Głębia

Rozległość terytorialna pozostaje militarnym atutem, ale jej znaczenie nie jest już kluczowe. Wojna w Ukrainie dobrze to pokazuje.

W klasycznym ujęciu głębia strategiczna wiązała się z przestrzenią. Ten sposób myślenia wyrasta z epoki wojen manewrowych i przemysłowych. Historia dostarcza tu klasycznych przykładów. Kampania Napoleona w rosji w 1812 roku czy niemiecka operacja „Barbarossa” w 1941 roku pokazały, że ogromne terytorium może działać jak swoisty amortyzator – pochłaniać impet ofensywy i prowadzić do wyczerpania agresora. W obu przypadkach przeciwnik wciągnięty w głąb państwa tracił zdolność do skutecznego działania, a obrońca zyskiwał czas na mobilizację i odbudowę sił. W tym sensie głębia strategiczna była nierozerwalnie związana z możliwością oddawania terenu w zamian za czas. Im większe państwo, tym ma większą zdolność do przetrwania pierwszego uderzenia przeciwnika. Ten klasyczny model miał jednak swoje ograniczenia – i jak pokazuje XX wiek, z czasem zaczął się kruszyć.

„Wraz z upowszechnieniem samolotu, a później rakiet dalekiego zasięgu, nastąpiło załamanie tradycyjnej głębi strategicznej”, mówi dr Łukasz Przybyło z Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie. „Po raz pierwszy w historii przeciwnik zyskał zdolność oddziaływania na całe terytorium państwa”. Fabryki, węzły komunikacyjne, centra dowodzenia – wszystko to mogło zostać zaatakowane bez konieczności przełamywania linii frontu. W drugiej połowie XX wieku ten proces tylko przyspieszył i obecnie, w XXI wieku, osiągnął punkt kulminacyjny. Już nie tylko rakiety, ale także bezzałogowe systemy uderzeniowe pozbawiają głębi strategicznej nawet najrozleglejsze mocarstwa. rosja, której zaplecze znalazło się w zasięgu rażenia ukraińskich dronów, jest tego najlepszym przykładem.

—–

Mamy jednak doświadczenia Ukrainy, które zdają się potwierdzać wagę klasycznego rozumienia głębi strategicznej. Spore terytorium – niemal dwa razy większe od Polski – utrudniło rosjanom szybkie osiągnięcie celów. „Przy relatywnie niewielkim rosyjskim zaangażowaniu – rzędu 120–130 tys. żołnierzy – przestrzeń Ukrainy niejako rozpuściła nacierające wojska”, przekonuje dr Przybyło. „Rozciągnięte linie komunikacyjne i trudności z koncentracją sił sprawiły, że ofensywa szybko utraciła impet”. W tym sensie geografia odegrała istotną rolę. Dała Ukrainie czas – a ten został wykorzystany na mobilizację, reorganizację obrony i pierwsze skuteczne kontrataki.

Jednocześnie, co mocno podkreśla płk rez. Ireneusz Kulesza z Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu, sama przestrzeń nie przesądziła o wyniku pierwszej fazy wojny w Ukrainie. Kluczowe okazały się inne czynniki: błędna ocena sytuacji przez rosjan, głównie niedoszacowanie militarnych możliwości przeciwnika oraz odporności ukraińskiego państwa i społeczeństwa. „Znaczenie głębi strategicznej było ograniczone w czasie”, twierdzi płk Kulesza. „Odegrała ona rolę przede wszystkim do momentu załamania rosyjskiego planu szybkiej operacji – czyli do pierwszych tygodni wojny. Gdy rosja zmieniła cele i przeszła do działań na wschodzie i południu Ukrainy, rola przestrzeni się zmieniła”. Front się ustabilizował, a wojna zaczęła przypominać realia znane z I wojny światowej: długie linie obronne i walki pozycyjne.

I tym samym głębia strategiczna ujawniła swoją mniej oczywistą stronę. Rozległość terytorium i długość frontu stały się dla Ukrainy poważnym wyzwaniem. Utrzymanie kilkusetkilometrowej linii styczności wojsk wymaga ogromnych zasobów – zarówno ludzkich, jak i sprzętowych. Jak zwraca uwagę dr Kulesza, w sytuacji ograniczonego potencjału każde przesunięcie sił na zagrożony odcinek oznacza osłabienie innego kierunku. W takim układzie głębia może działać na korzyść przeciwnika. W przypadku przełamania frontu daje mu przestrzeń do manewru, rozwinięcia natarcia i wejścia w głąb ugrupowania obronnego. Jeśli broniące się państwo nie dysponuje odpowiednimi odwodami operacyjnymi, może to prowadzić do szybkiej destabilizacji całego systemu obrony.

—–

Taki scenariusz na Wschodzie się nie ziścił. rosjanie nie dysponowali potencjałem wystarczającym do przełamania ukraińskiej obrony, przeszli więc do prowadzenia wojny na wyniszczenie. To unaoczniło znaczenie innych czynników niż sama przestrzeń, co prowadzi do zasadniczej rewizji pojęcia głębi strategicznej. Otóż coraz trudniej traktować ją wyłącznie jako kategorię geograficzną. „Po Ukrainie nie można mieć już złudzeń: głębia strategiczna to system”, mówi płk rez. Ireneusz Kulesza. „Obejmujący zarówno siły zbrojne, jak i całe zaplecze państwa: przemysł, logistykę, zdolności mobilizacyjne, strukturę dowodzenia czy odporność społeczną”. W tym ujęciu przestaje być istotne, ile kilometrów dzieli granicę od centrum państwa. Kluczowe jest to, czy państwo potrafi działać pod uderzeniami przeciwnika: odtwarzać straty, utrzymać system dowodzenia, zapewnić logistykę i mobilizować zasoby. Podobnie problem ujmuje dr Łukasz Przybyło, wskazując, że głębia strategiczna jest sumą wielu czynników – infrastruktury, demografii, odporności systemu państwowego i powiązań sojuszniczych. Geografia pozostaje jednym z elementów tej układanki, ale nie jest już dominująca.

Przyjrzyjmy się zatem pozostałym komponentom tak pojmowanej głębi. Podstawowym pozostają siły zbrojne – ale rozumiane szerzej niż tylko jako jednostki liniowe. „Kluczowe znaczenie mają odwody operacyjne i strategiczne, zdolność do prowadzenia manewru, integracja rozpoznania i środków rażenia, obrona przed środkami napadu powietrznego”, wylicza dr Kulesza. Szczególnego znaczenia nabiera zdolność do oddziaływania na ugrupowanie przeciwnika – także na jego zaplecze. Jak podkreśla naukowiec z AWL-u, nawet skuteczna obrona pierwszej linii nie wystarczy, jeśli przeciwnik zachowa możliwość wprowadzania do walki kolejnych odwodów. Dlatego zdolności do dalekiego rażenia stają się jednym z kluczowych elementów współczesnej głębi. W tym sensie nie jest ona już wyłącznie kategorią defensywną. Nie tylko się ją posiada – można ją także budować kosztem przeciwnika. Uderzenia w zaplecze logistyczne, system dowodzenia czy odwody operacyjne ograniczają wrogowi swobodę działania, „spłaszczając” mu jego głębię.

Wojna w Ukrainie brutalnie przypomniała, że konflikt o dużej skali pozostaje starciem potencjałów przemysłowych. Głębia strategiczna w tym wymiarze oznacza zdolność do produkcji amunicji i sprzętu, sprawny system napraw i odtwarzania strat, odporne łańcuchy dostaw, wydolną logistykę. „Armia jest jedynie narzędziem – wojny prowadzi państwo”, podkreśla Ireneusz Kulesza. „Jeśli zaplecze przemysłowe i logistyczne zawiedzie, nawet najlepiej wyszkolone wojsko szybko utraci zdolność do działania”.

—–

Jednym z najważniejszych elementów współczesnej głębi strategicznej jest społeczeństwo. Chodzi nie tylko o liczebność potencjalnych rezerw, ale też, przede wszystkim, o odporność psychiczną, gotowość do ponoszenia strat, zdolność do mobilizacji oraz zaufanie do instytucji państwa. Jak podkreśla dr Łukasz Przybyło, doświadczenie Ukrainy pokazuje, że to właśnie ten czynnik bezpośrednio przekłada się na zdolność prowadzenia wojny. „Zaufanie to nie jest kwestia emocji, tylko funkcjonalności państwa”, przekonuje naukowiec z ASzW. „Jeśli ludzie wierzą, że państwo działa, są skłonni podporządkować się decyzjom – stawić się do wojska, zaakceptować ograniczenia, wykonywać polecenia. Jeśli nie, system zaczyna się rozpadać od środka”.

Istotnym elementem współczesnej głębi strategicznej są sojusze. W warunkach, w których większość państw nie jest w stanie samodzielnie zbudować pełnego spektrum zdolności, głębia coraz częściej ma charakter ponadnarodowy. W praktyce oznacza to, że zaplecze państwa nie kończy się na jego granicach… – o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w majowym numerze „Polski Zbrojnej”. Miesięcznik wciąż dostępny jest w wersji papierowej, e-wydanie – gdzie przeczytacie także inne moje teksty – znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

„Obcy”

Nagrania z myśliwców, świetliste obiekty nad Syrią, meldunki marynarzy i archiwa z czasów zimnej wojny – Pentagon rozpoczął publikację kolejnych akt dotyczących UFO. Choć dokumenty nie przynoszą dowodów na istnienie obcych, pokazują, że nowoczesne wojskowe systemy rejestrują zjawiska, których nie potrafią zidentyfikować. Skali tego problemu armia nie może już ignorować.

W listopadzie 2004 roku piloci amerykańskiej marynarki wojennej ćwiczyli nad Pacyfikiem, kilkaset kilometrów od wybrzeży Kalifornii. W pewnym momencie operatorzy radaru na krążowniku USS Princeton wykryli obiekt, który zachowywał się w sposób trudny do wyjaśnienia: gwałtownie zmieniał wysokość, wykonywał manewry przekraczające możliwości znanych maszyn i nie emitował sygnałów charakterystycznych dla samolotu czy pocisku. Gdy do przechwycenia skierowano myśliwce F/A-18 Super Hornet, jeden z pilotów opisał później obiekt jako biały, podłużny i przypominający kształtem… cukierek Tic Tac.

Obcy, ale inni…

Przez lata podobne historie funkcjonowały głównie na pograniczu wojskowych plotek, internetowych teorii i popkultury. Oficjalnie Pentagon unikał tematu lub traktował go z wyraźnym dystansem. Dziś sytuacja wygląda już inaczej. Departament Wojny USA rozpoczął publikację kolejnych partii odtajnionych materiałów dotyczących UAP (ang. Unidentified Anomalous Phenomena) – niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych – dawniej określanych jako UFO (niezidentyfikowane obiekty latające). W ujawnionych archiwach znalazły się raporty pilotów, materiały radarowe, zdjęcia, nagrania wideo i dokumenty sięgające czasów zimnej wojny.

Obecna fala odtajniania dokumentów nie jest jednorazową akcją, lecz elementem procesu rozpoczętego kilka lat temu. Punktem zwrotnym okazały się opublikowane w 2017 roku przez „New York Times” informacje o tajnym programie AATIP (Advanced Aerospace Threat Identification Program), prowadzonym przez Pentagon jeszcze od czasów administracji George’a W. Busha. Wkrótce do opinii publicznej trafiły również krótkie nagrania wykonane przez pilotów marynarki wojennej – m.in. słynny już „Tic Tac”. Po raz pierwszy amerykańska administracja oficjalnie potwierdziła ich autentyczność.

Od tego momentu temat zaczął stopniowo wychodzić z politycznego i wojskowego cienia. W Kongresie odbyły się publiczne przesłuchania z udziałem wojskowych i urzędników wywiadu, a ówczesny Departament Obrony powołał specjalną komórkę analityczną AARO – All-domain Anomaly Resolution Office. Jej zadaniem stało się zbieranie i analizowanie raportów dotyczących niezidentyfikowanych obiektów obserwowanych w powietrzu, na morzu, w przestrzeni kosmicznej, a nawet pod wodą.

To właśnie AARO odpowiada dziś za tworzenie centralnego archiwum UAP. Pentagon publikuje tam kolejne dokumenty: raporty świadków, meldunki wojskowe, fotografie, materiały z sensorów pokładowych oraz historyczne analizy sięgające okresu zimnej wojny. W części przypadków chodzi o incydenty znane od lat, wcześniej jednak funkcjonujące w przestrzeni publicznej głównie w formie przecieków lub niepotwierdzonych relacji. Inne dokumenty po raz pierwszy ujrzały na światło dzienne.

Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, czego w tych materiałach nie ma. Nie pojawiają się żadne jednoznaczne dowody na obecność technologii pozaziemskiej. W ogromnej większości przypadków raporty kończą się bardziej prozaicznie: „brak wystarczających danych”, „nie udało się ustalić charakteru obiektu” albo „prawdopodobne zjawisko naturalne”. Część incydentów udało się po latach wyjaśnić jako błędne interpretacje odczytów radarowych, efekt działania sensorów optycznych czy zaobserwowane balony i drony.

Paradoksalnie właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że Pentagon traktuje temat poważnie. Dla wojskowych analityków problemem nie jest bowiem pytanie o „obcych”, lecz o to, dlaczego nowoczesne systemy obserwacji coraz częściej rejestrują obiekty, których nie można szybko i pewnie sklasyfikować. A w realiach współczesnej rywalizacji mocarstw każda taka luka oznacza potencjalne ryzyko dla bezpieczeństwa.

Co znalazło się w dokumentach?

Największe zainteresowanie wzbudzają oczywiście konkretne incydenty opisane w odtajnionych materiałach. Pentagon opublikował zarówno historyczne raporty z czasów zimnej wojny, jak i znacznie nowsze przypadki rejestrowane przez współczesne systemy wojskowe. Wśród nich regularnie powracają obserwacje pilotów marynarki wojennej i sił powietrznych USA, którzy meldowali spotkania z obiektami zachowującymi się w sposób trudny do wyjaśnienia.

Najbardziej znanym pozostaje wspomniany już incydent „Tic Tac” z 2004 roku. Według relacji pilotów obiekt miał gwałtownie zmieniać wysokość i prędkość, nie wykazując przy tym cech charakterystycznych dla klasycznych statków powietrznych. W odtajnionych dokumentach pojawiają się także materiały związane z nagraniami zatytułowanymi „Gimbal” i „GoFast”, wykonanymi kilka lat później przez pilotów F/A-18. Szczególnie nagranie „Gimbal”, pokazujące obiekt obracający się w locie, stało się jedną z ikon współczesnej debaty o UAP.

W archiwach znalazły się również raporty dotyczące obserwacji nad Bliskim Wschodem, w tym nad Syrią, gdzie amerykańskie siły prowadziły operacje przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu. Część meldunków opisuje niewielkie obiekty lub świetliste kule pojawiające się w pobliżu wojskowych tras lotniczych i baz. W innych przypadkach chodziło o zjawiska rejestrowane przez radary okrętów operujących na Pacyfiku i Atlantyku.

(…)

Jednocześnie charakterystyczne jest to, że ogromna część dokumentów pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. W wielu raportach brakuje pełnych danych telemetrycznych, jakość nagrań jest słaba, a relacje świadków bywają sprzeczne. Pentagon podkreśla więc, że samo zakwalifikowanie incydentu jako „niewyjaśnionego” nie oznacza automatycznie istnienia technologii pozaziemskiej. Najczęściej oznacza jedynie, że dostępne informacje nie pozwalają na definitywne ustalenie, z czym rzeczywiście mieli do czynienia operatorzy i piloci.

(…)

Obiekt obserwowany przez pilotów myśliwców albo rejestrowany przez radary okrętu wojennego może okazać się błędem sensora, efektem zakłóceń elektronicznych, eksperymentalnym dronem, platformą rozpoznawczą przeciwnika albo po prostu zjawiskiem atmosferycznym źle zinterpretowanym przez operatora.

Wojsko nie może jednak zakładać tego z góry. Szczególnie że część najbardziej znanych incydentów miała miejsce w pobliżu strategicznych instalacji wojskowych i grup lotniskowcowych. W ostatnich latach amerykańskie media wielokrotnie opisywały przypadki niezidentyfikowanych dronów pojawiających się nad bazami USA czy obiektami infrastruktury krytycznej. Granica między „dziwnym zjawiskiem” a realnym incydentem kontrwywiadowczym zaczęła się zacierać.

(…)

Reasumując, Pentagon nie boi się tak „obcych”, jak własnej niewiedzy. To wniosek, który przebija się z lektury ujawnionych akt.

Pełną wersję tego tekstu – który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Innowacja!

Po półtorarocznej turze kończy się misja gen. bryg. Witolda Bartoszka, zastępcy dowódcy – asystenta ds. wsparcia w Dowództwie NATO ds. Szkolenia Bojowego, Wsparcia i Pomocy Siłom Zbrojnym Ukrainy (NSATU). Rozmawiam z generałem o roli NSATU, lekcjach płynących z wojny z rosją oraz o tym, jak doświadczenia ukraińskiej armii zmieniają myślenie NATO o współczesnym polu walki.

Marcin Ogdowski: Pełnoskalowa wojna rosji przeciwko Ukrainie trwa już piąty rok. Jak w tym czasie zmieniła się misja NSATU i jakie są dziś jej najważniejsze zadania?

Gen. bryg. Witold Bartoszek: Żeby zrozumieć, jak ewoluowała nasza misja, trzeba najpierw spojrzeć na samą wojnę. rosja, mimo ogromnych kosztów, nie osiągnęła żadnego strategicznego celu. rosjanie zdobywali teren bardzo powoli, często licząc postępy w metrach, a nie kilometrach. Dobrym przykładem jest kierunek Bachmut–Pokrowsk. Przesunięcie linii frontu o niespełna 50 kilometrów zajęło im ponad 20 miesięcy i kosztowało około 300 tys. ofiar. To pokazuje skalę strat i cenę, jaką płaci rosja.

Jednocześnie Moskwa nie zmniejszyła presji. Wręcz przeciwnie – zintensyfikowała kampanię powietrzną. rosja regularnie używa pocisków balistycznych, manewrujących i dronów dalekiego zasięgu do ataków na infrastrukturę krytyczną, transport publiczny czy osiedla mieszkaniowe. Celem jest osłabienie odporności społeczeństwa i pozbawienie ludzi podstawowych usług.

A jednak Ukraina nadal się broni…

Jej odporność, zdolność adaptacji i determinacja robią ogromne wrażenie. Ta wojna pokazała jedną fundamentalną rzecz: tylko silne i dobrze wyposażone ukraińskie siły zbrojne mogą skutecznie odstraszać rosję i negocjować z pozycji siły. W tym właśnie miejscu pojawia się rola NSATU. Zaczynaliśmy półtora roku temu jako niewielki zespół pracujący w namiotach przy lotnisku. Dziś jesteśmy w pełni funkcjonującą strukturą liczącą ponad 300 osób z 31 państw. Pracujemy całodobowo razem z ukraińskimi oficerami łącznikowymi.

Naszym zadaniem jest koordynacja wsparcia dla Ukrainy – od logistyki i dostaw sprzętu po szkolenia i rozwój zdolności. W praktyce jesteśmy centralnym węzłem łączącym potrzeby Ukrainy z możliwościami państw sojuszniczych. To bardzo złożony proces. Wspólnie z ukraińskimi partnerami prowadzimy katalog obejmujący ponad 30 tys. różnych pozycji sprzętowych i logistycznych. Lista jest stale aktualizowana zgodnie z sytuacją na froncie. To na jej podstawie określamy priorytety i koordynujemy wsparcie.

Proszę wskazać te priorytety.

Najpilniejsze potrzeby są dziś trzy. Pierwsza to obrona przeciwlotnicza, szczególnie systemy zdolne do zwalczania pocisków balistycznych i manewrujących. Zapotrzebowanie jest ogromne, a globalna podaż ograniczona. Druga kwestia to amunicja 155 mm o zwiększonym zasięgu i precyzyjne systemy rażenia dalekiego zasięgu. Ukraina potrzebuje ich, by osłabiać rosyjskie zdolności bojowe i ograniczać swobodę działania przeciwnika.

Trzeci obszar to drony. Ukraina ma dziś bardzo rozwinięty sektor produkcji systemów bezzałogowych. W wielu przypadkach nie brakuje technologii czy kompetencji, lecz finansowania. Bardzo ważna jest też przejrzystość dotycząca dostaw. Wczesne deklaracje i jasne informacje o przekazywanym sprzęcie mają ogromne znaczenie dla ukraińskiego planowania operacyjnego. Jeśli chodzi o szkolenia, obecnie zaspokajamy około 75 proc. potrzeb Ukrainy. Wspólnie z partnerami przeszkoliliśmy już ponad 43 tys. ukraińskich żołnierzy.

Ale dziś nie chodzi już wyłącznie o liczby. Najważniejsze jest to, by szkolenia odpowiadały realiom wojny o wysokiej intensywności. W wielu państwach podstawowe szkolenie wojskowe przez lata było projektowane pod zupełnie inne konflikty.

Dlatego coraz szerzej korzystamy z doświadczeń ukraińskich żołnierzy mających bezpośredni kontakt z frontem. Wprowadzamy szybkie mechanizmy informacji zwrotnej i stale aktualizujemy programy szkoleniowe. Krótko mówiąc: NSATU stało się głównym mechanizmem koordynującym wsparcie dla Ukrainy. Nasza misja ewoluuje razem z wojną, ale cel pozostaje niezmienny – zapewnić Ukrainie zdolności, szkolenie i wsparcie potrzebne do obrony oraz budowy trwałego pokoju.

Na ile armia ukraińska zbliżyła się już do standardów NATO? W jakich obszarach postęp jest największy, a gdzie nadal potrzebne są zmiany?

Postęp jest naprawdę znaczący, szczególnie, jeśli pamiętamy, że Ukraina prowadzi tę transformację w czasie pełnoskalowej wojny. Kijów oczywiście koncentruje się przede wszystkim na potrzebach frontu, ale równolegle konsekwentnie wdraża standardy interoperacyjności NATO. Dotyczy to bardzo wielu obszarów – od dowodzenia i logistyki po systemy wsparcia i zarządzanie personelem. Oceniamy to na podstawie wspólnego planu interoperacyjności NATO–Ukraina. To szczegółowy dokument określający konkretne cele i wymagania.

Jednym z najlepszych przykładów postępu jest system zarządzania polem walki DELTA. Został opracowany zgodnie ze standardami NATO i pozwala ukraińskim siłom bardzo szybko wymieniać informacje, skracać cykl namierzania celów i podejmować decyzje praktycznie w tempie walki. System wzbudza duże zainteresowanie wśród sojuszników, ponieważ został sprawdzony w realnych warunkach bojowych. Jest szybki, stosunkowo tani, łatwy do skalowania i kompatybilny z wieloma rozwiązaniami używanymi przez państwa NATO.

Oczywiście nadal istnieją wyzwania, szczególnie w logistyce i utrzymaniu sprzętu. Ukraina korzysta jednocześnie z systemów poradzieckich oraz bardzo szerokiej gamy uzbrojenia dostarczanego przez różnych partnerów. Taka różnorodność utrudnia interoperacyjność. Ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że samo NATO również stale pracuje nad poprawą interoperacyjności między własnymi armiami.

Jak dużym wyzwaniem pozostaje szkolenie kadry dowódczej?

Sporym. Chodzi przede wszystkim o przejście do modelu „mission command”, czyli dowodzenia opartego na intencji dowódcy. W takim systemie dowódca określa cel działania, ale pozostawia podwładnym większą swobodę podejmowania decyzji. Ukraina robi w tym obszarze duże postępy, choć nadal jest miejsce do dalszego rozwoju. Dlatego szkolenie przywódcze – od poziomu korpusu po najmniejsze pododdziały – pozostaje jednym z naszych priorytetów.

Z jakimi trudnościami spotykacie się podczas wspólnych z Ukrainą projektów, ćwiczeń i prac nad innowacjami?

Największym wyzwaniem jest dziś tempo zmian na polu walki. Ta wojna zmienia się szybciej niż wiele instytucji wojskowych potrafi się dostosować. Ukraina bardzo szybko wdraża nowe rozwiązania, a nasze procedury, procesy zakupowe czy cykle planowania ćwiczeń często są po prostu wolniejsze.

Widać to szczególnie w obszarze technologii. Jeszcze w 2022 roku wojna miała przede wszystkim charakter manewrowy. Potem przeszła w konflikt pozycyjny, a dziś coraz bardziej przypomina walkę opartą na danych, oprogramowaniu i przewadze w spektrum elektromagnetycznym. To fundamentalna zmiana.

Oprogramowanie, algorytmy i zdolność szybkiego przetwarzania informacji mają dziś znaczenie porównywalne z tradycyjnym uzbrojeniem. Drony całkowicie zmieniły pole walki – taktycznie, operacyjnie i organizacyjnie. Ukraina bardzo szybko się do tego dostosowała. Tworzy wyspecjalizowane jednostki bezzałogowe, integruje systemy walki elektronicznej i błyskawicznie wdraża innowacje. Skala tego procesu jest ogromna. W 2022 roku Ukraina praktycznie nie miała dużego przemysłu dronowego. Dziś działa tam ponad 500 firm produkujących systemy bezzałogowe.

Dalszą część tej rozmowy – opublikowanej w portalu „Polska Zbrojna” – przeczytacie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

(Nie)uległa

Kilka dni temu „New York Times” wyliczył, że przy obecnym tempie działań rosyjska armia potrzebowałaby około 30 lat, by zająć całość Donbasu. Niezależni rosyjscy analitycy z Mediazony i Meduzy ustalili z kolei liczbę potwierdzonych rosyjskich zabitych na ponad 350 tys. ludzi.

Obie liczby są oczywiście symboliczne – nie mówią, jak długo potrwa wojna ani kiedy rosja wyczerpie swoje możliwości. Pokazują jednak coś znacznie ważniejszego: skalę narastającego rozdźwięku między propagandową wizją nieuchronnego triumfu a realiami wojny, która coraz bardziej przypomina kosztowny strategiczny impas.

Bo choć rosja nadal naciera, linia walk od miesięcy w zasadzie stoi, gdzieniegdzie tylko przesuwa się powoli, wręcz symbolicznie, a kolejne zdobywane miejscowości mają znaczenie co najwyżej taktyczne. Nawet tam, gdzie rosyjskie wojska osiągają postępy, nie przekładają się one na załamanie ukraińskiej obrony ani zmianę ogólnej sytuacji operacyjnej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja stoi dziś na progu militarnego załamania. Państwo putina nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi, rozbudowanym przemysłem zbrojeniowym i gospodarką coraz mocniej podporządkowaną logice wojennej mobilizacji. Kreml wciąż jest zdolny do kontynuowania działań przez długi czas, szczególnie jeśli będzie utrzymywał obecny model stopniowego, wyniszczającego nacisku. Problem polega na tym, że coraz trudniej dostrzec drogę do zwycięstwa, które można byłoby przedstawić rosjanom jako historyczny triumf. Zdobywanie kolejnych zrujnowanych miejscowości w Donbasie nie rozwiązuje podstawowego dylematu strategicznego: Ukraina nadal walczy, jej państwo funkcjonuje, a Zachód – mimo zmęczenia wojną – nie wycofał wsparcia.

Po ponad czterech latach pełnoskalowych walk rosja nadal potrafi prowadzić wojnę. Coraz trudniej jednak ukryć fakt, że konflikt, który miał być demonstracją rosyjskiej siły, stał się demonstracją jej wyraźnych ograniczeń. Dlatego coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Kreml będzie próbował przedstawić samo utrzymanie okupowanych terytoriów jako sukces wystarczający do zamrożenia konfliktu. Innymi słowy, Moskwa może być zainteresowana nie tyle spektakularnym triumfem, ile takim zakończeniem wojny, które da się politycznie sprzedać jako dowód rosyjskiej odporności i skuteczności.

I może właśnie dlatego coraz częściej słychać w rosyjskiej narracji nie tyle zapowiedzi wielkiego przełomu, ile ostrożne sugestie, że najważniejsze cele zostały już w praktyce osiągnięte. Jeszcze na początku inwazji Kreml mówił o „denazyfikacji”, zmianie władz w Kijowie i podporządkowaniu Ukrainy rosyjskiej strefie wpływów. Dziś retoryka jest znacznie bardziej defensywna. Coraz częściej akcent pada właśnie na „obronę zdobytych terytoriów”, na „powstrzymanie NATO” czy „historyczne przetrwanie rosji pod zachodnią presją”. To nie jest przypadek. Im trudniej o wyraźne sukcesy militarne, tym bardziej definicja zwycięstwa staje się płynna i politycznie elastyczna. Kreml próbuje obniżać społeczne oczekiwania, jednocześnie utrzymując atmosferę mobilizacji i oblężonej twierdzy. Byle tylko zachować podstawowy element putinowskiego systemu: obraz rosji jako państwa, które nie uległo presji silniejszego przeciwnika.

Ten komentarz – w bardziej rozbudowanej wersji – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Trauma

W Wietnamie służyło około 2,7 mln Amerykanów, w większości 19-letnich chłopców, wcielonych do armii w ramach poboru. Przez lata sądzono, że ich powrót na łono społeczeństwa odbywa się w sposób harmonijny. Ot, kolejne pokolenie z epizodem wojennym w życiorysach. Coś jednak było nie tak…

Gdy w latach 80. przeprowadzono National Vietnam Veterans Readjustment Study (NVVRS) – pierwsze szeroko zakrojone badanie epidemiologiczne weteranów – wyniki okazały się szokujące. 15% badanych doświadczało aktualnych objawów zespołu stresu pourazowego, a blisko 30% miało je w którymś momencie życia. W liczbach bezwzględnych oznaczało to setki tysięcy ludzi – nawet do 830 tys. przypadków chronicznego PTSD.

Jeszcze bardziej poruszające są inne dane. Choć brak jednego, w pełni wiarygodnego rejestru, wiele analiz – opartych m.in. na statystykach Departamentu ds. Weteranów (U.S. Department of Veterans Affairs, VA) i badaniach epidemiologicznych – wskazuje, że liczba samobójstw weteranów Wietnamu mogła przekroczyć 100 tys., a według niektórych szacunków sięgać nawet 150 tys. Oznaczałoby to, że więcej żołnierzy odebrało sobie życie po powrocie, niż zginęło w samej wojnie, gdzie amerykańskie straty wyniosły około 58 tys. poległych.

Jak zauważa psychiatra Robert Jay Lifton, jeden z pionierów badań nad doświadczeniem wietnamskim, „dla wielu z tych ludzi wojna nie była wydarzeniem z przeszłości – była stanem, który trwał”.

Dlaczego Wietnam „produkował” traumę?

Skala problemów psychicznych wśród weteranów wynikała w dużej mierze ze specyfiki samego konfliktu. W Wietnamie nie dało się wyznaczyć wyraźnej linii frontu. Zagrożenie było wszechobecne i permanentne. Wróg pozostawał niewidoczny – mógł kryć się zarówno w dżungli, jak i wśród cywilów. Patrol, który jednego dnia przebiegał spokojnie, następnego mógł zakończyć się zasadzką. Jak podkreślał Jonathan Shay – autor książki „Achilles in Vietnam” (1994) – jednym z kluczowych czynników traumatyzujących jest „ciągłe oczekiwanie śmierci, bez możliwości przewidzenia, skąd nadejdzie zagrożenie”. Tego rodzaju permanentna czujność prowadzi do głębokiego przeciążenia układu nerwowego i utrwala reakcje stresowe, które nie wygasają po zakończeniu służby.

Istotnym elementem była również organizacja służby. Amerykańscy żołnierze trafiali do Wietnamu na 12-miesięczne tury, po czym wracali do kraju – często indywidualnie, bez swojej jednostki. Ten system miał swoje zalety logistyczne, ale z psychologicznego punktu widzenia okazał się katastrofalny. Rozbijał więzi w oddziałach, które w innych konfliktach stanowiły podstawowy mechanizm radzenia sobie ze stresem. Jednocześnie uniemożliwiał symboliczne „zamknięcie” doświadczenia wojny. „Jednostka nie wracała razem – rozpadała się jeszcze przed powrotem do domu”, zauważał Shay. W efekcie żołnierz pozostawał sam ze swoim doświadczeniem, pozbawiony wsparcia tych, którzy przeżyli to samo.

Jednym z najbardziej charakterystycznych – i najbardziej destrukcyjnych – aspektów wojny była jej moralna ambiwalencja. W przeciwieństwie do II wojny światowej, która była postrzegana jako konflikt „słuszny”, Wietnam od początku budził kontrowersje. Żołnierze wielokrotnie uczestniczyli w działaniach trudnych do pogodzenia z własnym systemem wartości. Najbardziej znanym przykładem pozostaje masakra w Mỹ Lai, gdzie amerykańscy żołnierze zamordowali setki cywilów. Jak pisał Robert Jay Lifton, tego rodzaju doświadczenia prowadziły do głębokiego rozdarcia wewnętrznego. „Trauma nie polega tylko na tym, co ktoś przeżył – ale także na tym, co zrobił lub czego nie zdołał powstrzymać”. To właśnie ten wymiar – dziś określany jako „moral injury” – okazywał się szczególnie trudny do przepracowania.

Jeśli sama wojna była doświadczeniem granicznym, to powrót do kraju często pogłębiał problem. Weterani wracali do społeczeństwa głęboko podzielonego, w którym narastał sprzeciw wobec konfliktu. Zamiast uznania spotykali się z obojętnością, a czasem wrogością. Nie było parad zwycięstwa ani społecznego rytuału przejścia, który pozwalałby symbolicznie zamknąć doświadczenie wojny. Żołnierz, który jeszcze dzień wcześniej funkcjonował w warunkach permanentnego zagrożenia, następnego dnia znajdował się w cywilnej rzeczywistości, bez przygotowania i bez wsparcia.

Wojna, która została w środku

Jednym z najbardziej znanych świadectw traumy wietnamskiej jest historia Rona Kovica – byłego żołnierza piechoty morskiej, który w 1968 roku został ciężko ranny i sparaliżowany od pasa w dół. Jego losy spopularyzował film „Urodzony 4 lipca”. Kovic w swoich wspomnieniach opisywał poczucie winy, gniew i całkowitą utratę sensu. „Czułem, że nie mam już żadnego miejsca w tym kraju”, pisał w książce „Born on the Fourth of July”, wydanej w 1976 roku. Przez lata zmagał się z depresją i myślami samobójczymi, zanim zaangażował się w działalność antywojenną. Jego historia pokazuje, że trauma wojenna rzadko ma jeden wymiar – fizyczny i psychiczny uraz często wzajemnie się wzmacniają.

Znacznie mniej znane, ale liczniejsze, są historie anonimowych weteranów, które zebrano m.in. w badaniu NVVRS. Wielu z nich opisywało powracające obrazy walki – tzw. flashbacki – które pojawiały się nagle, często po latach od zakończenia służby. „Czuję zapach dżungli, słyszę helikoptery i znowu tam jestem”, relacjonował jeden z uczestników badania. Te doświadczenia często prowadziły do izolacji społecznej. Weterani unikali kontaktów, mieli trudności z utrzymaniem pracy i relacji rodzinnych. W badaniach wskazywano wyraźny związek między PTSD a nadużywaniem alkoholu i substancji psychoaktywnych – które stawały się formą samoleczenia.

W wielu przypadkach trauma przekładała się także na przemoc w życiu codziennym. Badania prowadzone w latach 80. wskazywały, że weterani z objawami PTSD byli istotnie bardziej narażeni na konflikty rodzinne i zachowania agresywne. Rozpady małżeństw, problemy wychowawcze i przemoc domowa stawały się częścią szerszego obrazu społecznych konsekwencji wojny.

Trauma weteranów szybko stała się fizycznie widoczna – szacuje się, że w latach 80. znaczną część populacji bezdomnych w USA stanowili weterani, w tym duża grupa uczestników wojny wietnamskiej. Według analiz VA nawet jedna trzecia bezdomnych mężczyzn mogła mieć za sobą służbę wojskową, a wśród nich dominowali właśnie weterani Wietnamu.

Czy państwo było na nich gotowe? Albo inaczej – jak bardzo nie było przygotowane? Tego dowiecie się z dalszej części artykułu, który jest uzupełnieniem anonsowanego tu już materiału czołówkowego majowego numeru „Polski Zbrojnej”, poświęconego opiece psychologicznej w armii. Miesięcznik dostępny jest w wersji papierowej, e-wydanie – gdzie przeczytacie także inne moje teksty – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Helikoptery UH-1D zabierają żołnierzy armii amerykańskiej z pola bitwy, 1966 rok/fot. sierż. James K. F. Dung, US Army/domena publiczna