Pokój

Czy śmierć Władimira Makieja – szefa białoruskiego MSZ, który zmarł nagle w sobotę – jest czymś więcej niż zbiegiem okoliczności? Według poważnych źródeł, blisko związany z aleksandrem łukaszenką polityk został otruty, co miało być sygnałem dla białoruskiego prezydenta. Sygnałem wysłanym przez Kreml, który ma już dość lawirowania Mińska w kwestii zaangażowania się w rosyjsko-ukraińską wojnę. „Król kartofli” – jak zwykło się przezywać łukaszenkę – udostępnił Białoruś jako zaplecze dla rosyjskiej armii, dalej jednak posunąć się nie chce. I konsekwentnie, od dziewięciu miesięcy, odmawia posłania białoruskiego wojska na front.

Trudno ocenić, na ile zdesperowana jest moskwa, co miałoby bezpośredni wypływ na motywy działań. Czy za ewentualnym szantażem stoi chęć „umiędzynarodowienia” konfliktu, co niosłoby przede wszystkim polityczne i wizerunkowe korzyści („patrzcie, także Białorusini walczą z ukraińskimi nazistami”)? A może chodzi o to, że zdemolowana przez Ukraińców rosyjska armia na gwałt potrzebuje kilkudziesięciu tysięcy j a k i c h k o l w i e k rekrutów, a choćby i kiepsko zmotywowanych? Tak czy inaczej, nerwowe ruchy łukaszenki sugerują, że coś na rzeczy jest. W reakcji na śmierć Makieja, białoruski dyktator zrobił ekspresowe porządki w swoim najbliższym otoczeniu. Wymienił część ochroniarzy, kucharzy i prezydencką służbę, co może być odruchem paranoika, ale może być też właściwą reakcją na zdiagnozowane zagrożenie.

Zachodni analitycy (na przykład z brytyjskiego wywiadu czy z amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną) idą tropem groźby, sugerując, że jesteśmy u progu poważnych przetasowań na „kierunku białoruskim”. Dni łukaszenki są rzekomo policzone, putin zamierza się go pozbyć (albo kompletnie ubezwłasnowolnić) – i pchnąć Białoruś ku wojnie.

Brzmi to złowieszczo, ale prawdę powiedziawszy, nie byłby to zły scenariusz. Białoruś – jej status/charakter relacji z rosją – to klucz do przyszłości nie tylko Ukrainy, ale i Polski oraz szerzej, całej Europy środkowo-wschodniej.

Wbrew skarpektosceptycznej narracji – przepychanej obecnie przez naszą infosferę – na przestrzeni ostatnich tygodni nie wydarzyło się nic, co przekreśliłoby ukraińskie szanse na zwycięstwo w tej wojnie. Zwycięstwo rozumiane jako popędzenie okupantów ze wszystkich zajętych ziem, także tych, na które weszli w 2014 roku. Taki stan rzeczy – do osiągnięcia wiosną/latem przyszłego roku – oznaczałby dla Kijowa realizację warunku koniecznego dla rozpoczęcia rozmów pokojowych. Ale z nieprzyjazną Białorusią na karku, byłby to pokój „kulawy”. Wymagający większej mobilizacji zasobów niż w sytuacji, w której Ukraińcom odpadłoby do pilnowania ponad 1000 km granicy. Zrujnowane ukraińskie państwo będzie liczyło każdą hrywnę (i dolara czy euro pomocy), stając na nogi. Trudno w tej chwili ocenić, jaki charakter przybiorą zachodnie gwarancje bezpieczeństwa – idealnie byłoby przyjąć Ukrainę do NATO, ale obecnie bardziej prawdopodobny wydaje się sojusz z częścią członków Paktu (z USA, Wielką Brytanią, Polską, krajami nadbałtyckimi). Nim jednak jakikolwiek alians się zmaterializuje, ukraińska niepodległość będzie chroniona tylko przez ukraińską armię. Zwycięską, ale i pokiereszowaną.

Tysiąc kilometrów wrogiej granicy mniej dla Ukraińców, to zarazem ponad 400 km nieprzyjaznej granicy mniej dla Polski i ponad 700 dla Litwy i Łotwy. Białoruś niebędąca protektoratem rosji to zarazem sytuacja, o której marzyły pokolenia Polaków. Sytuacja, w której rosja zostaje odepchnięta o 500 km, de facto wyrzucona z Europy do Azji. Owszem, dysponująca eksklawą w postaci okręgu kaliningradzkiego, ale kompletnie niefunkcjonalną w realiach szerokiego buforu oraz Bałtyku jako „jeziora NATO”.

Brzmi jak political fiction? Być może, ale jako się rzekło – to warunek dobrego pokoju (zatem coś, o co należy zabiegać…). No i spójrzmy na fakty. Dwa lata temu łukaszenka spacyfikował białoruską opozycję. Elity gotowe na bliższe relacje z Zachodem uciekły z kraju lub siedzą w więzieniach. Powszechną wolę oporu wobec niechcianego reżimu (przeciw Łukaszence głosowało 80 proc. społeczeństwa) zdławiono, z początkiem tego roku wydawało się, że na długo. Tymczasem w marcu i kwietniu – podczas bitwy o Kijów – na terenie Białorusi działała tzw. kolejowa partyzantka. Czynny sabotaż białoruskich kolejarzy sparaliżował ruchy rosyjskich wojsk, ich logistyki, istotnie przyczyniając się do raszystowskiej porażki na północy Ukrainy. Był to najodważniejszy akt nieposłuszeństwa wobec łukaszenki i putina, ale nie jedyny. Fakt, iż „król kartofli” lawiruje, wynika z jego kalkulacji/obawy czy warto się po stronie moskwy tak bardzo angażować. Ale stoi też za tym świadomość, że naród białoruski decyzji o przystąpieniu do wojny nie zaakceptuje. Że przeciwna bezpośredniemu udziałowi jest białoruska armia, której przedstawiciele dali mińskiemu dyktatorowi do zrozumienia, czym może się skończyć przymusowy angaż – falą dezercji i masowym przechodzeniem oddziałów na ukraińską stronę. Wizja rozpadu armii i społecznych protestów stopuje łukaszenkę, który w obliczu jednoczesnej presji moskwy znalazł się między młotem a kowadłem.

Teoretycznie putin może go złamać lub zastąpić; każdy z tych scenariuszy oznacza wejście rosjan do Białorusi „na ostro”. Jeszcze bardziej prorosyjska władza w Mińsku wymagałaby odpowiednich zabezpieczeń – realnie, dużego rosyjskiego kontyngentu, a więc mniej lub bardziej zakamuflowanej okupacji. Naiwnością byłoby założyć, że Białorusini tak po prostu by ów stan rzeczy zaakceptowali. Co postawiłoby rosjan w trudnej sytuacji – z otwartym „drugim frontem”, rebelią na tyłach, angażującą i tak już wyczerpane zasoby rosyjskiej armii.

Na kremlu mają tego świadomość. I to – w mojej ocenie – daje łukaszence największe gwarancje bezpieczeństwa. putin chciałby Białorusi w wojnie, ale nie chciałby uruchomić procesów, na skutek których Białoruś by się rosji wymknęła. Musi zatem być bardzo ostrożny.

Oczywiście, stary kegiebista może zagrać va banque, licząc, że jakoś to będzie („a nuż Białorusini okażą się potulni i zaakceptują warunki moskwy”). Jeśli nie zagra, kwestia białoruska pozostanie otwarta. Wówczas, aby zarysowała się perspektywa dobrego pokoju, musiałoby dojść do jednego z dwóch procesów:

– białoruskiej rewolty i samouwolnienia (o co bez rosyjskiego dokręcania śruby będzie trudno);

– przeniesienia przez Ukraińców działań wojennych na terytorium Białorusi.

W każdym z tych scenariuszy – które zresztą mogłyby biec równolegle – poza obaleniem prorosyjskich władz kluczowym byłoby wyrzucenie z Białorusi armii rosyjskiej.

Tylko czy „nasz świat” zaakceptowałby taką „eskalację”?

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Gdzieś w Donbasie…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

„Polonizacja”

Imponująca fabryka czołgów w Charkowie przez dekady zapewniała armii radzieckiej stały dopływ kolejnych pancernych kolosów. W ostatnim roku istnienia ZSRR jej linie montażowe opuściło 800 maszyn. Po 1991 r. miasto i zakład stały się częścią Ukrainy, która aż do 2014 r. intensywnie się demobilizowała. Wojsko klepało biedę, zainteresowanie wyrobami fabryki przejawiała głównie odległa zagranica. Lecz i tak skala produkcji zmniejszyła się 20-krotnie, a do rangi rozpoznawalnego w świecie symbolu urósł przyfabryczny plac, na którym przez dekady niszczały setki pojazdów z rodziny „T”. Rdzewiejące, zdekompletowane (także na skutek masowych kradzieży) czołgi świetnie ilustrowały nie tylko stan ukraińskiej armii i zbrojeniówki, ale i ogólny rozkład poradzieckiej strefy kulturowej.

„Gorąca granica”

Gdy osiem lat temu wybuchła wojna z rosją, charkowski „zawód” otrzymał drugie życie. Nowych maszyn nie produkowano – skupiono się na przywracaniu do służby i modernizacji zapasów. Rezerwuar był ogromny – szacuje się, że Ukraina odziedziczyła po ZSRR ponad 5 tys. czołgów. Po latach składowania pod chmurką wiele do niczego się już nie nadawało, lecz i tak stworzono siły pancerne, które wiosną 2022 r. zadały rosjanom bolesne straty.

Ucierpiała też Ukraina – Charków znalazł się na osi natarcia, miasto wielokrotnie bombardowano. I choć rosjanie ponieśli w charkowszczyźnie porażkę, felerne położenie – 20-30 km od granicy z federacją rosyjską – czyni Charków zagrożonym miejscem. Funkcjonowanie tam istotnego dla wojennego wysiłku zakładu jest zbyt ryzykowne. W efekcie, poturbowana w ostrzałach fabryka funkcjonuje dziś w rozproszeniu. Istotną część działalności przeniesiono w bezpieczniejsze rejony zachodniej Ukrainy, charkowskich fachowców delegowano również za granicę, do zakładów zbrojeniowych w Polsce, Czechach czy na Słowacji, pracujących na rzecz ukraińskiej armii.

O czym wspominam nie bez powodu. Imponujące plany rozwojowe Wojska Polskiego – oparte o broń i technologie kupione u Koreańczyków – wiążą się z przetasowaniami w zbrojeniówce. Miano „pancernej stolicy” ma przypaść Poznaniowi, dotąd nieszczególnie znanemu z tego rodzaju produkcji. To tam powstaną czołgi K2/K2PL, których WP nabędzie tysiąc (pierwsze 180 dotrze do nas z Korei). Niemal 500 dział samobieżnych K9 wyprodukowanych zostanie w Zakładach Mechanicznych Bumar Łabędy, nie zaś w położonej w województwie podkarpackim Hucie Stalowa Wola. HSW od kilkunastu lat wytwarza kraby – bardzo podobne do K9 systemy artyleryjskie – wydawało się zatem, że jest to oczywista lokalizacja. W Polskiej Grupy Zbrojeniowej słyszymy jednak, że odsunięcie produkcji strategicznego uzbrojenia od „gorącej wschodniej granicy” to konieczność.

Bartłomiej Kucharski z magazynu „Wojsko i Technika” zwraca uwagę na możliwości współczesnej artylerii rakietowej i lotnictwa.

– Polska nie jest rozległym krajem – mówi. – Gdziekolwiek coś postawimy, znajdzie się w zasięgu potencjalnego wroga.

Tym wrogiem jest rosja – wcześniej niewymieniana z nazwy, po 24 lutego funkcjonująca w takim charakterze już nie tylko w potocznym, ale i w oficjalnym informacyjnym obiegu. Tymczasem wojna w Ukrainie obnażyła taktyczną impotencję rosyjskiego lotnictwa, które nie potrafiło – nadal nie potrafi – wywalczyć sobie kontroli przestrzeni powietrznej nad teatrem działań. Dziewięć miesięcy konfliktu pokazało też, jak niewielki i niecelny jest rosyjski arsenał środków dalekiego rażenia. Oczywiście, na użytek planowania obronnego należy założyć, że przeciwnik będzie dążył do zniwelowania słabości. Tym niemniej można przyjąć, że większe ryzyko wiąże się z fizycznym zajęciem strategicznych obiektów, niż z ich utratą na skutek kampanii lotniczo-rakietowej. W tej perspektywie przesuwanie zaplecza produkcyjnego na zachód jest racjonalnym krokiem.

„Dziwna sprawa”

Racjonalność to słowo-klucz, często pojawiające się w kontekście koreańskich zakupów. Rząd PiS działa tu z silnym społecznym mandatem – za sprawą agresywnych poczynań rosji, większość Polaków uważa zbrojenia za konieczność. Obawy rodzi skala i charakter transakcji („na szybkości”) oraz wybór wiodącego partnera (w wartości dostaw Koreańczycy zdetronizowali Amerykanów). Na użytek tego tekstu nie będę się zajmował kwestiami ekonomicznymi, szukał odpowiedzi na pytanie: „czy to się zepnie?”. Co zaś tyczy się jakości sprzętu i kraju pochodzenia:

– Czołg K2 to dobra konstrukcja, generalnie lepsza od rosyjskich wozów – ocenia Bartłomiej Kucharski, specjalizujący się w broni pancernej. – A relatywnie szybkie wzmocnienie potencjału WP nie będzie jedyną korzyścią. Koreańczycy mają ambitne plany sprzedaży czołgów do innych krajów. Jeśli w Polsce powstanie odpowiednia baza, moglibyśmy stać się hubem produkcyjnym również dla innych odbiorców.

– Czy mamy odpowiednie kompetencje, przede wszystkim kadrowe? – pytam mojego rozmówcę.

– O kadrę inżynierską i wykwalifikowanych pracowników bym się nie martwił – odpowiada. – Tu nie chodzi o tysiące ludzi, a o kilkuset fachowców. Inaczej sprawy się mają z obsadą menadżerską; nasza zbrojeniówka już od dawna nie ma szczęścia do zarządzających. Ale wolę pozostać optymistą i projekt czołgowy generalnie oceniam pozytywnie. Gorzej z działami samobieżnymi.

Ocena Kucharskiego zbieżna jest z opiniami innych ekspertów. Zdaniem wielu, zakup K9 to „dziwna sprawa”. Trwające 20 lat prace nad Krabem zaowocowały konstrukcją, która w boju – w Ukrainie, gdzie wysłaliśmy 48 sztuk – sprawdza się znakomicie. Zdobyte doświadczenie pozwoliłoby rozwijać projekt, tymczasem kraby będą „zwijane”. Ministerstwo obrony zamówiło co prawda kolejne 48 wozów (w sumie już 170 krabów, te ostatnie w miejsce sprzętu wysłanego na wschód), a latem Ukraińcy podpisali kontrakt na fabrycznie nowe prawdopodobnie 54 armato-haubice (szczegóły pozostają tajemnicą). Przy takim wolumenie HSW ma co robić przez kilka lat, zapowiedzi dotyczące przyszłości pozostają jednak mgliste.

Pilnie strzeżone sekrety

K9 i Krab mają podobne podwozia (koreańskiego Samsunga), a zasadnicza różnica sprowadza się do automatu ładowania – K9 też go nie posiada, ale prototyp wersji rozwojowej K9A2 już tak.

– To jest atut, ale musimy pamiętać, że o skuteczności systemów artyleryjskich decydują inne czynniki – komentuje Kucharski. – Amunicja, a kraby w Ukrainie strzelają najbardziej zaawansowanymi (i drogimi) pociskami Excalibur, oraz systemy kierowania ogniem. W przypadku Kraba jest to Topaz, rodzime rozwiązanie, jedno z najlepszych na świecie. Zakup niewielkiej partii K9, które szybko zastąpiłyby kraby posłane Ukraińcom, byłby dobrym rozwiązaniem, ale tak wielkie zamówienie jest nam potrzebna jak piąte koło u wozu. Lepiej byłoby rozwijać Kraba i na nim oprzeć zwiększenie produkcji.

A wątpliwości jest więcej. Jak zapewnia szef MON Mariusz Błaszczak, K2 i K9 mają być „polonizowane”. Za tym słowem kryje się stopniowe zastępowanie elementów konstrukcji pochodzących z Korei odpowiednikami z Polski. W idealnym układzie w pewnym momencie cały czołg czy armata byłyby wytwarzane nad Wisłą. Problem w tym, że „polonizacja” pozostaje hasłem mało konkretnym. Umowy ramowe podpisane z Koreańczykami są dziś tajemnicą pilniej strzeżoną niż atomowe sekrety Układu Warszawskiego. Próbowałem rozmawiać na temat zawartości tych dokumentów z kilkoma formalnie wpływowymi oficerami WP. Nie dostałem nic, co nadawałoby się do druku, co pozwoliłoby choć w przybliżeniu ustalić zakresy i harmonogramy „polonizacji” koreańskiego sprzętu. MON tymczasem zbywa dziennikarzy zapowiedzią ujawnienia szczegółów „w stosownym czasie”.

Wedle oficjalnych zapowiedzi, pierwsze licencyjne K2 i K9 powinny opuścić polskie zakłady w 2026 r. Tak krótki czas oznacza, że z dużym prawdopodobieństwem będą to „składaki” – wozy złożone u nas z części wyprodukowanych w Korei. Kiedy z linii produkcyjnej zjedzie w całości polski pojazd? Czy plany przewidują 100-procentową „polonizację”? A jeśli nie, to jaki ma być nasz udział? Czy są jakieś elementy konstrukcji, gdzie z zasady odstępujemy od „polonizacji”? Nie potrafimy dziś wyprodukować solidnej czołgowej armaty czy silnika – utrwalamy te niedyspozycje czy z pomocą Koreańczyków próbujemy je przełamać? Co w kontekście „spolszczenia” wozów jest dla nas priorytetem, co nie jest? Pytań można zadać wiele, a większość zmierza do ustalenia, czy postawimy w Polsce montownie czy fabryki. Trwałość powiązań, skala samodzielności (kluczowa w produkcji zbrojeniowej), oraz zaplecze badawczo-rozwojowe – jako cechy przedsiębiorstw – premiują rzecz jasna fabryki. Czy nasi decydenci zapewnili Polsce powstanie zakładów z prawdziwego zdarzenia?

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Pawłowi Ostojskiemu, Maciejowi Szulcowi, Tomaszowi Frontczakowi, Piotrowi Maćkowiakowi i Przemkowi Piotrowskiemu. A także: Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej. Ponadto: Marii Ryll, Dariuszowi Pietrzakowi, Juliuszowi Zającowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Danielowi Więcławskiemu, Marcinowi Gachowi i Monice Rutkiewicz.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

—–

Nz. Krab w Ukrainie/fot. Ukraińskie Siły Zbrojne

Złoty

– Napięcie jest okropne. Realnie ryzyko się nie zmienia, ale jak zawsze pod koniec zmiany każdy myśli sobie, że głupio by było teraz zginąć. I trochę bardziej się boi – zwierzał mi się jeden z żołnierzy Wojska Polskiego służący w Afganistanie. Była już jesień, „jego” letnia rotacja dobiegała końca. Według planu, wojskowy za kilkanaście dni miał być już w domu. Byłem z nim na jego „złotym patrolu” – ostatniej akcji, w której mój rozmówca brał udział. Po „złotym” zdawało się sprzęt, śmigłowiec przerzucał człowieka do bazy logistycznej, skąd samolotem wracało się do kraju.

Szedłem za nim na tzw. „wąsach”, szukając odciągów do min-pułapek założonych przy drodze. Nie było to moje zadanie, ale i ja wypatrywałem na ziemi cieniusieńkich drutów używanych do zdalnej detonacji ładunków. Było to lepsze niż rozglądanie się na boki, z nadzieją, że w porę dojrzę polujących na saperów rebeliantów. Z tego rozglądania i tak nic nie wychodziło – poza kupą nerwów – bo na ludzi „chodzących na wąsach” zwykle zaczajali się dobrze ukryci snajperzy. Na ziemi tymczasem, poza drutem, można też było dostrzec w porę – nim człek postawił stopę w niewłaściwym miejscu – rozmaite znaki wskazujące, że „było kopane”. Pułapki zastawiane na „poszukiwaczy wąsów” nie były tak wielkie, jak „ajdiki” sadzone na drogach, przygotowane pod pancerne auta. Tu wystarczały małe ładunki, które nawet nie musiały zabić – wystarczyło, że urwały stopę czy dwie.

Ale nawet najbardziej uważne patrzenie pod nogi nie wykluczało rozmowy. Nawijaliśmy więc, złorzecząc na okrutnie przewrotną cechę ludzkiej psychiki, która każe wierzyć, że będąc już jedną nogą w domu, łatwiej sprowokować pecha. Wojskowy zwrócił uwagę, że takie myślenie w niektórych przypadkach skutkuje asekuranctwem, na przykład „rzucaniem L-4” – jak w armii mówi się o pójściu na zwolnienie lekarskie – nie z powodu rzeczywistej choroby, lecz by uniknąć wyjazdów z bazy.

Poznałem takich „leserów”, lecz poznałem też takich, którym pod koniec zmiany włączyła się „opcja nieśmiertelności”. Żołnierzy przekonanych, że już tyle przeszli, że pech ich nie dopadnie. „Mieliśmy takiego zjeba (…). Najchętniej to by spał na ganerce (stanowisku strzeleckim w wozie opancerzonym – dop. MO) – pisał mi jeden z kolegów. „Gość mówił, że złego nie ruszy. I faktycznie, nie ruszyło…”.

Mojego partnera z „wąsów” też nie ruszyło – szczęśliwie dotrwał do końca.

Kilka miesięcy później – w październiku 2013 roku – sam wyruszyłem na „złoty”. Polski Afganistan się kończył, a ja wiedziałem, że redakcja nie pośle mnie pod Hindukusz, gdy nie będzie tam już naszych. O Ukrainie – wówczas u progu majdanowej rewolty – w ogóle nie myślałem, innych wojen też nie brałem pod uwagę. Ostatecznie sprawy potoczyły się inaczej, ale tamtej jesieni patrol po odległych przedmieściach Ghazni jawił się jako zwieńczenie wojenno-reporterskich wędrówek.

Więc znów byłem na „wąsach”, łażąc przy „ogródkach” – wzdłuż pięknej, soczystej zieleni, ciągnącej się po obu stronach drogi. Surrealistycznej dla kogoś jak ja, kto przyzwyczaił się do ascetycznego, na poły pustynnego krajobrazu Afganistanu. Podziwiałem, a jednocześnie czułem kryjącą się w tym pięknie grozę – wszędzie tam mógł czaić się rebeliancki snajper, o obecności którego dowiedziałbym się po pierwszym strzale.

Długo towarzyszyli nam afgańscy przechodnie, aż w którymś momencie jakby zapadli się pod ziemię. Zrobiło się przeraźliwie cicho. „I chuj”, pomyślałem. „To by było na tyle”, czułem, że zaraz coś się wydarzy. Wnet pojawiła się irracjonalna refleksja, że śmierć w tak pięknych okolicznościach przyrody nie byłaby niczym złym. Rozluźniłem się nawet na chwilę, lecz zaraz przyszła właściwa reakcja. Zacząłem się bać. „Nie, nie teraz. Nie na złotym”, zaklinałem rzeczywistość.

„Wracajcie do wozów, kończymy”, komunikat, który przyszedł po radiu, przyniósł ulgę tak wielką, jak chyba nic wcześniej. Udało się. Znowu.

O czym opowiadam, bo wszystkie te emocje wróciły do mnie w ostatnim czasie. Nawykłem do świadomości, że część moich znajomych w Ukrainie niemal każdego dnia bierze udział w niebezpiecznych misjach. Trzymam za nich kciuki, cieszę się, gdy po jakimś czasie znów się odzywają. Smucą mnie historie, które skończyły się źle. Ale jest w tym wszystkim pewien constans – świadomość „dwóch ud”. „Uda się, albo nie uda” – znam to powiedzenie jeszcze z Iraku, cytuję, gdyż świetnie ilustruje wojenno-magiczne myślenie. Daje ono pozór równości szans, tyleż kojący, co kruchy. Jakiś czas temu napisał do mnie kolega, że złożył wniosek o zwolnienie ze służby. I nie tyle szło o to, że odwojował swoje (a odwojował z naddatkiem), ale o to, że urodziło mu się trzecie dziecko, co kwalifikuje do demobilizacji. No więc podzielił się dobrą wiadomością, później kolejną – „wyjeżdżam na front, to mój ostatni raz” – i zamilkł. Przepadł, wcale nie na dłużej niż zwykle, ale ja nie mogłem się uwolnić od myślenia o „pechu ostatniej akcji”. Nie piszę Wam o szczególnie bliskiej mi osobie, tym niemniej świadomość, że chłop mógłby położyć głowę na finiszu, momentami była wręcz bolesna.

Na szczęście nie położył. Czym dzielę się z nieskrywaną radością…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Naciskowa mina-pułapka zastawiona na „poszukiwaczy wąsów”/fot. z archiwum mojego pierwszego blogu zAfganistanu.pl

Szansa

„Zwycięstwo Ukrainy będzie naszym zwycięstwem”, mówi płk Leszek Stępień, weteran z Afganistanu.

Leszek na własnej skórze doświadczył tego, co jest teraz losem tysięcy ukraińskich żołnierzy. Jak sam zauważa, w relacjach z wojny w Ukrainie często pojawia się wątek dotyczący strat rosyjskich. Ale Ukraińcy też giną i odnoszą rany. Poszkodowanych zostało dotąd ponad 60 tys. wojskowych, tylko część z nich ma szansę wrócić do pełnej sprawności. Istotna jest w tym kontekście szybka ewakuacja medyczna, która nie tylko ratuje życie rannego żołnierza, ale pozwala również ograniczać skutki urazów. Szybkość zaś gwarantują śmigłowce.

Wciąż zbieramy na trzy maszyny dla ukraińskiej armii. Jako ambasador akcji zachęcam Was do udziału w zbiórce.

Zachęca Was także bohater filmu – pierwszy ciężko ranny w Afganistanie Polak, pierwszy szef Centrum Weterana. Posłuchajcie jego historii, bo naprawdę warto.

—–

Link do zrzutniki znajdziecie TUTAJ.

Nz. Amerykański medevac wracający z misji (śmigłowiec medyczny i maszyna osłony). Bagram, lato 2007 roku/fot. Marcin Ogdowski

(Nie)dyskrecja

Była godz. 15.40 we wtorek 15 listopada, gdy w Przewodowie – przygranicznej gminie leżącej w powiecie hrubieszowskim – coś eksplodowało. Mieszkańcy usłyszeli dwa wybuchy, jeden z rolników nagrał krótki filmik, na którym widać unoszący się w oddali słup dymu. Ale wtedy jeszcze było to wydarzenie mocno lokalne.

Dramat rozegrał się w oddalonej od zabudowań suszarni zbóż. Wysłani do akcji strażacy spodziewali się pożaru wywołanego oparami ze składowanego surowca. Na miejscu okazało się, że nie ucierpiał żaden z budynków i silosów, a coś dziwnego wydarzyło się przy wadze osiowej, służącej do rozliczeń między właścicielem suszarni a dostawcami zbóż.

Miejscowi szybko ustalili, co zaszło. O godz. 17.02 pan Paweł, mieszkaniec gminy, zamieścił na Facebooku post: „Właśnie spadła pierwsza rakieta na polskie terytorium. Lipina koło Przewodowa (…). Dwie osoby zginęły – obsługujące suszarnię. Dane sprzed chwili”. Wpis wisiał zaledwie kilkadziesiąt minut – o 17.53 autor zamieścił kolejną wiadomość: „Ze względów wiadomych zlikwidowałem posta. Ci, co zdążyli przeczytać, wiedzą. Albo dzisiaj wieczorem będzie szum, albo blokada informacyjna”.

Mężczyzna miał rację – władze RP wybrały opcję blokady.

Lecz wiadomość i tak wędrowała w świat. O 17.18 napisał do mnie Czytelnik. Użył komunikatora internetowego, gdzie wkleił screen wpisu pana Pawła, z którym łączy go bliska znajomość. „Cooo?”, pytał. „Nic nie wiem, wygląda na fejk”, odpowiedziałem. Nie był to pierwszy sensacyjnie brzmiący donos, który pojawił się w naszej przestrzeni informacyjnej. Z dezinformującymi wrzutkami Rosjan, czy z historiami preparowanymi „dla zabawy”, przez „jajcarzy”, zetknąć się można niemal w każdym tygodniu po 24 lutego. Czasem wynika z nich, że wojna lada moment przetoczy się przez naszą granicę. Na kilkadziesiąt minut zignorowałem temat, ale nie dawał mi spokoju. Tuż przed 18.00 zadzwoniłem do jednego z generałów Wojska Polskiego.

– Mamy wojnę z Rosją? – zapytałem prowokacyjnie.

– Marcin, coś przyleciało ze wschodu. Wybacz, ale nie mam czasu rozmawiać. Nie pisz nic proszę, dopóki nie będzie oficjalnego komunikatu – usłyszałem.

Potem nastąpiła „cisza w eterze”. Trudno było załapać kogokolwiek, kto mógłby coś wiedzieć i przede wszystkim powiedzieć. Rzecznik prasowy rządu Piotr Müller zapowiedział nadzwyczajne posiedzenie rady bezpieczeństwa i choć Internet huczał już od plotek, żaden z oficjeli aż do późnych godzin wieczornych pary z ust nie puścił.

Była to zdumiewająca dyskrecja, jak na polskie standardy…

Ciąg dalszy historii znamy. Dość napisać, że późno wieczorne wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy rozwiało najpoważniejsze obawy. Polska nie została zaatakowana, co przez chwilę – za sprawą panicznych materiałów zachodnich agencji prasowych – wydawać się mogło realnym scenariuszem. Rakieta owszem, przyleciała, ale było to niezamierzone działanie.

Wrzucam ten krótki tekścik z dwóch powodów:

Po pierwsze, dla dopełnienia obrazu tego tragicznego incydentu.

Po drugie, by na konkretnym przykładzie wskazać, jak trudno jest utrzymać informacyjną blokadę w dobie Internetu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Aleksandrowi Stępieniowi. A także: Przemkowi Piotrowskiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Tomaszowi Frontczakowi, Maciejowi Szulcowi, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Magdalenie Kaczmarek. Ponadto: Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Mateuszowi Jasinie, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Juliuszowi Zającowi, Szymonowi Jończykowi i Katarzynie Byłów.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

—–

Nz. Screen wpisu, który stał się pierwotnym źródłem informacji dla wielu dziennikarzy w Polsce i nie tylko (w tekście wersja przeze mnie zanonimizowana).