Demobil

Kilka tygodni temu Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych pozbyła się dwóch atomowych lotniskowców – USS Kitty Hawk i USS John F. Kennedy. Potężne jednostki – symbol amerykańskiej dominacji na morzach i oceanach – sprzedano za… dwa centy. Okręty nawet bez uzbrojenia i samolotów na pokładzie warte są setki milionów dolarów, nabywca więc – firma International Shipbreaking Limited (ISL) z siedzibą w Brownsville w Teksasie – może mówić o intratnym kontrakcie. Lecz ISL nie jest prywatną korporacją wojskową z własnym komponentem morskim. Nie jest również muzeum, zainteresowanym wystawieniem okrętów jako eksponatów. To stocznia specjalizująca się w złomowaniu i recyklingu statków, będących źródłem wielu, często rzadkich, surowców. Ale i rtęci, azbestu czy materiałów radioaktywnych, co proces demontażu czyni wyjątkowo kosztownym. US Navy takich kosztów ponosić nie zamierzała, ISL – przy symbolicznej cenie zakupu – i tak zarobi kilkadziesiąt milionów dolarów. Wszyscy zatem będą zadowoleni.

Czy zadowolony będzie także nabywca okrętu podwodnego polskiej marynarki wojennej? Jednostki typu Kobben – OORP „Kondor”, „Bielik” i „Sęp” – kończą właśnie służbę. Pierwotnie już kilka miesięcy temu jeden z nich miał pójść pod młotek. Wskazano, że jest to mienie piątej kategorii, co sugerowało wysoki stopień zużycia. To akurat nie może dziwić, jednostki bowiem liczą sobie po 50 lat. Cena wywoławcza pojedynczego okrętu nie była znana – mówiło się o 700-750 tys. zł. Do transakcji jednak nie doszło. – Ministerstwo Obrony Narodowej zwróciło się z pytaniem do Norwegów, czy zgodzą się na sprzedaż Kobbenów. Odpowiedź jeszcze nie przyszła – tłumaczy Małgorzata Weber z Agencji Mienia Wojskowego (AMW), do której armia przekazuje zbędny sprzęt. Przypomnijmy: to Norwegowie podarowali Polsce Kobbeny. Cztery wcielono do służby w latach 2002-2004, jeden od razu przeznaczono na części. Miały być rozwiązaniem pomostowym, do czasu pozyskania nowych jednostek. „Pomost” okazał się dużo trwalszy – pierwszy z Kobbenów został wycofany dopiero w 2017 r. Nowych okrętów nie ma do dziś.

Transporter opancerzony niezastąpiony

Okręty najpewniej do oferty AMW wrócą, bo trudno spodziewać się negatywnej odpowiedzi, skoro sprawa dotyczy muzealnego de facto sprzętu. Ale zainteresowani demobilem już dziś mogą znaleźć sporo ciekawych ofert. Większość asortymentu to niepotrzebne już zapasy z czasów Układu Warszawskiego, kiedy armia liczyła 400 tys. żołnierzy (trzy razy więcej niż dziś), choć nie brakuje też bardziej współczesnych akcesoriów. Przed laty sporym zainteresowaniem cieszyły się wojskowe śmigłowce i odrzutowce – ślady tego widzimy w całej Polsce, w postaci reklamujących usługi stacji benzynowych czy restauracji migów i suchojów. Ale maszyny z biało-czerwoną szachownicą trafiały również do innych krajów, ba, nawet za ocean. Kupowali je ekscentryczni bogacze i byli piloci dawnego NATO, którzy wcześniej znali migi z przygranicznych przelotów i „walk” toczonych na symulatorach. Do 2006 r., przez pierwsze 10 lat funkcjonowania, AMW sprzedała ponad 250 śmigłowców i samolotów m.in. do Danii, Francji, USA i Australii. Niektóre z nich wciąż latają – często w oryginalnym malowaniu – stanowiąc prawdziwą ozdobę lotniczych imprez na całym świecie.

Dziś Agencja nie oferuje żadnego statku powietrznego. Sporo jest za to transporterów opancerzonych SKOT i BRDM. Pytanie, po co komu one? SKOT-y dla przykładu przydają się w gaszeniu pożarów. Szlak przetarła firma Dragon z Dąbrowy Górniczej, która jeszcze w latach 90. zaczęła przerabiać je na wozy strażackie. Ośmiokołowe pojazdy wjadą tam, gdzie nie dojedzie samochód gaśniczy. Idealnie sprawdzają się na stromych stokach i w gęstych lasach, o czym przekonali się choćby w Drzewicy. Tamtejsza Ochotnicza Straż Pożarna od lat ma na stanie „podrasowanego” we własnym zakresie SKOT-a. „Pali jak smok”, ale bywa niezastąpiony. To jednak „wisienki na torcie” – gros oferty stanowią mniej „egzotyczne” pojazdy, których sprzedaż jest ściśle powiązana z wycofywaniem z jednostek WP sprzętu transportowo-inżynieryjnego. Do AMW najczęściej trafiają dobrze znane Polakom ciężarowe Stary i Jelcze, podnośniki, przyczepy transportowe, zdarzają się jeszcze ciągniki Ursus i samochody terenowe Tarpan.

Czołg i rakieta nie dla każdego

– W tym roku oddziały regionalne sprzedawały m.in.: autobusy Autosan H10, osobowe Audi A6 i Ople Vectra II, Honkera 2324, samochody średniej ładowności Star-200, mikrobusy Lublin II, sanitarkę Iveco, cysterny na przyczepie dwuosiowej, przyczepy transportowe dużej ładowności P-4, wóz ratowniczo-gaśniczy Jelcz 315 – wymienia Małgorzata Weber. – Były też perełki motoryzacji – mercedesy 290 GD, legendy z lat dziewięćdziesiątych oraz UAZ 452 z 1985 roku. Sprzedano również podwozie Stara 660 M3 – bardzo rzadką wersję zmodernizowaną współcześnie w zaledwie kilkunastu egzemplarzach o dużej wartości kolekcjonerskiej. Do klientów Agencji trafiły warsztaty B2/SAM-WOM na Starze 266. Mówimy o pojazdach wyprodukowanych w 1979 roku, ale z powodu minimalnych przebiegów w bardzo dobrym stanie. Z pełnym wyposażeniem, na które składały się m.in. tokarki uniwersalne i agregaty spawalnicze.

Nuda, można by rzec, zaglądając do pełnej oferty, w której poza innymi klasykami – jak samochody Ural-375, Tatra-815, Kraz-255B, Gaz-66 czy Ził-131 – znajdują się… czołgi T-72, niegdyś podstawowa broń pancerna Wschodu. Albo rakiety przeciwlotnicze Kub czy haubica samobieżna 2S1 Goździk. No i cała masa broni ręcznej – popularnych „kałachów”, pistoletów maszynowych wz. 43, zwykłych P-64 i P-83, oczywiście, w komplecie z amunicją. W sumie do sprzedaży w 2021 r. zaplanowano około 40 tys. sztuk broni i sprzętu łączności (radiostacje, radiolinie, aparatownie). Tegoroczna lista asortymentu AMW obejmuje również „optykę” (w tym celowniki i noktowizory), „balistykę” (kamizelki i hełmy), oraz sprzęt OPBMR, czyli maski przeciwgazowe, odzież ochronną, filtropochłaniacze i rentgenoradiometry. Gdzie haczyk? Towar o zastosowaniu ściśle militarnym (przede wszystkim „czynne” uzbrojenie), nie jest dla każdego – aby móc go nabyć, wymagane jest posiadanie odpowiedniego pozwolenia. Człowiekowi z ulicy pozostaje – poza samochodami i sprzętem inżynieryjnym – taka drobnica jak na przykład szafy metalowe, stacje lutownicze, beczki stalowe, kurtki czołgisty, szelki do oporządzenia czy… futerały na szczoteczki do zębów (do wzięcia tylko w pakietach po 200 szt.).

Pożądana resztówka

W minionym roku obrót mieniem ruchomym przyniósł Agencji ok. 33,3 mln zł. Przeszło 17,4 mln zainkasowano ze sprzedaży mienia niekoncesjonowanego. Przychód z mienia dostępnego tylko dla podmiotów z koncesją MSWiA, wyniósł 15,8 mln zł. Przychody do uzyskania w 2021 r. zaplanowano na ponad 41,5 mln zł (odpowiednio 18,5 mln i 23 mln zł). Do końca września Agencja wykonała plan na poziomie 83%, co świadczy o niesłabnącym zainteresowaniu ofertą. A co się dzieje ze zdobywanymi w ten sposób pieniędzmi?

– Zyski odprowadzamy na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych RP i Fundusz Modernizacji Bezpieczeństwa Publicznego, prowadzony przez MSWiA – informuje Małgorzata Weber. Od rozpoczęcia działalności przez Agencję, na oba fundusze trafiło 1,97 mld zł, z czego miażdżąca większość (1,88 mld) przypadła w udziale wojsku. Bywały lata, że kasa z AMW stanowiła 10% wszystkich środków przeznaczonych na zakup nowego lub modernizację posiadanego sprzętu. Trudno powiedzieć, co konkretnie za to kupiono – środki, jako składowe, wykorzystano przy większości transakcji realizowanych w ramach FMSZ. Gdyby użyć ich jednorazowo, obecnie, wystarczyłyby na zakup pięciu najnowszych wersji F-16 z pakietem logistycznym i szkoleniowym. Biorąc pod uwagę średnią cenę z minionych 25 lat, kupilibyśmy 10-12 maszyn, czyli mocno niepełną eskadrę. Mało? Cóż, pamiętajmy, że współczesne uzbrojenie – zwłaszcza amerykańskie – jest koszmarnie drogie, także w użyciu. Roczna eksploatacji posiadanych przez nas 48 F-16 to koszt rzędu miliarda złotych. Tyle też, mniej więcej, wydajemy na rokroczną odbudowę zapasów amunicji dla całych sił zbrojnych. Zatem kasa z AMW w obu przypadkach starczyłaby zaledwie na dwa lata. Ale któż by nie chciał takiej „resztówki”?

—–

Przykładowe ceny wywoławcze najczęściej kupowanych pojazdów (źr. AMW):

Lp. marka rodzaj pojazdu cena wywoławcza
1 Autobus AUTOSAN H10 10-02A 9 000,00
2 Ciągnik kołowy URSUS U-1222 20 101,00
3 Cysterna paliwowa dystrybutor CD-5W na STAR 266 11 000,00
4 Ekspedycja pocztowa na samochodzie STAR-660 12 339,00
5 Mikrobus LUBLIN 3314 2,4 4TC90 3 000,00
6 Podwozie samochodu STAR 660 M2 6 117,00
7 Przyczepa transportowa dużej ładowności D-83 (ład. 10,0 t) 8 000,00
8 Samochód wysokiej mobilności HONKER 2324 9 060,00
9 Samochód wysokiej mobilności MERCEDES 290 GD 50 000,00
10 Samochód małej ładowności FIAT DUCATO 10 2,0 JTD 5 000,00
11 Samochód ogólnego przeznaczenia dużej ładowności JELCZ 416 5 500,00
12 Samochód ogólnego przeznaczenia średniej ładowności STAR 200 4 500,00
13 Samochód osobowy FORD FOCUS 1.6 HATCHBACK 6 000,00
14 Samochód ratowniczo-gaśniczy JELCZ 315 GCBA 6/32 8 400,00
15 Warsztat B1/SAM-WOP w samochodzie STAR-266 25 100,00

Zestawienie wydanego nabywcom mienia ruchomego koncesjonowanego w 2020 r. (źr. AMW):

Rodzaj sprzętu Liczba
Pojazdy opancerzone 14 szt.
Broń 4,5-14,5 mm 24 275 szt.
Statki powietrzne 1 szt.
Środki bojowe (amunicja) 5 241 845 szt.

—–

Nz. Naboje 122 mm HB-D-30 z pociskami odłamkowo-burzącym – jeden z koncesjonowanych produktów, oferowanych przez Agencję/fot. AMW

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 49/2021

Uprzedmiotowieni

W opisie kryzysu na granicy dominują dwie narracje. Pierwsza, lansowana przez rząd i publiczne media, maluje migrantów jako potężne zagrożenie – już nie tyle kulturowe, co kryminalne – z którym polscy żołnierze i strażnicy toczą bitwę o bezpieczeństwo Polaków. Odmienną opowieść snują niezależne media, dla których migranci to przede wszystkim ofiary białoruskiego reżimu i władz RP. Łukaszenko zwozi ich z ogarniętych wojnami miejsc i pcha ku naszej granicy, my zaś brutalnie ich wyrzucamy. I tak po wielokroć, w wyniku czego bogu ducha winni ludzie umierają w lasach z wyziębienia. Obie wizje oparte są na uproszczeniach, obie de facto uprzedmiotowiają cudzoziemców, którzy pragną przedostać się przez Polskę do krajów starej Unii. Tymczasem nie mamy do czynienia ani z potworami czyhającymi na nasze mienie, ani z bezwolną masą, uciekającą w popłochu przed niechybną śmiercią. Kim zatem są bezimienni zwykle bohaterowie najważniejszych newsów ostatnich dni? Co ciągnie ich do Europy i przed czym uciekają?

Ponury bilans wojen

Z dostępnych informacji wynika, że dominują pośród nich mieszkańcy Iraku, przede wszystkim Kurdowie, oraz obywatele Syrii. Pozostali pochodzą z Afganistanu, Libanu i krajów Afryki Północnej. Rzesza Irakijczyków i Syryjczyków z miejsca przywodzi skojarzenia z toczonymi na Bliskim Wschodzie wojnami. I daje łatwe wyjaśnienie przyczyn exodusu. Przypomnijmy, amerykańska inwazja z 2003 r. na wiele lat zdestabilizowała Irak, wcześniej już – przez ponad dekadę – dotknięty dokuczliwymi sankcjami. Sam amerykański atak nie był tak niszczący, jak wieloletnia wojna domowa, będąca efektem rozbicia dotychczasowych struktur politycznych, na czele których stał Saddam Husajn. Wiele lat później z tego chaosu wyłoniło się Państwo Islamskie (ISIS), działające w Iraku i sąsiedniej Syrii. Ponury bilans trapiących Irak konfliktów to 306 tys. zabitych (choć są również dane mówiące o milionie ofiar), z których dwie trzecie stanowią cywile. Statystyki te obejmują okres od marca 2003 r. do września br. i są na bieżąco – w ramach inicjatywy Costs of War (ang. koszty wojny) – aktualizowane przez amerykański Watson Institute.

Wojna w Syrii, która zaczęła się przed 10 laty, pochłonęła życie 266 tys. osób – czytamy w Costs of War. W starciach zbrojnych i działaniach terrorystycznych zginęło ponad 80 tys. żołnierzy i policjantów, 77 tys. bojowników i 100 tys. cywilów. ONZ szacuje, że ofiar jest znacznie więcej – 350 tys., a Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka mówi o 400 tys. zabitych. W najkrwawszym 2014 r. było ich 76 tys., w ubiegłym roku „niespełna” siedem tysięcy. Niezależnie od tego, które z nich są bliższe prawdzie, w Syrii przez lata rozgrywał się horror. Ograniczona interwencja Rosjan pozwoliła przetrwać Baszarowi Asadowi, zaś lotnicza kampania państw NATO przyczyniła się do pokonania ISIS. Nie zmienia to faktu, że świat, generalnie, wykazał się obojętnością wobec syryjskiego dramatu. Sprzyja to argumentacji, dziś podnoszonej i u nas, o moralnej odpowiedzialności Europy i USA za los mieszkańców Syrii. Podobnie w przypadku Irakijczyków, z tą różnicą, że wina Zachodu ma tu być bardziej oczywista. Powodem, dla którego rozciąga się ona także na Polskę, jest nasz udział w irackim konflikcie. Posłaliśmy tam najpierw GROM (do ataku na platformy wiertnicze), a między 2003 a 2008 r. utrzymywaliśmy własną strefę okupacyjną.

Fatalne widoki na przyszłość

– Dekada wojny w Syrii i niemal dwie w Iraku doprowadziły te państwa do gospodarczej ruiny – mówi dr Ewa Górska, kulturoznawczyni bliskowschodnia i prawniczka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorka podcastu „Reorient: kultura i nauka”. – Trudno żyć w miejscu, w którym realizacja podstawowych potrzeb urasta do rangi wielkiego wyzwania. I nie chodzi wyłącznie o poczucie bezpieczeństwa, choć to głównie jego brak sprawił, że mówimy dziś o 13 milionach syryjskich uchodźców, zewnętrznych i wewnętrznych. W Syrii nie działa połowa szpitali i placówek ochrony zdrowia. W obu krajach są poważne problemy z wodą. Uwarunkowania geograficzne nakładają się na skutki działań wojennych. Zniszczone wodociągi, przepompownie, stacje uzdatniania, brak pieniędzy na remonty i niedosyt wykwalifikowanej kadry, która byłaby w stanie temu podołać. Gros ludzi mieszka w prowizorycznych warunkach, dzieci mają kłopot z dostępem do edukacji, starsi ze znalezieniem pracy. Wyjazd do stabilnych państw wydaje się więc rozsądnym sposobem zabezpieczenia życia, zdrowia i bytu swojego i najbliższych. Zwłaszcza dla Syryjczyków, którzy uciekli z ojczyzny i mieszkają w obozach dla uchodźców rozsianych po Bliskim Wschodzie. Ich sytuacja jest szczególnie zła, a widoki na przyszłość fatalne.

Do sąsiedniego Libanu przedostało się ponad milion Syryjczyków. Duża część trafiła do przepełnionych namiotów, podatnych na zalania, pożary, zimą zaś – gdy temperatura spada poniżej zera – niebezpiecznie niedogrzanych. Wielu spędza na wygnaniu siódmy-ósmy rok, rośnie grono dzieci nieznających innej rzeczywistości niż obozowa. W mieście Arsal na północy Libanu, gdzie autor tekstu przebywał zimą zeszłego roku, stało sześć i pół tysiąca namiotów. Rodziny, które w nich mieszkały, potraciły w Syrii domy, mieszkania, ogrody, sady, inwentarz i ruchomości. Zaradne i samodzielne niegdyś osoby zmuszone zostały do życia z dnia na dzień, zdane na pomoc organizacji humanitarnych i libańskiego rządu. Tylko nieliczni uchodźcy mogli wówczas liczyć na jakieś dorywcze zajęcie. Powrót do domu nie wchodził w grę nie tylko z powodu fatalnych warunków materialnych w ojczyźnie. Mężczyźni, którzy uciekli przed poborem do armii Asada, bali się zemsty reżimu. Jak inni, których syryjskie władze, z różnych powodów (często absurdalnych), mogłyby oskarżyć o zdradę. A od tego czasu sytuacja się pogorszyła. Liban przeżywa dziś koszmarny kryzys gospodarczy, co czwartego Libańczyka nie stać na zakup wystarczającej ilości jedzenia. Syryjscy uchodźcy mało kogo już interesują.

Covid i dramatyczne zubożenie

Ale pośród Syryjczyków, którzy docierają do Białorusi, tylko część ma za sobą doświadczenie obozu dla uchodźców. Wielu przylatuje do Mińska z Damaszku, który znajduje się w rękach sił Asada. – Kontrola na lotnisku w syryjskiej stolicy jest dwustopniowa. Nim pasażerowie trafią do zwykłej odprawy paszportowej, muszą przejść przez punkt obsadzony ludźmi Muchabaratu. Wylot odbywa się więc za zgodą tamtejszych służb specjalnych, co każe wątpić w argument o ucieczce przed prześladowaniami. Gdyby reżim chciał takie osoby prześladować, nie wypuściłby ich z Syrii – zauważa dr Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i ekspert ONZ, zaznaczając, że w żaden sposób nie potępia motywacji ekonomicznej migrantów. I zaraz dodaje: – Naturą ruchów migracyjnych jest to, że są one mieszane: wśród migrantów mamy też uchodźców, którym ze względu na prześladowania należy się ochrona i pomoc. Dla przykładu, uczestnicy prodemokratycznych demonstracji w Bagdadzie i innych dużych miastach Iraku są obecnie mordowani przez proirańskie szwadrony śmierci. Polska konstytucja gwarantuje obcokrajowcom możliwość złożenia wniosku o azyl, ochronę na terytorium RP, a obowiązkiem władz jest przyjąć i rozpatrzyć takie wnioski. W końcu miliony Polaków było uchodźcami po 1945, 1968 i 1980 roku.

Wracając do motywacji ekonomicznej – iracki Kurdystan nie ucierpiał na skutek wojny po 2003 r. Ostatni poważny kryzys miał tam miejsce w latach 80., podczas prób wysiedlenia i arabizacji regionu, podejmowanych przez Husajna. Dziś żyje się tam zupełnie przyzwoicie, lepiej niż w pozostałych częściach Iraku. Mimo to wielu irackich Kurdów, zwłaszcza młodych, ani myśli zostać w ojczyźnie. Powszechne jest przekonanie o Iraku, jako miejscu bez perspektyw, w odróżnieniu od Niemiec czy Francji. – Szczególnie Niemcy są traktowane jako ziemia obiecana – mówi dr Wilk. – Gdy zwróciliśmy się do miejscowych władz z pytaniem, jakiego rodzaju wsparcia oczekiwałyby od PCPM, usłyszeliśmy, że najlepiej, gdybyśmy uruchomili kursy językowe z niemieckiego i francuskiego. Nam tymczasem chodziło o tworzenie miejsc pracy tam, na miejscu – podkreśla mój rozmówca. I rzuca też nieco inne światło na kwestię Jazydów, których do Europy ma pchać lęk przez ISIS. – Państwa Islamskiego już nie ma. W Al-Shikhan na północy Iraku, największym skupisku Jazydów w regionie, miejscowe władze bardzo skrupulatnie dbają o ochronę tej mniejszości. Pięć-siedem lat temu owszem, tym ludziom groziła śmierć, ale dziś migrują przede wszystkim z powodów ekonomicznych. Podobnie jak Libańczycy, a w dalszej perspektywie także przedstawiciele innych narodowości. Pandemia Covid-19 doprowadziła do dramatycznego zubożenia setek milionów ludzi. Rodziny potraciły źródła dochodów i stanęły przed dylematem, co zrobić z oszczędnościami. Przeżyć jeszcze kilka miesięcy, czy zainwestować i wyjechać do Europy, w poszukiwaniu lepszego życia.

Pośredników, obiecujących przerzucenie do raju, nie brakuje…

—–

Polska wzięła aktywny udział w irackim konflikcie. Posłaliśmy tam najpierw GROM (do ataku na platformy wiertnicze), a między 2003 a 2008 r. utrzymywaliśmy własną strefę okupacyjną. Nz. żołnierz WP w otoczeniu irackich dzieci. Prowincja Diwanija, jesień 2008 r./fot. autor

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 47/2021

Granica

Rozmawiam z dr Piotrem Łubińskim – adiunktem w Instytucie Nauk o Bezpieczeństwie Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Specjalistą w zakresie międzynarodowego prawa humanitarnego i karnego, autorem powstającej właśnie książki pt.: „International Humanitarian Law and Hybrid Warfare” (ang. „Międzynarodowe prawo humanitarne a wojna hybrydowa).

– Kim są osoby, które usiłują dostać się do Polski przez Białoruś?

– Łączy je jedno: trafiają do Europy w ramach akcji zorganizowanej przez służby Aleksandra Łukaszenki. To białoruska KGB zwozi tych ludzi z różnych miejsc świata i odstawia pod naszą granicę. Pochodzą z Iraku, Afganistanu, krajów Afryki Północnej.

– Są migrantami ekonomicznymi? Uchodźcami wojennymi?

– Nie każdy przyjeżdżający z obszaru objętego konfliktem zbrojnym to uchodźca. By uzyskać taki status trzeba – w Polsce przed Urzędem ds. Cudzoziemców – udowodnić, że obawy przed prześladowaniem z powodu rasy, religii, poglądów czy pochodzenia społecznego są uzasadnione. Że pobyt poza granicami państwa, którego jest się obywatelem, wynika z tych obaw, i że to one są powodem niekorzystania z ochrony własnego kraju. W przypadku osób pozbawionych obywatelstwa, procedura jest podobna i dotyczy kraju dawnego stałego zamieszkania.

– Ale my tym ludziom nawet nie dajemy takiej szansy…

– Więc niewiele o nich możemy powiedzieć – poza tym, że uciekają przed wojną i/lub biedą. Z doniesień medialnych wiadomo, że są pośród nich Afgańczycy, którzy wcześniej współpracowali z NATO, a dziś grozi im zemsta talibów.

– Są też Syryjczycy…

– Przy całym okrucieństwie tamtejszej wojny, trudno nie dostrzec, że sytuacja się ustabilizowała. Członkowie etnicznych i religijnych społeczności są tam, pośród swoich, względnie bezpieczni. W przypadku Libańczyków i mieszkańców Afryki mówimy w zasadzie o migrantach ekonomicznych.

– Wielu chciałoby złożyć wnioski o ochronę międzynarodową…

– A my każdą taką osobę powinniśmy sprawdzić. I w ramach procedury administracyjnej przyznać status uchodźcy bądź nie, zgodzić się na jakąś formę pobytu czasowego lub nie. Albo stwierdzić, że dana osoba nie spełnia kryteriów i odesłać ją do kraju pochodzenia.

– Kosztowne…

– Ale takie obowiązki wynikają choćby z faktu, że jesteśmy częścią strefy Schengen. Od dawna doceniamy korzyści, ale uświadommy sobie, że istnieją też koszty tego rozwiązania. A Europa pozostaje atrakcyjnym miejscem dla nielegalnej migracji – i to się raczej nie zmieni. Bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz jeszcze większej presji migracyjnej na nasze granice.

– Czy na wschodzie już doszło do spektakularnej eskalacji zjawiska, do czego usiłuje przekonać nas rząd?

– Z pewnością nie jest to wielki kryzys. Z takim mieliśmy do czynienia sześć lat temu, gdy w granicach Unii pojawił się ponad milion migrantów.

– Skoro nie wielki kryzys, to pewnie też nie jest to wojna?

– Wiele osób i instytucji używa tego sformułowania. Dziennikarze, Komisja Europejska, nasz rząd. Ale w rozumieniu prawa międzynarodowego na polsko-białoruskiej granicy nie toczy się wojna. Nie dochodzi do starcia co najmniej dwóch państw.

– I dlatego do słowa „wojna” dodawany jest przymiotnik „hybrydowa”. Jak prawo definiuje to zjawisko?

– Nie ma powszechnie uznanej prawnej definicji wojny hybrydowej. Ale w każdej z kilkunastu teorii zakłada się synergię wynikającą z jednoczesnego użycia sił – od kosmosu, przez cyberprzestrzeń (w tym social media), po działania kinetyczne. Na granicy Polski i Białorusi toczy się specyficzna rozgrywka z efektywnym i efektownym wykorzystaniem kilku elementów wojny hybrydowej. Dochodzi do manipulacji opinią publiczną, prawem międzynarodowym i prawami człowieka. W moim przekonaniu jest to hybrid threat, zagrożenie hybrydowe, zjawisko zdecydowanie poniżej progu konfliktu zbrojnego.

– Kiedy weszlibyśmy na wyższy poziom?

– Gdyby na przykład doszło do próby przekroczenia polskiej granicy przez uzbrojone bandy, działające z inspiracji władz Białorusi. Gdyby okazało się, że jakieś skupisko migrantów nie jest luźną grupą, a zorganizowaną strukturą z określonym celem militarnym lub terrorystycznym.

– Czy to możliwe?

– Nie wydaje mi się.

– Zatem powołanie się przez Polskę na artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, mówiący o kolektywnej obronie, nie wchodzi w grę?

– W tym momencie absolutnie nie. Natomiast fakt, że nie ma podstaw do przywołania artykułu 5., wcale nie znaczy, że NATO jest bezużyteczne. W Tallinie funkcjonuje natowskie centrum wyspecjalizowane w zwalczaniu zagrożeń hybrydowych. Litwini wczesnym latem, gdy tylko zaczęły się problemy na ich granicy z Białorusią, wezwali natowskie CHST (ang. Counter Hybrid Support Team – Zespół do Zwalczania Zagrożeń Hybrydowych) na pomoc.

– A dlaczego myśmy tego nie zrobili?

– To pytanie do rządu, choć przyznam, że nie rozumiem tego braku motywacji. Polska zaprosiła na granicę wyłącznie przedstawiciela Frontex’u, unijnej agencji zajmującej się ochroną zewnętrznych granic UE. Tymczasem na problem trzeba patrzeć całościowo, z wykorzystaniem możliwości, jakie daje zarówno NATO, jak i Unia Europejska. Tak zrobili Litwini i przy wsparciu Europy zbudowali całą infrastrukturę do „obsługi” kryzysu – mur, miasteczka namiotowe, odpowiednie zaplecze medyczne. W efekcie, na granicy litewsko-białoruskiej nie dochodzi do tak dramatycznych sytuacji…

– A u nas owszem, bo próbujemy radzić sobie sami?

– Istotą zwalczania zagrożeń hybrydowych jest współpraca z sojusznikami. Korzyści organizacyjne i finansowe są oczywiste, ale jest też kwestia wizerunkowa. Proszę zobaczyć, jak łatwo wepchnąć kij w szprychy Unii i NATO, jak – manipulując przekazem – zaprezentować Polskę i Polaków w negatywnym świetle. W praktyce jest tak, że jak już dostaniesz się do któregokolwiek z krajów UE, to możesz swobodnie podróżować po całej strefie. Niekontrolowany przepływ migrantów to z kolei niebezpieczne zjawisko. Polska zatem występuje dziś w interesie całej UE, tymczasem część mediów i opinii publicznej – u nas i na Zachodzie – twierdzi, że walczymy z bezbronnymi uchodźcami. Sami się prosimy, by w opisie kryzysu dominowała szkodliwa dla naszych interesów narracja Łukaszenki.

– Ale przecież walczymy. Niedawno prezydent podpisał ustawę, umożliwiającą wyrzucanie z kraju osób, którym udało się tu dostać. To działanie, zdaje się, nie tylko wbrew zapisom umowy z Schengen, ale też niezgodne z prawem humanitarnym.

– Nie mamy do czynienia z wojną, zatem prawo humanitarne nie znajduje tu zastosowania. Natomiast Polska jest stroną Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Założenie wynikające z orzeczenia „Soering przeciwko Wielkiej Brytanii”, i wielu innych, jest proste: skoro znajdujesz się w rękach urzędnika europejskiego, obejmuje cię jurysdykcja państwa, którego ów urzędnik jest przedstawicielem. Za zdrowie cudzoziemca osadzonego w polskim więzieniu odpowiada Polska. Taliba, złapanego przez naszych żołnierzy w Afganistanie, obejmowała polska jurysdykcja. I analogicznie sprawy mają się w stosunku do pojmanych na granicy migrantów – z chwilą przejęcia przez strażników granicznych, nabywają prawo do ochrony ze strony państwa polskiego.

– Czyli de facto łamiemy jedną z najważniejszych konwencji?

– Nie tylko de facto, ale również de iure. Praktyka push-backów (wypychania za granicę), przy obecnym orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jest po prostu niezgodna z prawem.

– Co nam grozi jako państwu?

– Już to przerabialiśmy w przypadku Abu Zubajdy i al-Nashiriego, terrorystów przetrzymywanych i torturowanych w Kiejkutach. Fakt, iż oddaliśmy obiekt Amerykanom, nie znosił jurysdykcji państwa polskiego. Odpowiedzialność finansowa rzędu kilkudziesięciu tysięcy euro może się wydawać symboliczna, ale strat wizerunkowych nie sposób oszacować. Wypychając ludzi przez granicę, łamiemy co najmniej dwa prawa chronione przez EKPCz. Jeżeli poddany push-backowi człowiek umrze w lesie, naruszymy prawo do życia. Jeśli będzie cierpiał – bity przez Białorusinów czy marznący w głuszy – to mamy do czynienia z torturami i nieludzkim traktowaniem na skutek decyzji polskiego urzędnika. W związku z tym artykuły 2. i 3. Konwencji będą stanowić podstawę do sądzenia Polski przed Trybunałem.

– To wymiar instytucjonalny, a co z indywidualnym? Czy da się doprowadzić do oskarżenia i skazania konkretnego funkcjonariusza SG lub żołnierza?

– Nie sądzę. Odpowiedzialność ponosi państwo.

– A na gruncie krajowym?

– Jeśli na skutek decyzji urzędnika państwowego umiera kilka osób, sprawą mógłby się zająć zwykły sąd karny. Generalnie, łatwiej dochodzić sprawiedliwości w kraju. Sądownictwo międzynarodowe zarezerwowane jest do najpoważniejszych naruszeń prawa międzynarodowego. Ale proszę zwrócić uwagę na inny aspekt: sądzenie konkretnych funkcjonariuszy może istotnie wpłynąć na trwałość formacji mundurowych. Aparat urzędniczo-wojskowy opiera się na zaufaniu. Żołnierze, policjanci, czy strażnicy graniczni nie mogą wątpić w zgodność z prawem wydawanych im poleceń. Nie mogą zakładać, że grożą im sankcje za wykonanie jakiegoś rozkazu. Bo jeśli tak będzie, wszystko się posypie.

– To czy można chociaż ukarać Białoruś?

– Oczywiście! Aż dziw bierze, że tego nie robimy. Działania Białorusi tworzą szkody i koszty po stronie polskiej. Są intencjonalne, co łatwo dowieść. Wystawiajmy więc Mińskowi rachunki za każdą podejmowaną na granicy procedurę. Odpowiedzmy sankcjami, pamiętając, że najdotkliwsze wynikną ze wspólnego działania większej liczby państw. Przekonajmy więc Unię. Utrata możliwości eksportu potasu, zamrożenie aktywów finansowych, wpisywanie kolejnych osób na listę niepożądanych gości. Metod jest mnóstwo, a na razie żadna nie została wykorzystana. No i jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. To, co robi Mińsk, wyczerpuje zarzut przemytu ludzi.

– Na efekty działań MTS poczekamy kilka lat. Szybciej wybudujemy na granicy mur.

– Powinniśmy zacząć go stawiać tak jak Litwini – latem.

– Pchnie ludzi do wędrówki przez Ukrainę do Polski…

– Też tak uważam. I obawiam się skali negatywnego wpływu tego zjawiska na stosunki polsko-ukraińskie. Szybko pojawią się pretensje do Ukrainy, że nie potrafi chronić własnych granic.

– I skończy się na kolejnym płocie, tym razem na granicy polsko-ukraińskiej.

– 535 km. Koszty będą ogromne. Wybudowanie muru na 180 km granicy z Białorusią ma pochłonąć 1,6 mld zł.

– Do tego dojdą koszty kolejnego stanu wyjątkowego, tym razem wzdłuż południowo-wschodniej granicy.

– Z tym stanem wyjątkowym jest trochę tak, jak ze strzelaniem z armaty do wróbla.

– PiS go potrzebuje. Łukaszenko, pędząc ludzi ku granicy, odwraca uwagę od twardego kursu, jaki obrał po zeszłorocznych wyborach i protestach. Nasi rządzący grają z kolei antyimigrancką kartą, bo już się kiedyś sprawdziła. „Zrobimy wszystko, by nie wpuścić ich do Polski”, mówią.

– Kryzys do ogarnięcia na poziomie kilku powiatów, urósł do rangi wielkiego, wręcz strategicznego zagrożenia państwa polskiego. Czy ono jest rzeczywiście tak słabe, że trzeba się bać 20 tys. ludzi? Zamiast straszyć – ich i nas – lepiej pójść na szeroką współpracę z Frontexem, z UE. Przy ich wsparciu postawić płot, kilka miasteczek namiotowych. Z użyciem europejskich baz danych sprawdzić wszystkich, którzy do nas dotrą. Odesłać tylko tych, którzy stanowią zagrożenie. Wystawić Białorusi rachunki i jednocześnie tworzyć międzynarodową presję na Mińsk. Niech na granicę przyjadą europarlamentarzyści, międzynarodowi obserwatorzy…

– Media?

– Oczywiście! Prezydent Łukaszenko udzielił niedawno prawie godzinnego wywiadu CNN. Który z naszych urzędników państwowych najwyższego szczebla miał takie audytorium, gdzie mógłby przedstawić polski punkt widzenia w sprawie kryzysu na granicy? Transparentność w zwalczaniu zagrożeń hybrydowych jest absolutnie kluczowa. Wszystkie działania związane z takim atakiem są bowiem podane w sosie głębokiej dezinformacji. Po stronie atakowanej rodzi to konieczność walki z fejkami, która tylko wtedy będzie skuteczne, jeśli włączą się w nią niezależne media. Jeśli ich ustalenia będą współgrały z tym, co mówi rząd, wspólnie zbudowana zostanie wiarygodność oficjalnego przekazu.

– Tej, póki co, brakuje. Fakt, iż nie wiemy, co się dzieje przy granicy, wśród wielu osób pogłębia nieufność do państwa polskiego.

– I o to chodzi naszym adwersarzom.

– Rosjanom też?

– No chyba nikt, kto choć trochę orientuje się w geopolityce, nie ma złudzeń, że Łukaszenko jest pionkiem w rękach Moskwy. A strategicznym celem Rosji jest destabilizacja filarów europejskiego porządku – NATO i Unii Europejskiej.

– Czyli Kreml mógłby z dnia na dzień wyhamować migracyjną presję na naszej granicy?

– Jasne, tylko po co? To jest casus podobny do wraku Tupolewa. Nieoddanie go Polsce sprzyja mieszaniu w naszej polityce wewnętrznej.

– Sami moglibyśmy coś zrobić. Na przykład wysłać misję do Iraku i na miejscu tłumaczyć ludziom, że nie warto wyruszać w podróż do Europy.

– Próżne wysiłki, zresztą podejmowane już przez Litwinów. Po pierwsze, musiałaby to być akcja we współpracy z irackim rządem, a temu nie ufa znaczna część obywateli Iraku. Po drugie, Irak czy Afganistan nie funkcjonują tak jak Polska. Tam gros ludzi przez całe życie nie opuszcza swoich miejscowości. Gdy taki ktoś, namówiony przez pośrednika do wyjazdu, zobaczy na lotnisku w Kabulu czy Bagdadzie billboard z odpowiednią informacją, myśli pan, że zrezygnuje? Gdy wydał już te kilka tysięcy euro czy dolarów, stanowiących znaczną część życiowych oszczędności. Nie tędy droga. Jedyne rozwiązanie to umiędzynarodowienie problemu.

– Dziękuję za rozmowę.

—–

Nz. Dr Piotr Łubiński/fot. autor

Wywiad ukazał się w Tygodniku Przegląd, 46/2021

 

Premiera

Uwaga, uwaga! PREMIERA mojej najnowszej książki już lada moment – 24 listopada 2021 r. O czym będzie? Na razie nie zdradzę zbyt wielu szczegółów – musi Wam wystarczyć notka wydawnicza na okładce. Brzmi następująco:

„Nadkomisarz Paweł Danilewski prowadzi śledztwo dotyczące śmierci, w którą zamieszany jest jeden z kościelnych hierarchów, od początku mierząc się z naciskami politycznymi i próbami ukrycia niewygodnych wątków obyczajowych.

Tymczasem Polska, rządzona przez Partię Sprawiedliwości, staje się głównym ogniskiem kolejnej, wyjątkowo groźnej fali epidemii SARS-CoV-2. Rosyjskie służby, od lat doskonalące techniki wojny informacyjnej, bezwzględnie wykorzystują słabość RP.

W dobie stanu wyjątkowego krzyżują się losy ludzi stojących po różnych stronach i wyznających odmienne wartości, ale gotowych poświęcić dla nich życie.

Niepokojąco realistyczna powieść Marcina Ogdowskiego z mocnym i zaskakującym finałem”.

Więcej informacji znajdziecie na stronie wydawnictwa Warbook.

Okładka zaś wygląda tak:

Rys. Warbook

Ustaw(k)a?

Pisowski rząd bije na alarm – putinowska Rosja tylko czyha na sposobność, by nas zaatakować i na powrót włączyć do swojej strefy wpływów. Nie możemy więc pozostać bierni i musimy się odpowiednio przygotować. I to już teraz, bez zbędnej zwłoki, przekonywał Jarosław Kaczyński podczas ubiegłotygodniowej konferencji prasowej. Gdy głos zabrał minister obrony Mariusz Błaszczak, by przedstawić szczegóły planowanych działań, wicepremier ds. bezpieczeństwa stracił wcześniejszą werwę. Technicznie rzecz ujmując, kilka razy oddał się mikro-drzemce, co bezlitośnie uchwyciły kamery i o czym złośliwie dywagowała później opozycja. Kaczyński ma swoje lata, ponoć sporo pracuje i nie jest okazem zdrowia. Ale przysypiając podczas prezentacji projektu nowej Ustawy o Obronie Ojczyzny, stworzył wrażenie, że się nudzi. Gdy głowa prezesa co rusz opadała w stronę blatu, Błaszczak mówił o pomysłach szeroko zakrojonej militaryzacji, które będą nas kosztować co najmniej 50 mld zł. Rocznie. Przez wiele lat. Zakładając oczywiście, że mamy do czynienia z rzeczywistą wolą podnoszenia potencjału obronnego Polski. A może jednak nie? Może Ustawa to tylko propaganda na użytek własnego elektoratu? Kolejny przykład mówienia, że coś się zmienia, bez wprowadzania realnych zmian. W takim kontekście drzemki Kaczyńskiego, choć pewnie niezaplanowane, urastają do rangi symptomatycznych.

„Ustawa (o powszechnym obowiązku obrony – dop. MO) z 1967 r. wymaga zmiany. Kolejną przesłanką są potrzeby obronne naszego państwa (…), które leży na granicy NATO i UE i musi mieć poważną siłę odstraszającą. Musi w razie potrzeby mieć możliwość naprawdę skutecznej obrony, także samodzielnie. Ponieważ mechanizm prowadzący do uruchomienia sił NATO trochę trwa” – uzasadniał procedowanie nad nową regulacją Kaczyński. I dodał: „Odrzucamy koncepcję, która dziś jest modna, że armia powinna być niewielka, za to bardzo dobrze uzbrojona. Powinna być możliwie duża i dobrze uzbrojona – wtedy ma tę moc odstraszania, skłania ewentualnego przeciwnika do przemyślenia (zamiaru agresji – dop. MO)”. Konkretną liczbę podał Błaszczak – docelowo Wojsko Polskie ma liczyć 250 tys. żołnierzy zawodowych i 50 tys. „wotowców”. Dziś liczba mundurowych w Wojskach Obrony Terytorialnej nie przekracza 30 tys., zawodowców zaś mamy 112 tys. Mowa zatem o ponad 100-procentowym wzroście, któremu – wedle deklaracji prezesa PiS – towarzyszyć będzie zwielokrotnienie potencjału bojowego armii.

Więcej kasy i nowy rodzaj wojsk

Jak ten cel osiągnąć? „Nie przywracamy obowiązkowej służby wojskowej (…), ale wprowadzamy dobrowolną” – mówił szef MON. Ochotnicy będą mogli liczyć na uposażenie w wysokości 4400 zł brutto miesięcznie oraz gwarancję stałego zatrudnienia w armii po odbytej służbie. Potrwa ona rok i będzie podzielona na dwa etapy: 28-dniowe szkolenie podstawowe i 11-miesięczne szkolenie specjalistyczne. Błaszczak zapowiedział rozszerzenie programu Legii Akademickiej. Wedle jego słów, MON będzie dotowało wybrane kierunku studiów cywilnych, pieniądze – w ramach stypendiów – otrzymają również studenci, którzy w zamian, po ukończeniu nauki, zgodzą się na odbycie co najmniej pięcioletniej służby. Projekt ustawy zakłada comiesięczne świadczenia motywacyjne – 1500 zł po 25 latach służby i 2500 zł po 28 latach i sześciu miesiącach w mundurze. Będzie także możliwość wypłacenia odprawy mieszkaniowej z najbardziej korzystnego okresu służby. Rezerwiści zaś otrzymają pierwszeństwo w zatrudnieniu w administracji państwowej. Szef resortu zdradził, że powstanie nowy rodzaj wojsk – obrony cyberprzestrzeni. W związku z tym w ustawie znajdują się zapisy dopuszczające do służby osoby niepełnosprawne – by tym sposobem pozyskać specjalistów, którzy nie spełniają norm zdrowotnych, obowiązujących obecnie w armii.

Ale ludzie, nawet najlepsi, to nie wszystko – nowa, wielka armia będzie potrzebowała sprzętu. „To nie zostanie zrobione z dnia na dzień, ale mówimy o procesie stosunkowo krótkotrwałym” – takie ramy czasowe transformacji wyznaczył Kaczyński. „Oczywiście broni nie kupuje się jak samochodu w sklepie, trwa to znacznie dłużej. (…) Z całą pewnością bardzo dużą rolę będą odgrywały dostawy amerykańskie, ale nie rezygnujemy także z innych kierunków, nie rezygnujemy z zakupu broni od naszych sojuszników europejskich” – zapewniał wicepremier. Kogokolwiek miał na myśli, jedno jest pewne – realizacja wspomnianych zapowiedzi będzie nas słono kosztować. Skąd wziąć pieniądze? Finansowaniem rozwoju armii ma się zająć Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Będzie on prowadzony przez Bank Gospodarstwa Krajowego, a źródłem dochodu mają być skarbowe papiery wartościowe, środki z obligacji wyemitowanych przez BGK, objętych gwarancją skarbu państwa, wpłaty z zysku Narodowego Banku Polskiego i wpłaty z budżetu państwa. O jakiej średniorocznej wysokości? Z jakim udziałem konkretnych narzędzi finansowych? Możemy tylko przypuszczać, bo takich informacji politycy nie podali.

Jak mocarstwa atomowe i kraje Zatoki

– Nie jest tajemnicą, że w budżecie pieniędzy nie ma – przypomina prof. Witold Orłowski, ekonomista z Akademii Finansów i Biznesu Vistula. – Zatem program trzeba będzie sfinansować przede wszystkim z pożyczek. Zakładając, że mówimy o wojsku dwa razy większym niż obecne, musimy przyjąć, że udział wydatków zbrojeniowych wzrośnie z nieco ponad 2 do 4% PKB. Sporo… Politykom wydaje się, że jeśli przeniosą dług na BGK, to tak, jakby go nie było. A to nieprawda – przepisywanie zobowiązań do innego zeszytu nie sprawia, że one znikają. Tymczasem już teraz nasz dług publiczny zbliża się do granicy 60% PKB. W przeliczeniu na jedną osobę to 30 tys. zł, z czego 5 tys. przyrosło tylko w jednym, 2020 r. A 2021 r. przyniesie kolejne wzrosty. Więc wyobraźmy sobie, że czteroosobowa rodzina ma 120 tys. długu i perspektywę znaczącego wzrostu zobowiązania w najbliższych latach. Proszę mnie dobrze zrozumieć – bezpieczeństwo jest ważne i w razie potrzeby wymaga zaciskania pasa. Ale czy taka potrzeba istnieje?

– Nie – odpowiada zdecydowanie Janusz Zemke, były wiceminister obrony w rządzie SLD-PSL. – 300-tysięczna armia to megalomański pomysł, oparty o wydumane zagrożenia. Bo przecież nie ma sygnałów, by ktoś chciał najechać zbrojnie Polskę. Mamy za to zagrożenia hybrydowe – na granicy z Białorusią, w cyberprzestrzeni. Ale odpowiedzią powinna być budowa wojsk cybernetycznych oraz wzmocnienie ludźmi i sprzętem Straży Granicznej. Nie zaś budowa armii, na którą wydamy rocznie grubo ponad 100 mld zł. Te 300 tysięcy ludzi trzeba będzie nie tylko opłacić, ale i uzbroić, więc wzrost do poziomu 4% PKB należałoby uznać za zjawisko długotrwałe. A tyle pieniędzy na wojsko wydają mocarstwa jądrowe – za wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Francji – oraz leżące na petrodolarach kraje Zatoki Perskiej – wylicza wieloletni europoseł. I przyznaje, że z niepokojem przyjął krytyczne uwagi Kaczyńskiego w stosunku do NATO. – Nawet jeśli zbudujemy półmilionową armię, to i tak bez wsparcia Sojuszu niewiele wskóramy. Nonszalanckie było to bajdurzenie o samodzielnych możliwościach obronnych.

Komponent kultury strategicznej

Nieco inaczej widzi sprawy gen. Bogusław Pacek, dyrektor Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego. Zgadza się z ideą, że wielkość armii powinna zależeć od okoliczności, ale zwraca uwagę na zmiany zachodzące w świecie.

– Na wiarygodności Sojuszu opieraliśmy założenia dotyczące obrony kraju przez dwie ostatnie dekady – mówi. – Ale NATO to głównie USA, a one przesuwają punkt ciężkości swoich zainteresowań na Pacyfik, przygotowując się do konfrontacji z Chinami. Tymczasem Rosja nie próżnuje. Nie mamy co prawda sytuacji wojennej, ale są powody do niepokoju. Nie na dziś czy na jutro, ale wojskowi muszą myśleć także o tym, co pojutrze. Zresztą – dodaje były komendant-rektor Akademii Obrony Narodowej – takie rozumienie uwarunkowań geopolitycznych ma miejsce nie tylko w Polsce. Sytuacja międzynarodowa skłania także inne kraje do rozbudowy własnych możliwości obronnych.

Jak zauważa politolog dr Michał Piekarski, w przypadku naszego kraju presja na militarną samowystarczalność ma głębsze korzenie. – Niepewność w odniesieniu do sojuszników to trwały komponent polskiej kultury strategicznej – przekonuje naukowiec z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Z racji doświadczeń historycznych, lękamy się zdrady i porzucenia niezależnie od opcji i poglądów politycznych.

Na takim gruncie pomysł licznej armii wydaje się czymś naturalnym. Ale czy liczna oznacza silna?

– Czekam na informacje, jak przy wzroście stanów osobowych, zwiększy się potencjał obronny – mówi gen. Pacek. – Ogólniki o kupowaniu sprzętu za granicą to za mało. Nie wiemy, w jakich obszarach będziemy budować większe zdolności – czy kompleksowo, czy z naciskiem na wojska lądowe, a może na siły powietrzne.

– Z pewnością nie może być tak, że nałapiemy ludzi do koszar, a potem coś się dla nich kupi i jakieś zadania przydzieli – dodaje gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych. – Najpierw musi powstać koncepcja rozwoju i modernizacji sił zbrojnych, a zwiększaniu stanów osobowych powinno towarzyszyć kupowanie kolejnych systemów uzbrojenia. By nie skończyło się na tym, że damy ludziom stare kałachy i stalowe hełmy. Sprzęt, jakim już dysponuje wojsko, ma wartość kilkuset miliardów złotych. My tymczasem mówimy co najmniej o podwojeniu potencjału. Przed nami zatem naprawdę wielkie zakupy.

W zderzeniu z demografią

Mechanizm kredytowania nie wystarczy do realizacji wszystkich potrzeb, zresztą kiedyś pożyczki trzeba będzie spłacić. A państwo – zauważa gen. Pacek – to system naczyń połączonych. Żeby gdzieś dać, gdzieś trzeba zabrać.

– Mamy obecnie inną wojnę, z covidem – przypomina Janusz Zemke. – A system ochrony zdrowia ledwie zipie. Mamy zapaść w edukacji, kłopoty w starzejącej się energetyce. To tam w pierwszej kolejności powinny pójść większe pieniądze.

Pójdą tymczasem – trzymając się zapowiedzi Kaczyńskiego – przede wszystkim za granicę.

– Jest dla mnie czymś niezrozumiałym, że nasze podatki w tak wielkiej skali pożera amerykański przemysł zbrojeniowy – przyznaje gen. Skrzypczak. – I to w czasie, gdy nasza zbrojeniówka się cofa. Wbrew bowiem optymistycznym komunikatom i jaskółkom typu moździerze Rak, z polskim przemysłem jest źle. Nie potrafimy nawet samodzielnie, od początku do końca, stworzyć amunicji, bo nie produkujemy, a kupujemy potrzebny do tego proch wielobazowy. W razie wojny to przepis na klęskę. Tak jak przepisem na klęskę jest kupowanie sprzętu za granica, bez możliwości remontowych, modernizacyjnych, bez dostępu do kodów źródłowych w przypadku najbardziej skomplikowanych systemów uzbrojenia. Sprawa odbudowy zbrojeniówki to kwestia państwowotwórcza, bez rozwiązania której nie ma sensu zwiększanie stanu osobowego armii.

W tym miejscu warto dodać, że Polska wysłała właśnie za ocean grupę szkoleniowców. „Rozpoczęliśmy przygotowania do przyjęcia czołgów Abrams w Siłach Zbrojnych RP. Pierwsi polscy żołnierze są już w drodze do Idaho w USA, by zdobywać niezbędne know-how do szkolenia przyszłych załóg tych maszyn”, ujawnił w miniony czwartek szef resortu obrony. Przypomnijmy: rząd RP nie podpisał jeszcze z Amerykanami żadnej umowy ws. Abramsów. Tak bardzo chcemy te czołgi mieć, że jeszcze przed wystawieniem na sprzedaż deklarujemy chęć ich kupna. Niezależnie od ceny (z góry założyliśmy, że będzie najwyższa) i bez jakichkolwiek prób poprawienia własnej pozycji negocjacyjnej. Jeśli tak będą wyglądać w przyszłości kontrakty wojskowe (w branży mówi się o nich „kupowanie na Błaszczaka”), źle to wróży zarówno naszemu budżetowi, jak i zbrojeniówce.

Ale problemem może się okazać również demografia, o której Kaczyński i Błaszczak nie wspomnieli ani słowem. Polska się wyludnia i za 30 lat ma nas być o 3 mln mniej. Widoków na odwrócenie trendu nie ma, potencjalnych zagrożeń, które mogłyby przyśpieszyć depopulację – od zmian klimatycznych po kryzysy gospodarcze – jest za to sporo. Dość wspomnieć o pandemii, która w półtora roku doprowadziła do 150 tys. nadmiarowych zgonów. A i bez tego rekrutacja idzie wojsku jak po grudzie. Wedle MON, stan liczebny zawodowej armii na przestrzeni ostatnich lat wyglądał następująco: 2011 r. – 93923 żołnierzy, 2012 r. – 95318, 2013 r. – 97055, 2014 r. – 96611, 2015 r. – 96248, 2016 r. – 98586, 2017 r. – 101578, 2018 r. – 104946, 2019 r. – 107704, 2020 r. – 110100, 2021 r. – 112326. Wraz z nastaniem rządów PiS, liczebność armii zaczęła rosnąć, trudno jednak mówić o imponującym tempie. Fakt, iż wojsko nie cieszy się wielkim zainteresowaniem, najlepiej widać w przypadku WOT. W 2021 r. miały one liczyć 50 tys. żołnierzy, a jest ich o 20 tys. mniej, mimo obniżenia kryteriów zdrowotnych i nachalnej wręcz kampanii rekrutacyjnej. Czy zachęty finansowe, o których mówili Kaczyński z Błaszczakiem, wystarczą?

– Proszę pamiętać, że mówimy o projekcie rozpisanym na lata – zwraca uwagę gen. Pacek. – Służba ochotnicza potrwa rok, przygotowanie nowych oficerów to pięć lat, jeszcze więcej czasu wymaga modernizacja. Myślę, że pierwsze namacalne wyniki zobaczymy za dwa-trzy lata, pełniejsze po co najmniej pięciu, a za dziesięć lat będzie już można mówić o konkretach.

Strategia oblężonej twierdzy

Mundurowi, z którymi rozmawiałem, generalnie są pomysłowi rozbudowy armii przychylni. I nic w tym dziwnego. Ich percepcja zagrożeń jest inna od cywilnej, nie bez znaczenia pozostają czynniki ambicjonalne i utylitarne – oni również chcieliby pracować w atrakcyjnej „firmie” i dobrze zarabiać. Politycy często podzielają racje wojskowych, dotyczące potencjalnych zagrożeń, ale czy tymi przesłankami kierowali się autorzy Ustawy o Obronie Ojczyzny? To polityczne dziecko Kaczyńskiego – co sam podkreślał – oraz projekt, który wzmacnia prerogatywy ministra obrony (kosztem szefa MSWiA). Janusz Zemke wskazuje na zapowiedź większej elastyczności w obsadzaniu stanowisk w armii. Odejście od powiązania etatu ze stopniem sprawi, że dla przekładu pułkiem będzie mógł dowodzić major, podpułkownik, jak i pułkownik. – Ta elastyczność oznacza uznaniowość, ale wedle jakich kryteriów? Czy aby nie politycznych, towarzyskich, lojalnościowych? – niepokoi się Zemke. I przyznaje, że nie dziwi go inicjatywa Kaczyńskiego. – Dla PiS państwo to aparat administracyjno-urzędniczy, a aparat to przede wszystkim struktury siłowe. Reszta jest mniej istotna, bo nie stwarza tak dobrych pretekstów do skupienia elektoratu wokół zagrożenia.

Na ten rodzaj kalkulacji politycznej zwraca uwagę prof. Roman Bäcker z Wydziału Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

– PiS już od lat, a ze szczególnym nasileniem od kilku miesięcy, kreuje zagrożenie ze strony UE i Niemiec, czyniąc to wbrew elementarnym faktom. Unia przeszkadza rządowi we wszystkim, zwłaszcza w reformie systemu sprawiedliwości, zaś zwykłym ludziom chce odebrać prąd i pracę, jak mówi się o sprawie Turowa. Niemcy w tej narracji pełnią rolę czynnika sprawczego, a współpraca z nimi zasługuje na miano zdrady narodu polskiego. Mamy tu do czynienia z typowymi niedemokratycznymi strukturami myślowymi. Chodzi głównie o kreowanie sztucznego wyobrażenia życia w oblężonej twierdzy.

W pisowskiej narracji Rosja nie zajmuje tak wiele miejsca. Zdaniem prof. Bäckera, jest wręcz traktowana ulgowo w porównaniu z Niemcami.

– Nikt nie formułuje postulatu odszkodowań wojennych od Rosji, nie ma dyskusji o zwrocie wraku Tupolewa – wskazuje profesor. – Dlaczego? Bo gdyby pierwszoplanowych wrogów było zbyt wielu, w szeregach zwolenników pojawiłby się defetyzm. Ponadto Niemcy i Unia świetnie pełnią swoje role, bo dają szanse na choćby symboliczne zwycięstwo. Bruksela wciąż wyciąga dłoń do rządu PiS, niemiecka kanclerz do końca prowadziła politykę, w ramach której władze RP traktowano jako mimo wszystko przewidywalnego partnera, z którym można się dogadać.

Ale Niemcom nie da się „wlepić” zarzutu czyhania na zdobycze terytorialne w Polsce. – Figura nazisty już się zgrała. Od pół wieku mamy z Niemcami dobre relacje, a i czas robi swoje. Osób, które doświadczyły okupacyjnych prześladowań, jest już mało. Za mało, by osiągnąć efekt masowej mobilizacji wokół władzy.

Rosja – szczególnie Rosja Putina – nadaje się do tego celu znacznie lepiej. I może o to w tym wszystkim chodzi?

—–

W jakich obszarach będziemy wzmacniać nasz potencjał? Czy będą to wojska powietrznodesantowe? Nz. desant żołnierzy 6. Brygady Powietrznodesantowej podczas ćwiczeń Puma, jesień 2010 r./fot. Marcin Wójcik

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 45/2021