Ratownik

Na początku 2025 roku wydawało się, że rosja jest bliska wyczerpania swoich możliwości prowadzenia wojny. Sankcje dusiły gospodarkę, armia ponosiła gigantyczne straty, a Zachód deklarował długoterminowe wsparcie dla Ukrainy. Dziś widzimy, że Kreml nie tylko przetrwał ten trudny moment, ale i odzyskał sporo strategicznego komfortu. Pomogła mu w tym polityka Donalda Trumpa – pełna sygnałów o zmęczeniu wojną, nacisków na „szybki pokój” i działań podważających trwałość amerykańskiego wsparcia dla Kijowa. Dodatkowo wojna z Iranem wywindowała ceny ropy, rozproszyła uwagę USA i dała rosji kolejny gospodarczy i polityczny oddech.

Moskwa już w 2022 roku zrozumiała, że nie wygra wojny błyskawicznie – dlatego zmieniła jej charakter. Zamiast operacji manewrowych pojawiła się strategia wyniszczenia, a wraz z nią odbudowa armii kosztem jakości, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego i stopniowe podporządkowywanie gospodarki potrzebom frontu. Wydatki wojskowe rosji wzrosły do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Według SIPRI i rosyjskiego ministerstwa finansów w 2025 roku na obronność i bezpieczeństwo przeznaczano już około 40 proc. wydatków budżetowych państwa.

Co istotne, sama rosyjska gospodarka okazała się znacznie bardziej odporna na sankcje, niż zakładano na Zachodzie. rosja utrzymała eksport surowców dzięki sprzedaży ropy do Chin i Indii, rozbudowała tzw. „flotę cieni”, a część technologii nadal pozyskiwała przez państwa pośredniczące.

Najważniejsza zmiana dotyczyła jednak politycznej kalkulacji Kremla. Zamiast oczekiwania na szybkie zwycięstwo pojawiło się przekonanie, że Zachód może nie wytrzymać wojny politycznie i ekonomicznie. W Moskwie uznano, że demokratyczne państwa prędzej czy później zaczną spierać się o koszty wsparcia dla Ukrainy, a kolejne kryzysy międzynarodowe rozproszą uwagę Stanów Zjednoczonych. Z rosyjskiej perspektywy wystarczyło więc przeczekać przeciwnika.

Koniec strategicznej stałej

To właśnie w tym momencie na scenie pojawił się Donald Trump, który zaczął tę rosyjską kalkulację wzmacniać. Jeszcze w kampanii wyborczej przekonywał, że zakończy wojnę „w 24 godziny”, przedstawiając konflikt jako efekt nieudolności administracji Joe Bidena. Coraz częściej pojawiały się też sugestie, że Ukraina będzie musiała zaakceptować jakieś formy ustępstw terytorialnych. Jednocześnie Trump otwarcie krytykował skalę amerykańskiej pomocy wojskowej, przedstawiając ją jako nadmierne obciążenie dla USA.

Dla Kremla najważniejsze nie było nawet to, co dokładnie mówił przyszły prezydent USA. Istotniejsze było samo pojawienie się politycznej niepewności wokół amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Szczególnie ważne były też sygnały dotyczące NATO i relacji z Europą. Trump wielokrotnie podważał sens dotychczasowego modelu amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo europejskie, sugerując, że USA nie powinny ponosić głównego ciężaru obrony sojuszników. W Moskwie odbierano to jako potwierdzenie tezy, że jedność Zachodu jest coraz bardziej krucha.

Momentem przełomowym okazał się kryzys z 2025 roku, gdy administracja Trumpa czasowo ograniczyła część pomocy wojskowej oraz wsparcie wywiadowcze dla Ukrainy. Szczególne znaczenie miało ograniczenie dostępu do danych ISR, czyli informacji rozpoznawczych pochodzących z satelitów, samolotów i systemów elektronicznych USA. To właśnie dzięki nim Ukraina mogła skuteczniej planować uderzenia dalekiego zasięgu i reagować na ruchy rosyjskich wojsk.

Dla ukraińskiej armii był to poważny problem operacyjny. Dla Kremla – być może najważniejszy sygnał polityczny od początku wojny. rosja po raz pierwszy mogła uznać, że amerykańskie wsparcie dla Ukrainy przestało być strategiczną stałą…

Definitywny koniec programów

W kolejnych miesiącach coraz wyraźniej było też widać, że administracja Trumpa próbuje odbudować kanały komunikacji z Moskwą nawet kosztem relacji z Kijowem. Symbolem tej polityki stał się szczyt Trump–putin na Alasce. Oficjalnie miał on otworzyć drogę do rozmów pokojowych i „deeskalacji napięć”, ale w praktyce zakończył się serią ogólnikowych deklaracji bez żadnych realnych ustępstw ze strony rosji. Kreml otrzymał natomiast coś znacznie cenniejszego – sygnał, że po latach izolacji znów jest traktowany przez USA jako równorzędny partner do rozmów o nowym porządku bezpieczeństwa.

W Kijowie i europejskich stolicach szczególnie źle odebrano fakt, że rozmowy prowadzono praktycznie ponad głowami Ukraińców. Niezrażony tym Trump coraz częściej przedstawiał wojnę jako problem, który należy „zamknąć politycznie”, nawet jeśli oznaczałoby to utrwalenie rosyjskich zdobyczy terytorialnych. W amerykańskiej administracji pojawiały się też sugestie dotyczące „zamrożenia konfliktu”, odłożenia kwestii okupowanych terenów na później i stopniowego ograniczania skali amerykańskiego zaangażowania.

Jednocześnie rosja nie doświadczała realnej presji ze strony Waszyngtonu. Nie doszło do gwałtownego zaostrzenia sankcji, nie pojawiły się nowe jakościowe pakiety uzbrojenia dla Ukrainy, a kolejne decyzje administracji coraz częściej sprawiały wrażenie podporządkowanych logice szybkiego politycznego „dealu”. Kreml wiedział, że taka sytuacja działa na jego korzyść. Im bardziej Biały Dom koncentrował się na zakończeniu wojny za wszelką cenę, tym mniej powodów miała rosja, by rzeczywiście iść na kompromis.

Dla Ukrainy oznaczało to coraz trudniejsze położenie strategiczne. Kijów nadal potrzebował zachodniej pomocy do utrzymania frontu, ale jednocześnie coraz częściej słyszał sygnały sugerujące, że cierpliwość USA ma swoje granice. Moskwa mogła natomiast obserwować, jak główny sponsor ukraińskiego wysiłku wojennego zaczyna traktować stabilizację relacji z rosją jako cel ważniejszy niż dalsze wspieranie Ukrainy. Jesienią 2025 roku Waszyngton definitywnie zakończył część programów wojskowego wsparcia uruchomionych jeszcze za administracji Bidena, ograniczając kolejne pakiety uzbrojenia do minimum niezbędnego dla utrzymania podstawowych zdolności obronnych Ukrainy.

Pragmatyczne podejście do sankcji

Wiosną 2026 roku Trump zrobił putinowi kolejny prezent. Po atakach USA i Izraela na Iran ceny ropy gwałtownie wzrosły, a analitycy zaczęli ostrzegać przed ryzykiem poważnych problemów z globalnymi dostawami surowców.

Dla rosji oznaczało to finansowy oddech w bardzo trudnym momencie wojny. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej rosyjski budżet znajdował się pod rosnącą presją. Ukraina coraz skuteczniej atakowała rafinerie i terminale paliwowe, spadały dochody energetyczne, a Kreml był zmuszony zwiększać wydatki wojenne do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Wojna z Iranem nagle odwróciła jednak sytuację. Reuters wylicza dziś, że rosyjskie dochody z ropy i gazu mogą wzrosnąć w maju br. aż o 39 proc. rok do roku właśnie dzięki skutkom kryzysu na Bliskim Wschodzie.

To szczególnie ważne, ponieważ eksport surowców pozostaje podstawą rosyjskiej gospodarki wojennej. Kreml może ograniczać wydatki socjalne, zwiększać represje i przerzucać przemysł na produkcję zbrojeniową, ale bez wpływów z ropy finansowanie wieloletniej wojny byłoby znacznie trudniejsze. Tymczasem globalny kryzys energetyczny ponownie zwiększył znaczenie rosji jako jednego z największych eksporterów surowców na świecie.

Wojna z Iranem pokazała też ograniczenia zachodniej polityki sankcyjnej wobec Moskwy. W sytuacji gwałtownego wzrostu cen ropy administracja Trumpa zdecydowała się przedłużyć część wyjątków pozwalających wybranym państwom nadal korzystać z rosyjskiej ropy transportowanej drogą morską. Oficjalnym powodem była konieczność stabilizowania rynku i ograniczania skutków kryzysu energetycznego.

Dla Kremla był to kolejny sygnał, że pełna izolacja gospodarcza rosji ma swoje granice. Dopóki światowa gospodarka pozostaje uzależniona od stabilnych dostaw energii, każdy większy kryzys geopolityczny automatycznie zwiększa pole manewru Moskwy. rosja nie musi więc dziś odnosić spektakularnych sukcesów militarnych. Wystarczy, że kolejne konflikty podnoszą ceny surowców i zmuszają Zachód do bardziej pragmatycznego podejścia wobec sankcji.

Bliski Wschód przyniósł rosji jeszcze jedną korzyść – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Obecność

Przez lata obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce stała się symbolem bezpieczeństwa i trwałości sojuszu z Waszyngtonem. Problem w tym, że znaczna jej część ma charakter rotacyjny i pozostaje uzależniona od politycznych decyzji podejmowanych za oceanem.

Jeszcze dekadę temu wojskowa obecność USA w Polsce miała charakter symboliczny. Amerykańskie pododdziały pojawiały się głównie na ćwiczeniach, a dyskusje o stałych bazach – z forsowanym przez polityków pomysłem „Fort Trump” – traktowano bardziej jako polityczny sygnał niż realny projekt wojskowy. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie całkowicie zmieniła jednak znaczenie Polski w strategii NATO i USA.

Kluczowa dla obrony państw bałtyckich

Pierwszy przełom nastąpił po aneksji Krymu w 2014 roku. Wówczas NATO rozpoczęło wzmacnianie wschodniej flanki, a Waszyngton uruchomił European Deterrence Initiative – program finansowania zwiększonej obecności wojskowej w Europie. Do Polski zaczęły trafiać pierwsze większe rotacyjne kontyngenty wojsk lądowych, lotnictwa i sił specjalnych. Nadal były to jednak działania ograniczone skalą i podporządkowane przede wszystkim odstraszaniu politycznemu.

Dopiero pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę z lutego 2022 roku uczyniła z Polski jedno z najważniejszych państw dla amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących nad Wisłą wzrosła do około 10 tys., Polska stała się głównym hubem logistycznym wsparcia dla Ukrainy, a jednocześnie kluczowym zapleczem dla operacji NATO na całej wschodniej flance.

Zmienił się także charakter tej obecności. Jeszcze przed rosyjską inwazją z 2022 roku widocznymi symbolami rosnącego zaangażowania wojskowego USA w Polsce były budowana baza systemu Aegis Ashore w Redzikowie oraz rozwijane w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu armii amerykańskiej. Po 2022 roku znacznie większego znaczenia nabrała infrastruktura logistyczna: lotniska, centra przeładunkowe, magazyny sprzętu i węzły transportowe.

Szczególną rolę odgrywa dziś Powidz, gdzie ulokowano jeden z najważniejszych w Europie magazynów Army Prepositioned Stocks. To właśnie tam przechowywany jest ciężki sprzęt dla amerykańskiej brygady pancernej – czołgi Abrams, bojowe wozy piechoty, artyleria i wyposażenie logistyczne. Tego rodzaju infrastruktura ma ogromne znaczenie dla strategii NATO, ponieważ pozwala szybko przerzucać do Europy żołnierzy bez konieczności transportowania całego wyposażenia przez Atlantyk.

W praktyce Polska stała się dla Amerykanów czymś więcej niż tylko państwem-gospodarzem dla kilku baz. Dziś pełni rolę logistycznego pomostu między Zachodem a wschodnią flanką NATO. W razie kryzysu lub wojny infrastruktura ta miałaby kluczowe znaczenie również dla przerzutu wojsk sojuszniczych do państw bałtyckich.

Nie oznacza to jednak, że Polska stała się nowym centrum amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod tym względem kluczową rolę nadal odgrywają Niemcy. To tam znajdują się strategiczne dowództwa USA, ogromne zaplecze logistyczne, infrastruktura lotnicza oraz bazy wykorzystywane do operacji nie tylko europejskich, lecz także globalnych. Według danych Pentagonu w Niemczech stacjonuje około 35–38 tys. amerykańskich żołnierzy, na stałe, a nie jak w Polsce – rotacyjnie.

I właśnie ta różnica jest kluczowa dla zrozumienia rzeczywistego charakteru amerykańskiej obecności nad Wisłą. Polska stała się ważnym elementem wojskowej architektury NATO, ale nie oznacza to jeszcze budowy trwałego, modelu stałego stacjonowania wojsk USA. Wręcz przeciwnie – obecny system opiera się przede wszystkim na elastyczności, mobilności i możliwości szybkiego wzmacniania flanki w razie kryzysu.

Stała obecność czy stała rotacja?

Klasyczny model stałego stacjonowania wojsk USA ukształtował się jeszcze w czasach zimnej wojny. W Niemczech Zachodnich, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii Amerykanie budowali rozbudowane garnizony z pełnym zapleczem logistycznym, mieszkaniowym i administracyjnym. Na miejscu stacjonowały całe jednostki wraz z rodzinami żołnierzy, szkołami, szpitalami i infrastrukturą pozwalającą funkcjonować przez dekady. Tego rodzaju obecność oznaczała trwałe strategiczne zakorzenienie.

Polska wygląda dziś inaczej. Choć liczba amerykańskich żołnierzy jest największa w historii relacji wojskowych obu państw, 96 proc. sił przebywa nad Wisłą czasowo. Jednostki te regularnie wymieniają się w ramach kolejnych rotacji, zwykle trwających od kilku do kilkunastu miesięcy.

To właśnie dlatego eksperci mówią o modelu „persistent presence”, czyli obecności trwałej politycznie, ale realizowanej poprzez rotację wojsk. Z perspektywy odstraszania efekt może być podobny – amerykańscy żołnierze stale znajdują się w Polsce – jednak dla Pentagonu taki system daje znacznie większą elastyczność.

Rotacyjny model obecności ma kilka zalet. Po pierwsze pozwala szybciej reagować na zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa. Liczbę wojsk można relatywnie łatwo zwiększać lub zmniejszać bez konieczności formalnego zamykania baz czy wycofywania całych garnizonów. Po drugie ogranicza koszty polityczne i społeczne, jakie wiążą się z permanentnym stacjonowaniem dużych sił za granicą. Po trzecie umożliwia utrzymywanie większej liczby jednostek w gotowości do działań na różnych kierunkach jednocześnie.

Ten model dobrze odpowiada obecnej strategii USA wobec Europy. Amerykanie nie przygotowują się dziś do prowadzenia wieloletniej wojny lądowej na kontynencie na wzór zimnej wojny. Ich celem jest raczej stworzenie systemu szybkiego wzmocnienia NATO w razie kryzysu. Kluczową rolę odgrywają więc mobilność, logistyka i możliwość błyskawicznego przerzutu sił przez Atlantyk.

Właśnie dlatego tak duże znaczenie mają magazyny sprzętu, infrastruktura transportowa i wysunięte dowództwa. W razie zagrożenia do Europy mogą zostać przerzuceni żołnierze, którzy na miejscu odbiorą wcześniej przygotowane wyposażenie. To rozwiązanie tańsze i bardziej elastyczne niż utrzymywanie na stałe wielkich zgrupowań wojskowych.

Jednocześnie rotacyjny charakter tej obecności sprawia, że pozostaje ona bardziej podatna na polityczne zmiany w Waszyngtonie. Redukcja liczby wojsk rotacyjnych jest bowiem znacznie łatwiejsza niż likwidacja wielkich stałych baz. Nie wymaga wieloletnich procesów administracyjnych ani kosztownych operacji przenoszenia infrastruktury. W praktyce oznacza to, że skala amerykańskiej obecności w Polsce może stosunkowo szybko zmieniać się wraz z priorytetami kolejnych administracji USA.

I właśnie tu pojawia się zasadnicza różnica między politycznym wyobrażeniem o „amerykańskim parasolu” a rzeczywistą logiką działania Pentagonu. Dla państw Europy Środkowej obecność wojsk USA jest często postrzegana jako trwała gwarancja bezpieczeństwa. Dla samych Stanów Zjednoczonych pozostaje jednak przede wszystkim narzędziem realizacji bieżącej strategii.

Europa ważna, ale Chiny ważniejsze

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie sprawiła, że USA ponownie stały się głównym gwarantem bezpieczeństwa Europy. To amerykańskie wojska najszybciej wzmocniły wschodnią flankę NATO, amerykański przemysł dostarczył znaczną część uzbrojenia dla Ukrainy, a amerykańskie systemy rozpoznania, logistyki i dowodzenia stały się fundamentem wsparcia dla Kijowa. W wielu europejskich stolicach pojawiło się przekonanie, że era strategicznego zwrotu USA ku Azji została przynajmniej czasowo zatrzymana.

W Waszyngtonie sytuację postrzega się jednak inaczej. Dla kolejnych administracji – zarówno demokratycznych, jak i republikańskich – najważniejszym długoterminowym wyzwaniem pozostają Chiny. To rywalizacja na Indo-Pacyfiku wyznacza dziś główny kierunek planowania strategicznego Pentagonu, modernizacji sił zbrojnych i inwestycji wojskowych USA.

… o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Głębia

Rozległość terytorialna pozostaje militarnym atutem, ale jej znaczenie nie jest już kluczowe. Wojna w Ukrainie dobrze to pokazuje.

W klasycznym ujęciu głębia strategiczna wiązała się z przestrzenią. Ten sposób myślenia wyrasta z epoki wojen manewrowych i przemysłowych. Historia dostarcza tu klasycznych przykładów. Kampania Napoleona w rosji w 1812 roku czy niemiecka operacja „Barbarossa” w 1941 roku pokazały, że ogromne terytorium może działać jak swoisty amortyzator – pochłaniać impet ofensywy i prowadzić do wyczerpania agresora. W obu przypadkach przeciwnik wciągnięty w głąb państwa tracił zdolność do skutecznego działania, a obrońca zyskiwał czas na mobilizację i odbudowę sił. W tym sensie głębia strategiczna była nierozerwalnie związana z możliwością oddawania terenu w zamian za czas. Im większe państwo, tym ma większą zdolność do przetrwania pierwszego uderzenia przeciwnika. Ten klasyczny model miał jednak swoje ograniczenia – i jak pokazuje XX wiek, z czasem zaczął się kruszyć.

„Wraz z upowszechnieniem samolotu, a później rakiet dalekiego zasięgu, nastąpiło załamanie tradycyjnej głębi strategicznej”, mówi dr Łukasz Przybyło z Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie. „Po raz pierwszy w historii przeciwnik zyskał zdolność oddziaływania na całe terytorium państwa”. Fabryki, węzły komunikacyjne, centra dowodzenia – wszystko to mogło zostać zaatakowane bez konieczności przełamywania linii frontu. W drugiej połowie XX wieku ten proces tylko przyspieszył i obecnie, w XXI wieku, osiągnął punkt kulminacyjny. Już nie tylko rakiety, ale także bezzałogowe systemy uderzeniowe pozbawiają głębi strategicznej nawet najrozleglejsze mocarstwa. rosja, której zaplecze znalazło się w zasięgu rażenia ukraińskich dronów, jest tego najlepszym przykładem.

—–

Mamy jednak doświadczenia Ukrainy, które zdają się potwierdzać wagę klasycznego rozumienia głębi strategicznej. Spore terytorium – niemal dwa razy większe od Polski – utrudniło rosjanom szybkie osiągnięcie celów. „Przy relatywnie niewielkim rosyjskim zaangażowaniu – rzędu 120–130 tys. żołnierzy – przestrzeń Ukrainy niejako rozpuściła nacierające wojska”, przekonuje dr Przybyło. „Rozciągnięte linie komunikacyjne i trudności z koncentracją sił sprawiły, że ofensywa szybko utraciła impet”. W tym sensie geografia odegrała istotną rolę. Dała Ukrainie czas – a ten został wykorzystany na mobilizację, reorganizację obrony i pierwsze skuteczne kontrataki.

Jednocześnie, co mocno podkreśla płk rez. Ireneusz Kulesza z Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu, sama przestrzeń nie przesądziła o wyniku pierwszej fazy wojny w Ukrainie. Kluczowe okazały się inne czynniki: błędna ocena sytuacji przez rosjan, głównie niedoszacowanie militarnych możliwości przeciwnika oraz odporności ukraińskiego państwa i społeczeństwa. „Znaczenie głębi strategicznej było ograniczone w czasie”, twierdzi płk Kulesza. „Odegrała ona rolę przede wszystkim do momentu załamania rosyjskiego planu szybkiej operacji – czyli do pierwszych tygodni wojny. Gdy rosja zmieniła cele i przeszła do działań na wschodzie i południu Ukrainy, rola przestrzeni się zmieniła”. Front się ustabilizował, a wojna zaczęła przypominać realia znane z I wojny światowej: długie linie obronne i walki pozycyjne.

I tym samym głębia strategiczna ujawniła swoją mniej oczywistą stronę. Rozległość terytorium i długość frontu stały się dla Ukrainy poważnym wyzwaniem. Utrzymanie kilkusetkilometrowej linii styczności wojsk wymaga ogromnych zasobów – zarówno ludzkich, jak i sprzętowych. Jak zwraca uwagę dr Kulesza, w sytuacji ograniczonego potencjału każde przesunięcie sił na zagrożony odcinek oznacza osłabienie innego kierunku. W takim układzie głębia może działać na korzyść przeciwnika. W przypadku przełamania frontu daje mu przestrzeń do manewru, rozwinięcia natarcia i wejścia w głąb ugrupowania obronnego. Jeśli broniące się państwo nie dysponuje odpowiednimi odwodami operacyjnymi, może to prowadzić do szybkiej destabilizacji całego systemu obrony.

—–

Taki scenariusz na Wschodzie się nie ziścił. rosjanie nie dysponowali potencjałem wystarczającym do przełamania ukraińskiej obrony, przeszli więc do prowadzenia wojny na wyniszczenie. To unaoczniło znaczenie innych czynników niż sama przestrzeń, co prowadzi do zasadniczej rewizji pojęcia głębi strategicznej. Otóż coraz trudniej traktować ją wyłącznie jako kategorię geograficzną. „Po Ukrainie nie można mieć już złudzeń: głębia strategiczna to system”, mówi płk rez. Ireneusz Kulesza. „Obejmujący zarówno siły zbrojne, jak i całe zaplecze państwa: przemysł, logistykę, zdolności mobilizacyjne, strukturę dowodzenia czy odporność społeczną”. W tym ujęciu przestaje być istotne, ile kilometrów dzieli granicę od centrum państwa. Kluczowe jest to, czy państwo potrafi działać pod uderzeniami przeciwnika: odtwarzać straty, utrzymać system dowodzenia, zapewnić logistykę i mobilizować zasoby. Podobnie problem ujmuje dr Łukasz Przybyło, wskazując, że głębia strategiczna jest sumą wielu czynników – infrastruktury, demografii, odporności systemu państwowego i powiązań sojuszniczych. Geografia pozostaje jednym z elementów tej układanki, ale nie jest już dominująca.

Przyjrzyjmy się zatem pozostałym komponentom tak pojmowanej głębi. Podstawowym pozostają siły zbrojne – ale rozumiane szerzej niż tylko jako jednostki liniowe. „Kluczowe znaczenie mają odwody operacyjne i strategiczne, zdolność do prowadzenia manewru, integracja rozpoznania i środków rażenia, obrona przed środkami napadu powietrznego”, wylicza dr Kulesza. Szczególnego znaczenia nabiera zdolność do oddziaływania na ugrupowanie przeciwnika – także na jego zaplecze. Jak podkreśla naukowiec z AWL-u, nawet skuteczna obrona pierwszej linii nie wystarczy, jeśli przeciwnik zachowa możliwość wprowadzania do walki kolejnych odwodów. Dlatego zdolności do dalekiego rażenia stają się jednym z kluczowych elementów współczesnej głębi. W tym sensie nie jest ona już wyłącznie kategorią defensywną. Nie tylko się ją posiada – można ją także budować kosztem przeciwnika. Uderzenia w zaplecze logistyczne, system dowodzenia czy odwody operacyjne ograniczają wrogowi swobodę działania, „spłaszczając” mu jego głębię.

Wojna w Ukrainie brutalnie przypomniała, że konflikt o dużej skali pozostaje starciem potencjałów przemysłowych. Głębia strategiczna w tym wymiarze oznacza zdolność do produkcji amunicji i sprzętu, sprawny system napraw i odtwarzania strat, odporne łańcuchy dostaw, wydolną logistykę. „Armia jest jedynie narzędziem – wojny prowadzi państwo”, podkreśla Ireneusz Kulesza. „Jeśli zaplecze przemysłowe i logistyczne zawiedzie, nawet najlepiej wyszkolone wojsko szybko utraci zdolność do działania”.

—–

Jednym z najważniejszych elementów współczesnej głębi strategicznej jest społeczeństwo. Chodzi nie tylko o liczebność potencjalnych rezerw, ale też, przede wszystkim, o odporność psychiczną, gotowość do ponoszenia strat, zdolność do mobilizacji oraz zaufanie do instytucji państwa. Jak podkreśla dr Łukasz Przybyło, doświadczenie Ukrainy pokazuje, że to właśnie ten czynnik bezpośrednio przekłada się na zdolność prowadzenia wojny. „Zaufanie to nie jest kwestia emocji, tylko funkcjonalności państwa”, przekonuje naukowiec z ASzW. „Jeśli ludzie wierzą, że państwo działa, są skłonni podporządkować się decyzjom – stawić się do wojska, zaakceptować ograniczenia, wykonywać polecenia. Jeśli nie, system zaczyna się rozpadać od środka”.

Istotnym elementem współczesnej głębi strategicznej są sojusze. W warunkach, w których większość państw nie jest w stanie samodzielnie zbudować pełnego spektrum zdolności, głębia coraz częściej ma charakter ponadnarodowy. W praktyce oznacza to, że zaplecze państwa nie kończy się na jego granicach… – o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w majowym numerze „Polski Zbrojnej”. Miesięcznik wciąż dostępny jest w wersji papierowej, e-wydanie – gdzie przeczytacie także inne moje teksty – znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

„Obcy”

Nagrania z myśliwców, świetliste obiekty nad Syrią, meldunki marynarzy i archiwa z czasów zimnej wojny – Pentagon rozpoczął publikację kolejnych akt dotyczących UFO. Choć dokumenty nie przynoszą dowodów na istnienie obcych, pokazują, że nowoczesne wojskowe systemy rejestrują zjawiska, których nie potrafią zidentyfikować. Skali tego problemu armia nie może już ignorować.

W listopadzie 2004 roku piloci amerykańskiej marynarki wojennej ćwiczyli nad Pacyfikiem, kilkaset kilometrów od wybrzeży Kalifornii. W pewnym momencie operatorzy radaru na krążowniku USS Princeton wykryli obiekt, który zachowywał się w sposób trudny do wyjaśnienia: gwałtownie zmieniał wysokość, wykonywał manewry przekraczające możliwości znanych maszyn i nie emitował sygnałów charakterystycznych dla samolotu czy pocisku. Gdy do przechwycenia skierowano myśliwce F/A-18 Super Hornet, jeden z pilotów opisał później obiekt jako biały, podłużny i przypominający kształtem… cukierek Tic Tac.

Obcy, ale inni…

Przez lata podobne historie funkcjonowały głównie na pograniczu wojskowych plotek, internetowych teorii i popkultury. Oficjalnie Pentagon unikał tematu lub traktował go z wyraźnym dystansem. Dziś sytuacja wygląda już inaczej. Departament Wojny USA rozpoczął publikację kolejnych partii odtajnionych materiałów dotyczących UAP (ang. Unidentified Anomalous Phenomena) – niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych – dawniej określanych jako UFO (niezidentyfikowane obiekty latające). W ujawnionych archiwach znalazły się raporty pilotów, materiały radarowe, zdjęcia, nagrania wideo i dokumenty sięgające czasów zimnej wojny.

Obecna fala odtajniania dokumentów nie jest jednorazową akcją, lecz elementem procesu rozpoczętego kilka lat temu. Punktem zwrotnym okazały się opublikowane w 2017 roku przez „New York Times” informacje o tajnym programie AATIP (Advanced Aerospace Threat Identification Program), prowadzonym przez Pentagon jeszcze od czasów administracji George’a W. Busha. Wkrótce do opinii publicznej trafiły również krótkie nagrania wykonane przez pilotów marynarki wojennej – m.in. słynny już „Tic Tac”. Po raz pierwszy amerykańska administracja oficjalnie potwierdziła ich autentyczność.

Od tego momentu temat zaczął stopniowo wychodzić z politycznego i wojskowego cienia. W Kongresie odbyły się publiczne przesłuchania z udziałem wojskowych i urzędników wywiadu, a ówczesny Departament Obrony powołał specjalną komórkę analityczną AARO – All-domain Anomaly Resolution Office. Jej zadaniem stało się zbieranie i analizowanie raportów dotyczących niezidentyfikowanych obiektów obserwowanych w powietrzu, na morzu, w przestrzeni kosmicznej, a nawet pod wodą.

To właśnie AARO odpowiada dziś za tworzenie centralnego archiwum UAP. Pentagon publikuje tam kolejne dokumenty: raporty świadków, meldunki wojskowe, fotografie, materiały z sensorów pokładowych oraz historyczne analizy sięgające okresu zimnej wojny. W części przypadków chodzi o incydenty znane od lat, wcześniej jednak funkcjonujące w przestrzeni publicznej głównie w formie przecieków lub niepotwierdzonych relacji. Inne dokumenty po raz pierwszy ujrzały na światło dzienne.

Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, czego w tych materiałach nie ma. Nie pojawiają się żadne jednoznaczne dowody na obecność technologii pozaziemskiej. W ogromnej większości przypadków raporty kończą się bardziej prozaicznie: „brak wystarczających danych”, „nie udało się ustalić charakteru obiektu” albo „prawdopodobne zjawisko naturalne”. Część incydentów udało się po latach wyjaśnić jako błędne interpretacje odczytów radarowych, efekt działania sensorów optycznych czy zaobserwowane balony i drony.

Paradoksalnie właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że Pentagon traktuje temat poważnie. Dla wojskowych analityków problemem nie jest bowiem pytanie o „obcych”, lecz o to, dlaczego nowoczesne systemy obserwacji coraz częściej rejestrują obiekty, których nie można szybko i pewnie sklasyfikować. A w realiach współczesnej rywalizacji mocarstw każda taka luka oznacza potencjalne ryzyko dla bezpieczeństwa.

Co znalazło się w dokumentach?

Największe zainteresowanie wzbudzają oczywiście konkretne incydenty opisane w odtajnionych materiałach. Pentagon opublikował zarówno historyczne raporty z czasów zimnej wojny, jak i znacznie nowsze przypadki rejestrowane przez współczesne systemy wojskowe. Wśród nich regularnie powracają obserwacje pilotów marynarki wojennej i sił powietrznych USA, którzy meldowali spotkania z obiektami zachowującymi się w sposób trudny do wyjaśnienia.

Najbardziej znanym pozostaje wspomniany już incydent „Tic Tac” z 2004 roku. Według relacji pilotów obiekt miał gwałtownie zmieniać wysokość i prędkość, nie wykazując przy tym cech charakterystycznych dla klasycznych statków powietrznych. W odtajnionych dokumentach pojawiają się także materiały związane z nagraniami zatytułowanymi „Gimbal” i „GoFast”, wykonanymi kilka lat później przez pilotów F/A-18. Szczególnie nagranie „Gimbal”, pokazujące obiekt obracający się w locie, stało się jedną z ikon współczesnej debaty o UAP.

W archiwach znalazły się również raporty dotyczące obserwacji nad Bliskim Wschodem, w tym nad Syrią, gdzie amerykańskie siły prowadziły operacje przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu. Część meldunków opisuje niewielkie obiekty lub świetliste kule pojawiające się w pobliżu wojskowych tras lotniczych i baz. W innych przypadkach chodziło o zjawiska rejestrowane przez radary okrętów operujących na Pacyfiku i Atlantyku.

(…)

Jednocześnie charakterystyczne jest to, że ogromna część dokumentów pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. W wielu raportach brakuje pełnych danych telemetrycznych, jakość nagrań jest słaba, a relacje świadków bywają sprzeczne. Pentagon podkreśla więc, że samo zakwalifikowanie incydentu jako „niewyjaśnionego” nie oznacza automatycznie istnienia technologii pozaziemskiej. Najczęściej oznacza jedynie, że dostępne informacje nie pozwalają na definitywne ustalenie, z czym rzeczywiście mieli do czynienia operatorzy i piloci.

(…)

Obiekt obserwowany przez pilotów myśliwców albo rejestrowany przez radary okrętu wojennego może okazać się błędem sensora, efektem zakłóceń elektronicznych, eksperymentalnym dronem, platformą rozpoznawczą przeciwnika albo po prostu zjawiskiem atmosferycznym źle zinterpretowanym przez operatora.

Wojsko nie może jednak zakładać tego z góry. Szczególnie że część najbardziej znanych incydentów miała miejsce w pobliżu strategicznych instalacji wojskowych i grup lotniskowcowych. W ostatnich latach amerykańskie media wielokrotnie opisywały przypadki niezidentyfikowanych dronów pojawiających się nad bazami USA czy obiektami infrastruktury krytycznej. Granica między „dziwnym zjawiskiem” a realnym incydentem kontrwywiadowczym zaczęła się zacierać.

(…)

Reasumując, Pentagon nie boi się tak „obcych”, jak własnej niewiedzy. To wniosek, który przebija się z lektury ujawnionych akt.

Pełną wersję tego tekstu – który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI