Elita

Jeszcze do niedawna za wojskową elitę uchodzili komandosi GROM-u, SAS, Delty czy Navy SEALs – żołnierze przechodzący morderczą selekcję, doskonale wyszkoleni i przygotowani do wykonywania zadań niedostępnych dla zwykłych jednostek. Wojna w Ukrainie tego wzorca nie unieważniła, ale go poszerzyła. Dziś nieproporcjonalnie duży wpływ na przebieg walk mają operatorzy bezzałogowców, specjaliści walki radioelektronicznej, programiści i analitycy danych.

Według danych przedstawionych na początku 2026 roku przez ukraińskie władze, ponad 80 proc. rosyjskich celów niszczonych przez Siły Zbrojne Ukrainy przypada na systemy bezzałogowe. W samym 2025 roku w ukraińskim systemie ewidencji odnotowano niemal 820 tys. potwierdzonych nagraniami trafień w cele przeciwnika.

Tyle że obraz operatora FPV, który samodzielnie poluje na rosyjskie czołgi, byłby nieadekwatny. Im bardziej bowiem nasycone technologią staje się pole walki, tym mniej zależy na nim od umiejętności pojedynczego człowieka. Największą przewagę dają dziś zespoły zdolne połączyć kolejne elementy jednego procesu: wykryć przeciwnika, rozpoznać cel, przekazać informację, wybrać odpowiedni środek rażenia, zaatakować i sprawdzić rezultat.

Niektóre z takich zespołów stały się już markami rozpoznawalnymi nie gorzej niż nazwy tradycyjnych formacji specjalnych. Dość wspomnieć takie jednostki jak „Ptaki Madziara”, NEMESIS, Raroh czy Achilles. Co więcej, znaczenie systemów bezzałogowych jest na tyle duże, że Ukraina stworzyła poświęcony im osobny rodzaj sił zbrojnych – Siły Systemów Bezzałogowych.

Nie operator, lecz cały system

Skuteczność takich jednostek zależy jednak nie tylko od umiejętności personalu. Jednym z narzędzi pozwalających Ukraińcom łączyć poszczególne elementy pola walki jest DELTA – rozwijany od lat system, który zbiera i porządkuje informacje pochodzące z różnych źródeł i udostępnia je dowódcom oraz żołnierzom. Na początku 2026 roku uruchomiono w nim Mission Control, przeznaczony specjalnie do zarządzania operacjami systemów bezzałogowych. Każda załoga może wprowadzić do systemu m.in. typ używanego drona, miejsce startu, trasę i wykonywane zadanie. Dane nie kończą jednak życia w kolejnym wojskowym raporcie. Są automatycznie przetwarzane i trafiają na cyfrowe pulpity dostępne na różnych szczeblach dowodzenia.

Skala przedsięwzięcia jest już ogromna. Do początku marca Mission Control wygenerował ponad 150 tys. cyfrowych raportów z wykonanych misji, a kilka tygodni później system działał we wszystkich ukraińskich korpusach i zgrupowaniach wojsk. Dowódcy mogą dzięki niemu śledzić wykorzystanie bezzałogowców, porównywać skuteczność jednostek i sprzętu, koordynować ich działanie z obroną przeciwlotniczą oraz walką radioelektroniczną. Informacje są dostępne jednocześnie na różnych poziomach – od batalionu po Sztab Generalny i Ministerstwo Obrony.

– Budujemy system, w którym każde działanie zamienia się w dane, a dane w decyzje – tak wiosną br. sens Mission Control tłumaczył ówczesny minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow.

Jeden człowiek obsługuje sensor, drugi interpretuje dostarczone przez niego informacje, kolejny odpowiada za łączność lub walkę radioelektroniczną, następny uruchamia środek rażenia. Gdzieś za nimi pracują programiści, którzy napisali oprogramowanie łączące wszystkie elementy, oraz analitycy wyciągający wnioski z tysięcy wcześniejszych misji. Żaden z nich sam nie musi dysponować możliwościami kojarzonymi z żołnierzem jednostki specjalnej. Razem mogą jednak w ciągu kilku minut odnaleźć i zniszczyć cel znajdujący się kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów dalej.

I właśnie zdolność skrócenia czasu między wykryciem przeciwnika a jego skutecznym zaatakowaniem staje się jedną z najcenniejszych kompetencji współczesnej armii. Coraz częściej nie wygrywa bowiem ten, kto dysponuje lepszym pojedynczym dronem, sensorem czy pociskiem. Wygrywa ten, kto potrafi szybciej połączyć je w jeden sprawnie działający system.

Technologiczny wyścig

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sama umiejętność obsługi drona nie wystarcza, by mówić o wojskowej elicie. Na ukraińskim froncie technologia starzeje się w niezwykłym tempie. Rozwiązanie, które dziś daje przewagę, za kilka tygodni może być znacznie mniej skuteczne, bo przeciwnik nauczy się je zakłócać, wykrywać albo zwalczać. Dlatego jedną z najcenniejszych umiejętności stała się zdolność szybszego dostosowywania się do zmian niż robi to druga strona.

Doskonale widać to w pojedynku między bezzałogowcami a systemami walki radioelektronicznej. Większość popularnych FPV wymaga łączności radiowej między operatorem a maszyną, a wiele innych systemów korzysta z nawigacji satelitarnej. Zakłócenie sygnału sterującego lub GPS może więc uniemożliwić wykonanie zadania. Stąd ogromne znaczenie specjalistów WRE, którzy próbują wykrywać używane przez przeciwnika częstotliwości i zagłuszać je, chroniąc własne oddziały przed atakiem.

Tyle że druga strona natychmiast szuka odpowiedzi. Zmienia częstotliwości, sposób transmisji i oprogramowanie, stosuje rozwiązania zwiększające autonomię dronów. Jedną z najbardziej spektakularnych odpowiedzi stały się bezzałogowce FPV sterowane za pomocą rozwijanego za nimi cienkiego przewodu światłowodowego. Nie potrzebują radiowego połączenia z operatorem, dlatego tradycyjne zagłuszanie nie pozwala zerwać ich sterowania. Problem urósł do takich rozmiarów, że NATO uruchomiło w 2025 roku specjalne wyzwanie technologiczne poświęcone metodom wykrywania i zwalczania dronów światłowodowych.

Na tym technologiczny pojedynek się nie kończy. Coraz większą rolę odgrywają systemy computer vision pozwalające dronowi rozpoznać wskazany obiekt i kontynuować atak nawet po utracie kontaktu z operatorem. Rozwijana jest autonomiczna nawigacja niewymagająca sygnału satelitarnego, a równocześnie powstają kolejne metody wykrywania i fizycznego niszczenia bezzałogowców odpornych na zakłócenia. Każda skuteczna odpowiedź wywołuje więc następną kontrę.

Walka toczy się przy tym nie tylko między urządzeniami. Celem stają się również ludzie, którzy je obsługują. Analitycy brytyjskiego Royal United Services Institute zwracają uwagę, że rosjanie systematycznie wykorzystują rozpoznawcze BSP do poszukiwania ukraińskich stanowisk dowodzenia, systemów WRE i zespołów operatorów bezzałogowców. Po ich wykryciu do ataku mogą zostać użyte kolejne drony albo artyleria. Specjalista siedzący kilka czy kilkanaście kilometrów od pierwszej linii nie musi więc być wcale bezpieczniejszy tylko dlatego, że nie znajduje się w okopie.

Trwa więc nieustanny wyścig. Jedna strona znajduje sposób na skuteczne użycie dronów, druga próbuje je zakłócić lub zniszczyć. Gdy pojawia się skuteczna odpowiedź, przeciwnik szuka sposobu na jej obejście. W tym pojedynku liczy się nie tylko sprzęt, lecz także ludzie, którzy potrafią szybko zrozumieć, dlaczego dotychczasowe rozwiązanie przestało działać, i znaleźć nowe.

To jeszcze jedna cecha łącząca nowych specjalistów z tradycyjnymi siłami specjalnymi. Elitarność nigdy nie polegała wyłącznie na perfekcyjnym opanowaniu określonych procedur. Komandos musi potrafić działać wtedy, gdy sytuacja rozwija się inaczej, niż przewidywał plan. Wojna technologiczna wymaga podobnej zdolności – tyle że czasami zamiast zmiany sposobu wejścia do budynku oznacza zmianę częstotliwości, oprogramowania, anteny albo całej konstrukcji bezzałogowca.

… i na potrzeby tego wpisu to wszystko. Do lektury ciągu dalszego mojego tekstu zapraszam Was do portalu TVP.Info, oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Operator drona z ZSU podczas szkoleń dla ukraińskiej armii organizowanych w Polsce/fot. własne

Totalna…

Jeszcze do niedawna ukraińskie ataki w głębi rosji były wymierzone przede wszystkim w rafinerie, bazy lotnicze i zakłady zbrojeniowe. Od kilku tygodni na liście celów coraz częściej pojawiają się magazyny Wildberries – największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Ukraińskie drony pokonują setki kilometrów, by niszczyć hale wypełnione elektroniką, ubraniami czy sprzętem AGD. Dlaczego Kijów uznał, że warto zużywać na nie cenne środki dalekiego zasięgu?

(…) Ukraińcy nie polują na sklepy czy punkty odbioru przesyłek, lecz na wielkie centra logistyczne – węzły, przez które przepływają ogromne ilości towarów. To pierwsza wskazówka pozwalająca zrozumieć sens tej kampanii.

Kijów uzasadnia ataki wojskowym znaczeniem infrastruktury Wildberries. Według strony ukraińskiej za pośrednictwem platformy do rosyjskich żołnierzy trafia wyposażenie oraz towary podwójnego zastosowania, w tym komponenty wykorzystywane do produkcji dronów. Kreml temu zaprzecza i przekonuje, że Ukraińcy świadomie atakują obiekty cywilne. Tego sporu nie sposób dziś jednoznacznie rozstrzygnąć, a twierdzeń o bezpośrednim udziale Wildberries w zaopatrywaniu armii nie należy traktować jako bezspornie potwierdzonych.

Nie oznacza to jednak, że argument o wojskowym znaczeniu platformy można łatwo odrzucić. Wojna w Ukrainie już dawno zatarła tradycyjną granicę między logistyką wojskową i cywilną. rosyjscy żołnierze, ich rodziny, wolontariusze oraz organizacje wspierające jednostki kupują na zwykłym rynku elektronikę, narzędzia, odzież, wyposażenie osobiste i tysiące innych produktów przydatnych na froncie. Część z nich to klasyczne towary podwójnego zastosowania – całkowicie cywilne w jednym miejscu, niezwykle użyteczne dla wojska w innym.

W takim modelu wojny platforma handlowa nie musi mieć podpisanej umowy z ministerstwem obrony, by stać się częścią zaplecza sił zbrojnych. Wystarczy, że jej sieć magazynów, transportu i dystrybucji umożliwia szybkie dostarczenie sprzętu tam, gdzie jest na niego zapotrzebowanie. Wildberries nie jest więc wojskową hurtownią. Ale ogromny system logistyczny stworzony przez firmę może służyć także ludziom prowadzącym i wspierającym wojnę (…).

Jest jednak jeszcze jeden wymiar ukraińskiej kampanii, być może najważniejszy. Przez ponad cztery lata Kreml usiłował prowadzić wojnę w taki sposób, aby większość rosjan odczuwała ją możliwie słabo. Owszem, setki tysięcy ludzi trafiły do armii, wzrosły wydatki wojskowe, pojawiły się sankcje i ograniczenia. Ale zwłaszcza mieszkańcy wielkich miast mieli nadal pracować, konsumować i żyć w poczuciu względnej normalności.

Wildberries stało się jednym z symboli tej normalności.

Można prowadzić największą wojnę w Europie od 1945 roku, a jednocześnie wieczorem zamówić telefon, buty, zabawkę dla dziecka czy ekspres do kawy i następnego dnia odebrać paczkę kilkaset metrów od domu. Wojna toczy się gdzieś daleko. Giną ludzie, płoną miasta, ale codzienny rytuał konsumpcji działa dokładnie tak jak wcześniej.

Ukraińskie drony próbują tę granicę przesunąć. Wojna ma pojawić się nie tylko w telewizyjnych wiadomościach czy w rodzinie zmobilizowanego żołnierza, ale również w najbardziej banalnych elementach codzienności: zamówienie jest opóźnione, towar przepadł w magazynie, sprzedawca zniknął z platformy, cena wzrosła.

To strategia niepozbawiona ryzyka. Magazyny Wildberries są obiektami cywilnymi i pracują w nich cywile. Już pierwsze duże uderzenia na centra logistyczne firmy przyniosły ofiary śmiertelne. Kolejni ludzie ginęli podczas następnych nalotów, także w sierpniu.

Im szerzej Ukraina definiuje infrastrukturę wspierającą rosyjski wysiłek wojenny, tym trudniejsze staje się pytanie o granicę między zapleczem militarnym a cywilnym. Jeśli magazyn internetowego sklepu staje się elementem machiny wojennej dlatego, że przepływają przez niego towary wykorzystywane także przez żołnierzy, gdzie kończy się gospodarcze zaplecze wojny? Podobny problem dotyczy również kolei, telekomunikacji, zakładów przemysłowych czy firm transportowych.

I nie jest to wyłącznie kwestia natury humanitarno-prawnej. Ukraińcy dają bowiem rosjanom argument do dalszej brutalizacji wojny. Moskwa również atakuje ukraińskie centra logistyczne, przekonując, że przechowywane i dystrybuowane są w nich komponenty dronów oraz inne towary podwójnego zastosowania. (…) Nie zmienia to zasadniczej odpowiedzialności za to, co dzieje się na Wschodzie. To rosja rozpoczęła wojnę i to ona narzuciła jej reguły, od początku atakując także cywilne zaplecze Ukrainy. Dziś jednak również Kijów coraz szerzej definiuje to, co stanowi zaplecze wojenne przeciwnika. Konflikt stopniowo przesuwa się więc w stronę modelu, w którym coraz trudniej oddzielić front od gospodarki i wojsko od cywilnego zaplecza.

Idzie w stronę wojny totalnej…

Znacznie bardziej rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Natowscy

Współczesny żołnierz świadomie wybiera służbę, akceptuje jej rygory, ale oczekuje profesjonalizmu, wskazania sensu, rozwoju i poszanowania własnej podmiotowości.

Kmdr ppor. Damian Przybysz jest starszym oficerem flagowym w dowództwie 3 Flotylli Okrętów. „Pochodzę z wojskowej rodziny. Mój ojciec jest chorążym, służy w Darłowie, w bazie lotnictwa marynarki wojennej. A ja dorastałem w jej sąsiedztwie, po części w samej bazie”, wspomina. Jako dziecko zaliczał praktycznie wszystkie imprezy organizowane przez jednostkę, chodził na wojskową pływalnię, zajęcia karate, siatkówki. Mnóstwo czasu spędzał w towarzystwie rówieśników – podobnie jak on, dzieci żołnierzy. Inaczej być nie mogło, skoro mieszkał w „wojskowym” bloku. Decyzję o włożeniu munduru podjął jeszcze w liceum. Najpierw myślał o lotnictwie, ostatecznie stanęło na marynarce; tak czy inaczej, armia była dla niego oczywistym wyborem.

„Od zawsze szukałam drogi, która miałaby sens i pozwoliła robić coś ważnego dla innych”, opowiada por. Magdalena Trzebińska-Gawin, oficer prasowy 6 Brygady Powietrznodesantowej. „Przed rozpoczęciem służby studiowałam na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, ale gdy pojawiła się szansa związania swojej przyszłości z Brygadą, wiedziałam, że to jest miejsce dla mnie. To była świadoma decyzja i nigdy jej nie żałowałam”, zapewnia nasza rozmówczyni.

Z danych Sztabu Generalnego Wojska Polskiego wynika, że na koniec czerwca 2026 roku w Siłach Zbrojnych RP służyło ponad 220 tys. żołnierzy – 27,4 tys. oficerów, 73,9 podoficerów oraz 119 tys. szeregowych. Blisko 38 tys. z nich – 17% – stanowiły kobiety. Miażdżąca większość wszystkich mundurowych – 155 tys. – pełniła zawodową służbę wojskową, niemal 39 tys. terytorialną. Ponad 14 tys. osób odbywało właśnie dobrowolną zasadniczą służbę wojskową. Na początku 2026 roku – kiedy w szeregach armii pozostawało 217 tys. osób – średni wiek żołnierza wynosił 34,1 roku (w przypadku kobiet były to 33 lata, mężczyzn 35,2 roku). Oznacza to, że przeciętny mundurowy urodził się już w wolnej Polsce, dorastał w kraju należącym do NATO, a do wojska trafił po zawieszeniu obowiązkowej służby wojskowej. „Nie zna armii z poboru ani wojska sprzed akcesji Polski do NATO. Mundur nie był dla niego obowiązkiem, lecz świadomym wyborem. Należy do pokolenia żołnierzy, dla których zawodowa służba i funkcjonowanie według standardów NATO nie są celem reform, lecz naturalnym i jedynym znanym środowiskiem”, konkluduje dr Marcin Sińczuch, socjolog, zastępca kierownika Wojskowego Biura Badań Społecznych, które jest komórką wewnętrzną Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Zrozumieć rozkaz

To poczucie naturalności nie ogranicza się do procedur czy standardów szkolenia. Jeszcze kilkanaście lat temu polscy żołnierze często wyjeżdżali na manewry z sojusznikami z poczuciem, że mają się od kogo uczyć i co nadrabiać. Dziś taka perspektywa – za sprawą nabytego doświadczenia oraz ogromnej skali prowadzonej od kilku lat modernizacji – w dużej mierze zniknęła. „Nasi żołnierze nie mają już kompleksów wobec kolegów z armii NATO”, przekonuje ppłk dr Artur Zielichowski, kierownik Zakładu Teorii Przywództwa Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. „Nie wstydzą się ani swojego wyszkolenia, ani wyposażenia. Wiedzą, że są partnerami, a nie ubogimi krewnymi z Europy Wschodniej”.

Ale zmiana jest znacznie głębsza, bo inny jest sam człowiek noszący mundur. To skutek procesów społeczno-demograficznych, napędzanych przez milenialsów – osoby urodzone między 1981 a 1996 rokiem – oraz pokolenie Z, które na świat przyszło w latach 1997–2012. Zwłaszcza ci drudzy, tzw. zetki, mają w sobie potrzebę redefinicji zasad rządzących życiem społecznym. „A armia pozostaje wiernym odbiciem społeczeństwa”, zauważa Joanna Łatacz, kierownik WBBS. „To truizm, ale o tyle ważny, że zmiany następujące w społeczeństwie, zachodzą też w wojsku”.

Tych zmian jest sporo, na początek warto wspomnieć o jednej, dotykającej fundamentalnej dla sił zbrojnych kwestii – rozkazu. Wbrew obiegowym opiniom, współczesny żołnierz nie ma problemu z dyscypliną czy wykonywaniem poleceń. „Istota zmiany kryje się nie w samym rozkazie, lecz w tym, co go poprzedza”, tłumaczy dr Sińczuch. „Coraz więcej żołnierzy oczekuje, że przed podjęciem decyzji dowódca wysłucha opinii podwładnych, pozwoli im przedstawić argumenty i wspólnie przeanalizować możliwe rozwiązania. Dopiero później zapada decyzja, która – jako rozkaz – pozostaje bezdyskusyjna i podlega wykonaniu”. To samo zjawisko dostrzega ppłk Zielichowski. „Młodsi żołnierze nie oczekują zniesienia rygorów”, przekonuje. „Chcą natomiast rozumieć sens zadań. Kiedy wiedzą, czemu służy rozkaz i jaki cel ma przynieść, angażują się w jego realizację z pełnym przekonaniem”. Zmienia się więc nie istota dowodzenia, lecz sposób budowania autorytetu dowódcy – coraz częściej opartego na kompetencjach, komunikacji i zaufaniu, a nie wyłącznie na stopniu wojskowym.

Znaczenie rodziny

Według danych SG WP z początku 2026 roku, niemal co drugi żołnierz (47%) pozostaje w związku małżeńskim, a 44% wychowuje co najmniej jedno dziecko. W rodzinach wojskowych dorasta dziś niemal 170 tys. dzieci, przy czym blisko 6% żołnierzy ma troje lub więcej potomstwa, a 459 wojskowych co najmniej pięcioro dzieci. Ów rodzinny kontekst nie pozostaje bez wpływu na sposób funkcjonowania armii. Jeszcze dwie–trzy dekady temu od żołnierza oczekiwano, że podporządkuje wojsku właściwie całe swoje życie. Kolejne przeniesienia i rozłąki z rodziną były naturalnym elementem wojskowej rzeczywistości. Dziś służba nadal wymaga tego rodzaju wyrzeczeń. „Zdarzają się długie szkolenia, ćwiczenia, kursy”, przyznaje por. Trzebińska-Gawin. „Trzeba dobrze organizować swój czas i doceniać każdą wspólną chwilę”, konkluduje.

Zarazem i tu zachodzą zmiany. „Na przestrzeni kilkunastu lat obserwujemy wzrost znaczenia rodziny w systemie wartości żołnierza”, relacjonuje Joanna Łatacz. Kiedyś decyzja o przeniesieniu do innej jednostki była czymś oczywistym. Żołnierz akceptował jej skutki, a wraz z nim jego najbliżsi, co zwykle oznaczało dwa scenariusze – przenosiny całej rodziny bądź życie „na dwa domy”. Dziś wojskowi są bardziej asertywni – oczekują od armii, że ta uwzględni takie czynniki jak miejsce pracy współmałżonka, edukację dzieci czy możliwość pozostania blisko rodzinnego domu. Negocjują swoje przenosiny, a czasami potrafią zrezygnować ze służby, gdy ich zabiegi nie przynoszą skutku. „Współczesna armia – podobnie jak inni pracodawcy – musi brać pod uwagę życie swojego personelu poza miejscem pracy”, mówi kierownik WBBS.

Znaczenie rodziny wybrzmiewa z opowieści innych naszych rozmówców. Mateusz, podoficer z 16 Brygady Zmotoryzowanej [nie podajemy nazwisk żołnierzy na prośbę jednostki], mówi o tym tak: „Przez osiem lat służyłem w Braniewie i tam się przeniosłem. Kiedy powstała jednostka w Wielbarku, od razu się do niej zgłosiłem, bo mogłem wrócić w rodzinne strony. Teraz już nie muszę mieszkać dwieście kilometrów od domu. To dla mnie duży komfort – mam pół godziny do pracy i pół godziny z powrotem”. Jego imiennik, szeregowy z 15 Brygady Zmechanizowanej, ma podobne refleksje. „Wojsko dało mi stabilizację”, podkreśla. „To okazało się bardzo ważne, kiedy musiałem pogodzić życie zawodowe z obowiązkami wobec syna wymagającego szczególnej opieki. Po służbie wracam do domu i mam czas dla dziecka”.

Niewykluczające się motywacje

Gdzie w tym wszystkim patriotyzm? Nie za dużo pragmatyzmu? „Patriotyzm i pragmatyzm nie wykluczają się, lecz wzajemnie uzupełniają”, twierdzi Joanna Łatacz. Jak pokazują badania WBBS, współczesny żołnierz najczęściej wymienia kilka motywów podjęcia służby jednocześnie. Chce wykonywać pracę ważną dla państwa i służyć społeczeństwu, ale ceni sobie również stabilność zatrudnienia i uposażenie pozwalające na utrzymanie rodziny. Ppłk dr Artur Zielichowski zwraca uwagę, że motywacje prowadzące do włożenia munduru nie muszą być tożsame z tymi, które pozwalają wytrwać w służbie przez kolejne lata. „Kandydatów przyciągają możliwość wykonywania ciekawej pracy, stabilne zatrudnienie, perspektywa rozwoju i poczucie celu. Ale w momencie zwątpienia, w sytuacjach trudnych, pieniądze przestają być istotnym motywatorem. Tylko motywacja ideologiczna i egzystencjalna pozwalają pojechać na kolejne ćwiczenie, znowu znosić rozłąkę z rodziną”, podkreśla wykładowca AWL.

Nie każdy więc może być żołnierzem na dobre i na złe – co widać również w statystykach. W 2025 roku 94,5% żołnierzy zawodowych pozostało w służbie – i był to najwyższy poziom retencji od początku XXI wieku. Ale spośród blisko 7,8 tys. tych, którzy w tamtym czasie pożegnali się z mundurem, 46% nie nabyło jeszcze uprawnień emerytalnych. Co więcej, znacząca część decyzji o odejściu zapadła w ciągu pierwszych pięciu lat służby. Innymi słowy, armię przedwcześnie opuściło kilka tysięcy wyszkolonych żołnierzy, niektórzy z nich mogliby nosić mundur jeszcze przez wiele lat. „Pozostaje to przedmiotem szczegółowych analiz oraz działań ukierunkowanych na wzmacnianie motywacji do długoterminowej służby”, tak do sprawy odniósł się Sztab Generalny WP.

Co mogłoby wzmocnić motywacje żołnierzy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który stworzyłem we współpracy z redakcyjnymi kolegami Łukaszem Zalesińskim i Jakubem Zagalskim. Został on opublikowany w sierpniowym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna” – jako materiał czołówkowy. W magazynie są także dwa inne moje artykuły – zachęcam do ich lektury. „Papier” jest nadal w sprzedaży, cyfrową wersję magazynu znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 16 DZ podczas służby na wschodniej granicy/fot. 16DZ

Model44

Z gen. bryg. Grzegorzem Potrzuskim, szefem Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych w SGWP, o programie pilotażowym SZ RP Model 44, przyszłej strukturze batalionów bojowych Wojska Polskiego i rosnącej roli systemów bezzałogowych rozmawiają Marcin Ogdowski i Tadeusz Wróbel.

W wybranych batalionach z 12 Brygady Zmechanizowanej i 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej testowane są nowe struktury organizacyjne. Co zdecydowało o potrzebie dokonania zmian, znanych pod nazwą Model 44?

Potrzeba wprowadzenia Modelu 44 wynika z doświadczeń współczesnych konfliktów, zwłaszcza wojny w Ukrainie, oraz analiz zmian zachodzących na polu walki. Trwające od roku testy poprzedziły wieloletnie analizy i symulacje prowadzone m.in. przez Sztab Generalny WP oraz podległe dowództwa i centra. Wykazały one, że obecna struktura i wyposażenie ograniczają zdolność batalionów do skutecznego i długotrwałego działania. Model 44 ma wzmocnić ich potencjał rozpoznawczy i uderzeniowy, usprawnić dowodzenie oraz zwiększyć elastyczność, interoperacyjność i zdolność do działań wielodomenowych.

W jaki sposób to zrobić?

Kluczowym elementem Modelu 44 jest nasycenie batalionu systemami bezzałogowymi – od dronów rozpoznawczych i uderzeniowych, przez amunicję krążącą i drony FPV, po platformy lądowe przeznaczone m.in. do dostarczania zaopatrzenia i ewakuacji rannych. Wymagało to przebudowy struktury batalionu: jedną z czterech kompanii bojowych zastąpiono kompanią bezzałogowych systemów uzbrojenia [KBSU]. W efekcie liczba wozów bojowych zmniejszyła się z 58 do 44 – stąd nazwa Model 44.

Dlaczego przyjęto rozwiązanie, które może zostać przez niektórych uznane za osłabiające batalion?

Analizowaliśmy również przydzielenie bezzałogowców do kompanii bojowych oraz dodanie nowej kompanii do obecnej struktury. Rozwiązania te nadmiernie rozbudowałyby jednak batalion, utrudniając dowodzenie i ograniczając jego manewrowość.

Model 44 zachowuje zbliżony stan etatowy, ale zwiększa potencjał bojowy dzięki synergii systemów załogowych i bezzałogowych. Czternaście wozów zastępują setki systemów bezzałogowych, w tym amunicja krążąca zdolna do precyzyjnego rażenia celów na dystansie do 30 km. Dowódca batalionu zyska tym samym możliwość samodzielnego zwalczania celów na odległościach dotychczas nieosiągalnych na tym szczeblu.

Będą też widzieć znacznie dalej niż do tej pory?

Zgadza się. Drony rozpoznawcze pozwolą dowódcy batalionu obserwować sytuację na głębokość kilkudziesięciu kilometrów i otrzymywać obraz niemal w czasie rzeczywistym. Umożliwi to wcześniejsze wykrywanie przeciwnika, śledzenie jego działań oraz szybkie wskazywanie celów środkom ogniowym. Skrócenie czasu od rozpoznania celu do wykonania uderzenia zwiększy precyzję i tempo działania batalionu.

Do tej pory batalion dysponował jedynie plutonem rozpoznawczym, którego możliwości były nieporównywalnie mniejsze. Aby zdobyć informacje o przeciwniku, często trzeba było wysyłać żołnierzy na niebezpieczne misje w głąb jego ugrupowania.

Model 44 zmienia tę logikę. Zadania rozpoznawcze przejmują systemy bezzałogowe, co poza wymienionymi wcześniej korzyściami oznacza też, że nie będziemy narażać zwiadowców na wykrycie i zniszczenie.

Część zadań przejmie sztuczna inteligencja?

To kolejne z założeń Modelu 44. Algorytmy sztucznej inteligencji mają wspomagać proces dowodzenia, zwłaszcza w analizie dużej ilości danych rozpoznawczych pozyskiwanych przez systemy bezzałogowe. Ich zadaniem będzie wstępna analiza, selekcja i priorytetyzacja informacji, w tym wykrywanie i klasyfikowanie celów oraz wskazywanie zagrożeń. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że sztuczna inteligencja nie zastąpi dowódcy. Będzie narzędziem zwiększającym jego świadomość sytuacyjną i wspierającym podejmowanie decyzji oraz skuteczne wykorzystanie dostępnych środków walki.

Wstępnie przyjęto, że w kompanii bezzałogowych systemów uzbrojenia znajdzie się drużyna antydronowa. Czy to nie za mało w stosunku do rosnącego zagrożenia ze strony systemów bezzałogowych?

Jednym z wniosków z dotychczasowych testów Modelu 44 jest potrzeba dalszego wzmacniania zdolności batalionu do przeciwdziałania systemom bezzałogowym. Wstępna koncepcja zakłada utworzenie w KBSU wyspecjalizowanej drużyny antydronowej, jednak ochrona nie może ograniczać się do jednego pododdziału. Dlatego wszystkie wozy bojowe batalionu mają zostać wyposażone w systemy wykrywania i zakłócania dronów przeciwnika. Zdolności przeciwdronowe powinny stać się integralnym elementem całego batalionu, tworząc warstwowy system ochrony obejmujący wszystkie pododdziały.

Czy samo zagłuszanie wystarczy? Drony sterowane światłowodowo są na nie odporne.

Dlatego poza systemami walki elektronicznej przewidziano fizyczne osłony pojazdów, takie jak siatki ochronne. Rozważane jest również wyposażenie batalionów w kinetyczne systemy zwalczania dronów, w tym elementy powstającego systemu antydronowego SAN, jak wielolufowe karabiny maszynowe. Połączenie walki elektronicznej, ochrony pasywnej i efektorów kinetycznych ma zapewnić skuteczną obronę przed różnorodnymi zagrożeniami ze strony systemów bezzałogowych.

(…)

Objęte pilotażem kompanie zdały swoje Rosomaki. W to miejsce – poza dronami – pojawiły się wozy typu Ford Ranger oraz cięższe M-ATV, te ostatnie dla plutonu rozpoznawczego. W trakcie kolejnych ćwiczeń okazało się, że „rangery” nie wszędzie się sprawdzają.

Testy wykazały, że Ford Ranger, choć niezawodny w wielu zadaniach, ma zbyt małe możliwości transportowe dla plutonu uderzeniowego wyposażonego w systemy FlyEye i Warmate. Oprócz bezzałogowców i amunicji krążącej pododdział ten przewozi także stanowiska kierowania, agregaty, kompresory oraz inny sprzęt. Dlatego rozważamy wykorzystanie większej platformy, na przykład samochodu dostawczego klasy „bus”. Jest to możliwe, ponieważ pluton operuje na zapleczu batalionu. W jego przypadku ważniejsze od wysokiego poziomu ochrony balistycznej są ładowność, mobilność i możliwość sprawnego rozwinięcia stanowiska.

Pilotażowe jednostki z 12 i 17 Brygady Zmechanizowanej mają być certyfikowane w listopadzie 2026 roku. I co dalej?

O tym dowiecie się z dalszej części wywiadu, który ukazał się w sierpniowym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna”. Redakcja publikuje go również w swoim portalu internetowym – oto link do tego materiału.

Notka:

Gen. bryg. Grzegorz Potrzuski jest szefem Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych – P5 w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. Wcześniej był szefem Zarządu Wojsk Rakietowych i Artylerii w Inspektoracie Wojsk Lądowych DGRSZ.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Obietnica

Gdy w ubiegłym tygodniu pod Moskwą rozbił się Su-57, rosja straciła nie tylko jeden z najnowocześniejszych samolotów bojowych. Katastrofa po raz kolejny przypomniała historię programu, który miał być dowodem technologicznej potęgi Kremla. Zamiast tego stał się symbolem ambicji, których rosyjski przemysł nigdy nie zdołał zrealizować.

Historia Su-57 rozpoczęła się na początku XXI wieku, kiedy rosja uruchomiła program PAK FA (Perspektywny Kompleks Lotnictwa Frontowego). Maszyna miała stać się odpowiedzią na amerykańskie F-22 Raptor, a później również F-35 Lightning II, zapewniając rosyjskiemu lotnictwu przewagę na kolejne dekady.

Prototyp wzbił się w powietrze w 2010 roku, a przedstawiciele rosyjskich władz oraz koncernu Suchoj zapowiadali, że seryjna produkcja ruszy już w połowie następnej dekady. Program miał przynieść również znaczące sukcesy eksportowe. Kluczowym partnerem miały zostać Indie, które planowały wspólnie z rosją opracować własną wersję myśliwca.

Su-57 miał dysponować wszystkimi cechami przypisywanymi samolotom piątej generacji: obniżoną wykrywalnością radiolokacyjną (stealth), zdolnością do długotrwałego lotu z prędkością naddźwiękową bez użycia dopalaczy (supercruise), nowoczesnym radarem z aktywnym skanowaniem elektronicznym (AESA), rozbudowanym zestawem sensorów oraz całkowicie nowym silnikiem, który miał zapewnić osiągi porównywalne z najlepszymi konstrukcjami amerykańskimi.

Problem w tym, że niemal żaden z tych ambitnych planów nie został zrealizowany, tworząc historię rozczarowania, która trwa do dziś.

Niszowa konstrukcja

Pierwszym i chyba najbardziej symbolicznym problemem okazał się silnik. Su-57 od początku projektowano z myślą o zupełnie nowej jednostce napędowej, znanej jako „Izdielije 30”. To ona miała zapewnić maszynie możliwość długotrwałego lotu z prędkością naddźwiękową bez użycia dopalaczy, lepszą ekonomikę pracy oraz większy ciąg. Innymi słowy – miała uczynić z Su-57 pełnoprawny myśliwiec piątej generacji.

Tyle że nowy silnik przez lata pozostawał bardziej obietnicą niż rzeczywistością. Prace nad nim wielokrotnie się opóźniały, dlatego większość wyprodukowanych dotąd Su-57 wyposażono w zmodernizowane silniki AL-41F1, wywodzące się z konstrukcji opracowanej jeszcze dla Su-35. Nie oznacza to, że są to jednostki złe – przeciwnie, należą do bardzo udanych – jednak nie zapewniają osiągów, które od początku zakładano dla nowej generacji rosyjskiego myśliwca. Paradoksalnie więc samolot, który miał symbolizować technologiczny skok, przez większą część swojej historii korzystał z napędu będącego rozwinięciem rozwiązań poprzedniej generacji.

Problemy z silnikiem były jednak tylko początkiem. Jeszcze większym wyzwaniem okazało się uruchomienie produkcji seryjnej. W pierwszych latach programu rosyjskie władze mówiły o zakupie ponad dwustu maszyn. Później plany stopniowo ograniczano – najpierw do około 150 egzemplarzy, a następnie do 76, które miały zostać dostarczone siłom powietrznym do końca dekady. Nawet ten znacznie skromniejszy cel pozostaje jednak trudny do osiągnięcia. Szacuje się, że do tej pory powstało zaledwie około 40–50 Su-57, przy czym część z nich to prototypy lub egzemplarze przedseryjne wykorzystywane do badań i prób. W efekcie samolot, który miał stać się nowym filarem rosyjskiego lotnictwa, nadal pozostaje konstrukcją niszową.

Zniechęcony partner

Źródeł tych problemów należy szukać znacznie głębiej niż w samym zakładzie produkcyjnym w Komsomolsku nad Amurem. Program Su-57 od początku wymagał dostępu do zaawansowanej elektroniki, nowoczesnych materiałów kompozytowych oraz precyzyjnych obrabiarek. rosyjski przemysł w wielu z tych obszarów był uzależniony od importu, a po 2022 roku dostęp do zachodnich technologii został dodatkowo ograniczony przez sankcje. Owszem, Moskwa wciąż pozyskuje część komponentów za pośrednictwem państw trzecich, jednak taki system dostaw jest znacznie droższy, mniej wydajny i trudniejszy do utrzymania przy produkcji skomplikowanego uzbrojenia. W przypadku samolotu piątej generacji nawet pozornie niewielkie opóźnienia w dostawach pojedynczych podzespołów mogą spowolnić montaż całej maszyny.

Nie spełniły się również nadzieje na sukces eksportowy, który miał obniżyć koszty programu i zapewnić środki na jego dalszy rozwój. Przez wiele lat za najważniejszego partnera uchodziły Indie. Wspólny program FGFA miał doprowadzić do powstania eksportowej odmiany Su-57 i otworzyć rosyjskiej konstrukcji drogę na światowe rynki. Ostatecznie jednak New Delhi wycofało się z projektu, wskazując między innymi na niezadowalające parametry maszyny oraz zbyt wolne tempo prac.

To właśnie ta kumulacja problemów sprawiła, że program coraz bardziej rozmijał się z pierwotnymi założeniami. Nie zawiódł jeden element – silnik, radar czy elektronika – lecz cały mechanizm, który miał zamienić obiecujący prototyp w nowoczesny system uzbrojenia produkowany na dużą skalę. I właśnie tę słabość najdobitniej obnażyła wojna w Ukrainie.

…o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.