Prowokacje

Szef MSZ Radosław Sikorski ostrzegł niedawno przed rosyjską operacją pod fałszywą flagą z wykorzystaniem przejętych ukraińskich dronów. Kilka dni później minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że rosjanie rzeczywiście weszli w posiadanie znacznej liczby takich maszyn i mogą próbować wykorzystać je do działań na terenie Polski.

Głos w sprawie zabrał też minister-koordynator służb specjalnych. Tomasz Siemoniak zwrócił uwagę, że rosyjskie operacje mogą polegać na sabotażu i podsycaniu napięć między Polakami a Ukraińcami. Sam fakt, że podobne ostrzeżenia jednocześnie formułują szefowie dyplomacji, MON i służb specjalnych, pokazuje, iż scenariusz prowokacji jest przez państwo traktowany całkowicie serio.

Zaznaczmy przy tym, że ewentualna prowokacja miałaby uderzyć nie tyle w Polskę, ile w zachodni system wsparcia dla Ukrainy. Nasz kraj pozostaje jednym z najważniejszych szlaków transportu uzbrojenia i pomocy humanitarnej oraz (niezależnie od ostatnich napięć) jednym z głównych politycznych sojuszników Kijowa. Gdyby po spektakularnym incydencie przez wiele tygodni trwała debata o bezpieczeństwie transportów, odpowiedzialności Ukrainy czy sensie dalszego angażowania się Polski w pomoc sąsiadowi, Kreml osiągnąłby swój cel. Nie musiałby niszczyć infrastruktury ani zajmować terytorium. Wystarczyłoby skłonić część opinii publicznej do zadania pytania: „Czy dalsze wspieranie Ukrainy nie sprowadza zagrożenia również na nas?”.

—–

Działania hybrydowe opierają się na wykorzystaniu niejednoznaczności. Najlepsza prowokacja to taka, której sprawcy nie da się od razu wskazać. Im więcej pytań pojawi się w pierwszych godzinach po incydencie, tym większe pole do działania zyska propaganda. Jej zadaniem nie musi być nawet przekonanie opinii publicznej do jednej, konkretnej wersji wydarzeń. Często wystarczy podważyć zaufanie do ustaleń państwowych instytucji i zasiać przekonanie, że „prawdy i tak nie da się ustalić”.

Równie ważna jest skala samego incydentu. Zbyt duży atak mógłby okazać się dla Kremla niekorzystny. Gdyby jednoznacznie przypisano go rosji i uznano za akt agresji wobec państwa NATO, Moskwa ryzykowałaby zdecydowaną odpowiedź Sojuszu. Znacznie korzystniejszy byłby więc incydent ograniczony – a zarazem na tyle poważny, by wywołać ogromne emocje.

Kluczową rolę odegrałby czas. Współczesne operacje informacyjne rozstrzygają się często nie w ciągu tygodni, lecz pierwszych godzin. Jeszcze zanim służby zabezpieczą miejsce zdarzenia i rozpoczną śledztwo, internet obiegają zdjęcia i nagrania, pojawiają się pierwsze komentarze, a media społecznościowe wypełniają się hipotezami. W takiej sytuacji fakty bardzo szybko przegrywają z emocjami.

rosyjskie służby doskonale rozumieją mechanizmy funkcjonowania współczesnego obiegu informacji. Dlatego celem prowokacji nie byłoby jedynie doprowadzenie do samego incydentu. Równie istotne byłoby przygotowanie gruntu pod jego interpretację – poprzez wcześniejsze kampanie dezinformacyjne, wzmacnianie skrajnych środowisk w mediach społecznościowych czy rozpowszechnianie narracji podważających wiarygodność państwowych instytucji. Jeśli po zdarzeniu społeczeństwo natychmiast podzieli się na zwalczające się obozy, wykonawcy operacji mogą uznać swoją misję za zakończoną.

—–

Najczęściej wskazywanym scenariuszem jest atak z wykorzystaniem bezzałogowców. rosja dysponuje ukraińskimi dronami zdobytymi na polu walki: zarówno maszynami przejętymi w całości, jak i wrakami, które można przebudować, naprawić lub wykorzystać do skopiowania charakterystycznych elementów konstrukcji. Teoretycznie pozwalałoby to przygotować aparat, którego pierwsze oględziny sugerowałyby ukraińskie pochodzenie.

Taki dron nie musiałby uderzyć w obiekt wojskowy. Wręcz przeciwnie – wybór celu mającego oczywiste znaczenie militarne zwiększałby ryzyko, że incydent zostanie uznany za rosyjski atak na zaplecze NATO. Z punktu widzenia prowokatora bardziej użyteczny byłby cel cywilny, lecz kojarzący się z pomocą dla Ukrainy: skład kolejowy, magazyn, zakład produkcyjny czy terminal przeładunkowy. Przy czym jego zniszczenie nie byłoby najważniejsze. Istotniejszy byłby chaos wokół ustalenia, skąd przyleciał dron i kto go wysłał.

rosjanie mogliby zadbać, aby trasa lotu prowadziła przez ukraińską przestrzeń powietrzną lub przebiegała w sposób umożliwiający przedstawienie incydentu jako skutku ukraińskiego ataku, awarii albo utraty kontroli nad maszyną. Jeszcze większy efekt informacyjny dałoby pojawienie się w innym miejscu bezzałogowca o wyraźnie ukraińskiej konstrukcji, który spadłby bez detonacji i został sfotografowany przez przypadkowych świadków przed przyjazdem służb. Nie byłby to dowód odpowiedzialności Kijowa, lecz w pierwszych godzinach dla wielu odbiorców mógłby nim zostać.

—–

Drugi wariant to klasyczny sabotaż infrastruktury. rosja nie musiałaby używać żadnego środka napadu powietrznego. Wystarczyłby pożar, eksplozja albo awaria wywołana przez ludzi działających na miejscu.

Tego rodzaju operacja byłaby prostsza do przeprowadzenia niż skomplikowany atak dronowy i łatwiejsza do ukrycia. Sprawcą nie musiałby być rosyjski funkcjonariusz. Dotychczasowe działania rosyjskich służb w Europie pokazały, że do prostych aktów sabotażu można werbować pośredników za pośrednictwem komunikatorów internetowych, często nie ujawniając im nawet, dla kogo rzeczywiście pracują. Zleceniodawca może znajdować się setki kilometrów dalej, a wykonawca otrzymać jedynie adres, instrukcję i obietnicę zapłaty.

Również w tym przypadku nie chodziłoby wyłącznie o straty materialne. Pożar magazynu paliw można przedstawić jako dowód bezradności państwa. Uszkodzenie linii kolejowej – jako znak, że transporty dla Ukrainy narażają Polskę na rosyjski odwet. Awarię sieci energetycznej – jako rezultat wojny, w którą rzekomo niepotrzebnie daliśmy się wciągnąć. Ta sama eksplozja może więc spełniać jednocześnie kilka funkcji: zakłócić działanie infrastruktury, zmusić służby do kosztownej reakcji i stać się paliwem dla kampanii propagandowej.

Trzeci scenariusz nie wymagałby ataku na infrastrukturę ani użycia dronów. Jego celem byłyby bezpośrednio relacje polsko-ukraińskie. rosyjskie służby mogłyby spróbować wywołać incydent, który dałoby się przedstawić jako przestępstwo dokonane przez Ukraińców przeciwko Polakom albo przez Polaków przeciwko Ukraińcom.

Możliwości jest wiele: podpalenie ośrodka dla uchodźców, pobicie uczestników demonstracji, dewastacja miejsca pamięci, atak na organizację pomagającą Ukrainie, a w najbardziej drastycznym wariancie – zabójstwo lub eksplozja podczas wydarzenia publicznego. Najważniejszy byłby dobór miejsca i symbolu. Incydent powinien dotykać istniejących napięć: sporów historycznych, kosztów pomocy, obecności uchodźców albo przekonania, że Ukraińcy są w Polsce traktowani lepiej niż jej obywatele.

To może być wariant nawet bardziej użyteczny niż atak dronowy. Nie wymaga skomplikowanej techniki, a jego konsekwencje społeczne mogą być równie silne. Wystarczyłoby pozostawić ślady sugerujące określony motyw, rozpowszechnić odpowiednio zmontowane nagranie albo podsunąć mediom fałszywą informację o narodowości sprawcy. Nawet szybkie zdementowanie takiej wersji nie musiałoby już zatrzymać fali emocji.

I tu się zatrzymajmy. Ten tekst ma swój ciąg dalszy – przeczytacie go w oryginalnej wersji, którą opublikowałem w portalu TVP.Info; oto link do tego materiału. Na potrzeby tego wpisu chciałbym dodać, że moim zdaniem to ostatni z wariantów jest najbardziej prawdopodobny, bo najbezpieczniejszy dla rosjan. Antyukraińskie ekscesy już mają miejsce, antyukraińskie nastroje – nawet jeśli w większości przypadków jest to zwykła niechęć – stają się coraz powszechniejsze. To podatny grunt dla rosyjskich działań. Dlatego oczekiwałbym od służb nie tylko szybkiego ujmowania sprawców, ale też – a może przede wszystkim – intensywnej operacji rozpoznawczo-wywiadowczej, prowadzonej w środowiskach „prawdziwych patriotów”. To tam rosjanie mają swoją piątą kolumnę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Brunatni?

„Polacy. Oni tylko małe dziewczynki bić potrafią…”, usłyszałem i wnet się we mnie zagotowało. Ale szybko się opanowałem i jak to ja, nie dałem po sobie znać, że poczułem się dotknięty. Ba, że w ogóle zrozumiałem wypowiedziane słowa.

Działo się to w 2015 roku, w Dniepropietrowsku, w domu wolontariuszki organizacji humanitarnej. Iryna zaprosiła mnie i pracującego ze mną fotoreportera na obiad. Nasza dwójka miała wieczorem jechać do Kramatorska, stamtąd na front. „Zjecie przed wyjazdem obiad, szybko coś przygotuję”, orzekła Ukrainka i tak wylądowaliśmy w jej progach. Wizyta cudzoziemskich gości zaskoczyła mamę Iryny. I chyba nie była jej na rękę – przynajmniej na początku. To właśnie wtedy – wyszeptane mimo uśmiechu na ustach adresowanego do gości – padły zacytowane słowa. Iryna syknęła na matkę, ja zmilczałem, mój kompan nie miał pojęcia, co się wydarzyło. I jakoś nam to popołudnie zleciało.

Ale opuszczając dom Iryny zapytałem gospodynię, o co chodziło jej matce. Wzruszyła ramionami, przeprosiła. Kilka dni później wysłała mi taką mniej więcej wiadomość: „Mama, jako dziecko, była na międzynarodowym zlocie skautów. Tam jakiś starszy chłopiec, z Polski, chciał zabrać jej gitarę i ją uderzył”. „Przykra sprawa”, odparłem, zapewniając, że nie żywię urazy.

I rzeczywiście nie żywiłem, choć dobrze pamiętałem, do dziś pamiętam, fizyczną reakcję organizmu, gdy usłyszałem to obrzydliwe uogólnienie.

Dlaczego o tym wspominam? Ano nie chciałbym, by czyjeś traumy, osobiste urazy będące efektem jednostkowych doświadczeń, stały się powodem krzywdzących uogólnień. Nie chciałbym, dlatego autentycznie wkurwia mnie pieśń naczelnych komentatorów i moralizatorów, zgodnym chórem orzekających, że „Polska brunatnieje”. Ma tę opinię uzasadniać wysyp incydentów, w których miejscowi – gamonie z polskim paszportem – biją obcych, głównie Ukraińców. Biją za obcość – akcent, wygląd, język – co oczywiście podpada pod obrzydliwe faszystowskie motywacje, tylko u licha, ilu tych skurwysynów jest?

Miażdżąca większość Polaków w żaden sposób się z nimi nie utożsamia (i proszę nie mylić większości z populacją internetowych aktywistów i botów), we mnie rodzą odruch odrazy. Zwłaszcza tępe dzidy atakujące trzech na jednego czy bijące kobietę. Miażdżąca większość Polaków nie brunatnieje, ja, jeśli zmieniam kolor, to na siwy, bo nieuchronnie się starzeję. Występki ekstremistów nie są, i nie mogą być, dowodem powszechnej i głębokiej zmiany. Takie ich przedstawianie jest krzywdzącym uogólnieniem.

Zresztą – patrząc w kontekście relacji polsko-ukraińskich – większym niepokojem napawa mnie to, co dzieje się w Ukrainie, nie w Polsce. To siły zbrojnie Ukrainy, nie wojsko polskie, dramatycznie skręcają w stronę prawicowego ekstremizmu. Ruch azowski – niegdyś marginalny – dziś staje się ideologiczną podwaliną armii, z całym tym neonazistowskim syfem. To w Ukrainie, nie w Polsce, są i będą setki tysięcy nawykłych do przemocy, sfrustrowanych weteranów, podatnych na populistyczne hasła, nawołujące do wszelkiej maści porachunków. Tu w Polsce jesteśmy niczym barany w obliczu żyjących w sąsiedztwie wilków.

Ale to temat na oddzielny wpis, na gruncie tego idzie o to, byśmy my, Polacy, nie padli ofiarą wspomnianych uogólnień. By świat nie mówił o nas, że bijemy obcych – bo jako wspólnota nie bijemy. Lecz by było to oczywiste, w tenże świat musi popłynąć jasny sygnał: skurwieli odpowiedzialnych za ekscesy dopada sprawiedliwość. Fakt, iż po wrocławskim incydencie policja raz-dwa ujęła bandytów, jest dobrym przykładem takiego działania. By je dopełnić, trzeba nam jeszcze jednoznacznych deklaracji polityków, potępiających wszelkie przejawy rasistowskiej i nacjonalistycznej agresji. Dla wszystkich na zewnątrz musi być jasne, że Polska mówi „nie!” tego rodzaju przemocy. Inaczej otwiera się pole do tego, by mówili o nas, że tylko małe dziewczynki bić potrafimy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Odyseja”

Do wczoraj „Odyseja” była dla mnie opowieścią przygodowo-awanturniczą. Element baśniowo-transcendentny – wszyscy ci bogowie, cyklopy, syreny i inne dziwadła – nie przydawał jej powagi. Do tego stopnia, że w oryginalnej wersji miałem ją za głupiutką. Nadal mam, dystansując się od wszystkiego, co nierzeczywiste i nieracjonalne.

Poszedłem więc do kina dla grzesznej przyjemności obejrzenia czegoś, co nie wymaga ode mnie emocjonalnego i intelektualnego zaangażowania. No i wziął mnie reżyser najnowszej adaptacji homeryckiej historii rozsmarował po ścianie. W ciemno założyłem, że sceny będą epickie, scenografia dopieszczona, a poziom realizacyjny najwyższy; w końcu to Nolan. Ale takiej interpretacji mitu tom się nie spodziewał.

Jest bowiem najnowsza „Odyseja” opowieścią o stresie pourazowym. O wyparciu. O poczuciu winy. O skutkach wojennej brutalności i bestialstwa. Historia Odysa ma widzowi pokazać, że z wojny nie wraca się czystym. Z wojny wraca się zadręczonym – dlatego najchętniej by się o niej zapomniało. Dlatego powrót jest tak długi, czasem nigdy się nie kończy, nawet jeśli fizycznie dobijemy do brzegu. Oto przesłanie Nolana. Niepokojąco aktualne w czasach, gdy obleganych jest tyle Troi…

Zdecydowanie polecam!

Nz. Kadr z filmu/fot. materiały dystrybutora

Drapaty

Zmiana na stanowisku głównodowodzącego Sił Zbrojnych Ukrainy nie jest zwykłą roszadą personalną. Nie wynika też wyłącznie z sytuacji na froncie. Aby zrozumieć, dlaczego Wołodymyr Zełenski zdecydował się odwołać gen. Ołeksandra Syrskiego i powierzyć dowodzenie gen. Mychajłowi Drapatemu, trzeba cofnąć się o kilka dni – do wydarzeń, które rozegrały się nie na linii frontu, lecz na ulicach ukraińskich miast.

Chodzi o protesty, dla których bezpośrednim impulsem była dymisja ministra obrony Mychajła Fedorowa. Dla wielu Ukraińców odwołany przez prezydenta minister nie był kolejnym politykiem odpowiedzialnym za resort siłowy. To właśnie z jego nazwiskiem kojarzono większość najważniejszych reform ostatnich lat – cyfryzację armii, rozwój technologii wojskowych, wsparcie dla krajowego sektora dronowego oraz otwarcie resortu na współpracę z prywatnym przemysłem. Fedorow stał się symbolem nowoczesnego państwa prowadzącego nowoczesną wojnę. Jego odwołanie wielu Ukraińców odebrało jako sygnał, że proces reform może wyhamować.

—–

Choć zaczęło się od Fedorowa, demonstracje szybko sprowokowały znacznie szerszą debatę o sposobie prowadzenia wojny. Coraz częściej pojawiały się zarzuty pod adresem kierownictwa armii, a przede wszystkim gen. Ołeksandra Syrskiego. Krytykowano nadmierną centralizację dowodzenia, powolne wdrażanie zmian wynikających z doświadczeń frontowych oraz wysokie straty ponoszone przez ukraińskie oddziały. Już wcześniej wielu ukraińskich wojskowych i komentatorów zarzucało Syrskiemu przywiązanie do kultury dowodzenia wywodzącej się z sowieckiej doktryny, opartej na silnej centralizacji procesu decyzyjnego i ograniczonej samodzielności dowódców niższych szczebli. Tymczasem wojna z Rosją od dawna premiuje rozwiązania odwrotne – decentralizację, inicjatywę oraz błyskawiczne przenoszenie doświadczeń z pola walki do codziennej praktyki armii.

W tym kontekście nominacja Mychajła Drapatego wydaje się wyborem dość oczywistym. Czterdziestotrzyletni generał należy do pokolenia oficerów ukształtowanych już nie przez radzieckie wzorce dowodzenia, lecz przez trwającą od 2014 roku wojnę z Rosją. Walczył pod Mariupolem, dowodził na najtrudniejszych odcinkach frontu, a w armii wyrobił sobie opinię dowódcy, którego wysyła się tam, gdzie sytuacja wymaga szybkiego opanowania kryzysu. Równie ważna jest jednak jego reputacja. Drapaty od dawna uchodzi za zwolennika większej samodzielności dowódców niższych szczebli, szybkiego wdrażania doświadczeń z frontu i ograniczania nadmiernej centralizacji procesu decyzyjnego. Innymi słowy – reprezentuje model dowodzenia, którego od miesięcy domaga się znaczna część ukraińskiego środowiska wojskowego, a dziś także społeczeństwa.

—–

Co warte podkreślenia – protestujący Ukraińcy nie wyszli na ulice z hasłami nawołującymi do zakończenia wojny czy zawarcia pokoju za wszelką cenę. Domagali się lepiej prowadzonej wojny. To wiele mówi o kondycji ukraińskiego społeczeństwa po ponad czterech latach pełnoskalowej wojny. Jest ono zmęczone, coraz bardziej wymagające wobec własnych władz i armii, ale nie utraciło przekonania, że walka z Rosją musi być kontynuowana.

Taka postawa nie pozostawia władzom wielkiego pola manewru. Państwo prowadzące długotrwałą wojnę nie może pozwolić sobie na utratę zaufania ani własnych obywateli, ani własnej armii. W tym sensie nominacja gen. Mychajła Drapatego jest czymś znacznie więcej niż zmianą personalną. To odpowiedź na wyraźny sygnał płynący ze społeczeństwa i zarazem dowód, że Ukraina – mimo ogromnych kosztów wojny – nadal potrafi reagować na krytykę, korygować własne decyzje i szukać nowych sposobów prowadzenia walki.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mychajło Drapaty/fot. kancelaria prezydenta Ukrainy

Arytmetyka

Doniesienia o demolce rosyjskiego zaplecza, zastój na froncie, ofensywa dyplomatyczna Kijowa (zwłaszcza to granie w nieswojej mocarstwowej lidze) oraz postawa Europy w coraz większym stopniu finansującej ukraiński wysiłek obronny – wszystko to sprawia, że otacza nas medialny szum. Jest niczym kokon, tworzący ułudę zwyciężania, wywołujący wrażenie, że najgorsze już minęło, że rosja jest na kolanach, że wojna lada moment się skończy. Wystarczy wytrwać jeszcze kilka miesięcy i zadać moskalom kilka dodatkowych dotkliwych ciosów.

W tej optyce nie ma nic o ukraińskich kosztach – jakby była to zmienna nieistotna. Jakby kondycja ukraińskiego państwa i społeczeństwa pozostawała w trybie constans – nieczuła i odporna na rosyjskie uderzenia.

Tymczasem Ukraina się wykrwawia…

Armia ponosi bardzo wysokie straty, akcja rekrutacyjno-mobilizacyjna kuleje, gospodarka – mimo innowacji w sektorze zbrojeniowym – pozostaje nieefektywna, uzależniona od zachodniej kroplówki.

Kraj w takiej kondycji nie powinien angażować się w wojnę na wyniszczenie. Bo jakkolwiek przeciwnik też obrywa, to wciąż może więcej; tej asymetrii Ukraina nie zniesie tradycyjną wymianą ciosów. Zniwelowanie rosyjskich przewag musi mieć postać rewolucyjnych rozwiązań – takiego zorganizowania pola walki, by rosjanie ponosili nie większe straty (o to nietrudno), ale by były one drastycznie wyższe – kilku, a docelowo kilkunastokrotnie. W tej śmiertelnej multiplikacji kryje się klucz do zwycięstwa, rozumianego jako zmuszenie rosjan do zaprzestania wojny.

Jeśli Ukraina będzie zabijać i ranić 35-40 tys. rosjan miesięcznie, tracąc przy tym 15-20 tys. własnych żołnierzy, to daleko nie pociągnie. Nawet w sytuacji, w której struktura strat – odsetek bezpowrotnych i powrotnych – będzie korzystniejszy dla Kijowa (jak ma to miejsce obecnie i przez większość wojny). Po prostu Ukraina ma tych ludzi cztery razy mniej (a właściwie pięć, uwzględniając realny zasób, do którego mają dostęp władze w Kijowie).

Tę bezwzględną arytmetykę wojny dobrze rozumiał dotychczasowy minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow. Stąd jego pomysły na dronizację i robotyzację, czyli większą efektywność bojową. Nade wszystko jednak na reorganizację przemysłu i logistyki armii. Ucyfrowienie ich gdzie się tylko da. Po to, by wyeliminować „czynnik ludzki”, obciążony niekompetencją, nadmierną decyzyjnością lub jej brakiem, pokusą korupcyjną i innymi słabościami.

Ale Fedorow przestał być szefem MON – taką decyzję podjął prezydent Zełenski. Tym samym punkt ciężkości w „projektowaniu pola bitwy” znów przesuwa się na ludzi związanych z ukraińskim naczelnym dowództwem i jego szefem gen. Ołeksandrem Syrskim. A ten „walczy po rosyjsku” – co piszę świadom pewnego uproszczenia – wchodząc w buty wojny na wyniszczenie. Jego sukcesy w stabilizacji frontu zawsze oznaczają dla ZSU ogromne straty. W manewrach Syrskiego zwykle mało jest finezji, innowacji, operacyjnej i taktycznej zręczności. Dużo sowieckiej sztuki wojennej, z jej fiksacją na „mięsny szturm”. I przekonaniem, że brutalność – także wobec własnych żołnierzy – kiedyś w końcu złamie przeciwnika.

Znać w tym pewną logikę, ale czy zadziała ona wobec wroga, który jest równie bezkompromisowy, a ma większe zasoby? Obawiam się, że nie.

Więc smutkiem napawają mnie wieści płynące z Kijowa.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.