Powściąganie

Wojna w Ukrainie jest największym konfliktem w Europie po 1945 roku. To najpoważniejsze starcie XXI wieku, pośrednio angażujące kilkadziesiąt krajów; de facto kolejna wojna światowa, wszak ogniskująca się na ograniczonym obszarze. Wedle najostrożniejszych szacunków (amerykańskich i brytyjskich służb), pochłonęła dotąd 600 tys. ofiar – zabitych i rannych żołnierzy oraz cywilów. Tylko w pierwszym roku „pełnoskalówki” zniszczono i uszkodzono 150 tys. (!) budynków. Trudno nie mówić o wielkim dramacie, ale warto też mieć świadomość, że mogło być gorzej. Nie jest, bo rosja i Ukraina nie wykorzystują w pełni swoich potencjałów. Jakich i dlaczego?

Odnośnie rosjan – nie, nie chodzi mi o rzekome Wunderwaffe – wszystkie te Armaty czy Su-57 – nie mam również na myśli schomikowanych w dużej liczbie przyzwoitych czołgów, BWP-ów czy dział samobieżnych; takie rezerwy bowiem nie istnieją. Nie będę Was przekonywał, że moskale znacznie wcześniej mogli zadać dotkliwy cios ukraińskiej energetyce – co stało się na początku trzeciego roku wojny. Nie mogli; owszem, mieli i mają stosunkowo liczne lotnictwo strategiczne, ale Ukraińcy weszli w konflikt z przyzwoitą obroną przeciwlotniczą – i dopiero jej zapaść z przełomu 2023 i 2024 roku (będąca efektem strat i zużycia) dała agresorom większą swobodę działania.

No więc nie o powściąganie w używaniu arsenału konwencjonalnego idzie. Asem w rękawie rosjan jest broń jądrową.

Jej użycie niekoniecznie oznaczałoby równanie z ziemią całych miast – do czego zwykle sprowadzają się potoczne wyobrażenia o atakach jądrowych. Te wyobrażenia – pozwólcie na dygresję – ukształtowały się w pierwszych dwóch dekadach zimnej wojny. Wtedy rzeczywiście fiksowano się na budowie ładunków termojądrowych – zabójców całych metropolii – ale z czasem przyszło opamiętanie. Wojna termojądrowa miałaby eksterminacyjny charakter, byłaby NADefektywna w skali całego globu, co sprawiało, że nikomu nie opłacało się jej zaczynać. Na gruncie tej refleksji pojawiły się pomysły o ograniczonym, taktycznym wykorzystaniu „atomówek” odpowiednio „małej” mocy. Takich, których wybuch zabijałby po kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy przeciwnika i nie byłby równoznaczny ze zniszczeniem i skażeniem rozległych obszarów. W rosyjskim arsenale jest sporo takich ładunków – użycie pojedynczego czy nawet kilku-kilkunastu nie wywołałoby gigantycznej katastrofy ekologicznej. Zarazem pozwoliłoby zadać poważne straty armii ukraińskiej, a w warstwie psychologicznej mogłoby wywołać efekt mrożący – tak pośród Ukraińców, jak i ich sojuszników.

Kreml rozważał już sięgnięcie do arsenału jądrowego, przerażony ukraińskimi zwycięstwami z lata i jesieni 2022 roku. Tamę miały postawić dwa kraje – Chiny, grożąc odcięciem rosji od ekonomicznej kroplówki, oraz USA, które przedstawiły inne ultimatum. Jakie? Jeśliby uważnie prześledzić publiczne wystąpienia emerytowanych szefów amerykańskich spec-służb i prominentnych niegdyś wojskowych, które padały w tamtym czasie, wyłania się z nich scenariusz bolesnego odwetu. Byłoby nim zniszczenie kluczowych elementów rosyjskich sił inwazyjnych w Ukrainie i posłanie na dno floty czarnomorskiej – przy użyciu konwencjonalnych środków bojowych.

Potencjał sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych pozwalałby na takie przedsięwzięcie, trudno ocenić, czy Waszyngton miałby dość politycznej woli, by przejść do czynów. Faktem jest, że broni „A” na Wschodzie nie użyto, a wobec skali rosyjskich zbrodni naiwnością byłoby założyć, że Kreml kieruje się względami humanitarnymi.

Poza lękiem przed reakcjami USA i Chin idzie tu raczej o wyrachowaną kalkulację, którą można by ująć w kilku punktach. Po pierwsze, nie ma pewności, czy wybuch jądrowy – czy nawet ich seria – złamałyby ukraiński opór. Biorąc pod uwagę to, co obserwowaliśmy w 2022 i 2023 roku, równie dobrze mógłyby zwiększyć determinację obrońców.

Po drugie, atak jądrowy i ryzyko załamania się ukraińskiej operacji obronnej zapewne zmobilizowałyby Zachód, który upadku Ukrainy nie chce, do znacznie wydatniejszej pomocy wojskowej. A przynajmniej taką możliwość musieliby założyć rosyjscy generałowie.

Po trzecie, w rosji trwa „medialna obróbka” narodu, zgodnie z którą „operacja specjalna” to rozprawa nie tylko z „faszyzującą Ukrainą”, ale i całym Zachodem. To ich wersja wojny dobra ze złem. Konfliktu, w którym „nasze malcziki sobie radzą!”. Po co więc ta bomba? Jak zracjonalizować „swoim” jej użycie? W rosyjskiej propagandzie niewiele jest logiki, niemniej byłaby to kwadratura koła. Tym bardziej niebezpieczna, że atak jądrowy zrujnowałby inny, niezwykle istotny element narracji, mówiący o „delikatności” rosyjskiej armii. Nam może się to wydawać absurdalne, ale wielu rosjan wierzy, że ich żołnierze nie mordują, nie strzelają do cywilnych obiektów, nie grabią, nie gwałcą i generalnie postępują według zasad fair play. Przywalenie „atomówką” średnio pasuje do tego obrazu.

Obrazu budowanego także w międzynarodowym przekazie – tam, gdzie Kremlowi udaje się narzuć wizję rosji reagującej zbrojnie na prowokacje Zachodu, w szczególności USA. Afryka, część Azji i Ameryki Południowej kibicuje rosjanom nie tyle z sympatii do ich kraju, co z antypatii do Amerykanów. Istotne są rzecz jasna interesy ekonomiczne, co tylko podbija stawkę. Północ i Południe globu nie różnią się w zakresie postrzegania broni jądrowej jako ostatecznego argumentu. Moskwie zatem trudno byłoby znaleźć uzasadnienie dla sięgnięcia po „atom” – to Zachód/Ukraina musiałyby jako pierwsze wykonać jakąś „grubą akcję”. Bez tego rosja straciłaby w oczach sympatyków, co przełożyłoby się na dalszą polityczną i ekonomiczną izolację.

Warto mieć na uwadze, że istotna baza dla prorosyjskości to postrzeganie USA jako „imperialisty”, łatwo sięgającego po przemoc. Owa łatwość bierze się z poczucia bezkarności, gwarantowanego m.in. przez arsenał jądrowy. Którego Amerykanie – to niezwykle ważny element – już raz użyli wobec innego kraju, mordując dziesiątki tysięcy ludzi. Zrzut bomby „A” na Ukrainę byłby wejściem rosji w amerykańskie buty – w czym zawiera się ostatnie zastrzeżenie.

—–

A przed czym wystrzega się druga strona? Najpierw odrobina historii.

23 października 2002 roku czeczeńskie komando Mowsara Barajewa zajęło moskiewski teatr na Dubrowce wraz z niemal tysiącem widzów. Terroryści zażądali zakończenia wojny w Czeczenii i wycofania stamtąd rosyjskich wojsk. Dali Kremlowi tydzień, po czym mieli zacząć zabijać zakładników. Tych jednak zabili ci, którzy powinni ich uwolnić – rosyjscy antyterroryści szturmujący obiekt trzy dni później. W czasie akcji – w której użyto mieszanki gazów usypiających – życie straciło 40 zamachowców i 130 cywilów. Zawaliła rosyjska organizacja – w tym przypadku niedostatecznie przygotowana i fatalnie przeprowadzona ewakuacja podtrutych zakładników. Ale to była tylko finalna „skucha”. Jak bowiem kilkudziesięcioosobowe komando – wyposażone w kałasznikowy i ładunki wybuchowe – dostało się z Czeczenii do centrum rosyjskiej stolicy?

Czeczeni wyruszyli do Moskwy i dotarli na miejsce w zwartej grupie. Przebyli niemal dwa tysiące kilometrów przez wrogi kraj, pełen milicyjnych i wojskowych posterunków. Jak się okazało albo wcale ich nie sprawdzano, albo od sprawdzenia odstępowano – w zamian za wysokie łapówki.

Do czego zmierzam? Do wskazania warunków nie tyle ułatwiających, co wręcz zachęcających do ukraińskiej dywersji w rosji. Pierwszy to korupcja, która przed laty pomogła Czeczenom (nie tylko przy okazji Dubrowki; kaukaskie komanda wykonały w latach 90. kilka podobnych rajdów). Drugi to kulturowa bliskość – doskonała znajomość języka rosyjskiego, zwyczajów, obyczajów; Czeczeni też te atuty posiadali, ale umniejszone przez antropofizyczne cechy. Z tym wiąże się trzeci czynnik – zaplecze. Historia splotła Ukraińców i rosjan na różne sposoby, także poprzez więzy rodzinne i towarzyskie. Tworzą one obszar, w którym łatwo znaleźć bezpieczne kryjówki, przyczaić się. Dodajmy do tego wysoki poziom wyszkolenia ukraińskich „specjalsów”i równie wysoką motywację (nieodzowną, gdy operuje się na terytorium wroga). No i rosyjski „bardak” – bylejakość i bałagan – objawiający się także w podejściu do zabezpieczenia ważnych obiektów. W efekcie otrzymujemy wybuchową, dosłownie, mieszankę.

Ukraińcy mogliby rozkręcić w rosji kampanię terrorystyczną na niespotykaną skalę. Nie mówię o intencjonalnym porywaniu ludzi, ale o uderzeniach w infrastrukturę krytyczną i stricte wojskową, realizowanych bez oglądania się na straty uboczne. Dotychczasowe „pożary”, ataki dronów i zamachy byłyby przy tym przygrywką z placu zabaw. Co Ukraińców powstrzymuje? Względy humanitarne na pewno mają tu znaczenie (choćby z pragmatycznego punktu widzenia, uwzględniającego ukraińskie aspiracje), ale w mojej ocenie najważniejszym „hamulcowym” pozostaje Zachód i widmo odcięcia od pomocy wojskowej, której koalicja odmówiłaby Kijowowi, gdyby ten sięgnął po „niegodne” środki.

Smycz – w postaci atomowego szantażu – trzymają też rosjanie, choć warto dostrzec, że to linka z dwiema obrożami. Można bowiem wyobrazić sobie, że Moskwa sięga po broń jądrową, a w odpowiedzi Kijów rozpoczyna bezpardonową operację terrorystyczną; innymi słowy, obie strony skutecznie się szachują (co oznacza też, że obawę przed ukraińską zemstą należy dopisać do zestawienia rosyjskich „nie” dla opcji atomowej).

—–

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, przedstawiające finał operacji „Teapot” z 1955 roku – jeden z odtajnionych testów bomb atomowych/fot. domena publiczna

A gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Ps. Ów tekst – w krótszej formie – ukazał się pierwotnie w portalu Interia.pl, pod wskazanym linkiem.

Przesilenie

Tymczasem z (około)wojennej mgły coraz wyraźniej wyłania się umiarkowanie optymistyczny obraz. Poniżej garść informacji, choć zapewniam Was, że tych dobrych jest znacznie więcej.

Oto Niemcy zdecydowały się przekazać Ukrainie kompletną baterię Patriotów, kolejną posyłają na Wschód Stany Zjednoczone. Z inicjatyw Holandii, Danii i Norwegii „wyzbiera się” jeszcze jedna jednostka, co w sumie z trzema już działającymi na miejscu daje sześć baterii. A nie zapominajmy o innych nowoczesnych systemach przeciwlotniczych, wysłanych przez Francję, Włochy, Niemcy, no i mniej zaawansowanych (posowieckich), ale również przydatnych, pochodzących na przykład z Polski. Pewien maruda z Twittera orzekł, że to „tylko uzupełnianie strat”, mając na myśli te dotyczące zachodniego sprzętu, ale to nieprawda. Jeśli idzie o Patrioty, Ukraińcy stracili dotąd dwie wyrzutnie – w marszu! – jedna, będąca na pozycji bojowej, została przez rosjan uszkodzona. I tyle. Bateria amerykańskich antyrakiet liczy osiem wyrzutni plus radar – dodam dla porządku. Bardziej logiczny wydaje się zatem wniosek – uzasadniony także znaczącą wyższą jakością zachodniego sprzętu – że ukraińska OPL zwiększa swoje możliwości.

Byle tylko starczyło rakiet, bez których wyrzutnie i radary na nic się zdadzą.

Ale w tym kontekście warto zwrócić uwagę na działania drugiej strony. Dziś w nocy rosjanie znów przyprowadzili atak rakietowy na Ukrainę. W tym celu poderwali cztery bombowce strategiczne Tu-95, co mogło oznaczać salwę 32 rakiet Ch-101/555. Skończyło się na posłaniu… czterech pocisków (ponadto w przestrzeni powietrznej Ukrainy znalazł się pojedynczy Kindżał, wystrzelony przez MiG-a-31, jeden Iskander z naziemnej wyrzutni oraz 24 drony Szahid; spośród tych ostatnich wszystkie zestrzelono). Wracając do Tu-95 i ich ciosu – góra urodziła mysz. Nie sądzę, by rosjanom brakowało pocisków – od wielu miesięcy udaje im się utrzymać tempo produkcji teoretycznie pozwalające na przeprowadzenie dwóch poważnych uderzeń w skali miesiąca (mowa o około setce rakiet). Problemem ma być ich niska jakość, wynikająca z braku dostępu do zachodnich komponentów, skutkująca dużym odsetkiem niedolotów. No i wciąż rosyjska flotylla strategiczna nie uporała się ze skutkami „wyżyłowania” samolotów – stareńkie (choć po drodze zmodernizowane) Tupolewy, z uwagi na zmęczenie materiału, nie są w stanie zabierać pełnych ładunków. Wiem, że kilka maszyn poddano w ostatnich miesiącach nieco gruntowniejszym remontom, warto jednak mieć świadomość ograniczonych możliwości rosjan oraz tego, że z dużym prawdopodobieństwem nie dojdzie w tym zakresie do istotnej poprawy.

Innymi słowy, jak to na tej wojnie nie raz już bywało – siłą jednych jest słabość drugich; i na odwrót.

Kończąc wątek trzeba zauważyć, że zachodnie dostawy uzbrojenia przeciwlotniczego realizowane są z dramatycznym opóźnieniem. Ukraińska energetyka – porażona przez moskali w czasach amunicyjnego niedostatku – jest dziś w opłakanym stanie. Kilka dni temu kolega z Odesy przysłał mi zdjęcie jednej z głównych ulic miasta – niemal przed każdym budynkiem stał pracujący generator. Szczęściem w nieszczęściu mamy lato i niedostatki zasilania nie są tak dokuczliwe. Ale będą dokuczliwe jesienią i zimą, co może wpłynąć na obniżenie nastrojów społecznych. Naiwnością byłoby założyć, że system energetyczny uda się do tego czasu dostatecznie połatać. Uda-nie uda, próbować trzeba – i jest to najpoważniejsze „cywilne” wyzwanie dla ukraińskich władz i ich zagranicznych sojuszników.

—–

Pozostając przy nastrojach – córka znajomej z Charkowa formalnie weszła w dorosłość. Dla rodziny była to okazja do uczczenia „na mieście”, udokumentowana serią zdjęć. Na jednym uwieczniono młodą kobietę z nowym dowodem tożsamości w ręku, na innym rodziców z pełnoletnią pociechą i dwoma pozostałymi dziećmi. Luz, radość, swoboda, letnio-restauracyjny anturaż – a wszystko w metropolii oddalonej o 20 km od linii frontu, trzydzieści od rosyjskiej granicy. Edwin Bendyk, dziennikarz i badacz społeczny mocny osadzony w tematyce ukraińskiej, pisał niedawno z nutą uzasadnionej złośliwości: „Sami charkowianie najwyraźniej nie czytają tzw. eksperckich komentarzy (o możliwym zajęciu miasta przez okupantów – dop. MO), a Rosjanie też chyba nie robią na nich wielkiego wrażenia. Najnowsze badanie jakości życia w ukraińskich największych miastach pokazują, że 68% mieszkańców Charkowa z nadzieją patrzy w przyszłość, a 62% jest przekonanych, że sprawy idą w dobrym kierunku”. Facebookowy wpis Bendyka ilustruje wyciąg z badań (zrealizowanych przez grupę Rating), z której wynika, że równie wysokie wskazania zarejestrowano w innych miastach. „Trudno takich ludzi pokonać”, konkluduje dziennikarz, z czym mnie trudno się nie zgodzić.

Znów dla porządku dodajmy – badania przeprowadzono zanim zniesiono embargo na używanie zachodniej broni wobec rosjan na terytorium rosji. Czyli przed zniszczeniem systemów S-400 rozstawionych pod Biełgorodem, co w następnym kroku pozwoliło Ukraińcom porazić wyrzutnie rakiet Iskander, którymi moskale ostrzeliwali Charków (do czego wykorzystywali też S-300, używane w trybie ziemia-ziemia). Dziś ostrzeliwują znacznie słabiej, bo nie bardzo mają czym.

—–

Skoro o S-400 mowa – „najlepsze na świecie” radary i wyrzutnie wciąż okazują się gorsze od wykorzystywanej przeciw nim zachodniej broni (i to takiej z 20-letnim „stażem”). Gromienie obrony przeciwlotniczej Krymu przy użyciu amerykańskich ATACMS-ów trwa w najlepsze, dziś znów porażono stanowiska antyrakiet. „To zaczyna wyglądać jak polowanie na młode foki”, zauważa znajomy analityk, a mnie sytuacja przywodzi do wniosku, że okupowany półwysep niebawem zostanie bez parasola. Na razie moskale łatają straty, ściągając starsze zestawy S-300, ale skoro nowsze nie dają rady, los „trzysetek” wydaje się przesądzony. Według dostępnych danych, rosjanie stracili na Krymie (bezpowrotnie lub czasowo) ekwiwalent dwóch dywizjonów S-400 (a jeden zmuszeni byli przebazować). Dla lepszego zobrazowania dotkliwości wskażmy, że dywizjon to 12 wyrzutni, a w kontraktach zagranicznych (dla Indii i Turcji), Moskwa liczyła sobie za taki zestaw 650-700 mln dol.

—–

Kontynuując wątek „bicia po kieszeni” – właśnie ukazał się raport roczny Gazpromu, z którego wynika, że finansowe ramię rosyjskiej machiny wojennej zanotowało w 2023 roku 7 mld dol. straty netto. To pierwsza roczna strata od 1999 roku i największa od momentu powołania spółki w 1989 roku. Dziś klejnot w koronie rosyjskiej gospodarki wart jest tyle, co jedna trzecia sieci kawiarnianej Starbucks. Za kondycję Gazpromu odpowiadają rzecz jasna sankcje, w efekcie których rosyjskie udziały w europejskim rynku gazowym skurczyły się z 40 do mniej niż 10% (a do 2027 roku spadną do zera). W liczbach rzeczywistych sprawy mają się tak: w 2023 roku wydobycie gazu ziemnego wyniosło 359 mld metrów sześciennych. W 2022 (pierwszym roku pełnoskalowej wojny) 412,04 mld, a w 2021 515 mld metrów sześciennych. Choć propaganda twierdzi inaczej, Gazprom nie zdołał zdywersyfikować swojej sprzedaży poza Europą. Chiny mogą przyjąć połowę tego, co wcześniej brał Zachód (80 mld m sześc.) – by zapewnić większy pobór, trzeba dodatkowej infrastruktury i… woli politycznej Pekinu, który na razie nie jest zainteresowany budową kolejnego gazociągu.

—–

A nie idzie putinowi nie tylko w gospodarce, ale i na froncie. Operacja charkowska właśnie dogorywa – w Wołczańsku ukraińscy komandosi czyszczą dom po domu z pozostałości niedoszłego rosyjskiego garnizonu. Na Zaporożu front stoi, na doniecczyźnie agresorzy wciąż usiłują atakować, ale zyski mają z tego marne (walki toczą się o pojedyncze wsie, które trudno nawet znaleźć na mapie), a straty ogromne. Zwycięstwo pod Awdijiwką, której zajęcie miało być niczym otwarcie bramy do wolnego Donbasu, nie przyniosło moskalom istotnych operacyjnych korzyści. Znów powtórzył się schemat znany z tej wojny – że rosjanie zajmują jakieś miasto, co teoretycznie, dzięki wywalczeniu dogodniejszych pozycji, może być początkiem poważniejszej operacji ofensywnej. I ta nie następuje, bo raszyści „tracą parę”. Tak samo było w zeszłym roku pod Bachmutem – zerknijcie na ogólnodostępne mapy z przebiegiem linii frontu, by samemu się przekonać, co jeszcze po tamtym „wielkim zwycięstwie” (czy po kolejnym „triumfie” pod Awdijiwką) udało się rosjanom osiągnąć.

A propos Bachmutu – dziennikarze Mediazony i rosyjskiej sekcji BBC dotarli do wewnętrznych dokumentów Grupy Wagnera. Wynika z nich, że GW straciła pod Bachmutem ponad 20 tys. zabitych (w większości byli to dawni skazańcy). Zmagania o miasteczko nazywa się w tej dokumentacji w znamienny sposób – „Operacją Maszynka do mięsa”.

A mielenie trwa. Z uwagi na wyhamowującą dynamikę starć, rosyjskie straty spadły w ostatnich dniach o 40-50%, lecz i tak utrzymują się na koszmarnym poziomie tysiąca zabitych i rannych na dobę.

Nie zapominajmy jednak, że kule latają też w drugą stronę. Wczoraj „Kiev Independent” opublikował materiał poświęcony pracy Szpitala Mechnikowa w Dniprze, jednej z najbardziej uznanych placówek medycznych w Ukrainie. Jej dyrektor Siergiej Ryżenko przyznał, że od wybuchu pełnoskalowej wojny pomoc w szpitalu znalazło 29 tys. rannych ukraińskich żołnierzy. Że dziennie do Mechnikowa przywożonych jest około 50 poszkodowanych. Co ósmy jest nieprzytomny, ale 95% pacjentów przeżywa. Podobnych szpitali jest w Ukrainie kilka, część personelu trafia do mniejszych placówek, najlżej poszkodowani otrzymują pomoc w przyfrontowych punktach medycznych. No i na tyły trafiają ci, których udało się wcześniej ustabilizować… Daje nam to pewne wyobrażenie o ukraińskich stratach.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen strony „Kiev Independent”, ze wspomnianym artykułem. Korzystając z okazji, „KI” to solidne źródło, polecam Waszej uwadze.

Przeniesienie

Co więc powinniśmy zrobić? – tym pytaniem zakończyłem wczoraj tekst o wojsku na polsko-białoruskiej granicy. Artykuł, w którym przekonywałem Czytelników, że „granica” armię degraduje, bo Wojsko Polskie nie zajmuje się tym, do czego je powołano – szkoleniem na okoliczność prawdziwej wojny.

No więc co powinniśmy zrobić?

—–

By odpowiedzi stały się bardziej oczywiste, warto najpierw wskazać intencje naszych wrogów – federacji rosyjskiej i jej „podwykonawcy”, czyli Białorusi. Żyłowanie możliwości i obniżanie potencjału naszej armii to nie wszystko. Celem Moskwy i Mińska jest również zburzenie egzystencjalnego spokoju Polaków, którzy do tej pory – dzięki położeniu Polski z dala od migracyjnych szlaków – żyli wolni od problemu nielegalnej imigracji. I nie tyle o sam psychiczny dobrostan chodzi, co o fakt, że ów niepokój idealnie nadaje się do podkręcenia „wojny polsko-polskiej”. Jako wspólnotę, cechuje nas zróżnicowane podejście do kwestii migracji. W 2021 roku dało się to wpisać w napięcia na linii władza-opozycja, dziś sprawa jest bardziej skomplikowana. Tym niemniej na kontinuum postaw nadal można wyróżnić dwie skrajności – od osób, które by do migrantów strzelały (także do kobiet i dzieci), po takie, które wszystkich obcych witałyby chlebem i solą. By zarządzać konfliktem w takim środowisku nie trzeba wiele – wystarczy odpowiednio wzmagać migracyjną presję na granicy.

I to w zasadzie tyle, jeśli idzie o ogólne cele, choć dla porządku warto wspomnieć, że w 2021 roku Moskwie chodziło o coś jeszcze – o stworzenie wokół Ukrainy, w ramach przygotowań do inwazji, nieprzyjaznego środowiska. W odniesieniu do Polski liczono, że rozbuchane nastroje antyimigranckie – choć bazujące na niechęci do Azjatów i Afrykanów (w dużej części muzułmanów) – przełożą się również na stosunek do Ukraińców. Kreml słusznie założył, że atak na sąsiada wywoła uchodźczy exodus, dla którego bramą siłą rzeczy stanie się Rzeczpospolita. Gdyby Polacy postawili tamę, Ukraińcy mieliby problem. Tamę niechęci, która jako ważny składnik postaw społecznych stanowiłaby presję na rząd, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do fizycznego zamknięcia granicy. W wariancie mniej dla Moskwy pożądanym docierający do Polski uchodźcy z Ukrainy znaleźliby się w nieprzyjaźnie nastawionym otoczeniu. Ich pognębienie to wartość sama w sobie, zarazem też doświadczenie, które zmniejszyłoby skalę wychodźstwa. A pamiętajmy jak ważnym powodem rosyjskiej agresji była chęć pozyskania nowego „ludzkiego rezerwuaru” (piszę o tym w swojej najnowszej książce, której lekturę niezmiennie Państwu polecam). No i wreszcie polska wrogość wobec ukraińskich uchodźców mogłaby przerodzić się w generalnie negatywny, a co najmniej obojętny stosunek do Ukrainy i jej sprawy. Wówczas nawet teoretyczne rozważania o zewnętrznym wsparciu dla napadniętego kraju nie miałyby racji bytu.

Na szczęście te kalkulacje putina okazały się chybione, a Polacy przyjęli Ukraińców z życzliwością. Górę wzięła bliskość kulturowa, kluczowa w okazywaniu empatii (bardziej dotyka nas dramat tych, których znamy, i tych, którzy wydają nam się podobni do nas; nad cierpieniami odległych i „egzotycznych” społeczności potrafimy przejść do porządku dziennego). Zapewne nie bez znaczenia była też „wspólnota losów” – podzielane przez oba narody doświadczenie rosyjskiej agresji – i będącą konsekwencją tych historii rusofobia. Wspólny wróg ma tę zaletę, że potrafi jednoczyć.

—–

Tym wrogiem jest rosja i jej białoruski „podwykonawca” – raz jeszcze to podkreślę, bo w potocznej percepcji granicznego kryzysu gdzieś ta odpowiedzialność się zaciera, a wraz z nią umyka możliwość zjednoczenia (co skądinąd jest sporym sukcesem tego wroga). Winni całego zła stają się migranci, to na nich ogniskuje się złość wielu Polaków. Mamy tu do czynienia z przemieszczeniem agresji – zjawiskiem psychologicznym polegającym na przeniesieniu agresji z jej źródła (które zazwyczaj jest niedostępne) na obiekt zastępczy (przedmiot lub osobę), pełniący funkcję „kozła ofiarnego”. Ukaranie kozła może nam przynieść psychiczną ulgę – w realiach „granicy” przełożyć się na chwilowe ograniczenie presji – ale czy rozwiąże problem? Nie. A czy jego źródło rzeczywiście jest niedostępne? Też nie – rosja i Białoruś są tu jednością, karząc Mińsk, dobierzemy się do skóry Moskwy. Jak?

– Aż dziw bierze, że dotąd tego nie zrobiliśmy – mówił mi dr Piotr Łubiński, specjalista w zakresie międzynarodowego prawa humanitarnego i karnego, dziś pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Działania Białorusi tworzą szkody i koszty po stronie polskiej. Są intencjonalne, co łatwo dowieść. Wystawiajmy więc Mińskowi rachunki za każdą podejmowaną na granicy procedurę. Odpowiedzmy sankcjami, pamiętając, że najdotkliwsze wynikną ze wspólnego działania większej liczby państw. Przekonajmy więc Unię. Utrata możliwości eksportu potasu, zamrożenie aktywów finansowych, wpisywanie kolejnych osób na listę niepożądanych gości. Metod jest mnóstwo, a na razie żadna nie została wykorzystana. No i jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. To, co robi Mińsk, wyczerpuje zarzut przemytu ludzi.

Te słowa padły jesienią 2021 roku, zgadnijcie, co do tej pory zrobiliśmy…

„Białoruś jest już obłożona sankcjami”, zauważy ktoś. Owszem, ale one nie są dotkliwe, a kraj łukaszenki nadal pozostaje furtką dla obchodzenia sankcji nałożonych na rosję. Tymczasem winniśmy zabiegać o to – co podkreśla sama białoruska opozycja – by Białoruś i federację rosyjską traktować jako jeden organizm państwowy (umowa stowarzyszeniowa między oboma krajami takie podejście ułatwia), także w odniesieniu do reżimu sankcyjnego. Najprościej rzecz ujmując, dojechać ich finansowo. Pomnożyć im koszty związane z hybrydową agresją.

Zarazem winniśmy dążyć do ograniczenia własnych kosztów – te związane z nieefektywnym wykorzystaniem armii są tu najwyższe i najważniejsze. Paradoksalnie na początek wiązałoby się to ze zwiększonymi wydatkami, chodzi bowiem o przeniesienie ciężaru odpowiedzialności na inną instytucję niż wojsko. Nie wiem, czy lepszym rozwiązaniem byłoby zbudowanie nowej formacji – na wzór przedwojennego Korpusu Ochrony Pogranicza – czy rozbudowa Straży Granicznej. Intuicja i doświadczenie podpowiadają mi, że lepiej nie startować od zera. Pouczający może tu być przykład Wojsk Obrony Terytorialnej, które według pierwotnych założeń miały już mieć docelową formułę, tymczasem wciąż są w budowie. Tak czy inaczej, chodzi o delegowanie zadań poza armię (a przynajmniej jej część operacyjną!), która naprawdę ma co robić. Wczoraj napisałem, że najlepsze brygady WP nie są w stanie efektywnie szkolić personelu – „bo granica”. Stwierdziłem, że dwa-trzy miesiące czy nawet pół roku takiego oderwania od rutyny armii nie zaszkodzi. Ale trzy lata robią w instytucji poważną kompetencyjną wyrwę – kilkadziesiąt tysięcy (!) nowych żołnierzy spędziło na poligonach i strzelnicach mniej czasu niż przy granicy. W realiach prawdziwej wojny „na wejście” stawiamy się w beznadziejnej sytuacji, skonkludowałem. A jest jeszcze gorzej, na co uwagę zwrócił mi doświadczony podoficer, służący do niedawna w elitarnej formacji. „Zapomniałeś o jednym”, napisał. „Ten stan nie trwa od ‘granicy’ tylko od pandemii. Ci, którzy przychodzili wtedy i znali na pamięć sanepid, szpitale ale nie strzelnice, dziś uczą innych”. Czego? W oparciu o jakie doświadczenie?

Armia musi się odbudować, dokonać absorpcji nowego sprzętu, zaaplikować sobie nauki i nauczki płynące z wojny na Wschodzie. Tuptanie przy płocie, czy nawet rozganianie agresywnego tłumu, temu nie sprzyja.

Wobec zaniechań z ostatnich trzech lat, gwałtowny odwrót wojska znad granicy nie wchodzi w grę. I tu pojawia się rzekoma potrzeba uporządkowania kwestii prawnych, związanych z obecnością żołnierzy na wschodzie kraju. Ze zdumieniem obserwuję działania MON, które zasługują na miano biegunki legislacyjnej. Oto bowiem pojawiają się kolejne pomysły na akty prawne, podczas gdy odpowiednie przepisy już istnieją. Wystarczy zacząć stosować Regulamin ogólny żołnierza Wojska Polskiego w zakresie dotyczącym służby wartowniczej.

Realną bieżącą potrzebą jest zapewnienie wojsku wsparcia – co możemy zrobić sięgając po zasoby Frontexu, agencji zajmującej się ochroną zewnętrznych granic UE. Nowy rząd chwali się znakomitymi kontaktami w unijnej administracji, teoretycznie więc powinno pójść gładko.

I wreszcie czas skończyć z wojenną narracją – nie tylko bowiem jest odklejona od rzeczywistości, ale ma też moc dzielenia Polaków. Zobaczmy, co dzieje się z percepcją rządowego projektu „Tarcza Wschód”. Planowane pola minowe, umocnienia, odtworzone bagna itp. postrzegane są jako instalacje mające przeciwdziałać nielegalnej imigracji. A przecież nie o to w tym chodzi – to nasze „dmuchanie na zimne” na okoliczność twardej rosyjskiej agresji, inwazji wojskowej. Niektórym pomysł wysadzania migrantów na minach odpowiada, inni pukają się w czoło. Obie strony kłócą się o coś, czego nie ma i nie będzie, a co jest wyłącznie skutkiem błędnej strategii komunikacyjnej. A Kremlowi w to graj…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Granica/fot. Sztab Generalny WP

Proteza

Na skutek wyborów z jesieni 2023 roku w Polsce ukonstytuował się nowy niepisowski rząd. Tymczasem kryzys na polsko-białoruskiej granicy wciąż ma takie samo oblicze. Nadal – jak w 2021 roku – jest tam wojsko, a propagandowa narracja firmowana i wspierana przez władze Rzeczypospolitej oparta jest o wojenną i antyimigrancką retorykę.

Poniekąd wynika to z jasności intencji inicjatorów kryzysu – władz federacji rosyjskiej. Po 24 lutego 2022 roku ani Moskwa, ani Warszawa nie muszą się już krygować; jesteśmy wrogami i tak można opisywać nasze relacje. Czy nawet trzeba, zważywszy na mobilizujący charakter wojennej narracji. „Na razie ruskie atakują nas przy użyciu migrantów, gdyby uporali się z Ukrainą, przysłaliby tu czołgi”, taka argumentacja ma przekonać Polaków do konieczności dalszego wspierania Kijowa oraz do akceptacji drastycznie wzrastających wydatków na obronność.

Jednak „wojenność” sytuacji na granicy podbijana jest także z innych powodów, dla jakich wcześniej czynił to PiS. „Twardej” postawie wobec imigrantów przyklasną przedstawiciele różnych elektoratów, od lewa do prawa. W tym gronie jest sporo osób labilnych jeśli idzie o preferencje partyjne – potencjalnych wyborców, o których tym bardziej warto kruszyć kopie, gdy różnice poparcia między partiami nie są duże. Od minionej jesieni jesteśmy w ciągu kampanijnym, w niedzielę mieliśmy kolejne wybory. „Granica” była nośnym tematem także dla obecnej koalicji – i także tym należy tłumaczyć zaskakujące dla co poniektórych wejście ekipy Donalda Tuska w wojenno-graniczno-antyimigrancką narrację.

A jak twarda postawa, to wiadomo – z wojskiem w roli głównej. Więc choć zmieniła się władza, potężne Rosomaki i groźnie wyglądające patrole z bronią długą zostały na przygranicznych posterunkach.

Ale czy rzeczywiście powinny tam być?

—–

Zacznijmy od kwestii fundamentalnej – czy to, co dzieje się na granicy, jest wojną?

Jest, ale za każdym razem, gdy używamy określenia „wojna”, winniśmy je uzupełnić o przymiotnik „hybrydowa”. Większość Polaków nie ma pojęcia o tym, co dzieje się na wschodzie kraju, za to wszyscy podlegają uniwersalnym procesom poznawczym. To kwestia natury semantycznej – skoro „wojna”, to „wojsko” wydaje się jak najbardziej na miejscu; trudno o inny ciąg skojarzeń. Hybrydowość zmienia wszystko – i nie, nie chodzi o słowne gierki, a o fakt, że takie doprecyzowanie „wojny” pozwala na rzetelny, zgodny z prawdą opis sytuacji. Granica z Białorusią nie jest linią frontu, nie dochodzi tam do zdarzeń, które towarzyszą twardemu, kinetycznemu zwarciu z wrogą armią. Zwarciu, na okoliczność którego przysposabiamy sobie wojsko.

Czyli jednak nie powinno go tam być?

I tak, i nie. Tak, bo armia jest instytucją reagowania kryzysowego. Zwłaszcza w sytuacji kryzysów nagłych, niespodziewanych czy szybko postępujących. Powódź? Proszę bardzo, wojsko ma łodzie, amfibie, helikoptery, ciężarówki, ciężki sprzęt inżynieryjny – mnóstwo narzędzi niezbędnych do ewakuacji ludności i ograniczania skutków niszczycielskiej siły wody. No i rutynowo funkcjonuje w trybie alarmowych, jest organizacją (przynajmniej w jakimś zakresie) zdolną do szybkiej mobilizacji. Zatem gdy problem z nielegalną imigracją wyeskalował ponad możliwości Straży Granicznej, wysłanie żołnierzy było krokiem oczywistym, mieszczącym się w logice funkcjonowania normalnego państwa. Ale od tego czasu minęły trzy lata. Trzy lata, w trakcie których protezę – jaką jest wojsko przy granicy – potraktowaliśmy jako pełnoprawną część ciała.

Co do zasady bowiem żołnierz nie jest od pilnowania płotu, a do tego sprowadza się większość zadań posłanego na wschód kontyngentu. Żołnierz nie jest od tłumienia zamieszek, a w takich kategoriach mieszczą się zagrożenia generowane przez najbardziej agresywne grupy migrantów. To wyzwania dla służb porządkowych, w tym przypadku Straży Granicznej, wspieranej przez policyjne oddziały prewencji. I nie chodzi o samą potrzebę zachowania podziału kompetencji między instytucjami, ale nade wszystko o racjonalne wykorzystanie potencjału. Nie strzela się z armaty do wróbla; pomijając dyskomforty otoczenia i wróbla, szkoda zużywać lufę i pocisk.

Granica wojsko degraduje. Żyłuje jego możliwości, o czym pisałem już ponad dwa lata temu. Wtedy skala operacji „zabezpieczenia granicy” wymagała zaangażowania „na raz” większości wojsk lądowych i ponad jednej czwartej całości sił operacyjnych WP. Gdy 10 tys. żołnierzy tkwiło na przygranicznych posterunkach, drugie tyle odpoczywało (armia ma bodaj najbardziej propracowniczy system urlopowy w Polsce), a kolejne 10 tys. do misji się przygotowywało (co oznaczało zawieszenie większości rutynowych zadań). Już po kilku tygodniach takiego „młyna” nie było kim robić. „U nas pustki, w jednostce zostały służby dyżurne, matki karmiące i niezbędni oficerowie”, pisała mi w styczniu 2022 roku żołnierka z garnizonu na zachodzie Polski. „Jednocześnie realizowane są szkolenia poligonowe, zawody sportowe, ćwiczenia rezerwy; ktoś to ogarniać musi”. „Przez prawie pół roku nie zdołaliśmy dowieźć na wschód wystarczającej liczby kontenerów mieszkalnych”, inny znajomy mundurowy zdradzał skutki niewydolności służb logistycznych. „Nadal część chłopaków mieszka w ziemiankach”, skarżył się w lutym 2022 roku. „Niech ta cała ‘granica’ się już skończy”, marzył. „Ludzie są zmęczeni, zniechęceni i znudzeni, bo kto szedł do wojska, żeby tuptać wzdłuż płotu?”, stawiał retoryczne pytanie, przewidując, że kryzys graniczny zmieni się w kryzys rekrutacyjny, gdy „ludzie zaczną masowo rzucać kwity” (odchodzić z armii).

I właściwie nic się od tamtego czasu nie zmieniło, ba, jest gorzej, bo teraz część zadań szkoleniowych realizowanych jest nie na poligonach, a właśnie na granicy. Nie, nie chodzi o zmianę miejsca ćwiczeń, a o zmianę ich charakteru. Wojsko ma się szkolić, ma też tkwić przy płocie – jak to pogodzić? Ano kreatywnie sklejając oba zadania w jedno i ustalając, że patrolowanie strefy przygranicznej to misja szkoleniowa. Można? Można! Tylko czego istotnego z zakresu własnych kompetencji nauczy się tam pancerniak? Spadochroniarz? Kwiat armii, dla którego kupujemy wart miliardy złotych sprzęt, a który regularnie posyłamy na granicę. Najlepsze brygady Wojska Polskiego nie są dziś w stanie efektywnie szkolić personelu – „bo granica”. Dwa-trzy miesiące czy nawet pół roku takiego oderwania od rutyny, armii nie zaszkodzi. Ale trzy lata robią w instytucji poważną kompetencyjną wyrwę – kilkadziesiąt tysięcy (!) nowych żołnierzy spędziło na poligonach i strzelnicach mniej czasu niż przy granicy. W realiach prawdziwej wojny „na wejście” stawiamy się w beznadziejnej sytuacji.

I żeby „to” jeszcze na samej granicy działało jak należy – a przecież nie działa. Wiadomo, że żołnierzy szkoli się inaczej niż policjantów – najogólniej rzecz ujmując, pierwsi mają strzelać tak, by zabić, drudzy, by obezwładnić. Przy dobrze wyszkolonym personelu to kwestia pamięci mięśniowej. Jeśli państwo nie chce, by żołnierze zabijali – a nasze z powodów polityczno-militarnych (obawa przed eskalacją), wizerunkowych i humanitarnych nie chce – nakłada na nich formalne ograniczenia dotyczące użycia broni. Przy zastosowaniu reguły samoograniczania to racjonalny krok – tyle że w naszym przypadku nieracjonalnie zrealizowany. Nie będę wchodził w zawiłości prawne, dość stwierdzić (w uproszczeniu), że nadaliśmy żołnierzom uprawnienia policyjne, nie dając im narzędzi do ich realizacji. Uzbrojony po zęby wojskowy nie ma prawa użyć karabinu, a paralizatora nie otrzymał. Co więc robi? Autentyczna sytuacja – sam, niczym prowokator z drugiej strony, struga dzidę. A następnie tym kijem próbuje realizować „zadanie ochrony granicy”. I tak już od trzech lat.

Przyuczeni do zabijania weterani nikogo dotąd nie zastrzelili. Nad pamięcią mięśniową górę wzięły karność i konformizm (w tym lęk przed konsekwencjami). No i na granicy dominuje młode wojsko, jeszcze bez nawyków – po co więc podnosić ów argument odmiennej filozofii szkolenia?

Ano po to, by podkreślić bezbronność wojskowych – a więc także ich nieefektywność – oraz skutki takiego stanu rzeczy. Chłopcy z policyjnej prewencji też nie mogą użyć karabinów maszynowych (bo ich nie mają), a jakoś radzą sobie w dużo trudniejszych sytuacjach, na przykład podczas stadionowych burd. Ale mają tarcze, pałki, gaz, wspierają ich armatki wodne. Szkolą się do walki z tłumem, to istota ich roboty. A i tak trzeba dwóch lat w służbie, by nabyli odpowiednich kompetencji. Dwóch lat sprofilowanych treningów i rzeczywistych wyzwań. Wojskowi takiego komfortu nie mieli, nie mają i mieć nie będą. A nawet gdyby ktoś wygospodarował dla nich czas na stricte policyjny trening – jak to u licha pogodzić z nadrzędnym zadaniem wojska? Europejskim armiom słusznie zarzuca się nadkwalifikowanie w zakresie działań ekspedycyjnych, „lekkich”, „stabilizacyjnych”; to nasza słabość w zestawieniu z armią rosyjską, mającą ponad 2-letnie doświadczenie w prawdziwej wojnie. „Upolicyjnianie” wojska, by trzymać je przy granicy, tylko spotęgowałoby problem.

Co więc powinniśmy zrobić? Zrobiło się przydługo, więc o tym w kolejnym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Borysowi Szmigielskiemu, Krzysztofowi Florczykowi, Robertowi Wasiakowi, Jarosławowi Ciołkowi, Tomaszowi Jakubowskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Granica/fot. Sztab Generalny WP

Wyzwania

„Wybór jest prosty: albo będziemy mieć do czynienia z pokonaną armią rosyjską wypchniętą za granice Ukrainy, albo ze zwycięską armią rosji stojącą u granic Polski”, stwierdził przed kilkoma tygodniami Radosław Sikorski w rozmowie z gazetą „Bild am Sonntag”. To nieco uproszczona diagnoza, gdyż możliwy jest też trzeci scenariusz – ograniczonych zdobyczy terytorialnych rosjan w Ukrainie. Tym niemniej słowa szefa naszej dyplomacji oddają istotę rzeczy – taką mianowicie, że pokonana Ukraina to dla Rzeczpospolitej ogromne zmartwienie.

Ale czy taki obrót spraw – owo definitywne zwycięstwo rosjan – warto rozpatrywać w kategoriach realnego zagrożenia? Patrząc na bieżące możliwości armii rosyjskiej – nie. Machina wojenna putina nie jest w stanie zniszczyć sił zbrojnych Ukrainy i narzucić okupacji całemu krajowi. Wiele wskazuje na to, że właśnie obserwujemy szczyt wydolności zarówno militarnych jak i gospodarczych rosji. Tymczasem Ukraina twardo się broni, a rosyjskie zyski terytorialne są mniej niż symboliczne.

Po co więc zawracać sobie głowę wizją „ruskich u bram”? A po to na przykład, by podkreślać zasadność dalszej pomocy Ukrainie i scalać wokół tego projektu szerszą koalicję. Przekonanie o konieczności wspierania Kijowa nie zostało dane raz na zawsze. Nawet Polacy – wciąż mocno proukraińscy – nie mają już w sobie takiego zapału dla podtrzymywania ukraińskiego wysiłku wojennego, bo „ile można?” i „ile to kosztuje?”.

No i jest też wymóg uwzględnienia małorealistycznych scenariuszy – wynikający choćby z intelektualnej uczciwości. Ostatecznie mówimy o wojnie, która mimo policzalnego i mierzalnego charakteru, cechuje się również istotną dozą nieprzewidywalności. Trudno mi teraz wskazać zmienne, które mogłyby doprowadzić do gwałtownego załamania się ukraińskiej operacji obronnej, ale definitywnie wykluczyć takiego scenariusza nie potrafię.

A zatem co by było gdyby?

—–

Nie, nie wierzę w to, że armia putina w następnym kroku wtargnęłaby do Polski. Mówiąc wprost, rosjanie są na to (na konflikt z NATO) za słabi – i zapewne już zawsze będą. Ale są dość silni – i byliby tacy po ewentualnym zwycięstwie nad Ukrainą – by podtrzymywać poczucie zagrożenia kolejną wojną. Oczywiście, mogą to robić już teraz – i w ograniczonym zakresie robią – mają bowiem do nas dostęp z północy, z obwodu królewieckiego, i częściowo ze wschodu, z Białorusi. Ale Ukraina absorbuje potencjał rosji do tego stopnia, że odbiera wiarygodność jej pogróżkom. By te miały bardziej „wiążącą moc”, przy granicy musiałoby stać wojsko. Sporo wojska, sama granica zaś być znacznie dłuższa.

Straszenie Polaków i społeczności międzynarodowej niechybnie przyniosłoby negatywne skutki. Niepewność egzystencjalna napędziłaby emigrację – wewnętrzną i zewnętrzną – wygasiła istotną część aktywności ekonomicznej na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej, ba, status Polski jako kraju wysokiego ryzyka oznaczałby skokowy spadek zagranicznych inwestycji i wycofanie dużej części dotychczasowego kapitału. Inicjowany przez Moskwę kryzys migracyjny, z którym mamy do czynienia przy granicy z Białorusią, dotknąłby kolejne obszary Rzeczpospolitej. Zmusiłby służby do jeszcze większego wysiłku organizacyjnego, państwo zaś do kolejnych inwestycji w graniczne zabezpieczenia.

A przecież nie byłyby to jedyne dodatkowe koszty. Kilkanaście dni temu rząd zapowiedział realizację programu „Tarcza Wschód”, który przewiduje budowę umocnień i przeszkód terenowych przy granicy polsko-rosyjskiej i polsko-białoruskiej. Ma to potrwać trzy lata i kosztować 10 mld zł. No to teraz wyobraźmy sobie, że „Tarcza…” musi objąć kolejne obszary i że nie mamy komfortu w postaci dużej ilości czasu, bo „rosjanie już tu są”.

Ich obecność, groźny i bardziej niekorzystny układ granic wymuszałby pośpiech także w innych obszarach związanych z bezpieczeństwem. Sporo ostatnio kupujemy, przezbrajając wojsko w lepszej jakości sprzęt, ale dekady zaniedbań i zakres koniecznej modernizacji sprawiają, że mamy armię „w proszku”. Starego sprzętu posłanego do Ukrainy już nie ma, nowego w dużej mierze jeszcze nie ma. Mozolnie odbudowujemy zdolności przemysłu obronnego, nadal pozwalając sobie na finansowanie innych przedsięwzięć kosztem zbrojeniówki. W omawianym scenariuszu wydatki publiczne inne niż obronne zostałyby w istotnej mierze ograniczone. Odczuwalna jakość życia Polaków bez wątpienia by spadła.

Wielu młodych trafiłoby w kamasze. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak istotne jest posiadanie licznych rezerw. Polska ich nie ma, bo 16 lat temu zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową. Co jakiś czas mówi się o konieczności przywrócenia tego obowiązku, lecz politykom brakuje odwagi i woli. Polacy w większości nie chcą brać na siebie takiego zobowiązania – dlatego kończy się na słowach. W realiach „ruski u bram” na grymaszenie w temacie „zetki” nie byłoby miejsca.

A to ledwie niektóre niedogodności…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, Kraby na ćwiczeniach/fot. 18 DZ