Namiastka

Jassem: - Od boga wszystko zależy, ale wierzę, że kiedyś wrócę do Syrii/fot. Marcin Ogdowski
Jassem: – Od boga wszystko zależy, ale wierzę, że kiedyś wrócę do Syrii/fot. Marcin Ogdowski

Żywe poczucie krzywdy

To istotna deklaracja. W Europie zeszłoroczny napływ miliona głównie syryjskich imigrantów bywa przedstawiany jako potop, który podmyje fundamenty Unii. Tymczasem w niespełna czteromilionowym Libanie schronienie znalazło milion dwieście tysięcy Syryjczyków.

– To tak, jakby po wybuchu wojny domowej w Rosji, do Polski w ciągu parunastu miesięcy przybyło dziesięć milionów uchodźców – przypominam sobie wypowiedź Wojciecha Wilka, prezesa działającego od 2012 roku w Libanie Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).

W tym porównaniu kryje się głębszy sens. Gdy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w Libanie wybuchła wojna domowa, armia syryjska – pod pozorem rozdzielenia stron – wkroczyła na terytorium tego kraju. Wielu Libańczyków okres między 1976 a 2005 rokiem postrzega więc jako syryjską okupację. A że wojska Damaszku często angażowały się w krwawe starcia – w tym bestialskie masakry cywilów – wielokrotnie przy tym zmieniając sojusze, poczucie krzywdy jest wciąż żywe w wielu libańskich środowiskach.

Mimo to trudno mówić o masowej nienawiści do uchodźców. W mieszanym, muzułmańsko-chrześcijańskim społeczeństwie, dominuje raczej powściągliwość. Dobrze ilustrują to działania władz w Bejrucie, które z jednej strony w 2015 roku zamknęły granice z ogarniętym wojną sąsiadem, z drugiej zaś, stwarzają najmłodszym Syryjczykom możliwość kontynuowania edukacji na podstawowym poziomie. Popołudniami, gdy Libańczycy kończą zajęcia, sale lekcyjne i część kadry nauczycielskiej pozostają do dyspozycji dzieci uchodźców.

Choć zalew uciekinierów poważnie osłabił libańską gospodarkę, wielu mieszkańców tego kraju czerpie z sytuacji Syryjczyków niemałe korzyści. Wspomnianych garaży nikt nie zajmuje bez zgody właścicieli – są wynajmowane, podobnie jak tysiące domów, mieszkań, suteren, piwnic i wszelkiej maści przybudówek. Czynsze zależą od wielkości miejscowości oraz charakteru i stanu pomieszczenia. Kwoty wahają się zwykle między 150 a 300 dolarów za miesiąc. Część z tej sumy pokrywają sami uchodźcy, część organizacje pozarządowe. Właśnie w ten sposób PCPM wspiera obecnie kilkaset syryjskich rodzin (do tej pory z pomocy organizacji skorzystało piętnaście tysięcy osób).

Jedno z obozowisk w północnym Libanie/fot. Marcin Ogdowski
Jedno z obozowisk w północnym Libanie/fot. Marcin Ogdowski

Byle blisko Syrii

Nie wszystkich jednak stać na ponoszenie takich opłat. Najbiedniejsi lądują w namiotach, gdzie czynsze dla właścicieli działek są kilkukrotnie niższe. To jest już samo dno uchodźczego piekła. Syryjczykom nie wolno zbudować więcej niż dwudziestu schronień w jednym miejscu, obozowisko nie może mieć żadnych elementów stałej infrastruktury – takie są wymogi libańskich władz. W tym kraju wciąż świeża jest pamięć o palestyńskich obozach dla uchodźców, które na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku stały się strefami eksterytorialnymi, opanowanymi przez organizacje terrorystyczne. W efekcie namiotowiska toną w błocie i śmieciach, a sanitariaty zmieniają się w wylęgarnie chorób. Dobrze, jeśli udaje się podprowadzić prowizoryczny wodociąg z czystą wodą, ale to wcale nie jest standardem.

W jednym z takich obozów na północy Libanu rozmawiam z Jassemem, trzydziestoparolatkiem, ojcem trójki dzieci. Najmłodsze, trzymane na rękach, ma zaledwie rok, choć mizerny wygląd ujmuje mu wieku. Jego matka od wielu miesięcy przebywa w szpitalu, nadal zmagając się z konsekwencjami wyniszczającej ciąży i porodu w niesterylnych warunkach. Kobieta jest jedną z wielu ofiar powszechnego w takich miejscach niedożywienia i braku dostępu do antykoncepcji.

– To więzienie – Jassem mówi bez ogródek. W obskurnym obozowisku tkwi już czwarty rok. Z Syrii nie wygnało go fizyczne zagrożenie wojną, ale głód. Wcześniej – szukając jedzenia dla siebie i najbliższych – wyzbył się sporej części majątku. Reszta rozeszła się już w Libanie, głównie na jedzenie. – Tu nie mam pracy, a bez pracy nie stać mnie na to, by zabrać dzieci w lepsze miejsce.

Mężczyzna nie rozważa wyjazdu do innego kraju. Dla niego owo „lepsze miejsce” to jedynie coś solidniejszego niż przeciekający, brezentowy dach. Byle blisko Syrii.

– Od boga wszystko zależy, ale wierzę, że kiedyś tam wrócę – tłumaczy potrzebę nieoddalania się od rodzimych stron.

Tej nadziei brakuje Aymanowi, dla którego Syria to dom jego oprawców. Ani myśli do niego wracać, a zapytany wprost, przyznaje:

– Nie marzę już o niczym…