Ameryka

Na ulicach amerykańskich miast toczą się walki, a żołnierze strzelają do żołnierzy. Waszyngton staje się celem ofensywy zbuntowanych oddziałów. Film „Civil War” Alexa Garlanda z 2024 roku przedstawia USA jako państwo rozbite przez wewnętrzny konflikt. Nie wyjaśnia dokładnie, jak do tego doszło. Pokazuje za to świat, w którym amerykańska potęga militarna została skierowana przeciwko samym Amerykanom. Dziś, w dniu wyborów do Kongresu, ta wizja może wydawać się mniej odległa niż przed laty. Amerykanie są głęboko podzieleni, a polityczni przeciwnicy coraz częściej widzą w sobie zagrożenie dla przyszłości kraju. Ale między wzajemną wrogością, ulicznymi zamieszkami a wojną domową istnieje ogromna różnica. I właśnie od tego rozróżnienia trzeba zacząć jakiekolwiek rozważania o realności filmowego scenariusza.

Na początku października Chicago Project on Security and Threats (CPOST) z Uniwersytetu Chicagowskiego opublikował wyniki sondażu przeprowadzonego pod koniec sierpnia wśród 2218 dorosłych Amerykanów. Aż 25 proc. uznało użycie siły w celu odsunięcia Donalda Trumpa od prezydentury za uzasadnione. Rok wcześniej podobnie odpowiadało 16 proc. badanych.

Inne pytanie dotyczyło aprobaty dla użycia wojska przeciw protestującym przeciwnikom polityki prezydenta. Łącznie przynajmniej jedno z tych dwóch działań popierało 41 proc. ankietowanych. Jednocześnie tylko 42 proc. wierzyło, że głosy w listopadowych wyborach zostaną prawidłowo policzone. Wyniki pokazują, jak głęboki stał się kryzys zaufania, choć dotyczą dwóch odmiennych form stosowania siły: przez przeciwników władzy i przez samą władzę.

Istotne zastrzeżenie: uznawanie przemocy za dopuszczalną nie oznacza gotowości do osobistego chwycenia za broń. Nie jest też miarą liczby potencjalnych uczestników rebelii. Zresztą w tym samym raporcie badacze wskazali, że ponad 70 proc. Amerykanów odrzuca przemoc polityczną. Rozbieżności wynikają m.in. z odmiennego sposobu formułowania pytań.

Warto spojrzeć również na rzeczywiste zachowania. Według ACLED, organizacji monitorującej konflikty i niepokoje społeczne, w 2025 roku około 97 proc. demonstracji w USA obyło się bez przemocy i interwencji policji, mimo że liczba protestów wzrosła o blisko 77 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Uliczna mobilizacja nie jest więc równoznaczna z gotowością do walki.

Nie znaczy to, że nie ma powodów do obaw. Analitycy Center for Strategic and International Studies (CSIS) zidentyfikowali jedenaście przypadków zamachów lub przygotowań do aktów terroryzmu związanych z amerykańskimi wyborami od 2015 roku do połowy 2026 roku. To niewiele na tle ogólnej liczby incydentów terrorystycznych, ale większość tych przypadków przypada na ostatnie lata. 15 października FBI ponownie ostrzegło przed groźbami kierowanymi do osób organizujących głosowanie. Nie potrzeba masowej rebelii, by pojedynczy akt przemocy wywołał polityczny wstrząs.

Od gniewu do wojny

Czy taki wstrząs mógłby uruchomić powtórkę z lat 1861–1865? Wówczas zbuntowane stany stworzyły Konfederację, wystawiły regularne wojsko i przez cztery lata walczyły z rządem federalnym. Zginęły setki tysięcy ludzi. Dzisiejsza Ameryka wygląda jednak inaczej. Jej polityczne podziały nie przebiegają wzdłuż wyraźnej linii geograficznej. Republikanie i demokraci mieszkają w tych samych stanach, miastach i dzielnicach.

Nie ma też współczesnego odpowiednika Konfederacji, zdolnego do prowadzenia długotrwałej wojny. Uzbrojone grupy ekstremistyczne mogą dokonywać zamachów i prowokować starcia, lecz nie mają potencjału regularnej armii ani wspólnego politycznego kierownictwa. Z tego powodu we wrześniu 2025 roku analitycy CSIS Benjamin Jensen i Joseph Young uznali ryzyko wybuchu amerykańskiej wojny domowej za znikome. Znacznie bardziej prawdopodobne ich zdaniem są pojedyncze akty przemocy i napędzające się wzajemnie ataki radykałów.

Zamach na polityka, zbrojna demonstracja, nawet gwałtowne zamieszki nie są jeszcze wojną domową. Ta wymaga zorganizowanych stron zdolnych do prowadzenia długotrwałych walk. Atak na Kapitol 6 stycznia 2021 roku pokazał jednak, że ludzie przekonani o bezprawności wyborczego rozstrzygnięcia mogą próbować siłą zakłócić działanie państwa. To nie był początek wojny, ale ostrzeżenie przed skutkami delegitymizacji instytucji.

Groźniejszy od pojedynczych zamieszek byłby splot kilku zjawisk: kwestionowania wyników, masowych protestów, aktów przemocy i konfliktu między władzami federalnymi a stanowymi. Punktem krytycznym mogłaby się stać odmowa podporządkowania się prawomocnym orzeczeniom sądów. Wtedy polityczny spór zacząłby dotyczyć nie tylko tego, kto rządzi, lecz także tego, czyje decyzje są w ogóle wiążące.

Tegoroczne wybory nie są przy tym głosowaniem nad prezydenturą Trumpa. Nawet jeśli republikanie stracą większość w Kongresie, prezydent zachowa urząd i zwierzchnictwo nad armią. Może jednak dojść do zaostrzenia sporów o zakres jego uprawnień. Ich przedsmak przyniosło postanowienie sądu federalnego z 30 października. Sędzia Trina Thompson tymczasowo zakazała przedstawicielom administracji wywierania określonych nacisków na urzędników wyborczych, w tym żądania usuwania wyborców z rejestrów na podstawie federalnych zarzutów o nieuprawnione głosowanie. Administracja odwołała się od tego postanowienia. To przykład działania instytucjonalnych hamulców, ale też skali napięć przed głosowaniem.

Czy żołnierze stanęliby przeciw sobie?

W tym miejscu pojawia się pytanie najważniejsze dla bezpieczeństwa: co stałoby się z amerykańskim wojskiem, gdyby konflikt polityczny przerodził się w kryzys konstytucyjny?

Prezydent USA jest naczelnym dowódcą sił zbrojnych. Nie znaczy to jednak, że armia stanowi jego osobistą formację. Amerykańscy wojskowi przysięgają bronić konstytucji. Szeregowi i podoficerowie zobowiązują się ponadto wykonywać rozkazy prezydenta i przełożonych zgodnie z prawem wojskowym; oficerowie składają nieco inną przysięgę. Zasada jest wspólna: rozkazy mają być zgodne z prawem, a lojalność wobec państwa nie powinna oznaczać partyjnego zaangażowania.

Szczególną rolę odgrywa Gwardia Narodowa. Jej oddziały mogą pozostawać pod dowództwem gubernatora, gdy pełnią służbę stanową lub w statusie określanym jako Title 32. Po powołaniu do służby federalnej, na podstawie Title 10, przechodzą pod kontrolę władz federalnych. Z tej konstrukcji wynikają zarówno możliwości reagowania na klęski żywiołowe i zamieszki, jak i potencjalne spory między gubernatorami a Waszyngtonem.

Nie chodzi jednak o prostą sytuację, w której każdy gubernator ma własną armię gotową przeciwstawić się Pentagonowi. Zmiana statusu jednostek, zakres uprawnień władz i legalność wydawanych rozkazów są uregulowane przepisami. Istotne znaczenie ma Posse Comitatus Act, ograniczająca wykorzystanie federalnego wojska do egzekwowania prawa wewnątrz kraju. Ograniczenia te obejmują również sfederalizowaną Gwardię Narodową, ale co do zasady nie dotyczą jej oddziałów pozostających pod kontrolą stanową.

Istnieją wyjątki. Insurrection Act pozwala prezydentowi użyć wojska w szczególnych okolicznościach, na przykład w razie rebelii lub poważnych przeszkód w wykonywaniu prawa federalnego. W kryzysie politycznym spór mógłby więc dotyczyć tego, czy warunki zastosowania ustawy rzeczywiście zostały spełnione. Jedni widzieliby w obecności żołnierzy ochronę porządku, inni próbę zastraszenia przeciwników władzy.

Nie są to obawy całkiem abstrakcyjne. W sierpniu gen. Dan Caine, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, zapewnił senator Elissę Slotkin, że nie ma planów wysyłania federalnych żołnierzy ani sfederalizowanych gwardzistów do lokali wyborczych. Zaprzeczył również planom przejmowania kart do głosowania i maszyn wyborczych. Dodał, że nie otrzymał i nie spodziewa się otrzymać bezprawnego rozkazu dotyczącego wyborów. Sam fakt, że takie zapewnienie stało się potrzebne, mówi wiele o politycznej atmosferze.

Czy w skrajnych okolicznościach mogłoby dojść do podziałów w armii? Wykluczyć tego nie można. Żołnierze również mają poglądy, a spór o legalność rozkazów mógłby prowadzić do napięć i odmów ich wykonania. Nie ma natomiast podstaw, by przewidywać rozpad sił zbrojnych na dwie wielkie, walczące ze sobą armie. Bardziej realistycznym zagrożeniem byłby ograniczony paraliż decyzyjny i konflikt kompetencyjny, utrudniający wojsku wykonywanie zadań.

Destabilizacja USA nie byłaby wyłącznie amerykańskim problemem – byłaby zmartwieniem także dla Polski, o czym piszę w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Graf. Materiały dystrybutora filmu „Civil War”

Resursy

Amerykańskie bombowce B-52 mają służyć niemal sto lat, a czołgi zaprojektowane w czasach zimnej wojny nadal stanowią podstawę wielu armii. Dlaczego jedne maszyny można eksploatować przez dziesięciolecia, podczas gdy inne znacznie wcześniej trafiają na złom? Odpowiedź kryje się nie tylko w ich wieku, lecz także w sposobie użytkowania, stanie technicznym i możliwościach modernizacji.

Niedawno w Inowrocławiu miałem okazję przyglądać się szkoleniu polskich załóg śmigłowców AH-64 Apache. Amerykańskie maszyny zastępują radzieckie Mi-24, pamiętające jeszcze czasy Układu Warszawskiego. Moi rozmówcy mówili o przeskoku generacyjnym i trudno było nie przyznać im racji. Różnica między oboma typami „śmigieł” jest ogromna. Apache dysponuje zaawansowanymi systemami obserwacji, kierowania ogniem i wymiany informacji, które pozwalają jego załodze wykrywać i zwalczać cele w sposób niedostępny dla polskich Mi-24. A przecież obie konstrukcje dzieli zaledwie kilka lat. Prototyp radzieckiego śmigłowca wzbił się w powietrze w 1969 roku, amerykańskiego – w 1975.

Oczywiście współczesny AH-64E nie jest tym samym śmigłowcem, który Amerykanie wprowadzali do służby w latach 80. Przez kolejne dekady Apache był systematycznie rozwijany, otrzymywał nowe wyposażenie i uzbrojenie. Mi-24 również modernizowano, ale polskie maszyny nie przeszły porównywalnej przebudowy. I właśnie w tym tkwi istota problemu. Wiek konstrukcji nie musi przesądzać o jej przydatności, podobnie jak stosunkowo młoda data produkcji nie gwarantuje, że sprzęt będzie długo służył.

W wojsku starość ma bowiem kilka znaczeń. Jedno dotyczy fizycznego zużycia, drugie technologicznego zapóźnienia, trzecie kosztów utrzymania. Dopiero uwzględnienie wszystkich pozwala odpowiedzieć na pytanie, czy daną maszynę warto nadal eksploatować.

Resurs, czyli nie tylko liczba lat

Każdy sprzęt wojskowy ma określone ograniczenia eksploatacyjne. Jednym z podstawowych pojęć używanych w tym kontekście jest resurs, czyli ustalony limit użytkowania urządzenia lub jego części. Może być wyrażony w godzinach pracy, liczbie wykonanych cykli, przejechanych kilometrach, oddanych strzałach albo latach eksploatacji. W zależności od rodzaju sprzętu stosuje się różne kryteria, często jednocześnie.

W lotnictwie szczególne znaczenie mają godziny nalotu i obciążenia, którym poddawana jest konstrukcja. Samolot podczas startu, lotu i lądowania nieustannie pracuje. Jego skrzydła uginają się pod wpływem sił aerodynamicznych, kadłub przenosi naprężenia, a poszczególne elementy podlegają drganiom i zmianom temperatury. Z czasem może to prowadzić do zmęczenia materiału, czyli stopniowego osłabiania konstrukcji pod wpływem powtarzalnych obciążeń. Jednym z jego skutków jest powstawanie i rozwój pęknięć, nawet jeśli pojedyncze obciążenia nie przekraczają dopuszczalnych wartości.

Dlatego dwa samoloty tego samego typu, wyprodukowane w tym samym roku, nie muszą znajdować się w podobnym stanie. Jeden mógł przez większość służby wykonywać spokojne loty patrolowe, drugi uczestniczyć w intensywnym szkoleniu, z częstymi manewrami i dużymi przeciążeniami. Ten drugi może mieć bardziej zużytą konstrukcję mimo mniejszej liczby godzin spędzonych w powietrzu.

W przypadku śmigłowców dochodzi jeszcze zużycie wirnika, przekładni i innych elementów układu napędowego. Poszczególne części mają własne ograniczenia, niezależne od trwałości całej maszyny. Dlatego śmigłowiec może mieć przed sobą wiele lat służby, choć jego silniki lub przekładnie będą wymagały wcześniej remontu albo wymiany.

Podobne zasady obowiązują w wojskach lądowych, choć inne są sposoby pomiaru. W czołgach i transporterach liczą się m.in. motogodziny, przebieg, obciążenia układu jezdnego oraz stan silnika i przekładni. Duże znaczenie ma także środowisko eksploatacji. Jazda po drogach utwardzonych zużywa pojazd inaczej niż wielogodzinne pokonywanie błotnistego terenu. Kurz, piasek i skrajne temperatury mogą dodatkowo przyspieszać degradację podzespołów.

Jeszcze inaczej wygląda to w artylerii. Tutaj jednym z najważniejszych elementów podlegających zużyciu jest lufa. Każdy wystrzał oznacza oddziaływanie ogromnego ciśnienia i wysokiej temperatury. Z czasem powierzchnia przewodu lufy ulega erozji, co może pogarszać celność, a ostatecznie ograniczać bezpieczeństwo użytkowania działa.

Co ciekawe, sama liczba wystrzałów nie wystarcza do oceny zużycia. Znaczenie ma również rodzaj stosowanych ładunków miotających. Strzelanie z maksymalnymi ładunkami zwykle obciąża lufę bardziej niż używanie słabszych. Dlatego w amerykańskiej artylerii stosuje się pojęcie ekwiwalentu strzału z pełnym ładunkiem. Pozwala ono przeliczać różne obciążenia na wspólną miarę, choć o rzeczywistym stanie lufy rozstrzygają także jej oględziny i pomiary.

Na morzu problem jest jeszcze bardziej złożony. Okręt składa się z tysięcy urządzeń, które starzeją się w różnym tempie. Silniki i turbiny zużywają się podczas pracy, kadłub podlega korozji oraz naprężeniom powodowanym przez fale, a wszechobecna wilgoć i sól przyspieszają degradację instalacji elektrycznych i elektronicznych. Okręt, który spędził wiele lat na intensywnych patrolach w trudnych warunkach, może być bardziej wyeksploatowany niż jednostka tego samego typu wykorzystywana znacznie rzadziej.

Drugie życie maszyny

Osiągnięcie przewidzianego limitu eksploatacji nie zawsze oznacza koniec służby. W zależności od rodzaju ograniczenia i stanu technicznego sprzętu możliwe są remont, wymiana części, dodatkowe badania lub formalne przedłużenie dopuszczalnego okresu użytkowania. Nie jest to jednak decyzja podejmowana wyłącznie na podstawie tego, że maszyna nadal działa.

W lotnictwie szczególnie ważne są badania zmęczeniowe, analiza dokumentacji eksploatacyjnej i kontrole konstrukcji. Specjaliści poszukują pęknięć, korozji oraz innych uszkodzeń, także takich, których nie widać gołym okiem. Wykorzystują do tego m.in. ultradźwięki i inne metody badań nieniszczących. Jeśli istnieją odpowiednie podstawy techniczne, można dopuścić maszynę do dalszej eksploatacji, niekiedy po wzmocnieniu lub wymianie wybranych elementów.

Ważne jest przy tym rozróżnienie dwóch procesów. Remont ma przede wszystkim przywrócić sprawność techniczną i odpowiedni zapas trwałości. Modernizacja służy natomiast zwiększeniu możliwości sprzętu. Można wymienić silnik i nie zmienić zasadniczo zdolności bojowych pojazdu. Można też zamontować nowoczesną elektronikę, nie poprawiając w ten sposób wytrzymałości jego konstrukcji. W praktyce oba przedsięwzięcia często prowadzi się równolegle.

Najbardziej spektakularnym przykładem takiego podejścia są amerykańskie bombowce B-52. Pierwsze weszły do służby w 1955 roku, a ostatni wyprodukowany egzemplarz dostarczono w 1962. Początkowo zakładano, że będą użytkowane przez około dwadzieścia lat. Tymczasem Amerykanie planują utrzymać je w służbie do lat 50. XXI wieku. Oznacza to, że najmłodsze maszyny mogą osiągnąć wiek zbliżony do stu lat.

Nie będzie to jednak sto lat eksploatowania samolotów w niezmienionej postaci. B-52 przechodziły liczne modyfikacje, a obecnie przygotowywany jest jeden z największych programów modernizacyjnych w ich historii. Obejmuje m.in. wymianę silników, radarów i systemów łączności. Dotychczasowe jednostki napędowe mają zostać zastąpione nowoczesnymi Rolls-Royce F130, co powinno poprawić niezawodność i ułatwić utrzymanie maszyn.

Dlaczego Amerykanie nie zastąpią po prostu B-52 nowszymi maszynami? Ponieważ bombowce te nadal dobrze nadają się do części powierzonych im zadań. Mogą przenosić duży ładunek uzbrojenia na znaczne odległości, w tym pociski odpalane spoza zasięgu obrony przeciwnika. Nie muszą więc bezpośrednio wlatywać w silnie bronioną przestrzeń powietrzną, aby skutecznie razić cele. Amerykanie rozwijają równocześnie nowy bombowiec B-21 Raider, przeznaczony m.in. do działania w znacznie bardziej wymagającym środowisku obrony powietrznej. Obie konstrukcje mają zatem pełnić uzupełniające się funkcje.

Istotne jest również to, że konstrukcja B-52 zachowała odpowiedni zapas wytrzymałości. Amerykańskie siły powietrzne poinformowały w 2026 roku, że przeprowadzone analizy potwierdziły możliwość dalszego użytkowania płatowców przez kolejne dekady. Nie oznacza to jednak, że samoloty są wolne od problemów technicznych. Podczas przeglądów wykrywano na przykład korozję skrzydeł, wymagającą dodatkowych napraw. Według amerykańskiej instytucji kontrolnej GAO programy modernizacyjne B-52 mają kosztować łącznie ponad 21 mld dolarów, a część przedsięwzięć boryka się z opóźnieniami i wzrostem wydatków.

Długowieczność można również zaplanować już podczas projektowania uzbrojenia. Dobrym przykładem są amerykańskie lotniskowce typu Nimitz, przewidziane na około pięćdziesiąt lat służby. W połowie tego okresu przechodzą wieloletni, gruntowny remont, obejmujący m.in. wymianę paliwa w reaktorach jądrowych, naprawy oraz modernizację wyposażenia. To ogromna operacja stoczniowa, która ma umożliwić wykorzystanie okrętu przez następne dziesięciolecia.

Skoro sprzęt można naprawiać, a niektóre konstrukcje rozwijać przez dziesięciolecia, dlaczego armie w ogóle wycofują uzbrojenie? Powodów jest kilka, a fizyczne zużycie nie zawsze okazuje się najważniejszym – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

Nz. USS Nimitz, okręt typu Nimitz; te lotniskowce już na etapie projektowania przewidziano do 50-letniej służby/fot. domena publiczna

„Pacyfik”

Weekend, więc będzie dziś nieco lżej – choć nie do końca. Zresztą sami oceńcie.

Kilka dni temu – po panelu, w którym brałem udział – podszedł do mnie mężczyzna deklarujący się jako stały czytelnik i obserwator. „Widziałem w pańskich relacjach, że kilka miesięcy temu ponownie oglądał pan ‘Pacyfik’, a niedawno ‘Kompanię braci’”, zaczął. „Ja jestem fanem tego drugiego serialu, a pan to ‘team Pacyfik’ czy ‘team Kompania’?”, zapytał.

„Oczywiście, że ‘team Pacyfik’”, odparłem z przekonaniem.

„Hmm”, zafrasował się mój rozmówca. „Nie sądziłem, że wskaże pan opowieść o egzotycznej wojnie”, przyznał.

Cóż, po prawdzie to mój wybór nie był od razu oczywisty – nie wystarczyło mi pojedyncze obejrzenie każdej z serii. Minęło kilka lat, nim doszło do sytuacji, w której – chcąc odświeżyć sobie oba filmy – najpierw sięgałem po ten opowiadający o pacyficznych zmaganiach Amerykanów i Japończyków. Historia „amerykańsko-niemiecka” – jakkolwiek geograficznie, kulturowo i mentalnie bliższa – nie grzała mnie aż tak bardzo.

Żeby nie było wątpliwości – oba seriale są znakomite. Po ćwierć wieku od premiery „Kompanii…” i 16 latach od ukazania się „Pacyfiku”, to wciąż niedoścignione wzorce batalistycznego widowiska. Skręconego „jak żywo”, jakby nie w konwencji fabuły a dokumentu. Nadal ogląda się je z dupą wbitą w fotel, a świadomość, że widzimy na ekranie losy prawdziwych ludzi tylko potęguje owo poczucie realizmu.

Nieodmiennie czapki z głów wobec ekip, które zrealizowały oba przedsięwzięcia.

Lecz jako się rzekło, „Pacyfik” jest dla mnie ciut wyżej. Zastanawiałem się, z czego to wynika, i doszedłem do wniosku, że chodzi o sympatie do głównych bohaterów. A źródłem tejże jest przekonanie, że chłopcy na Pacyfiku przeżyli więcej niż ci w Europie. Ich wojna była dużo bardziej intensywna, okrutniejsza, prowadzona w koszmarnych warunkach klimatycznych. Co widać przez wszystkie epizody obu seriali, a czego symbolicznym zwieńczeniem są ostatnie sekwencje ostatnich odcinków. Z nich bowiem dowiadujemy się, że weterani pacyficznej młócki żyli krócej o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, niż ich koledzy, którzy lądowali na naszym kontynencie.

Przypadek – mógłby rzec ktoś – nie sprowadzajmy doświadczeń pojedynczych osób do historii całej generacji. Czyżby?

Zacznijmy od charakteru samych walk. Na Pacyfiku Amerykanie mierzyli się z przeciwnikiem, dla którego kapitulacja była hańbą, a śmierć w boju – spełnieniem żołnierskiego obowiązku. Japończycy potrafili bronić beznadziejnych pozycji niemal do ostatniego człowieka, przeprowadzać samobójcze ataki, walczyć mimo odniesionych ran. Nie oznacza to, że żaden z nich nie składał broni, ale w porównaniu z frontem europejskim takie sytuacje zdarzały się znacznie rzadziej. Amerykanie szybko nauczyli się, że nawet pokonany przeciwnik może być śmiertelnie niebezpieczny. Odpowiadali na to własną bezwzględnością, nierzadko odmawiając Japończykom możliwości poddania się. Wojna przybierała charakter walki na wyniszczenie, w której coraz mniej było miejsca na jakiekolwiek reguły.

Ta brutalność przekładała się na intensywność starć. Na Tarawie, Peleliu, Iwo Jimie czy Okinawie amerykańskie oddziały ponosiły ogromne straty, niekiedy w ciągu zaledwie kilku dni. Japończycy wykorzystywali naturalne ukształtowanie terenu, budowali rozległe systemy umocnień, ukrywali stanowiska ogniowe w jaskiniach i bunkrach. Marines musieli zdobywać kolejne pozycje metr po metrze, wiedząc, że za następnym wzgórzem czeka ich dokładnie to samo. Na Peleliu operacja, która miała potrwać kilka dni, zamieniła się w wielotygodniową rzeź. Na Okinawie walki ciągnęły się niemal trzy miesiące, a żołnierze tygodniami żyli pośród błota, rozkładających się ciał i nieustannego ostrzału. Oczywiście, podobne piekło znali Amerykanie walczący w Normandii, Ardenach czy lesie Hürtgen. Tyle że na Pacyfiku do bezwzględności przeciwnika dochodziły jeszcze inne czynniki.

Przede wszystkim klimat. Upał, wilgoć i tropikalne ulewy potrafiły doprowadzić człowieka do skrajnego wyczerpania, nawet jeśli akurat nie musiał walczyć. Mundury nie wysychały, skóra pokrywała się bolesnymi zmianami, drobne skaleczenia łatwo ulegały zakażeniom. W dżungli roiło się od owadów, woda bywała niezdatna do picia, a utrzymanie elementarnej higieny stanowiło nie lada wyzwanie. Do tego dochodziły choroby – malaria, czerwonka, denga czy rozmaite zakażenia pasożytnicze. Potrafiły wyłączyć z walki całe grupy żołnierzy, a niektórym pozostawiały dolegliwości także po zakończeniu służby. Europa również dawała Amerykanom w kość, zwłaszcza podczas mroźnej zimy, ale na wielu pacyficznych wyspach nieprzyjazne środowisko było wrogiem równie uporczywym jak japońska armia.

Nie bez znaczenia pozostawała izolacja. Żołnierze walczący w Europie, nawet jeśli tkwili na pierwszej linii, funkcjonowali w przestrzeni, w której istniały drogi, miasta, szpitale i rozbudowane zaplecze. Na Pacyfiku wszystko to trzeba było często stworzyć od podstaw. Ewakuacja rannych, dostarczanie zaopatrzenia, zapewnienie odpoczynku – każda z tych czynności mogła stanowić ogromne przedsięwzięcie logistyczne. A kiedy wreszcie udało się zdobyć wyspę, wcale nie oznaczało to końca wojny. Po okresie odtwarzania sił przychodził rozkaz kolejnego desantu. I znów trzeba było przedzierać się przez plaże, dżunglę i umocnienia, patrzeć na śmierć kolegów, samemu próbując przeżyć.

Wszystko to musiało pozostawiać ślady, których nie dało się pozbyć wraz ze zdjęciem munduru. Dziś powiedzielibyśmy, że wielu weteranów zmagało się z zespołem stresu pourazowego, choć w latach czterdziestych nie posługiwano się jeszcze takim rozpoznaniem. Koszmary, bezsenność, drażliwość, trudności z powrotem do zwyczajnego życia, ucieczka w alkohol – były doświadczeniem wielu byłych żołnierzy. A przewlekły stres, jak wiemy ze współczesnych badań, może zwiększać ryzyko chorób układu krążenia i innych problemów zdrowotnych. Nie chodzi więc wyłącznie o psychiczne wspomnienia wojny. Jej konsekwencje mogą być jak najbardziej fizyczne.

I tu dochodzimy do rzeczy najciekawszej. W 2009 roku na łamach naukowego czasopisma „Research on Aging” opublikowano wyniki wieloletniego badania, w którym analizowano między innymi losy amerykańskich uczestników II wojny światowej. Okazało się, że w badanej grupie weterani służący na Pacyfiku byli obciążeni o około 50 procent wyższym względnym ryzykiem zgonu niż ci, którzy służyli na innych zagranicznych teatrach działań. Co istotne, różnicy tej nie dało się w pełni wyjaśnić samym uczestnictwem w walkach.

Oczywiście, nie znaczy to, że każdy weteran Pacyfiku żył krócej od kolegi walczącego w Europie. Badanie obejmowało stosunkowo niewielką i niereprezentatywną grupę, a jego autorzy nie ustalili, jakie dokładnie mechanizmy odpowiadały za zaobserwowaną różnicę. Nie sposób więc naukowo rozstrzygnąć, ile lat życia odbierały żołnierzom malaria, tropikalny klimat czy wspomnienia wyjątkowo brutalnych starć. Niemniej sam wynik jest wymowny. Sugeruje bowiem, że miejsce, w którym przyszło człowiekowi walczyć, mogło wpływać na jego los jeszcze długo po zakończeniu wojny.

A propos tychże – jest w ostatnim odcinku „Pacyfiku” scena, w której Eugene Sledge (grany przez Josepha Mazzello) – po powrocie do domu – wyrusza z ojcem na polowanie na ptaki. Idąc wzdłuż strumienia przysiada, odkłada strzelbę i zaczyna płakać. „Przepraszam. Nie mogę”, wydusza z siebie. Starszy mężczyzna tuli młodszego i mówi: „W porządku. Nie musisz mnie przepraszać, Eugene. Myślę, że populacja gołębi będzie dziś bardzo szczęśliwa”. Dla mnie to najmocniejsza sekwencja w serialu, nie znam lepszej filmowej ilustracji (po)wojennej traumy – tak oszczędnej w słowach i obrazie, a zarazem tak przejmującej. Wzrusza mnie za każdym razem.

W rzeczywistości to zdarzenie wyglądało nieco inaczej, co wiemy ze wspomnień Sledga, który podczas polowania dobił rannego ptaka, skręcając mu kark. Wtedy się załamał. Powiedział ojcu, że nie może już znieść widoku cierpienia kolejnej żywej istoty. Ten zasugerował mu, żeby zamiast polować, zajął się obserwowaniem ptaków.

I rzeczywiście Sledge został później biologiem, zajmował się m.in. ornitologią.

Umarł w wieku 77 lat. Robert Leckie – inny bohater „Pacyfiku” – odszedł, mając 81 lat. Richard Winters – jedna z głównych postaci „Kompanii Braci” – dożył 92 lat. Frank Perconte i Donald Malarkey – żołnierze walczącej w Europie kompanii E – przeżyli 96 lat.

Oczywiście, to tylko kilka metryk. Ale ilekroć oglądam oba seriale, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że dla chłopaków z Pacyfiku wojna trwała dłużej. Nie ta z karabinami, artylerią i japońskimi bunkrami. Ta, którą zabrali ze sobą do domów. I właśnie dlatego ich historia porusza mnie bardziej.

Stąd „team Pacyfik”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr z „Pacyfiku” – opisana powyżej scena.

Arsenał

Według szacunków Federacji Amerykańskich Naukowców (FAS) rosja posiada około 4400 głowic jądrowych. Kolejne 1020 wycofano z eksploatacji, ale jeszcze ich nie zdemontowano. Łącznie daje to ponad 5400 ładunków. Czy jest się czego bać? Cóż, to arsenał wystarczający, by w przypadku wojny jądrowej spowodować katastrofę o globalnych konsekwencjach. Ale…

Nie wszystkie głowice są gotowe do natychmiastowego użycia. FAS szacuje, że około 1800 strategicznych ładunków znajduje się na rozmieszczonych rakietach lub w bazach bombowców. Pozostałe przechowywane są w magazynach, skąd w razie potrzeby mogą trafić do jednostek wojskowych. Wymaga to dodatkowych przygotowań, lecz nie oznacza, że broń jest niesprawna. Zresztą sama liczba głowic nie mówi jeszcze wszystkiego o możliwościach przeprowadzenia uderzenia jądrowego.

Bo głowicę trzeba przecież dostarczyć do celu. A do tego potrzebne są odpowiednie środki przenoszenia, których sprawność, gotowość bojowa i odporność na działania przeciwnika mają równie duże znaczenie jak liczba posiadanych ładunków. rosja dysponuje trzema rodzajami takich środków, tworzącymi triadę nuklearną: bombowcami strategicznymi, międzykontynentalnymi rakietami bazowania lądowego oraz pociskami balistycznymi wystrzeliwanymi z okrętów podwodnych. Każdy z tych komponentów ma inne zalety i ograniczenia. Każdy też znajduje się w nieco innej kondycji.

Bombowce. Coraz mniej maszyn, coraz więcej problemów

Lotnictwo strategiczne jest najbardziej elastycznym elementem rosyjskiej triady nuklearnej. W przeciwieństwie do rakiet balistycznych bombowce można zawrócić nawet po rozpoczęciu misji, a ich wysłanie w określony rejon może stanowić czytelny sygnał polityczny. Maszyny te mogą przenosić pociski manewrujące z głowicami konwencjonalnymi lub jądrowymi, rażąc cele z dużej odległości, bez konieczności wlatywania w przestrzeń powietrzną przeciwnika. Ta elastyczność ma jednak swoją cenę. Bombowce wymagają lotnisk, rozbudowanego zaplecza technicznego i stosunkowo łatwo je wykryć. Dlatego spośród trzech komponentów triady są najbardziej narażone na zniszczenie, zwłaszcza gdy pozostają na ziemi.

rosja wykorzystuje dwa typy ciężkich bombowców strategicznych: turbośmigłowe Tu-95MS oraz naddźwiękowe Tu-160. Pierwsze są rozwinięciem konstrukcji z lat pięćdziesiątych, drugie powstały pod koniec zimnej wojny. Oba typy poddawano modernizacjom, obejmującym m.in. elektronikę i uzbrojenie. Dzięki temu mogą przenosić nowoczesne pociski manewrujące, w tym Ch-102 z głowicą jądrową.

Według szacunków FAS z maja 2026 roku w aktywnej ewidencji rosyjskiego lotnictwa strategicznego znajdowało się około 60 bombowców. Nie oznacza to jednak, że wszystkie były sprawne i gotowe do natychmiastowego startu. Część maszyn przechodzi remonty i modernizacje, inne wymagają obsługi technicznej. W przypadku samolotów liczących kilkadziesiąt lat utrzymanie odpowiedniej gotowości staje się coraz trudniejsze i kosztowniejsze.

Dodatkowym problemem są straty wojenne. 1 czerwca 2025 roku Ukraińcy przeprowadzili operację „Pajęczyna”, atakując dronami rosyjskie lotniska wojskowe. Zniszczonych zostało siedem Tu-95, a kolejny prawdopodobnie uszkodzono. rosjanie zaczęli rozpraszać pozostałe bombowce, przenosząc je do bardziej oddalonych baz. Wrześniowa katastrofa Tu-95MS była kolejnym uszczupleniem floty.

Moskwa próbuje odbudowywać potencjał, modernizując Tu-160 i wznawiając ich produkcję. Program napotyka jednak opóźnienia. Z czterech maszyn Tu-160M, które miały zostać przekazane wojsku jeszcze w 2025 roku, do 2026 roku dostarczono dwie. Jeszcze bardziej odległa pozostaje perspektywa wprowadzenia nowego bombowca PAK DA, który w przyszłości miałby zastąpić starsze konstrukcje. Wiosną 2026 roku wciąż trwał montaż pierwszego prototypu przeznaczonego do prób naziemnych.

Konkludując wątek – rosyjskie lotnictwo strategiczne zachowuje zdolność do przeprowadzania uderzeń jądrowych, ale jego potencjał stopniowo się kurczy. Przy obecnym tempie modernizacji i produkcji nowych maszyn odwrócenie tego trendu będzie trudne, a za kilka lat może okazać się niewykonalne.

Rakiety, które miały zastąpić radzieckie konstrukcje

Kolejny element rosyjskiej triady stanowią międzykontynentalne pociski balistyczne, czyli ICBM. To broń zdolna pokonać tysiące kilometrów w czasie liczonym w dziesiątkach minut. Część rakiet umieszczono w podziemnych silosach, inne przewożone są na wieloosiowych wyrzutniach samochodowych. Te drugie mogą zmieniać pozycję, co utrudnia przeciwnikowi ich wykrycie i zniszczenie.

Podstawą modernizowanego arsenału są pociski RS-24 Jars, występujące zarówno w wersjach mobilnych, jak i silosowych. Mogą przenosić kilka niezależnie naprowadzanych głowic, przeznaczonych do rażenia różnych celów. rosja posiada również starsze rakiety Topol-M oraz ciężkie R-36M2, znane na Zachodzie jako SS-18 Satan. Te ostatnie wywodzą się jeszcze z radzieckiego programu zbrojeniowego.

Właśnie R-36M2 miał zastąpić nowy RS-28 Sarmat. rosyjska propaganda przedstawiała go jako broń zdolną przełamać amerykańską obronę przeciwrakietową i zagwarantować Moskwie przewagę strategiczną. Program okazał się jednak znacznie trudniejszy, niż zakładano. Pierwszy udany test przeprowadzono w kwietniu 2022 roku, ale później nastąpiła seria niepowodzeń. We wrześniu 2024 roku eksplozja podczas próby w kosmodromie Plesieck poważnie uszkodziła stanowisko startowe, a kolejny test, przeprowadzony w listopadzie 2025 roku, również zakończył się niepowodzeniem. Dopiero 12 maja 2026 roku rosjanie poinformowali o drugim udanym locie Sarmata. Nie zmienia to faktu, że rakieta, która pierwotnie miała wejść do służby już w 2018 roku, wciąż nie osiągnęła pełnej gotowości operacyjnej.

Problemy Sarmata nie oznaczają jednak, że rosja utraciła możliwość przeprowadzenia strategicznego uderzenia. Jarsy pozostają realnym zagrożeniem, a nawet starsze rakiety mogą zachowywać zdolność bojową dzięki remontom, wymianie podzespołów i przedłużaniu resursów, czyli dopuszczalnych okresów eksploatacji. Wiek rakiety sam w sobie nie przesądza bowiem o jej niesprawności. Znacznie ważniejsze są stan materiałów napędowych, układów sterowania, elektroniki oraz jakość obsługi technicznej.

Niestety, rzeczywistej kondycji rosyjskich pocisków nie da się w pełni ocenić na podstawie publicznie dostępnych informacji. Moskwa nie ujawnia szczegółowych danych o ich gotowości, a pojedyncze udane lub nieudane próby nie pozwalają wiarygodnie określić sprawności całego arsenału. Dodatkowo Zachód utracił możliwość bezpośredniej kontroli liczebności i rozmieszczenia części rosyjskich sił strategicznych. Przewidziane traktatem New START inspekcje i wymiana informacji przestały funkcjonować jeszcze przed jego wygaśnięciem w lutym 2026 roku.

Bombowce można zniszczyć na lotniskach, a silosy rakietowe mają znane, stałe położenie. Inaczej jest z trzecim elementem rosyjskiej triady – okrętami podwodnymi przenoszącymi pociski balistyczne. Ich największą zaletą jest możliwość ukrycia się przed przeciwnikiem. Co z tego wynika? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Nz. Wybuch bomby jądrowej w 1954 roku, podczas testu Castle Romeo na atolu Bikini/fot. Departament Energii USA/domena publiczna

Ratunek

Ukraińscy wojskowi przeprowadzili pierwszą na świecie ewakuację rannego żołnierza z linii frontu za pomocą latającego drona. Ciężki sześciowirnikowiec zabrał mężczyznę z miejsca, do którego nie mogły dotrzeć ani zespoły ratownicze, ani roboty naziemne. Operacja zakończyła się powodzeniem i pokazuje, jak nowe technologie mogą zmienić sposób ratowania rannych na polu walki.

O przeprowadzeniu nietypowej operacji poinformowała 19 października 92 Samodzielna Brygada Szturmowa ukraińskich wojsk lądowych. Jej żołnierze, współpracując z innymi jednostkami, wykorzystali ciężkiego drona do ewakuacji piechura z 30 Brygady Zmechanizowanej. Mężczyzna został poważnie ranny na pozycji bojowej w rejonie Kupiańska. Według informacji przekazanych przez ukraiński szpital wojskowy stracił obie nogi.

Dotarcie do niego tradycyjnymi metodami było niemożliwe. Teren znajdował się pod stałą obserwacją rosyjskich bezzałogowców, a podejścia do pozycji były zaminowane. Ukraińcy podejmowali wcześniej próby ewakuacji z wykorzystaniem robotów naziemnych, jednak zakończyły się one niepowodzeniem. Wysłanie zespołu ratowniczego oznaczałoby narażenie kolejnych żołnierzy. Zdecydowano się więc na rozwiązanie, którego dotąd nie stosowano podczas ewakuacji rannego bezpośrednio z linii frontu.

Człowiek podczepiony do drona

Do operacji wykorzystano Heavy Shot Ayudag-6, ciężki sześciowirnikowiec produkowany przez ukraińską firmę Gurzuf Defence. Maszyna została pierwotnie zaprojektowana do zadań bojowych, przede wszystkim przenoszenia i zrzucania ładunków wybuchowych. Producent bezpłatnie udostępnił egzemplarz przeznaczony do akcji ratunkowej.

Największym wyzwaniem było przystosowanie drona do transportu człowieka. Żołnierze i konstruktorzy opracowali specjalny system podwieszenia, który miał zapewnić stabilność lotu oraz ograniczyć niebezpieczne kołysanie ładunku. Rozwiązanie sprawdzono podczas prób na terenie zakładów producenta. Dopiero później przystąpiono do właściwej operacji.

Najpierw rannemu dostarczono wyposażenie umożliwiające przypięcie się do systemu transportowego. Następnie nad pozycję wysłano odpowiednio przygotowany sześciowirnikowiec. Żołnierz, pozostając w kontakcie z operatorem, samodzielnie zamocował uprząż. Dron uniósł go i przetransportował w bezpieczniejsze miejsce, gdzie czekali inni wojskowi.

Według informacji przekazanych przez ukraińskie jednostki cała misja trwała godzinę, 14 minut i 36 sekund, a bezzałogowiec pokonał łącznie 62 km. W przedsięwzięciu uczestniczyły pododdziały 92 Brygady Szturmowej, 30 i 14 Brygady Zmechanizowanej oraz 10 Korpusu Armijnego. Operację zabezpieczano także przed zagrożeniami ze strony rosyjskich dronów i środków walki elektronicznej.

Ukraińcy opublikowali nagranie przedstawiające przygotowania i transport rannego. Materiał został rozpowszechniony również przez międzynarodowe agencje informacyjne. Nie ujawniono dokładnej daty przeprowadzenia akcji, a jej pełny przebieg nie został zweryfikowany przez niezależne źródła. Żołnierz trafił jednak do szpitala, którego przedstawiciele potwierdzili jego stan i fakt ewakuacji. Obecnie przechodzi leczenie i rehabilitację.

Roboty zamiast sanitariuszy

Wykorzystanie bezzałogowca do ratowania rannego nie jest samo w sobie nowością. Ukraińska armia od dłuższego czasu stosuje w tym celu roboty naziemne. Niewielkie pojazdy, sterowane zdalnie dostarczają na pozycje zaopatrzenie, amunicję i żywność, a w drodze powrotnej zabierają rannych. Pozwala to ograniczyć ryzyko ponoszone przez zespoły ewakuacyjne.

Skala takich działań systematycznie rośnie. Według danych ogłoszonych w czerwcu przez ukraiński 3 Korpus Armijny, jego roboty naziemne w ciągu pierwszego roku użytkowania ewakuowały ponad 600 rannych. Problem w tym, że pojazdy poruszające się po ziemi mają istotne ograniczenia. Miny, leje po pociskach, zniszczone drogi czy przeszkody wodne mogą uniemożliwić im dotarcie do żołnierza. Są też narażone na ataki rosyjskich dronów.

Bezzałogowiec latający omija część tych przeszkód i użycie go może znacznie skrócić czas dotarcia do poszkodowanego. Nie oznacza to jednak, że jest rozwiązaniem idealnym. Ciężka maszyna transportująca człowieka stanowi duży, stosunkowo łatwy do wykrycia cel. Zagrożeniem są również zakłócenia łączności, awarie techniczne i warunki atmosferyczne. W przeciwieństwie do robota naziemnego uszkodzony podczas misji dron może spaść wraz z przewożonym rannym. Dlatego przedstawiciele Gurzuf Defence podkreślają, że ewakuacja powietrzna powinna pozostawać rozwiązaniem stosowanym w ostateczności, gdy inne metody ratowania żołnierza są niedostępne. Każda taka operacja wymaga indywidualnego przygotowania i oceny ryzyka.

Październikowa operacja nie jest jedynym przykładem ukraińskich prac nad wprowadzeniem powietrznej ewakuacji medycznej – o czym przeczytacie więcej w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

Nz. Kadr z filmu udostępnionego przez ZSU.