Wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin

Marcin Ogdowski (ur. 1976 r.). Pisarz, publicysta, były korespondent wojenny (Irak, Afganistan, Ukraina), nazywany pierwszym polskim blogerem wojennym. Pracował w „Nowościach”, „Super Expressie”, Interii.pl i „Przeglądzie”. Prowadził wielokrotnie nagradzany blog zAfganistanu.pl. Autor reportażu „zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji” (2011 r.) oraz pięciu wojennych powieści – „Ostatni świadek” (2013 r.), „(Nie)potrzebni” (2014 r.), „Uwikłani” (2015 r.), "(dez)informacja" (2018 r.), "Międzyrzecze" (2019 r.). Współautor albumu „Polski Afganistan” (2014 r.), reportażu "W naszej pamięci. Irak i Afganistan 2003-2014" (2016 r.) oraz "Dziennika dowódcy Rosomaka" (2017 r.). Wielokrotnie doceniany za przedstawianie wojska i wojny w obiektywny oraz nowoczesny sposób. Laureat m.in. „Zielonej Gruszki” (2011 r.), „Małopolski Dziennikarz Roku 2009”, „Proobronny Dziennikarz 2015 roku”. Odznaczony Brązowym” (2008 r.) i Srebrnym (2010 r.) „Medalem Za Zasługi dla Obronności Kraju”. Wyróżniony także „Buzdyganem” (2013 r.), nagrodą uchodzącą za wojskowego Oskara.

Dość

Na kijowskim Majdanie nie ma śladów po wydarzeniach sprzed ponad dwóch lat. Jest czysto, schludnie, na wschodni sposób szykownie. Gdy byłem tu rok temu, wokół stojącej w centrum placu kolumny rozstawiono zdjęcia z Donbasu, dokumentujące wojenny wysiłek ukraińskiego państwa. Obok zaś założono punkt werbunkowy do gwardii narodowej.

Dziś nie ma już nawet tego.

W sobotni wieczór na Chreszczatyku – głównej alei miasta – weekendowy gwar. Ulicę zamknięto, stawiając na obu jej końcach nowoczesne samochody nowopowołanej policji. Co kawałek – wymijając tłum eleganckich kijowian – natykam się na jakąś kapelę, przygrywającą spacerującym.

Julek, dziennikarz z Polski, pracujący w jednej z ukraińskich stacji telewizyjnych opowiada, że wojenne newsy nie cieszą się już zainteresowaniem. Że ich emisja oznacza spadek oglądalności.

Modny klub „Porter” pęka w szwach. Na scenie zespół z ciemnoskórą frontmenką, grający klasyki amerykańskiego bluesa, choć z ostrym, rockowym pazurem

– „Hit the road Jack” – wokalistka zaczyna kolejną piosenkę, znaną z genialnego wykonania Raya Charlesa.

– No more!, no more!, no more! – śpiewają razem z nią klubowicze, a na mini-parkiecie pojawia się kilkanaście par. Młodzi podskakują w tańcu, rozradowani, uśmiechnięci, trochę pijani.

„No more” brzmi mi w uszach jeszcze długo potem, gdy wracam do mieszkania z widokiem na tonący w iluminacji Majdan.

„No more”.

Tak, Kijów ma już dość wojny. Kijów chce się bawić. Żyć.

Paradygmat

Wywiad z prof. Romualdem Szeremietiewem, byłym ministrem i wiceministrem obrony narodowej.

– Słyszał Pan o przesmyku suwalskim?

– Rozumiem, że chodzi o korytarz, którym Rosjanie mieliby połączyć Kaliningrad z Białorusią?

– Tak. A jednocześnie kordon, którym odcięto by lądowy dostęp do krajów nadbałtyckich. Niepokojący scenariusz, prawda?

– Rzeczywiście nie brzmi to dobrze. Ale skoro na północy i na południu od tego „korytarza” mamy państwa natowskie, takie działania powinny być skazane na porażkę.

– Powinny. A czy są?

– Rosjanie mają mniejsze siły niż Sojusz. Jeśli zatem udałoby im się opanować ów przesmyk, oznaczałoby to, że NATO nie broniło krajów nadbałtyckich i nie wsparło Polski.

– … albo broniło niewystarczająco, na przykład tylko polskimi siłami. Jednostkami z Warmii i Mazur, które nie przedstawiają dużej wartości bojowej. Czy fakt, że najlepsze oddziały Wojska Polskiego stacjonują na zachodzie kraju, nie jest zaproszeniem do kłopotów?

– Samo przebazowanie jednostek nic nie da. Należy zmienić polskie myślenie o strategii obrony. Dopiero w oparciu o nowe wytyczne dokonywać m.in. rozlokowania wojsk. Niestety, od lat popełniamy błąd, przyjmując niepodważalne – jak nam się wydaje – założenie. I nie szukamy innych rozwiązań. Uznaliśmy, że skoro Polska nie jest potęgą, a zagraża nam wrogie mocarstwo, to jedynym sposobem zapewnienia bezpieczeństwa będzie wsparcie ze strony mocarstwa sojuszniczego. W ten sposób zamierzano obronić kraj przed 1939 rokiem, gdy zawierano sojusze z Francją i Anglią. Dziś w Warszawie kalkuluje się podobnie – że siły zbrojne RP, jako część NATO, przy pomocy USA, obronią Polskę. Ale czy jest to jedyne możliwe rozwiązanie problemu bezpieczeństwa narodowego?

– Pan proponuje zmianę paradygmatu…

– Tak. Uważam, że przyjęty wzorzec jest nie tylko fałszywy, ale będzie skutkował kolejną polską przegraną. Jestem natomiast przekonany, że możemy zbudować taki system obrony, który zagwarantuje bezpieczeństwo nawet gdyby sojusznicy nam nie pomogli lub spóźnili się z wsparciem naszej obrony.

– Pewnie słyszał Pan nie raz, że to niemożliwe. Zbyt kosztowne.

– Rzeczywiście, ciągle to słyszę. Zastanówmy się jednak, czy rzeczywiście nie mamy innego sposobu na obronę kraju? Współczesne wojny wykazały, że nowoczesne armie przegrywają w konfliktach asymetrycznych, kiedyś nazywanych działaniami  partyzanckimi. Nie ulega wątpliwości – patrząc od Algierii po ostatni Afganistan – że taki opór jest skuteczny. Nawet Sowieci musieli przecież wycofać się z Afganistanu. Zobaczmy zresztą, jak dziś – po tych doświadczeniach – zachowuje się Zachód. Mimo iż dysponuje potężnymi siłami, nie wysyła wojsk lądowych do Syrii, żeby ostatecznie rozprawić się z ISIS. Wysyła samoloty, które zrzucają bomby, ale bombardowania nie rozwiążą problemu. Bo trzeba po prostu opanować teren. Tymczasem wiadomo, że jeśli przeciwnik będzie działał asymetrycznie, to sama przewaga technologiczna nie wystarczy. Eksperci mówią, że do wyeliminowania jednego partyzanta potrzeba 20 żołnierzy. Chcąc więc unieszkodliwić 30 tys. bojowników islamskich – tyle ich zdaje się jest – należałoby wysłać na Bliski Wschód jakieś 600 tys. wojska.

– Suche cyfry nie ukryją faktu, że mówi Pan o wyjątkowo koszmarnym rodzaju wojny…

– Nie jestem entuzjastą wojny partyzanckiej. Ja też uważam taki rodzaj walki za nieszczęście. Jeśli jednak nie zmienimy obecnej koncepcji obrony, to istnieje prawdopodobieństwo, że Polska może być podbita. I wtedy Polacy zaczną konspirować, podejmą działania partyzanckie tak, jak po wrześniu 1939 roku. Tymczasem to, co proponuję, powinno odstraszyć potencjalnego agresora i wówczas żadnej wojny, zwłaszcza partyzanckiej, nie trzeba będzie prowadzić.

Działajmy więc zanim pojawi się zagrożenie. Upewnijmy nieprzyjaciela, że w razie ataku będzie miał do czynienia z masą Polaków przygotowanych do działań asymetrycznych. Wówczas agresor zastanowi się, czy stać go na atak. Konieczność zbudowania dwudziestokrotnej przewagi, czyli wystawienie kilkunastomilionowej armii, wykończyłaby nie tylko kremlowski skarbiec.

– Czy zmiana paradygmatu oznacza postawienie krzyżyka na NATO? Czy też winniśmy naszą obecność i sam Sojusz wzmacniać?

– Ależ nasze zdolności obronne wzmocnią Sojusz! Postuluję tylko, by stosować clausewitzowską hierarchię środków obrony. Generał Clausewitz na pierwszym miejscu stawiał własne zdolności obronne, w szczególności wolę oporu narodu. Na końcu wymieniał pomoc sojuszników. Zatem owszem, założymy w naszej strategii, że otrzymamy wsparcie. Ale dopuśćmy też scenariusz, że go nie będzie – i że to nie musi, czy wręcz nie może oznaczać katastrofy. Poza tym trzeba pamiętać, że ktoś dobrze przygotowany do obrony prędzej doczeka się wsparcia niż słabeusz.

– No tak, łatwiej pomagać, gdy ma to sens i nie jest z góry skazane na porażkę.

– Otóż to. George Friedman powiedział wyraźnie – a należy go brać poważnie, skoro kieruje taką agencją jak Stratfor – „Polska otrzyma pomoc, ale musi wytrzymać samodzielnie w obronie trzy miesiące”. Trzy miesiące. Nie możemy się przewrócić tak, jak w 1939 roku, bo Amerykanie nie będą mieli komu pomagać.

– Te trzy miesiące brzmią nierealistycznie…

– Doszliśmy, zdaje się, do dna. Dzięki Bogu, że nikt w tej chwili nie grzeje silników czołgowych na naszych granicach. Dzisiaj, biorąc pod uwagę stan naszej armii, możemy się bronić jakieś trzy dni.

– A gwarancje sojusznicze nie są mimo wszystko lepsze niż przed II wojną?

– Hmm. W 1939 roku wiedzieliśmy dwie rzeczy – że nasi sojusznicy wypowiedzą Niemcom wojnę i że po 15 dniach od ogłoszenia mobilizacji we Francji, uderzą na Niemcy. I rzeczywiście, alianci wypowiedzieli Niemcom wojnę 3 września, ale ofensywy nie było. Co wiemy dziś? Że obowiązuje artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego, który mówi „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Lecz nie mamy pojęcia, jakie będą decyzje państw sojuszniczych. Sojusznicy mają bowiem suwerenne prawo do osądzenia, czy i w jakim zakresie wspierać napadniętego. I wreszcie, nie znamy terminów udzielenia pomocy, bo zależą one od decyzji poszczególnych państw dotyczących zastosowania (lub nie) artykułu 5.

– Obiektywnie więc wiemy mniej niż przed wojną.

– A wtedy się nie udało…

– No ale są plany ewentualnościowe.

– Pamięta pan informacje na ich temat, które ujawnił Wikileaks?

– Że w Polsce w razie zagrożenia ma się znaleźć 9 natowskich dywizji?

– Właśnie o tym mowa. Przypomnę, że w tej dziewiątce miałby być cztery polskie dywizje. Więc po pierwsze, naszych czterech nie ma, bo są trzy – i nie sądzę, żebyśmy byli w stanie w razie zagrożenia szybko czwartą dywizję odtworzyć. No i nie wiemy, gdzie jest pięć pozostałych. Dobrze byłoby to ustalić. I zabiegać, by przynajmniej część z nich była blisko naszych granic. No ale jak rozumiem, daliśmy sobie wmówić, że NATO już nie buduje baz stałych, więc będą takie stałe-niestałe obecności wojsk…

– … co jest przejawem kapitulanctwa polskich władz?

– Może to raczej objaw realizmu, skoro sojusznicy nie chcą budować infrastruktury obronnej nad Wisłą. Swoją drogą okazuje się, że bazy stałe mogą być w Niemczech, a na terenie Europy Środkowej już nie. Zadaniem polskich władz jest zmuszenie NATO do stałego zakotwiczenia się w naszym regionie.

– Niezależnie od tego, postulowane przez Pana zmiany paradygmatu muszą objąć program modernizacji Wojska Polskiego.

– Bezwzględnie.

– Co jest priorytetem w tej sytuacji?

– Najpierw musi powstań strategia zmieniająca dotychczasowy paradygmat obronny. Bez nowej strategii wszelkie modernizacje i przebudowy armii będą bezwartościowe. Bo skąd będziemy wiedzieli, jakie siły zbrojne i jakie rodzaje uzbrojenia są nam potrzebne? Na co mamy wydawać pieniądze budżetowe?

– Poziom geopolityki jest poza naszym zasięgiem. Nie zmusimy USA, by wytrwały przy światowym ładzie, utrwalonym po zakończeniu zimnej wojny. A bez jasności w tym obszarze zabraknie nam istotnych punktów odniesienia przy budowie tej strategii.

– Bez wątpienia możemy założyć, że Rosja nie zrezygnuje z budowy wielobiegunowego ładu międzynarodowego.

– Pańskim zdaniem Amerykanie będą kontynuować politykę dominacji, czy pójdą w izolacjonizm, w Europie odpuszczając Rosji?

– Kompleks przemysłowo-militarny USA chciałby utrzymać status quo. Ale z drugiej strony mamy kandydata na prezydenta Donalda Trumpa i jego pomysły ściślejszej współpracy z Rosją. Rosja zresztą – świadoma amerykańskich wątpliwości i słabości – gra kwestią terroryzmu. Chce się prezentować Zachodowi jako partner w jego zwalczaniu i odegrać taką samą rolę, jak Stalin w latach II wojny, biorący na siebie dużą część wysiłku w walce z Niemcami. I podobnie jak Stalin uzyskać coś w zamian od Zachodu. Nie można wykluczyć, że pojawi się jakaś powtórka z Jałty.

– Po amerykańskich wyborach prezydenckich będziemy wiedzieli więcej.

– Owszem. I z perspektywy Polski byłoby lepiej, gdyby izolacjoniści nie przejęli Białego Domu. Ich przegrana zwiększa prawdopodobieństwo, że Stany Zjednoczone będą blokować poczynania Rosji w Europie. Co oznacza wsparcie dla Polski jako głównego sojusznika – eksperci amerykańscy mówią bowiem wprost, że na Europę Zachodnią, zwłaszcza na Niemcy, USA nie mogą już liczyć.

– To są rozstrzygnięcia, które zaczną zapadać od jesieni, ale chyba nie wolno nam siedzieć z założonymi rękoma?

– Nie. I wcale nie musimy czekać – już dziś przyjmijmy, że zasadniczym elementem obrony państwa ma być powszechna obrona terytorialna. Że powinniśmy mieć możliwość wystawienia co najmniej 500 tysięcy żołnierzy, zdolnych do prowadzenia działań nieregularnych, asymetrycznych.

– Pół miliona ludzi poza wojskami operacyjnymi?

– Tak, poza wojskami operacyjnymi. OT w takim wymiarze stanowiłaby czynnik odstraszający na poziomie strategicznym.

– Coś się już w tej materii dzieje…

– No właśnie nie. Zwycięża bowiem koncepcja OT jako stosunkowo nielicznej formacji pomocniczej dla wojsk operacyjnych. Także w sprawie OT MON porusza się w logice obowiązującego paradygmatu obrony.

– Uściślijmy zatem. Obrona Terytorialna ma działać niezależnie od wojsk operacyjnych? Ma atakować przeciwnika zza każdego przysłowiowego węgła i drzewa, gdziekolwiek się tamten pojawi?

– Siły terytorialne będą oparciem dla kontratakujących wojsk operacyjnych, ale przede wszystkim mają być zasadniczym elementem odstraszania. Niech Rosja wie, że wchodząc do naszego kraju, od razu spotka się z powszechnym oporem. Niezależnie od tego, jakie decyzje podejmie NATO i Unia Europejska.

Artefakt?

Właśnie ukazał się mój wywiad z socjologiem, prof. Andrzejem Zybertowiczem. Zapytałem mojego rozmówcę m.in. o sprawę Cenckiewicza i „Czerwonych beretów” – oto, co odpowiedział mi doradca ds. bezpieczeństwa Prezydenta RP.

– „(…) Kilkanaście dni temu dowiedzieliśmy się o lustracji wojskowych izb tradycji. Sławomir Cenckiewicz (…) jako dyrektor Centralnego Archiwum Wojskowego, zamierza wyrugować z historii żołnierzy walczących w czasie II wojny na Wschodzie. Twierdzi, że w ludowym Wojsku Polskim – poza Kuklińskim – nie było niczego wartościowego. Nie podoba mu się „czerwony beret” spadochroniarzy.

– Ale jaka jest prawda? Ci, którzy szli od Lenino, byli częścią rosyjskiej machiny wojennej, która potem odebrała Polsce suwerenność.

– Nie tego chcieli ci żołnierze. Większość wstąpiła do wojska, by walczyć z Niemcami. Nie wolno ich za to potępiać.

– Ależ nikt ich jako ludzi nie potępia. Wydaje się, iż mamy tu taką samą sytuację, jak z Bolkiem – chodzi o fałszywy symbol. Jestem z pokolenia, które w szkołach epatowano łzawą historią generała Karola Świerczewskiego, jakoby polskiego patrioty. Przez lata mnie okłamywano. Teraz, jak rozumiem, chodzi o to, by ustalić, czy w niektórych przekazach historycznych, nadal funkcjonujących w wojsku, nie ma podobnych przekłamań.

– I w tym celu używa się takich samych mechanizmów, jak w latach 40 i 50., kiedy próbowano pozbyć się niewłaściwych, przedwojennych tradycji.

– Porównanie jest niestosowne. Wtedy nie było przestrzeni medialnej, w której można było protestować. Dziś możemy przeprowadzić debatę na temat tego, czy przekazywana nam tradycja „Czerwonych beretów” jest częścią historii Wojska Polskiego, czy artefaktem skonstruowanym przez wychowanych w sowieckich szkołach oficerów. Możemy się o to spierać, ustalać fakty i korygować swoje opinie.

– To spór pozorny. Animatorzy „dobrej zmiany” na odcinku wojskowym już przedstawili oficjalną wykładnię. „Nie da się pogodzić tradycji LWP i WP”. (…).

– Nie znam szczegółów w sprawie „Czerwonych beretów”. Zawsze jest możliwość, że gdy próbuje się pewne rzeczy uporządkować, znajdzie się ktoś nadgorliwy. Ktoś, kto dokona błędnej interpretacji faktów. (…)”.

Całość wywiadu z prof. Zybertowiczem, poświęconego obecnej sytuacji w Polsce, możecie przeczytać w Portalu Interia.pl.

—–

Fot. Marcin Ogdowski

Szok

„Polska jest bezpieczna” – zapewniła premier Beata Szydło tuż po brukselskich atakach. Od kilku dni w mediach społecznościowych karierę robi grafika, z której wynika, że w ciągu ostatnich 15 lat do zamachów terrorystycznych doszło w całej Europie – za wyjątkiem Polski.

Czytam, słucham i trochę się boję – bo dobrze znam tę narrację. Wiem, że jest głupio-naiwna lub nieszczera. Że ma prowokacyjny charakter. I że niesie ze sobą poważne zagrożenie psychologiczne.

Drwina z „ostoi spokoju”

Najpierw trochę historii. „Nasi żołnierze są bezpieczni” – brzmiał standardowy komunikat MON, gdy do Polski docierały wieści o atakach na oddziały ISAF w Afganistanie. Informacji o zabitych Polakach nie sposób było ukryć, ale bardzo szybko zrezygnowano z komunikatów o rannych (poza najcięższymi przypadkami). Nie podawano danych na temat strat sojuszników, działających w „polskiej” strefie – niemałych amerykańskich i bardzo wysokich, afgańskich. „Nie nasz interes” – tłumaczono „wścibskim” dziennikarzom. W ten sposób tworzono obraz względnie bezpiecznej misji, na co przez lata nabierała się opinia publiczna. Ba, złudzeniu ulegli nawet żołnierze i cywilni pracownicy wojska, którym przyszło stacjonować w Afganistanie bez konieczności wykonywania zadań poza bazami.

Aż przyszedł „dzień sądu”. 28 sierpnia 2013 roku talibskie komando rozniosło mur największej, najlepiej chronionej polskiej bazy w Ghazni, dokonując serii samobójczych ataków.

Zostawmy na moment to wydarzenie. „Uważaj, co piszesz. Tu na miejscu walczymy z wioskowymi głupkami, ale wspierają ich inteligentni goście na całym świecie, na przykład dostarczając informacje wygrzebane w Internecie” – usłyszałem latem 2009 roku. Radziłem się wówczas znajomego w mundurze, na ile mogę sobie pozwolić pisząc, jako świadek, o okolicznościach ataku, w którym talibom po raz pierwszy udało się zabić Polaka w „niezniszczalnym” Rosomaku.

A teraz do sedna. Europa jest w stanie wojny – wojny z terroryzmem. A na wojnie nie ma bezpiecznych miejsc – są tylko względnie bezpieczne. I taką enklawą jest w tej chwili Polska. Tylko i aż. Lecz u licha, nie obnośmy się z tym – zwłaszcza w tonie sugerującym naszą większą mądrość („nie wpuściliśmy muzułmanów – mamy spokój”). Gardłowanie – wszem i wobec, w sieci, w prasie, na oficjalnych konferencjach – może nam napytać biedy, bo a nuż „tamci” – sprawnie poruszający się w świecie informacji – powiedzą „sprawdzam”. Islamiści lubią pogrywać z symbolami – znamienna w tym kontekście była ich zwiększona aktywność w Afganistanie (czy wcześniej w Iraku) w okolicach chrześcijańskich świąt. Czy w czasie wizyt polskich notabli. Niewykluczone więc, że zadrwią także z „ostoi pokoju”.

Drugorzędne śmierć i cierpienie

Jednak nie ta argumentacja jest najważniejsza. Historia z prezydencką oponą nie napawa optymizmem, rzuca poważny cień na jakość służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo naszego państwa. Pragmatyka funkcjonowania, oparta o filozofię „jakoś to będzie”, ma się nijak do „właściwego zabezpieczenia zdrowia i życia” – prawda?

Wróćmy teraz do wydarzeń z 28 sierpnia 2013 roku. Polakom udało się odeprzeć atak zamachowców-samobójców przy relatywnie niskich stratach własnych (dwóch zabitych oraz kilkudziesięciu rannych i poszkodowanych). Lecz to, co najważniejsze, wydarzyło się później. Świadomość, że baza przestała być azylem, spowodowała wysyp wniosków o przyśpieszoną rotację do kraju, składanych przez personel zabezpieczający misję. Szok, jakiego doznały nienawykłe do funkcjonowania w warunkach zagrożenia osoby, był dla kontyngentu poważnym problemem. Zaś w wymiarze taktyczny oznaczał sukces dżihadystów.

Nie czarujmy się – islamości uderzą i w Polsce; to tylko kwestia czasu. Bilans strat ludzkich i materialnych się nie zmieni (bądź zmieni się w niewielkim stopniu) czy będziemy utrzymywać mit „bezpiecznej przystani”, czy też nie. Ale trwanie w złudnym spokoju przełoży się na skalę naszego szoku. A, jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, śmierć i cierpienie nawet setek ofiar mają dla terrorystów znaczenie drugorzędne. W ich kalkulacjach liczy się właśnie ów szok i wywołana nim trauma. Im bardziej masowe, tym lepiej.

—–

Fot. Marcin Ogdowski

Szum

„Stara Europa” Libanem Zachodu? To wciąż hipoteza, ale coraz więcej faktów układa się w spójną wizję całości. Pokrótce (kiedyś pokuszę się o bardziej treściwą analizę) – o co chodzi z nawiązaniem do Libanu?

Ano o to, co działo się w tym kraju w latach 70. XX wieku, kiedy chrześcijańskie bojówki urządziły rzeź w obozach dla palestyńskich uchodźców. Była to reakcja na rosnącą eksterytorialność tych miejsc, na fakt, że stały się wylęgarnią działań i idei, które obiektywnie destabilizowały Liban.

Skutkiem ataku na obozowe enklawy była wojna domowa, która – nieco generalizując, bo lokalne sojusze układały się różnie – przebiegła w oparciu o podział religijny. A której symbolem stała się bejrucka zielona linia, rozdzielająca miasto na chrześcijańską i muzułmańską część.

Krwawy konflikt zdemolował kraj; tak naprawdę zakończył się dopiero 11 lat temu.

Dziś w Bejrucie, w pobliżu dawnej linii frontu, wyrasta ekskluzywna dzielnica biznesowo-rozrywkowa, ale w strefie ziemi niczyjej wciąż straszą fundamenty zniszczonych w czasie wojny budynków. I mają tam pozostać, jako pamiątka tragedii, będąc jednocześnie dowodem, że Liban nie wylizał się jeszcze z dawnych ran.

Pozostałości dawnej zielonej linii w Bejrucie. Przepraszam za jakość robionego na szybko, telefonem, zdjęcia
Pozostałości dawnej zielonej linii w Bejrucie. Przepraszam za jakość robionego na szybko, telefonem, zdjęcia/fot. Marcin Ogdowski

Wracamy do analogii. Staje się coraz bardziej oczywiste, że w Europie Zachodniej działają siły, które zamierzają wepchnąć ją w piekło religijnego konfliktu. Zamachami – jak dzisiejszy w Brukseli, czy te sprzed kilku miesięcy w Paryżu – nakręcić falę antymuzułmańskiej nienawiści (także w tej części Europy, w której nie ma islamskich mniejszości). Nienawiści, która prędzej czy później poskutkuje serią chrześcijańskich odwetów. I nie ma znaczenia, czy będą za nimi stały nielegalne bojówki, czy siły rządowe, dajmy na to belgijska armia i policja, pacyfikujące dzielnicę Molenbeek w Brukseli. Nawet jeśli będzie to miało cechy legalnych działań, narracja religijnej zemsty jest nieunikniona.

Każda przemoc rodzi przemoc, musimy więc liczyć się z perspektywą bardzo poważniej destabilizacji Europy, która w takim scenariuszu – w swoim rdzeniu – stałaby się kontynentem stanów wojennych. Libanem właśnie, co przyniosłoby także Polsce opłakane konsekwencje gospodarcze i polityczne.

Prowokatorzy – islamscy terroryści – dojrzą w tym spełnienie woli boga. Odwetowcy będą działać w przekonaniu o słuszności własnego gniewu. Obu stronom będzie towarzyszyć  wiara we własną podmiotowość – nie dostrzegą albo odrzucą informacje, wedle których, w jakiejś mierze, spełnili role użytecznych idiotów.

Wobec kogo? Najpierw garść elementarnej wiedzy z zakresu strategii wojskowych. „Jeżeli nie możesz pokonać wroga w otwartej walce, użyj podstępu. Wykorzystaj fakt, że twój wróg ma innych nieprzyjaciół. Użyj ich do własnej gry”. Wojujący islam to nie jedyny wróg Europy, czy szerzej – zachodnich wartości. Czy nie wydaje się Wam znamienne, że jako pierwsza informację o używaniu przez zamachowców z brukselskiego lotniska języka arabskiego podała „Russia Today”? Że rosyjskie media – czy media zachodnie, mające rosyjskich właścicieli – od miesięcy karmią odbiorców fejkami na temat ekscesów uchodźców. Że z lubością podkręcają prawdziwe incydenty. Przypomnijcie sobie niedawne doniesienia na temat źródeł finansowania zachodnioeuropejskich organizacji ekstremistycznych.

I żebym nie został źle zrozumiany – islamski fundamentalizm jest złem, które należy wytrzebić. Rzecz w tym, by spojrzeć na konflikt szerzej. Dojrzeć toczoną przeciwko Zachodowi, w tym także nam, rosyjską wojnę informacyjną – a tym samym działać w oparciu o wiedzę, nie dezinformację i szum. Tylko wtedy można bić celniej, unikając „strat ubocznych”.

—–

Terroryści chcą sprowokować odwet. Chcą, by – dosłownie i w przenośni – Zachód wziął na celownik meczety. By tym sposobem zrealizować scenariusz religijnej wojny. Destabilizacja, która za tym pójdzie, ucieszy nie tylko dżihadystów…/fot. Marcin Ogdowski.