwa w sensie politycznym i wojskowym. Czy to automatycznie otwiera drogę do wojny NATO–rosja? Nie. Co najwyżej zmienia charakter odstraszania, ale go nie znosi.

Po pierwsze, nieobecność USA nie oznacza braku NATO. Sojusz bez Amerykanów byłby słabszy, mniej spójny i bardziej nerwowy – ale nadal dysponowałby potencjałem konwencjonalnym i nuklearnym, który czyni wojnę z nim skrajnie ryzykowną. Francja i Wielka Brytania pozostają państwami nuklearnymi. Europa jako całość ma dziś większe budżety obronne, większe siły lądowe i większą świadomość zagrożeń niż dekadę temu. To nie jest próżnia strategiczna, w którą można po prostu wejść.

Po drugie, rosja nie patrzy na Europę jak na łatwą ofiarę, nawet bez USA. Patrzy na nią jak na przestrzeń o wysokim ryzyku eskalacji i niskiej przewidywalności. Wojna z europejskim NATO – nawet „okrojonym” – oznaczałaby konflikt z wieloma państwami jednocześnie, bez jednego centrum decyzyjnego, z ogromnym ryzykiem niekontrolowanego rozszerzenia działań. Dla Kremla to nie jest scenariusz „łatwiejszy” niż wojna z USA. To scenariusz bardziej chaotyczny, a więc mniej atrakcyjny.

Po trzecie, kluczowe pytanie brzmi nie „czy rosja by mogła”, tylko czy miałaby po co. Brak USA nie daje rosji automatycznie strategicznej nagrody. Nie rozwiązuje jej problemów wewnętrznych, nie odbudowuje armii, nie zmienia bilansu demograficznego ani gospodarczego. Co więcej, próba wykorzystania „okna nieobecności” USA najpewniej wymusiłaby europejską konsolidację wojskową szybciej i ostrzej, niż życzyłby sobie Kreml. Paradoksalnie więc taki ruch przyspieszyłby dokładnie to, czego rosja od lat chce uniknąć: realną autonomię obronną Europy.

I wreszcie rzecz najważniejsza: nawet jeśli USA wycofują się częściowo, nie znikają z planszy. Amerykańska „nieobecność” w Europie oznacza zwykle zmianę formy zaangażowania, nie jego całkowite zerwanie. Wywiad, logistyka, technologie, odstraszanie nuklearne – te elementy zapewne pozostaną, bo są wpisane w interesy Waszyngtonu niezależnie od administracji.

Dlatego brak USA w tej układance nie prowadzi automatycznie do wojny. Prowadzi do bardziej niekomfortowego, mniej stabilnego, ale nadal odstraszającego porządku. A rosja, nawet jeśli bywa brutalna i cyniczna, wciąż działa w ramach logiki, w której wojna bez realnej nagrody jest błędem, nie szansą.

—–

Szanowni, to tyle w tym roku. Dziękuję, że byliście, i że jesteście. Szczególnie dziękuję swoim Subskrybentom i Kawoszom za każdą przeznaczoną na mój raport złotówkę. I proszę o więcej, wszak działamy dalej. Stosowne linki znajdziecie poniżej.

Zdrówka Wam życzę w nowym roku. Mnie moje zawiodło (ale już jest lepiej), tym bardziej więc doceniam i szczerze polecam (zdrowy styl życia).

Do zobaczenia na łączach w 2026-tym!

—–

Więc gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Wizyty

Wojna od zawsze przyciągała ludzi władzy, symbolu i rozpoznawalności. Jedni przyjeżdżali, by dowodzić, inni, by podtrzymywać morale, jeszcze inni – by zaświadczyć, że świat nie odwrócił wzroku. Zmieniały się formy konfliktów i środki przekazu, lecz sama logika obecności pozostała zaskakująco trwała: wizyty w strefach konfliktów – zarówno polityków, jak i celebrytów – to elementy szerszej gry narracyjnej, prowadzonej równolegle do operacji zbrojnych. Niekiedy są równie istotne, co twarde, kinetyczne działania.

Był początek marca 2012 roku, pracowałem wówczas w Afganistanie. Kilka dni wcześniej trafiłem do bazy Warrior na południu tzw. polskiej prowincji. „Rakietowe miasteczko” leżało jakieś 60 km od głównego obozowiska naszych żołnierzy, znajdującego się w mieście Ghazni. Banalny dystans, w czasach pokoju do pokonania w godzinę, w realiach wojny już zdecydowanie nie. Highway 1 – główna droga Afganistanu, wiodąca od Kandaharu do Kabulu – naszpikowana była „ajdikami” (minami-pułapkami). A inaczej jechać się nie dało.

W Warriorze wieści rozchodziły się szybko. „Pojutrze do Ghazni przyleci prezydent Komorowski”, zdradził mi jeden z oficerów. Nadałem cynk redakcji, w odpowiedzi dostając pytanie: „Dasz radę się tam dostać i obsłużyć wizytę?”. „Spróbuję”, odparłem. Jazda „ajdisztrase” zajęła mi kilkadziesiąt godzin. Zdążyłem, ale co się przy tym najadłem strachu, to moje.

Bronisław Komorowski przyleciał do „Gazowni” – jak nazywano naszą główną bazę – z lotniska w Bagram koło Kabulu (gdzie dotarł samolotem) na pokładzie potężnego amerykańskiego Chinooka i w asyście kilku należących do US Army Apaczy. Dlaczego akurat tak, skoro polski kontyngent miał własne śmigłowce transportowe Mi-17 i szturmowe Mi-24? Chinook był większy, a delegacja spora, Apacze zaś doszły „w pakiecie” – tak mi to wtedy tłumaczono. Zapewne nie bez znaczenia był również fakt, że amerykańskie maszyny gwarantowały wyższy poziom bezpieczeństwa, przede wszystkim ich pasywne i aktywne systemy obronne. Co by bowiem nie mówić, prezydent RP wlatywał w paszę lwa. Afgańskim rebeliantom z rzadka się takie akcje udawały, jednak od czasu do czasu potrafili „zdjąć z nieba” koalicyjny helikopter. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło…

—–

Przenieśmy się w czasie o kilkanaście lat do przodu. 20 lutego 2023 roku świat przecierał oczy ze zdumienia, po tym, jak prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden objawił się w Kijowie. Było to wydarzenie bez precedensu w najnowszej historii dyplomacji. Biden przybył do stolicy państwa prowadzącego pełnoskalową wojnę obronną z rosją, bez obecności amerykańskich wojsk bojowych na miejscu, bez kontroli przestrzeni powietrznej, w warunkach realnego zagrożenia atakiem rakietowym. W przeciwieństwie do wizyt jego poprzedników w Iraku czy Afganistanie, nie był to przyjazd do strefy kontrolowanej przez USA, lecz wejście w obszar wojny, nad którą Waszyngton nie miał bezpośredniej kontroli.

rosja została poinformowana o wizycie kilka godzin wcześniej, w ramach kanałów deeskalacyjnych. Nikt Moskwy o zgodę nie pytał – szło o to, by zminimalizować ryzyko przypadkowego incydentu między mocarstwami nuklearnymi.

Choć zabezpieczenie prezydenta nie polegało na widocznej obecności wojska, Amerykanie zagonili do roboty masę ludzi i sprzętu. Satelity, samoloty rozpoznawcze (które operowały wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy), najlepsze oddziały specjalne. Te ostatnie, wraz z maszynami typu V-22 Osprey, rozlokowano na jednym z lotnisk w Polsce, utrzymując w stanie najwyższej gotowości. Samą ich obecność – niewidoczną dla opinii publicznej i nigdy oficjalnie niepotwierdzoną – można uznać za symbol tego, jak niestandardowa była to operacja. A Joe Biden zaskoczył wówczas nie tylko polityczną zuchwałością, ale i osobistą odwagą.

Błyszczy nią, niezwykle często, prezydent Wołodymyr Zełenski, co kilkanaście dni temu przybrało spektakularną postać. Prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, tym razem w Kupiańsku. Niespełna dwa kilometry od rosyjskich pozycji nagrał wystąpienie, w którym odniósł się do kłamliwych kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta. Zagrał na nosie całemu rosyjskiemu aparatowi propagandowemu – budującemu wokół Kupiańska narrację o kolejnej wielkiej, zwycięskiej bitwie – ale i swojemu głównemu adwersarzowi. Putin, jak wiemy, niespecjalnie grzeszy odwagą – po wybuchu pełnoskalowej wojny długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów.

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że tego typu „wygłupy” nie przystojną politykowi, głowie państwa na wojnie. Czyżby? Zełenski w Kupiańsku – spokojnie nagrywający swój „spicz” – to nie tylko komunikat skierowany do Putina i oszukujących szefa rosyjskich generałów. To także przesłanie do Donalda Trumpa, w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, lecz gotowy jestem zaryzykować własne życie”. Tak również (obok szeregu innych działań!), po trosze chłopięcym zuchwalstwem, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną i doniesienia z połowy grudnia. Prezydencki gest był tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczył i dawał powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń. I w tym właśnie zawiera się podstawowa funkcja takich wizyt – są konsolidujące.

Podróż Joe Bidena była gestem solidarności z walczącym krajem, wyrażonym w imieniu całej zachodniej wspólnoty. W ten sam wzorzec (choć oczywiście skala oddziaływania była tu inna), wpisuje się wizyta Bronisława Komorowskiego u polskich wojskowych w Ghazni – miała ona podtrzymać morale, potwierdzić sens misji, pokazać więzi między państwem a armią. Adresatem byli przede wszystkim żołnierze, ale i wyborcy w kraju, a warunki podwyższonego ryzyka podbijały wagę tej deklaracji.

—–

Współczesny sznyt takich wizyt ukształtował się w XX wieku, wraz z nastaniem wojen masowych i rozwojem mediów. Przywódcy państw odwiedzający własnych żołnierzy na froncie mieli ucieleśniać ciągłość władzy i sens poświęcenia. W czasie II wojny światowej Winston Churchill pojawiał się w bombardowanym Londynie, świadomie ryzykując, by pokazać, że rząd dzieli los obywateli. Ten gest, powielany później w różnych konfiguracjach, stał się archetypem politycznej odwagi – choć z czasem coraz częściej był też starannie reżyserowanym elementem przekazu.

W epoce wojen ekspedycyjnych, takich jak Wietnam, Irak czy Afganistan, wizyty przywódców w strefach działań bojowych nabrały bardziej zinstytucjonalizowanego charakteru. Prezydenci USA, premierzy i ministrowie obrony przylatywali do baz wojskowych, lądowali nocą, w tajemnicy, by po kilku godzinach odlecieć z powrotem. Ryzyko istniało, lecz było ono zarządzane – państwo wysyłające kontrolowało przestrzeń powietrzną, dysponowało własnymi wojskami, systemami obrony i zapleczem logistycznym. Były to wizyty „u swoich”, odbywane w ramach znanej, przewidywalnej architektury bezpieczeństwa. Ich głównym adresatem była opinia publiczna w kraju: stanowiły sygnał, że władza panuje nad sytuacją, że żołnierze nie zostali zapomniani, że wojna – jakkolwiek kosztowna – ma sens.

Równolegle do polityków na wojnach zaczęli pojawiać się artyści i celebryci. Podczas wojny w Wietnamie amerykańscy muzycy i aktorzy przyjeżdżali zarówno po to, by występować dla żołnierzy, jak i po to, by dokumentować grozę konfliktu. Koncerty organizowane dla armii miały podnosić morale, tworzyć iluzję normalności w nienormalnych warunkach. Jednocześnie kultura masowa stała się nośnikiem sprzeciwu wobec wojny – obrazy, piosenki i relacje artystów miały często większy wpływ na nastroje społeczne niż oficjalne komunikaty rządu. Już wtedy ujawniła się różnica między obecnością władzy a obecnością symbolu: polityk reprezentował decyzję, artysta – emocję.

Po zakończeniu zimnej wojny i wraz z rozwojem globalnych mediów wizyty celebrytów w strefach konfliktów zaczęły pełnić coraz wyraźniej funkcję humanitarną i komunikacyjną. O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Przylot prezydenta Bronisława Komorowskiego do Ghazni, marzec 2012 roku/fot. własne