Mogilizacja

I jakoś to leci. Mam na myśli mobilizację, czy mogilizację, jak przymusowy pobór szybko przechrzciła rosyjska ulica. Z jednej strony docierają do nas obrazki z lotnisk i granic, gdzie tłoczą się uciekający przed wojskiem mężczyźni, z drugiej, materiały z głębokiej rosyjskiej prowincji, gdzie i owszem, ktoś tam protestuje, ale ostatecznie i tak pełne autobusy i samoloty zmierzają do miejsc koncentracji. Na marginesie, irytuje mnie przaśno-drwiący charakter komentarzy odnoszących się do filmików z tej drugiej serii. To nabijanie się z pijanych ruskich (bo zwykle oglądamy mężczyzn mocno pod wpływem oraz ich kłótnie i bójki). Ci ludzie trafią do Ukrainy, nim znajdą się na froncie, będą mieli kontakt z ukraińskimi cywilami na okupowanych terytoriach. Jeśli już teraz zachowują się jak swołocz, co zrobią z bezbronnymi kobietami i dziećmi? Pytanie jest rzecz jasna retoryczne…

„Może przynajmniej odmówią walki albo się poddadzą?”, pisze do mnie Czytelnik, dzieląc się nadzieją, że niskie motywacje rosjan pokrzyżują putinowi plany pobudzenia aktywności wojska na froncie. Czy ja wiem? Pamiętajmy, że Kreml przygotował sobie odpowiednie zabezpieczenia prawne – dezercja i dobrowolne oddanie się do niewoli obarczone są ryzkiem kary 10 lat więzienia. Na froncie – wzorem oddziałów zaporowych NKWD – jednostek liniowych pilnują kadyrowcy; zwiać na tyły też trudno, bo można dostać kulkę od swoich (choć może powinienem napisać „swoich”, biorąc pod uwagę etniczne napięcia w rosyjskiej armii). W takich okolicznościach nawet zdeklarowany pacyfista znajdzie się w potrzasku.

Nie mam złudzeń, co to oznacza w większości przypadków, zwłaszcza gdy ów przeciwnik wojowania trafi na pierwszą linię, w ogień. Wtedy do głosu dochodzi przede wszystkim chęć przetrwania, pojawia się kalkulacja „albo oni mnie, albo ja ich”. „Tamci” nie mają czarodziejskich dekoderów, pozwalających odkryć emocje, uczucia czy intencje wroga – gdy go widzą, strzelają. Strzela więc i druga strona i karnawał przemocy trwa w najlepsze. I z każdym kolejny zdarzeniem degeneruje nawet największych pięknoduchów – a choćby i poprzez wyzwalanie w nich zobojętnienia na cierpienie, śmierć i materialną destrukcję. Jestem pewien, że chłopak złapany przedwczoraj w Moskwie – któremu dotąd do głowy nie przyszło, że mógłby i chciałby kogoś zabić – który na komendzie dostał powiestkę, a dziś jest już pewnie w drodze do jednostki, za kilka tygodni wypełni swoje zadanie. Dostanie rozkaz „wpieriod!” i pójdzie. Pewnie zginie albo wróci do domu bez ręki czy nogi. Z czasem, by nie zwariować, zracjonalizuje sobie tę historię – nada jej heroicznych ram, wpisując się w oficjalną narrację o „świętej wojnie”.

Lecz nim to wszystko nastąpi, niewykluczone, że popełni jakieś niegodziwości. O tym, jak silne są mechanizmy grupowej lojalności, napisano całe tomy. Nie będę tego ilustrował przykładem z badań – znów pozwolę sobie sięgnąć do historii rodzinnej. Jeden z moich wujów, wcielony do Wehrmachtu, zwiał ostatecznie na drugą stronę – i wojnę skończył jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie (gwoli rzetelności, nie on jeden pośród krewnych). W ucieczce towarzyszył mu Ślązak, także z przymusowego poboru. Mniejsza o szczegóły – by pomysł się powiódł, chłopcy musieli najpierw zabić kolegę, etnicznego Niemca. I tak też się stało, a wuj do końca życia zmagał się z traumą. Z piętnem tego, który strzelił w plecy człowiekowi. Zabił towarzysza, z którym znał się od wielu miesięcy – od początku szkolenia podstawowego aż po tygodnie spędzone na froncie. Takie słowa nigdy nie padły, ale dla mnie było oczywiste, że ów krewny nie zrobiłby drugi raz tego samego. Bez względu na konsekwencje.

Ucieczkę poprzedziła służba na pierwszej linii. Przy obsłudze działa samobieżnego (chyba typu Hummel, bo mowa była o sześcioosobowej obsłudze), czyli sprzętu, którym nie dało się markować strzelania. Który jak łupnął i dobrze trafił (a dlaczego miałby nie trafiać, skoro większość załogi stanowili rodowici Niemcy?), to zabijał i ranił tych po drugiej stronie, niezależnie od widzimisię przymusowo wcielonych. Ta kwestia w rodzinnych rozmowach stanowiła tabu.

Oglądaliście „Pluton”? Doskonały, niemal paradokumentalny zapis historii amerykańskiego pododdziału, wysłanego do wietnamskiej dżungli. Widzimy tam, jak poczucie wszechobecnego zagrożenia truje dobrych, prostych chłopaków do tego stopnia, że część z nich dopuszcza się zbrodni wojennych. Potrzeba bezpieczeństwa, jakie daje grupa i strach przed zemstą sprawców, każą trzymać gęby na kłódki nawet tym, którzy nic złego nie zrobili. W takich okolicznościach tworzą się brudne wspólnoty, w których każdy na kogoś coś ma. Wielu z tych początkowo czystych, ostatecznie macha ręką; bezkarność kolegów rodzi przekonanie, że „hulaj dusza, piekła nie ma”, no i „czemu u licha ta ja mam być frajerem?”.

Tymczasem w rosyjskiej armii bezkarność sprawców zbrodni to część modus operandi tej instytucji. Wojsko nie jest w stanie zaspokoić wielu podstawowych potrzeb żołnierza, godzi się zatem na jego kryminalne zachowania, traktując je jako cenę za dyspozycyjność. Ba, promując wręcz jako cnotę samowystarczalność prostego sołdata, który sam się wyżywi i jeszcze sobie dorobi.

Przygnębiają mnie zatem te mobilizacyjne newsy, bo uciekła ze mnie nadzieja na poważniejszą obstrukcję ze strony kandydatów na armatnie mięso i ich bliskich.

Ale…

Ale na szczęście rosyjską armią dowodzi putin – jak wynika z ustaleń brytyjskiego wywiadu, prezydent federacji, niczym Hitler przed laty, uznał swoich generałów za niekompetentnych i już od dłuższego czasu sam decyduje o najważniejszych posunięciach. Efekty oglądamy na co dzień.

Oglądają je też oficerowie rusarmii. Jak donosi dobrze zwykle poinformowany rosyjski bloger „GenerałSWR”: „(…) Kilkanaście osób reprezentujących Sztab Generalny napisało apel do prezydenta Rosji Władimira Putina, w którym wyraziły przekonanie o niemożności realizacji wyznaczonych przez prezydenta celów i zadań Specjalnej Operacji Wojskowej. Autorzy apelu argumentują swoje stanowisko, wskazując na szereg obiektywnych przyczyn – ich zdaniem, wśród nich jest brak dostatecznej ilości broni oraz całkowity brak motywacji wojska i zrozumienia rzeczywistych powodów prowadzenia działań wojskowych na terytorium Ukrainy. Mobilizacja w ich obiegu nazywana jest ‘błędem śmiertelnym’, który doprowadzi do ogromnej liczby ofiar, ale nie pomoże w osiągnięciu celów. Autorzy proszą Putina o ‘wykazanie mądrości’ i rozwiązanie problemów przy stole negocjacyjnym (…). Nie jest to pierwszy apel do prezydenta ze strony przedstawicieli Sztabu Generalnego, ale ten wyraźnie pokazuje, że istnieje opozycja. W Sztabie Generalnym zdecydowana większość (…) ma pewność, że tej wojny nie da się wygrać, nawet po ogłoszeniu pełnej mobilizacji. To prawda, że większość ponuro realizuje wolę Naczelnego Wodza i tylko nieliczni mają odwagę wyrazić stanowisko sprzeczne ze stanowiskiem prezydenta. (…)”.

Czy kolejne dziesiątki tysięcy zabitych przywrócą tej milczącej większości odwagę? Może, skoro dół nie chce, to góra zakończy tę przeklętą wojnę?

—–

Nz. Demonstracja antymobilizacyjna w Moskwie/fot. za: Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Order

Andrzej Duda odznaczył Orderem Orła Białego (najwyższym cywilnym medalem) Antoniego Macierewicza.

Czuję, jakby mi ktoś strzelił w pysk.

Rozumiem powody tego działania. Obóz władzy ulega przyśpieszonej erozji, widoki na wygranie wyborów z każdym tygodniem maleją. Należy zatem cementować twardy elektorat, którego Macierewicz jest twarzą. Bo „może rzeczywiście nie wygramy, ale jako silna opozycja mamy szansę przetrwać”.

Czyli znów logika partyjnego interesu zwycięża nad racją stanu.

Bo Macierewicz jest zaprzeczeniem wartości, które leżą u podstaw interesu narodowego. Cała jego aktywność polityczna z ostatnich kilkunastu lat – przede wszystkim rozpieprzenie armii – lokuje go w gronie największych szkodników w dziejach RP. I użytecznych idiotów Moskwy. Co zwłaszcza dziś – w dobie okrutnej wojny toczonej za naszą wschodnią granicą – nabiera dodatkowych znaczeń. Macierewicz zrobił więcej dla osłabienia polskiej obronności, niż zrobiłyby tabuny ruskich szpiegów, agentów wpływu czy wreszcie pokaźna część rosyjskiej armii, gdyby pchnięto ją nad Wisłę.

No ale pomógł PiS zdobyć władzę, rozkręcając smoleńską histerię.

Miast zamknąć trupa w szafie, władza funduje nam cyrkowy występ z wolnym dostępem dla gawiedzi. Wstydu nie macie…

Ja zaś mam dwa państwowe odznaczenia (nadane zresztą przez obie strony politycznego sporu). Dumą napawają mnie przede wszystkim okoliczności, jakie stały za decyzjami o ich przyznaniu. Ale skłamałbym mówiąc, że krążki się nie liczą. Tyle że dziś skarlały w moich oczach.

Trudno kocha się tę naszą ojczyznę…

—–

Nz. Skrin z komentarza, który idealnie oddaje sytuację…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)inność

rosja. Stu protestujących wieje przed jednym policjantem.

– Ej, a dlaczego my uciekamy? – reflektuje się niechętny mobilizacji demonstrant. – Przecież nas jest setka, a on jeden?

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli? – odpowiada mu kolega, równie niechętny wysyłce na front.

I uciekają dalej…

Prezentowałem już kiedyś dowcip oparty o ten schemat (ich stu – on jeden). Zaadaptowałem go do potrzeb teraźniejszości, by łatwiej mi było zilustrować pewną kwestię. Mam rzecz jasna świadomość niepoprawności politycznej, ale nie zamierzam za to przepraszać. Ostatecznie rosjanie zasługują na nasze drwiny, co i tak jest łagodnym potraktowaniem za setki lat egzystencjalnego zagrożenia, jakie nam tu zgotowali. Ale ja nie o tym.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało w rosji niemałą panikę. Pisałem o tym wczoraj, wspomnę więc dla porządku o tłumach na lotniskach i na granicach, które rosjanie jeszcze mogą przekraczać. Potencjalni poborowi wolą uciec niż dać się wcielić i trafić na front. Przy tej okazji mała historyczna dygresja. Tylko dwa procent żołnierzy armii czerwonej w 1945 roku stanowili weterani wcieleni do służby przed wybuchem wojny w czerwcu 1941 roku. Reszta poległa, została ranna lub trafiła do niewoli, co w większości przypadków i tak oznaczało śmierć. Między 1941 a 1945 rokiem zginęło co najmniej 12,5 mln czerwonoarmistów. Na 5 mln niemieckich żołnierzy zabitych podczas II wojny światowej, 4 mln ofiar przypada na front wschodni. Wschód (i „wschód”, bo przecież sowieci mieli nieco inną perspektywę geograficzną niż Niemcy) był przedsionkiem piekła. W relacjach rodzinnych – tej części mojej familii, która miała niemieckie korzenie – jeszcze długo po wojnie obecny był wątek bezbrzeżnego lęku przed posłaniem do rosji, z jakim mierzyli się męscy krewni. Babcia wspominała kiedyś o uldze – która spadła na rodzinę – gdy okazało się, że zmobilizowani brat i kuzyn zostali wysłani do Francji. Ten drugi i tak zginął, co jednak nie zmieniło wyobrażeń o piekielnym wschodzie. Sowieckie bestialstwo wobec cywilów – nieodłączny element towarzyszący przemarszowi armii czerwonej – tylko je ugruntowało.

Wróćmy do współczesności. Przez front ukraiński (z naszej perspektywy wschodni, dla rosjan raczej południowy), przewinęło się dotąd 400 tys. wojskowych z armii putina. 80 tys. zginęło, zostało rannych i kontuzjowanych, dostało się do niewoli. Innymi słowy, co piąty żołnierz został wyeliminowany z walki (przy czym jeńców jest tam garstka). Powiestki – wezwania mobilizacyjne – są zatem dla rosjan niczym zaproszenie do tańca z diabłem. Tak jak kiedyś były dla ich (pra)dziadków i (pra)dziadków dawnych wrogów. To wyroki śmierci lub kalectwa, obarczone ogromnym ryzykiem realizacji.

Nie dziwi mnie zatem „nie” dla mobilizacji, lecz na boga, stanowczo protestuję przed nazywaniem demonstrantów „obrońcami praw człowieka”. Zagotowało się we mnie, gdy po raz pierwszy – wczoraj wieczorem – zetknąłem się z tą frazą. Bo nie o prawa człowieka tu idzie, a prawo Andrieja czy innego Saszy do wygodnego życia. Gdzie byli ci wszyscy obrońcy do tej pory? Jakoś nie przeszkadzało im, że giną Ukraińcy, w tym kobiety i dzieci, a większość tych śmierci to efekt terrorystycznej kampanii oraz zwyczajnego łajdactwa. Obudzili się, gdy zawisło nad nimi, nad ich bliskimi, ryzyko wysyłki na śmierć. Ja to oczywiście rozumiem, bunt zaś wspieram (jak wszystko, co kruszy zręby tego pseudopaństwa), ale nazywajmy rzeczy po imieniu.

Z tego samego powodu (intelektualnej uczciwości) nie ulegajmy narracji o jakimś gwałtownym przebudzeniu – rosji/rosjan. To, co od wczoraj oglądamy, to reakcja zlęknionej wielkomiejskiej elity, która zdała sobie sprawę, że jej w miarę wygodne życie może zostać zaburzone. Dopóki ruchawki nie obejmą biednej prowincji, dopóty nie będzie to nic istotnego. Z dostępnych informacji wynika, że policja zatrzymała półtora tysiąca demonstrantów. Sporo? Cóż, to dziesięć procent protestujących, w 144-milionowym kraju…

Ale nie chcę utwierdzać Was w przekonaniu, że „ruskie są jakieś inne/dziwne”. Pozwólcie, że znów wspomogę się historią. Babcia mojej żony spędziła okupację w jednej z podkrakowskich wsi. Jako dziewczynka, potem nastolatka, przeżyła wojnę świadomie. Z jej wspomnień wyłania się obraz zupełnie inny od martyrologicznej wizji, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Niemców właściwie tam nie ma – od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał policjant na rowerze. Taki dobroduszny pierdoła z mauzerem niezdarnie przewieszonym przez plecy, co to może i kiedyś – podczas poprzedniej wojny – zdolny był do jakichś heroicznych czynów, ale jako chłop pod pięćdziesiątkę myślał tylko o tym, żeby mieć święty spokój. Co jakiś czas do wsi wbijała większa grupa okupantów – po kontrybucje – i wówczas już tak sielsko nie było, niemniej wciąż mówimy o świecie zupełnie innym niż realia wielkich miast. Gdzie okupacja równała się bezpardonowemu terrorowi na niespotykaną wcześniej skalę. Ale w percepcji bohaterki mojej opowieści te miasta były daleko, dalekie też wydawały się wsie, które poddano brutalnym pacyfikacjom. Okupacyjny nadzór realizował ów nieszczęśnik na rowerze (nieszczęśnik, bo w końcu utłukli go partyzanci) oraz „strażnik w głowach” wieśniaków, który „przypominał im”, że Niemcy dysponują atutem przemocy i chętnie po niego sięgają.

Polska była krajem przyfrontowym, przez cały okres okupacji zmierzały nią nieprzebrane masy wojska, lecz do służby okupacyjnej oddelegowano tylko nieznaczną część niemieckich sił zbrojnych i aparatu bezpieczeństwa. Przez większość tego czasu na jednego hitlerowskiego funkcjonariusza przypadło dosłownie – jak w zacytowanym dowcipie – stu Polaków. A jednak dali się zastraszyć. Oczywiście, powstało podziemie, prowadzono akcję zbrojną, lecz wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz (na nieszczęście byli to sowieci).

W czasach PRL-u tylko w okresie stalinowskim mieliśmy do czynienia z powszechnym terrorem – później opresyjność systemu była już tylko niższa. Ale trwał, dzięki strategii terroru selektywnego. Nie było konieczności masowego gnębienia ludzi – wystarczyło, że raz na jakiś czas milicja obtłukła komuś twarz, ktoś trafił do pudła za „działalność antysystemową”, kto inny miał kłopoty (z pracą, z otrzymaniem mieszkania, z dostępem do jakichś dóbr). Ludzie wiedzieli, i bez spektakularnych akcji typu rozpędzona demonstracja czy strajk, że władza ma narzędzia do stosowania przemocy. I to wystarczało, by „karawana toczyła się dalej”. Sprzyjał temu naturalny konformizm – potrzeba zorganizowania sobie życia niezależnie od okoliczności, a choćby i z bagnetem przy dupie.

Tak naprawdę rosjanie nie realizują jakiejś etnicznie swoistej strategii życiowej – robią to, co (robiliby) inni. Z tą różnicą, że oni żyją w warunkach okupacji/zniewolenia od dawna. „Był czas przywyknąć”, wchłonąć normy wiernopoddaństwa do tego stopnia, że niemożnością wydają się inne reguły.

Na szczęście putinowskie imperium ufundowane jest na kłamstwie. Wojna w Ukrainie pokazała, że rzekoma reforma armii rosyjskiej była jedną wielką ściemą. Oszukiwano się nawzajem, trudno w tej chwili ocenić, kto kogo bardziej i kto w tym wszystkim miał większą świadomość realiów. putin, zdaje się, uwierzył, że biliony rubli wyłożone na zbrojenia dały mu wojsko na miarę XXI wieku. No i się przejechał. A upadłych mitów może być więcej. Armia jest zwykle wzorcową instytucją, świadczącą o sprawności państwa – jeśli więc ona nie działa, uprawnionym są podejrzenia, że aparat represji jest w podobnej kondycji.

Czy jest? rosjanie chyba tego nie wiedzą, nie wiem, czy chcą wiedzieć. Czy chcą sprawdzić, co się stanie, jak wrzucą „pierdołę na rowerze” do studni. Będzie to (byłoby!) co najmniej tak ważne jak ukraińskie zwycięstwa na froncie. Bez wewnętrznej presji to obrzydliwe gmaszysko się nie przewali.

—–

Nz. „Sprawdzam!” w odniesieniu do rosyjskiej armii przynosi takie skutki…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wymiana

Dziś – obok rosyjskiego prężenia muskułów – wydarzyło się też coś być może ważniejszego. Zwolniono z niewoli (wymieniono na rosyjskich jeńców) obrońców Azowstalu, w tym najbardziej znienawidzonych przez kremlowską propagandę azowców.

W zamian musiało pójść do ruskich coś cennego (jacyś wyżsi rangą pojmani oficerowie? Okup – niekoniecznie bezpośredni transfer, ale na przykład gwarancja nieruszenia jakiejś części zamrożonych rosyjskich aktywów?). Albo to ważny gest ze strony moskwy, sugerujący – na przekór prowojennej retoryce – gotowość do rozmów.

Dlaczego tak sądzę? Azowcy, zwłaszcza ci, powinni byli zginąć – do takiego obrotu sprawy przygotowywała nas rosyjska propaganda. Wcześniej (klatki w Mariupolu) miano ich maksymalnie upodlić. Tymczasem zwolniono. Nie wierzę w rosyjską dobroduszność i bezinteresowność – nie, nie, po prostu nie.

Niezależnie od okoliczności, dobrze, że nasi są już wolni. To naprawdę wspaniała wiadomość.

—–

Nz. skrin wybranych fotografii, udostępnionych przez Ukraińskie Siły Zbrojne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Szturmowcy

Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy – teraz czas na wyłącznie poważne rozważania o tym, co wydarzyło się dziś w rosji.

Nim jednak do tego przejdę, chciałbym Wam przybliżyć fenomen Sturmtruppen – niemieckich oddziałów szturmowych z czasów I wojny światowej. Była to elita kajzerowskiej armii, w alianckich okopach ciesząca się złą i ponurą sławą. Francuzi nazywali ich „egzekutorami”, Brytyjczycy używali mniej wyszukanych określeń typu „diabły” czy „demony”. Zadaniem szturmowców było bowiem skryte przedostanie się przez ziemię niczyją, by zlikwidować wysunięte stanowiska karabinów maszynowych, wziąć jeńca czy po prostu zdezorganizować obronę przeciwnika w konkretnym miejscu. Często chodziło o odpowiednie przygotowanie gruntu (np. poprzez zniszczenie przeszkód terenowych) pod mający nastąpić atak piechoty. Co do środków – subtelne nie były; efekty uzyskiwano poprzez zarzucenie przeciwnika granatami ręcznymi, których każdy szturmowiec zabierał ze sobą po kilkanaście. To żołnierze Sturmtruppen jako pierwsi otrzymali charakterystyczne stalowe hełmy, które przez jakiś czas – obok krótkich kawaleryjskich karabinków – stanowiły ich wyróżnik (Stahlhelmy z nakarczkiem z biegiem lat stały się standardem całej armii niemieckiej, a ich kształt wyznaczył trwający do dziś trend w projektowaniu sprzętu ochronnego). Szturmowcy działali w małych grupach – 8-12-osobowych – wcześniej przechodzili żmudne szkolenie. W jego trakcie odsiewano niezdolnych do pełnienia służby, w której liczyła się siła, wytrzymałość i ponadprzeciętna zręczność. Trening miał też za cel maksymalne zgranie żołnierzy – tak, by w walce cały poddział funkcjonował niczym jedna sprawna maszyna. Wtórny efektem tego zgrywania (wtórnym, ale jak najbardziej pożądanym!) były silne więzi/poczucie braterstwa między członkami Sturmtruppen.

Ten model rekrutacji i przysposobienia znacząco odbiegał od standardu całej armii (nie tylko niemieckiej, ale wszystkich biorących udział w Wielkiej Wojnie). Skala zaangażowania wojska oraz wymogi frontu sprawiały, że zawieszono pokojowe normy „obróbki rekruta” – poborowi po krótkim, podstawowym szkoleniu trafiali w rejon walk. Reszty mieli się nauczyć od okopowych wiarusów – szczęściarzy, którym dane było przetrwać jatki. Uczyli się nieliczni (dołączając tym samym do grona starych, gdzie oczywiście również dochodziło do krwawej fluktuacji) – większość ginęła w ciągu kilku pierwszych dni.

Szturmowcy nie zmienili losu wojny – w ostatecznym rozrachunku było ich za mało. No i górę wzięły nawyki ujęte w czymś, co dziś ładnie nazywamy „kulturą strategiczną”. Dowódcy pierwszowojennych armii aż do samego końca nadrzędną skuteczność przypisywali masowym atakom piechoty i artyleryjskim nawałom. Niemcy się na tym przejechali, alianci mieli bowiem większe ludzkie zasoby.

Po co ów historyczny wywód? Armia rosyjska w Ukrainie w początkowej fazie wojny wytraciła dużą część najlepszego personelu (pisałem o tym wielokrotnie, więc poprzestanę na tym stwierdzeniu). A uzupełnienia traktowano tak, jak w czasach I wojny (czy bliższej rosjanom „wielkiej wojny ojczyźnianej”) – krótkie szkolenie (albo i nie…) i hyc na front. Takie ad hoc formowane jednostki nie nadawały się do niczego innego, jak do frontalnych ataków. Pożytek z „jednorazowych żołnierzy” był taki, że wróg za ich sprawą ujawniał swe pozycje, zużywał zasoby, wreszcie sam się zużywał. Choć stosy trupów rosły, przez jakiś czas to działało – powoli, ale konsekwentnie rosjanie zajmowali kolejne połacie Donbasu. Aż w którymś momencie okazało się, że ludzi jednak brakuje. Dramatyczna w skutkach decyzja o ogołoceniu frontu na północy – by pchnąć oddziały na zagrożone jak się wydawało południe – najlepiej świadczy o tym, jak „krótką kołderką” dysponuje rosyjskie dowództwo.

Stąd pomysł, ba!, konieczność mobilizacji.

Nie ma jednak technicznej możliwości, by nagle we wschodniej Ukrainie pojawiło się 300 tys. nowych (kolejnych!) rosyjskich żołnierzy. Mobilizacja to projekt rozpisany na miesiące, który ma co najmniej kilka wąskich gardeł.

Kreml mówi o specjalistach i weteranach (którzy dostaną drafty w pierwszej kolejności), trzeba więc najpierw przetrząsnąć bazy danych, by odpowiednich kandydatów wyłuskać. Dla wszystkich trzeba przygotować obiekty koszarowe i szkoleniowe oraz kadrę. Z lokalami pewnie nie będzie problemów, ale z instruktorami już tak – rosjanie od miesięcy wysyłają szkoleniowców na front, łatając w ten sposób dziury; czort wie, ilu jeszcze żyje. W czasach pokoju w szeregach armii rosyjskiej pojawia się rocznie od 100 do 200 tys. poborowych, zasadniczo w dwóch falach (wiosennej i jesiennej). Do obsługi takiego „ruchu” jest to wojsko przygotowane (przynajmniej teoretycznie). 300 tys., w okresie krótszym niż rok (zakładam, że putin nie myśli o odleglejszej perspektywie czasowej), to jednak sporo więcej wyzwań i bez problemów, jakie przyniosła wojna.

O problemach ze sprzętem pisałem, o kulejącej logistyce też (tych ludzi trzeba będzie do Ukrainy przewieźć, później wykarmić, tymczasem Ukraińcy znacząco wydłużyli rosjanom szlaki logistyczne, zajmując tereny na północy i szachując artylerią wzdłuż całej linii frontu).

I mógłbym tak długo, lecz i tak najważniejszym wyzwaniem będzie dla Kremla obstrukcja obywateli. Potencjalni poborowi wieją z kraju na potęgę – widzieliście pewnie te informacje o wykupionych na wiele dni w przód biletach lotniczych czy filmiki z rosyjsko-fińskiej granicy, gdzie od rana ustawiają się kilometrowe kolejki. Oczywiście, uciekną ci, których na to stać. Biedniejsi będą kombinować – „iść w choroby”, przeprowadzać się, łapówkować komisje wojenkomatów. Z dużym prawdopodobieństwem w kamasze trafi nie jak chce tego putin – najwartościowszy materiał ludzki. Większość moich Czytelników to ludzie młodzi, nieznający realiów zasadniczej służby wojskowej. Która w Polsce w ostatnich latach przed zawieszeniem była parodią samej siebie – do „zetki” szli wówczas przede wszystkim ci, którym się nie powiodło (wykpić ze służby czy generalnie w życiu). Wielu z nich spełniało kryteria funkcjonalnych analfabetów, nierozumiejących prostych poleceń i zadań. Ich wartość jako żołnierzy była iluzoryczna, choć w sztukach wszystko się zgadzało. Sądzę, że w ostatecznym rozrachunku to głównie mężczyźni tego pokroju złapią się w sidła rosyjskiej mobilizacji. A ci z dobrymi papierami i kompetencjami i tak pozostaną tymi, których na wojnę posłano pod przymusem. Czy będą dobrymi żołnierzami?

Przekonamy się w ciągu najbliższych… no właśnie. putin kupił generałom (i sobie!) czas. Transakcja zawarta, towar w drodze. Otwartym pozostaje pytanie o jego ilość i o to, jak długo będzie szedł – w czym zawiera się też kwestia jakości. Czy mówimy o współczesnych rosyjskich sturmtrupperach czy jednak o armatnim mięsie?

—–

Nz. Artyleria obrońców – senny koszmar rosyjskich poborowych/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to