Samowystarczalni?

W 2026 roku Ukraina produkuje więcej uzbrojenia niż kiedykolwiek wcześniej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że kraj stopniowo uniezależnia się od zagranicznych dostaw. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.

Weźmy armatohaubicę Bogdana, jeden z największych sukcesów ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. To konstrukcja opracowana przez ukraińskich inżynierów i produkowana przez ukraińskie przedsiębiorstwa. Nie oznacza to jednak, że wszystkie elementy niezbędne do jej złożenia powstają nad Dnieprem.

Pierwszy prototyp osadzono na ukraińskim podwoziu KrAZ, ale kolejne serie wykorzystują podwozia zachodnie, przede wszystkim czeskie Tatry. Dotyczy to również części materiałów, komponentów oraz wyposażenia przemysłowego używanego w produkcji.

Armatohaubica to nie tylko lufa (też zachodnia…), zamek i podwozie. O jej skuteczności decydują m.in. system kierowania ogniem, środki łączności i komputery balistyczne. Ukraina rozwija własne rozwiązania w tym zakresie, ale nadal pozostaje uzależniona od importu wielu zaawansowanych podzespołów elektronicznych i optoelektronicznych. Dotyczy to choćby układów scalonych, modułów komunikacyjnych, odbiorników nawigacji satelitarnej, kamer czy elementów termowizji.

Do tego dochodzi kwestia amunicji. Bogdana wykorzystuje standardowe dla NATO pociski kalibru 155 mm. Ukraina uruchomiła ich własną produkcję, jednak nadal nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić potrzeb frontu. Innymi słowy, udana ukraińska konstrukcja artyleryjska pozostaje częścią znacznie większego, międzynarodowego systemu produkcji i zaopatrzenia.

Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku dronów, które stały się symbolem tej wojny. Ukraina projektuje własne konstrukcje, rozwija oprogramowanie i organizuje produkcję seryjną, jednak znaczna część wykorzystywanych podzespołów pochodzi spoza kraju. Dotyczy to silników elektrycznych, kontrolerów lotu, kamer, modułów transmisji danych, baterii czy elementów optoelektroniki.

Większość z tych produktów powstaje w Chinach. Wraz z zaostrzaniem przez Pekin kontroli eksportowych dotyczących technologii mogących znaleźć zastosowanie wojskowe, bezpośredni zakup komponentów przez ukraińskie firmy stał się znacznie trudniejszy niż na początku wojny. W efekcie kluczową rolę odgrywają pośrednicy, centra logistyczne i magazyny zlokalizowane poza Ukrainą.

Komponenty trafiają najpierw do państw Unii Europejskiej lub innych krajów trzecich, gdzie są kompletowane, magazynowane i kierowane do ukraińskich producentów. A więc i dron – zaprojektowany, zmontowany i używany przez Ukraińców – pozostaje produktem międzynarodowego łańcucha dostaw rozciągającego się od Azji po Europę Środkową.

W tym systemie szczególną rolę odgrywa Polska. To przez polską infrastrukturę logistyczną i przez polskie firmy przechodzi znaczna część towarów wykorzystywanych przez ukraiński przemysł obronny. Polska pomaga nie tylko dostarczać Ukrainie broń. Pomaga również tworzyć broń powstającą w Ukrainie. Ukraińska samowystarczalność w tym zakresie to mit.

—–

Mitem jest też opowieść o wtórnym znaczeniu innych systemów uzbrojenia. Wojna w Ukrainie jest wojną dronów, ale same bezzałogowce jej nie rozstrzygną. Owszem, kontrolują strefę śmierci, utrudniając przeciwnikowi manewr, ale pozycje obronne wciąż obsadzane są przez ludzi. Tych zresztą – po obu stronach – jest obecnie na froncie najwięcej w historii pełnoskalowego konfliktu – mimo postępującej dronizacji. A ludzie potrzebują m.in. amunicji strzeleckiej, kamizelek kuloodpornych, hełmów, środków łączności, noktowizorów, termowizorów i całej masy innego wyposażenia. Ukraina zaspokaja tylko część tych potrzeb we własnym zakresie.

Co więcej, dron nie tylko nie zajmie i nie utrzyma terenu. Nie przejmie też wszystkich zadań artylerii dalekiego zasięgu. Ukraińcy rozwijają własne konstrukcje, lecz nadal nie są w stanie zastąpić amerykańskich pocisków GMLRS wykorzystywanych do precyzyjnych uderzeń na głębokość 80 km. Kijów może produkować tysiące dronów, ale nie produkuje pocisków Patriot, IRIS-T czy NASAMS, które zestrzeliwują rosyjskie rakiety i pociski manewrujące. Nie wytwarza wyrzutni do tych systemów oraz radarów, które decydują o ich skuteczności. Bez tej broni ukraińskie miasta, infrastruktura energetyczna i zaplecze przemysłowe byłyby znacznie bardziej narażone na rosyjskie ataki.

Podobnie rzecz się ma w przypadku lotnictwa, które nie tylko pełni niebagatelną rolę w osłonie ukraińskiego zaplecza, ale realizuje też misje uderzeniowe na cele lądowe, w tym zadania porażenia rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Nie byłoby ostatnich spektakularnych akcji na Krymie, gdyby wcześniej ukraińskiemu lotnictwu nie udało się wyeliminować rosyjskich systemów radiolokacyjnych. To samoloty załogowe wyrąbały ukraińskim dronom wolną drogę na półwysep. Ukraina może remontować i modernizować ocalałe posowieckie maszyny – których ma coraz mniej – ale nie produkuje F-16 i Miraży, pocisków powietrze-powietrze czy bomb kierowanych.

Tych przykładów można by wymienić znaczenie więcej, dość powiedzieć, że o skuteczności ZSU wciąż w znacznym stopniu decydują „klasyczne” rodzaje uzbrojenia, a te najbardziej efektywne pochodzą z Zachodu. Podobnie jak istotna część wojskowej drobnicy. Wszystko to, w zdecydowanej większości, nim trafi do Ukrainy idzie przez Polskę. O czym wspominam w kontekście rozpalającego emocje orderowego sporu, mam bowiem wrażenie, że Ukraińcy zapominają o wkładzie Polski. W reakcji na decyzję prezydenta Nawrockiego podkreślają rolę Ukrainy, która w ich percepcji urasta do rangi obrońcy Polski. Polski jako obrońcy Ukrainy w tej opowieści nie ma.

I nie chodzi mi o ukraińską wdzięczność i podkreślanie polskich zasług. Mnie osobiście wystarczy, że Ukraińcy łoją ruskich. Nie zmienia to faktu, że jako chłodny analityk nie potrafię przejść do porządku dziennego nad krótkowzrocznością Wołodymyra Zełenskiego. Wszak ukraiński prezydent i jego otoczenie doskonale wiedzą, jak wygląda geografia wojny. Że Polska pozostaje najważniejszym lądowym łącznikiem Ukrainy z zachodnim zapleczem wojskowym i gospodarczym – i że szybkiej i funkcjonalnej alternatywy dla tego układu nie ma. Trudno mi zrozumieć gotowość do podejmowania działań, które w oczywisty sposób bolą polską opinię publiczną i wzmacniają środowiska opowiadające się za ograniczeniem wsparcia dla Kijowa.

Nie chodzi o to, że Polska nagle odwróci się od Ukrainy. Nie chodzi nawet o to, że Warszawa dysponuje jakimś politycznym „wyłącznikiem” ukraińskiego wysiłku wojennego. Chodzi o coś znacznie prostszego. Prowadząc wojnę o przetrwanie, nie warto igrać z państwem, przez które prowadzi najważniejsza droga łącząca front z jego zapleczem. Zwłaszcza gdy alternatywy istnieją głównie na mapie.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Order…

20 czerwca 2026 roku

Co pan sądzi na temat zamieszania z Orderem Orła Białego? – pytają mnie Czytelnicy.

Cóż, jest mi zwyczajnie smutno. Oto bowiem zamiast dojrzałego realizmu, obie strony – ukraińska poprzez prowokacje historyczne, a polska poprzez widowiskowe gesty odwetowe – postawiły na emocje.

Nie zmienia to faktu, że imperatywem dla Polski pozostaje przetrwanie ukraińskiej państwowości – ze względu na nasze bezpieczeństwo – a owo przetrwanie z oczywistych powodów jest również imperatywem samej Ukrainy. Dlatego obie strony muszą jak najszybciej „schować szable” i wytrwać w twardej, pragmatycznej współpracy – militarnej i gospodarczej – odcinając się od wizerunkowych wojen.

Ufam, że zwycięży ów rozsądek.

A emocje? Cóż, pozostaję lojalnie zakochany w swojej ojczyźnie, jaka by ona nie była (Polskę pisowską też kochałem). Ale nie zapominam, kto w wojnie z rosją jest tym dobrym, a kto tym złym. Nie wyprę się zachwytu ukraińskim hartem, determinacją, oddaniem, odwagą. Ta opowieść o umiłowaniu wolności – niepozbawiona brzydkich epizodów (wszelkich posowieckich i porosyjskich kulturowych złogów) – nieodmiennie angażuje moje serce. Jestem więc z Tobą, Ukraino. Rozumem – bo tego wymaga mój polski patriotyzm – i sercem. Trwaǰ i grom ruSSkich – ja na froncie medialnym dalej będę robił swoje.

21 czerwca 2026 roku

Kto jest tu ze mną dłużej, ten wie, co sądzę o prezydencie Nawrockim. Kto nie wie, temu pokrótce wyjaśnię – zmartwił mnie jego wybór i martwi jego prezydentura.

Ale nie o tym chciałbym dziś pisać – wspominam Nawrockiego, by zastrzec, że nie przyłączę się do chóru krytyków jego decyzji o odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu. Uważam ją za złą, ale wieszanie psów TYLKO na prezydencie RP, to fatalna postawa. Przysłania nam bowiem coś istotniejszego, mianowicie nieodpowiedzialność Wołodymyra Zełenskiego, który sprawę z Polską pokpił dokumentnie.

To nie jest randomowy Ukrainiec, który nie ma pojęcia o zbrodniach UPA, a gość, który słyszał o tym wielokrotnie. I co ważniejsze – dobrze wiedział, że wynoszenie na piedestał upowskich bandytów wybuchnie w Polsce niczym granat w szambie. On tymczasem olał to i dramatycznie naraził Ukrainę – i tego nie potrafię mu wybaczyć.

Przez Polskę idzie 90 proc. pomocy wojskowej, Rumunia jako alternatywa to wolne żarty – mają tam 30 proc. naszej przepustowości (a po ukraińskiej stronie jest jeszcze gorzej). Tego stanu nie da się zmienić z tygodnia na tydzień czy nawet z miesiąca na miesiąc; na to trzeba lat – czasu, którego Ukraina nie ma. Słowacja, Węgry? Jeszcze mniejsze możliwości i, nade wszystko, brak społecznej zgody na uczynienie tych krajów hubami.

Idźmy dalej. Wszyscy się zafiksowali na dronach i na tym, że Ukraina większość z nich wytwarza sama (co też nie jest prawdą…), ale fakty są takie, że bez wsparcia wojskowego z zewnątrz ZSU by się nie utrzymały. Broń, amunicja, mundury, smary, paliwo – to wszystko niemal w całości idzie przez Polskę. Zaraz putin przypierdzieli w odwecie za Moskwę, z jednej strony wyżywając się na cywilach, z drugiej atakując wrażliwe ukraińskie cele. Na przykład infrastrukturę paliwową. W efekcie sprowadzanie paliwa stanie się jeszcze większym wyzwaniem i koniecznością. Skąd Ukraina je ściągnie – z Białorusi?

Zełenski to wszystko wie i dramatycznie ryzykuje. Nie będę teraz szedł w autokrytykę, poprzestanę na stwierdzeniu, że Polacy mają skłonność do unoszenia się honorem. Kto nas zatrzyma, gdy wypiszemy się z roli hubu? Trump? Ten baran przyklaśnie. Europa? Obecny rząd jeszcze jej słucha, ale za progiem wybory, a języczkiem u wagi będzie elektorat nacjonalistyczny, antyukraiński; jak długo Tusk wytrwa w ignorowaniu tej siły?

I Zełenski też to wie, a przynajmniej powinien wiedzieć – jak nie on, to jego doradcy. I co? I nic; ukraiński prezydent wybrał igranie z naszymi słabościami i traumami. Nieodpowiedzialną zabawę z ogniem, bo przecież bez nas Ukraina zginie.

Jezu, jakbym chciał, by to był jakiś plac zabaw, by przyszedł starszy pan i zabrał gówniarzom (z obu stron) krzesiwo…

Płoń!

Moskwa, 18 czerwca 2026 roku.

Uważam, że to jest wspaniały widok…

Sądzę tak, choć wiem, czym jest wojna; doświadczyłem jej na własnej skórze. Wiem, że giną na niej również bogu ducha winni ludzie i zwierzęta. Że sytuacja ze zdjęcia to nic innego jak koszmarna ekologiczna katastrofa. A przecież ekosystemy nie walczą, nie są dla nas źródłem intencjonalnego zagrożenia – na wojnie są tylko ofiarą.

A mimo to ten widok mnie cieszy.

Karmi poczucie elementarnej sprawiedliwości, dobrze oddane w popularnym powiedzeniu: „kto sieje wiatr, ten zbiera burze”. rosjanie przynieśli Ukrainie tyle zła, tyle cierpienia, że takie coś po prostu im się należy. I jeszcze więcej – dłużej, mocniej, częściej.

Ale przemawia też przeze mnie pewien pragmatyzm. putin wykazuje się niezwykłą determinacją – rosja krwawi, a on wciąż chce prowadzić tę wojnę. Przy czym jego intencje są tu drugorzędne, kluczowe jest to, co poza putinem. Co pozwala mu na taką postawę. Źródłem rosyjskiej determinacji nie jest wola przywódcy, a zgoda poddanych. Tych, których słowo się liczy – wielkomiejskich, białych, prawosławnych rosjan, moskwian i petersburżan. Póki oni godzą się na wojnę, póty wojna będzie trwała. Pal licho bieda-ruskich z prowincji, masowo mielonych na froncie. Jebał pies przygraniczne wsie i miasta – ich los wielkomiejskim elitom zwisa i powiewa. Nasza chata z kraja, więc niech się dzieje.

Ale zaczyna się dziać i w Moskwie, i w Petersburgu. Na dobre, na grubo, coraz bardziej dotkliwie.

O ile znam dynamikę procesów społecznych, to nie może skończyć się dobrze dla putina. W końcu usłyszy od swoich „dość!”. Zabiją go przy tym czy nie – to już wtórna sprawa. Grunt, by skończyła się wojna.

Płoń więc Moskwo, radując moje oczy. I Petersburgu też. Z tego ognia będzie coś dobrego.

Obrona

Geografia od dekad pozostaje największym strategicznym problemem państw bałtyckich. Estonia, Łotwa i Litwa są niewielkie, a ich stolice i kluczowe węzły komunikacyjne znajdują się stosunkowo blisko granic z rosją i Białorusią. Oznacza to ograniczoną możliwość prowadzenia obrony manewrowej i niewielką przestrzeń do „kupowania czasu” poprzez wycofywanie wojsk w głąb kraju.

Problemem są też ograniczone zasoby demograficzne i wojskowe. Łącznie trzy państwa bałtyckie liczą niespełna sześć milionów mieszkańców, a ich armie – mimo intensywnej rozbudowy po 2022 roku – pozostają relatywnie niewielkie. Nawet zakładając szybkie rozwinięcie rezerw i wsparcie formacji obrony terytorialnej, Bałtowie nie są w stanie stworzyć masy porównywalnej z potencjałem rosyjskim. Z tego powodu przez lata w zachodnich analizach powracało pytanie, czy NATO byłoby zdolne skutecznie obronić region przed szybkim uderzeniem. Symbolem tego myślenia stał się opublikowany w 2016 roku raport amerykańskiej RAND Corporation. Po serii gier wojennych analitycy ocenili, że rosyjskie wojska mogłyby dotrzeć do Tallina i Rygi nawet w ciągu 60 godzin. Sojusz dysponował zbyt małym potencjałem na miejscu, by powstrzymać szybkie rosyjskie natarcie i uniknąć stworzenia polityczno-wojskowego faktu dokonanego.

Rozmieszczone po 2016 roku wielonarodowe batalionowe grupy bojowe również nie były siłami zdolnymi do samodzielnego odparcia pełnoskalowego rosyjskiego uderzenia. Ich rolą było raczej potwierdzenie, że ewentualny atak na państwa bałtyckie automatycznie oznaczałby konfrontację z całym Sojuszem Północnoatlantyckim. NATO zakładało wówczas, że kluczowe znaczenie będzie miało szybkie przerzucenie dodatkowych wojsk z Europy Zachodniej i USA już po rozpoczęciu kryzysu.

Od pierwszych godzin

Pełnoskalowa wojna w Ukrainie podważyła jednak wiele wcześniejszych założeń. rosyjska agresja pokazała, że Moskwa pozostaje gotowa do prowadzenia dużej wojny konwencjonalnej, a czas reakcji może mieć znaczenie decydujące. W efekcie NATO zaczęło odchodzić od modelu „tripwire” – symbolicznej obecności mającej uruchomić mechanizm odpowiedzi – na rzecz obrony wysuniętej, czyli forward defence.

Zmiana ta obejmuje kilka równoległych procesów. Państwa Sojuszu zwiększają liczebność wojsk obecnych na wschodniej flance, rozwijają regionalne plany obronne, rozbudowują magazyny sprzętu i amunicji oraz inwestują w infrastrukturę logistyczną umożliwiającą szybki przerzut sił. Szczególnie istotna była decyzja Niemiec z września 2025 roku o rozwinięciu na Litwie stałej brygady pancernej, co jeszcze niedawno uchodziło za politycznie trudne do wyobrażenia. Berlin bowiem ostrożnie podchodził do trwałego rozmieszczania dużych sił bojowych na wschodniej flance NATO, obawiając się eskalacji napięć z rosją i preferując model rotacyjnej obecności wojskowej. Strategiczne znaczenie ma także rozszerzenie w ostatnich latach NATO o Finlandię i Szwecję – rosji znacznie trudniej byłoby obecnie odizolować państwa bałtyckie od wsparcia sojuszniczego drogą morską czy powietrzną.

Nie oznacza to oczywiście, że problem obrony regionu został rozwiązany. Państwa bałtyckie nadal pozostają narażone na presję wynikającą z geografii i rosyjskiej przewagi ilościowej. Największa zmiana ostatnich lat – wypracowana na szczytach Sojuszu w Madrycie (w 2022 roku) i Wilnie (w 2023 roku) – polega jednak na czym innym: NATO przygotowuje się dziś już nie tyle do późniejszego odbijania utraconego terytorium, ile do prowadzenia obrony od pierwszych godzin ewentualnej wojny.

Model obrony totalnej

Estonia, Łotwa i Litwa konsekwentnie wzmacniają własne zdolności do prowadzenia obrony. Więcej piszę o tym w tekście opublikowanym w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej”, na potrzeby tego wpisu dość wspomnieć projekt Baltic Defence Line, obejmujący budowę umocnień, schronów, zapór przeciwczołgowych oraz przygotowanych pozycji obronnych wzdłuż potencjalnych kierunków rosyjskiego natarcia. Bałtowie nie próbują stworzyć nieprzenikalnej bariery zdolnej zatrzymać przeciwnika na granicy. Fortyfikacje, pola minowe czy przeszkody terenowe mają przede wszystkim spowalniać rosyjskie wojska, kanalizować ich ruch i zmuszać do działania w przewidywalnych kierunkach. Chodzi o kupowanie czasu – dla mobilizacji, przerzutu odwodów NATO oraz działania lotnictwa i artylerii dalekiego zasięgu. Istotnym elementem tych przygotowań stały się inwestycje w artylerię rakietową, w tym amerykańskie systemy HIMARS. Równolegle rozwijana jest obrona przeciwlotnicza. Litwa nabyła norweskie systemy NASAMS, zaś Estonia i Łotwa zdecydowały się na wspólny zakup niemieckich zestawów IRIS-T SLM. Dużą wagę przywiązuje się także do rozwoju systemów i taktyk dronowych. Wojna w Ukrainie pokazała, że nawet słabsze państwa mogą znacząco zwiększyć swoją skuteczność bojową dzięki połączeniu precyzyjnego ognia, danych rozpoznawczych i działania małych, mobilnych pododdziałów.

W tych rozważaniach nie sposób pominąć Polski, przez którą przebiegają główne lądowe szlaki przerzutu wojsk i sprzętu NATO z Europy Zachodniej oraz Stanów Zjednoczonych do regionu. Bez utrzymania zdolności do bezpiecznego transportu sił z Polski na Litwę skuteczna obrona Estonii, Łotwy i Litwy byłaby niezwykle trudna, a w wielu scenariuszach wręcz niemożliwa. Problem ten szerzej omawiam w przywołanym tekście dla „PZ”. Jako się rzekło, znajdziecie go w czerwcowym numerze magazynu, wraz z kolejnym moim artykułem, poświęconym wojnie powietrznej nad Ukrainą. Najnowsza „Polska Zbrojna” jest dostępna w sprzedaży w salonikach prasowych, e-wersję możecie nabyć pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

(Nie)moc

Przed 24 lutego 2022 roku eksperci nie spodziewali się takiego przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą. „Sądziłem, że będzie jak w Zatoce Perskiej”, przyznaje mjr rez. pil. Michał Fiszer, analityk militarny. „Że dojdzie do zniszczenia obrony przeciwlotniczej, zdobycia przewagi powietrznej i regularnych uderzeń dużych ugrupowań lotniczych na cele w głębi Ukrainy”.

Taki scenariusz wydawał się logiczny również dlatego, że rosja latami budowała wizerunek swoich sił powietrznych jako nowoczesnej formacji. Pokazywano nowe samoloty, uzbrojenie precyzyjne i zaawansowane systemy celownicze. „Tymczasem część tej nowoczesności była iście »potiomkinowska«”, mówi Fiszer. „rosjanie chwalili się własnymi zasobnikami celowniczymi, a później wychodziło, że to »przepakowane« rozwiązania francuskie, które bez wsparcia serwisowego po prostu nie działały”.

Latanie w ciemno

Szybko okazało się, że rosyjskie problemy z opanowaniem przestrzeni powietrznej nad Ukrainą nie wynikają wyłącznie z jakości sprzętu. Ważniejsze były ograniczenia doktrynalne, organizacyjne i systemowe. rosjanie dysponowali stosunkowo nowoczesnymi samolotami i dużą liczbą pocisków, ale nie potrafili połączyć wszystkich elementów w spójną operację. „Ich działania były wyizolowane”, podkreśla ppłk rez. pil. Marcin Modrzewski, były dowódca 10 Eskadry Lotnictwa Taktycznego. „Brakowało synergii między lotnictwem, rozpoznaniem, walką radioelektroniczną, obroną przeciwlotniczą i wojskami lądowymi”.

W zachodnim modelu operacji lotniczej samoloty uderzeniowe nie działają samodzielnie. Towarzyszą im maszyny walki radioelektronicznej, wczesnego ostrzegania, platformy rozpoznawcze i wyspecjalizowane systemy zwalczania obrony przeciwlotniczej. Część samolotów nie atakuje celów naziemnych – ich zadaniem jest „oślepienie” przeciwnika, zakłócenie radarów i stworzenie bezpiecznego korytarza dla maszyn uderzeniowych.

rosjanie nie byli w stanie przeprowadzić takiej kampanii. Już w pierwszych dniach wojny stało się jasne, że mają ogromne problemy z lokalizowaniem ukraińskich radarów i zwalczaniem OPL. „Ich pociski przeciwradiolokacyjne często lądowały w przypadkowych miejscach”, mówi mjr Fiszer. „Momentami wyglądało to tak, jakby rosyjskie lotnictwo latało kompletnie w ciemno”.

Zdaniem ppłk Modrzewskiego, jednym z najlepszych przykładów rosyjskich problemów stała się bitwa o Hostomel. Pierwszego dnia wojny rosjanie próbowali przejąć strategiczne lotnisko pod Kijowem, desantując tam wojska śmigłowcami. Plan zakładał szybkie zabezpieczenie pasa startowego i przerzut kolejnych oddziałów ciężkimi Iłami-76. rosjanie próbowali jednak przeprowadzić operację powietrznodesantową bez wcześniejszego zdobycia panowania w powietrzu. „To było myślenie niemal dziewiętnastowieczne”, ocenia pułkownik. „NATO nigdy nie próbowałoby wykonywać takiej operacji bez wcześniejszego obezwładnienia obrony przeciwlotniczej przeciwnika i zabezpieczenia przestrzeni powietrznej”. Nieniepokojeni „z góry” Ukraińcy odzyskali kontrolę wokół lotniska. Ił-76 nie wylądowały w Hostomlu, a rosyjski plan zajęcia Kijowa – mający prowadzić do błyskawicznego zakończenia kampanii – spełzł na niczym.

Zaczęły też wychodzić na jaw problemy z kontrolą własnej przestrzeni powietrznej i wymianą danych między poszczególnymi elementami rosyjskiego systemu walki. „Jeśli dochodzi do sytuacji, w której własna obrona przeciwlotnicza zestrzeliwuje samolot wczesnego ostrzegania A-50, to jakość systemu »swój-obcy« jest wątpliwa, a świadomość sytuacyjna niska”, mówi Marcin Modrzewski.

Wojna na dystans

Długo by wymieniać inne słabości, dość że ukraińskie zestawy S-300, Buk, a później także zachodnie Patrioty czy NASAMS-y szybko odebrały rosjanom zdolność do prowadzenia głębokich operacji nad Ukrainą. Ale i Ukraińcy nie mogli pozwolić sobie na głębokie loty. „rosjanie mają gęsty, warstwowy system obrony przeciwlotniczej”, opowiada Michał Fiszer. „Do tego dochodzą MiG-31 uzbrojone w pociski R-37M. To są rakiety, które mogą razić cele z odległości 200 km”. Ukraińskie lotnictwo musi więc działać bardzo ostrożnie nawet daleko od linii frontu. Jego aktywność potrafi ograniczyć już samo pojawienie się rosyjskich myśliwców dyżurujących nad własnym terytorium. „Ukraińskie maszyny były zestrzeliwane z ogromnych odległości”, mówi Fiszer. „Pilot często nawet nie miał świadomości, skąd odpalono rakietę”.

W efekcie obie strony zaczęły razić się z odległości, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących. Zdecydowaną przewagę wciąż mają tu rosjanie, dysponujący lotnictwem strategicznym, zdolnym atakować cele głęboko znad terytorium rosji, oddalone nawet o 2,5 tys. km. Z tym że takie ataki wymierzone są w infrastrukturę krytyczną – decydują o tym koszty i ograniczona podaż „inteligentnych” systemów broni. Frontowa „młócka” wymaga zaś tańszych rozwiązań. Tak narodziła się jedna z najważniejszych adaptacji tej wojny: masowe użycie bomb szybujących, pozwalających na wsparcie wojsk lądowych z bezpieczniejszego dystansu. Proces zainicjowali rosjanie. Stare bomby FAB zaczęli wyposażać w moduły UMPC – rozkładane skrzydła i systemy nawigacji satelitarnej. Dzięki temu ciężka, pierwotnie niekierowana bomba mogła zostać zrzucona nawet kilkadziesiąt kilometrów od celu. Sama technika ataku jest nieco archaiczna – rosyjskie samoloty lecą nisko, próbując ukryć się przed radarami i skrócić czas przebywania w zasięgu ukraińskiej OPL. „Maszyna praktycznie »kosi ziemię«, potem robi gwałtowną górkę, wykonuje zrzut i natychmiastowy zakręt z odejściem”, opisuje Fiszer. Pilot nie widzi celu, bomba leci na zaprogramowane współrzędne. „Te bomby są bardzo skuteczne”, mówi Fiszer. „Dobrze przygotowany schron trudno zniszczyć dronem, ale bomba szybująca potrafi zmieść takie stanowisko z powierzchni ziemi”.

Masowe użycie bomb szybujących stało się jednym z najważniejszych elementów rosyjskiej taktyki w latach 2023–2025.

Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak masowe użycie systemów bezzałogowych – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Materiał – poza częścią opisową dotyczącą przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą – odnosi się również do popularnego argumentu, wedle którego dronizacja doprowadziła do „końca klasycznego lotnictwa”. Tej opinii często towarzyszy refleksja, że NATO nie jest gotowe na konflikt z rosją – do czego odnoszą się moi rozmówcy. W czerwcowy numerze „PZ” znajdziecie także mój drugi tekst, poświęcony hipotetycznej obronie krajów nadbałtyckich w razie agresji rosji. Magazyn jest dostępny w sprzedaży w salonikach prasowych, e-wersję możecie nabyć pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. rosyjska bomba szybująca FAB 3000 z modułem UMPC/fot. mofr