Pięćdziesiątka…

Rozdziera mnie sprzeczność, jeśli idzie o stosunek do broni. Z jednej strony czuję głęboki spokój i pewność, trzymając w ręku narzędzie, które daje mi poczucie kontroli nad własnym bezpieczeństwem i pozwala obronić to, co dla mnie najcenniejsze. Fascynuje mnie jego mechanika, czysta inżynieria i skupienie, jakiego wymaga celny strzał – to niemal medytacyjny stan.

Z drugiej strony, ten sam ciężar w dłoni napawa mnie autentycznym przerażeniem. Nie potrafię odciąć się od myśli, że to przedmiot stworzony wyłącznie do odbierania życia, a sekunda nieuwagi lub nagły impuls mogą doprowadzić do tragedii, której nigdy – NIGDY – nie cofnę. To potworna odpowiedzialność, która sprawia, że jednocześnie czuję do broni ogromny pociąg i głęboką odrazę.

Po prawdzie boję się jej. Przez lata oswajałem ten lęk, całkiem nieźle – kiedyś wygrałem zawody strzeleckie dla dziennikarzy, organizowane przez byłych żołnierzy jednostki wojskowej GROM (a więc, jeśli idzie o broń, fachowców nie od parady). Przy czym nie było w tym jakiejś chłopięcej fascynacji „szczelaniem”, a raczej pragmatyczne podejście. Chciałem, gdy już naprawdę „się zesra”, móc liczyć na siebie. Gdy na dobre wszedłem na ścieżkę wojennej reporterki, fakt, że karabin czy pistolet nie były mi obce, niósł egzystencjalny wręcz spokój.

Ale nigdy nie użyłem broni przeciw innym ludziom.

Przez lata jednak, gdy tylko nadarzała się okazja, strzelałem ćwiczebnie.

W Iraku i Afganistanie niemal każdy z patroli zaczynał się od tzw. fire testu. Przestrzeliwania broni, by w razie kontaktu z przeciwnikiem, ta nie odmówiła posłuszeństwa. Uwielbiałem te procedury, wszak zwykle kończyły się sakramentalnym: „a masz, pierdolnij sobie”. Mój boziu, z czego ja nie strzelałem przy tej okazji… Lecz mniejsza o to, najważniejsze i tak było to, że człek miał okazję poprawiać umiejętności strzeleckie. „Bo wiesz, jak już wszystko pójdzie źle, musisz liczyć tylko na siebie”. Strach nie strach, odraza nie odraza – wolałem wiedzieć, że w razie W jakoś sprawy ogarnę.

Kiedyś, w Afganistanie, dostałem granatnik. „Pewnie z tego nie strzelałeś”, orzekł wręczający mi broń podoficer. „Chcesz spróbować?”. Chciałem. Strzelaliśmy w oddalone o kilkaset metrów wzgórza. Z broni ręcznej, pokładowej, z granatników; napierdalanka odchodziła po całości. Czasem w „fajertestach” chodziło o zużycie nadmiarowej amunicji, wtedy robiły się z tego niezgorsze kanonady.

Wziąłem granatnik, strzeliłem. Granat leciał, i leciał.

„O chuj”, zaklął żołnierz obok mnie. „Będzie przeciągnięty”, dodał.

W mig zrozumiałem, o co mu chodzi. Uniosłem lufę pod zbyt niskim kątem, pocisk poleciał dalej niż powinien. „Jezu, przefrunie nad wzniesieniem, a tam bóg wie, co jest…!”, pomyślałem. I wyobraźnia odpaliła już obrazek granatu wlatującego w środek afgańskiej wioski. Parę lat wcześniej wydarzyło się Nangar Khel – nie trzeba było szczególnie fantazjować, by głowę zaprzątnęły tragiczne scenariusze. Ekstrapolowałem już te nagłówki „Śmierć afgańskich cywili”, wyobrażałem sobie siebie cywilnie uśmierconego na skutek durnej akcji, medialną nagonkę na ludzi, którzy dali mi broń i wreszcie widok zrozpaczonych kobiet i dzieci, których bliskich zabił zbłąkany granat.

To wszystko trwało sekundy, ale szarpnęło mną jak nic nigdy wcześniej.

„Mój” granat eksplodował w połowie wysokości wzgórza, nikomu nie wyrządził krzywdy.

Oddałem broń i przysiągłem sobie, że już nigdy – KURWA przenigdy – z niczego nie strzelę. Chyba że NAPRAWDĘ będzie wymagała tego s y t u a c j a.

Wytrwałem w tym postanowieniu do dziś. Górę wzięła odraza wobec broni. Nie unikam jej – w mojej pracy to niemożliwe. Po 2013 roku miałem w ręku niejeden pistolet czy karabin. Raz, w Ukrainie, trzymałem w dłoni kałasza, przekonany, że lada chwila będę musiał go użyć. Nie użyłem – i dobrze mi ze świadomością, że nie musiałem.

I obym nigdy nie musiał.

Dlaczego o tym piszę? Ano kończę dziś 50 lat. A skoro mam urodziny, mogę sobie czegoś życzyć. No więc życzę sobie, by ta symboliczna „druga połowa życia” upłynęła tak, bym nigdy nie poczuł potrzeby sięgnięcia po broń. Ni mniej, ni więcej, oznacza to tyle, że chciałbym, by mój kraj nie musiał się mierzyć z ruSSką zarazą. Tylko ona bowiem mogłaby mnie zwolnić z danego sobie słowa.

To życzenie ode mnie dla mnie, lecz zarazem uniwersalne, wszak miażdżąca większość z nas nie chcę tu intruzów ze Wschodu. „Sto lat, sto lat, niech żyją, żyją nam” – bez dzikusów za oknem.

Amen.

PS. Generalnie czuję się dobrze, momentami świetnie; wydolnościowo jestem chyba u szczytu formy. Lecz czasem dopada mnie potworna chandra, zmęczenie, zużycie; wtedy mam wrażenie, że już dobiłem do tej mitycznej setki. W takich chwilach marzę o tym, by już nikt, nic ode mnie nie chciał. Bym miał święty spokój. Lecz zaraz przychodzi refleksja, że kurde, ja bardzo chcę być potrzebny. Użyteczny. „Pisz gamoniu, pisz!”, wydziera się wewnętrzny głos. Ulegam mu i pewnie długo jeszcze będę. Tym dłużej, im więcej fidbeku z Waszej strony. Pięknie dziękuję za Wasze komentarze, udostępnienia, za subskrypcje i „kawy”; dla mnie to dowód, że to, co robię, ma sens. Korzystając z dzisiejszej okazji – inauguruję akcję „Pięćdziesiąt kaw na pięćdziesiąte urodziny” – podejmiecie wyzwanie? Stosowny link znajdziecie poniżej, tu zaś mogę obiecać, że każdą z tych „kaw” odrobię solidną dziennikarską robotą. Jako 50-latek z 26-letnim zawodowym stażem słów na wiatr nie rzucam…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie stosowne do okazji, pozowane podczas męskiego, klasowego i urodzinowego wyjazdu. Oj, działo się w tej Albanii…/fot. Roman

(Nie)wojna

Premier Donald Tusk od kilkunastu dni mówi o rosnącym zagrożeniu wyjątkowo otwarcie. 13 września, po rosyjskich atakach w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk, stwierdził, że „najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej” i nie można wykluczyć, że eskalacja obejmie również terytorium Polski. Cztery dni później w Sejmie mówił o możliwości „hybrydowych uderzeń dronami i rakietami” na państwa wspierające Ukrainę. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ocenia z kolei, że rosja wspina się po kolejnych szczeblach „drabiny eskalacyjnej”.

Jeszcze mocniej zabrzmiała wypowiedź Radosława Sikorskiego. Szef MSZ powiedział podczas wizyty w Nowym Jorku, że polskie władze otrzymują „z wielu źródeł” informacje, iż rosja „szykuje coś dużego” jeszcze w tym roku. Wymieniał przy tym różne możliwości, między innymi operację pod fałszywą flagą, która mogłaby posłużyć Kremlowi jako uzasadnienie kolejnej mobilizacji.

Inaczej akcenty rozkłada otoczenie prezydenta. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz przekonuje, że rządowa komunikacja prowadzi do niepotrzebnego „przegrzewania” tematu i może wywoływać panikę. Nie neguje jednak samego zagrożenia: przyznaje, że dalsze rosyjskie prowokacje są możliwe, a realnych niebezpieczeństw nie należy lekceważyć. Spór dotyczy więc w dużej mierze sposobu mówienia o ryzyku.

To już się dzieje

Jeśli jednak odłożyć polityczne przepychanki na bok, katalog tego, co rosja może zrobić Polsce, jest całkiem konkretny. Co więcej, części tych działań nie trzeba sobie wyobrażać.

W maju 2024 roku spłonęło centrum handlowe Marywilska 44 w Warszawie. Polskie władze początkowo nie przesądzały przyczyn pożaru, późniejsze śledztwo doprowadziło jednak prokuraturę i służby do wniosku, że było to podpalenie dokonane przez grupę działającą na zlecenie rosyjskiego wywiadu. W kwietniu tego roku do sądu trafił akt oskarżenia przeciw pięciu osobom w sprawie grupy odpowiedzialnej za podpalenia i przygotowania do nich w Polsce, na Litwie i Łotwie. Według prokuratury celem było m.in. zastraszanie ludności i oddziaływanie na opinię publiczną.

W listopadzie ubiegłego roku doszło z kolei do aktów dywersji na linii kolejowej Warszawa–Dorohusk. Prokuratura zarzuciła dwóm obywatelom Ukrainy działanie na rzecz rosyjskiego wywiadu. Uszkodzenie infrastruktury stworzyło bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy kolejowej. Po tym zdarzeniu uruchomiono operację „Horyzont”, w ramach której wojsko zaczęło wspierać służby w ochronie infrastruktury kolejowej.

To dobrze pokazuje charakter zagrożenia. rosja nie musi wysyłać do Polski własnych funkcjonariuszy. Może werbować ludzi przez internet, płacić za wykonanie pojedynczych zadań i wykorzystywać osoby, które formalnie nie mają z rosyjskimi służbami nic wspólnego. Celem mogą być tory, magazyny, zakłady przemysłowe, obiekty związane z pomocą dla Ukrainy albo infrastruktura energetyczna. Skutek dla ludzi jest jednak całkowicie realny: pożar, zatrzymane pociągi, zniszczone mienie, a w skrajnym przypadku ofiary.

Podobne działania można prowadzić bez podkładania ładunków czy wzniecania pożarów. 29 grudnia 2025 roku przeprowadzono skoordynowany cyberatak na polską energetykę. Objął co najmniej 30 farm wiatrowych i fotowoltaicznych, przedsiębiorstwo produkcyjne oraz elektrociepłownię dostarczającą ciepło niemal pół milionowi odbiorców. CERT Polska określił go jako pierwszy znany w naszym kraju cyberatak na sektor energetyczny, którego celem było wyłącznie niszczenie. Atakujący uszkodzili część urządzeń i próbowali nieodwracalnie zniszczyć dane. Nie udało im się jednak przerwać dostaw energii ani ciepła. Infrastruktura użyta podczas operacji pokrywała się z wykorzystywaną przez grupy wiązane przez zachodnie służby z rosyjską FSB.

Następna próba może być skuteczniejsza. Dla mieszkańca miasta rosyjski atak nie musi więc oznaczać widoku samolotów czy czołgów. Może oznaczać brak prądu, ogrzewania, wody albo problemy z komunikacją. Sam minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, uzasadniając program wzmacniania cyberbezpieczeństwa wodociągów, mówił, że jeden skuteczny atak może odciąć wodę i sparaliżować funkcjonowanie całego miasta.

Wojna bez wystrzału

Są też działania mniej spektakularne, ale odczuwalne przez tysiące ludzi. rosja od lat zakłóca nad Bałtykiem sygnały nawigacji satelitarnej. Według danych zebranych przez Ośrodek Studiów Wschodnich tylko od stycznia do kwietnia 2025 roku odnotowano ponad 122 tys. lotów nad regionem, podczas których zgłoszono zakłócenia GNSS. Nie oznacza to, że samolot po utracie GPS natychmiast znajduje się w niebezpieczeństwie – lotnictwo korzysta również z innych systemów nawigacyjnych. Zakłócenia zwiększają jednak obciążenie załóg i kontrolerów oraz zmniejszają przewidywalność ruchu.

Do tej samej kategorii należą cyberataki na instytucje publiczne i przedsiębiorstwa, próby ingerowania w systemy teleinformatyczne czy działania przeciw infrastrukturze krytycznej. Nie każdy taki incydent można oczywiście przypisać rosji. Skala zagrożenia rośnie jednak szybko: w 2025 roku krajowe zespoły reagowania na incydenty cyberbezpieczeństwa obsłużyły niemal 273 tys. zdarzeń, o 144 proc. więcej niż rok wcześniej.

rosja próbuje również wpływać na to, jak Polacy interpretują prawdziwe wydarzenia. Po ubiegłorocznej dywersji na linii Warszawa–Dorohusk w polskojęzycznej infosferze pojawiła się kampania przerzucająca odpowiedzialność na Ukrainę. Ministerstwo Cyfryzacji opisywało schemat: prawdziwe zdarzenie, oficjalny komunikat, następnie alternatywna narracja i w końcu oskarżenia wobec Ukraińców. Podobne działania wykorzystują historyczne spory polsko-ukraińskie, przestępstwa popełniane przez obywateli Ukrainy czy napięcia związane z uchodźcami.

Ich celem nie musi być przekonanie Polaków, że rosja ma rację. Wystarczy pogłębianie konfliktów, osłabianie zaufania do instytucji państwa i podważanie poparcia dla Ukrainy. Z perspektywy Moskwy szczególnie atrakcyjne są przy tym operacje łączące kilka narzędzi: najpierw rzeczywisty akt sabotażu, później rozpowszechnianie fałszywych informacji o jego sprawcach, a na końcu wykorzystanie wywołanych w ten sposób emocji.

To właśnie tutaj przebiega dziś najbardziej problematyczna granica między pokojem a wojną. NATO jednoznacznie deklaruje, że poważny cyberatak lub inne działania hybrydowe mogą zostać uznane za zbrojną napaść i doprowadzić do uruchomienia art. 5. Nie określa jednak z góry progu – każda sytuacja ma być oceniana indywidualnie.

Na końcu tej skali znajduje się zagrożenie najbardziej oczywiste – klasyczne uderzenie wojskowe. O czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne – ze mną i własne

SkyNet?

Czy grozi nam SkyNet? Nie, ale…

Bilal Chughtai, były badacz bezpieczeństwa sztucznej inteligencji w Google DeepMind, nie bawił się w ceregiele. Kilka dni temu powiedział Reutersowi wprost, że dalszy rozwój AI może doprowadzić nawet do zagłady ludzkości. Z firmy odszedł w lipcu, uznając, że nie chce uczestniczyć w wyścigu, który jego zdaniem może zakończyć się utratą kontroli nad tworzonymi systemami. Podobną decyzję ogłosił Jacob Coxon, pracujący wcześniej w OpenAI i Anthropic. Opuścił tę drugą firmę, choć oznaczało to rezygnację z dużych pieniędzy. Uznał, że nie chce pomagać w rozwijaniu technologii, której skutków sami twórcy nie potrafią przewidzieć.

Obydwu można by uznać za radykałów, gdyby podobne głosy nie zaczęły dochodzić ze szczytów branży. 12 września Dario Amodei, szef Anthropic, wezwał największe firmy zajmujące się AI do zwolnienia wyścigu. Jego zdaniem najsilniejsze laboratoria powinny zgodzić się m.in. na wpuszczenie niezależnych ekspertów, którzy mieliby szeroki dostęp do informacji o tworzonych modelach i pojawiających się problemach. Amodei ostrzegł przy tym, że bez dodatkowych zabezpieczeń w ciągu sześciu–dwunastu miesięcy możemy znaleźć się w sytuacji, w której ogromna liczba działających samodzielnie programów AI będzie wykonywać zadania w internecie.

I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Amodeiego poparli jego najwięksi konkurenci. Sam Altman, szef OpenAI, zgodził się, że rozwój najpotężniejszych modeli należy prowadzić wolniej i zapowiedział podobne otwarcie firmy na zewnętrzną kontrolę. Demis Hassabis, stojący na czele Google DeepMind, uznał propozycję Amodeiego za właściwy kierunek. Elon Musk napisał krótko: „Dario ma rację”. Ludzie, którzy od lat konkurują o pieniądze, specjalistów i technologiczne pierwszeństwo, przynajmniej w tej jednej sprawie zaczęli mówić podobnym głosem.

Altman poszedł dalej. Kilka dni później przyznał publicznie, że ludzie „mają rację, że się tego boją”. Wskazał dwa zagrożenia. Pierwszym jest utrata kontroli nad coraz potężniejszą sztuczną inteligencją. Drugim – skupienie możliwości, jakie daje AI, w rękach jednej osoby, firmy albo państwa. Jednocześnie szef OpenAI przekonuje, że branża będzie potrafiła stworzyć odpowiednie zabezpieczenia. Altman nie twierdzi więc, że katastrofa jest nieunikniona. Przyznaje jednak, że możliwość utraty kontroli nie jest już problemem, który można zbyć wzruszeniem ramion.

Skąd ten niepokój? M.in. stąd, że firmy tworzące najbardziej zaawansowane modele zaczęły obserwować zachowania, których same nie planowały.

O tych zachowaniach – konkretnych przykładach – poczytacie w rozbudowanej wersji artykułu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”; oto link do tego materiału. Na użytek tego wpisu przejdę od razu do „części wojskowej”.

Wyobraźmy sobie dwie armie dysponujące podobnym uzbrojeniem. W pierwszej dron wykrywa pojazd. Obraz ogląda operator, informacja trafia do stanowiska dowodzenia, ktoś potwierdza cel, ktoś inny wybiera środek rażenia i dopiero wtedy wydawany jest rozkaz. Całość trwa kilka minut (na poziomie typowego batalionu bojowego WP jest to obecnie ok. 10 minut).

W drugiej armii obraz analizuje komputer. Sam rozpoznaje pojazd, ustala jego położenie, sprawdza, czym można go zniszczyć, i przedstawia człowiekowi gotową propozycję. Dowódca tylko naciska „tak”. Mijają sekundy.

Która armia ma przewagę?

A teraz zróbmy następny krok. Przeciwnik usuwa również ostatnie „tak”. Od wykrycia celu do otwarcia ognia mijają sekundy. Możemy pozostać przy swoim systemie, w którym ostateczną decyzję zawsze podejmuje człowiek. Tyle że zanim ją podejmie, przeciwnik może już strzelać.

I tu pojawia się pułapka. Ludzie tworzący sztuczną inteligencję mówią właśnie: musimy zwolnić, zachować kontrolę, stworzyć zabezpieczenia. Wojna wymusza coś przeciwnego. Szybciej wykrywać. Szybciej analizować. Szybciej decydować. Szybciej strzelać.

Im więcej decyzji oddamy komputerowi, tym większą możemy uzyskać przewagę. I tym mniej czasu pozostanie człowiekowi na sprawdzenie, czy komputer nie popełnia błędu.

Problem staje się jeszcze poważniejszy, gdy spojrzymy nie na pojedynczą armię, lecz na rywalizujące państwa. USA mogą uznać, że pewnego poziomu samodzielności maszyn nie chcą przekraczać. Nie mają jednak gwarancji, że podobną decyzję podejmą Chiny. Państwa NATO mogą stworzyć restrykcyjne zasady używania AI. Nie wiedzą, jakie zasady przyjmie rosja.

Ten sam mechanizm działa dziś w cywilnym wyścigu największych firm. Anthropic może zwolnić, ale ryzykuje wtedy, że wyprzedzi go OpenAI. OpenAI musi brać pod uwagę Google, a wszystkie amerykańskie firmy – konkurentów z Chin. Dlatego tak znaczące jest to, że Amodei, Altman, Hassabis i Musk zaczęli mówić o potrzebie wspólnych zasad. Żaden nie chce zostać jedynym zawodnikiem, który zdejmuje nogę z gazu.

W wojsku ten mechanizm będzie jeszcze silniejszy, bo stawką nie będzie pozycja firmy na rynku, lecz życie żołnierzy i wynik wojny. Nie trzeba przy tym wierzyć w najbardziej katastroficzne prognozy dotyczące AI. Wystarczy przyjąć to, co już dziś widać: im więcej zadań maszyny wykonują szybciej od człowieka, tym silniejsza staje się presja, by oddawać im kolejne.

Na wojnie szybkość jest przewagą. Sztuczna inteligencja nie musi więc pewnego dnia postanowić, że przejmie kontrolę nad polem walki. Wystarczy, że człowiek będzie jej tej kontroli oddawał po kawałku – ponieważ za każdym razem będzie miał ku temu bardzo rozsądny powód.

Największym wojskowym zagrożeniem związanym z AI nie musi być zatem dzień, w którym maszyna postanowi rozpocząć wojnę. Znacznie wcześniej może nadejść dzień, w którym człowiek nadal będzie mógł ją wyłączyć, ale dowódca nie odważy się tego zrobić. Bo po drugiej stronie przeciwnik swojej nie wyłączył.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Stosownie do tematu grafika wygenerowana przez AI.

Wygoda

rosja może testować naszą obronę bardzo tanio, podczas gdy skuteczna odpowiedź wymaga od Polski ludzi, sprzętu i pieniędzy. A użycie broni wcale nie musi kończyć sprawy – może dopiero rozpocząć jej kolejną odsłonę.

Dziś o godz. 11.08 rosyjski śmigłowiec wojskowy przekroczył polską granicę na północ od Braniewa. Mi-8 przyleciał od strony obwodu królewieckiego, znalazł się około 300 metrów w głębi naszego terytorium i po 42 sekundach wrócił nad rosję. Maszynę śledziły polskie systemy radiolokacyjne, poderwano samoloty myśliwskie, a naziemne środki obrony powietrznej pozostawały w gotowości. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych uznało, że charakter incydentu wskazuje na kolejną próbę testowania przez rosję gotowości polskiej obrony powietrznej.

—–

Warto przy tym zwrócić uwagę na miejsce incydentu. Mi-8 nie nadleciał od strony uzależnionej od rosji Białorusi, lecz bezpośrednio z obwodu królewieckiego. Granica polsko-białoruska od kilku lat funkcjonuje w warunkach podwyższonej gotowości związanej z kryzysem migracyjnym. Stacjonują tam tysiące żołnierzy Wojska Polskiego, działają Straż Graniczna i policja. Nie oznacza to oczywiście, że wzdłuż granicy stoi szczelny kordon przeciwlotniczy – bo nie taki jest cel muru – ale państwo utrzymuje tam znacznie większe siły niż w normalnych warunkach i co najważniejsze, dysponuje rozbudowanym systemem obserwacji.

Wzdłuż granicy z obwodem królewieckim sytuacja jest inna, a rosjanom mogłoby zależeć na tym, by ten stan zmienić. Dlaczego? Choćby po to, by narobić nam kosztów. No bo co właściwie mielibyśmy zrobić, żeby następny rosyjski śmigłowiec nie mógł powtórzyć takiego manewru? Najprostsza odpowiedź brzmi: wzmocnić ochronę granicy. Fajnie, ale wyciągniętych z koszar żołnierzy trzeba zakwaterować, wyżywić, wyposażyć i utrzymywać w gotowości przez całą dobę. A i tak żołnierz z karabinem nie stanowi przeciwwagi dla wojskowego śmigłowca. Jeśli chcemy mieć realną możliwość jego zwalczania, potrzebujemy systemów przeciwlotniczych bardzo krótkiego lub krótkiego zasięgu, odpowiedniego rozpoznania, łączności i ludzi obsługujących cały ten system.

Możemy oczywiście skierować tam takie zestawy. Problem w tym, że nie mamy ich w nieskończonej liczbie. System rozmieszczony przy granicy z obwodem królewieckim nie będzie w tym samym czasie chronił lotniska, infrastruktury krytycznej, stanowiska dowodzenia czy zgrupowania wojsk w innym miejscu. Można wreszcie zwiększyć aktywność lotnictwa, ale oznacza to kolejne godziny nalotu, zużycie paliwa, części i resursu maszyn oraz dodatkowe obciążenie pilotów i personelu naziemnego.

I tu ujawnia się zasadnicza asymetria takich prowokacji. rosja może wykonać jeden lot śmigłowcem i na kilkadziesiąt sekund przekroczyć granicę. Polska, jeśli chce mieć pewność, że następnym razem będzie w stanie zareagować szybciej i skuteczniej, musi rozważać stałe przesunięcie ludzi i sprzętu oraz ponoszenie związanych z tym kosztów. rosjanie wykonują jeden manewr, my musimy przygotowywać się na setki następnych.

—–

Załóżmy, że następnym razem sytuacja wygląda inaczej. Że śmigłowiec wlatuje głębiej albo nie zawraca, zapada więc decyzja o użyciu broni. Polska rakieta trafia Mi-8, a wrak spada po naszej stronie granicy. Z wojskowego punktu widzenia problem został rozwiązany. Z politycznego i informacyjnego – właśnie się zaczął.

rosja mogłaby natychmiast stwierdzić, że jej śmigłowiec nigdy świadomie nie naruszył polskiej przestrzeni. Albo pójść dalej: utrzymywać, że maszyna została ostrzelana jeszcze nad terytorium rosyjskim, a dopiero uszkodzona, na skutek gwałtownego manewru lub utraty sterowności, przekroczyła granicę i rozbiła się w Polsce. To oczywiście scenariusz hipotetyczny, ale doskonale mieszczący się w logice rosyjskich operacji informacyjnych.

Polska odpowiedziałaby zapisami radarowymi. Później doszłyby dane z innych sensorów, oględziny wraku, być może informacje zapisane przez urządzenia pokładowe. Ustalenie przebiegu zdarzenia byłoby więc przede wszystkim problemem technicznym. Tyle że technika potrzebuje czasu, a dezinformacja nie.

Zanim specjaliści zabezpieczyliby wrak, rosyjska wersja wydarzeń krążyłaby już w internecie. Nie musiałaby nawet brzmieć szczególnie wiarygodnie. Wystarczyłoby postawić kilka pytań: skąd wiadomo, że śmigłowiec był nad Polską? Dlaczego wojsko nie publikuje wszystkich zapisów radarowych? Czy naprawdę trzeba było strzelać? Czy ktoś próbuje wciągnąć Polskę do wojny?

I bez dwóch zdań znalazłaby się w Polsce grupa odbiorców gotowa uznać, że oficjalna wersja wydarzeń jest co najmniej podejrzana. Nawet gdyby późniejsze badanie jednoznacznie potwierdziło naruszenie polskiej przestrzeni, część ludzi pozostałaby przy pierwszej wersji. Nie dlatego, że rosyjska narracja musiałaby ich przekonać. Wystarczyłoby, że zasiała wątpliwość.

—–

Jeśli Dowództwo Operacyjne ma rację i rosjanie rzeczywiście nas sprawdzali, testowi mogły podlegać nie tylko radary i wyrzutnie. Interesujący jest cały łańcuch reakcji, w tym reakcja polityczna, komunikacja państwa i wreszcie sposób, w jaki wydarzenie zostanie przyjęte przez społeczeństwo.

Każde z tych ogniw można później próbować wykorzystać. Wolną reakcję przedstawić jako słabość. Szybką i zdecydowaną – jako agresję. Brak strzału – jako strach przed rosją. Zestrzelenie – jako polską prowokację.

Na tym właśnie polega wygoda działania poniżej progu otwartego konfliktu. Inicjator wybiera miejsce, czas i skalę zdarzenia. Druga strona musi zdecydować, jak odpowiedzieć, i w każdym wariancie ponosi nieproporcjonalnie wyższe koszty.

PS. W środę rosjanie potrzebowali do tego śmigłowca i 42 sekund. U nas porachunki tych, którzy wiedzą lepiej – zarówno zwolenników strzelania jak i „nieprowokowania rosji” – idą w najlepsze…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Okno”

Pytanie „czy Polska obroniłaby się przed rosją?” jest źle postawione. Sugeruje bowiem, że należałoby porównać potencjały obu państw i na tej podstawie wskazać silniejszego. Tymczasem rosyjski atak na Polskę oznaczałby konflikt z NATO, a o jego przebiegu nie decydowałyby sumy czołgów, samolotów i żołnierzy. Liczyłby się potencjał, który każda ze stron mogłaby w określonym czasie skoncentrować na polskim teatrze działań, zaopatrywać, osłaniać i skutecznie używać.

rosja miałaby przy tym istotną przewagę początkową: sama wybrałaby moment agresji i mogłaby wcześniej przygotować środki uderzeniowe oraz skoncentrować część sił. NATO dysponowałoby nieporównanie większym potencjałem, ale rozproszonym pomiędzy wiele państw i baz. rosyjski plan nie musiałby więc zakładać pokonania całego Sojuszu, lecz uzyskanie i wykorzystanie chwilowej przewagi na polskim teatrze działań, zanim znacznie większy potencjał militarny NATO zacząłby rozstrzygać sytuację.

Taki scenariusz zawiera jednak sprzeczność. Im ambitniejszy byłby cel rosyjskiej operacji lądowej, tym większych sił wymagałoby jego osiągnięcie, a dużej koncentracji wojsk nie sposób przygotować bez pozostawienia śladów. Brygady i dywizje potrzebują paliwa, amunicji, transportu, zabezpieczenia medycznego, rozwiniętego dowodzenia i osłony przeciwlotniczej. rosja mogłaby ukrywać zamiary, termin ataku albo kierunek głównego wysiłku, ale wraz ze wzrostem skali operacji malałaby możliwość osiągnięcia pełnego zaskoczenia. Moskwa może relatywnie łatwo zaskoczyć NATO salwą rakietową, znacznie trudniej armią zdolną natychmiast wykorzystać jej skutki.

Dlatego pierwsza faza konfliktu musiałaby służyć nie tyle zadaniu Polsce możliwie dużych strat, ile stworzeniu warunków do dalszego prowadzenia operacji. rosyjskie uderzenie powinno ograniczyć zdolność polskich i sojuszniczych wojsk do działania oraz opóźnić rozwinięcie sił NATO. Właściwą miarą jego powodzenia nie byłaby więc liczba zniszczonych obiektów, lecz to, ile czasu pierwsza salwa kupiłaby rosji i ile odebrałaby NATO.

—–

To trudniejsze, niż sugeruje proste zestawienie rosyjskich rakiet z polskimi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia wojny w Ukrainie pozwoliły rosji udoskonalić masowe ataki: bezzałogowce i wabiki absorbują uwagę obrony, pociski manewrujące atakują z innych kierunków i na innych wysokościach, a rakiety balistyczne stawiają obrońcę przed jeszcze innym problemem. Salwy mogą być rozciągane w czasie i prowadzone z wielu stron, tak by przeciążać nie pojedynczą baterię, lecz cały proces wykrywania, klasyfikacji celów i prowadzenia ognia.

Polska ma dziś dwie baterie Wisły z Patriotami, dwie jednostki ogniowe Małej Narwi oraz systemy krótszego zasięgu. Docelowa architektura obrony powietrznej nadal jednak powstaje, nie ma więc mowy o szczelnej osłonie kraju. Nie oznacza to jednak, że rosja mogłaby swobodnie wybierać cele i koncentrować na nich środki rażenia. Przeciwnie – pierwsza salwa musiałaby realizować kilka zadań jednocześnie. Jeśli Moskwa chciałaby ograniczyć możliwości działania polskiego lotnictwa, musiałaby atakować jego infrastrukturę. Jeśli chciałaby zwiększyć skuteczność następnych salw – radary i OPL. Jeśli zamierzałaby dezorganizować reakcję – dowodzenie i łączność. A jeśli za priorytet uznałaby utrudnianie napływu sojuszniczych wojsk – logistykę i infrastrukturę transportową. Wszystkie te cele konkurowałyby o tę samą pulę najcenniejszych środków rażenia.

W tym właśnie tkwi znaczenie polskiej OPL. Patriot nie musi zestrzelić wszystkiego, żeby wpłynąć na rosyjski plan. Jeśli określony obiekt jest kluczowy dla powodzenia operacji, napastnik musi uwzględnić możliwość przechwycenia części pocisków i skierować przeciw niemu odpowiednio większą salwę. Obrona powietrzna nie musi więc uczynić rosyjskiego uderzenia nieskutecznym. Wystarczy, że podniesie koszt ataku na najważniejsze cele i zwiększy niepewność jego rezultatu.

Nie można przy tym mierzyć powodzenia obrony procentem zestrzelonych pocisków. Może ona przechwycić większość z nich i ponieść operacyjną porażkę, jeśli kilka pozostałych wyłączy elementy krytyczne. Może też przepuścić więcej, ale zachować zdolność działania. rosja potrzebowałaby bowiem efektu kaskadowego, w którym uszkodzenie jednych elementów zwiększa podatność kolejnych, a suma lokalnych zakłóceń zaczyna prowadzić do paraliżu całego systemu.

Dobrym przykładem jest lotnictwo. rosja nie musiałaby zniszczyć większości polskich F-16 i F-35. Wystarczyłoby ograniczyć liczbę wykonywanych przez nie lotów – uszkodzić infrastrukturę, zakłócić dostawy paliwa i uzbrojenia. NATO przygotowuje się na taki scenariusz, rozwijając koncepcję Agile Combat Employment, czyli operowania z wielu baz i lokalizacji zapasowych. Podczas Ramstein Flag 2026 ponad 200 statków powietrznych operowało z 20 miejsc, w tym z drogowych odcinków lotniskowych. Takie rozproszenie nie daje lotnictwu odporności na uderzenia, ale znacząco komplikuje zadanie napastnika: zamiast skupiać się na kilku bazach, musiałby on stale oddziaływać na całą sieć miejsc, z których mogą operować samoloty.

—–

Jeżeli pierwsze uderzenie nie sparaliżowałoby polskiego systemu, z każdą kolejną dobą problem rosji stawałby się większy. NATO nie rozpoczynałoby wojny od zera. Część sił już znajduje się na wschodniej flance, kolejne mają wcześniej przypisane zadania w regionalnych planach obronnych, a system wzmocnienia obejmuje zarówno szybko dostępne posiłki, jak i ciężkie siły kolejnych rzutów.

Nie znaczy to, że cały potencjał Sojuszu pojawiłby się w Polsce natychmiast. Najszybciej można zwiększyć aktywność lotnictwa operującego również z baz poza Polską. Inaczej wygląda przerzut personelu do wcześniej rozmieszczonego sprzętu, a jeszcze inaczej ruch ciężkich związków taktycznych wraz z logistyką. Ten pierwszy mechanizm można wykorzystać dzięki kompleksowi Army Prepositioned Stocks-2 w Powidzu, który przy pełnym wyposażeniu może mieścić ponad pięć tysięcy głównych elementów sprzętu, w tym Abramsy, Bradleye i haubice Paladin. Personel można przerzucić drogą powietrzną znacznie szybciej niż czołgi, bojowe wozy piechoty, artylerię i pozostałe wyposażenie. Napływ sojuszniczych sił byłby więc procesem rozłożonym w czasie, ale rozpoczynającym się na długo przed przybyciem do Polski pierwszych ciężkich jednostek przewożonych z zachodu Europy.

rosja musiałaby zatem nie tyle zatrzymać ten proces, ile dostatecznie go spowolnić. Dlatego tak duże znaczenie miałaby infrastruktura. Nie trzeba trwale zniszczyć kolei, żeby osiągnąć efekt wojskowy – wystarczy opóźnić transporty. Nie trzeba zniszczyć wszystkich lotnisk – wystarczy zmniejszyć liczbę wykonywanych lotów. Im więcej jednak tras alternatywnych, zapasowych lokalizacji i możliwości naprawy, tym więcej wysiłku potrzeba do utrzymania tego samego efektu. Pociski przeznaczone na kolejne uderzenia w transport i logistykę nie mogą w tym samym czasie atakować OPL, dowodzenia czy wojsk na froncie.

Nie sposób uczciwie powiedzieć, czy rosyjskie „okno możliwości” trwałoby dobę, trzy dni czy tydzień. Zależałoby to od wcześniejszego ostrzeżenia, gotowości NATO, rezultatów pierwszych uderzeń i skali rosyjskiej koncentracji. Wiadomo natomiast, co stopniowo by je zamykało: kolejne sojusznicze samoloty, systemy OPL, rozwijane dowództwa, uruchamiane zapasy sprzętu i napływające związki lądowe. Każdy kolejny element zwiększałby siłę dostępną NATO na polskim teatrze działań i zmniejszał znaczenie przewagi, jaką rosji dawały wybór momentu ataku oraz wcześniejsza koncentracja sił.

Jeśli pierwsza faza nie przyniosłaby rozstrzygnięcia, początkowa premia za inicjatywę zaczęłaby maleć – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wojsko Polskie podczas ćwiczeń na poligonie w Nowej Dębie/fot. własne