Innowacja!

Po półtorarocznej turze kończy się misja gen. bryg. Witolda Bartoszka, zastępcy dowódcy – asystenta ds. wsparcia w Dowództwie NATO ds. Szkolenia Bojowego, Wsparcia i Pomocy Siłom Zbrojnym Ukrainy (NSATU). Rozmawiam z generałem o roli NSATU, lekcjach płynących z wojny z rosją oraz o tym, jak doświadczenia ukraińskiej armii zmieniają myślenie NATO o współczesnym polu walki.

Marcin Ogdowski: Pełnoskalowa wojna rosji przeciwko Ukrainie trwa już piąty rok. Jak w tym czasie zmieniła się misja NSATU i jakie są dziś jej najważniejsze zadania?

Gen. bryg. Witold Bartoszek: Żeby zrozumieć, jak ewoluowała nasza misja, trzeba najpierw spojrzeć na samą wojnę. rosja, mimo ogromnych kosztów, nie osiągnęła żadnego strategicznego celu. rosjanie zdobywali teren bardzo powoli, często licząc postępy w metrach, a nie kilometrach. Dobrym przykładem jest kierunek Bachmut–Pokrowsk. Przesunięcie linii frontu o niespełna 50 kilometrów zajęło im ponad 20 miesięcy i kosztowało około 300 tys. ofiar. To pokazuje skalę strat i cenę, jaką płaci rosja.

Jednocześnie Moskwa nie zmniejszyła presji. Wręcz przeciwnie – zintensyfikowała kampanię powietrzną. rosja regularnie używa pocisków balistycznych, manewrujących i dronów dalekiego zasięgu do ataków na infrastrukturę krytyczną, transport publiczny czy osiedla mieszkaniowe. Celem jest osłabienie odporności społeczeństwa i pozbawienie ludzi podstawowych usług.

A jednak Ukraina nadal się broni…

Jej odporność, zdolność adaptacji i determinacja robią ogromne wrażenie. Ta wojna pokazała jedną fundamentalną rzecz: tylko silne i dobrze wyposażone ukraińskie siły zbrojne mogą skutecznie odstraszać rosję i negocjować z pozycji siły. W tym właśnie miejscu pojawia się rola NSATU. Zaczynaliśmy półtora roku temu jako niewielki zespół pracujący w namiotach przy lotnisku. Dziś jesteśmy w pełni funkcjonującą strukturą liczącą ponad 300 osób z 31 państw. Pracujemy całodobowo razem z ukraińskimi oficerami łącznikowymi.

Naszym zadaniem jest koordynacja wsparcia dla Ukrainy – od logistyki i dostaw sprzętu po szkolenia i rozwój zdolności. W praktyce jesteśmy centralnym węzłem łączącym potrzeby Ukrainy z możliwościami państw sojuszniczych. To bardzo złożony proces. Wspólnie z ukraińskimi partnerami prowadzimy katalog obejmujący ponad 30 tys. różnych pozycji sprzętowych i logistycznych. Lista jest stale aktualizowana zgodnie z sytuacją na froncie. To na jej podstawie określamy priorytety i koordynujemy wsparcie.

Proszę wskazać te priorytety.

Najpilniejsze potrzeby są dziś trzy. Pierwsza to obrona przeciwlotnicza, szczególnie systemy zdolne do zwalczania pocisków balistycznych i manewrujących. Zapotrzebowanie jest ogromne, a globalna podaż ograniczona. Druga kwestia to amunicja 155 mm o zwiększonym zasięgu i precyzyjne systemy rażenia dalekiego zasięgu. Ukraina potrzebuje ich, by osłabiać rosyjskie zdolności bojowe i ograniczać swobodę działania przeciwnika.

Trzeci obszar to drony. Ukraina ma dziś bardzo rozwinięty sektor produkcji systemów bezzałogowych. W wielu przypadkach nie brakuje technologii czy kompetencji, lecz finansowania. Bardzo ważna jest też przejrzystość dotycząca dostaw. Wczesne deklaracje i jasne informacje o przekazywanym sprzęcie mają ogromne znaczenie dla ukraińskiego planowania operacyjnego. Jeśli chodzi o szkolenia, obecnie zaspokajamy około 75 proc. potrzeb Ukrainy. Wspólnie z partnerami przeszkoliliśmy już ponad 43 tys. ukraińskich żołnierzy.

Ale dziś nie chodzi już wyłącznie o liczby. Najważniejsze jest to, by szkolenia odpowiadały realiom wojny o wysokiej intensywności. W wielu państwach podstawowe szkolenie wojskowe przez lata było projektowane pod zupełnie inne konflikty.

Dlatego coraz szerzej korzystamy z doświadczeń ukraińskich żołnierzy mających bezpośredni kontakt z frontem. Wprowadzamy szybkie mechanizmy informacji zwrotnej i stale aktualizujemy programy szkoleniowe. Krótko mówiąc: NSATU stało się głównym mechanizmem koordynującym wsparcie dla Ukrainy. Nasza misja ewoluuje razem z wojną, ale cel pozostaje niezmienny – zapewnić Ukrainie zdolności, szkolenie i wsparcie potrzebne do obrony oraz budowy trwałego pokoju.

Na ile armia ukraińska zbliżyła się już do standardów NATO? W jakich obszarach postęp jest największy, a gdzie nadal potrzebne są zmiany?

Postęp jest naprawdę znaczący, szczególnie, jeśli pamiętamy, że Ukraina prowadzi tę transformację w czasie pełnoskalowej wojny. Kijów oczywiście koncentruje się przede wszystkim na potrzebach frontu, ale równolegle konsekwentnie wdraża standardy interoperacyjności NATO. Dotyczy to bardzo wielu obszarów – od dowodzenia i logistyki po systemy wsparcia i zarządzanie personelem. Oceniamy to na podstawie wspólnego planu interoperacyjności NATO–Ukraina. To szczegółowy dokument określający konkretne cele i wymagania.

Jednym z najlepszych przykładów postępu jest system zarządzania polem walki DELTA. Został opracowany zgodnie ze standardami NATO i pozwala ukraińskim siłom bardzo szybko wymieniać informacje, skracać cykl namierzania celów i podejmować decyzje praktycznie w tempie walki. System wzbudza duże zainteresowanie wśród sojuszników, ponieważ został sprawdzony w realnych warunkach bojowych. Jest szybki, stosunkowo tani, łatwy do skalowania i kompatybilny z wieloma rozwiązaniami używanymi przez państwa NATO.

Oczywiście nadal istnieją wyzwania, szczególnie w logistyce i utrzymaniu sprzętu. Ukraina korzysta jednocześnie z systemów poradzieckich oraz bardzo szerokiej gamy uzbrojenia dostarczanego przez różnych partnerów. Taka różnorodność utrudnia interoperacyjność. Ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że samo NATO również stale pracuje nad poprawą interoperacyjności między własnymi armiami.

Jak dużym wyzwaniem pozostaje szkolenie kadry dowódczej?

Sporym. Chodzi przede wszystkim o przejście do modelu „mission command”, czyli dowodzenia opartego na intencji dowódcy. W takim systemie dowódca określa cel działania, ale pozostawia podwładnym większą swobodę podejmowania decyzji. Ukraina robi w tym obszarze duże postępy, choć nadal jest miejsce do dalszego rozwoju. Dlatego szkolenie przywódcze – od poziomu korpusu po najmniejsze pododdziały – pozostaje jednym z naszych priorytetów.

Z jakimi trudnościami spotykacie się podczas wspólnych z Ukrainą projektów, ćwiczeń i prac nad innowacjami?

Największym wyzwaniem jest dziś tempo zmian na polu walki. Ta wojna zmienia się szybciej niż wiele instytucji wojskowych potrafi się dostosować. Ukraina bardzo szybko wdraża nowe rozwiązania, a nasze procedury, procesy zakupowe czy cykle planowania ćwiczeń często są po prostu wolniejsze.

Widać to szczególnie w obszarze technologii. Jeszcze w 2022 roku wojna miała przede wszystkim charakter manewrowy. Potem przeszła w konflikt pozycyjny, a dziś coraz bardziej przypomina walkę opartą na danych, oprogramowaniu i przewadze w spektrum elektromagnetycznym. To fundamentalna zmiana.

Oprogramowanie, algorytmy i zdolność szybkiego przetwarzania informacji mają dziś znaczenie porównywalne z tradycyjnym uzbrojeniem. Drony całkowicie zmieniły pole walki – taktycznie, operacyjnie i organizacyjnie. Ukraina bardzo szybko się do tego dostosowała. Tworzy wyspecjalizowane jednostki bezzałogowe, integruje systemy walki elektronicznej i błyskawicznie wdraża innowacje. Skala tego procesu jest ogromna. W 2022 roku Ukraina praktycznie nie miała dużego przemysłu dronowego. Dziś działa tam ponad 500 firm produkujących systemy bezzałogowe.

Dalszą część tej rozmowy – opublikowanej w portalu „Polska Zbrojna” – przeczytacie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

(Nie)uległa

Kilka dni temu „New York Times” wyliczył, że przy obecnym tempie działań rosyjska armia potrzebowałaby około 30 lat, by zająć całość Donbasu. Niezależni rosyjscy analitycy z Mediazony i Meduzy ustalili z kolei liczbę potwierdzonych rosyjskich zabitych na ponad 350 tys. ludzi.

Obie liczby są oczywiście symboliczne – nie mówią, jak długo potrwa wojna ani kiedy rosja wyczerpie swoje możliwości. Pokazują jednak coś znacznie ważniejszego: skalę narastającego rozdźwięku między propagandową wizją nieuchronnego triumfu a realiami wojny, która coraz bardziej przypomina kosztowny strategiczny impas.

Bo choć rosja nadal naciera, linia walk od miesięcy w zasadzie stoi, gdzieniegdzie tylko przesuwa się powoli, wręcz symbolicznie, a kolejne zdobywane miejscowości mają znaczenie co najwyżej taktyczne. Nawet tam, gdzie rosyjskie wojska osiągają postępy, nie przekładają się one na załamanie ukraińskiej obrony ani zmianę ogólnej sytuacji operacyjnej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja stoi dziś na progu militarnego załamania. Państwo putina nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi, rozbudowanym przemysłem zbrojeniowym i gospodarką coraz mocniej podporządkowaną logice wojennej mobilizacji. Kreml wciąż jest zdolny do kontynuowania działań przez długi czas, szczególnie jeśli będzie utrzymywał obecny model stopniowego, wyniszczającego nacisku. Problem polega na tym, że coraz trudniej dostrzec drogę do zwycięstwa, które można byłoby przedstawić rosjanom jako historyczny triumf. Zdobywanie kolejnych zrujnowanych miejscowości w Donbasie nie rozwiązuje podstawowego dylematu strategicznego: Ukraina nadal walczy, jej państwo funkcjonuje, a Zachód – mimo zmęczenia wojną – nie wycofał wsparcia.

Po ponad czterech latach pełnoskalowych walk rosja nadal potrafi prowadzić wojnę. Coraz trudniej jednak ukryć fakt, że konflikt, który miał być demonstracją rosyjskiej siły, stał się demonstracją jej wyraźnych ograniczeń. Dlatego coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Kreml będzie próbował przedstawić samo utrzymanie okupowanych terytoriów jako sukces wystarczający do zamrożenia konfliktu. Innymi słowy, Moskwa może być zainteresowana nie tyle spektakularnym triumfem, ile takim zakończeniem wojny, które da się politycznie sprzedać jako dowód rosyjskiej odporności i skuteczności.

I może właśnie dlatego coraz częściej słychać w rosyjskiej narracji nie tyle zapowiedzi wielkiego przełomu, ile ostrożne sugestie, że najważniejsze cele zostały już w praktyce osiągnięte. Jeszcze na początku inwazji Kreml mówił o „denazyfikacji”, zmianie władz w Kijowie i podporządkowaniu Ukrainy rosyjskiej strefie wpływów. Dziś retoryka jest znacznie bardziej defensywna. Coraz częściej akcent pada właśnie na „obronę zdobytych terytoriów”, na „powstrzymanie NATO” czy „historyczne przetrwanie rosji pod zachodnią presją”. To nie jest przypadek. Im trudniej o wyraźne sukcesy militarne, tym bardziej definicja zwycięstwa staje się płynna i politycznie elastyczna. Kreml próbuje obniżać społeczne oczekiwania, jednocześnie utrzymując atmosferę mobilizacji i oblężonej twierdzy. Byle tylko zachować podstawowy element putinowskiego systemu: obraz rosji jako państwa, które nie uległo presji silniejszego przeciwnika.

Ten komentarz – w bardziej rozbudowanej wersji – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Trauma

W Wietnamie służyło około 2,7 mln Amerykanów, w większości 19-letnich chłopców, wcielonych do armii w ramach poboru. Przez lata sądzono, że ich powrót na łono społeczeństwa odbywa się w sposób harmonijny. Ot, kolejne pokolenie z epizodem wojennym w życiorysach. Coś jednak było nie tak…

Gdy w latach 80. przeprowadzono National Vietnam Veterans Readjustment Study (NVVRS) – pierwsze szeroko zakrojone badanie epidemiologiczne weteranów – wyniki okazały się szokujące. 15% badanych doświadczało aktualnych objawów zespołu stresu pourazowego, a blisko 30% miało je w którymś momencie życia. W liczbach bezwzględnych oznaczało to setki tysięcy ludzi – nawet do 830 tys. przypadków chronicznego PTSD.

Jeszcze bardziej poruszające są inne dane. Choć brak jednego, w pełni wiarygodnego rejestru, wiele analiz – opartych m.in. na statystykach Departamentu ds. Weteranów (U.S. Department of Veterans Affairs, VA) i badaniach epidemiologicznych – wskazuje, że liczba samobójstw weteranów Wietnamu mogła przekroczyć 100 tys., a według niektórych szacunków sięgać nawet 150 tys. Oznaczałoby to, że więcej żołnierzy odebrało sobie życie po powrocie, niż zginęło w samej wojnie, gdzie amerykańskie straty wyniosły około 58 tys. poległych.

Jak zauważa psychiatra Robert Jay Lifton, jeden z pionierów badań nad doświadczeniem wietnamskim, „dla wielu z tych ludzi wojna nie była wydarzeniem z przeszłości – była stanem, który trwał”.

Dlaczego Wietnam „produkował” traumę?

Skala problemów psychicznych wśród weteranów wynikała w dużej mierze ze specyfiki samego konfliktu. W Wietnamie nie dało się wyznaczyć wyraźnej linii frontu. Zagrożenie było wszechobecne i permanentne. Wróg pozostawał niewidoczny – mógł kryć się zarówno w dżungli, jak i wśród cywilów. Patrol, który jednego dnia przebiegał spokojnie, następnego mógł zakończyć się zasadzką. Jak podkreślał Jonathan Shay – autor książki „Achilles in Vietnam” (1994) – jednym z kluczowych czynników traumatyzujących jest „ciągłe oczekiwanie śmierci, bez możliwości przewidzenia, skąd nadejdzie zagrożenie”. Tego rodzaju permanentna czujność prowadzi do głębokiego przeciążenia układu nerwowego i utrwala reakcje stresowe, które nie wygasają po zakończeniu służby.

Istotnym elementem była również organizacja służby. Amerykańscy żołnierze trafiali do Wietnamu na 12-miesięczne tury, po czym wracali do kraju – często indywidualnie, bez swojej jednostki. Ten system miał swoje zalety logistyczne, ale z psychologicznego punktu widzenia okazał się katastrofalny. Rozbijał więzi w oddziałach, które w innych konfliktach stanowiły podstawowy mechanizm radzenia sobie ze stresem. Jednocześnie uniemożliwiał symboliczne „zamknięcie” doświadczenia wojny. „Jednostka nie wracała razem – rozpadała się jeszcze przed powrotem do domu”, zauważał Shay. W efekcie żołnierz pozostawał sam ze swoim doświadczeniem, pozbawiony wsparcia tych, którzy przeżyli to samo.

Jednym z najbardziej charakterystycznych – i najbardziej destrukcyjnych – aspektów wojny była jej moralna ambiwalencja. W przeciwieństwie do II wojny światowej, która była postrzegana jako konflikt „słuszny”, Wietnam od początku budził kontrowersje. Żołnierze wielokrotnie uczestniczyli w działaniach trudnych do pogodzenia z własnym systemem wartości. Najbardziej znanym przykładem pozostaje masakra w Mỹ Lai, gdzie amerykańscy żołnierze zamordowali setki cywilów. Jak pisał Robert Jay Lifton, tego rodzaju doświadczenia prowadziły do głębokiego rozdarcia wewnętrznego. „Trauma nie polega tylko na tym, co ktoś przeżył – ale także na tym, co zrobił lub czego nie zdołał powstrzymać”. To właśnie ten wymiar – dziś określany jako „moral injury” – okazywał się szczególnie trudny do przepracowania.

Jeśli sama wojna była doświadczeniem granicznym, to powrót do kraju często pogłębiał problem. Weterani wracali do społeczeństwa głęboko podzielonego, w którym narastał sprzeciw wobec konfliktu. Zamiast uznania spotykali się z obojętnością, a czasem wrogością. Nie było parad zwycięstwa ani społecznego rytuału przejścia, który pozwalałby symbolicznie zamknąć doświadczenie wojny. Żołnierz, który jeszcze dzień wcześniej funkcjonował w warunkach permanentnego zagrożenia, następnego dnia znajdował się w cywilnej rzeczywistości, bez przygotowania i bez wsparcia.

Wojna, która została w środku

Jednym z najbardziej znanych świadectw traumy wietnamskiej jest historia Rona Kovica – byłego żołnierza piechoty morskiej, który w 1968 roku został ciężko ranny i sparaliżowany od pasa w dół. Jego losy spopularyzował film „Urodzony 4 lipca”. Kovic w swoich wspomnieniach opisywał poczucie winy, gniew i całkowitą utratę sensu. „Czułem, że nie mam już żadnego miejsca w tym kraju”, pisał w książce „Born on the Fourth of July”, wydanej w 1976 roku. Przez lata zmagał się z depresją i myślami samobójczymi, zanim zaangażował się w działalność antywojenną. Jego historia pokazuje, że trauma wojenna rzadko ma jeden wymiar – fizyczny i psychiczny uraz często wzajemnie się wzmacniają.

Znacznie mniej znane, ale liczniejsze, są historie anonimowych weteranów, które zebrano m.in. w badaniu NVVRS. Wielu z nich opisywało powracające obrazy walki – tzw. flashbacki – które pojawiały się nagle, często po latach od zakończenia służby. „Czuję zapach dżungli, słyszę helikoptery i znowu tam jestem”, relacjonował jeden z uczestników badania. Te doświadczenia często prowadziły do izolacji społecznej. Weterani unikali kontaktów, mieli trudności z utrzymaniem pracy i relacji rodzinnych. W badaniach wskazywano wyraźny związek między PTSD a nadużywaniem alkoholu i substancji psychoaktywnych – które stawały się formą samoleczenia.

W wielu przypadkach trauma przekładała się także na przemoc w życiu codziennym. Badania prowadzone w latach 80. wskazywały, że weterani z objawami PTSD byli istotnie bardziej narażeni na konflikty rodzinne i zachowania agresywne. Rozpady małżeństw, problemy wychowawcze i przemoc domowa stawały się częścią szerszego obrazu społecznych konsekwencji wojny.

Trauma weteranów szybko stała się fizycznie widoczna – szacuje się, że w latach 80. znaczną część populacji bezdomnych w USA stanowili weterani, w tym duża grupa uczestników wojny wietnamskiej. Według analiz VA nawet jedna trzecia bezdomnych mężczyzn mogła mieć za sobą służbę wojskową, a wśród nich dominowali właśnie weterani Wietnamu.

Czy państwo było na nich gotowe? Albo inaczej – jak bardzo nie było przygotowane? Tego dowiecie się z dalszej części artykułu, który jest uzupełnieniem anonsowanego tu już materiału czołówkowego majowego numeru „Polski Zbrojnej”, poświęconego opiece psychologicznej w armii. Miesięcznik dostępny jest w wersji papierowej, e-wydanie – gdzie przeczytacie także inne moje teksty – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Helikoptery UH-1D zabierają żołnierzy armii amerykańskiej z pola bitwy, 1966 rok/fot. sierż. James K. F. Dung, US Army/domena publiczna

Opieka

Żołnierze coraz odważniej mówią o stresie, lęku i traumie, i coraz częściej szukają pomocy, także u psychologów. Wizyta w gabinecie przestaje być powodem do wstydu, a armia uczy się dbać o psychikę swoich ludzi.

Zmiana nie dokonała się z dnia na dzień, ale widać ją wyraźnie – kontakt żołnierzy z psychologami wychodzi ze strefy tabu, zmieniając się w coraz bardziej oczywisty element dbania o siebie. To przesunięcie akcentów, które za murami koszar latami było trudne do wyobrażenia, ma konkretne źródła.

„W 2019 roku, gdy zaczynałam pracę, sytuacja wyglądała inaczej”, wspomina ppor. Sylwia Biardzka, psycholog z 18 Dywizji Zmechanizowanej. „Żołnierze obawiali się psychologa, o psychiatrze już nie wspominając. Zmiany przyszły wraz z pandemią. Izolacja, rozłąka z rodziną – to były dla wielu bardzo trudne doświadczenia. Wtedy moja praca polegała na tym, że dzwoniłam do żołnierzy i pytałam: co słychać, jak się czują, czego potrzebują. I nagle się okazało, że rozmowa ze mną jest dla nich ważna. A potem przyszła wojna w Ukrainie. Nawet doświadczeni żołnierze zaczęli pytać: czy to normalne, że ja – w mundurze od dwudziestu lat – boję się tego, co może nastąpić? Oczywiście, że było to normalne, ale ta diagnoza musiała wybrzmieć. Ulga, jaką przynosiła, przekonywała żołnierzy do kontaktu z psychologiem”, dodaje specjalistka.

To, co wydarzyło się w wojsku, nie jest zjawiskiem oderwanym od szerszego kontekstu. W ostatnich latach w całym społeczeństwie zmieniło się podejście do zdrowia psychicznego – korzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry przestaje być jednoznacznie kojarzone ze słabością. Potwierdzają to dane: liczba wizyt u specjalistów rośnie dynamicznie (w 2024 roku o ponad 60 proc. rok do roku), zaś doświadczenie terapii deklaruje już ok. 20 proc. dorosłych Polaków. A żołnierze nie funkcjonują w próżni: mają rodziny, dzieci, znajomych mierzących się z własnymi problemami, szukających wsparcia, mówiących o terapii. Widzą też konsekwencje jej braku – w historiach przemocy, załamań, tragedii, które przebijają się do opinii publicznej. To wszystko sprawia, że psycholog przestaje być kimś „od problemów, do których się nie przyznajemy”, a zaczyna być kimś „od spraw, które trzeba załatwić”.

A przecież armia ma jeszcze własny bagaż doświadczeń. Misje w Iraku i Afganistanie wiązały się z ogromnym obciążeniem psychicznym żołnierzy. Brakuje zbiorczych danych na ten temat, ale szacuje się, że co najmniej kilkuset weteranów przypłaciło te doświadczenia objawami zespołu stresu pourazowego [post-traumatic stress disorder, PTSD], na co wojsko nie mogło pozostać obojętne. Ale nawet bez wojny służba w armii wiąże się z dużymi obciążeniami, co sprawia, że siły zbrojne nie mogą funkcjonować bez systemu opieki psychologicznej. Systemu, przed którym konflikt w Ukrainie stawia kolejne wyzwania, pokazując, że odporność psychiczna staje się jednym z kluczowych elementów zdolności bojowej.

Aktywna obecność

Zmiany, jakie zaszły w zakresie opieki psychologicznej, nie sprowadzają się tylko do tego, że żołnierze zaczęli częściej sięgać po pomoc. Widać je także w roli, jaką pełni w jednostce psycholog. Jeszcze niedawno kojarzony głównie z sytuacjami kryzysowymi, dziś coraz częściej funkcjonuje jako ktoś obecny w codziennym życiu pododdziału. „Jesteśmy w tym środowisku razem z żołnierzami”, mówi Anna Chacewicz, psycholog z 1 Warszawskiej Brygady Pancernej. „To nie jest tak, że widzimy się raz w tygodniu w gabinecie, w jakiejś odseparowanej przestrzeni. Zdarza się, że ktoś po prostu podchodzi do mnie i zaczyna rozmowę. Czasem to jest zwykłe »co słychać«, a czasem coś poważniejszego. Ta granica jest płynna, ale to właśnie dzięki temu taki kontakt w ogóle się pojawia. Gdybyśmy byli tylko ludźmi »od problemów«, wielu z żołnierzy nigdy by do nas nie trafiło”, podkreśla specjalistka.

Ta obecność nie ogranicza się do czekania na żołnierza, który zapuka do drzwi. Coraz częściej oznacza wychodzenie do niego – dosłownie. „Umówiłem się z dowódcą, że raz w tygodniu idę do pododdziałów, sprawdzam, co u nich słychać”, relacjonuje Marcin Tymoszuk, psycholog z 18 Batalionu Rozpoznawczego. „Dzięki temu oni wiedzą, że jestem obecny, że mogą do mnie przyjść. I wtedy rzeczywiście przychodzą – nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że wcześniej już się spotkaliśmy, pogadaliśmy, zbudowała się jakaś relacja między nami”. W tym modelu psycholog widzi żołnierzy nie tylko w sytuacji, kiedy mają problem, ale także w ich codziennym funkcjonowaniu. I może wychwycić to, co w klasycznej, gabinetowej relacji łatwo umyka. Zmiany nastroju, narastające napięcie, wycofanie, które nie są jeszcze powodem do formalnej interwencji, ale mogą być pierwszym sygnałem, że coś zaczyna się dziać. „Ktoś mniej się odzywa, jest bardziej nerwowy, unika ludzi. Gdy jesteśmy na miejscu, możemy zareagować wcześniej, zanim problem się rozwinie. Bo najgorsze, co można zrobić, to czekać, aż ktoś sam powie, że sobie nie radzi. Bardzo często on tego nie powie”, podkreśla Tymoszuk.

Kultura samowystarczalności

Bo tuż za widoczną zmianą – rosnącą otwartością na pracę z psychologiem – wciąż funkcjonuje coś przeciwnego: bariery, które sprawiają, że wielu żołnierzy po pomoc jednak nie sięga. Nie dlatego, że jej nie potrzebuje, ale dlatego, że przez długi czas nie jest w stanie uznać takiej potrzeby. To napięcie między dostępnością a gotowością dobrze opisują specjaliści pracujący z weteranami. „Wsparcie zaczyna się w drugim człowieku”, podkreślał płk dr Jarosław Świstak z Centrum Leczenia Weteranów Działań poza Granicami Kraju w Wojskowym Instytucie Medycznym – Państwowym Instytucie Badawczym. „Ale żeby do niego doszło, ktoś musi zrobić pierwszy krok”, mówił podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. weteranów, które odbyło się w połowie kwietnia 2026 roku. Z tym pierwszym krokiem bywa jednak trudno, także za sprawą silnej kultury samowystarczalności. Przekonania, że trzeba sobie poradzić samemu, że proszenie o pomoc to ostateczność. W warunkach służby taka postawa jest czymś naturalnym, wręcz koniecznym. „Samodzielność, odporność i zdolność działania pod presją są w wojsku wartościami podstawowymi”, zwraca uwagę dr hab. Justyna Klingemann, socjolog zdrowia i medycyny z WIM – PIB. „Problem pojawia się wtedy, gdy te same cechy zaczynają działać przeciwko człowiekowi – utrudniając mu rozpoznanie własnych ograniczeń i przyjęcie pomocy”.

Społeczny kontekst w tym nie pomaga – w Polsce, mimo postępujących zmian kulturowych, wciąż popularne jest przekonanie, że problemy psychiczne są czymś, co należy ukrywać. „Przykładowo uzależnienie postrzegane jest nie jako poważna choroba, która wiąże się z ogromnym cierpieniem i wymaga wsparcia, ale jako coś, co należy piętnować, przejaw słabości”, rekonstruuje potoczne wyobrażenia Justyna Klingemann. W środowisku wojskowym, gdzie znaczenie ma ocena, zaufanie, pozycja w grupie, taka stygmatyzacja może mieć szczególnie silne konsekwencje. Oznacza bowiem realne ryzyko utraty wiarygodności – w oczach przełożonych, kolegów, a często także w ocenie samego siebie. „Nakładają się na to jeszcze kulturowe normy tradycyjnie rozumianej męskości”, dodaje Klingemann. „Zgodnie z nimi trzeba być twardym, nie okazywać słabości, nie mówić o emocjach, nie zawracać innym głowy swoimi problemami. To jest silnie zakorzenione, zarówno w kulturze wojskowej, jak i szerzej, w społeczeństwie, tymczasem wyrażanie uczuć to przecież też akt odwagi”.

W efekcie dochodzi do bagatelizowania objawów, odsuwania rozmowy, prób przeczekania. „Mężczyźni rzadziej mówią o swoich problemach i rzadziej szukają pomocy”, mówi Klingemann. „Częściej próbują radzić sobie sami, a jednym ze sposobów regulowania napięcia staje się alkohol lub inne substancje psychoaktywne”. W takich okolicznościach decyzja o sięgnięciu po pomoc nie zapada w momencie, w którym pojawia się problem, a dopiero wtedy, gdy nie sposób go już ukryć – przed sobą i przed innymi.

Dostępny antydepresant

Ten mechanizm – odkładania, wypierania, prób poradzenia sobie samemu – dobrze widać w historiach weteranów z Iraku i Afganistanu. Piotr Kurpas wrócił z drugiej zmiany misji w Iraku, mając za sobą udział w patrolach i konwojach oraz wspomnienie samobójczego ataku na bazę w Al-Hilli. Widok ludzkich szczątków przemieszanych z fragmentami wraku samochodu pułapki wrył mu się w pamięć szczególnie. Kurpas przez długi czas nie nazywał tego, co czuł, żadnym słowem. Po prostu zaczął unikać tłumów i nieutwardzonych dróg, trzymał się tylko sprawdzonych tras. Napięcia gromadziły się w nim tygodniami, aż wystarczała iskra, by wybuchnąć. Alkohol pojawił się jako ucieczka od gonitwy myśli. Bliscy mówili, że przesadza, pije za dużo. Przez długi czas nie przyjmował tego do wiadomości. „Stawałem okoniem, zakładałem maskę twardziela”, przyznaje. „Dopiero partnerka, która konsekwentnie wierciła mi dziurę w brzuchu, nakłoniła mnie do spotkania z psychologiem”.

Rolę najbliższych, którzy pierwsi widzą zmianę, podkreśla inna historia. „Mąż mówił, że wszystko jest w porządku, że sobie radzi. A ja widziałam, że w nocy się rzuca, ma koszmary, a za dnia sięga po alkohol”, opowiada Aneta Cichosz, żona weterana III zmiany PKW Irak. Joanna Szymańska, której partner zaliczył w sumie trzy misje, wspomina o drżeniu rąk. „To przychodziło, gdy mąż się denerwował. Wcześniej takich objawów nie miał…”.

Szymon Mutwicki po powrocie z Afganistanu został sam – minął się z żoną, którą wyjechała do pracy za granicę. On tymczasem przywiózł do domu bagaż niechcianych emocji. „Zaczęło się 14 sierpnia 2007 roku, od patrolu, w którym zginął kpt. Łukasz Kurowski”, wspomina. „Mogłem po tym wydarzeniu od razu wracać do kraju, ale zostałem, czułem, że powinienem dokończyć misję”, opowiada. Już następnego dnia zaczął żałować tej decyzji. „Dopadał mnie paniczny strach”, relacjonuje. „Każdy mijający samochód wyglądał jak wóz zamachowców, każdy człowiek na drodze był zagrożeniem. Przez miesiąc spałem po dwie–trzy godziny dziennie”. W kraju nie było lepiej, za to w sklepiku nieopodal domu na półce stał „najbardziej dostępny antydepresant”, jak Szymon nazywa alkohol. Przez dwa miesiące pił do nieprzytomności i budził się z podwójnym kacem. „Ten moralny był chyba większy niż fizyczny”, opowiada. Pewnego piątku stanął przed lustrem – nieogolony, w dresie, który włożył w poniedziałek – i po raz pierwszy pomyślał, że potrzebuje pomocy. „Poszedłem do psychiatry i tam usłyszałem, że sam nie dam sobie rady”.

Element służby

Za tym, co widać w historiach weteranów, kryją się konkretne mechanizmy psychologiczne. Nie chodzi tylko o trudne wspomnienia, ale o sposób, w jaki organizm reaguje na skrajne doświadczenia. „Najprościej mówiąc, mózg nie wie, że zagrożenie się skończyło”, tłumaczy Bartosz Cichocki, przyjaciel i wolontariusz Fundacji SPRZYMIERZENI z GROM. „Nadal działa tak, jakby ono trwało. Jest w ciągłej gotowości, reaguje szybciej i intensywniej. Rzecz w tym, że to, co w warunkach zagrożenia było potrzebne, po powrocie do codzienności zaczyna przeszkadzać”, wyjaśnia Cichocki, który jako psycholog prowadzi konsultacje dla podopiecznych Fundacji, w tym weteranów. Pojawiają się objawy, które dla wielu żołnierzy są trudne do zrozumienia. Problemy ze snem, drażliwość, wybuchy złości, unikanie ludzi czy miejsc, które mogą się z czymś kojarzyć. „Wystarczy bodziec – dźwięk, zapach, sytuacja – i człowiek wraca do traumatycznego momentu”, relacjonuje nasz rozmówca. „Czasem na ułamek sekundy, czasem na dłużej”.

Jednocześnie – jak podkreślają specjaliści – nie każda reakcja na trudne doświadczenie musi skutkować rozwinięciem zespołu stresu pourazowego. „Sam fakt przeżycia sytuacji zagrożenia nie musi się wiązać z PTSD”, zwraca uwagę Małgorzata Rymkiewicz, psycholog do niedawna pracująca w armii, obecnie w policji. „Bardzo dużo zależy od tego, jakie ktoś ma zasoby, jakie wsparcie, w jakich warunkach wraca do normalnego funkcjonowania”. To ważne zastrzeżenie, bo pokazuje, że PTSD nie jest doświadczeniem zarezerwowanym wyłącznie dla żołnierzy czy uczestników misji. Może dotyczyć każdego, kto znalazł się w sytuacji skrajnego stresu – ofiar przemocy, wypadków czy katastrof.

Istnieją jednak grupy, które ze względu na charakter swojej pracy są na takie doświadczenia szczególnie narażone. „Żołnierze stanowią jedną z nich”, podkreśla ppor. Sylwia Biardzka. „I to nie tylko w kontekście misji bojowych. Choćby służba na granicy wiąże się z długotrwałym napięciem i podwyższonym ryzykiem utraty zdrowia, a nawet życia. Mamy też doświadczenia z pandemii, kiedy żołnierze wspierali służby medyczne i ratunkowe. Wchodzili do miejsc, gdzie były ofiary, dla wielu z nich stanowiło to pierwszy kontakt ze śmiercią. Co się dzieje!?, pytali. Nie ma wojny, a ludzie masowo umierają… To był ogromny szok”. Jak zaznacza Biardzka, takie doświadczenia często nie są od razu rozpoznawane jako coś, co może mieć długofalowe konsekwencje. „Nie jest tak, że ktoś wychodzi z takiej sytuacji i mówi: to mnie zmieniło. Emocje odkładają się w głowie. Wracają w snach, w reakcjach na różne sytuacje. I dopiero z czasem zaczynają stanowić problem”. W tym sensie PTSD nie jest „koszmarem z przeszłości”, związanym wyłącznie z misjami w Iraku czy Afganistanie. Jest realnym elementem współczesnej służby – również tej, która nie wiąże się bezpośrednio z wojną.

Dalszą część tego tekstu – czołówki majowego numeru „Polski Zbrojnej” – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Nocny patrol podczas misji w Afganistanie/fot. Adam Roik, Combat Camera DORSZ

Przestrzeń

rosja „od zawsze” była przekonana, że ma coś, co gwarantuje jej przetrwanie – przestrzeń. Ogromne terytorium miało amortyzować uderzenia przeciwnika, rozciągać jego linie zaopatrzenia i kupować czas potrzebny na mobilizację. W tej logice nawet najdotkliwszy cios nie był rozstrzygający, bo zanim agresor dotarł do kluczowych ośrodków, jego potencjał zdążył się wyczerpać. Dziś ten sposób myślenia coraz wyraźniej zderza się z rzeczywistością.

Ukraińskie uderzenia dronowe na infrastrukturę w Tuapse nad Morzem Czarnym czy w Permie – setki, a nawet ponad tysiąc kilometrów od linii frontu – pokazują, że „bezpieczne zaplecze” przestaje istnieć. Zwłaszcza że to już nie są incydentalne rajdy, lecz element systematycznej kampanii, która sięga w głąb rosyjskiego terytorium. W efekcie dystans, przez lata uznawany za strategiczny bufor, traci swoją ochronną funkcję. Głębia przestaje być tarczą – staje się iluzją.

—–

Jeszcze niedawno rosyjskie zaplecze przemysłowe uchodziło za względnie bezpieczne. Kluczowe instalacje – rafinerie, zakłady zbrojeniowe, węzły logistyczne – znajdowały się setki, a często tysiące kilometrów od potencjalnego przeciwnika. W praktyce oznaczało to, że ich neutralizacja wymagałaby użycia najbardziej zaawansowanych i kosztownych środków rażenia, dostępnych tylko dla największych potęg militarnych. Dla Ukrainy, pozbawionej tych technologii, był to scenariusz czysto teoretyczny.

Sytuacja zmieniła się wraz z upowszechnieniem bezzałogowych systemów uderzeniowych dalekiego zasięgu. Drony nie oferują siły niszczenia porównywalnej z pociskami manewrującymi czy lotnictwem strategicznym, ale nadrabiają to dostępnością, skalą użycia i elastycznością. Mogą być wysyłane falami, atakować z różnych kierunków i zmuszać obronę powietrzną do ciągłego reagowania. W efekcie nawet dobrze chronione obiekty przestają być w pełni bezpieczne.

Właśnie ta zmiana – z uderzeń punktowych na ciągłą presję – ma dziś kluczowe znaczenie. Ukraińskie ataki na infrastrukturę energetyczną i przemysłową rosji nie muszą prowadzić do spektakularnych zniszczeń, by przynosić wymierne efekty. Wystarczy, że powodują przerwy w pracy zakładów, wymuszają kosztowne naprawy i angażują zasoby, które w innym przypadku mogłyby zostać wykorzystane na froncie. Wojna zaczyna w ten sposób obejmować całe terytorium państwa, a nie tylko jego strefę przyfrontową.

To z kolei rodzi problem, którego rosja nie doświadczała na taką skalę od dekad. Ochrona ogromnego obszaru staje się zadaniem skrajnie kosztownym i organizacyjnie trudnym. Każdy dodatkowy obiekt wymagający zabezpieczenia oznacza konieczność rozproszenia systemów obrony powietrznej, a więc osłabienia ich skuteczności. W praktyce nie sposób stworzyć szczelnej tarczy nad całym państwem – można jedynie wybierać, co chronić w pierwszej kolejności.

W efekcie zmienia się sama logika bezpieczeństwa. Dystans przestaje gwarantować ochronę, a zaczyna generować nowe ryzyka. Im dalej od frontu znajduje się dany obiekt, tym większe było dotąd przekonanie o jego bezpieczeństwie – i tym większe są dziś konsekwencje jego trafienia. Uderzenia w głębi kraju mają więc znaczenie nie tylko operacyjne, ale i symboliczne: podważają poczucie kontroli nad własnym terytorium i pokazują, że wojna nie ma już wyraźnej linii oddzielającej „front” od „zaplecza”.

—–

Tym bardziej uderzający jest kontrast z doświadczeniem II wojny światowej. W 1941 roku, po niemieckiej inwazji, Związek Sowiecki stanął w obliczu katastrofy – utraty ogromnych obszarów, w tym najważniejszych regionów przemysłowych. Odpowiedzią była operacja na niespotykaną skalę: ewakuacja setek zakładów na wschód, przede wszystkim za Ural. Fabryki demontowano, przewożono tysiące kilometrów i wznawiano produkcję w nowych lokalizacjach, poza zasięgiem niemieckiego lotnictwa.

Ten wysiłek nie tylko uratował potencjał przemysłowy państwa, ale stał się jednym z fundamentów sowieckiego zwycięstwa. Produkcja uzbrojenia – czołgów, dział, amunicji – mogła być kontynuowana mimo dramatycznej sytuacji na froncie. Przestrzeń działała jak realna tarcza: oddzielała zaplecze od wojny, dawała czas i pozwalała odbudowywać zdolności.

Dziś taki scenariusz jest w praktyce nie do powtórzenia. Nie dlatego, że rosja utraciła swoją rozległość – lecz dlatego, że przestała ona pełnić dawną funkcję ochronną. W warunkach, w których środki rażenia są w stanie pokonać setki i tysiące kilometrów, nie istnieje już oczywista linia oddzielająca „bezpieczne tyły” od strefy zagrożenia.

Oznacza to fundamentalną zmianę: państwo nie może już zakładać, że jego kluczowe zdolności da się po prostu „odsunąć” od przeciwnika. Zaplecze przemysłowe, infrastruktura energetyczna czy system logistyczny pozostają w zasięgu oddziaływania – niezależnie od tego, jak daleko znajdują się od frontu. To nie tylko problem militarny, ale strukturalny: wymusza zupełnie inne myślenie o organizacji państwa w warunkach wojny.

W praktyce rosja musi mierzyć się z problemem, który wcześniej dotyczył raczej państw mniejszych i bardziej narażonych na presję militarną: jak chronić całe swoje terytorium, a nie tylko linię frontu. Oznacza to konieczność rozbudowy systemów obrony powietrznej, ochrony infrastruktury krytycznej oraz tworzenia zapasowych rozwiązań w kluczowych sektorach gospodarki. Każde z tych działań generuje jednak ogromne koszty i wymaga zasobów, które jednocześnie są potrzebne do prowadzenia działań bojowych.

—–

Tu ujawnia się paradoks rosyjskiej sytuacji. Im większe państwo, tym więcej obiektów wymaga ochrony – a więc tym trudniej zapewnić im skuteczną osłonę. Rozproszenie systemów obronnych obniża ich efektywność, koncentracja – zostawia luki w innych miejscach. W efekcie nie da się uniknąć ryzyka: można je jedynie ograniczać i zarządzać jego skutkami.

To z kolei wpływa na sposób prowadzenia wojny. Zasoby, które mogłyby zostać przeznaczone na działania ofensywne, są kierowane na zabezpieczanie zaplecza. rosja musi angażować środki w obronę rafinerii, baz paliwowych, zakładów przemysłowych czy węzłów transportowych – czyli elementów, które dotąd funkcjonowały względnie spokojnie, poza bezpośrednim zasięgiem przeciwnika. W ten sposób wojna zaczyna „zużywać” potencjał państwa na znacznie większą skalę niż wcześniej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja traci wszystkie atuty wynikające ze swojej wielkości. Wciąż dysponuje znaczącymi zasobami, rozbudowanym przemysłem i możliwością rozproszenia produkcji. Jednak sama przestrzeń przestaje być wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa. Coraz większe znaczenie ma zdolność do funkcjonowania pod uderzeniami – utrzymania ciągłości produkcji, naprawy uszkodzeń, adaptacji systemu do warunków ciągłego zagrożenia.

W tym sensie rosyjskie doświadczenia z wojny w Ukrainie mają wymiar szerszy niż tylko regionalny. Pokazują, że w XXI wieku granica między frontem a zapleczem zaciera się. Głębia strategiczna nie znika – ale przestaje być kwestią kilometrów. Staje się sprawdzianem odporności państwa: jego zdolności do przetrwania, działania i odtwarzania strat mimo ciągłych uderzeń przeciwnika.

—–

O nowoczesnym pojmowaniu „głębi strategicznej” napisałem oddzielny tekst, który ukaże się w majowym numerze „Polski Zbrojnej” – już dziś zapraszam Was do lektury.

Szanowni, zmykam na 10-dniowy urlop – potrzebuję go jak sucha ziemia wody, bo zwłaszcza w ostatnich dniach chodzę już na rzęsach. Tak więc odmeldowuję się i do zobaczenia na łączach po 10-tym maja. Gdybyście w tym czasie zechcieli wesprzeć moją publicystkę – wszak piszę także dzięki Wam! – polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Zwłaszcza ten „kawowy”, bo tam ostatnio niemal nic się nie dzieje.

No więc tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Grafika ilustracyjna – poprosiłem o pomoc AI, bo nie mam własnego, stosownego zdjęcia.