Limit

Oczywiście bardzo mi zależy na wzroście możliwości obronnych Polski. Gotów jestem zaciskać pasa, by w perspektywie najbliższej dekady siły zbrojne RP osiągnęły zdolność odstraszania nominalnie większych i silniejszych armii. Nie chcę dla Polski losu Ukrainy, chcę, by rosja – w jakiejkolwiek formie to przetrwa – nawet nie próbowała nas atakować, licząc, że może się uda.

Ale jestem realistą i po prostu nie wierzę w możliwość spełnienia militarno-zakupowych obietnic PiS. Guzik będzie z tych 500 himarsów, dobrze będzie, jeśli skończy się na 50. Niebawem zacznie się przycinanie oczekiwań pod rzeczywistość, przede wszystkim finansową. No i produkcyjną, bo przecież sprzętu z piachu się nie ukręci, a przepustowość i moce nawet tych największych zbrojeniowek jakoś szczególnie imponujące nie są (co wynika także ze stopnia skomplikowania współczesnych systemów obronnych).

W związku z tym jakoś nie cieszy mnie zapowiedź kupna 96 śmigłowców szturmowych Apache, która padła dziś z ust ministra Błaszczaka. To najlepsza tego typu maszyna na świecie, w takiej liczbie stanowiłaby mur nie do przejścia dla rosyjskich wojsk pancernych – nawet po ich odbudowie do poziomu sprzed pół roku i wysyceniu T-14 Armatami. Tyle że jeden taki śmigłowiec kosztuje nieco ponad 35 mln dol., prawie setka to wydatek rzędu 3,5 mld dol. Przemnóżmy to po dzisiejszym kursie razy 4,7. A co z pakietem szkoleniowym, logistycznym, uzbrojeniem? No i pamiętajmy, że koszt zakupu to zwykle 1/3 sumy, jaka wydana zostanie w całym cyklu eksploatacyjnym danej broni (współcześnie to jakieś 40 lat).

Pieniądze to nie wszystko. Apache nie są dostępne od ręki (zwłaszcza w konfiguracji, o której mówił Błaszczak). A kolejka krótka nie jest. Gdybyśmy dziś do niej stanęli, pierwsze śmigłowce dla nas zaczęto by produkować za 50 miesięcy. Przekazywanie klientowi pojedynczych egzemplarzy mija się z celem (nie da się efektywnie prowadzić szkolenia na kilku maszynach), zatem dopiero gdzieś po 10 latach (od teraz) mielibyśmy pierwszą eskadrę. Która potrzebowałaby kolejnych kilku lat na osiągnięcie gotowości bojowej. Przy takich uwarunkowaniach cały projekt (pozyskania i wdrożenia 96 maszyn) udałoby się zamknąć w ciągu 20 lat. Czyli licząc od dziś w 2042 roku. A przecież jeszcze w kolejce nie stanęliśmy (na razie zapytaliśmy Amerykanów, czy byliby gotowi nam ten sprzęt w takiej liczbie sprzedać). Na odpowiedź poczekamy pewnie parę miesięcy.

Idźmy dalej. Dotąd mieliśmy w linii jednorazowo najwyżej 30 maszyn tej kategorii – słynnych Mi-24. Jakkolwiek efektowne (ba, piękne!) „hokeje” to dziś przestarzała broń. Schyłkowa, biorąc także pod uwagę ich poziom wyeksploatowania. Armia od lat boryka się z problemem niedostępności załóg – niepewna przyszłość śmigłowcowego lotnictwa szturmowego skutkowała odejściami ze służby. Co z tego, że Afganistan dał liczony w setki godzin na głowę nalot – był więc kuźnią kadr – skoro dziś większość tego personelu jest już pod kapeluszem. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie nie bylibyśmy w stanie wysłać na szkolenia ekip dla choćby jednej trzeciej ewentualnie zamówionych „śmigieł”.

Oczywiście, czas potrzebny do realizacji kontraktu daje sposobność do wyszkolenia nowych kadr. Tylko na czym je szkolić? Ponoć rozważana jest opcja leasingu używek, co wydaje się sensownym rozwiązaniem (tak jak ewentualny leasing nowych maszyn; takie rzeczy już się w branży wojskowej robi), ale wiąże się z kolejnymi kosztami.

Czy podołamy? Przecież „śmigła” to tylko jeden z wielu programów zbrojeniowych.

Do tej pory mowa była o 32-36 maszynach, skąd więc trzy razy tyle? Ano stąd, że zapytano wojskowych o oczekiwania maksimum (sky is the limit, panowie). No to je sprecyzowali.

A ja – i oni pewnie też – będę się cieszył, jak stanie na tych 30-kilku sztukach. Bo to i tak byłaby siła. Ale dopiero jak stanie – będzie umowa, nie 'wyrażenie woli”.

—–

Nz. Mi-24 podczas startu w bazie Ghazni w Afganistanie. Zdjęcie zrobiłem jesienią 2013 roku

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Orsza

Ukraiński Sztab Generalny co do zasady powściągliwie informuje o działaniach własnych wojsk. Dziś przyznał, że siły zbrojne na kierunku charkowskim wbiły się w rosyjskie pozycje na głębokość 50 km. Wyzwolono 20 miejscowości, o wiele wciąż toczą się walki. Skoro Załużny ten komunikat autoryzował, musi być naprawdę dobrze. I tylko pogratulować Ukraińcom tempa natarcia.

A dzieje się to w 508. rocznicę bitwy pod Orszą. U nas w tej sprawie cisza nawet na branżowych forach, ale w Ukrainie pamiętają. Ich percepcja jest inna od naszej – dla nas pod Orszą starły się wojska polsko-litewskie z rosyjskimi (moskiewskimi), dla nich wspaniałe zwycięstwo nad moskalami było dziełem Polaków, Litwinów oraz Rusinów-przodków współczesnych Ukraińców. Co oczywiście pozostaje prawdą, jeśli dokładniej przyjrzeć się składowi etnicznemu sprzymierzonych wojsk.

O Orszy wspominam nie tylko z uwagi na symboliczną koincydencję czasową. Była to bowiem bitwa, która pokazała przepaść cywilizacyjną dzielącą armię moskali od ich przeciwników. Moskiewska jazda – choć dużo liczniejsza – okazała się znacznie mniej skuteczna niż nowoczesna piechota i artyleria Polaków, Litwinów i Rusinów. Stąd błyskotliwe zwycięstwo naszych, stąd kilkukrotnie większe straty pra-orków. Warto o tym myśleć w kategoriach trafnej i aktualnej analogii.

Zaś na koniec chciałbym przypomnieć, że jakieś 10 dni temu putin łaskawie wydłużył swoim wojskom czas na zajęcie całości obwodu donieckiego. Ostateczną realizację zadania przesunięto z końca sierpnia na połowę września. Coś czuję, że będzie krucho z dotrzymaniem terminu…

—–

Nz. Ukraińska artyleria w akcji/fot. Ministerstwo obrony Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ambicje

Pozwólcie, że pojawię się znów z wiaderkiem nieco chłodniejszej wody. Oto bowiem część moich znajomych i czytelników dała się ponieść hurraoptymizmowi. Oczyma wyobraźni widząc już zaciskające się od północy i południa ukraińskie kleszcze, które ostatecznie zmiażdżą rosyjskie siły inwazyjne. Hola-hola.

Przypominam, że aktywna linia styku wojsk to dziś 1300 km. Niemal drugie tyle, to granice, których również trzeba pilnować. Gigantyczna kontrofensywa, której skutkiem byłoby zamknięcie w kotle większości rosyjskich sił, wymagałaby od Ukrainy zaangażowania setek tysięcy żołnierzy i dziesiątek tysięcy jednostek sprzętu. Żadna ze stron konfliktu nie jest obecnie w stanie pozwolić sobie na jednoczesne i jednorazowe wystawienie takich potencjałów do walki. Jakkolwiek niezwykle intensywny, konflikt w Ukrainie nie jest II wojną światową.

Ambicje ukraińskich sztabowców nie sięgają tak daleko. W obu akcjach zaczepnych – tej na południu, i tej na północy – chodzi o:

– dalsze „mielenie” rosyjskich wojsk, co w konsekwencji prowadzi do obniżenia zdolności bojowych całego kontyngentu inwazyjnego;

– korektę pozycji obronnych, także w perspektywie nadchodzącej rasputicy (za 6 do 8 tygodni błoto da w kość obu przeciwnikom);

– istotne w wymiarze propagandowym zdobycze terytorialne, jakkolwiek skromne, to pozwalające utrzymać narrację o odzyskiwaniu kraju;

– pogorszenie sytuacji logistycznej nieprzyjaciela poprzez odcięcie od/ograniczenie dróg zaopatrzenia;

– przetestowanie wojska w warunkach działań zaczepnych, by móc ustalić słabości, skorygować/poprawić założenia taktyczne i operacyjne (wojna między 2014 a 2022 rokiem miała dla ukraińskiej armii charakter obronny i, przede wszystkim, statyczny, pomijając rzecz jasna pierwsze miesiące walk).

Oczywiście, widać to dość wyraźnie, sztab generalny sił zbrojnych Ukrainy wykazuje dużą elastyczność i gotowość do korygowania bieżących założeń. Zapewne więc, w razie kompletnego załamania rosyjskiej obrony, pójdzie za ciosem.

Ale – zdaje się – na południu rosyjska obrona tężeje. W końcu przerzucono tam większość sił stacjonujących na terenie Ukrainy. Z kolei na północy poważnym wyzwaniem dla Ukraińców mogą okazać się oddziały skoncentrowane w okolicach Bachmutu.

Dla rosyjskiego dowództwa ukraińskie operacje zaczepne to test na reagowanie kryzysowe. Próby przełamania statycznego frontu z wykorzystaniem przewagi ogniowej – co dotychczas stanowiło clou rosyjskich działań – to betka w porównaniu z manewrową obroną, wymagającą na przykład rotacji odwodów (powrót części sił z południa wydaje się dla rosjan koniecznością). Zobaczymy czy generałowie putina sprostają wyzwaniu – i w jakich okolicznościach dojdzie do wyhamowania ukraińskich natarć. Da nam to sporo wiedzy co do dalszego przebiegu wojny.

—–

Nz. Ukraińscy żołnierzy szykujący się do walki/fot. Ministerstwo Obrony Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Monstrum

Pojawiają się nowe elementy użyteczno-idiotycznej narracji sponsorowanej przez Kreml. W połączeniu ze starymi, mają wywrzeć wrażenie totalnej nieodpowiedzialności, jakiej dopuszczają się władze RP, wspomagając wojskowo Ukrainę. Kreślona jest analogia z przedwojennym „silni-zwarci-gotowi”, wieńczona konkluzją, że skończy się jak wtedy – tragiczną klęską – i stwierdzeniem, że Polacy „niczego się nie uczą”/”nie wyciągają wniosków z własnej historii”.

W tej perspektywie niemądre jest doprowadzenie armii do „niemalże ogołocenia ze sprzętu, w znacznym stopniu przekazanego Ukrainie”. Naiwna jest wiara w stojące za nami potęgi militarne, które wedle różnych odmian narracji, albo się od nas odwrócą, albo owszem, w razie potrzeby pokonają Rosję, ale stanie się to kosztem Polski, która zostanie „kompletnie zdemolowana”.

Zabawny, choć warty odnotowania jest inny element – żal, że lewica nie potrafi stanąć na wysokości zadania i protestować przeciwko wysyłce broni, co skutkuje przedłużaniem walk i śmiercią niewinnych ludzi. I że niemal 20 proc. Polaków – deklarujących poparcie dla idei zakończenia walk nawet za cenę ustępstw terytorialnych – nie ma swojej reprezentacji politycznej. Co przekłada się na cementowanie bieżącej polityki aktywnego zaangażowania Polski w rosyjsko-ukraiński konflikt.

Rzygać mi się chce, gdy czytam te wypociny, niemniej warto się nad nimi pochylić, bo presja Moskwy – w obliczu coraz bardziej oczywistych porażek na froncie – tylko będzie rosła. Agenci wpływu i użyteczni idioci nie będą narzekać na brak zajęcia, a cel – przemienienie wspomnianych 20 proc. na 50-60 – jakkolwiek odległy, wcale nie jest nieosiągalny. Im więcej trucizny pojawi się w naszym obiegu, tym większe ryzyko coraz liczniejszych infekcji.

Ujmująca jest troska o życie i zdrowie niewinnych ludzi; sam ją podzielam. Nie widzę jednak prostszego sposobu na zapobieżenie dramatom, jak wycofanie się wojsk rosyjskich z Ukrainy. Przy takim obrocie spraw Ukraińcy nie przeniosą wojny na terytorium rosji – im zależy wyłącznie na wyzwoleniu własnego kraju.

Wolność to wartość leżąca u podstaw lewicowych przekonań, trudno zatem się dziwić, że poza oszołomskimi odłamami, ludzie lewicy (wśród nich piszący te słowa) wspierają Ukrainę (i polityki, które służą jej przetrwaniu). putin i jego hordy niosą Ukraińcom zniewolenie, w wymiarze materialnym (tak przecież istotnym w myśli lewicowej) biedę, w obszarze obyczajowym najobrzydliwszą odmianę konserwatyzmu, z jej pogardą dla rozmaitych mniejszości. Co zaś się tyczy defetystów – nie wszystkie poglądy, nawet jeśli są umiarkowanie popularne, zasługują na reprezentację polityczną. Zwłaszcza jeśli stwarzają zagrożenie dla racji stanu i biologicznego bytu wspólnoty. Pozwólmy putinowi zagarnąć część Ukrainy, a za jakiś czas upomni się o następny kawałek. Owszem, z przeszłości płyną pouczające doświadczenia – niekrępowanie bezkarności Hitlera jest jedną z nich.

Pokonana Ukraina to rosjanie szerzej u naszych wrót. Na dziś nie byłoby to wielkim zagrożeniem, nie można bowiem porównywać NATO z sojuszem polsko-francusko-brytyjskim z końca lat 30. rosja to nie III Rzesza, której potencjał przy umiejętnym wykorzystaniu dawał sposobność na pokonanie zjednoczonych przeciwników. NATO nie daje rosjanom żadnych szans, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nie pozwoliłoby putlerowskim armiom wkroczyć na jakikolwiek skrawek własnego terytorium. W rachubach czysto wojskowych zacofane i zdegenerowane rosyjskie siły zbrojne to przeciwnik do pokonania bez konieczności sięgania po broń jądrową.

Minione miesiące pokazują, że niezależnie od wewnętrznych tarć, Sojusz pozostaje organizacją spójną, zdeterminowaną do obrony własnych granic. By to dostrzec, należy przymknąć oko na działania czysto polityczne, dyktowane bieżącym interesem ekonomicznym, a skupić się na aktywności militarnej. Niestety, duża jej część pozostaje niejawna, ale już to, co widać – jak choćby dyslokacje wojsk, zwłaszcza komponentów lotniczych – pozwalają sądzić, że nie ma tu mowy o „papierowych zobowiązaniach”. Dzięki takim uwarunkowaniom Polska może sobie pozwolić na przekazywanie części swojego uzbrojenia Ukrainie. Chroni nas natowska tarcza i miecz. Nominalnie skala tej pomocy jest imponująca – dojdzie niebawem do 10 mld zł – ale czy rzeczywiście „ogołaca się” przy tej okazji Wojsko Polskie? Część jednostek utraciła możliwości szkoleniowe, część ma je ograniczone. Obok starej broni (np. czołgów T-72, samobieżnych haubic Goździk), na wschód powędrowało sporo nowoczesnego sprzętu (armatohaubice Krab, wyrzutnie przeciwlotnicze Piorun itp.). Przekazaliśmy Ukraińcom niemało broni strzeleckiej, amunicji, mnóstwo elementów wyposażenia żołnierzy. W skali całego wojska można mówić o kilkunastoprocentowym obniżeniu gotowości jako skutku tych działań. Ale to sytuacja tymczasowa – wydrenowane zasoby zostaną uzupełnione w ciągu 3-5 lat, nowszym sprzętem, o lepszych parametrach. Zyskiem będzie – już jest! – przetestowana w warunkach bojowych broń, co poskutkuje jej odpowiednimi modyfikacjami. Ale to „resztówka” w porównaniu z tym, co przyniesie nam, całej środkowo-wschodniej Europie, potężny wysiłek ukraińskiej armii. Już dziś zniwelował on możliwości bojowe rosji w nieprawdopodobnym stopniu.

A Ukraińcy, wszystko na to wskazuje, dopiero się rozkręcają. Wstrzymać ich, to wyzbyć się dziejowej szansy. NATO w ciągu najbliższych kilkunastu lat się nie rozleci – nie ma ku temu racjonalnych przesłanek. Ale co będzie za dwie-trzy dekady? To już perspektywa, za którą kryje się zbyt duża niewiadoma, jednocześnie horyzont uwzględniany w sensownym planowaniu militarnym. Zwycięska w ukraińskiej wojnie rosja zapewne będzie czyhać, szukać swojej szansy – choćby tylko na zemstę; takie jest „DNA” tej struktury państwowej i etnicznej mentalności. Wykorzysta słabość naszą, naszych sojuszników – jeśli takie się pojawią. Trzeba będzie ich unikać – budować własne możliwości obronne, chuchać na sojusze. Lecz idealną w tym kontekście byłaby sytuacja, w której rosji – jaką znamy – już nie będzie. Dotąd dekompozycja federacji rosyjskiej wydawała się scenariuszem z hurraoptymistycznych analiz kiepskich think-tanków. Ukraińcy sprawiają, że staje się to zupełnie realne. Potężny zdawało się ZSRR, rozpieprzył się na Afganistanie, słabsza przecież rosja natrafiła na dużo większy i twardszy kamień. Niech więc się potknie i walnie łbem o glebę tak, że rozpadnie się na kawałki. Ostatecznie rosja jest niczym monstrum Frankensteina – bytem pozszywany z różnych ciał. Ani to naturalne, ani żyjące w harmonii.

—–

Nz. Inna symboliczna reprezentacja współczesnej rosji – wypalony wóz bojowy piechoty/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Remonty

Rosyjskie media donoszą o najnowszych planach tamtejszego ministerstwa obrony. Otóż zamierza ono utworzyć dwa zakłady przeznaczone do gruntownych napraw uszkodzonego sprzętu pancernego. Przedsiębiorstwa powstaną w obwodach moskiewskim i rostowskim – 71. zakład naprawy wozów pancernych będzie się mieścił w Ramienskoje, 72. w Kamieńsku-Szachtyńsku, blisko granicy z Ukrainą. Pierwszy ma dać pracę 365 osobom, w drugim zatrudnionych zostanie 227 pracowników. Resort daje sobie dwa miesiące na pozyskanie odpowiednich działek, w sumie cztery na załatwienie wszystkich formalności.

Pod Ramienskoje w 1980 roku zbudowano lotnisko doświadczalne na rzecz sowieckiego programu kosmicznego (projekt wahadłowca Buran), część terenów nadal należy do wojska, zatem łatwo ustalić, gdzie powstanie ów zakład. Wielkość załogi sugeruje – podobnie jak w drugim przypadku – że nie będzie to przedsięwzięcie obliczone na duży rozmach. Na głębokie tyły ewakuuje się uszkodzony sprzęt wymagający najpoważniejszych napraw – przy takiej obsadzie będzie to najwyżej kilkanaście pojazdów tygodniowo. Oczywiście przy założeniu, że uda się wyposażyć zakłady w odpowiednie zaplecze techniczne.

Co jeszcze mówią nam te doniesienia? Że rosjanie zmuszeni są improwizować. Straty zadane im przez Ukraińców są na tyle wysokie, że z przywracaniem do użytku uszkodzonego sprzętu nie radzą sobie już istniejące fabryki czołgów (dwie). Co więcej, na zajętych terenach nie istnieje wystarczająca do tego rodzaju działań infrastruktura (gdyby agresorzy zajęli Charków i tamtejsze zakłady czołgowe, ich sytuacja uległaby diametralnej zmianie). Nie bez znaczenia jest fakt, że przejęte w różnych miejscowościach warsztaty mechaniczne znajdują się w zasięgu ukraińskiej artylerii, co uniemożliwia odtwarzanie za ich pomocą zdolności bojowych sprzętu.

Przypomnijmy, wedle ukraińskiego sztabu generalnego, rosja straciła do tej pory ponad 2 tys. czołgów i 4,5 tys. innych wozów bojowych. Niezależne źródła – bazujące na danych fotograficznych i filmowych – szacują te straty na kolejno: tysiąc i niemal dwa tysiące. W zgodnej ocenie analityków wojskowych, dostępny materiał multimedialny nie oddaje całości strat i zasadnym jest założenie, że rzeczywiste dane są o 1/3 wyższe (co daje nam 1,3 tys. czołgów i 2,5-2,7 tys. innych pojazdów pancernych). Tak czy inaczej, pogrom, rodzący konieczność pilnego odtwarzania potencjału.

Dodajmy na koniec, że rosyjskie straty osobowe przekroczyły dziś w nocy kolejny symboliczny pułap 50 tys. żołnierzy definiowanych jako bezpowrotnie straconych (zabitych, wziętych do niewoli, poważnie rannych). Zdaniem Bena Wallace’a, brytyjskiego ministra obrony, jak dotąd zabito w walce 25 tys. rosjan, zaś ogólna liczba zabitych, rannych i pojmanych przekroczyła w tym tygodniu 80 tys., co oznacza, że niemal połowa pierwotnych sił inwazyjnych została unicestwiona.

I skoro o symbolicznych kwestiach mowa – potwierdzają się wcześniejsze spekulacje o tym, że rosjanie zmuszeni zostali do pozyskania dronów z Iranu (własne im już „wyszły”…). Na nieszczęście dla Kremla, istotna część tej pomocy to nielotny i niedziałający badziew. Z kolei amerykańskie media donoszą – opierając się o przecieki ze źródeł wywiadowczych – że rosja dokonuje właśnie interwencyjnych zakupów „milionów sztuk pocisków artyleryjskich” w… Korei Północnej. Ot i miara upadku…

—–

Nz. Uszkodzony rosyjski samochód pancerny/fot. Sztab Generalnych Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to