Doświadczenie

W całej politycznej awanturze o przekazanie Ukrainie pocisków do wyrzutni Patriot wielu z nas umyka jeden niezwykle istotny fakt. Dziś to właśnie Ukraina jest światowym laboratorium wykorzystania tego systemu obrony przeciwlotniczej. Żadne inne państwo nie używa Patriotów z taką intensywnością, przeciwko tak wymagającemu przeciwnikowi i w tak zmiennych warunkach pola walki. Każdy kolejny rosyjski atak to dla ukraińskich żołnierzy nie tylko walka o życie własnych obywateli, lecz także kolejne doświadczenia, które zmieniają sposób wykorzystania broni przeciwlotnicznej. Doświadczenia, z których – wcześniej czy później – skorzystają wszyscy użytkownicy Patriotów, również Polska.

Patriot nie jest systemem nowym. Od ponad czterech dekad pozostaje podstawą obrony przeciwlotniczej Stanów Zjednoczonych i wielu państw sojuszniczych. Nigdy wcześniej nie był jednak wykorzystywany w wojnie o takiej skali i intensywności. Od wiosny 2023 roku ukraińskie baterie regularnie odpierają zmasowane ataki z użyciem pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet aerobalistycznych Kindżał oraz pocisków manewrujących Ch-101, Kalibr i Iskander-K. Rosjanie nieustannie modyfikują taktykę, zwiększają liczbę jednocześnie odpalanych środków napadu powietrznego, stosują wabiki i próbują przeciążyć ukraińską obronę. Ukraińcy odpowiadają tym samym – ciągłym doskonaleniem procedur, zmianami sposobu rozmieszczania baterii i coraz bardziej oszczędnym gospodarowaniem niezwykle cenną amunicją.

Są w tym niedościgłymi mistrzami, co przez kontrast najlepiej pokazały wydarzenia sprzed kilku miesięcy na Bliskim Wschodzie. Podczas wojny z Iranem amerykańskie baterie Patriot prowadziły niezwykle intensywne działania, odpierając kolejne fale ataków rakietowo-dronowych. Według szacunków w ciągu kilku tygodni zużyto ponad 800 pocisków przechwytujących, których wartość liczona była w miliardach dolarów. Te 800 sztuk to równowartość rocznej produkcji i co najmniej jedna czwarta amerykańskich zapasów. Odpowiednik tego, co do tej pory – przez ponad trzy lata – dostała z Zachodu Ukraina. Trzy lata odpierania ataków lotniczej i rakietowej potęgi versus kilka tygodni walki z bieda-przeciwnikiem; to z takim zestawieniem mamy tu do czynienia. Oczywiście, Ukraina poniosła wiele spektakularny porażek, tracąc na skutek ataków powietrznych np. istotną część infrastruktury energetycznej, niemniej – jako państwo – zachowała zdolność do dalszego prowadzenia operacji obronnej. Tymczasem drastyczne zużycie amunicji OPL przez siły zbrojne USA i sojuszników stało się jednym z czynników, które zmusiły Donalda Trumpa do zaniechania działań zbrojnych wymierzonych w Iran.

Ten konflikt uświadomił wojskowym coś, o czym wcześniej mówiono głównie w analizach – nawet najbogatsza armia świata nie dysponuje nieograniczonymi zapasami amunicji do systemów obrony powietrznej. Produkcja nowoczesnych interceptorów pozostaje kosztowna i czasochłonna, a w warunkach długotrwałego konfliktu tempo ich zużycia może przewyższać możliwości przemysłu.

W takich realiach kluczowego znaczenia nabiera nie tylko liczba posiadanych rakiet, ale także sposób ich wykorzystywania. Każdy pocisk wystrzelony niepotrzebnie oznacza stratę zasobu, którego szybko nie da się odtworzyć. Ukraińcy zrozumieli to szybciej niż ktokolwiek inny. Wiedzą, że nie mogą pozwolić sobie na luksus prowadzenia ognia według najbardziej zachowawczych procedur. Muszą szukać rozwiązań pozwalających osiągnąć ten sam efekt przy mniejszym zużyciu amunicji, stale modyfikować taktykę i wyciągać wnioski z każdej rosyjskiej salwy. W efekcie zdobywają doświadczenie, którego nie da się odtworzyć na żadnym poligonie ani podczas ćwiczeń.

Nie oznacza to oczywiście, że Ukraińcy odkryli jakiś „tajny sposób” na wykorzystanie Patriotów. Oznacza natomiast, że każdego dnia uczą się używać tego systemu skuteczniej. Analizują skuteczność przechwyceń, zachowanie rosyjskich pocisków, wpływ zakłóceń radioelektronicznych, optymalne rozmieszczenie wyrzutni czy współpracę Patriotów z innymi elementami obrony powietrznej. Taka wiedza nie pozostaje wyłącznie w Ukrainie. Trafia do producentów, instruktorów, ośrodków szkoleniowych i armii wszystkich państw korzystających z tego systemu. Także do Polski, która dopiero buduje własne kompetencje związane z eksploatacją Patriotów. Trzeba „tylko” z niej skorzystać (co Amerykanom przyszło po niewczasie…).

Dlatego dyskusja o przekazaniu Ukrainie kilku czy kilkunastu pocisków Patriot nie powinna sprowadzać się wyłącznie do prostego rachunku strat i zysków. Oczywiście, każda rakieta ma swoją wartość, a obowiązkiem polskich władz jest przede wszystkim dbanie o bezpieczeństwo własnego państwa. Ale bezpieczeństwo nie zależy wyłącznie od liczby interceptorów zgromadzonych w magazynach. Równie ważne są wiedza, doświadczenie i umiejętność wykorzystania ich w najbardziej efektywny sposób. Bo nawet największe zapasy kiedyś się skończą, a podaż zawsze będzie ograniczona. Doświadczenie zaś pozostanie.

Jeśli za kilka lat podobnego zagrożenia doświadczy Polska, nasi żołnierze będą korzystać nie tylko z efektów własnego szkolenia, lecz także z doświadczeń zdobytych przez ukraińskie załogi. W tym sensie wsparcie Ukrainy nie jest wyłącznie pomocą udzielaną sojusznikowi. Jest również inwestycją we własne bezpieczeństwo.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Niemieckie Patrioty w Rumunii/fot. Bundeswehr

„Złomy”?

Ukraińcy rzekomo sami odmówili przyjęcia naszych MiG-ów, uznając, że są w fatalnym stanie – donosi jeden z portali.

Bzdura, która nie wiem czemu służy – oczernieniu Polaków (którzy oferują złom), oczernieniu Ukraińców (którzy wybrzydzają)? Licho wie, kto tam, i w jakim celu zainspirował redaktorów. Faktem jest, że mamy kolejne grzmoty w polsko-ukraińskiej gówno-burzy, bo po lekturze każda ze stron ma się o co oburzać.

A jakie są fakty?

Najpierw odrobina historii. Polska pozyskała MiG-i-29 z trzech źródeł: kupując je bezpośrednio z ZSRR/rosji, wymieniając się z Czechami za śmigłowce Sokół oraz nabywając maszyny poenerdowskie, za symboliczną sumę, od RFN.

Myśliwce z pierwszej puli oraz maszyny poczeskie przeszły gruntowne modernizacje – nie będę Was zanudzał szczegółami technicznymi, generalnie chodziło o możliwie najpełniejsze zbliżenie do standardów NATO. „Ex-niemce” takich zabiegów nie przeszły – do końca służby w Siłach Powietrznych RP pozostając posowieckim analogowym myśliwcem z drobnymi modyfikacjami.

Dlaczego tak się stało? Ex-czeskie maszyny pozyskaliśmy jako „żylety” – małoużywane, w świetnym stanie technicznym. Naszych MiG-ów używaliśmy oszczędnie – samoloty docierały do nas na przełomie lat 80. i 90, kiedy armia weszła w czas ogromnych redukcji i cięcia kosztów – dla lotnictwa oznaczało to m.in. mniej latania. Tymczasem niemieckie MiG-i, po zjednoczeniu przejęte przez Luftwaffe, były przez kilka lat zarzynane aż do kości. Zachód chciał poznać możliwości sowieckich/rosyjskich konstrukcji, nauczyć się z nimi walczyć; grzechem byłoby nie wykorzystać legalnego dostępu do tej broni. W dodatku traktowanej przez Berlin jako tymczasowe rozwiązanie, nikt bowiem na poważnie nie myślał tam o budowaniu własnego potencjału w oparciu o technologię z ZSRR/rosji.

No więc wyciśnięto szwabskie MiG-i niczym cytryny – i właśnie takie „padełka” zaoferowano Polsce. Myśmy byli wtedy królami „rozwiązań pomostowych”, więc chętnie wzięliśmy poniemieckie maszyny za symboliczne euro od sztuki. Część maszyn od razu przeznaczono na części, kilkanaście – po niezbędnych remontach – wcielono do służby. Od razu wszak z założeniem, że inwestować w te samoloty nie warto; chodziło o utrzymanie minimum zdolności i czekanie na lepsze czasy, czytaj, kolejne zakupy nowych zachodnich maszyn.

Te lepsze czasy długo nie nachodziły, a samymi F-16 wojsko nie było w stanie realizować wszystkich zadań. Wzięto więc na warsztat najlepiej zachowane „dwudziestki-dziewiątki” i poddano wspomnianej modernizacji.

W takich okolicznościach przyrody doczekaliśmy pełnoskalowej wojny rosji z Ukrainą. I politycznej decyzji o przekazaniu części naszych MiG-ów na Wschód. Poszły poniemieckie i najbardziej wyeksploatowane „polskie”. Dla Ukraińców i tak był to solidny zastrzyk, wszak lepszych samolotów nie mieli.

Najlepsze MiG-i zostały i nadal pozostają w Polsce. Kończą im się resursy, ale stan techniczny większości maszyn wciąż jest dobry. Kilka samolotów – co najmniej sześć – mogłoby w każdej chwili wejść do walki, prezentując możliwości lepsze niż wszystko, co posowieckie, będące w dyspozycji lotnictwa Ukrainy. Reszta mogłaby stać się cennym rezerwuarem części zamiennych.

A Ukraina MiG-ów-29 nadal potrzebuje, bo efów szesnaście i miraży ma po prostu za mało.

Więc nie o technikalia tu idzie, bo jest co przekazać. I są potrzeby. Trzeba się tylko dogadać…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. MiG-29 z Malborka; to maszyny stamtąd trafiły do Ukrainy/fot. Bartek Bera

(Nie)obecna

Ministerstwo Obrony Białorusi poinformowało w minionym tygodniu o rozpoczęciu kolejnych ćwiczeń mobilizacyjnych. Manewry prowadzone są w obwodzie grodzieńskim i mają sprawdzić funkcjonowanie wojskowych komend uzupełnień, przebieg mobilizacji rezerwistów oraz współpracę administracji cywilnej z siłami zbrojnymi. Według oficjalnych komunikatów chodzi o rutynową kontrolę gotowości państwa do rozwinięcia armii w razie zagrożenia.

Podobne ćwiczenia nie są na Białorusi niczym wyjątkowym. Od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w Ukrainie Mińsk stara się utrzymywać podwyższoną gotowość sił zbrojnych oraz regularnie organizuje sprawdziany systemu mobilizacyjnego. Tym razem ich polityczne znaczenie jest jednak znacznie większe, ponieważ zbiegły się z wyjątkowo ostrą wymianą zdań między Kijowem a Mińskiem.

Kilka dni wcześniej Wołodymyr Zełenski publicznie oskarżył Białoruś o umożliwianie rosji prowadzenia ataków na Ukrainę przy wykorzystaniu naziemnych stacji retransmisyjnych sygnału, rozmieszczonych w dwóch przygranicznych obwodach. Według Kijowa urządzenia te wspomagają naprowadzanie rosyjskich dronów dalekiego zasięgu na cele w zachodniej i północno-zachodniej Ukrainie. Ukraiński prezydent dał władzom w Mińsku tydzień na ich usunięcie, zapowiadając, że w przeciwnym razie Ukraina zrobi to własnymi środkami. Było to jedno z najmocniejszych ostrzeżeń skierowanych pod adresem Aleksandra Łukaszenki od początku pełnoskalowej wojny.

Mińsk odrzucił te zarzuty, określając je jako bezpodstawne, a Kreml oskarżył Ukrainę o naruszanie suwerenności swojego najbliższego sojusznika. Kilka dni później Zełenski poinformował jednak, że wskazane urządzenia przestały działać. Nie wyjaśnił przy tym, czy zostały wyłączone przez stronę białoruską, czy też nastąpiło to z innych przyczyn.

Tak napięta wymiana komunikatów ponownie uruchomiła pytania o możliwość bezpośredniego zaangażowania armii białoruskiej w wojnę. To scenariusz, który powraca regularnie od lutego 2022 roku. Czy tym razem jest bardziej realny?

—–

Odpowiedź na pytanie o możliwe wejście Białorusi do wojny zależy od tego, jak zdefiniujemy samo uczestnictwo w konflikcie. Bo czy przypadkiem Białoruś już nie bierze w nim udziału? Jeśli za wyznacznik uznać wysłanie własnych żołnierzy na front, odpowiedź brzmi: nie. Jeśli jednak spojrzeć szerzej – na logistykę, przemysł zbrojeniowy i wsparcie udzielane rosji – trudno utrzymywać, że Mińsk pozostaje jedynie biernym obserwatorem.

Już pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji rosyjskie wojska przekroczyły granicę Ukrainy także z terytorium Białorusi. To stamtąd ruszyło uderzenie na Kijów, a białoruskie lotniska, poligony i sieć kolejowa stały się zapleczem jednej z najważniejszych operacji pierwszych tygodni wojny. Z białoruskiego terytorium odpalano również rakiety i wykorzystywano je do przerzutu ludzi oraz sprzętu. Bez zgody Aleksandra Łukaszenki taki sposób prowadzenia działań nie byłby możliwy.

Na tym jednak współpraca się nie zakończyła. Gdy rosyjska armia zaczęła odczuwać braki sprzętu i amunicji, z białoruskich magazynów wywożono tysiące ton uzbrojenia. Obejmowało ono zarówno amunicję artyleryjską, jak i działa samobieżne 2S3 „Akacja”, moździerze samobieżne 2S9 „Nona-S”, haubice D-20 i D-30 oraz czołgi T-72A znajdujące się wcześniej w rezerwie. Część tego wyposażenia trafiła bezpośrednio na front w Ukrainie.

Z czasem współpraca weszła na kolejny poziom. Białoruskie zakłady rozpoczęły remonty rosyjskiego sprzętu uszkodzonego lub wycofanego z magazynów długotrwałego przechowywania, a tamtejszy przemysł coraz mocniej włączano w rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy. Dotyczy to zarówno produkcji komponentów, jak i dostaw specjalistycznych wyrobów wykorzystywanych przy produkcji uzbrojenia.

Szczególnie istotna okazała się rola Białorusi w obchodzeniu zachodnich sankcji. Dzięki ścisłej integracji gospodarczej z rosją stała się ona kanałem, którym do rosyjskiego przemysłu trafiają komponenty sprowadzane z państw trzecich, przede wszystkim z Chin. Dotyczy to między innymi obrabiarek, urządzeń przemysłowych, specjalistycznej chemii czy elementów elektronicznych, które następnie znajdują zastosowanie przy produkcji rakiet, amunicji i innego uzbrojenia.

Nie zmieniło się także znaczenie białoruskich przedsiębiorstw dla rosyjskiego przemysłu obronnego. Ciężkie podwozia produkowane przez Miński Zakład Ciągników Kołowych (MZKT) nadal wykorzystywane są jako platformy dla systemów rakietowych Iskander-M oraz strategicznych zestawów Topol-M i Jars. Z kolei zakłady mikroelektroniczne dostarczają komponenty znajdujące zastosowanie w rosyjskich programach rakietowych.

To wszystko oznacza, że choć białoruskie brygady nie przekroczyły granicy Ukrainy, państwo Łukaszenki jest jednym z elementów rosyjskiego zaplecza wojennego. Dostarcza infrastrukturę, wspiera logistykę, pomaga utrzymać produkcję zbrojeniową i ułatwia obchodzenie sankcji. Z tego punktu widzenia teza o „neutralności” Białorusi już dawno przestała odpowiadać rzeczywistości.

—–

A gdyby Łukaszenka zdecydował się wysłać swoją armię do walki, czy rzeczywiście mogłaby ona zagrozić Ukrainie? Białoruskie siły zbrojne pozostają jednymi z największych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, liczą około 45–48 tys. żołnierzy służby czynnej i dysponują rozbudowanym systemem mobilizacyjnym. Na papierze ich potencjał wygląda więc całkiem poważnie. Problem polega na tym, że liczby nie oddają rzeczywistych zdolności bojowych.

Większość wyposażenia białoruskiej armii wywodzi się jeszcze z czasów Związku Radzieckiego. Trzon wojsk pancernych stanowią czołgi T-72B i ich zmodernizowane wersje, wojska zmechanizowane wykorzystują bojowe wozy piechoty BMP-2 oraz transportery BTR, a artyleria nadal opiera się przede wszystkim na systemach poradzieckiej konstrukcji. Białoruś prowadzi wprawdzie programy modernizacyjne, rozwija własne bezzałogowce i środki walki radioelektronicznej, lecz skala tych działań nie zmienia zasadniczego obrazu – armia pozostaje znacznie słabsza od rosyjskiej, której „wyczyny” w Ukrainie wszyscy znamy.

Najmocniejszym elementem wojsk Łukaszenki nie są jednak wojska lądowe, a obrona powietrzna. Białoruś dysponuje gęstą siecią zestawów przeciwlotniczych S-300 i S-400 oraz nowoczesnymi środkami radiolokacyjnymi, które od lat funkcjonują we wspólnym z rosją systemie obrony powietrznej. W praktyce oznacza to, że przestrzeń powietrzna obu państw jest coraz bardziej zintegrowana, a granica między rosyjskimi i białoruskimi zdolnościami wojskowymi stopniowo się zaciera.

To zresztą znacznie szerszy proces. Od kilku lat oba państwa budują tzw. Regionalne Zgrupowanie Wojsk, prowadzą wspólne ćwiczenia, ujednolicają systemy dowodzenia i rozwijają wspólną logistykę. Na Białorusi stale przebywają rosyjscy żołnierze, a po 2022 roku pojawiły się tam również elementy rosyjskiej infrastruktury wojskowej, w tym systemy rakietowe oraz broń jądrowa, która – choć formalnie rozmieszczona na terytorium Białorusi – pozostaje pod kontrolą rosji.

Największą słabością armii Łukaszenki pozostaje jednak brak doświadczenia bojowego. W przeciwieństwie do rosjan czy Ukraińców białoruscy żołnierze od dziesięcioleci nie uczestniczyli w wojnie o dużej intensywności. Nie sprawdzono ich dowódców, procedur ani zdolności do prowadzenia skomplikowanych operacji połączonych (z którymi nadal nie radzą sobie rosjanie).

Dlatego większość zachodnich i ukraińskich analityków ocenia, że samodzielne uderzenie Białorusi na Ukrainę miałoby ograniczone szanse powodzenia. Nawet jeśli Mińsk zdołałby zmobilizować kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych rezerwistów, musiałby prowadzić działania na wyjątkowo trudnym kierunku operacyjnym. Północ Ukrainy jest dziś znacznie lepiej przygotowana do obrony niż w 2022 roku – rozbudowano umocnienia, zaminowano potencjalne kierunki natarcia, a ukraińskie dowództwo od dawna uwzględnia możliwość ponownego zagrożenia z terytorium Białorusi.

Nie oznacza to jednak, że armia białoruska byłaby dla Ukrainy nieistotna. Już sama groźba jej użycia zmusza Kijów do utrzymywania na północnym kierunku znacznych sił, których nie można skierować na Donbas czy południe kraju. Z militarnego punktu widzenia byłaby to więc przede wszystkim operacja wiążąca – niekoniecznie nastawiona na zdobywanie Kijowa, lecz na odciążenie rosyjskich wojsk walczących na głównych odcinkach frontu. To właśnie taki efekt mógłby okazać się dla Moskwy najcenniejszy.

—–

Skoro Białoruś od lat jest najbliższym sojusznikiem rosji, a jej armia pozostaje zintegrowana z rosyjskim systemem wojskowym, nasuwa się pytanie: dlaczego Aleksander Łukaszenka wciąż nie wysłał swoich żołnierzy do Ukrainy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału. W artykule próbuję również odpowiedzieć na pytanie, co opisana sytuacja oznacza dla Polski i szerzej, całej wschodniej flanki NATO. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ZSU, chce czy nie, musi trzymać część sił w rejonie ukraińsko-białoruskiej granicy. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Wsparcie

W nocy z 20 na 21 czerwca ukraińskie bezzałogowce i pociski uderzyły w zakłady „Sborka” w Woroneżu. Fabryka została wzięta na cel, ponieważ jest producentem podzespołów wykorzystywanych między innymi w pociskach manewrujących Ch-101, rakietach Iskander-K oraz w systemach przeciwlotniczych Pancyr-S1. Sam atak nie był niczym wyjątkowym – podobnych operacji Ukraina przeprowadziła już dziesiątki. rosyjskie kanały zajmujące się tematyką wojskową zasugerowały jednak, że do uderzenia wykorzystano nowy amerykański pocisk AGM-188A Rusty Dagger. Jeśli te informacje by się potwierdziły, byłby to pierwszy przypadek użycia bojowego tego uzbrojenia – co samo w sobie wymaga odnotowania.

A czym w ogóle jest Rusty Dagger? Narodziny programu AGM-188 są bezpośrednim skutkiem doświadczeń wojny rosyjsko-ukraińskiej. Po dwóch latach konfliktu Amerykanie doszli do wniosku, że arsenał precyzyjnej broni dalekiego zasięgu jest zbyt drogi, by używać go na masową skalę. Pociski Tomahawk czy JASSM oferują znakomite możliwości, lecz ich produkcja wymaga czasu, a koszt pojedynczego egzemplarza liczony jest w milionach dolarów. Poszukiwano więc rozwiązania prostszego i tańszego. Tak narodził się program Extended Range Attack Munition (ERAM), którego efektem stał się AGM-188A Rusty Dagger. Nowy pocisk ma dysponować zasięgiem przekraczającym 900 kilometrów, przenosić około 45-kilogramową głowicę bojową i być odpalany z samolotów F-16. Kluczowym założeniem było połączenie dużego zasięgu z relatywnie niskim kosztem produkcji.

Nie jest to broń przeznaczona do niszczenia całych kompleksów. Rusty Dagger projektowano z myślą o punktowych celach wysokiej wartości – stanowiskach dowodzenia, radarach, węzłach łączności czy elementach infrastruktury wojskowej znajdujących się setki kilometrów od linii frontu. Co ważne – od samego początku powstawał przede wszystkim z myślą o Ukrainie. Program rozwijano w wyjątkowo szybkim tempie, a kolejne etapy prób zakończono znacznie wcześniej, niż początkowo zakładano. Integrację z F-16 ukończono wiosną tego roku. To wtedy pojawiły się pierwsze doniesienia sugerujące, że część pocisków mogła już trafić do Ukrainy, choć oficjalnie dostawy mają rozpocząć się jesienią 2026 roku. Wydarzenia z Woroneża pozwalają postawić ostrożną hipotezę: że część pocisków mogła zostać przekazana Ukraińcom jeszcze przed rozpoczęciem pełnoskalowych dostaw. Nie byłby to zresztą precedens. W czasie tej wojny wielokrotnie zdarzało się, że kolejne typy uzbrojenia trafiały na front wcześniej, niż wynikałoby to z oficjalnych komunikatów.

Być może za kilka miesięcy okaże się, że AGM-188 rzeczywiście po raz pierwszy użyto pod Woroneżem. Być może rosyjskie źródła błędnie rozpoznały zastosowaną broń. W szerszej perspektywie nie ma to jednak większego znaczenia – ta historia ilustruje bowiem coś znacznie istotniejszego. Na przestrzeni minionego roku niemal cały ciężar finansowy związany ze wspieranie Ukrainy wzięła na siebie Europa, ale niezależnie od krzykliwej retoryki prezydenta Donalda Trumpa i jego administracji wyprodukowana w Stanach broń i amunicja wciąż trafia w ręce Ukraińców. Przez kilka pierwszych miesięcy prezydentury Trumpa wciąż realizowane były pakiety zatwierdzone jeszcze przez Joe Bidena. A w międzyczasie powstał drugi, ważniejszy kanał wsparcia. Coraz częściej zakupy finansowane są przez państwa europejskie lub struktury NATO, natomiast producentem pozostają przedsiębiorstwa amerykańskie. Innymi słowy, choć formalnie maleje bezpośrednie zaangażowanie Waszyngtonu, znaczenie amerykańskiego przemysłu obronnego pozostaje kluczowe. Nawet jeśli coraz częściej płacą za to Europejczycy.

Ten tekst – w rozszerzonej wersji – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie terenówki w służbie ZSU/fot. SzG ZSU

Hurra-optymizm

Krym coraz mocniej odczuwa skutki ukraińskich ataków i blokady, rosyjska armia naciera w Donbasie, a ukraińskie drony regularnie docierają do celów położonych setki kilometrów od frontu. Mimo to ani Ukraina nie stoi u progu odzyskania okupowanych terytoriów, ani rosja nie jest bliska rozstrzygnięcia wojny na swoją korzyść. Medialne hurra-optymistyczne narracje obu stron, wieszczące rychły przełom, nijak mają się do rzeczywistości.

We wrześniu 1941 roku niemieckie wojska zamknęły pierścień oblężenia wokół Leningradu. Rozpoczęła się blokada, która trwała niemal 900 dni i pochłonęła życie setek tysięcy mieszkańców miasta. Mimo katastrofalnej sytuacji Stalin ani przez moment nie rozważał kapitulacji. Powodów było kilka. Leningrad pozostawał ważnym ośrodkiem przemysłowym i bazą Floty Bałtyckiej, ale przede wszystkim miał znaczenie symboliczne. To właśnie tam narodziła się rewolucja bolszewicka. Utrata miasta byłaby dla Kremla nie tylko porażką wojskową, lecz także polityczną i ideologiczną katastrofą.

—–

Historia, choć nie wprost, lubi się powtarzać. Dziś, obserwując Krym, trudno nie dostrzec pewnych podobieństw. Ukraińskie ataki sprawiają, że półwysep staje się coraz bardziej odizolowany od rosji. Drony i pociski regularnie uderzają w mosty, linie kolejowe i stacje energetyczne. Równolegle pod ostrzałem znajdują się magazyny paliw, lotniska wojskowe i systemy obrony przeciwlotniczej. W efekcie ukraińskich ataków na półwyspie brakuje paliwa, występują poważne problemy z dostawami prądu i wody.

Każde ukraińskie uderzenie natychmiast rodzi spekulacje o rychłym odzyskaniu półwyspu. Tymczasem między skutecznym atakowaniem infrastruktury a odbiciem terytorium istnieje ogromna różnica. Aby odzyskać Krym, Ukraina musiałaby przełamać rosyjskie pozycje na południu, pokonać rozbudowane systemy umocnień, zapewnić sobie przewagę w powietrzu oraz utrzymać wielką operację logistyczną. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości dysponowała takimi możliwościami.

No i jest jeszcze jeden element tej układanki. Dla Kremla – zwłaszcza samego putina – Krym jest fundamentem politycznej narracji. W rosyjskiej propagandzie półwysep przedstawiany jest nie jako zdobyte terytorium, lecz jako „odzyskana” część ojczyzny. Z tego powodu jego utrata byłaby dla obecnych władz znacznie większym ciosem niż wycofanie się z wielu innych okupowanych obszarów Ukrainy. I właśnie dlatego rosja będzie bronić Krymu za wszelką cenę, a już na pewno nie będzie się liczyć z trudami życia jego mieszkańców.

Nie oznacza to, że ukraińska strategia jest nieskuteczna. Krym pełni dziś funkcję wielkiej bazy wojskowej. Stacjonują tam samoloty, śmigłowce, systemy przeciwlotnicze, centra dowodzenia i zaplecze logistyczne obsługujące działania na południowym odcinku frontu. Im trudniej utrzymać sprawne połączenia z półwyspem, tym mniejsza staje się jego użyteczność militarna.

Więc tak naprawdę Ukraina wcale nie musi zdobywać Krymu, by sprawiać rosji coraz większe problemy. A ponieważ rosja nie może sobie pozwolić na jego utratę, sytuacja bardziej przypomina długotrwałe zmaganie na wyniszczenie niż zapowiedź szybkiego i spektakularnego przełomu.

—–

O takim przełomie nie możemy też mówić w Donbasie, który pozostaje głównym teatrem działań wojennych. Obecnie szczególnie zacięte walki toczą się wokół Konstantynówki, miasta stanowiącego południową bramę do rozległego ukraińskiego systemu obronnego obejmującego również Drużkiwkę, Kramatorsk i Słowiańsk. W praktyce jest to ostatni duży pas silnie zurbanizowanych terenów pozostających pod kontrolą Kijowa w obwodzie donieckim.

rosjanie wywierają presję na Konstantynówkę z kilku kierunków jednocześnie. Po opanowaniu Czasiw Jaru i zajęciu znacznej części Torećka poprawili pozycje wyjściowe do dalszych działań, a w ostatnich tygodniach kontynuowali natarcia zarówno na południe, jak i na wschód od miasta. Równolegle próbują utrudnić Ukraińcom logistykę. Coraz częściej pojawiają się nagrania pokazujące ataki dronów na samochody poruszające się po drogach prowadzących do Konstantynówki, niekiedy wiele kilometrów od linii styczności wojsk.

rosjanie zachowują inicjatywę operacyjną, dysponują przewagą liczebną i są w stanie utrzymywać wysoką intensywność działań bojowych. Ukraińcy pozostają pod silną presją, a kolejne utracone połacie terenu ograniczają ich swobodę manewru. Rosyjskie kanały telegramowe – a za nimi część mediów, także na Zachodzie – kreślą wizję rychłego załamania ukraińskiego frontu. Czy realną? Dość napisać, że podobne prognozy słyszeliśmy już przy okazji walk o Bachmut, Awdijiwkę czy Pokrowsk. Za każdym razem rosyjskie sukcesy przedstawiano jako zapowiedź nieuchronnego rozpadu ukraińskiej obrony. Tymczasem front, choć stopniowo przesuwał się na zachód, nie uległ załamaniu. Ukraińska armia wielokrotnie udowadniała, że potrafi prowadzić działania opóźniające, wycofywać się na kolejne linie obrony i stabilizować sytuację nawet po utracie ważnych pozycji.

Konkludując wątek – droga od obecnych rosyjskich sukcesów pod Konstantynówką do pełnego opanowania Donbasu pozostaje bardzo długa. Nawet jeśli rosjanom uda się sforsować kolejne linie obronne, czeka ich walka o rozległą aglomerację słowiańsko-kramatorską, której zdobycie wymagałoby czasu, ludzi i sprzętu w ilościach znacznie większych niż te potrzebne do zajmowania mniejszych miejscowości. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec narracji zapowiadających szybki i spektakularny przełom.

—–

Osobnym wątkiem pozostają ukraińskie ataki na cele położone głęboko w rosji. W ostatnich miesiącach pod ostrzałem znalazły się rafinerie, magazyny paliw, zakłady przemysłowe, lotniska wojskowe i infrastruktura transportowa, w tym obiekty znajdujące się w Moskwie i Petersburgu. W tym kontekście warto wspomnieć niedawny atak na Centrum Łączności Kosmicznej w podmoskiewskiej Dubnej, kluczową infrastrukturę wykorzystywaną przez siły zbrojne rosji. Sam fakt skutecznego dotarcia do takiego celu pokazuje, jak bardzo rozwinęły się ukraińskie zdolności prowadzenia działań dalekiego zasięgu.

Sukcesy te coraz częściej interpretowane są jako zapowiedź strategicznego przełomu. W mediach – zwłaszcza społecznościowych – regularnie pojawiają się opinie, że seria podobnych uderzeń doprowadzi do załamania rosyjskiego przemysłu, paraliżu zaplecza wojskowego lub kryzysu społecznego, który zmusi Kreml do zakończenia wojny.

Historia podpowiada jednak ostrożność. Aby osiągnąć taki efekt, potrzebna jest długotrwała i niezwykle intensywna kampania lotnicza. Podczas II wojny światowej alianci przez lata bombardowali niemieckie miasta, zakłady przemysłowe i infrastrukturę transportową. Mimo gigantycznej skali nalotów III Rzesza walczyła aż do momentu zajęcia jej terytorium przez wojska lądowe. Wymowny jest przykład samej Ukrainy. Od ponad czterech lat rosyjskie rakiety, bomby i drony regularnie uderzają w ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Państwo ukraińskie poniosło ogromne straty, ale nie utraciło zdolności do prowadzenia wojny. Wszak między zadawaniem przeciwnikowi bolesnych strat a złamaniem jego zdolności do dalszej walki istnieje ogromna różnica.

Nie oznacza to, że ataki na rosyjskie zaplecze są bez sensu. Zmuszają rosjan do rozpraszania obrony przeciwlotniczej, zwiększają koszty funkcjonowania przemysłu i komplikują pracę części instytucji wojskowych. Pamiętajmy jednak, że rosja nie pozostaje bierna i wciąż szuka sposobów odpowiedzi na ukraińskie działania. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec prognoz zapowiadających szybki przełom.

Ten tekst, w istotnie rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. SzG ZSU