Namiastka

Dron zawisł nad drzewami, a obraz z jego kamery termowizyjnej szybko ujawnia wyraźny ślad ciepła. Ktoś przykrył się płachtą, ale zrobił to niedokładnie. Materiał przylgnął do ciała, po kilkunastu sekundach się nagrzał i w termowizji zaczął świecić jak latarnia. „Brak odstępu to podstawowy błąd”, mówi instruktor, objaśniając zasady kamuflażu termicznego. „Jeśli materiał styka się z ciałem, ciepło przechodzi bezpośrednio i szybko wyrównuje temperaturę. Dlatego między ciałem a pierwszą warstwą maskowania musi być przestrzeń – najlepiej kilkanaście centymetrów powietrza, które działa jak izolator”, wyjaśnia podoficer. Jak podkreśla, najlepiej w ogóle wkopać się w ziemię – grunt stabilizuje temperaturę i ogranicza emisję ciepła na zewnątrz. Dopiero nad takim zagłębieniem należy stworzyć kolejne warstwy: przestrzeń powietrzną, potem warstwę izolacyjną, a na końcu płachtę termiczną i maskowanie.

Na ekranie widać, że jedno stanowisko ma zbyt regularny kształt – niemal prostokąt, który odcina się od tła. Inne zdradza cień, który wraz z przesuwającym się słońcem zaczyna układać się nienaturalnie. Kolejne demaskuje kolor – świeżo ścięte gałęzie są jaśniejsze niż otoczenie. „Dron dojrzy wszystko”, mówi po polsku instruktor, a tłumaczka przekłada jego słowa na ukraiński. „Temperaturę, kształt, kontrast, cień. Nie maskujesz się przed jednym sensorem, tylko przed całym ich zestawem”.

Ćwiczenia dla ukraińskiej kompanii odbywają się w południe, kiedy las jest już nagrzany. Wtedy najlepiej widać, jak stanowisko zaczyna „pracować” w termowizji. Rano łatwiej byłoby się ukryć, wieczorem też. W środku dnia błędy w maskowaniu wychodzą natychmiast. Okazuje się, że grupa, która korzystała wyłącznie z naturalnych materiałów, wypada lepiej. Jej stanowiska są nieregularne, „rozlane” w terenie, trudniejsze do uchwycenia. Ale i tam pojawiają się ślady – naruszona ściółka, źle dobrane elementy roślinności, zbyt oczywiste linie. „Nie bierzesz materiału spod nóg, bo zostawiasz ślad”, pada kolejna uwaga szkolącego. „Trzeba go przynieść z innego miejsca”, instruuje podoficer. Wszystkie jego zalecenia oznaczają jedno: nie wystarczy się ukryć, trzeba cały czas kontrolować otoczenie, reagować na zmianę światła i temperatury. Na poligonie w Polsce za źle wykonane stanowisko grozi reprymenda, na froncie w Ukrainie to kwestia życia i śmierci.

—–

Szkolenia dla ukraińskich żołnierzy są organizowane w Polsce od jesieni 2022 roku – i wciąż się zmieniają. „Skuteczność wielu rozwiązań ma dziś ograniczony »termin ważności«”, zastrzega gen. dyw. Piotr Fajkowski, dowódca 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, na której spoczywa główny ciężar organizacji ćwiczeń dla Sił Zbrojnych Ukrainy. „To, co działa na froncie teraz, za miesiąc może być już bezużyteczne. Naszym zadaniem jest nadążać za tymi zmianami, żeby nie szkolić żołnierzy w próżnię”.

Wytyczne przychodzą z Ukrainy – to tamtejszy sztab generalny odpowiada za aktualizację programów na bazie wniosków z działań bojowych. Trafiają one do instruktorów, którzy modyfikują scenariusze zajęć i wprowadzają do nich nowe elementy. „Bywa, że jeden kurs odbywa się według wcześniejszej wersji programu, a kolejny już według nowej”, przyznaje generał. Obecnie obowiązuje szósta edycja programu szkolenia podstawowego, a siódma jest już testowana w Ukrainie i będzie wdrażana w kolejnych edycjach.

Ale szkolenie w Polsce ma też pewne ograniczenia. Nie wszystko da się odtworzyć w warunkach poligonu – masowe ataki dronów czy nawały artyleryjskie trzeba symulować przy użyciu środków ćwiczebnych, na przykład petard. Z drugiej strony poligony w Polsce (i w innych europejskich krajach, gdzie odbywają się szkolenia), oferują coś, czego w Ukrainie brakuje: bezpieczeństwo i ciągłość. „Tam zajęcia są przerywane przez alarmy i ataki, tu można przepracować cały cykl bez przerw”, wyjaśnia gen. Fajkowski.

Ma to znaczenie szczególnie na początku. Wielu szkolonych to poborowi, którzy wcześniej nie mieli kontaktu z wojskiem. Najpierw uczą się zatem najprostszych rzeczy – reagowania na komendy, współdziałania w grupie. Dopiero potem dochodzi taktyka, medycyna i działania w większych zespołach. Jeśli szkolenie odbywa się we względnym komforcie, łatwiej im przyswoić nowe kompetencje i zbudować właściwe nawyki.

—–

Ukraiński pluton rozwija się na odcinku prowadzącym do kill house’u. Inna grupa właśnie opuściła obiekt i schodzi do lasu. Rotacja trwa bez przerwy. Cykl szkoleniowy dobiega końca – trwają testy wszystkich pododdziałów trzykompanijnego kontyngentu. „To moment, w którym nie sprawdzamy poszczególnych umiejętności, tylko całość: planowanie, przemieszczanie się, reakcję na kontakt ogniowy”, wyjaśnia instruktor z 6. Brygady Powietrznodesantowej. Ukraińscy dowódcy dostają zadanie zdobycia kill house’u i mają kilka minut na przygotowanie. Reszta zależy od nich. Decydują o kierunku podejścia, podziale sił, wykorzystaniu terenu i środków wsparcia. Instruktorzy nie ingerują – obserwują. „Pierwotnie chcieliśmy, by realizowali to zadanie w sile drużyny, ale Ukraińcy od razu weszli na poziom plutonu”, mówi nasz rozmówca. „Tak działają na froncie i przenieśli tę praktykę tutaj”.

Nad obiektem pojawia się dron – ten został wysłany przez oceniających. Śledzi ruchy plutonu, wychwytuje błędy w ubezpieczeniu, pokazuje, gdzie kolumna się rozciąga, gdzie ktoś wychodzi za bardzo w odkryty teren. „To nasze oko”, tłumaczy ukraiński operator drona pracujący z polskimi instruktorami. „Bez tego nie bylibyśmy w stanie zobaczyć połowy rzeczy istotnych na etapie oceny”. Kiedy pluton zbliża się do celu, operator wchodzi z nim w kontakt – symuluje przeciwnika, zmusza do zmiany kierunku, przyspieszenia lub zatrzymania. „Sprawdzamy reakcję żołnierzy”, wyjaśnia instruktor z 6 BDP. „Czy potrafią się przegrupować, czy zachowują kontrolę nad sytuacją”.

W innym scenariuszu – szturmu na okopy – to atakujący Ukraińcy wykorzystują bezzałogowiec. Operator – dołączony do rekrutów doświadczony frontowiec – przekazuje informacje o przeciwniku, wskazuje kierunki podejścia, „czyści” teren przed grupą szturmową. „W tym są naprawdę dobrzy”, przyznaje kolejny instruktor, również spadochroniarz. „To jeden z obszarów, gdzie my uczymy się od nich”.

… na tym zdaniu nie kończy się ów tekst – całość materiału opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Kwietniowy numer miesięcznika jest w sprzedaży, obok „papieru” można też nabyć cyfrową wersję – znajdziecie ją pod tym linkiem. A w środku także inny mój artykuł – materiał rocznicowy oparty o relacje uczestników bitwy o City Hall w Karbali. Zachęcam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz podczas symulowanego „czyszczenia okopów”/fot. własne

(Nie)wygrana

Rozejm między Stanami Zjednoczonymi a Iranem jest kruchy – i to w sposób aż demonstracyjny. Jeszcze dobrze nie zaczął obowiązywać, a już pojawiają się oskarżenia o jego naruszanie, spory o interpretację zapisów, niejasności co do zakresu. To nie wygląda jak zakończenie wojny, a jak pauza, którą obie strony wykorzystują, żeby złapać oddech.

A mimo to Donald Trump orzekł już, że wygrał. I to bezdyskusyjnie. Czyżby?

Faktem jest, że Ameryka zrobiła wszystko to, co robi od dekad: weszła w konflikt z ogromną przewagą militarną, zdominowała przestrzeń operacyjną, była w stanie razić cele w całym Iranie, niszczyć infrastrukturę, eliminować dowódców. Na poziomie wojskowym zapewnić sobie niemal pełną kontrolę.

A mimo to USA nie były w stanie przełożyć tej przewagi na rozstrzygnięcie polityczne.

Ameryka nie wymusiła zmiany zachowania Teheranu. Nie zamknęła irańskiego programu nuklearnego. Nie rozbiła regionalnej sieci wpływów Iranu. Ba, nawet nie narzuciła warunków zakończenia konfliktu. Rozejm nie jest amerykańskim dyktatem, a efektem negocjacji, presji zewnętrznej, gry wielu aktorów. To nie Waszyngton zdecydował, kiedy i na jakich warunkach konflikt się zatrzymuje.

Ta wojna pokazała granice odstraszania. Jeśli państwo średniej wielkości jest w stanie przyjąć uderzenia, ponieść ogromne straty – i mimo to nie ulec, nie zmienić zasadniczo swojej polityki, nie wycofać się z kluczowych projektów – to znaczy, że klasyczna logika presji przestaje działać. A jeśli przestaje działać wobec Iranu, to trudno oczekiwać, że będzie działać wobec innych.

Ten konflikt przyspiesza proces, który i tak jest w toku: rozchodzenie się świata w stronę większej wielobiegunowości. Im wyraźniej widać ograniczenia USA, tym więcej aktorów jest gotowych je testować. To nie jest spektakularny „upadek” – to erozja. Ale erozja, która działa kumulatywnie.

Równocześnie warto powiedzieć jasno: to nie jest historia o irańskim triumfie. Iran zapłacił za tę wojnę bardzo wysoką cenę. Jego infrastruktura wojskowa została poważnie uszkodzona, systemy obrony powietrznej i część zdolności rakietowych – osłabione, kadra dowódcza – przetrzebiona. Straty ludzkie są poważne, gospodarka – już wcześniej licha – jeszcze bardziej nadwyrężona. To państwo wychodzi z tego konfliktu słabsze niż do niego wchodziło.

Tyle że w geopolityce można przegrać wojnę – i jednocześnie nie dać wygrać jej przeciwnikowi.

Ale dla mnie najciekawsze jest to, jak bardzo Trump przegrał na płaszczyźnie ideologicznej. I nie chodzi tylko o upadek mitu „Ameryki (znów) wielkiej”. Wojna z Iranem uwypukliła wszystkie negatywne cechy amerykańskiego prezydenta – jego nieprzewidywalność, małostkowość, złośliwość, chwiejność. A Stany to taka trochę monarchia, gdzie cechy lidera szybko stają się cechami państwa. I tak kraj, który przez dekady sprzedawał się światu jako synonim stabilności, zaczął być postrzegany jako źródło ryzyka.

I to jest zmiana dużo głębsza niż wynik jednej wojny.

Bo w polityce międzynarodowej nie chodzi tylko o siłę, ale o przewidywalność jej użycia. Sojusznicy muszą wiedzieć, czego się spodziewać. Przeciwnicy – gdzie są granice. Tymczasem w tej wojnie granice były ruchome, deklaracje sprzeczne, a eskalacja – momentami sprawiała wrażenie improwizowanej.

Na tym tle rośnie konkurent USA – Chiny. Nie dlatego, że są bardziej atrakcyjne ideologicznie, ale dlatego, że wydają się bardziej przewidywalne. A w świecie permanentnego kryzysu przewidywalność zaczyna być walutą cenniejszą niż wartości. To być może najważniejszy efekt tej wojny: przesunięcie punktu odniesienia. Już nie między demokracją a autorytaryzmem, tylko między chaosem a stabilnością.

I jeśli taki wybór zaczyna się rysować w głowach elit politycznych na świecie, to nie jest to problem Iranu. To jest problem Ameryki, która zamiast znów stać się wielka, skarleje.

Zwłaszcza że kryzys wokół cieśniny Ormuz działa jak przypomnienie, że globalna gospodarka wciąż ma wąskie gardła, które można zablokować jednym konfliktem. Dla wielu państw to nie będzie argument za „większą obecnością USA”, tylko za uniezależnieniem się – od regionu, od surowców, od samej logiki tej zależności. Przyspieszenie inwestycji w energetykę jądrową i odnawialną – zwłaszcza odnawialną – nie będzie efektem ideologii, tylko kalkulacji ryzyka. Trump chcący powrotu do świata kopalin, tylko przyśpieszy proces dekarbonizacji.

I wreszcie Europa. Dla niej to kolejny sygnał, że zależność od amerykańskiej projekcji siły ma swoje granice – nie tylko polityczne, ale i praktyczne. Proces uniezależniania się – powolny, pełen napięć – dostaje właśnie kolejny argument.

To wszystko nie wydarzy się jutro. Ale będzie się wydarzać.

Dlatego ta wojna nie zapisze się w historii jako spektakularna porażka ani jako zwycięstwo. Zostanie zapamiętana jako moment, w którym coraz więcej państw zaczęło zachowywać się tak, jakby Ameryka nie była już w stanie narzucać reguł gry.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

CSAR

W nocy z 4 na 5 kwietnia amerykański myśliwiec F-15 został zestrzelony nad Iranem. Dwóch pilotów katapultowało się nad obszarem kontrolowanym przez przeciwnika. Jeden z nich został odnaleziony stosunkowo szybko. Drugi przez kilkadziesiąt godzin pozostawał w ukryciu, zdany na własne umiejętności przetrwania oraz ograniczone środki łączności. I on został ewakuowany, dowodząc skuteczności jednego z najbardziej imponujących systemów operacyjnych współczesnego pola walki.

CSAR, czyli Combat Search and Rescue, to wyspecjalizowany rodzaj operacji odzyskiwania personelu. W odróżnieniu od klasycznych misji ratowniczych, które realizowane są w środowisku względnie bezpiecznym, działania CSAR odbywają się na terenie kontrolowanym przez przeciwnika lub w jego bezpośrednim zasięgu oddziaływania.

Nie będę pisał o tym, jak wyglądała akcja w Iranie – jest na ten temat już sporo artykułów. Na potrzeby tego dość stwierdzić, że Amerykanie rzucili masę ludzi i sprzętu, by uratować zestrzelonych pilotów. Ponieśli spore straty sprzętowe, a cała operacja mogła ich kosztować nawet kilkaset milionów dolarów. Ale nikt za oceanem nie kwestionuje zasadności podjętych działań.

—–

W amerykańskiej doktrynie CSAR stanowi część szerszego systemu określanego jako Personnel Recovery. Obejmuje on nie tylko fizyczne podjęcie żołnierza z pola walki, ale także jego przygotowanie do przetrwania w izolacji (szkolenia typu SERE), systemy łączności i identyfikacji, a także mechanizmy dowodzenia i koordynacji działań ratunkowych.

Kluczowe znaczenie ma tu pojęcie tzw. „izolowanego personelu” – żołnierza, który znalazł się poza kontrolą własnych sił, ale nadal pozostaje zdolny do działania i utrzymania kontaktu. Od momentu izolacji zaczyna się wyścig z czasem. Im szybciej uda się wojskowego zlokalizować i podjąć, tym mniejsze ryzyko, że zostanie wykryty, pojmany lub zabity.

U podstaw całego systemu leży jedna z najważniejszych zasad amerykańskiej kultury wojskowej: „leave no man behind” – nie zostawiamy swoich. Nie jest to jedynie slogan. To realne zobowiązanie, które przekłada się na korzyści operacyjne. Pilot, który wie, że w razie zestrzelenia ktoś po niego przyleci, podejmuje odważniejsze decyzje w powietrzu. Dowódca, który wysyła ludzi do walki, wie, że państwo zrobi wszystko, by ich odzyskać – i może planować działania w sposób bardziej zdecydowany, akceptując wyższe ryzyko.

Ta logika ma jednak swoją cenę. Operacje CSAR należą do najbardziej ryzykownych w całym spektrum działań bojowych. Wymagają zaangażowania wielu środków – od rozpoznania i walki elektronicznej, przez lotnictwo osłonowe, po wyspecjalizowane siły ratownicze. Często prowadzone są w warunkach, w których przeciwnik aktywnie próbuje je zakłócić lub wykorzystać do własnych celów.

—–

Współczesny model CSAR został wypracowany przede wszystkim w Wietnamie, gdzie ratowanie zestrzelonych pilotów stało się jednym z najtrudniejszych i najbardziej kosztownych elementów wojny. Skala strat była wówczas ogromna: tysiące amerykańskich statków powietrznych zostało zestrzelonych nad terytorium kontrolowanym przez przeciwnika, a wraz z nimi setki pilotów trafiały do niewoli lub ginęły w dżungli.

W tych warunkach konieczne było stworzenie systemu, który pozwalał nie tylko zwiększyć szanse przeżycia lotników, ale także ograniczyć skutki polityczne ich ewentualnego pojmania. Tak narodził się nowoczesny model CSAR – oparty na ścisłej współpracy różnych komponentów sił zbrojnych.

Kluczową rolę odgrywały śmigłowce ratownicze HH-3 i HH-53, znane jako „Jolly Green Giants”, wspierane przez samoloty osłony – przede wszystkim A-1 Skyraider, określane kryptonimem „Sandy”. Ich zadaniem było nie tylko zabezpieczenie strefy podjęcia, ale także aktywne zwalczanie sił przeciwnika próbujących dotrzeć do zestrzelonego pilota.

Operacje te były niezwykle złożone i obarczone ogromnym ryzykiem. W wielu przypadkach ratownicy sami stawali się celem ognia przeciwlotniczego, a straty wśród załóg śmigłowców należały do najwyższych w całej wojnie. Paradoks CSAR polegał na tym, że aby uratować jednego człowieka, często trzeba było narażać życie wielu innych.

—–

Jednym z najbardziej znanych przykładów była historia Rogera Lochera. Jego F-4 Phantom został zestrzelony nad Wietnamem Północnym w 1972 roku. Locher przez 23 dni ukrywał się na terytorium przeciwnika, unikając wykrycia i przemieszczając się w ekstremalnie trudnych warunkach. Pozostawał poza skutecznym zasięgiem działań ratunkowych, a każda kolejna próba jego odnalezienia wiązała się z rosnącym ryzykiem strat po stronie amerykańskiej.

Przełom nastąpił dopiero po precyzyjnym ustaleniu jego położenia i przygotowaniu złożonej operacji, w którą zaangażowano śmigłowiec ratowniczy HH-53 oraz silną osłonę lotniczą. Kluczową rolę odegrały samoloty A-1 Skyraider, które przez dłuższy czas tłumiły ogień przeciwnika i zabezpieczały strefę podjęcia. Sama akcja była dynamiczna i prowadzona w bezpośrednim zagrożeniu ze strony obrony przeciwlotniczej – śmigłowiec wszedł w rejon podjęcia tylko na krótki czas, wystarczający do zabrania pilota i natychmiastowego opuszczenia strefy.

Był to sukces osiągnięty mimo skrajnie niekorzystnych warunków operacyjnych i przy dużym zaangażowaniu sił. Pokazuje on, że skuteczność systemu CSAR nie wynika z pojedynczego działania, lecz z precyzyjnej synchronizacji wielu elementów – od rozpoznania, przez osłonę, po właściwe wykonanie podjęcia.

Wietnam ukształtował nie tylko procedury, ale także mentalność. To wtedy utrwaliło się przekonanie, że odzyskiwanie personelu nie jest działaniem opcjonalnym, lecz integralną częścią operacji bojowych. Jednocześnie doświadczenia tej wojny pokazały, że nawet najlepiej przygotowany system nie eliminuje ryzyka – a jedynie pozwala nim zarządzać.

—–

Zakończenie zimnej wojny nie oznaczało końca operacji CSAR. Przeciwnie – konflikty lat 90. pokazały, że odzyskiwanie personelu pozostaje jednym z kluczowych elementów działań powietrznych, nawet w warunkach przewagi technologicznej.

Dobrym przykładem jest historia Scotta O’Grady’ego. W czerwcu 1995 roku jego F-16 został zestrzelony nad Bośnią przez serbską obronę przeciwlotniczą. O’Grady przez kilka dni ukrywał się na terenie kontrolowanym przez przeciwnika, unikając wykrycia i korzystając z ograniczonych środków przetrwania.

Kluczową rolę odegrała tu technologia – zwłaszcza systemy łączności i identyfikacji, które pozwoliły na nawiązanie kontaktu z pilotem i potwierdzenie jego pozycji. Rozwój środków rozpoznania i dowodzenia skrócił czas reakcji oraz zwiększył szanse powodzenia operacji, ale nie wyeliminował ryzyka. Gdy warunki operacyjne na to pozwoliły, rozpoczęto akcję ratunkową z udziałem sił specjalnych i śmigłowców US Marines.

Operacja zakończyła się sukcesem, lecz – podobnie jak w Wietnamie – wymagała precyzyjnej synchronizacji wielu komponentów i była prowadzona w warunkach realnego zagrożenia. Różnica polegała jednak na czymś jeszcze: jej przebieg był uważnie śledzony przez media na całym świecie. W latach 90. operacje CSAR zaczęły funkcjonować nie tylko jako działania wojskowe, ale również jako wydarzenia o dużym znaczeniu informacyjnym i politycznym.

Bałkany pokazały, że nawet w konflikcie o ograniczonej skali pojedynczy incydent – taki jak zestrzelenie pilota – może mieć znaczenie wykraczające poza wymiar taktyczny. Sukces lub porażka operacji wpływa nie tylko na morale wojsk, ale również na percepcję całej kampanii przez opinię publiczną.

To doświadczenie pozostaje aktualne również dziś. Bo choć zmieniły się narzędzia, sama logika działań – i związane z nimi ryzyko – pozostają w dużej mierze takie same.

Ten tekst istnieje w bardziej rozbudowanej formie, w której wspominam o szczegółach akcji w Iranie – tę wersję, napisaną dla portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Elementy armady wykorzystanej do poszukiwania i ewakuacji amerykańskich pilotów. Zdjęcie to skrin obrazu z irańskiej telewizji publicznej.

Groźba

Wpisem opublikowanym w serwisie Truth Social Donald Trump sięgnął dziś po jedną z najbardziej alarmistycznych figur retorycznych swojej kariery. „Cała cywilizacja umrze tej nocy”, napisał, sugerując, że brak porozumienia z Teheranem może doprowadzić do katastrofy o skali egzystencjalnej. Wpis ten można odczytywać jako próbę wywarcia maksymalnej presji psychologicznej na Iran i element komunikacji odstraszającej, ale też – co podnoszą krytycy prezydenta – jako kolejny przykład hiperbolicznej, emocjonalnej retoryki, charakterystycznej dla jego stylu komunikacji, która nie musi oznaczać realnej zmiany w kalkulacjach strategicznych USA.

Innymi słowy, amerykańskie siły zbrojne zaatakują dziś mocniej niż zwykle – choćby dla zachowania resztek powagi imperium (czyli wojskowi zrobią coś, by ich szef nie brzmiał jak ostatni idiota). Niewykluczone jednak, że nie wydarzy się nic nadzwyczajnego (co i tak oznacza ciężkie naloty, na które Iran jest wystawiony już od kilku tygodni), a Trump z typową dla siebie nonszalancją przejdzie do porządku dziennego nad niezrealizowaną groźbą, co podczas tej wojny czynił już kilkakrotnie.

Reakcje rynków i światowych przywódców zdają się potwierdzać drugi ze scenariuszy (jak to ujął jeden z moich kolegów „kolejnego trumpowego pierdololo”). Tym niemniej nie brakuje opinii, że w nocy wydarzy się coś naprawdę strasznego. „Trump zrzuci na Iran atomówkę…”, pisze mi jeden z moich Czytelników, przerażony takim obrotem spraw.

Stawiam dolary przeciw orzechom, że trumpowska „śmierć cywilizacji” – choć kojarzy się z atomowym armegedonem – wcale go nie oznacza. Zarazem mam wielką nadzieję, że i w przyszłości nikt poważny w Waszyngtonie nie pomyśli o bombardowaniu Iranu „atomówkami”. Nie dlatego, że to fajne państwo – bo nim nie jest, a jego strukturom życzę jak najgorzej. Potencjalne użycie broni jądrowej na Bliskim Wschodzie martwi mnie z innego powodu – i jest nim Ukraina. Bo gdyby Amerykanie przełamali tabu, putin zyskałby alibi do podobnych działań.

Cały porządek bezpieczeństwa od 1945 roku opiera się nie tylko na traktatach, lecz także na niepisanej zasadzie: broni jądrowej się nie używa. Jej złamanie przez państwo takie jak USA oznaczałoby faktyczną delegitymizację tej normy. W takiej rzeczywistości Moskwa mogłaby argumentować, że „skoro oni mogli, my też możemy” – czy to wobec Ukrainy, czy w innym scenariuszu eskalacyjnym.

Co więcej, rosyjska doktryna już dziś dopuszcza ograniczone użycie taktycznej broni jądrowej w sytuacji zagrożenia strategicznego. Do tej pory barierą pozostaje właśnie koszt polityczny i ryzyko międzynarodowej izolacji. Jeśli jednak ten koszt zostałby wcześniej „zapłacony” przez Waszyngton, próg decyzyjny na Kremlu realnie by się obniżył.

Tymczasem kilkanaście sensownie użytych ładunków taktycznych zmiotłoby ukraińską armię z planszy. Kilka wykorzystanych łopatologicznie większych głowic, zrzuconych na miasta, załamałoby morale ukraińskiego społeczeństwa. I Ukrainy, jaką znamy, by już nie było.

My zaś, Polska, mielibyśmy rosjan na całej północno-wschodniej granicy. I świat, w którym nie ma już granic w stosowaniu przemocy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Supremacja?

Amerykańska potęga militarna pozostaje bezdyskusyjna, jednak wojna z Iranem pokazuje, że sama przewaga nie gwarantuje szybkiego rozstrzygnięcia. Model oparty na dominacji powietrznej i precyzyjnych uderzeniach, sprawdzony w konfliktach z przeciwnikami słabszymi i mniej elastycznymi, w starciu z państwem przygotowanym na długotrwałą konfrontację traci swoją „automatyczną” skuteczność.

Kampanie powietrzne nadal pozwalają niszczyć kluczowe cele, ale coraz rzadziej przynoszą trwały efekt. Przeciwnik zdolny do rozproszenia zasobów, ukrycia infrastruktury i jej szybkiego odtwarzania jest w stanie utrzymywać ciągłość działań mimo ponoszonych strat. W praktyce oznacza to konieczność powtarzania uderzeń i prowadzenia stałej presji zamiast jednorazowego przełamania. Współczesna wojna coraz częściej polega nie na „wyłączeniu” przeciwnika, lecz na długotrwałym ograniczaniu jego zdolności – procesie kosztownym i rozciągniętym w czasie. Doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują, że nawet intensywne kampanie uderzeń mogą nie przynieść szybkiego efektu i wymuszają działania rozpisane na lata.

Jednocześnie rośnie znaczenie ekonomiki działań. Amerykańska przewaga opiera się na systemach zaawansowanych i kosztownych, podczas gdy przeciwnik wykorzystuje środki tanie i masowe – drony, amunicję krążącą czy proste rakiety. Powstaje asymetria, w której utrzymanie przewagi generuje wysokie koszty, a szczególnie widoczne jest to w obronie powietrznej, gdzie neutralizacja tanich środków napadu wymaga użycia znacznie droższych systemów.

Dodatkowym wyzwaniem jest charakter samego systemu operacyjnego USA. Jego siłą pozostaje integracja – zdolność do działania jako spójna całość obejmująca rozpoznanie, dowodzenie i logistykę. Ta sama cecha staje się jednak źródłem podatności. Zakłócenie pojedynczych, kluczowych elementów – takich jak systemy wczesnego ostrzegania czy komponenty wsparcia – może wyraźnie obniżyć efektywność całego systemu i wymuszać dodatkowe zaangażowanie zasobów w ich ochronę.

W efekcie przewaga technologiczna nie znika, ale coraz rzadziej ma charakter rozstrzygający. Coraz większe znaczenie mają odporność systemu, zdolność do działania w warunkach długotrwałej presji oraz relacja koszt–efekt.

—–

Wnioski z tej wojny są dla USA dość oczywiste – pytanie brzmi, czy zostaną przełożone na praktykę.

Po pierwsze, konieczna jest budowa najniższego piętra obrony powietrznej, zdolnego do zwalczania tanich i licznych środków napadu. Oznacza to rozwój systemów działających masowo i przy zachowaniu korzystnej relacji koszt–efekt – od tanich interceptorów po broń energetyczną.

Po drugie, zmiany wymaga sama ekonomika prowadzenia działań. Amerykański model opiera się dziś w dużej mierze na niewielkiej liczbie bardzo zaawansowanych, a więc kosztownych platform i systemów uzbrojenia. W warunkach konfliktu o wysokiej intensywności i dużej skali oznacza to ograniczoną „gęstość” siły oraz wysoką wrażliwość na straty.

Coraz wyraźniej widać, że konieczne jest uzupełnienie tego modelu o komponent masowy – większą liczbę prostszych, tańszych środków, które mogą być używane w sposób ciągły i odtwarzane bez istotnego wpływu na całość potencjału. Dotyczy to zarówno bezzałogowców, jak i amunicji precyzyjnej czy systemów obronnych.

Nie oznacza to rezygnacji z przewagi technologicznej, lecz jej uzupełnienie. Przyszłe pole walki będzie premiowało nie tylko jakość, ale również skalę – zdolność do działania w sposób długotrwały i odporny na zużycie.

Po trzecie, konieczne jest zmniejszenie zależności od pojedynczych, kluczowych elementów systemu. Dziś utrata jednego samolotu wczesnego ostrzegania może wyraźnie ograniczyć możliwości prowadzenia operacji.

Rozwiązaniem jest większe rozproszenie zdolności – więcej platform, większa liczba sensorów i alternatywnych kanałów dowodzenia. Chodzi o to, by utrata jednego elementu nie przekładała się na spadek efektywności całego systemu.

Wreszcie, zmiany wymaga także sposób myślenia o wojnie. Model oparty na szybkim przełamaniu i decydującym uderzeniu coraz rzadziej znajduje zastosowanie. W jego miejsce pojawia się potrzeba prowadzenia działań długotrwałych, rozproszonych i nastawionych na stopniowe ograniczanie zdolności przeciwnika.

Oznacza to konieczność przygotowania państwa i sił zbrojnych na konflikt o innym charakterze: zdolność do utrzymania wysokiego tempa operacji przez długi czas, większe zapasy uzbrojenia i amunicji, sprawnie działający przemysł zdolny do ich szybkiego uzupełniania oraz system dowodzenia przystosowany do działania w warunkach ciągłych zakłóceń. Innymi słowy, wojna przestaje być krótkim wysiłkiem ekspedycyjnym, a staje się testem trwałości całego systemu państwa.

To jest lekcja z Iranu, którą muszą odrobić w Waszyngtonie.

USA nie stoją wobec wyzwania bez precedensu – podobnej transformacji dokonały już w czasie II wojny światowej, gdy o wyniku konfliktu decydowała nie tylko bieżąca siła armii, lecz zdolność państwa do jej długotrwałego utrzymania.

Rozważania na ten temat, w bardziej rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego tekstu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański bombowiec strategiczny B-52, symbol militarnej potęgi USA/fot. USAF, domena publiczna