Dobroduszność

Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna Wadim handlował ciuchami na bazarku w Bachmucie. „Wielkich pieniędzy z tego nie było”, mówi. „Ale jako dzieciaki z sierocińca, nie mieliśmy z żoną wielkich oczekiwań”, uśmiecha się lekko. „To było dobre, zwyczajne życie”, podkreśla.

Przerwał je rosyjski pocisk artyleryjski, wystrzelony w pierwszych miesiącach walk o miasto. Eksplozja zabiła żonę Wadima i jego 13-letnią córkę. Zginęły na miejscu, w gruzach własnego domu.

„Byłem wtedy w Kramatorsku, dlatego przeżyłem”, twarz mężczyzny wyraża głęboki smutek; znam dobrze to spojrzenie ludzi, którzy żałują, że to nie ich trafiło. „Załamałem się”, na moment urywa opowieść. „Minęło wiele miesięcy nim stanąłem na nogi. Zgłosiłem się do wojska, dostałem przydział do brygady szturmowej. Nasz oddział trafił na Zaporoże”, Wadim wzdycha głośno, dodając, że wysyłkę na „zerówkę” poprzedziło ledwie 19-dniowe szkolenie.

Jako obserwator, z dwoma innymi kolegami, obsadził wysuniętą pozycję. „Lisią jamę”, jak mówi. Łączność radiową szybko trafił szlag, rosjanie regularnie ostrzeliwali ich pozycję, atakowali dronami, utrudniali jakikolwiek ruch. Jeden z żołnierzy zginął („spłonął…”, Wadim nie wchodzi w szczegóły), drugi zdezerterował. „Zostałem sam”, uśmiecha się smutno.

Swoi tymczasem cofnęli się, strefa śmierci była zbyt szeroka, by próbować ją pokonać. „Tak przynajmniej mi się wydawało”, relacjonuje Wadim.

Na szczęście w powietrzu były też własne drony. Wykryły go, przez kilka tygodni co jakiś czas zrzucały mu żywność i wodę.

rosjanie nie zapomnieli o jego istnieniu – ich drony regularnie próbowały go zabić. Ewakuacja nie wchodziła w grę, Wadim tkwił w norze, co jakiś czas zdobywając się na odwagę, by wystawić głowę po prowiant.

Któregoś razu, gdy zrzut nastąpił nieco dalej, mężczyzna postanowił zaryzykować. Nie dotarł do ładunku, wszedł na minę. Własną, zastawioną przez poprzedników kilkanaście tygodni wcześniej. „Teren zarósł wysoką trawą, straciłem orientację”, tłumaczy.

Eksplozja urwała mu dwa palce u prawej stopy.

Doczołgał się do okopu, na tyle, na ile mógł, zabezpieczył ranę. A potem przez dwa miesiące – DWA MIESIĄCE – czekał na pomoc. „Pęsetą wyciągałem z rany robaki”, mówi.

Swoje drony wciąż przylatywały, ale czego by nie podrzuciły, Wadim nie miał tego, co najważniejsze – właściwej opieki medycznej. W którymś momencie uznał więc, że musi zaryzykować i przedostać się na tyły.

Na czworaka, czołgając się, pokonywał kolejne metry. „Nocą; za dnia chowałem się w krzakach”, opowiada. Po drodze minął kilka innych odciętych pozycji. Koledzy dali jeść, pić, ale nikt nie miał odwagi się przyłączyć.

Samotna wyprawa na tyły trwała 18 dni – wtedy podjął go wóz ewakuacji medycznej. I zaczęła się kolejna podróż – tym razem już nie po życie, a po zdrowie.

Gdy piszę te słowa, Wadim jest w drodze do Holandii, gdzie poddany zostanie gruntownej rehabilitacji.

Opowiadam Wam jego historię jako dowód ludzkiej niezłomności – lecz nie tylko. Wadim to ilustracja czegoś bardziej wspaniałego, budującego. „Jestem głęboko wierzącym Romem”, podkreśla na wstępie rozmowy. Dopiero później, gdy padają zacytowane za chwilę słowa, rozumiem, po co to zastrzeżenie. „Cieszę się, że nikogo nie zabiłem, że dzięki Bogu nie mam krwi na rękach”, słyszę. Wznoszę brwi, zdumiony; Wadim chyba dostrzega ów gest. „Po tamtej stronie są ludzie, tacy sami jak my”, przekonuje. Facet, któremu ruskie zabiły żonę, córkę, odebrały ukochane miasto i zdrowie. Rozpierdala mnie ta dobroduszność, zawstydza. Ale i daje nadzieję.

Dziękuję Wadimie, cieszę się, że Cię poznałem.

Ps. Na lotnisku Rzeszów-Jasionka działa hub medyczny, prowadzony przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Trafiają tam pacjenci z Ukrainy, wysyłani na rehabilitację do innych krajów w Europie. Hub jest ich pierwszym przystankiem po tej stronie granicy. Przygotowuję materiał na jego temat, już dziś zapraszam Was do lektury na łamach „Polski Zbrojnej”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wadim/fot. własne

Zima

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) rosja ma 32 duże rafinerie o łącznych nominalnych mocach przerobowych około 6,5 mln baryłek dziennie. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku rosyjskie przetwórnie były atakowane średnio raz na trzy dni.

Efekty są już widoczne. W czerwcu rosyjskie rafinerie przerabiały około 3,8 mln baryłek ropy dziennie – najmniej od ponad dwóch dekad i o około 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Produkcja benzyny była o około jedną piątą niższa niż w 2025 roku, diesla – o niemal 30 proc. Pod koniec sierpnia produkcja benzyny spadła według źródeł Reutersa do około 80 tys. ton dziennie, podczas gdy krajowe zapotrzebowanie wynosiło około 115 tys. ton. rosyjskie rafinerie pokrywały więc zaledwie około 70 proc. popytu.

W ukraińskich komunikatach pojawiają się znacznie bardziej spektakularne liczby. Kijów twierdzi, że jego ataki wyłączyły już z działania 51 proc. rosyjskich mocy rafineryjnych. Tego szacunku nie udało się niezależnie potwierdzić, a wskaźnika nie należy utożsamiać z utratą połowy rosyjskiej produkcji. Rafineria uznana za trafioną może nadal pracować, tyle że z ograniczoną wydajnością, a część uszkodzeń rosjanie są w stanie szybko naprawić.

Dlatego ważniejsze jest to, co zostaje trafione. Proste uszkodzenia instalacji pierwotnego przerobu ropy można niekiedy usunąć w ciągu tygodnia lub dwóch. Znacznie trudniej zastąpić instalacje krakingu katalitycznego, hydrokrakingu, reformingu czy hydrorafinacji, niezbędne do wytwarzania wysokiej jakości paliw. Według IEA poważnie uszkodzone urządzenia tego rodzaju mogą wymagać sześciu–ośmiu miesięcy napraw. Rafineria moskiewska, ciężko uszkodzona w czerwcu, ma według dostępnych informacji pozostać wyłączona do początku 2027 roku.

Dla Ukrainy kluczowe staje się więc nie tylko trafienie takiego zakładu, lecz możliwość ponowienia ataku, zanim odzyska on pełną sprawność. A właśnie pod tym względem sytuacja zmieniła się w ostatnich latach najbardziej. Jeszcze kilka lat temu problemem było samo dotarcie do celu położonego kilkaset kilometrów w głębi rosji. Dziś Ukraina dysponuje całą rodziną własnych środków dalekiego zasięgu. Według danych producenta FP-1 może lecieć do 2700 km, cięższy FP-2 do 700 km, a pocisk manewrujący FP-5 Flamingo – nawet do 3000 km, przenosząc głowicę o masie około 1150 kg. Producent informował latem, że FP-1 i FP-2 uczestniczą w uderzeniach na rosję niemal codziennie.

Nie wszystkie deklarowane parametry można niezależnie zweryfikować, ale zasięg przeprowadzanych ataków pokazuje, że rosyjska geografia przestała być tak skuteczną osłoną jak wcześniej. W lipcu zaatakowano rafinerię w Omsku, około 2,5 tys. kilometrów od granicy z Ukrainą. Pod koniec sierpnia poza zasięgiem ukraińskich dronów pozostawało tylko pięć dużych rosyjskich rafinerii, położonych na wschodzie kraju (w odległości 3,5-6,5 tys. km od Ukrainy).

Strategiczne znaczenie tej zmiany nie sprowadza się zatem do możliwości przeprowadzenia pojedynczego uderzenia tysiące kilometrów od frontu. Ukraina może prowadzić kampanię, w której kolejne ataki nakładają się na skutki poprzednich. rosjanie muszą więc nie tylko chronić dziesiątki zakładów rozrzuconych na ogromnym terytorium, ale również naprawiać je w tempie szybszym niż przeciwnik jest w stanie ponownie je uszkadzać. To właśnie relacja między tempem niszczenia i odbudowy może zdecydować o rzeczywistej skuteczności ukraińskiej kampanii.

—–

Czy zatem zimą rosjanom zabraknie benzyny? Popyt na paliwa zmienia się sezonowo, a rosja dysponuje ogromną infrastrukturą naftową, może ograniczać eksport i przerzucać paliwa między regionami. Już podczas tegorocznego kryzysu władze kierowały do Moskwy benzynę z Syberii oraz zwiększały dostawy z zagranicy. Nawet dalsze skuteczne uderzenia w rafinerie nie oznaczają więc, że pewnego dnia cały kraj po prostu stanie.

Nie znaczy to jednak, że zimą skuteczność ukraińskiej kampanii musi zmaleć. Przeciwnie – może zmienić się przede wszystkim rodzaj szkód, które Ukraina jest w stanie powodować. Rafineria pozostaje ważnym celem przez cały rok, bo jej wyłączenie uderza w dostępność paliw, transport i gospodarkę. Wraz ze spadkiem temperatury szczególnego znaczenia nabiera jednak druga część rosyjskiej infrastruktury: system wytwarzania i dostarczania energii elektrycznej oraz ciepła. Ta sama kilkugodzinna awaria, która latem oznacza przede wszystkim niedogodność i straty gospodarcze, podczas silnego mrozu może stać się znacznie poważniejszym problemem.

Energia elektryczna jest bowiem elementem całego systemu naczyń połączonych. Bez niej nie działają pompy i część infrastruktury wodociągowej, problemy pojawiają się w systemach ciepłowniczych, telekomunikacji, handlu czy transporcie. Im dłużej trwa awaria i im niższa jest temperatura, tym większe ryzyko, że problem przestaje ograniczać się do braku światła. Dlatego do wywołania lokalnego kryzysu nie trzeba pozbawiać energii całego regionu na wiele dni. Wystarczy poważnie uszkodzić odpowiednio dobrany element sieci i utrudnić szybkie przywrócenie zasilania.

rosjanie przekonali się o tym już poprzedniej zimy. W styczniu ukraiński atak na infrastrukturę energetyczną obwodu biełgorodzkiego pozbawił według miejscowych władz około 600 tys. mieszkańców prądu, ogrzewania i wody. Temperatura spadała poniżej zera, w Biełgorodzie wyłączono oświetlenie uliczne, a władze musiały ograniczać zużycie energii. Nie był to paraliż rosyjskiej energetyki, lecz regionalny kryzys – i właśnie dlatego jest dobrym przykładem tego, co Ukraina może próbować powtarzać tej zimy.

—–

Taki sposób prowadzenia wojny Ukraińcy znają zresztą z własnego doświadczenia. Od jesieni 2022 roku rosja systematycznie atakuje elektrownie, elektrociepłownie, stacje elektroenergetyczne i inne elementy ukraińskiego systemu. Celem nie musi być trwałe pozbawienie całego kraju energii. Wystarczy zmusić operatorów do ciągłych napraw, tworzyć niedobory mocy, powodować awaryjne wyłączenia i sprawiać, że każdy kolejny atak zastaje system osłabiony skutkami poprzedniego. Mróz zwielokrotnia konsekwencje takich działań.

Ukraina nie dysponuje potencjałem pozwalającym przenieść ten model na rosję w podobnej skali. rosyjski system elektroenergetyczny jest ogromny, rozciągnięty na tysiące kilometrów i ma znacznie większe zasoby niż ukraiński. Kijów musi ponadto dzielić ograniczoną liczbę środków dalekiego zasięgu między rafinerie, przemysł zbrojeniowy, lotniska, składy amunicji, logistykę i energetykę. Każdy dron wysłany przeciw stacji elektroenergetycznej jest dronem, którego nie użyto przeciw innemu ważnemu celowi.

To wyznacza granice możliwego scenariusza. Ukraina nie jest w stanie „wyłączyć rosji”, może jednak próbować okresowo wyłączać jej fragmenty. Najbardziej narażone są regiony zachodniej części kraju, gdzie duża liczba potencjalnych celów znajduje się w zasięgu tańszych i liczniejszych ukraińskich bezzałogowców. Im dalej na wschód, tym trudniejsza staje się operacja: potrzeba środków o większym zasięgu, rośnie czas lotu i liczba rosyjskich systemów obrony, które trzeba ominąć.

Dlatego najbardziej realnym zimowym zagrożeniem dla rosji nie jest ogólnokrajowy blackout, lecz seria lokalnych kryzysów. W jednym regionie może zabraknąć prądu, w innym problemy z energią nałożą się na niedobory paliwa, gdzie indziej trzeba będzie ograniczyć dostawy dla przemysłu albo skierować dodatkowe zasoby do napraw. Pojedynczo takie zdarzenia nie zachwieją rosyjskim państwem. Powtarzane przez kilka miesięcy mogą jednak zwiększać gospodarcze koszty wojny i – co dla Kremla również ma znaczenie – przenosić jej skutki coraz głębiej w codzienne życie rosjan.

Przez poprzednie zimy pytanie brzmiało przede wszystkim: ile ukraińskiej infrastruktury rosja zdoła zniszczyć i jak długo Ukraina będzie w stanie znosić skutki tych uderzeń. Tej zimy pytanie pozostaje aktualne, ale dochodzi do niego kolejne: ile szkód Kijów jest w stanie wyrządzić po drugiej stronie granicy. rosji nie grozi energetyczne załamanie, lecz przy utrzymaniu obecnego tempa ataków część jej mieszkańców może coraz częściej doświadczać wojny nie za pośrednictwem telewizji, ale na stacjach benzynowych, w cenach towarów, a lokalnie także we własnych mieszkaniach. Nadchodząca zima może być pierwszą, podczas której energetyczna wojna naprawdę zacznie działać w obie strony.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Naprawa zniszczonych linii energetycznych. Obwód chersoński, wiosna 2023 roku/fot. własne

Przewaga

– Mamy przytłaczającą przewagę nad rosją w powietrzu – mówił we wrześniu w Kijowie minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski. Co istotne, przekonywał, że przewaga ta istnieje nawet bez uwzględniania potencjału Stanów Zjednoczonych. Czyżby?

Najprościej byłoby więc policzyć samoloty. Tyle że takie porównanie więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Europejskie państwa NATO dysponują około 1,4 tys. samolotów bojowych: F-35, F-16, Eurofighterów, Rafale i Gripenów oraz starszych konstrukcji. rosja ma katalogowo niemal 1,5 tys. maszyn bojowych. W tej liczbie mieszczą się jednak zarówno nowoczesne Su-35S, Su-30SM czy Su-34, jak i starsze Su-24, Su-25 czy MiG-29.

Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że część tej floty musi zabezpieczać ogromne terytorium Federacji na wschód od Europy.

Tyle teoria. Znacznie więcej praktycznych informacji dostarcza nam wojna w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku rosyjskie lotnictwo miało nad ukraińskim ogromną przewagę liczebną i technologiczną. Dysponowało nowoczesnymi myśliwcami, samolotami uderzeniowymi, pociskami dalekiego zasięgu i rozbudowanym systemem walki radioelektronicznej. Pierwszego dnia rosjanie zaatakowali ukraińskie lotniska, radary, stanowiska dowodzenia i zestawy przeciwlotnicze. Teoretycznie robili więc dokładnie to, co należało zrobić przed rozpoczęciem intensywnej kampanii lotniczej.

Nie zrobili tego jednak wystarczająco skutecznie. Ukraińcy przed inwazją rozproszyli lotnictwo i część obrony przeciwlotniczej. Mobilne zestawy zmieniały stanowiska, radary włączano na krótko, a rosyjski system rozpoznania i dowodzenia zbyt wolno zamieniał wykryte cele w cele zniszczone. rosjanom nie udało się przeprowadzić skutecznej kampanii SEAD/DEAD – obezwładnienia i zniszczenia obrony przeciwlotniczej przeciwnika. W efekcie ukraińska OPL przetrwała pierwsze uderzenie.

To w dużej mierze przesądziło o dalszym przebiegu wojny w powietrzu. rosyjskie samoloty zeszły na małe wysokości, gdzie zaczęły ponosić straty od przenośnych zestawów przeciwlotniczych, a później coraz bardziej ograniczały loty w głąb Ukrainy. Niemal pięć lat później rosyjskie lotnictwo nadal nie może swobodnie operować nad większością terytorium przeciwnika.

Samolot to tylko czubek góry lodowej

Nie oznacza to, że lotnictwo federacji jest słabe albo że rosyjskie samoloty są kiepskie. Su-35 jest bardzo groźnym myśliwcem, MiG-31 może przenosić pociski powietrze–powietrze dużego zasięgu, a Su-34 stał się jednym z najważniejszych narzędzi rosyjskiej armii. Od 2023 roku maszyny te masowo wykorzystują bomby wyposażone w moduły szybujące. Zrzucane z dużej wysokości, często kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, pozwalają niszczyć ukraińskie pozycje bez wlatywania w najbardziej niebezpieczną część ukraińskiej obrony.

To zarazem znakomita ilustracja ograniczeń rosjan. Su-34 może zrzucić bombę z bezpiecznej odległości, ale rosyjskie lotnictwo nadal nie potrafi systematycznie „otworzyć” przestrzeni powietrznej nad Ukrainą dla dużych ugrupowań samolotów. W głębi kraju zadania uderzeniowe wykonują przede wszystkim pociski manewrujące i balistyczne oraz drony.

To właśnie tu leży jedna z zasadniczych różnic między rosyjskim a zachodnim sposobem prowadzenia wojny powietrznej. rosjanom nie brakuje groźnych samolotów ani skutecznego uzbrojenia. Problemem pozostaje połączenie rozpoznania, dowodzenia, walki radioelektronicznej, zwalczania obrony przeciwlotniczej i lotnictwa w system zdolny do prowadzenia dużych, złożonych operacji nad bronionym terytorium.

NATO budowało swój model wojny powietrznej właśnie jako taki system. Samolot bojowy jest w nim tylko jednym z elementów. Myśliwiec otrzymuje dane z radarów naziemnych, innych samolotów i maszyn wczesnego ostrzegania. Tankowce pozwalają mu pozostawać długo w powietrzu i działać daleko od macierzystej bazy. Środki walki radioelektronicznej zakłócają radary przeciwnika, a wyspecjalizowane uzbrojenie pozwala je atakować. Nad całością pracuje system dowodzenia, który ma sprawić, by informacja o wykrytym celu jak najszybciej trafiła do tego, kto może go zniszczyć.

Dobrym symbolem tej przewagi są AWACS-y. NATO posiada 14 własnych E-3A, zdolnych do wykrywania celów na dużych odległościach i kierowania walką myśliwców. Europejskie państwa dysponują dodatkowo własnymi samolotami wczesnego ostrzegania. Sojusz ma również wielonarodową flotę dziesięciu A330 MRTT, a kolejne tankowce znajdują się w siłach narodowych.

Skala i złożoność takiego współdziałania były dobrze widoczne podczas tegorocznych ćwiczeń Ramstein Flag. NATO zebrało ponad 200 samolotów i innych statków powietrznych z nawet 18 państw, operujących z 20 lokalizacji od północnej Norwegii po Hiszpanię. Ćwiczono m.in. przełamywanie systemów ograniczających dostęp do przestrzeni powietrznej, zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową, szybką wymianę informacji oraz rozproszenie samolotów na wiele lotnisk. Innymi słowy: nie trenowano pojedynków jednego typu myśliwca z drugim, lecz działanie całego organizmu.

rosjanie też się uczą

Byłoby jednak błędem wyciągać z Ukrainy wniosek, że rosyjskie lotnictwo poniosłoby w starciu z NATO błyskawiczną klęskę. rosjanie od 2022 roku nauczyli się bardzo dużo.

Zmniejszyli ekspozycję załogowych samolotów, rozwinęli bomby szybujące i udoskonalili wielowarstwowe uderzenia dalekiego zasięgu. Dziś atak na Ukrainę może rozpoczynać fala setek Geranów i wabików, które mają wykryć i przeciążyć obronę. Za nimi nadlatują pociski manewrujące, a także trudniejsze do przechwycenia pociski balistyczne. Lotnictwo działa przy tym bezpieczniej niż w pierwszych miesiącach wojny i zachowuje zdolność do intensywnego wspierania wojsk na froncie.

rosja pozostaje również wyjątkowo trudnym przeciwnikiem z powodu naziemnej obrony powietrznej. S-400, S-300 różnych wersji, Buk, Tor i Pancyr tworzą wielowarstwowy system, uzupełniany przez radary i środki walki radioelektronicznej. Jest on daleki od niezniszczalności – Ukraińcy regularnie niszczą jego elementy – lecz właśnie wojna dowodzi, jak trudno całkowicie wyeliminować mobilną OPL.

I tutaj pojawia się najważniejsze zastrzeżenie wobec prostego odczytania słów Sikorskiego. Europejskie NATO dysponuje dużą liczbą nowoczesnych myśliwców, rosnącą flotą F-35, samolotami wczesnego ostrzegania, tankowcami i precyzyjnym uzbrojeniem dalekiego zasięgu. Nie posiada jednak zdolności równie rozwiniętych jak amerykańskie do prowadzenia na wielką skalę najbardziej wymagającej części kampanii powietrznej – systematycznego wykrywania, obezwładniania i niszczenia gęstej, mobilnej obrony przeciwlotniczej.

Europejczycy mają elementy takiego systemu. Włosi dysponują Tornadami ECR i pociskami przeciwradiolokacyjnymi AARGM, Niemcy przygotowują Eurofightera EK, a coraz liczniejsze F-35 mają ogromną wartość jako trudno wykrywalne sensory i platformy uderzeniowe. Brakuje jednak części wyspecjalizowanych zdolności walki radioelektronicznej, skali zapasów odpowiedniego uzbrojenia oraz masy, którą wnoszą Amerykanie. Dlatego „NATO kontra rosja” i „europejskie NATO kontra rosja” nadal nie są identycznymi równaniami.

Kto otworzy niebo? – zastanawiam się w dalszej części tekstu, opublikowanego w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

Dżuma

„Dżuma w rosji!”, alarmują media. Jednych to cieszy, innych przeraża, niezależnie od rodzaju reakcji sprawa wydaje się poważna. A czy jest? Przyjrzyjmy się temu, co wiadomo na pewno, by móc na chłodno ocenić sytuację.

28-letnia Daria Szypiłowa zmarła 2 października w szpitalu w Szelechowie pod Irkuckiem. Kobieta pracowała w Irkuckim Naukowo-Badawczym Instytucie Przeciw­dżumowym Syberii i Dalekiego Wschodu. W rosyjskich mediach społecznościowych szybko pojawiła się wersja, według której 25 września podczas pracy miała rozbić probówkę zawierającą Yersinia pestis, bakterię wywołującą dżumę. Później zachorowała, a jej stan gwałtownie się pogorszył.

Potem pojawiły się kolejne informacje: o ograniczeniach w pracy szpitali, objęciu osób mających kontakt z kobietą nadzorem medycznym, obowiązku noszenia masek w pobliskiej hucie aluminium. Do obwodu irkuckiego przyjechała Anna Popowa, szefowa Rospotrebnadzoru, rosyjskiej federalnej służby odpowiedzialnej m.in. za nadzór sanitarno-epidemiologiczny.

Doniesienia z Irkucka zwróciły również uwagę Waszyngtonu. Przedstawiciel Białego Domu potwierdził serwisowi Axios, że amerykańska administracja jest świadoma sytuacji, monitoruje ją i „ocenia opcje”.

Tymczasem władze rosyjskie nie potwierdzają ani wypadku w laboratorium, ani zakażenia dżumą. Rospotrebnadzor informuje o „zapaleniu płuc o nieustalonej etiologii”. Według urzędu rozszerzone badania próbek pobranych od kobiety nie wykazały mikroorganizmów związanych z jej pracą, a kontrola instytutu nie ujawniła incydentu podczas pracy z patogenami.

Po prawdzie zatem nie wiemy, czy w Irkucku rzeczywiście wydarzyło się coś niebezpiecznego.

—–

Wiemy natomiast, że miejsce, w którym pracowała Szypiłowa, jest znacznie ciekawsze, niż sugeruje określenie „laboratorium”.

Irkucki instytut powstał w 1934 roku jako centrum walki z dżumą na Syberii i Dalekim Wschodzie. Był częścią rozbudowanego radzieckiego systemu przeciw­dżumowego, którego zadaniem było wyszukiwanie naturalnych ognisk szczególnie niebezpiecznych chorób, monitorowanie ich, prowadzenie badań oraz reagowanie na epidemie.

Istnienie takiej sieci nie powinno dziwić. Na ogromnych obszarach ZSRR występowały i nadal występują naturalne ogniska dżumy, wąglika, tularemii i innych groźnych chorób. Żeby je kontrolować, potrzebni są specjaliści potrafiący pracować z niebezpiecznymi drobnoustrojami, odpowiednio wyposażone laboratoria oraz kolekcje patogenów.

Tak jest również obecnie. Irkucki instytut podlega Rospotrebnadzorowi i prowadzi badania oraz nadzór nad szczególnie niebezpiecznymi infekcjami, w tym dżumą i cholerą. Dysponuje także kolekcjami patogennych mikroorganizmów oraz wyspecjalizowanymi mobilnymi brygadami przeciwepidemicznymi.

Problem w tym, że w Związku Radzieckim granica między ochroną przed najgroźniejszymi patogenami a przygotowaniami do ich militarnego wykorzystania z czasem zaczęła się zacierać.

—–

W latach 60. radziecki system przeciw­dżumowy otrzymał nowe zadanie. Włączono go do programu o kryptonimie Problem 5, którego celem było przygotowanie ZSRR na zagrożenie biologiczne – zarówno naturalne epidemie, jak i atak przeciwnika.

Z wojskowego punktu widzenia takie kompetencje są bezcenne. Trzeba szybko wykryć użycie czynnika biologicznego, ustalić, czym zaatakował przeciwnik, pobrać i zbadać próbki, ochronić ludzi oraz zahamować rozprzestrzenianie się choroby. W 1963 roku radzieckie Ministerstwo Zdrowia nakazało utworzenie przy dziewięciu instytucjach przeciw­dżumowych mobilnych brygad. Historia takich zespołów opublikowana przez sam instytut w Irkucku mówi wprost, że miały one ograniczać skutki możliwego wykorzystania patogennych czynników biologicznych „w celach wojskowych lub dywersyjnych” przeciwko ludności cywilnej.

Na tym jednak ZSRR nie poprzestał. W latach 70. elementy systemu przeciw­dżumowego zaczęły wykonywać zadania także dla ofensywnego programu broni biologicznej o kryptonimie Ferment. Najlepiej udokumentowany jest udział ośrodków w Saratowie, Rostowie i Wołgogradzie. Ten ostatni został wręcz przestawiony na prace związane z programami biologicznymi.

Nie ma podstaw, by twierdzić, że podobną rolę odgrywał Irkuck. Badacze historii radzieckiej broni biologicznej oceniają, że tamtejszy instytut przeznaczał na zadania związane z programami wojskowymi jedynie niewielką część swojej działalności. Był jednak elementem tego samego systemu, dysponował niebezpiecznymi patogenami, specjalistami oraz wiedzą potrzebną zarówno podczas epidemii, jak i wojny biologicznej.

Dobrym symbolem tej nieostrej granicy jest Igor Domaradski. W 1957 roku, mając 33 lata, został dyrektorem instytutu w Irkucku. Później trafił do struktur tajnego radzieckiego programu biologicznego i należał do ludzi związanych z tworzeniem Biopreparatu – ogromnej organizacji prowadzącej pod przykrywką działalności cywilnej ofensywne prace nad bronią biologiczną.

W przypadku takich badań pojęcie „podwójnego zastosowania” nabiera szczególnego znaczenia. Wiedza pozwalająca chronić człowieka przed groźnym patogenem może również pomóc komuś, kto chciałby wykorzystać ten sam mikroorganizm przeciwko ludziom.

—–

To m.in. dlatego rosyjskie zapewnienia o braku zagrożenia zderzają się dziś z nieufnością. Zwłaszcza że reakcja władz wydaje się znacznie poważniejsza niż komunikat o zapaleniu płuc nieznanego pochodzenia.

Moskwa ma również historyczny problem z wiarygodnością informacji przekazywanych podczas katastrof. Najbardziej znanym przykładem pozostaje Czarnobyl. Po eksplozji reaktora 26 kwietnia 1986 roku pierwszy raport dla Politbiura informował, że pożar ugaszono, a rdzeń reaktora jest chłodzony. Przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia uznawali, że nie ma potrzeby podejmowania „specjalnych środków”, w tym ewakuacji miasta.

Tymczasem reaktor był zniszczony, a do atmosfery wydostawały się substancje promieniotwórcze. Dopiero następnego dnia władze zdecydowały o ewakuacji Prypeci. 28 kwietnia podczas posiedzenia Politbiura radzieccy przywódcy wiedzieli już, że sytuacja jest znacznie poważniejsza, niż wynikało z pierwszych informacji. Wtedy też zapadła decyzja o publicznym komunikacie.

Czarnobyl nie dowodzi oczywiście, że rosyjskie władze kłamią dziś w sprawie Irkucka. Historia ZSRR przypomina jednak, dlaczego samo zapewnienie władz, że sytuacja jest pod kontrolą, nie musi kończyć pytań. Zapewne padnie ich jeszcze wiele w najbliższych dniach…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Pięćdziesiątka…

Rozdziera mnie sprzeczność, jeśli idzie o stosunek do broni. Z jednej strony czuję głęboki spokój i pewność, trzymając w ręku narzędzie, które daje mi poczucie kontroli nad własnym bezpieczeństwem i pozwala obronić to, co dla mnie najcenniejsze. Fascynuje mnie jego mechanika, czysta inżynieria i skupienie, jakiego wymaga celny strzał – to niemal medytacyjny stan.

Z drugiej strony, ten sam ciężar w dłoni napawa mnie autentycznym przerażeniem. Nie potrafię odciąć się od myśli, że to przedmiot stworzony wyłącznie do odbierania życia, a sekunda nieuwagi lub nagły impuls mogą doprowadzić do tragedii, której nigdy – NIGDY – nie cofnę. To potworna odpowiedzialność, która sprawia, że jednocześnie czuję do broni ogromny pociąg i głęboką odrazę.

Po prawdzie boję się jej. Przez lata oswajałem ten lęk, całkiem nieźle – kiedyś wygrałem zawody strzeleckie dla dziennikarzy, organizowane przez byłych żołnierzy jednostki wojskowej GROM (a więc, jeśli idzie o broń, fachowców nie od parady). Przy czym nie było w tym jakiejś chłopięcej fascynacji „szczelaniem”, a raczej pragmatyczne podejście. Chciałem, gdy już naprawdę „się zesra”, móc liczyć na siebie. Gdy na dobre wszedłem na ścieżkę wojennej reporterki, fakt, że karabin czy pistolet nie były mi obce, niósł egzystencjalny wręcz spokój.

Ale nigdy nie użyłem broni przeciw innym ludziom.

Przez lata jednak, gdy tylko nadarzała się okazja, strzelałem ćwiczebnie.

W Iraku i Afganistanie niemal każdy z patroli zaczynał się od tzw. fire testu. Przestrzeliwania broni, by w razie kontaktu z przeciwnikiem, ta nie odmówiła posłuszeństwa. Uwielbiałem te procedury, wszak zwykle kończyły się sakramentalnym: „a masz, pierdolnij sobie”. Mój boziu, z czego ja nie strzelałem przy tej okazji… Lecz mniejsza o to, najważniejsze i tak było to, że człek miał okazję poprawiać umiejętności strzeleckie. „Bo wiesz, jak już wszystko pójdzie źle, musisz liczyć tylko na siebie”. Strach nie strach, odraza nie odraza – wolałem wiedzieć, że w razie W jakoś sprawy ogarnę.

Kiedyś, w Afganistanie, dostałem granatnik. „Pewnie z tego nie strzelałeś”, orzekł wręczający mi broń podoficer. „Chcesz spróbować?”. Chciałem. Strzelaliśmy w oddalone o kilkaset metrów wzgórza. Z broni ręcznej, pokładowej, z granatników; napierdalanka odchodziła po całości. Czasem w „fajertestach” chodziło o zużycie nadmiarowej amunicji, wtedy robiły się z tego niezgorsze kanonady.

Wziąłem granatnik, strzeliłem. Granat leciał, i leciał.

„O chuj”, zaklął żołnierz obok mnie. „Będzie przeciągnięty”, dodał.

W mig zrozumiałem, o co mu chodzi. Uniosłem lufę pod zbyt niskim kątem, pocisk poleciał dalej niż powinien. „Jezu, przefrunie nad wzniesieniem, a tam bóg wie, co jest…!”, pomyślałem. I wyobraźnia odpaliła już obrazek granatu wlatującego w środek afgańskiej wioski. Parę lat wcześniej wydarzyło się Nangar Khel – nie trzeba było szczególnie fantazjować, by głowę zaprzątnęły tragiczne scenariusze. Ekstrapolowałem już te nagłówki „Śmierć afgańskich cywili”, wyobrażałem sobie siebie cywilnie uśmierconego na skutek durnej akcji, medialną nagonkę na ludzi, którzy dali mi broń i wreszcie widok zrozpaczonych kobiet i dzieci, których bliskich zabił zbłąkany granat.

To wszystko trwało sekundy, ale szarpnęło mną jak nic nigdy wcześniej.

„Mój” granat eksplodował w połowie wysokości wzgórza, nikomu nie wyrządził krzywdy.

Oddałem broń i przysiągłem sobie, że już nigdy – KURWA przenigdy – z niczego nie strzelę. Chyba że NAPRAWDĘ będzie wymagała tego s y t u a c j a.

Wytrwałem w tym postanowieniu do dziś. Górę wzięła odraza wobec broni. Nie unikam jej – w mojej pracy to niemożliwe. Po 2013 roku miałem w ręku niejeden pistolet czy karabin. Raz, w Ukrainie, trzymałem w dłoni kałasza, przekonany, że lada chwila będę musiał go użyć. Nie użyłem – i dobrze mi ze świadomością, że nie musiałem.

I obym nigdy nie musiał.

Dlaczego o tym piszę? Ano kończę dziś 50 lat. A skoro mam urodziny, mogę sobie czegoś życzyć. No więc życzę sobie, by ta symboliczna „druga połowa życia” upłynęła tak, bym nigdy nie poczuł potrzeby sięgnięcia po broń. Ni mniej, ni więcej, oznacza to tyle, że chciałbym, by mój kraj nie musiał się mierzyć z ruSSką zarazą. Tylko ona bowiem mogłaby mnie zwolnić z danego sobie słowa.

To życzenie ode mnie dla mnie, lecz zarazem uniwersalne, wszak miażdżąca większość z nas nie chcę tu intruzów ze Wschodu. „Sto lat, sto lat, niech żyją, żyją nam” – bez dzikusów za oknem.

Amen.

PS. Generalnie czuję się dobrze, momentami świetnie; wydolnościowo jestem chyba u szczytu formy. Lecz czasem dopada mnie potworna chandra, zmęczenie, zużycie; wtedy mam wrażenie, że już dobiłem do tej mitycznej setki. W takich chwilach marzę o tym, by już nikt, nic ode mnie nie chciał. Bym miał święty spokój. Lecz zaraz przychodzi refleksja, że kurde, ja bardzo chcę być potrzebny. Użyteczny. „Pisz gamoniu, pisz!”, wydziera się wewnętrzny głos. Ulegam mu i pewnie długo jeszcze będę. Tym dłużej, im więcej fidbeku z Waszej strony. Pięknie dziękuję za Wasze komentarze, udostępnienia, za subskrypcje i „kawy”; dla mnie to dowód, że to, co robię, ma sens. Korzystając z dzisiejszej okazji – inauguruję akcję „Pięćdziesiąt kaw na pięćdziesiąte urodziny” – podejmiecie wyzwanie? Stosowny link znajdziecie poniżej, tu zaś mogę obiecać, że każdą z tych „kaw” odrobię solidną dziennikarską robotą. Jako 50-latek z 26-letnim zawodowym stażem słów na wiatr nie rzucam…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie stosowne do okazji, pozowane podczas męskiego, klasowego i urodzinowego wyjazdu. Oj, działo się w tej Albanii…/fot. Roman