Opieka

Żołnierze coraz odważniej mówią o stresie, lęku i traumie, i coraz częściej szukają pomocy, także u psychologów. Wizyta w gabinecie przestaje być powodem do wstydu, a armia uczy się dbać o psychikę swoich ludzi.

Zmiana nie dokonała się z dnia na dzień, ale widać ją wyraźnie – kontakt żołnierzy z psychologami wychodzi ze strefy tabu, zmieniając się w coraz bardziej oczywisty element dbania o siebie. To przesunięcie akcentów, które za murami koszar latami było trudne do wyobrażenia, ma konkretne źródła.

„W 2019 roku, gdy zaczynałam pracę, sytuacja wyglądała inaczej”, wspomina ppor. Sylwia Biardzka, psycholog z 18 Dywizji Zmechanizowanej. „Żołnierze obawiali się psychologa, o psychiatrze już nie wspominając. Zmiany przyszły wraz z pandemią. Izolacja, rozłąka z rodziną – to były dla wielu bardzo trudne doświadczenia. Wtedy moja praca polegała na tym, że dzwoniłam do żołnierzy i pytałam: co słychać, jak się czują, czego potrzebują. I nagle się okazało, że rozmowa ze mną jest dla nich ważna. A potem przyszła wojna w Ukrainie. Nawet doświadczeni żołnierze zaczęli pytać: czy to normalne, że ja – w mundurze od dwudziestu lat – boję się tego, co może nastąpić? Oczywiście, że było to normalne, ale ta diagnoza musiała wybrzmieć. Ulga, jaką przynosiła, przekonywała żołnierzy do kontaktu z psychologiem”, dodaje specjalistka.

To, co wydarzyło się w wojsku, nie jest zjawiskiem oderwanym od szerszego kontekstu. W ostatnich latach w całym społeczeństwie zmieniło się podejście do zdrowia psychicznego – korzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry przestaje być jednoznacznie kojarzone ze słabością. Potwierdzają to dane: liczba wizyt u specjalistów rośnie dynamicznie (w 2024 roku o ponad 60 proc. rok do roku), zaś doświadczenie terapii deklaruje już ok. 20 proc. dorosłych Polaków. A żołnierze nie funkcjonują w próżni: mają rodziny, dzieci, znajomych mierzących się z własnymi problemami, szukających wsparcia, mówiących o terapii. Widzą też konsekwencje jej braku – w historiach przemocy, załamań, tragedii, które przebijają się do opinii publicznej. To wszystko sprawia, że psycholog przestaje być kimś „od problemów, do których się nie przyznajemy”, a zaczyna być kimś „od spraw, które trzeba załatwić”.

A przecież armia ma jeszcze własny bagaż doświadczeń. Misje w Iraku i Afganistanie wiązały się z ogromnym obciążeniem psychicznym żołnierzy. Brakuje zbiorczych danych na ten temat, ale szacuje się, że co najmniej kilkuset weteranów przypłaciło te doświadczenia objawami zespołu stresu pourazowego [post-traumatic stress disorder, PTSD], na co wojsko nie mogło pozostać obojętne. Ale nawet bez wojny służba w armii wiąże się z dużymi obciążeniami, co sprawia, że siły zbrojne nie mogą funkcjonować bez systemu opieki psychologicznej. Systemu, przed którym konflikt w Ukrainie stawia kolejne wyzwania, pokazując, że odporność psychiczna staje się jednym z kluczowych elementów zdolności bojowej.

Aktywna obecność

Zmiany, jakie zaszły w zakresie opieki psychologicznej, nie sprowadzają się tylko do tego, że żołnierze zaczęli częściej sięgać po pomoc. Widać je także w roli, jaką pełni w jednostce psycholog. Jeszcze niedawno kojarzony głównie z sytuacjami kryzysowymi, dziś coraz częściej funkcjonuje jako ktoś obecny w codziennym życiu pododdziału. „Jesteśmy w tym środowisku razem z żołnierzami”, mówi Anna Chacewicz, psycholog z 1 Warszawskiej Brygady Pancernej. „To nie jest tak, że widzimy się raz w tygodniu w gabinecie, w jakiejś odseparowanej przestrzeni. Zdarza się, że ktoś po prostu podchodzi do mnie i zaczyna rozmowę. Czasem to jest zwykłe »co słychać«, a czasem coś poważniejszego. Ta granica jest płynna, ale to właśnie dzięki temu taki kontakt w ogóle się pojawia. Gdybyśmy byli tylko ludźmi »od problemów«, wielu z żołnierzy nigdy by do nas nie trafiło”, podkreśla specjalistka.

Ta obecność nie ogranicza się do czekania na żołnierza, który zapuka do drzwi. Coraz częściej oznacza wychodzenie do niego – dosłownie. „Umówiłem się z dowódcą, że raz w tygodniu idę do pododdziałów, sprawdzam, co u nich słychać”, relacjonuje Marcin Tymoszuk, psycholog z 18 Batalionu Rozpoznawczego. „Dzięki temu oni wiedzą, że jestem obecny, że mogą do mnie przyjść. I wtedy rzeczywiście przychodzą – nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że wcześniej już się spotkaliśmy, pogadaliśmy, zbudowała się jakaś relacja między nami”. W tym modelu psycholog widzi żołnierzy nie tylko w sytuacji, kiedy mają problem, ale także w ich codziennym funkcjonowaniu. I może wychwycić to, co w klasycznej, gabinetowej relacji łatwo umyka. Zmiany nastroju, narastające napięcie, wycofanie, które nie są jeszcze powodem do formalnej interwencji, ale mogą być pierwszym sygnałem, że coś zaczyna się dziać. „Ktoś mniej się odzywa, jest bardziej nerwowy, unika ludzi. Gdy jesteśmy na miejscu, możemy zareagować wcześniej, zanim problem się rozwinie. Bo najgorsze, co można zrobić, to czekać, aż ktoś sam powie, że sobie nie radzi. Bardzo często on tego nie powie”, podkreśla Tymoszuk.

Kultura samowystarczalności

Bo tuż za widoczną zmianą – rosnącą otwartością na pracę z psychologiem – wciąż funkcjonuje coś przeciwnego: bariery, które sprawiają, że wielu żołnierzy po pomoc jednak nie sięga. Nie dlatego, że jej nie potrzebuje, ale dlatego, że przez długi czas nie jest w stanie uznać takiej potrzeby. To napięcie między dostępnością a gotowością dobrze opisują specjaliści pracujący z weteranami. „Wsparcie zaczyna się w drugim człowieku”, podkreślał płk dr Jarosław Świstak z Centrum Leczenia Weteranów Działań poza Granicami Kraju w Wojskowym Instytucie Medycznym – Państwowym Instytucie Badawczym. „Ale żeby do niego doszło, ktoś musi zrobić pierwszy krok”, mówił podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. weteranów, które odbyło się w połowie kwietnia 2026 roku. Z tym pierwszym krokiem bywa jednak trudno, także za sprawą silnej kultury samowystarczalności. Przekonania, że trzeba sobie poradzić samemu, że proszenie o pomoc to ostateczność. W warunkach służby taka postawa jest czymś naturalnym, wręcz koniecznym. „Samodzielność, odporność i zdolność działania pod presją są w wojsku wartościami podstawowymi”, zwraca uwagę dr hab. Justyna Klingemann, socjolog zdrowia i medycyny z WIM – PIB. „Problem pojawia się wtedy, gdy te same cechy zaczynają działać przeciwko człowiekowi – utrudniając mu rozpoznanie własnych ograniczeń i przyjęcie pomocy”.

Społeczny kontekst w tym nie pomaga – w Polsce, mimo postępujących zmian kulturowych, wciąż popularne jest przekonanie, że problemy psychiczne są czymś, co należy ukrywać. „Przykładowo uzależnienie postrzegane jest nie jako poważna choroba, która wiąże się z ogromnym cierpieniem i wymaga wsparcia, ale jako coś, co należy piętnować, przejaw słabości”, rekonstruuje potoczne wyobrażenia Justyna Klingemann. W środowisku wojskowym, gdzie znaczenie ma ocena, zaufanie, pozycja w grupie, taka stygmatyzacja może mieć szczególnie silne konsekwencje. Oznacza bowiem realne ryzyko utraty wiarygodności – w oczach przełożonych, kolegów, a często także w ocenie samego siebie. „Nakładają się na to jeszcze kulturowe normy tradycyjnie rozumianej męskości”, dodaje Klingemann. „Zgodnie z nimi trzeba być twardym, nie okazywać słabości, nie mówić o emocjach, nie zawracać innym głowy swoimi problemami. To jest silnie zakorzenione, zarówno w kulturze wojskowej, jak i szerzej, w społeczeństwie, tymczasem wyrażanie uczuć to przecież też akt odwagi”.

W efekcie dochodzi do bagatelizowania objawów, odsuwania rozmowy, prób przeczekania. „Mężczyźni rzadziej mówią o swoich problemach i rzadziej szukają pomocy”, mówi Klingemann. „Częściej próbują radzić sobie sami, a jednym ze sposobów regulowania napięcia staje się alkohol lub inne substancje psychoaktywne”. W takich okolicznościach decyzja o sięgnięciu po pomoc nie zapada w momencie, w którym pojawia się problem, a dopiero wtedy, gdy nie sposób go już ukryć – przed sobą i przed innymi.

Dostępny antydepresant

Ten mechanizm – odkładania, wypierania, prób poradzenia sobie samemu – dobrze widać w historiach weteranów z Iraku i Afganistanu. Piotr Kurpas wrócił z drugiej zmiany misji w Iraku, mając za sobą udział w patrolach i konwojach oraz wspomnienie samobójczego ataku na bazę w Al-Hilli. Widok ludzkich szczątków przemieszanych z fragmentami wraku samochodu pułapki wrył mu się w pamięć szczególnie. Kurpas przez długi czas nie nazywał tego, co czuł, żadnym słowem. Po prostu zaczął unikać tłumów i nieutwardzonych dróg, trzymał się tylko sprawdzonych tras. Napięcia gromadziły się w nim tygodniami, aż wystarczała iskra, by wybuchnąć. Alkohol pojawił się jako ucieczka od gonitwy myśli. Bliscy mówili, że przesadza, pije za dużo. Przez długi czas nie przyjmował tego do wiadomości. „Stawałem okoniem, zakładałem maskę twardziela”, przyznaje. „Dopiero partnerka, która konsekwentnie wierciła mi dziurę w brzuchu, nakłoniła mnie do spotkania z psychologiem”.

Rolę najbliższych, którzy pierwsi widzą zmianę, podkreśla inna historia. „Mąż mówił, że wszystko jest w porządku, że sobie radzi. A ja widziałam, że w nocy się rzuca, ma koszmary, a za dnia sięga po alkohol”, opowiada Aneta Cichosz, żona weterana III zmiany PKW Irak. Joanna Szymańska, której partner zaliczył w sumie trzy misje, wspomina o drżeniu rąk. „To przychodziło, gdy mąż się denerwował. Wcześniej takich objawów nie miał…”.

Szymon Mutwicki po powrocie z Afganistanu został sam – minął się z żoną, którą wyjechała do pracy za granicę. On tymczasem przywiózł do domu bagaż niechcianych emocji. „Zaczęło się 14 sierpnia 2007 roku, od patrolu, w którym zginął kpt. Łukasz Kurowski”, wspomina. „Mogłem po tym wydarzeniu od razu wracać do kraju, ale zostałem, czułem, że powinienem dokończyć misję”, opowiada. Już następnego dnia zaczął żałować tej decyzji. „Dopadał mnie paniczny strach”, relacjonuje. „Każdy mijający samochód wyglądał jak wóz zamachowców, każdy człowiek na drodze był zagrożeniem. Przez miesiąc spałem po dwie–trzy godziny dziennie”. W kraju nie było lepiej, za to w sklepiku nieopodal domu na półce stał „najbardziej dostępny antydepresant”, jak Szymon nazywa alkohol. Przez dwa miesiące pił do nieprzytomności i budził się z podwójnym kacem. „Ten moralny był chyba większy niż fizyczny”, opowiada. Pewnego piątku stanął przed lustrem – nieogolony, w dresie, który włożył w poniedziałek – i po raz pierwszy pomyślał, że potrzebuje pomocy. „Poszedłem do psychiatry i tam usłyszałem, że sam nie dam sobie rady”.

Element służby

Za tym, co widać w historiach weteranów, kryją się konkretne mechanizmy psychologiczne. Nie chodzi tylko o trudne wspomnienia, ale o sposób, w jaki organizm reaguje na skrajne doświadczenia. „Najprościej mówiąc, mózg nie wie, że zagrożenie się skończyło”, tłumaczy Bartosz Cichocki, przyjaciel i wolontariusz Fundacji SPRZYMIERZENI z GROM. „Nadal działa tak, jakby ono trwało. Jest w ciągłej gotowości, reaguje szybciej i intensywniej. Rzecz w tym, że to, co w warunkach zagrożenia było potrzebne, po powrocie do codzienności zaczyna przeszkadzać”, wyjaśnia Cichocki, który jako psycholog prowadzi konsultacje dla podopiecznych Fundacji, w tym weteranów. Pojawiają się objawy, które dla wielu żołnierzy są trudne do zrozumienia. Problemy ze snem, drażliwość, wybuchy złości, unikanie ludzi czy miejsc, które mogą się z czymś kojarzyć. „Wystarczy bodziec – dźwięk, zapach, sytuacja – i człowiek wraca do traumatycznego momentu”, relacjonuje nasz rozmówca. „Czasem na ułamek sekundy, czasem na dłużej”.

Jednocześnie – jak podkreślają specjaliści – nie każda reakcja na trudne doświadczenie musi skutkować rozwinięciem zespołu stresu pourazowego. „Sam fakt przeżycia sytuacji zagrożenia nie musi się wiązać z PTSD”, zwraca uwagę Małgorzata Rymkiewicz, psycholog do niedawna pracująca w armii, obecnie w policji. „Bardzo dużo zależy od tego, jakie ktoś ma zasoby, jakie wsparcie, w jakich warunkach wraca do normalnego funkcjonowania”. To ważne zastrzeżenie, bo pokazuje, że PTSD nie jest doświadczeniem zarezerwowanym wyłącznie dla żołnierzy czy uczestników misji. Może dotyczyć każdego, kto znalazł się w sytuacji skrajnego stresu – ofiar przemocy, wypadków czy katastrof.

Istnieją jednak grupy, które ze względu na charakter swojej pracy są na takie doświadczenia szczególnie narażone. „Żołnierze stanowią jedną z nich”, podkreśla ppor. Sylwia Biardzka. „I to nie tylko w kontekście misji bojowych. Choćby służba na granicy wiąże się z długotrwałym napięciem i podwyższonym ryzykiem utraty zdrowia, a nawet życia. Mamy też doświadczenia z pandemii, kiedy żołnierze wspierali służby medyczne i ratunkowe. Wchodzili do miejsc, gdzie były ofiary, dla wielu z nich stanowiło to pierwszy kontakt ze śmiercią. Co się dzieje!?, pytali. Nie ma wojny, a ludzie masowo umierają… To był ogromny szok”. Jak zaznacza Biardzka, takie doświadczenia często nie są od razu rozpoznawane jako coś, co może mieć długofalowe konsekwencje. „Nie jest tak, że ktoś wychodzi z takiej sytuacji i mówi: to mnie zmieniło. Emocje odkładają się w głowie. Wracają w snach, w reakcjach na różne sytuacje. I dopiero z czasem zaczynają stanowić problem”. W tym sensie PTSD nie jest „koszmarem z przeszłości”, związanym wyłącznie z misjami w Iraku czy Afganistanie. Jest realnym elementem współczesnej służby – również tej, która nie wiąże się bezpośrednio z wojną.

Dalszą część tego tekstu – czołówki majowego numeru „Polski Zbrojnej” – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Nocny patrol podczas misji w Afganistanie/fot. Adam Roik, Combat Camera DORSZ

Przestrzeń

rosja „od zawsze” była przekonana, że ma coś, co gwarantuje jej przetrwanie – przestrzeń. Ogromne terytorium miało amortyzować uderzenia przeciwnika, rozciągać jego linie zaopatrzenia i kupować czas potrzebny na mobilizację. W tej logice nawet najdotkliwszy cios nie był rozstrzygający, bo zanim agresor dotarł do kluczowych ośrodków, jego potencjał zdążył się wyczerpać. Dziś ten sposób myślenia coraz wyraźniej zderza się z rzeczywistością.

Ukraińskie uderzenia dronowe na infrastrukturę w Tuapse nad Morzem Czarnym czy w Permie – setki, a nawet ponad tysiąc kilometrów od linii frontu – pokazują, że „bezpieczne zaplecze” przestaje istnieć. Zwłaszcza że to już nie są incydentalne rajdy, lecz element systematycznej kampanii, która sięga w głąb rosyjskiego terytorium. W efekcie dystans, przez lata uznawany za strategiczny bufor, traci swoją ochronną funkcję. Głębia przestaje być tarczą – staje się iluzją.

—–

Jeszcze niedawno rosyjskie zaplecze przemysłowe uchodziło za względnie bezpieczne. Kluczowe instalacje – rafinerie, zakłady zbrojeniowe, węzły logistyczne – znajdowały się setki, a często tysiące kilometrów od potencjalnego przeciwnika. W praktyce oznaczało to, że ich neutralizacja wymagałaby użycia najbardziej zaawansowanych i kosztownych środków rażenia, dostępnych tylko dla największych potęg militarnych. Dla Ukrainy, pozbawionej tych technologii, był to scenariusz czysto teoretyczny.

Sytuacja zmieniła się wraz z upowszechnieniem bezzałogowych systemów uderzeniowych dalekiego zasięgu. Drony nie oferują siły niszczenia porównywalnej z pociskami manewrującymi czy lotnictwem strategicznym, ale nadrabiają to dostępnością, skalą użycia i elastycznością. Mogą być wysyłane falami, atakować z różnych kierunków i zmuszać obronę powietrzną do ciągłego reagowania. W efekcie nawet dobrze chronione obiekty przestają być w pełni bezpieczne.

Właśnie ta zmiana – z uderzeń punktowych na ciągłą presję – ma dziś kluczowe znaczenie. Ukraińskie ataki na infrastrukturę energetyczną i przemysłową rosji nie muszą prowadzić do spektakularnych zniszczeń, by przynosić wymierne efekty. Wystarczy, że powodują przerwy w pracy zakładów, wymuszają kosztowne naprawy i angażują zasoby, które w innym przypadku mogłyby zostać wykorzystane na froncie. Wojna zaczyna w ten sposób obejmować całe terytorium państwa, a nie tylko jego strefę przyfrontową.

To z kolei rodzi problem, którego rosja nie doświadczała na taką skalę od dekad. Ochrona ogromnego obszaru staje się zadaniem skrajnie kosztownym i organizacyjnie trudnym. Każdy dodatkowy obiekt wymagający zabezpieczenia oznacza konieczność rozproszenia systemów obrony powietrznej, a więc osłabienia ich skuteczności. W praktyce nie sposób stworzyć szczelnej tarczy nad całym państwem – można jedynie wybierać, co chronić w pierwszej kolejności.

W efekcie zmienia się sama logika bezpieczeństwa. Dystans przestaje gwarantować ochronę, a zaczyna generować nowe ryzyka. Im dalej od frontu znajduje się dany obiekt, tym większe było dotąd przekonanie o jego bezpieczeństwie – i tym większe są dziś konsekwencje jego trafienia. Uderzenia w głębi kraju mają więc znaczenie nie tylko operacyjne, ale i symboliczne: podważają poczucie kontroli nad własnym terytorium i pokazują, że wojna nie ma już wyraźnej linii oddzielającej „front” od „zaplecza”.

—–

Tym bardziej uderzający jest kontrast z doświadczeniem II wojny światowej. W 1941 roku, po niemieckiej inwazji, Związek Sowiecki stanął w obliczu katastrofy – utraty ogromnych obszarów, w tym najważniejszych regionów przemysłowych. Odpowiedzią była operacja na niespotykaną skalę: ewakuacja setek zakładów na wschód, przede wszystkim za Ural. Fabryki demontowano, przewożono tysiące kilometrów i wznawiano produkcję w nowych lokalizacjach, poza zasięgiem niemieckiego lotnictwa.

Ten wysiłek nie tylko uratował potencjał przemysłowy państwa, ale stał się jednym z fundamentów sowieckiego zwycięstwa. Produkcja uzbrojenia – czołgów, dział, amunicji – mogła być kontynuowana mimo dramatycznej sytuacji na froncie. Przestrzeń działała jak realna tarcza: oddzielała zaplecze od wojny, dawała czas i pozwalała odbudowywać zdolności.

Dziś taki scenariusz jest w praktyce nie do powtórzenia. Nie dlatego, że rosja utraciła swoją rozległość – lecz dlatego, że przestała ona pełnić dawną funkcję ochronną. W warunkach, w których środki rażenia są w stanie pokonać setki i tysiące kilometrów, nie istnieje już oczywista linia oddzielająca „bezpieczne tyły” od strefy zagrożenia.

Oznacza to fundamentalną zmianę: państwo nie może już zakładać, że jego kluczowe zdolności da się po prostu „odsunąć” od przeciwnika. Zaplecze przemysłowe, infrastruktura energetyczna czy system logistyczny pozostają w zasięgu oddziaływania – niezależnie od tego, jak daleko znajdują się od frontu. To nie tylko problem militarny, ale strukturalny: wymusza zupełnie inne myślenie o organizacji państwa w warunkach wojny.

W praktyce rosja musi mierzyć się z problemem, który wcześniej dotyczył raczej państw mniejszych i bardziej narażonych na presję militarną: jak chronić całe swoje terytorium, a nie tylko linię frontu. Oznacza to konieczność rozbudowy systemów obrony powietrznej, ochrony infrastruktury krytycznej oraz tworzenia zapasowych rozwiązań w kluczowych sektorach gospodarki. Każde z tych działań generuje jednak ogromne koszty i wymaga zasobów, które jednocześnie są potrzebne do prowadzenia działań bojowych.

—–

Tu ujawnia się paradoks rosyjskiej sytuacji. Im większe państwo, tym więcej obiektów wymaga ochrony – a więc tym trudniej zapewnić im skuteczną osłonę. Rozproszenie systemów obronnych obniża ich efektywność, koncentracja – zostawia luki w innych miejscach. W efekcie nie da się uniknąć ryzyka: można je jedynie ograniczać i zarządzać jego skutkami.

To z kolei wpływa na sposób prowadzenia wojny. Zasoby, które mogłyby zostać przeznaczone na działania ofensywne, są kierowane na zabezpieczanie zaplecza. rosja musi angażować środki w obronę rafinerii, baz paliwowych, zakładów przemysłowych czy węzłów transportowych – czyli elementów, które dotąd funkcjonowały względnie spokojnie, poza bezpośrednim zasięgiem przeciwnika. W ten sposób wojna zaczyna „zużywać” potencjał państwa na znacznie większą skalę niż wcześniej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja traci wszystkie atuty wynikające ze swojej wielkości. Wciąż dysponuje znaczącymi zasobami, rozbudowanym przemysłem i możliwością rozproszenia produkcji. Jednak sama przestrzeń przestaje być wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa. Coraz większe znaczenie ma zdolność do funkcjonowania pod uderzeniami – utrzymania ciągłości produkcji, naprawy uszkodzeń, adaptacji systemu do warunków ciągłego zagrożenia.

W tym sensie rosyjskie doświadczenia z wojny w Ukrainie mają wymiar szerszy niż tylko regionalny. Pokazują, że w XXI wieku granica między frontem a zapleczem zaciera się. Głębia strategiczna nie znika – ale przestaje być kwestią kilometrów. Staje się sprawdzianem odporności państwa: jego zdolności do przetrwania, działania i odtwarzania strat mimo ciągłych uderzeń przeciwnika.

—–

O nowoczesnym pojmowaniu „głębi strategicznej” napisałem oddzielny tekst, który ukaże się w majowym numerze „Polski Zbrojnej” – już dziś zapraszam Was do lektury.

Szanowni, zmykam na 10-dniowy urlop – potrzebuję go jak sucha ziemia wody, bo zwłaszcza w ostatnich dniach chodzę już na rzęsach. Tak więc odmeldowuję się i do zobaczenia na łączach po 10-tym maja. Gdybyście w tym czasie zechcieli wesprzeć moją publicystkę – wszak piszę także dzięki Wam! – polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Zwłaszcza ten „kawowy”, bo tam ostatnio niemal nic się nie dzieje.

No więc tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Grafika ilustracyjna – poprosiłem o pomoc AI, bo nie mam własnego, stosownego zdjęcia.

Bundesplan

Jeszcze kilka lat temu była to opowieść o armii niedofinansowanej, kadrowo wydrążonej i – co może najważniejsze – funkcjonującej w państwie, które z wojskowością nie chciało mieć zbyt wiele wspólnego. Dziś Bundeswehra znów ma ambicje rosnąć – i to nie tylko w sensie budżetu czy liczby nowoczesnych systemów uzbrojenia, ale przede wszystkim ludzi. Najnowsze niemieckie plany zakładają stworzenie do połowy przyszłej dekady sił zbrojnych liczących – łącznie z rezerwą – nawet 460 tys. żołnierzy.

To istotna zmiana. Niemcy nie mówią już wyłącznie o „lepszej armii”, ale o armii większej – zdolnej do prowadzenia działań na dużą skalę, także w scenariuszu wojny konwencjonalnej w Europie.

Problem w tym, że między deklaracją a rzeczywistością rozciąga się przepaść, której nie da się zasypać ani pieniędzmi, ani politycznymi deklaracjami. I to właśnie ona będzie kluczowa dla odpowiedzi na pytanie, czy mamy do czynienia z realnym przełomem, czy raczej z kolejną – tym razem bardziej ambitną – wersją niemieckiej „armii na papierze”.

Co Niemcy właściwie ogłosili

Punktem wyjścia jest nowa strategia wojskowa RFN – dokument, który porządkuje kierunki rozwoju Bundeswehry w realiach pełnoskalowej wojny w Europie. To ważne, bo jeszcze niedawno niemieckie planowanie opierało się raczej na założeniu udziału w operacjach ekspedycyjnych niż przygotowaniu do konfliktu symetrycznego o dużej intensywności.

W tym kontekście pojawia się liczba, która robi największe wrażenie: do 460 tys. żołnierzy – przy czym mówimy tu o całości systemu, a więc nie tylko o wojskach operacyjnych, lecz także o rozbudowanej rezerwie. Rdzeń mają stanowić siły zawodowe liczące około 260 tys. ludzi, uzupełniane przez nawet 200 tys. rezerwistów. To konstrukcja podporządkowana nowym wymaganiom NATO, które po rosyjskiej agresji na Ukrainę wyraźnie przesunęły akcent z „jakości i mobilności” na „masę i zdolność do długotrwałego prowadzenia działań”.

Zmiana dotyczy też samego modelu pozyskiwania żołnierzy. Niemcy nie ogłaszają powrotu do klasycznego poboru, ale wyraźnie odchodzą od czysto ochotniczego systemu. W jego miejsce pojawia się rozwiązanie pośrednie: obowiązkowa kwalifikacja wojskowa i próba zbudowania szerokiej bazy danych o potencjalnych rekrutach. Młodzi ludzie – przede wszystkim mężczyźni – mieliby obowiązek przekazywania informacji o stanie zdrowia, predyspozycjach i gotowości do służby, co pozwoliłoby państwu lepiej „zmapować” zasób, którym dysponuje.

To model inspirowany rozwiązaniami stosowanymi m.in. w Szwecji i Norwegii, gdzie formalnie istnieje pobór, ale w praktyce do służby trafia jedynie wyselekcjonowana część rocznika. Różnica polega jednak na tym, że w niemieckim wydaniu system ten pozostaje – przynajmniej na razie – narzędziem ewidencji, a nie realnego przymusu. Berlin buduje mechanizm, który w teorii mógłby posłużyć do szybkiego zwiększenia liczebności armii, ale unika jednoznacznej odpowiedzi, czy i w jakich warunkach byłby gotów z niego skorzystać.

To zastrzeżenie jest kluczowe. Bo bez politycznej decyzji o sięgnięciu po bardziej zdecydowane środki – a więc de facto o powrocie do jakiejś formy obowiązkowej służby – nawet najlepiej zaprojektowany system rekrutacyjny pozostanie narzędziem zarządzania niedoborem, a nie jego rozwiązaniem. Na dziś wygląda więc na to, że coś rzeczywiście drgnęło, ale skala tej zmiany wciąż nie odpowiada ambicjom zapisanym w dokumentach.

Problem nr 1 – ludzie

Jeśli niemieckie plany gdzieś się rozstrzygają, to właśnie tutaj. Bo niezależnie od tego, jak ambitne będą strategie i jak duże środki finansowe trafią do Bundeswehry, ostatecznie wszystko sprowadza się do jednego: czy znajdą się ludzie gotowi założyć mundur.

Punkt wyjścia nie jest optymistyczny. Bundeswehra liczy dziś niespełna 185–186 tys. żołnierzy w służbie czynnej, a więc wyraźnie mniej niż zakładane jeszcze niedawno 203 tys. etatów. Innymi słowy, system już teraz funkcjonuje z istotnym niedoborem – rzędu kilkunastu tysięcy ludzi – i to w sytuacji, gdy mówimy o armii znacznie mniejszej niż ta planowana.

W wielu obszarach problem nie dotyczy zresztą samej liczby żołnierzy, lecz ich struktury. Brakuje specjalistów, podoficerów, ludzi z doświadczeniem technicznym – czyli tych, których nie da się „wyprodukować” szybko i masowo. To właśnie te braki najmocniej uderzają w realną zdolność jednostek do działania.

Do tego dochodzi kwestia tempa. Nawet przy rosnącej liczbie zgłoszeń – co Berlin chętnie podkreśla – dynamika zmian jest zbyt niska, by w rozsądnym czasie zbliżyć się do poziomu deklarowanego w planach. To nie jest kwestia jednego czy dwóch roczników, ale całych lat systematycznej pracy, której efekty będą widoczne dopiero w dłuższej perspektywie.

Największym ograniczeniem pozostaje jednak czynnik trudniej mierzalny: kontekst społeczny. Niemcy są państwem, które przez dekady konsekwentnie odchodziło od myślenia o wojsku jako istotnym elemencie życia publicznego. Zawieszenie poboru w 2011 roku było tylko formalnym domknięciem procesu, który zaczął się znacznie wcześniej. Dziś próba jego odwrócenia napotyka na bariery nie tyle instytucjonalne, co mentalne.

Dlatego nawet najlepiej zaprojektowany system kwalifikacji czy ewidencji nie rozwiązuje podstawowego problemu. Może pomóc lepiej zarządzać dostępnym zasobem, ale nie sprawi, że ten zasób nagle się powiększy. A bez wyraźnego zwiększenia liczby ludzi wszystkie pozostałe elementy reformy – od struktur po uzbrojenie – będą funkcjonować w warunkach permanentnego niedoboru.

Innymi słowy: Bundeswehra nie ma dziś problemu z tym, jak planować rozwój. Ma problem z tym, kim ten rozwój miałby zostać zrealizowany.

Problem nr 2 – system

Nawet gdyby przyjąć, że problem ludzi uda się przynajmniej częściowo opanować, pozostaje kwestia, która w niemieckim przypadku wraca jak refren: zdolność państwa do przekuwania decyzji politycznych w realne efekty. Bo Bundeswehra nie funkcjonuje w próżni – jest odbiciem systemu, który ją tworzy i utrzymuje.

Ten system od lat zmaga się z własnymi ograniczeniami. Rozbudowana biurokracja, skomplikowane procedury i ostrożność decyzyjna sprawiają, że procesy – od zakupów sprzętu po zmiany organizacyjne – trwają dłużej, niż wynikałoby to z deklarowanych priorytetów. Problem polega na tym, że w warunkach gwałtownie pogarszającego się środowiska bezpieczeństwa czas staje się zasobem równie krytycznym jak pieniądze czy ludzie.

Dobrym przykładem tej opieszałości są programy modernizacyjne. Zakup myśliwców F-35 Lightning II dla Luftwaffe został wprawdzie politycznie „przepchnięty” stosunkowo szybko po 2022 roku, ale już wcześniejsze projekty – jak modernizacja bojowych wozów piechoty Puma – przez lata zmagały się z problemami technicznymi i proceduralnymi, które ograniczały ich realną dostępność. W efekcie sprzęt formalnie wprowadzony do służby nie zawsze przekładał się na zdolność bojową jednostek.

Podobnie wygląda kwestia gotowości. Jeszcze niedawno głośnym echem odbijały się informacje o brygadach deklarowanych do sił szybkiego reagowania NATO, które miały poważne braki w wyposażeniu i musiały „pożyczać” sprzęt z innych jednostek, by osiągnąć wymagane wskaźniki. To nie był problem jednorazowy, lecz raczej ilustracja szerszego zjawiska.

To napięcie widać szczególnie wyraźnie w zestawieniu ambicji z realiami. Z jednej strony Berlin mówi o budowie najsilniejszej armii konwencjonalnej w Europie i zdolności do wystawienia dużych, w pełni ukompletowanych związków taktycznych. Z drugiej – rzeczywistość, w której część jednostek od lat funkcjonuje poniżej stanów etatowych, a proces ich uzupełniania postępuje wolniej, niż zakładają plany.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o sprzęt czy finansowanie. Kluczowa jest zdolność całego aparatu państwowego do działania w trybie, który można by nazwać „wojennym” – szybkim, elastycznym, nastawionym na efekt. Tymczasem niemiecki model zarządzania, sprawdzający się w warunkach stabilności, znacznie gorzej radzi sobie z presją czasu i koniecznością podejmowania ryzyka.

Dlatego pytanie o rozbudowę Bundeswehry jest w istocie pytaniem szerszym: nie tylko o to, czy Niemcy chcą mieć większą armię, ale czy są w stanie zreformować mechanizmy państwa w taki sposób, by tę armię rzeczywiście zbudować. Bo bez tej zmiany nawet najbardziej ambitne plany pozostaną w dużej mierze deklaracją.

Problem nr 3 – pieniądze i czas

Na pierwszy rzut oka ten obszar wydaje się najmniej problematyczny. Po 2022 roku Niemcy uruchomiły dodatkowe finansowanie dla sił zbrojnych, a wydatki obronne wyraźnie wzrosły. Bundeswehra przestała być w tym sensie „ubogim krewnym” dużych armii NATO.

Tyle że pieniądze rozwiązują tylko część problemu – i to niekoniecznie tę najtrudniejszą. Bo o ile sprzęt można kupić, o tyle zdolności wojskowe trzeba zbudować. A to oznacza czas liczony nie w miesiącach, lecz w latach.

Dotyczy to zwłaszcza ludzi. Nawet gdyby dziś udało się znacząco zwiększyć napływ kandydatów, proces ich wyszkolenia, wdrożenia do jednostek i zbudowania realnych kompetencji zajmie całe lata. Jeszcze dłużej trwa tworzenie kadry podoficerskiej i specjalistycznej, bez której żadna armia nie jest w stanie funkcjonować na wyższym poziomie gotowości.

Podobnie jest z infrastrukturą i strukturami dowodzenia. Rozbudowa koszar, poligonów, zaplecza logistycznego czy systemów szkoleniowych to przedsięwzięcia, które mają własną dynamikę i nie poddają się politycznemu przyspieszeniu. Można zwiększyć budżet, ale nie da się skrócić wszystkich procesów administracyjnych, inwestycyjnych i szkoleniowych bez ryzyka spadku jakości.

W niemieckiej debacie pojawia się czasem argument, że część problemów można „obejść” dzięki nowym technologiom – automatyzacji, cyfryzacji czy wykorzystaniu sztucznej inteligencji. To jednak w dużej mierze narracja polityczna. Technologia może zwiększać efektywność, ale nie zastąpi masy, szczególnie w scenariuszu konfliktu o dużej intensywności.

Dlatego zasadniczym ograniczeniem pozostaje czas. Niemcy próbują nadrobić kilkadziesiąt lat relatywnego zaniedbania w ciągu jednej dekady. To ambitne, ale obarczone wysokim ryzykiem rozczarowania. Bo nawet przy sprzyjających warunkach efekty tej transformacji będą przychodziły stopniowo – i z dużym opóźnieniem względem politycznych oczekiwań.

Czy to się może udać? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału. Zastanawiam się w nim również, czy niemieckie plany stanowią zagrożenie dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Trzeci

28 lutego 2026 roku Stany Zjednoczone rozpoczęły kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie. Dziś, gdy obowiązuje kruche zawieszenie broni, pytanie nie dotyczy już tego, kto zadał więcej ciosów – na poziomie taktycznym sytuacja jest klarowna. Znacznie istotniejsza jest odpowiedź na pytanie: kto na tej wojnie zyskał strategicznie. Przy czym w tej układance nie chodzi tylko o USA i Iran, ani nawet o Izrael. Do roli największego beneficjenta urastają bowiem Chiny.

Zacznijmy od kluczowej kwestii – USA wciąż dysponują największą i najbardziej zaawansowaną machiną wojskową świata, ale nie prowadzą gospodarki wojennej. Produkcja uzbrojenia, zwłaszcza precyzyjnego – od pocisków Tomahawk po rakiety systemów obrony powietrznej – jest dostosowana do czasu pokoju: stabilna, przewidywalna, ale relatywnie powolna.

To oznacza, że każda wojna, nawet zakończona rozejmem, zostawia po sobie nie tylko polityczne i militarne skutki, lecz także coś znacznie bardziej namacalnego: puste magazyny. A w globalnej rywalizacji z Chinami to właśnie stan tych magazynów może mieć znaczenie większe niż wynik pojedynczej operacji na Bliskim Wschodzie.

Rachunek w liczbach

Pierwsze szacunki dotyczące zużycia amunicji przez USA w trakcie wojny z Iranem pokazują skalę, która jeszcze niedawno pozostawała poza wyobraźnią planistów operacyjnych. W ciągu kilkudziesięciu dni działań bojowych amerykańskie siły zbrojne wystrzeliły ponad 1000 pocisków manewrujących Tomahawk. Dla porównania – roczna produkcja tych pocisków w ostatnich latach oscylowała wokół 200–300 egzemplarzy. Oznacza to, że w trakcie jednej kampanii zużyto równowartość kilku lat produkcji.

Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie systemów obrony powietrznej. Według dostępnych szacunków wykorzystano od 1500 do 2000 interceptorów – w tym rakiet systemów Patriot i THAAD. Tymczasem produkcja rakiet PAC-3 MSE, stanowiących podstawę amerykańskiej obrony przeciwrakietowej, wynosiła dotąd około 500–600 sztuk rocznie, przy czym znaczna część trafiała do sojuszników. A zatem w ciągu kilku tygodni zużyto równowartość co najmniej dwóch–trzech lat produkcji jednego z kluczowych komponentów systemu obrony powietrznej.

Podobne proporcje pojawiają się w odniesieniu do uzbrojenia lotniczego. Produkcja pocisków JASSM, wykorzystywanych przez bombowce i samoloty taktyczne, jeszcze niedawno wynosiła około 500–700 sztuk rocznie. Tymczasem wystrzelono ich niemal tysiąc.

W analizach takich ośrodków jak CSIS (Center for Strategic and International Studies) mowa jest o tym, że odtworzenie stanów magazynowych zajmie od 3 do nawet 6 lat – szczególnie w przypadku najbardziej zaawansowanych efektorów, wymagających skomplikowanych komponentów i ograniczonych zdolności produkcyjnych.

Najważniejszy teatr

W amerykańskim planowaniu strategicznym Bliski Wschód od lat nie jest już teatrem pierwszego wyboru. Tym obszarem jest dziś Indo-Pacyfik – przestrzeń, w której koncentruje się rywalizacja ze strategicznym przeciwnikiem, czyli Chinami. To tam, a nie w Zatoce Perskiej, rozstrzyga się realny układ sił w XXI wieku.

Dlatego każda liczba dotycząca zużycia amunicji w wojnie z Iranem ma swój drugi kontekst – pytanie, ile tych samych środków pozostało do dyspozycji w scenariuszu konfliktu wokół Tajwanu.

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że w przypadku wojny o Tajwan kluczowe znaczenie mają dokładnie te same kategorie uzbrojenia, które zostały intensywnie wykorzystane na Bliskim Wschodzie: pociski dalekiego zasięgu, środki rażenia precyzyjnego, a przede wszystkim systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej.

W jednym z analizowanych scenariuszy amerykańskie siły zbrojne zużyją znaczną część zapasów pocisków dalekiego zasięgu w ciągu pierwszych 7–10 dni konfliktu. W przypadku niektórych typów uzbrojenia tempo to będzie jeszcze wyższe, lecz za każdy razem przyniesie ten sam skutek: zapasy zmaleją szybciej, niż możliwe będzie ich uzupełnianie.

A dodajmy do tego inny czynnik, istotny przy hipotetycznym konflikcie o Tajwan: geografię. Odległości będą wielokrotnie większe niż w przypadku operacji prowadzonych przeciwko Iranowi. Amerykańskie lotnictwo operuje z baz w Japonii, na Guamie czy – w scenariuszach awaryjnych – z jeszcze dalszych lokalizacji. Marynarka działa na rozległych akwenach, gdzie linie zaopatrzenia są rozciągnięte do granic możliwości. To oznacza, że każda operacja jest nie tylko bardziej wymagająca logistycznie, ale również bardziej kosztowna w sensie zużycia zasobów.

Dochodzi do tego kwestia rotacji sił. Grupy lotniskowcowe, które brały udział w operacjach na Bliskim Wschodzie, nie mogą zostać natychmiast przerzucone na Pacyfik w pełnej gotowości bojowej. Okręty wymagają przeglądów, załogi odpoczynku, a sprzęt – konserwacji. To proces liczony w tygodniach i miesiącach, nie w dniach.

W efekcie powstaje luka, której nie widać na pierwszy rzut oka. Na papierze Stany Zjednoczone wciąż dysponują globalną projekcją siły. W praktyce jednak ich zdolność do natychmiastowego i intensywnego działania w Indo-Pacyfiku może być ograniczona – nie przez brak technologii, lecz przez wcześniejsze zużycie zasobów.

Pytanie, co zrobią z tym Chiny?

„Poligonowe doświadczenie”

Z perspektywy Pekinu wojna USA–Iran jest arcyciekawym studium przypadku. Pokazuje tempo zużycia amerykańskich zasobów, ograniczenia przemysłowe i – co równie ważne – sposób, w jaki Waszyngton reaguje na kryzysy: szybko, nierozważnie, kosztem własnej „głębi strategicznej”.

To obserwacja, która dla Chin ma znaczenie większe niż jakiekolwiek deklaracje polityczne. Bo chińska strategia nie opiera się na wygrywaniu pojedynczych wojen, a na przetrwaniu dłużej niż przeciwnik i wejściu do gry w momencie, który jest dla niego najmniej korzystny.

Ale czy jest z czym wejść? I tak, i nie. W wymiarze czysto militarnym Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza w ciągu ostatnich dwóch dekad przeszła transformację, która nie ma precedensu we współczesnej historii.

Marynarka wojenna Chin jest dziś największa na świecie pod względem liczby okrętów. Pekin systematycznie rozwija zdolności antydostępowe (A2/AD), oparte na rakietach takich jak DF-21D czy DF-26, zdolnych do rażenia celów na dużych odległościach – w tym potencjalnie amerykańskich lotniskowców.

Równolegle rośnie potencjał przemysłowy. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych Chiny dysponują zdolnością do szybkiego zwiększania produkcji, co w warunkach długotrwałego konfliktu może mieć znaczenie kluczowe. Ale…

Chińska armia nie prowadziła pełnoskalowej wojny od dekad. Ostatnim konfliktem o większej skali była wojna z Wietnamem w 1979 roku – doświadczenie odległe i w niewielkim stopniu przekładalne na współczesne realia. Oznacza to, że znaczna część zdolności operacyjnych Chin została sprawdzona wyłącznie w ćwiczeniach i symulacjach. To różnica fundamentalna w porównaniu z USA, które przez ostatnie trzy dekady prowadziły niemal ciągłe operacje bojowe.

„Armia jedynaków”

Dochodzi do tego problem systemowy, rzadziej obecny w analizach czysto militarnych, ale coraz częściej podnoszony w badaniach społecznych i strategicznych: struktura demograficzna chińskich sił zbrojnych. Pokolenie dzisiejszych chińskich żołnierzy to w dużej mierze efekt wieloletniej polityki jednego dziecka. W praktyce oznacza to, że znaczna część rekrutów to jedyni synowie w swoich rodzinach.

W chińskim modelu społecznym – pozbawionym rozbudowanego systemu zabezpieczeń społecznych w europejskim rozumieniu – to właśnie dzieci odpowiadają za opiekę nad starzejącymi się rodzicami. Ten obowiązek ma nie tylko wymiar ekonomiczny, ale również kulturowy, w dodatku bardzo silny – możemy tu mówić wręcz o imperatywie. W konsekwencji pojawia się napięcie, które trudno zmierzyć, ale którego nie sposób zignorować: wysokie straty osobowe mogą mieć w Chinach znacznie większy koszt społeczny niż w państwach Zachodu. Z perspektywy planowania wojskowego oznacza to potencjalne ograniczenie gotowości do prowadzenia wojny wyniszczającej – takiej, która wymaga akceptacji dużych strat. Innymi słowy: Chiny budują armię zdolną do walki, ale jednocześnie funkcjonują w systemie społecznym, który może tę walkę ograniczać.

Taki stan rzeczy narzuca władzom w Pekinie cierpliwość – nieangażowanie się w walkę, jeśli ryzyko strat jest zbyt wysokie. Ale – tu czas na kolejne zastrzeżenie – skoro po stronie amerykańskiej pojawia się okres przejściowy, związany z odbudową zapasów, to czy Pekin nie widzi w tej sytuacji okna możliwości?

Dwa scenariusze

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że ewentualny konflikt o Tajwan byłby ekstremalnie kosztowny dla obu stron – także dla Stanów Zjednoczonych. W wielu wariantach wojny Amerykanie tracą znaczną część lotnictwa i marynarki, nawet jeśli ostatecznie powstrzymują chińską inwazję. To kluczowy punkt odniesienia. Jeśli nawet „pełne” zdolności USA nie gwarantują szybkiego i taniego zwycięstwa, to każde ich osłabienie działa na korzyść Pekinu.

Z tej perspektywy można zarysować dwa przeciwstawne scenariusze…

Jakie? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański niszczyciel rakietowy podczas ćwiczebnego wystrzelenia pocisku Tomahawk/fot. US Navy, domena publiczna

Karbala

22 lata temu w irackim mieście Karbala rozegrała się bitwa o City Hall – najpoważniejsze starcie polskich żołnierzy od zakończenia II wojny światowej.

Był 3 kwietnia 2004 roku. Mimo późnej pory Karbala nie spała. W centrum co jakiś czas rozlegały się serie z broni maszynowej. Ogień koncentrował się wokół ratusza, znanego jako City Hall. Im głębiej w noc, tym bardziej kanonada gęstniała, zmieniał się też jej charakter. To już nie były tylko serie z broni ręcznej. Syk wystrzeliwanych „erpegów” i ich eksplozje mogły oznaczać jedno: City Hall stał się celem skoordynowanego ataku.

Do kompleksu zmierzał patrol sił szybkiego reagowania. Kolumna Honkerów i BRDM-ów ruszyła z położonej pod miastem bazy Lima po informacji, że w Karbali „trochę strzelają”. Żołnierze zabrali więcej amunicji niż zwykle. „Ledwie dojechaliśmy, dostaliśmy ogień z karabinów i granatników RPG”, wspomina Hubert Świątkiewicz, wówczas dowódca drużyny. „Szybko przeskoczyliśmy na teren ratusza i wtedy się zorientowaliśmy, że brakuje nam tłumacza. Rozpłaszczył się przerażony na pace Honkera. Trzeba było po niego wracać…”, relacjonuje podoficer. Dopiero po ściągnięciu cywila w bezpieczniejsze miejsce Świątkiewicz i jego koledzy mogli zająć stanowiska na dachach City Hall.

Symboliczny punkt w mieście

Na początku kwietnia 2004 roku niemal cały południowy Irak ogarnęła fala zbrojnych wystąpień zwolenników szyickiego duchownego Muktady as-Sadra. Jego milicja w krótkim czasie przejęła kontrolę nad wieloma dzielnicami miast. Sytuację dodatkowo komplikowało święto Aszura. Do Karbali przybywały dziesiątki tysięcy szyickich pielgrzymów, a tak wielkie zgromadzenia sprzyjały mobilizacji zwolenników as-Sadra.

Polski kontyngent odpowiadał za bezpieczeństwo dużej części południowo-środkowego Iraku w ramach Wielonarodowej Dywizji Centrum–Południe. W bazie Lima pod Karbalą stacjonowali polscy, amerykańscy i tajscy żołnierze, w samym mieście – Bułgarzy. W znajdującym się w centrum metropolii City Hall mieściły się natomiast władze prowincji, komisariat oraz niewielkie więzienie. Kto panował nad ratuszem, ten symbolicznie panował nad miastem. Dlatego w nocy z 3 na 4 kwietnia powstańcy szybko właśnie tam skierowali ogień.

Gwałtowność ataku zaskoczyła Polaków. „Nic nie wskazywało na to, że wydarzy się coś tak dużego”, przekonuje Rafał Radomski, wówczas starszy kapral i strzelec rozpoznania. Jak jednak przyznaje, już wcześniej zdarzały się trudne sytuacje. Podczas jednego z patroli jego oddział został zablokowany na ulicy. „Z przodu samochód, z tyłu samochód, i strzały zza muru. Na szczęście udało nam się wyrwać”. O napięciu w mieście świadczyło też zachowanie bojowników. „Chodzili z bronią zupełnie jawnie”, wspomina Jacek Klimanek, wtedy starszy sierżant.

Najbardziej niepokojący sygnał przyszedł ze strony miejscowych formacji bezpieczeństwa. Plut. Paweł Erdmann zapamiętał jedną z nocy poprzedzających wybuch powstania. „W pobliżu naszej bazy stacjonował batalion irackiej policji. W pewnym momencie cały po prostu zniknął. Wiedzieliśmy, że zabrana przez tamtych broń trafi do przeciwnika”.

„Byliśmy jak monolit”

4 kwietnia bitwa rozgorzała na dobre. „Ostra wymiana ognia zaczęła się około pierwszej w nocy”, wspomina Hubert Świątkiewicz. „Dopiero gdy muezin zaczął wzywać do modlitwy i zrobiło się jasno, atak wyraźnie osłabł”. Napastnicy strzelali wprost z ulicy oraz z dachów i okien pobliskich budynków. Do broni ręcznej i „erpegów” wkrótce dołączyły moździerze. „To ich i snajperów baliśmy się najbardziej”, przyznaje Rafał Radomski.

Walki miały swój rytm. „Pół godziny ciszy, pięć minut strzelaniny. Godzina spokoju i znowu kilka, kilkanaście minut ognia”, wspomina Paweł Erdmann. W przerwach żołnierze poprawiali stanowiska i łapali oddech – jedli, spali, niektórzy nawet grali w karty. „Ja robiłem zdjęcia”, Radomski uśmiecha się szeroko. „Koledzy się ze mnie podśmiewali, ale potem wszyscy chcieli, żebym im pozgrywał pliki”, opowiada nieformalny kronikarz karbalskiej bitwy.

„Bałeś się?”, po tym pytaniu Paweł Erdmann chwilę się zastanawia. „Z jednej strony ta cała kanonada przypominała mi wtedy sylwestrowe fajerwerki”, mówi. „Ale z drugiej, tamci nie odstępowali, a nas walczyło zaledwie kilkudziesięciu i mieliśmy ograniczoną ilość amunicji. Wokół było wrogie, wielkie miasto, czułem, że jesteśmy jak samotna wyspa na oceanie. Zwłaszcza nocą, kiedy wiedzieliśmy, że śmigłowce nie latają, i może być problem z logistyką. Był taki moment, w którym uznałem, że jak przełamią nasze pozycje, to ostatnią pestkę zachowam dla siebie”, wyznaje Erdmann. „Nie nadaję się na zakładnika”, dodaje.

„Pamiętam jednego z moich żołnierzy”, do rozmowy włącza się Świątkiewicz. „Chłopak oparł się o ścianę i powiedział, że nie będzie strzelał. Trzeba było go postawić na nogi”. Każdy musiał sobie w głowie poukładać tę sytuację. „Tylko idiota się nie boi”, stwierdza Jacek Klimanek. „Za pierwszym razem wszedłem na dach bez problemu, bo nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale kiedy miałem wejść drugi raz…”, nasz rozmówca zawiesza głos. „Słyszałem strzały, wiedziałem już, jak to wygląda”, relacjonuje. Mimo wątpliwości Klimanek wrócił na stanowisko. Żaden z jego kolegów nie opuścił też swojego. Strach nie znikał, ale przestawał paraliżować. Liczyło się tylko to, żeby utrzymać pozycje i nie dopuścić przeciwnika do budynku. „Byliśmy jak monolit”, konkluduje Erdmann.

Ten monolit wcale nie był czymś oczywistym – dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w magazynie i portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału, gdzie znajdziecie również więcej zdjęć z Karbali. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Pozycja na dachu City Hallu. Zdjęcie prezentuję dzięki uprzejmości jednego z obrońców ratusza, Pawła Erdmanna