Laboratorium

Z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie, rozmawiam o wojennej adaptacji Ukraińców, o wnioskach dla Polski oraz o przyszłości rosj. Cały wywiad ukazał się w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej”, oto jego fragmenty.

(…) Zgodzi się Pan z tezą, że łączy nas – Polskę i Ukrainę – coś, co można określić mianem „niepodzielności bezpieczeństwa”?

Przyznam, że unikam słowa „niepodzielność”, bo kojarzy mi się z rosyjskim wytrychem propagandowym. Dla nich „niepodzielne bezpieczeństwo” było pretekstem do najechania sąsiada, stąd moje uprzedzenia. Ale wracając do sedna, rzecz rozgrywa się na dwóch poziomach. Na pierwszym, najbardziej oczywistym, jest groźba obecności wojsk rosyjskich przy polsko-ukraińskiej granicy. To pogorszyłoby naszą sytuację strategiczną, wszak mamy już rosjan na granicy z Obwodem Królewieckim i z Białorusią. Zatem wydłużyłaby nam się linia obrony, a na etapie działań poniżej progu wojny rosjanie zyskaliby szersze zaplecze do prowadzenia operacji dywersyjnych.

Drugi poziom jest mniej namacalny. Obserwując rosyjską propagandę i oficjalne przekazy, widać tam narastającą frustrację i chęć zemsty. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata, dłużej niż tzw. wielka wojna ojczyźniana. rosja obwinia za to Zachód, a w szczególności Polskę. Im gorzej rosji idzie wojna z Ukrainą, tym silniejszy staje się rosyjski rewanżyzm. Gdyby Ukraina znalazła się w rosyjskich rękach, otworzyłoby to najgorsze możliwe scenariusze dla Polski oraz państw bałtyckich. Ten poziom zagrożenia – mentalny, ideologiczny, rewanżystowski – uważam za szczególnie niebezpieczny.

Możliwość realizacji tego najbardziej negatywnego scenariusza zależy od tego, jak potoczy się wojna. Jak Pan ocenia obecną sytuację?

Nie uważam, by teraz miał nastąpić jakiś przełom. rosjanie przez dwanaście lat nie potrafili zdobyć całego Donbasu – regionu, na którym rzekomo najbardziej im zależy. Oczywiście wiemy, że rosja zdobywa kolejne miejscowości, posuwa się w pewnym tempie do przodu, ale nie widać oznak gwałtownego załamania frontu. Nie ma sytuacji, w której rosjanie mogliby przeprowadzić klasyczny manewr operacyjny, wedrzeć się w ugrupowanie przeciwnika, wyjść na skrzydła i doprowadzić do jego rozpadu. Lecz nie powinno nas to uspokajać. Nie możemy powiedzieć: „Ukraińcy się bronią, więc możemy zmniejszyć zainteresowanie tą wojną”. Wsparcie musi trwać, bo obrona Ukrainy jest w dużej mierze uzależniona od pomocy zewnętrznej.

Jakie powinny być priorytety Polski w pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Jak mówił Napoleon, do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze. Ukraina potrzebuje środków, by kupować i produkować drony, rakiety dalekiego zasięgu, amunicję artyleryjską, systemy uzbrojenia. Dlatego tak istotne jest wsparcie finansowe realizowane przez Unię Europejską i państwa europejskie.

Mówimy o wojnie pełnoskalowej. W pierwszych dwóch latach dominowało wsparcie ilościowe w takich obszarach, jak sprzęt, amunicja, paliwa. Polska była jednym z liderów tej pomocy. Od 2024 roku charakter wsparcia się zmienia. Nie chodzi już wyłącznie o ilości przekazywanego sprzętu – poza wybranymi kategoriami, jak obrona przeciwlotnicza czy lotnictwo – ale o budowanie zdolności państwa ukraińskiego, jego przemysłu obronnego. I tu otwiera się możliwości bliższej współpracy przemysłów zbrojeniowych, relokacji produkcji na bezpieczniejsze tereny. Polska może – i moim zdaniem będzie – odgrywać tu bardzo ważną rolę. Jednym z moich osobistych wyzwań przez ostatnie półtora roku było zrozumienie, co, gdzie i jak Ukraińcy produkują, w jakich warunkach, i w jakim obszarze można zaproponować polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu współprodukcję lub relokację części produkcji do Polski.

Czy mówimy tu o planach, czy o procesach, które już się dzieją?

Mówimy o procesach, które już trwają – przy wykorzystaniu funduszy europejskich i środków krajowych.

Czy możemy wskazać konkretne przedsięwzięcia?

Proszę wybaczyć, ale zrobię teraz tajemniczą minę… Powiem ogólnie: mówimy o mechanizmach, które już funkcjonują. Choćby o programach wsparcia produkcji, kredytach udzielanych Ukrainie na zakupy sprzętu czy mechanizmach dotyczących współprodukcji uzbrojenia na potrzeby obu państw. W szerszej perspektywie Polska i Ukraina mają wspólną przyszłość strategiczną. To są dwie największe armie w tej części Europy, dwa puklerze kontynentu. Jeśli będą działać razem, przyniesie to znacznie silniejszy efekt. Aby tak się stało, potrzebne są nam trwałe kotwice strategiczne – a przemysł zbrojeniowy jest jedną z nich.

Nawet jeśli wojna zakończy się za miesiąc, pół roku czy rok, Ukraina nie przestanie się zbroić przez kolejną dekadę. Odbudowa Ukrainy będzie ściśle powiązana z jej bezpieczeństwem. Polska i Ukraina mają tu zbieżne interesy i warto już dziś budować te powiązania.

Podczas II wojny światowej odpowiedzią Niemiec na alianckie bombardowania była m.in. decentralizacja i zejście produkcji pod ziemię. Czy w przypadku Ukrainy możemy mówić o podobnej sytuacji?

Dosłownie tak – ukraiński przemysł zbrojeniowy w ogromnej mierze już funkcjonuje pod ziemią: w podziemiach, na parkingach, w opuszczonych fabrykach, w miejscach, których nikt nie podejrzewa o działalność produkcyjną. Chodzi o bezpieczeństwo. Ale ja wolę mówić o modelach działania, a nie tylko o fizycznym zabezpieczeniu produkcji. Kluczowa jest transformacja ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. Jeszcze kilka lat temu był on w 80–90% państwowy. W ciągu kilku lat, zwłaszcza po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny, doszło do sytuacji, w której około 60% tego przemysłu jest prywatne i działa według wojennych reguł rynkowych: produkujesz dobrze – sprzedajesz. Ten model, nie waham się powiedzieć, uratował Ukrainę. Innowacyjność, elastyczność, obniżanie kosztów – to wszystko sprawiło, że produkcja prywatna weszła w symbiozę z ciężkim przemysłem państwowym. Gdy obserwuje się wytwarzanie systemów artyleryjskich, widać wyraźnie, które elementy robi sektor państwowy, a które prywatny. Ten elastyczny model produkcji zbrojeniowej jest moim zdaniem wzorcowy – także dla Polski.

Ta innowacyjność Ukrainy została wymuszona przez niedobory.

Zgadza się. Przypomnijmy sobie pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny: wciąż mówiło się o walce artyleryjskiej. Ale to już przeszłość. Przejście na technologie dronowe było odpowiedzią Ukrainy, a później i rosji na braki klasycznego uzbrojenia. Nie twierdzę, że dokładnie ten sam model wojny odtworzy się w ewentualnym konflikcie rosji z państwami NATO, w tym z Polską. Nie jestem o tym przekonany. Ale widzę, że tu i teraz, w Ukrainie, ten model działa. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata. Obie armie utraciły impet uderzenia konwencjonalnego, dziś bazują z jednej strony na żołnierskich masach, z drugiej właśnie na innowacjach technologicznych. Trzeba to obserwować, wyciągać wnioski i dostosowywać je do własnych warunków – nie kopiować jeden do jednego.

Jak Pana zdaniem ta wojna się skończy?

Kiedyś się skończy – ale nie jestem prorokiem i nie chcę nim być. A jak? Wierzę, że Ukraina tę wojnę wygra, i temu podporządkowuję swoje działania. Zwycięstwo rozumiem jako zachowanie państwa: suwerennego, demokratycznego, niepodległego, na drodze do Unii Europejskiej.

Jak realna jest perspektywa członkostwa Ukrainy w UE?

Wszystko wskazuje na to, że Ukraina zmierza ku solidnemu członkostwu. Nie chcę operować konkretnymi datami, ale początek lat trzydziestych wydaje się realny. Oczywiście okresy przejściowe będą przedmiotem negocjacji.

A NATO? Czy ta perspektywa jest już przegrana?

Polski dyplomata będzie ostatnim, który powie, że Ukraina nie wejdzie do NATO. Naszym interesem jest Ukraina silna – ekonomicznie i militarnie – jako sojusznik, a w przyszłości być może członek Sojuszu. Nie wiemy, jak NATO będzie wyglądało za pięć czy dziesięć lat. Ale musimy mieć pewność, że Ukraina pozostanie naszym sojusznikiem – wojskowym, politycznym, społecznym.

A rosja, co zyskała, a co straciła, wikłając się w tę wojnę? Odpowiedź na to pytanie, i kilka kolejnych, znajdziecie w dalszej części wywiadu. Jak  pisałem, ukazał się on w miesięczniku „Polska Zbrojna” – magazyn jest już w sprzedaży. Dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje teksty, w tym materiał „Państwo pod ostrzałem”, w którym szerzej opisuję, w jaki sposób Ukraina radzi sobie z rosyjską presją i jakie stąd płyną wnioski dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski czołg w okolicach miasta Izjum, zima 2023 roku/fot. własne

Zimno…

Rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną stawiają ukraińskich cywilów wobec konieczności mierzenia się z zimnem, a także z brakiem wody i prądu. W najnowszej historii wojen rzadko zdarzało się, by to doświadczenie było tak bardzo zbieżne z tym, czego doświadczają żołnierze na froncie. Tam, przy temperaturach dochodzących do –25 stopni Celsjusza, a odczuwalnych o kilkanaście stopni niższych, zima przestaje być porą roku, a staje się jednym z czynników walki. Mróz wpływa na ciało i psychikę żołnierzy, nie pozostaje obojętny dla sprzętu i może decydować o tym, kto utrzyma lub zdobędzie pozycje, a kto straci zdolność do dalszych działań.

Zima wielokrotnie udowadniała, że na wojnie bywa równie groźna jak przeciwnik. Klasycznym przykładem pozostaje wojna zimowa z lat 1939–1940, w której Armia Czerwona, mimo przytłaczającej przewagi liczebnej i sprzętowej, poniosła ogromne straty w starciu z fińskimi oddziałami. Sowieckie wojska wkroczyły do walki źle przygotowane do działań w ekstremalnych warunkach pogodowych: brakowało odpowiedniego umundurowania, procedur bytowania w mrozie i elementarnej wiedzy o funkcjonowaniu sprzętu w niskich temperaturach. Finowie, słabsi liczebnie, potrafili natomiast wykorzystać zimno, śnieg i teren jako naturalnych sprzymierzeńców.

Jeszcze bardziej dramatyczne konsekwencje przyniósł mróz podczas niemieckiej kampanii na wschodzie w latach 1941–1942. Wehrmacht, planując krótką wojnę manewrową, nie przygotował się na długotrwałe działania w warunkach rosyjskiej zimy. Brak ciepłych mundurów, nieprzystosowane smary i paliwa, zamarzające mechanizmy broni oraz pojazdów szybko przełożyły się na straty niewynikające bezpośrednio z walk. Odmrożenia, hipotermia i załamanie morale stały się codziennością, a „Generał Mróz” wszedł do języka wojny jako synonim błędów planistycznych i logistycznych.

W obu przypadkach wniosek był podobny: o skuteczności armii w zimie decyduje nie sama odporność żołnierzy, lecz systemowe przygotowanie – od munduru i racji żywnościowych, przez procedury, po zdolność utrzymania sprzętu w gotowości. Ta lekcja nie straciła aktualności. Dzisiejsza Ukraina walczy na tej samej szerokości geograficznej, w podobnym klimacie i często w równie surowych warunkach. Różnica polega na tym, że współczesne pole walki jest znacznie bardziej nasycone elektroniką, a zima uderza nie tylko w ludzi, lecz także w technologię, od której zależy prowadzenie działań bojowych.

—–

Na współczesnym polu walki w Ukrainie temperatury rzędu –20 do –25 stopni Celsjusza nie są anomalią – w ostatnim czasie stały się wręcz typowe. Tymczasem już kilkanaście godzin spędzonych w okopach oznacza gwałtowny wzrost ryzyka hipotermii i odmrożeń, zwłaszcza palców stóp, dłoni oraz twarzy. Ukraińscy żołnierze zwracają uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sama temperatura, lecz także wilgoć: pot, śnieg i lód szybko obniżają zdolność organizmu do utrzymania ciepła.

Medycy wojskowi podkreślają, że zimą rośnie liczba przypadków urazów niezwiązanych bezpośrednio z ostrzałem – nie tylko odmrożeń, ale również problemów krążeniowych. Spada też sprawność manualna: obsługa broni, radiostacji czy opatrunków wymaga więcej czasu i wysiłku, a każdy błąd może mieć poważne konsekwencje. Mróz oznacza ponadto zwiększone zapotrzebowanie energetyczne. Organizm spala więcej kalorii, by utrzymać temperaturę, a niedobory jedzenia i ciepłych napojów szybciej prowadzą do wyczerpania, co staje się poważnym wyzwaniem logistycznym.

Niskie temperatury działają także na psychikę. Długotrwałe przebywanie w zimnie pogłębia zmęczenie, utrudnia sen i regenerację, potęguje stres. W relacjach z frontu, także tych historycznych, często pojawia się wątek apatii i spadku koncentracji, szczególnie podczas nocnych dyżurów. W takich warunkach nawet krótki odpoczynek przestaje przynosić ulgę, jeśli żołnierz nie ma możliwości ogrzania się i odizolowania od zimna.

—–

Zima bezlitośnie weryfikuje również sprzęt. Broń wymaga innej konserwacji – standardowe smary gęstnieją lub zamarzają, co zwiększa ryzyko zacięć. Elektronika staje się bardziej zawodna: baterie w radiostacjach, noktowizorach czy dronach rozładowują się znacznie szybciej, a nagłe zmiany temperatury sprzyjają awariom. Ukraińscy operatorzy bezzałogowców zwracają uwagę, że zimą skraca się czas lotu dronów, a ich obsługa w grubych rękawicach staje się znacznie trudniejsza.

Problemy dotyczą także pojazdów. Zamarzające paliwo, słabsze akumulatory i trudności z uruchamianiem silników ograniczają mobilność, szczególnie w warunkach polowych, z dala od zaplecza technicznego.

Mróz zmienia samo pole walki. Zamarznięta ziemia utrudnia kopanie i pogłębianie okopów, co ma bezpośredni wpływ na ochronę przed ostrzałem. Śnieg z jednej strony poprawia widoczność i ułatwia wykrywanie ruchu przeciwnika, z drugiej – zdradza ślady i ogranicza maskowanie. Dźwięki niosą się dalej, a nocą światło i ciepło stają się łatwiejsze do wykrycia.

W takich warunkach przewagę zyskuje ten, kto potrafi lepiej zarządzać bytowaniem żołnierzy i sprzętem.

—–

Relacje z ukraińskiego frontu pokazują, że zima wymusza powrót do podstaw żołnierskiego rzemiosła. Nowoczesny sprzęt pomaga, ale o przetrwaniu decydują proste rozwiązania, dyscyplina i doświadczenie. W warunkach –20 stopni kluczowym wyzwaniem jest nie tyle „ogrzać się”, ile nie dopuścić do wychłodzenia.

Podstawą jest ubiór warstwowy. Ukraińscy żołnierze podkreślają, że najważniejszą jego częścią pozostaje bielizna termiczna, która odprowadza wilgoć, oraz warstwa izolacyjna utrzymująca ciepło. Zewnętrzna odzież ma chronić przed wiatrem i śniegiem, ale nie może powodować przegrzania. Pot, o czym już wspominałem, jest zimą wrogiem – mokra odzież oznacza szybkie wychłodzenie po zatrzymaniu się.

Szczególną uwagę poświęca się stopom i dłoniom. Częsta zmiana skarpet, wkładki izolujące od gruntu oraz rękawice pozwalające na obsługę broni to standard. Wielu żołnierzy nosi cienkie rękawiczki „robocze” pod grubszymi, zdejmowanymi tylko na czas strzelania czy obsługi sprzętu.

Ogrzewanie okopów i schronów jest możliwe, ale obarczone ryzykiem. Ukraińskie jednostki korzystają z niewielkich piecyków polowych, świec okopowych i chemicznych podgrzewaczy, jednak zawsze z myślą o maskowaniu. Otwarty ogień, dym czy nadmiar ciepła mogą zdradzić pozycję, zwłaszcza w warunkach obserwacji termowizyjnej.

Częstą praktyką jest ogrzewanie „punktowe” – rąk, stóp lub miejsca snu – zamiast całej przestrzeni. Izolacja od ziemi (maty, deski, skrzynki) bywa ważniejsza niż sam ogień.

—–

Zimą sen staje się towarem deficytowym. Krótkie zmiany, częsta rotacja na pozycjach i możliwość ogrzania się choćby przez kilkanaście minut mają kluczowe znaczenie dla utrzymania zdolności bojowej. Ukraińscy dowódcy podkreślają, że przemęczony i wychłodzony żołnierz szybciej popełnia błędy, a jego reakcje są spowolnione.

Śpiwory o wysokim standardzie termicznym, często używane wewnątrz prowizorycznych schronów, pozwalają przetrwać noc, ale tylko pod warunkiem zachowania suchej odzieży i izolacji od podłoża.

Zimą zmienia się podejście do konserwacji broni. Ukraińscy żołnierze ograniczają ilość smarów lub stosują środki przeznaczone do niskich temperatur. Broń bywa noszona bliżej ciała, by ograniczyć ryzyko zamarzania mechanizmów.

Elektronika wymaga szczególnej troski. Baterie do radiostacji, celowników czy dronów są przechowywane pod kurtką, blisko ciała. Operatorzy bezzałogowców planują loty krótsze i częstsze, licząc się z gwałtownym spadkiem wydajności akumulatorów. Zimą technologia nie daje przewagi sama z siebie – trzeba ją stale „ratować” przed fizyką.

W relacjach z frontu często powraca jedno słowo: improwizacja. Od świec robionych z puszek i parafiny, przez prowizoryczne osłony przeciwwiatrowe, po przerabianie cywilnych ubrań i sprzętu. Ukraińscy żołnierze korzystają z doświadczeń z poprzednich zim, ale każda nowa fala mrozów wymusza kolejne dostosowania.

Zima nie daje przewagi automatycznie. Faworyzuje tych, którzy potrafią się do niej przygotować, utrzymać dyscyplinę bytową i zadbać o ludzi. Na ukraińskim froncie to często właśnie te „niewidoczne” działania decydują o tym, czy oddział jest w stanie utrzymać pozycje przez kolejne dni i tygodnie.

—–

W tej wojnie zima nie działa wyłącznie na linii frontu. Rosyjskie uderzenia w infrastrukturę energetyczną Ukrainy sprawiają, że doświadczenie mrozu staje się wspólne dla żołnierzy i cywilów. Brak ogrzewania, prądu i wody na zapleczu oznacza, że walka z zimnem nie kończy się wraz z zejściem z pozycji. Front i tyły funkcjonują w tym samym reżimie niedoboru, a konsekwencje tego stanu odczuwalne są również w psychice żołnierzy.

Ukraińscy wojskowi podkreślają, że wiedza o losie rodzin i bliskich pozostających w ostrzeliwanych miastach jest dla nich dodatkowym obciążeniem psychicznym. Żołnierz na froncie mierzy się z mrozem, zmęczeniem i bezpośrednim zagrożeniem życia, a jednocześnie ma świadomość, że tej samej nocy jego bliscy mogą siedzieć w zimnym mieszkaniu, bez światła i ogrzewania. To nie osłabia determinacji, ale zwiększa napięcie i poczucie odpowiedzialności, którego trudno się pozbyć nawet w chwilach względnego spokoju.

Tak zima staje się elementem wojny na wyczerpanie, prowadzonej nie tylko przeciwko armii, ale całemu społeczeństwu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonałem je podczas donbaskiego epizodu tej wojny, zimą 2015 roku. Wtedy też temperatury spadały mocno poniżej zera…

Zwierzchnik…

Celem operacji „Zimowy wiatr” była pomoc afgańskiej ludności. Zimą 2008 roku panowały niezwykle chłody i śnieżyce, cywile w odległych wioskach potrzebowali opału, żywności i ciepłej odzieży. Na pomoc wyruszył polski CIMIC (zespół współpracy cywilno-wojskowej), do spółki z afgańską armią i policją. Konwoje osłaniali żołnierze z 6 Brygady Desantowo-Szturmowej (dziś powietrznodesantowej), wśród nich kapral Szymon Słowik.

Był 26 lutego 2008 roku, wieczór. Szymon jechał na ganerce Humvee, składający się z ośmiu pojazdów oddział wracał już do bazy. Polacy mijali miejscowość Yahya Khel, do „domu” w Sharanie mieli ledwie cztery kilometry.

– Nasz wóz był siódmy – opowiadał mi kilka lat później Jacek Domański, kierowca. Konwój gnał off-roadem, z obawy przed minami, które talibowie zakładali na drogach. Aż w którymś momencie trzeba było przeciąć koryto rzeki, tak zwane wadi. Tego nie dało się zrobić w dowolnym miejscu. – Talibowie dobrze wiedzieli, że prędzej czy później będziemy tamtędy jechać. I założyli ładunek.

Była 18.15, sześć terenówek pokonało już przeszkodę, gdy siódma, tylnym kołem, najechała na minę. Wybuch był potężny. Starszy szeregowy Hubert Kowalewski, który siedział nad pechowym kołem, zginął na miejscu. Kierowcę wyrzuciło na zewnątrz. Słowik, przypięty pasami, został na swoim miejscu. Tymczasem auto przekoziołkowało w przód i wylądowało do góry kołami…

– Nim zemdlałem, doczołgałem się do Szymka, ale już nie żył… – wspominał Domański. Po czym opowiedział mi, co wydarzyło się tuż przed eksplozją. „Widać już światła z bazy!”, krzyczał Szymon. „Dawaj, dawaj!”, popędzał kierowcę. „Moja żona ma dziś urodziny, muszę zadzwonić!”. To były jego ostatnie słowa.

W 2016 roku rozmawiałem z wdową.

– Taki dostałam prezent – mówiła Barbara Słowik.

—–

Miałem już nie pisać o zniewadze, jakiej dopuścił się Donald Trump, ale ktoś mnie do tego sprowokował. Nim wyjaśnię kto, przypomnę nieszczęsne słowa prezydenta USA. „Nigdy ich nie potrzebowaliśmy”, mówił o sojusznikach z NATO. „Powiedzą, że wysłali trochę wojsk do Afganistanu… i tak zrobili, trzymali się trochę z tyłu, trochę poza linią frontu”.

Po co ten cytat? Ano wczoraj, w rozmowie na antenie RMF FM, były prezydent Andrzej Duda nazwał wypowiedź gospodarza Białego Domu „niefortunną i niezręczną”. Trudno się z tym nie zgodzić, ale… „Nie widzę w tej wypowiedzi niczego, co uzasadniałoby słowo 'przepraszam’, bo prezydent Trump nikogo nie obraził”, stwierdził były zwierzchnik Sił Zbrojnych RP.

Napiszę to jeszcze raz: zwierzchnik Sił Zbrojnych RP. Ręce opadają…

PS. Napisałem obszerny tekst dla portalu „Polska Zbrojna” na temat „naszego Afganistanu”. Jest w nim przywołana historia, ale są też rozważania na temat natury tej wojny. Oto link do całości materiału.

—–

Zdjęcie ilustracyjne, zrobiłem je jesienią 2013 roku w prowincji Ghazni/fot. własne

Pierwszy

Nie milkną echa skandalicznych słów Donalda Trumpa, który zakwestionował wkład sojuszników z NATO, sugerując, że w Afganistanie „trzymali się z tyłu”. I że Ameryka ich nie potrzebowała. Wypowiedź spotkała się z ostrymi reakcjami polityków z Wielkiej Brytanii, Włoch czy Niemiec, przeprosin oczekują weterani i rodziny poległych z kilkudziesięciu krajów. Amerykańskie służby dyplomatyczne starają się ugasić pożar. Ambasady USA, także ta w Polsce, wydają pojednawcze oświadczenia. Ale sam Trump, póki co, pokajał się jedynie przed Brytyjczykami; resztę sojuszników ignoruje. Jakby historia, o której tu wspomnę, w ogóle się nie wydarzyła…

2 czerwca 2011 roku z bazy Giro wyruszył kilkudziesięcioosobowy patrol kołowy. Polacy zmierzali ku głównej arterii, szosie Highway 1, mijając pod drodze m.in. wioskę Bahar. Tam kolumna dostała się pod ogień. Początkowo ostrzał nie był ani intensywny, ani groźny, mimo to nie można go było zignorować. Incydenty bez odpowiedzi tylko rozzuchwaliłyby talibów.

Polacy zaczęli napierać na wioskę, a ogień rebeliantów zgęstniał do tego stopnia, że niezbędne okazało się wezwanie samolotów. Dwa amerykańskie F-15 poprzestały na niskich przelotach – użycie działek czy rakiet w gęsto zamieszkałym rejonie nie wchodziło w grę. Pokaz siły nie przyniósł jednak oczekiwanych efektów – Afgańczycy się nie wycofali.

Rosomaki podjechały jak najbliżej zabudowań i wysadziły desant. Jedną z drużyn, która od razu ruszyła między domy, dowodził starszy kapral Jarosław Maćkowiak z 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej. Zaczęło się przeczesywanie terenu – sprawdzanie każdego domu, każdego budynku gospodarczego. Od czasu do czasu rozlegały się serie z broni maszynowej, gdy dochodziło do kontaktu z przeciwnikiem. W którymś momencie drużyna „Maćka” zatrzymała się przy końcu muru jednego z domostw. Pójście dalej oznaczało wyjście w otwartą przestrzeń. Afgański policjant i tłumacz Polaków chciał ruszyć jako pierwszy. Maćkowiak, widząc że Afgańczyk nie ma kamizelki kuloodpornej, sam zajął jego miejsce.

– Pójdę jako pierwszy – powiedział i ruszył, a za nim kolejni. I wtedy rebeliancka seria skosiła dwóch biegnących na czele Polaków.

Mimo ognia koledzy wynieśli rannych w bezpieczniejsze miejsce, w pobliże jednego z Rosomaków. Wozem dowodził starszy kapral Tomasz Byczek, który ogniem z kaemu osłaniał ewakuację rannych.

– Skupiłem się na celach, by nas nie podeszli – opowiadał mi kilka lat później. – Gdy spojrzałem w bok, medyk już „Maćka” pompował…

Maćkowiak dostał w udo, pocisk przerwał mu tętnicę. Był nieprzytomny, gdy ładowano go na pokład śmigłowca ewakuacji medycznej, zmarł w szpitalu w Ghazni.

– Gdy go zabierali, wiedziałem, że jest źle, ale nie sądziłem, że widzę chłopa ostatni raz żywego… – relacjonował kapral Byczek.

Podczas akcji w Bahar zginęło 15 talibów. Skala i intensywność potyczki wzięły się stąd, że tego dnia do wioski zjechało wielu bojowników na wesele jednego z nich.

—–

Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy; 44 z nich wróciło w trumnach, setki z ranami i traumą. Znałem osobiście pięciu żołnierzy, weteranów Wojska Polskiego, którzy po powrocie do kraju przegrali zmagania z PTSD i popełnili samobójstwo. Nie znamy dokładnej liczby śmiertelnych ofiar stresu pourazowego, ale z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że jest ich co najmniej kilkadziesiąt. W skali koalicji (nawet bez Amerykanów) – tysiące. I już choćby dlatego słowa Donalda Trumpa o tym, że sojusznicy w Afganistanie byli „niepotrzebni”, są nie tylko fałszywe, lecz także moralnie obrzydliwe.

Jako kronikarz „polskiego Afganistanu” poznałem setki żołnierzy, utrzymywałem kontakt z rodzinami wielu z nich, także z bliskimi poległych. To te relacje sprawiły, że uczestniczyłem w ich żałobie i widziałem z bliska, jak mierzą się z traumą straty. Widziałem domowe ołtarzyki, które w mieszkaniach rodziców poległych chłopaków stawały się centrum codziennego życia. Wiem, jak wielkie znaczenie dla pogodzenia się ze stratą miało przekonanie, że te śmierci miały sens – i mogę się tylko domyślać, jak bardzo bolą dziś słowa Donalda Trumpa, że w gruncie rzeczy były niepotrzebne.

—–

Nz. Polscy żołnierze w Afganistanie podczas jednej z wielu misji bojowych/fot. Adam Roik

Ten tekst, w znacznie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Oszukany

Afganistan to była dla mnie wspaniała przygoda, „turbomęska”, jak mówił o tej misji jeden z moich mundurowych kolegów. Adrenalina, egzotyka, przyjaźń – to słowa-klucze, które dobrze oddają istotę tego doświadczenia.

Zawodowo spełniłem się po całości, budując wyjątkowy warsztat i pozycję.

To dzięki Afganowi wszedłem w świat twórców literackich.

Ale Afganistan to także wspomnienie bólu po urazie ciśnieniowym i długa relacja ze stresem pourazowym. Poczucie wyplucia, gdy wojna się skończyła, a redakcja stanęła na stanowisku „kij ci w oko, radź sobie teraz sam”. Wyrzuty sumienia wobec najbliższych, których przez lata dręczyłem swoją nieobecnością i ryzykiem, że nie wrócę. Sporo mógłbym tu jeszcze dodać, ale nie w tym rzecz. Chcę tylko napisać, że gdybym rachunek sumienia oparł wyłącznie o osobiste zyski i straty, uznałbym, że nie warto było. Że cała ta wojenna reporterka na chuj mi była potrzebna, że lepiej, bym niektórych rzeczy nigdy nie zobaczył i nie usłyszał.

Ale ja tak nie myślałem. Sądziłem, że widzę i w jakiejś mierze współtworzę historię, że jestem częścią czegoś większego. Brałem udział w odkłamywaniu fatalnej narracji o misji stabilizacyjnej, która tak naprawdę była wojną. Pisząc o tym, jak ta wojna wygląda, dawałem świadectwo wysiłków podejmowanych przez chłopców i dziewczęta w mundurach Wojska Polskiego. Oni nie stali z tyłu, jak mówi dziś Trump. Bywałem srogim recenzentem, zwłaszcza dla tych na górze, ale zawsze towarzyszyło mi przekonanie, że misja naszych żołnierzy ma sens. Bo „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”; byliśmy w Afganistanie z sojusznikami i dla sojuszników. Przekonywałem do tego swoich Czytelników, wprost pisząc, że jutro to my możemy poprosić o pomoc – i że ją dostaniemy, skoro jej udzieliliśmy, jadąc na amerykańską wojnę.

W tym upatrywałem sens Afganu, osobiste wysiłki, by ludzie w ten sposób myśleli, nadawały „większy” sens mojej pracy.

I Trump, serią wyplutych z siebie zdań, zadał temu wszystkiemu kłam. Mówiąc, że my, Polacy, nie byliśmy im, Amerykanom, potrzebni, dotknął mnie do żywego. I nawet nie chodzi o to, że bredził. Rzecz w tym, że jego „niepotrzebni” oznacza również, że w jego mniemaniu Ameryka nie ma wobec nas żadnych zobowiązań.

A przecież o te zobowiązania chodziło. Po to to wszystko było, cały ten pierdolony Afganistan.

Czuję się oszukany i czuję się źle, że oszukiwałem innych – stąd mój piątkowy wpis, i ten dzisiejszy też.

Ps. Wiem, że Trump nie jest depozytariuszem opinii większości Amerykanów. Wierzę, że nie doczeka końca kadencji i odejdzie w niesławie. Ale bardzo się boję tego, co może się wydarzyć, nim ów koniec nadejdzie…

Zdjęcie z czasów, gdy „staliśmy w tyle”/fot. Krzysiek Żuczkowski