Archiwum kategorii: Polityka

(an)Drony

Zachodnia interwencja w Afganistanie zaczęła się tradycyjnie – od zmasowanych nalotów. Nad głowami terrorystów przelatywały wówczas m.in. potężne B-52, w ładowniach których mieściło się nawet 31 ton uzbrojenia. Pięcioosobowe maszyny działały wedle zasad przetestowanych w czasie II wojny światowej – ich celem było „przeoranie” wskazanego obszaru tak, by nie został kamień na kamieniu. Różnica sprowadzała się do omijania cywilnych obiektów oraz liczby zaangażowanych samolotów – z oczywistych powodów bazy Al-Kaidy i stanowiska talibów nie wymagały podrywania setek bombowców naraz. Od ostatnich dywanowych nalotów, na Wietnam, minęło 30 lat. Co istotne, to właśnie wtedy, na początku lat 70., narodziła się koncepcja wojskowego użycia bezzałogowych aparatów latających. W 2001 r. pomysł miał za sobą „okres niemowlęcy”, a dla przyjętych na stan urządzeń szukano odpowiedniego zajęcia. Pod koniec dekady Afganistan stał się teatrem działań wojennych, na którym drony odgrywały już niezwykle ważną rolę. Wciąż jednak najistotniejsze zadania powierzano zmechanizowanemu piechurowi i tradycyjnemu lotnictwu. Kilka lat później niepozorne samolociki wzięły na siebie niemal cały wojenny wysiłek Zachodu. Tym samym – mimo „ortodoksyjnych” początków – Afganistan zapisze się w historii jako pierwsza wojna dronów.

Złudzenie niskich kosztów

W II połowie 2013 r. pracowałem w prowincji Ghazni jako reporter akredytowany przy polskim kontyngencie wojskowym (PKW). Polacy nie dysponowali uzbrojonymi dronami, jednak dowódca PKW mógł używać amerykańskich maszyn. Z czego korzystał głównie do tropienia i zabijania „kopaczy” – bojowników podkładających miny-pułapki. O skali procederu świadczyły nacięcia na balustradzie w sztabie kontyngentu – każde odpowiadało zabitemu talibowi. Choć nie były oficjalnym zestawieniem, osoba, która je wykonywała, miała dostęp do bieżących raportów. Pierwsze nacięcia, obejmujące okres działalności XIII zmiany PKW, pojawiły się w maju 2013 r. Gdy wyjeżdżałem z Afganistanu pod koniec października, było ich już 80. A mówimy o niedużej strefie odpowiedzialności i małym zgrupowaniu wojsk. Przed pięciu laty rząd USA zdecydował się na publikację danych dotyczących akcji w Pakistanie, Jemenie, Somalii i Libii. Waszyngton przyznał się do blisko 500 ataków w latach 2009-15, w których zabito ponad 2,5 tys. członków „wrogich formacji zbrojnych”. Z raportu wynikało, że śmierć poniosło także 116 cywilów. Pentagon i agencje wywiadowcze nie zgodziły się na ujawnienie informacji na temat użycia bezpilotowców w strefie „aktywnych działań zbrojnych”. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że spośród 51 tys. poległych w Afganistanie bojowników, 1/3 padła ofiarą dronów.

Większość dronów pozostaje nieuzbrojona, a używa się ich głównie do misji rozpoznawczych. Pod Hindukuszem wykorzystywano je, na przykład, by zajrzeć „do środka” będącej na trasie patrolu wioski. Niemniej to bezpilotowce przenoszące rakiety odpowiadają za wspomniane statystyki. Ich operatorzy nie ginęli – samoloty latające nad Afganistanem obsługiwali „piloci” z baz w Niemczech lub USA. I do tego właśnie sprowadza się podstawowy atut dronów – nie generują kosztów związanych ze śmiercią własnych ludzi. Kilka dekad wstecz opinie publiczne przełykały doniesienia o setkach czy tysiącach zabitych „naszych chłopców”, dziś znacznie mniejsze ofiary mają moc obalania rządów i zmiany polityki. Rzeczywistość szybko zrewidowała założenie o nisko kosztowej naturze wojny z wykorzystaniem uzbrojonych maszyn. Okazało się bowiem, że operatorzy – jakkolwiek oddaleni od „teatrów działań” – wcale nie są wolni od psychicznych skutków zabijania. Czynionego zdalnie, ale przez to z większym rozmysłem, poprzedzonego często długim czasem śledzenia celu, co nie ułatwia jego dehumanizacji. Oglądanie efektów ataku, zwłaszcza gdy nie udało się uniknąć cywilnych ofiar, tylko potęgowało traumę. Obecnie więc wszystkie państwa posiadające rozbudowane floty dronów, mają i wdrażają kolejne procedury pozwalające na lepsze unikanie PTSD wśród personelu obsługującego podniebnych zabójców (krótsze dyżury, podział obowiązków i odpowiedzialności, częstsze badania psychiatryczne itp.).

Dramatyczny poziom „udronowienia”

Dron to tylko pozornie prosty samolocik. Mówimy o maszynie, która musi działać niezależnie od pory dnia i warunków atmosferycznych (śnieg, deszcz, wiatr), zarówno na niskim, jak i na wysokim pułapie. Przewidzianej do wielogodzinnego utrzymywania się w powietrzu, także w sytuacji utraty łączności i braku możliwości sterowania przez operatora. Istotą drona jest prowadzenie precyzyjnej obserwacji, przy użyciu wysokiej klasy kamer i oprogramowania zdolnego w czasie rzeczywistym do analizy obrazu i „wyłuskania” niezbędnych informacji. A przy tym wciąż musi to być urządzenie względnie proste w obsłudze i łatwe do naprawienia – nawet gdy doposażymy je w systemy uzbrojenia. Gotowe do użycia w kilka-kilkanaście minut, bezgłośne, trudne do wykrycia. Ostatecznie więc będące „dzieckiem” zaawansowanych technologii, obejmujących wiedzę z zakresu elektroniki, łączności, materiałoznawstwa i wielu innych. Nic dziwnego zatem, że tylko nieliczne kraje są dziś w stanie zbudować pełną paletę bezpilotowców – od mikro-dronów niepostrzeżenie zaglądających w okno – wykorzystywanych przez policje i służby specjalne – po potężne maszyny o międzykontynentalnym zasięgu, przygotowane do przenoszenia półtorej tony uzbrojenia. Przykładem tego drugiego jest amerykański MQ-9 Reaper, którego skrzydła mają rozpiętość 20 m, a pełna masa startowa sięga niemal pięciu ton. Od 2019 r. dwie takie maszyny stacjonują w Mirosławcu, jako część amerykańskiego kontyngentu w Polsce.

Mirosławiec miał być „stolicą” polskich bezzałogowców. Przez lata z szumnych zapowiedzi pisowskich ministrów obrony niewiele wynikało (co nie przeszkadzało Amerykanom w korzystaniu i rozbudowie ich części bazy). Choć na godle tamtejszej jednostki umieszczono drona z podwieszonymi rakietami, sprzętu tej klasy wojskowi nie otrzymali. 12. Baza Bezzałogowych Statków Powietrznych ma na stanie jedynie Orbitery, wyprodukowane w Izraelu aparaty rozpoznawcze. Doskonale ilustruje to poziom „udronowienia” Wojska Polskiego, który – mówiąc wprost – jest dramatycznie niski. Armia dysponuje kilkudziesięcioma niedużymi aparatami szczebla taktycznego – obok izraelskich, są to również polskie FlyEye, wyprodukowane przez WB Electronics. Ma też do dyspozycji kilkaset sztuk bezzałogowców-samobójców. Ten ostatni produkt o nazwie Warmate – fachowo określany mianem „amunicji krążącej” – był swego czasu oczkiem w głowie Antoniego Macierewicza. Dlatego pierwszym użytkownikiem tego uzbrojenia stały się Wojska Obrony Terytorialnej. Co znamienne, słabość WP wcale nie wynika z zapóźnienia rodzimego przemysłu. Państwowa Polska Grupa Zbrojeniowa faktycznie nie ma w tej chwili odpowiedniej oferty, ale prywatny WB Electronics od lat pracuje nad udanymi konstrukcjami, wspomniany już system Warmate eksportując na Ukrainę, do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i… Turcji. Prawdą jest, że do tej pory nie opracowano polskiego bezzałogowca o operacyjnym zastosowaniu (mającego co najmniej średni zasięg i zdolnego przenosić rakiety). Rzecz w tym, że MON oczekiwało na gotowy produkt, czego nie sposób zapewnić bez wcześniejszych umów i finansowania prac konstrukcyjnych. Tak to wygląda na świecie, w takich okolicznościach powstawał turecki Bayraktar TB2.

Drony zwiastują zwrot?

Informacja o zakupie bezzałogowców w Turcji spadła na wojsko niczym grom z jasnego nieba. Wydawać by się mogło, że decyzja o pozyskaniu czterech zestawów, każdy po sześć dronów, ucieszy mundurowych, pozwoli bowiem na częściowe wypełnienie istotnej luki. System Bayraktar TB2 kupujemy wraz z uzbrojeniem – kierowanymi laserowo pociskami – a kontrakt obejmuje także mobilne stacje kontroli, radary, symulatory, pakiety części zamiennych, szkoleniowy i logistyczny. Nasze bezzałogowce wreszcie zyskają kły – można by rzec. Ale czy nie będą to zęby popsute? Napięte stosunki Ankary z innymi krajami NATO zmusiły tureckich konstruktorów do opracowania zamienników dla wielu kluczowych elementów dronów, wcześniej bez trudu pozyskiwanych na Zachodzie. Czy są one równie niezawodne i skuteczne, jak chociażby kanadyjskie silniki i głowice elektrooptyczne? MON na ten temat milczy, a Mariusz Błaszczak chwali się kolejnym udanym zakupem sprzętu, który – jak podkreśla – sprawdził się już w warunkach bojowych. I tu znów pojawiają się uzasadnione wątpliwości. Szef resortu obrony ma na myśli zeszłoroczny konflikt azersko-ormiański w Górnym Karabachu. Bayraktary będące na wyposażeniu sił powietrznych Azerbejdżanu rzeczywiście zdziesiątkowały wówczas Ormian. Prezentowane przez Azerów i Turków filmiki z akcji TB2 nie zostały spreparowane. Równie prawdziwe były doniesienia z północnej Syrii, gdzie w lutym ubiegłego roku dronów używali sami Turcy wobec oddziałów rządowej armii syryjskiej. I w tym przypadku TB2 narobiły ogromnych spustoszeń. Rzecz w tym, że ani Ormianie, ani Syryjczycy nie posiadali obrony przeciwlotniczej z prawdziwego zdarzenia. Rosja zaś, którą postrzegamy jako główne zagrożenie, bezbronna w tym zakresie nie jest. Warto wspomnieć, że gdy Syryjczyków w prowincji Idlib wsparli Rosjanie, bezkarne dotąd Bayraktary zaczęły spadać, a armia Assada odzyskała utracone wcześniej pozycje.

Bo być może wcale nie o walory tureckich maszyn chodzi. Nie jest tajemnicą, że polska dyplomacja obraziła się na Stany Zjednoczone po wyborze na prezydenta Joe Bidena. Żałoba po Donaldzie Trumpie trwa w najlepsze, a towarzyszy jej dalsze ochładzanie stosunków z Unią Europejską i relacji bilateralnych z Niemcami i Francją. Kompromitacja idei Międzymorza, obumarcie Trójkąta Wyszehradzkiego, nieudany eurosceptyczny sojusz polsko-brytyjski oraz żałosny w skutkach alians z Węgrami sprawiają, że Polska szuka politycznego partnera. Kogoś, kto byłby przeciwwagą dla tradycyjnych sojuszników III RP, czyli Waszyngtonu i Berlina. O tym, że w głowach pisowskiej wierchuszki zrodził się plan zbliżenia z Ankarą, może świadczyć zachowanie eurodeputowanych PiS. 21 maja br. sprzeciwili się oni rezolucji PE, nawołującej proturecki Azerbejdżan do zwolnienia ormiańskich jeńców wojennych. Trzy dni później w Turcji zjawił się Andrzej Duda. Prezydent podpisał kontrakt na dostawy dronów, a prorządowe media informowały z entuzjazmem o mającym nastąpić niebawem przebazowaniu tureckich samolotów myśliwskich na lotniska w Polsce. Pominięto przy tej okazji fakt, że obecność Turków wynika z ich natowskich zobowiązań, że jest częścią rutynowej misji Air Policing, mającej na celu ochronę państw nadbałtyckich, oraz że Sojusz podjął decyzję w tej sprawie wiele miesięcy temu. Niemniej, sądząc po opiniach internautów, specom od rządowej propagandy udało się stworzyć wrażenie zacieśniania polsko-tureckich więzi. Niewykluczone zresztą, że w całej sprawie właśnie o wrażenie chodzi – o zmitygowanie Waszyngtonu oskarżanego wręcz przez PiS o ignorowanie Polski. „Nie chcecie nas, to zbudujemy sobie alternatywny sojusz”, tak wówczas należałoby odczytywać posunięcia polskich władz. I jakkolwiek byłyby one grą pozorów, miliard złotych na zakup dronów to już całkiem realny wydatek. Patrząc na czysto wojskowe korzyści – mimo ogromnych potrzeb, raczej nieprzydatny.

—–

Nz. Ćwiczenia z użyciem Orbitera, prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 24/2021

Mieczyki?

Patrząc na to, czym marynarka dysponuje na lądzie, łatwo popaść w entuzjazm. Morska Jednostka Rakietowa (MJR), w skład której wchodzą dwa dywizjony bojowe, ma poważną siłę rażenia i duży potencjał odstraszania. Pojedyncza rakieta jest w stanie wyeliminować z walki każdy rosyjski okręt, a salwa całej MJR – teoretycznie – mogłaby posłać na dno istotną część Floty Bałtyckiej Federacji. Co prawda na nadbrzeżnych lotniskach nie stacjonują już typowo bojowe maszyny, ale to od biedy można uznać za skutek zmiany strategii użycia Marynarki Wojennej RP. Przejścia od zadań ofensywnych do defensywnych oraz skupienia się na zapewnieniu bezpieczeństwa żeglugi w należącym do państwa akwenie. Do tego nie trzeba samolotów myśliwskich czy wielozadaniowych, a rozpoznawczych i poszukiwawczych. Zamiast odrzutowców, wystarczą wolniejsze maszyny turbośmigłowe i helikoptery, przeznaczone do tropienia okrętów podwodnych i prowadzenia akcji ratowniczych.

Dla niezorientowanych źródłem optymizmu będzie też widok tego, co budowane bądź właśnie wyszło ze stoczni. Do zaledwie 4-letniego „Kormorana” – doskonałego niszczyciela min – za kilka(naście) miesięcy dołączą bliźniacze jednostki („Albatros” i „Mewa”), już zwodowane, aktualnie doposażane. 24 maja br. ze Stoczni Remontowej Shipbuilding S.A. – tej, która zbudowała niszczyciele – wypłynął w rejs dostawczy „Przemko” – szósty i ostatni z holowników, zamówionych przez Inspektorat Uzbrojenia w 2017 r. Od półtora roku pod naszą banderą pływa także ORP „Ślązak”, duża jednostka o rasowej sylwetce. Co więcej, kilka tygodni temu ministerstwo obrony zapowiedziało reanimację programu „Miecznik”, w ramach którego marynarze dostaną trzy nowe fregaty. Z dostępnych informacji wynika, że wiążące decyzje zostaną podjęte jeszcze w czerwcu br., a okręty trafią do służby na początku lat 30.

Za rok do kasacji

Dobry humor znika, gdy uświadomimy sobie, że MJR jest de facto bezbronna wobec środków napadu powietrznego – samolotów i rakiet; fakt, iż mówimy o pięcie Achillesowej całych sił zbrojnych, nie stanowi tu żadnego pocieszenia. Jest tylko gorzej, gdy przyjrzymy się cechom nowo pozyskanych jednostek, zaś reszcie zerkniemy w metryki, oceniając realne możliwości bojowe. „Ślązak” to okręt symbol – polskiej niekompetencji i „jakośtambędzizmu”. Budowany 18 lat (!) – w oparciu o nowatorski projekt kupiony od Niemców – miał być pierwszą z siedmiu korwet rakietowych, a skończył jako samotne i niemal bezbronne dziwadło. „Ni pies, ni wydra”, mówią marynarze. Jedyne jego rakiety to wystrzeliwane z ręcznych wyrzutni „gromy”. Na inne zabrakło pieniędzy, choć i tak mówimy o studni bez dna, która pochłonęła prawie 1,5 mld zł. Czegoś takiego nie dało się nazwać zgodnie z pierwotnym zamierzeniem, stąd określenie „korweta patrolowa”, niemające odpowiednika w międzynarodowej terminologii. Ostatnio mówi się o dozbrojeniu jednostki – metodą „gospodarczą”, w sprzęt z planowanych do wycofania małych okrętów rakietowych. Lecz i z tym może być kłopot, bo na skutek zmieniających się w trakcie budowy koncepcji, „Ślązak” został przeprojektowany, a część sekcji zalano betonem, dla utrzymania odpowiedniej wyporności wytrzebionego z oręża kadłuba.

Mimo działek na pokładzie równie bezbronne pozostają niszczyciele min. To nowoczesne okręty, bodaj najlepsze w swej klasie w całym NATO, ale przewidziane do zadań pomocniczych. Nie podejmą walki z innymi jednostkami, nie przydadzą się w szachowaniu nieprzyjacielskiego lotnictwa, będą za to zdane na jego łaskę. Nie inaczej ma się sprawa z holownikami – to już okręty wybitnie techniczne, mikrusy, w dodatku całkiem nieuzbrojone. A co z resztą floty?

– Wedle założeń z 2012 r., pozostające w służbie okręty bojowe, co do jednego, powinny zostać wycofane z końcem przyszłego roku – przypomina dr Michał Piekarski, specjalista z zakresu wojen morskich z Instytutu Spraw Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Mowa o jednostkach liczących po 30 i więcej lat. Choć remontowano je na bieżąco, nie przeszły znaczących modernizacji. – Dziś bardziej nadają się do muzeum niż do walki – mój rozmówca nie pozostawia złudzeń. – Zacznijmy od tych największych, fregat typu Perry, pozyskanych od Amerykanów na początku wieku. Oba zbudowane w latach 70. XX w. okręty nie dysponują już uzbrojeniem przeciwlotniczym i przeciwokrętowym. Rakiety zużyto lub wycofano, dostępne na rynku nowe są… zbyt nowoczesne. OORP „Kościuszko” i „Pułaski” mogą obecnie zwalczać okręty podwodne, w neutralizacji pozostałych zagrożeń ich dowódcy muszą liczyć na wsparcie sojuszników.

Warto w tym miejscu dodać, że Polska miała szasnę na kupno dwóch jednostek tego typu, gruntownie zmodernizowanych, których przed dwoma laty pozbywała się australijska marynarka. Wewnątrzpisowskie porachunki sprawiły, że transakcję rzutem na taśmę zablokował Mateusz Morawiecki (choć Andrzej Duda leciał już w tej sprawie do Australii). Fregaty z pocałowaniem ręki wzięło Chile.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w dywizjonie okrętów podwodnych.

– Po wycofaniu 50-letnich Kobbenów, został nam tylko „Orzeł”, poradziecka jednostka z teoretycznie sporym potencjałem modernizacyjnym – kontynuuje Piekarski. – Ów potencjał nie ma jednak znaczenia w obliczu uwarunkowań geopolitycznych, co skutkuje tym, że okręt nadaje się wyłącznie do podtrzymywania podstawowych nawyków u załogi. Sądząc po treści ogłaszanych przetargów, które z braku dostawców sprzętu i usług remontowych kończą się niepowodzeniem, sprawność „Orła” jest mocno ograniczona, a jego arsenał bezużyteczny. Dość powiedzieć, że okręt ma niesprawne wyrzutnie torpedowe.

Więcej o stanie technicznym „Orła” mówi list otwarty jego załogi.

Co gorsza, z MON nie płyną już sygnały o ewentualnych następcach. Program „Orka”, zgodnie z którym marynarka miała dostać trzy nowoczesne okręty, „zatonął” jeszcze w czasach Antoniego Macierewicza. Po gorszących i kompromitujących urząd zapewnieniach poprzednika – który kilkanaście razy twierdził, że „papiery na orki” lada moment zostaną podpisane – Mariusz Błaszczak nabrał wody w usta. Kilka miesięcy temu przyznał, że resort rozważa program pomostowy – nabycie używanych jednostek w Szwecji – ale ostatecznie i ten temat umarł (gwoli uczciwości, z winy Szwedów, którzy zrezygnowali z pomysłu sprzedaży „używek”).

– Korweta do zwalczania okrętów podwodnych ORP „Kaszub” przez 36 lat nie doczekała się modernizacji – wymienia dalej dr Piekarski. – Małe okręty rakietowe, choć solidnie uzbrojone w broń przeciwokrętową, kompletnie nie poradzą sobie z atakami z powietrza. Ich operacyjne wyjście w morze bez osłony przeciwlotniczej – którą dziś mogą nam zapewnić tylko sojusznicy – byłoby samobójstwem. Reszta floty to jednostki wsparcia. Ważne w wielu rodzajach misji, ale w operacji obronnej pełniące role drugo-i-trzeciorzędne.

Bałtyk to nie sadzawka

Flota przez lata nie miała dobrej prasy. Uważano ją za najmniej istotny rodzaj sił zbrojnych, co było stanowiskiem podzielanym zarówno przez wojskowe, jak i polityczne elity III RP. W efekcie doszło do znacznego uszczuplenia i technicznej degrengolady morskiego komponentu marynarki wojennej. Pokutowało przekonanie, że „Bałtyk to sadzawka”, gdzie nie ma miejsca na duże okręty, a Polska „nie jest krajem z zamorskimi interesami i ambicjami”, których istnienie uzasadniałoby posiadanie silnej floty. Na tym gruncie rodziły się koncepcje przeskoku generacyjnego – rezygnacji z klasycznych okrętów na rzecz małych, często autonomicznych jednostek obrony wybrzeża. Ich rój miałby działać skuteczniej niż ciężkie, łatwe do lokalizacji, a przez to bardziej narażone na zniszczenie fregaty czy korwety. Zwolennicy tych teorii często powoływali się na przykład floty II RP, której dowództwo w przededniu wojny odesłało najsilniejsze okręty (trzy niszczyciele) do Wielkiej Brytanii. Te zaś, które zostały, nie odegrały większej roli w kampanii wrześniowej, szybko bowiem poszły na dno.

– Inne czasy, inne techniczne uwarunkowania – przekonuje Michał Piekarski. – Współczesne fregaty to skomplikowane platformy, zdolne nie tylko do obrony samych siebie, ale także innych jednostek, całych zespołów okrętów. Obrony wielozakresowej, przed zagrożeniami z powietrza, z wody i spod wody. Wyposażone w odpowiednie sensory, mają świadomość sytuacyjną sięgającą setek kilometrów. Realnie więc służą też do zapewnienia bezpieczeństwa na brzegu i w głębi lądu, co w Polsce, z jej dziurawym parasolem, jest argumentem nie do przecenienia. Żaden mały kuter nie jest w stanie pełnić takiej roli. Ich flotyllę zdziesiątkowano by, okręt po okręcie, bez wielkich strat i angażowania znacznych sił. Tymczasem skuteczne próby obezwładnienia pojedynczej fregaty wymagałby jednoczesnego użycia kilkudziesięciu samolotów. Świadomość, że większość zostałaby utracona, to mocny argument na rzecz niewszczynania wojny.

Budowa potencjału odstraszania to nie jedyny powód przemawiający za koniecznością niezwłocznego wdrożenia programu „Miecznik”. Sojusz Północnoatlantycki opiera się o zasadę kolektywnej obrony, tymczasem polski wkład na Bałtyku jest minimalny i nieadekwatny do posiadanych zasobów.

– Powinniście mieć trzy-cztery fregaty – stwierdził przed dwoma laty adm. Clive Johnstone, dowódca sił morskich Sojuszu. Dziś wpływowi dowódcy NATO nie bawią się już w dyplomatyczne ceregiele. Tajemnicą poliszynela jest, że nagły powrót do zapomnianego programu, to rezultat sojuszniczej presji na Warszawę.

Niestety, ewentualna realizacja „Miecznika” odsunęłaby w czasie „Orkę” – na oba projekty na raz nie starczy pieniędzy.

– Szkoda – wzdycha dr Piekarski. – W czasach Siemoniaka i Macierewicza dyskusja na temat „orek” została skażona niepotrzebnymi rozważaniami na temat wyposażenia ich w pociski manewrujące. Broń koszmarnie drogą i zbyt „kosmiczną”. Jednostki podwodne są nam potrzebne do zwalczania innych okrętów, do działań rozpoznawczych i wspierających operacje wojsk specjalnych. Bałtyk nie jest kałużą, głębokość i rzeźba dna nie wykluczają skrytych podejść, na przykład w celu wysadzenia czy podjęcia grup dywersyjnych. Zwróćmy przy tym uwagę, że to samo może robić przeciwnik. Ryzyko otwartego konfliktu z Rosją jest minimalne, ale wojna hybrydowa, prowadzona pod „obcą flagą”, dajmy na to organizacji terrorystycznej, to całkiem realny scenariusz. Jedna „bezpańska” mina, jeden zatopiony przez nią statek – i już pojawiają się u armatorów wątpliwości, czy do Polski warto pływać. Czy jej marynarka wojenna jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo żeglugi.

Bo bronić – wbrew narracji o nieistotnej sadzawce – jest i będzie czego. Szlaki morskie do poradzieckich krajów nadbałtyckich to natowskie obligo, podobnie jak bezpieczeństwo budowanej właśnie Balitc Pipe, skąd do naszej części Europy popłynie norweski gaz. Ale mamy też Gazoport, chcemy mieć ruchomą bazę przeładunkową i morskie farmy wiatraków. Nade wszystko zaś już teraz w naszych portach przeładowywanych jest 100 mln ton ładunków rocznie, co zapewnia państwu 10% budżetowych wpływów.

Pytanie, czy Polska jest w stanie sprostać budowie niezbędnych okrętów? Podwodnych konstruować nie potrafimy – to pewne. A fregaty?

– W układzie „kadłub w Polsce, reszta zagranicą”, jak najbardziej – ocenia Michał Piekarski. – Finansowo również powinniśmy podołać. Teraz potrzeba tylko politycznej woli.

Wkrótce przekonamy się, czy taka istnieje. Czy stoi za nią chęć odbudowy morskiego potencjału obronnego, czy chodzi jedynie o wywołanie przekonania, że władza troszczy się o bezpieczeństwo państwa i międzynarodowe zobowiązania. Czy pragnie mieczników czy mieczyków… propagandy.

—–

Nz. ORP „Kaszub”/fot. Michał Piekarski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 23/2021

Ucieczka

Kulisy akcji humanitarnej ONZ w Iraku.

Moim rozmówcą jest dr Wojciech Wilk – prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, niegdyś pracownik, obecnie ekspert Organizacji Narodów Zjednoczonych. Uczestniczył w 19 operacjach humanitarnych. Nadzoruje największy polski program pomocy dla uchodźców syryjskich, realizowany od 2012 r. przez PCPM w Libanie. Kieruje także medycznym zespołem szybkiego reagowania PCPM, działającym w ramach systemu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

– Do Iraku trafiłeś w sierpniu 2003 r. jako pracownik oenzetowskiego OCHA, Biura ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej.

– 4 sierpnia wylądowałem w Bagdadzie. Do siedziby ONZ w dawnym hotelu Canal dotarliśmy ekspresowymi trasami, zbudowanymi w latach 70. i 80. przez Polaków z Budimeksu. U nas tak dobrych dróg było wtedy tyle, co kot napłakał – wzdychałem więc i śmiałem się na zmianę. Lecz samo miasto wydawało mi się bardzo chaotycznie.

– W hotelu Canal urzędowała przed wojną ekipa z programu „Ropa za żywność”.

– Uruchomiono go jako sposób na złagodzenie sankcji, które objęły Irak w 1990 r. Po inwazji na Kuwejt, i później, gdy Saddam jednak utrzymał się przy władzy, Bagdad wyrugowano z wolnego rynku sprzedaży ropy. Ale bez środków finansowych, uzyskiwanych z tego źródła, krajowi groziła gospodarcza zapaść, a ludziom bieda i głód. Stąd inicjatywa ONZ, którą w 1995 r. zaakceptował iracki rząd. Program polegał na tym, że Irak sprzedawał ustaloną z góry ilość ropy, za co przekazywano mu co miesiąc tzw. koszyki żywnościowe, przeznaczone dla mieszkańców. Zawierały one podstawowe produkty żywnościowe, leki i chemię gospodarczą. Dystrybucja odbywała się przez sieć sklepów i była pod kontrolą pracowników ONZ.

– „Ropa za żywność” była największym finansowo przedsięwzięciem ONZ. Jednocześnie narosła wokół programu gigantyczna korupcja.

– …która dotyczyła zarówno władz irackich, jak i współpracowników ONZ. Sprzedaż ropy na czarno, malwersacje, ustawione przetargi – sporo tego było. Program podkopał też poczucie dumy u zwykłych Irakijczyków. Spadek ich poziomu życia zaczął się wcześniej, podczas wojny iracko-irańskiej w latach 80. Ale w latach 90. negatywna tendencja utrwaliła się na dobre. Przedstawiciele kultury liczącej 4 tys. lat zostali zmuszeni do życia z paczek żywnościowych. To było ogromne upokorzenie.

– Wróćmy do hotelu. Obstawiali go amerykańscy żołnierze?

– Tak, przed budynkiem stały wozy opancerzone, a w środku oenzetowscy strażnicy. Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że na autostradzie między Bagdadem a Al-Hillą ostrzelano auto Czerwonego Krzyża. Któryś z moich przełożonych uznał, że przejazd jest czasowo niebezpieczny i że z założeniem biura terenowego ONZ w Al-Hilla trzeba poczekać. Musiałem więc znaleźć sobie robotę na miejscu. I tak trafiłem do innego pokoju niż ten, do którego mnie początkowo przydzielono.

– Canal znajdował się w zielonej strefie?

– Nie. Był na wschodnim brzegu Tygrysu, tuż przy biegnącym do rzeki kanale – stąd nazwa. Jako że cały budynek zajęły biura różnych oenzetowskich programów, spaliśmy w 8-osobowych namiotach na parkingu. Nie czułem się tam komfortowo, bo równie dobrze mógłbym spać na dachu – czego akurat robić mi nie wolno było. Co noc z miasta As-Sadra – gigantycznej dzielnicy zamieszkałej przez szyicką biedotę – dobiegały nas odgłosy strzelanin i wybuchów granatów moździerzowych. Zdarzało się, że kule i pociski lądowały na dachach, że ktoś przy tej okazji zginął lub został ranny. Nasi przełożeni o tym wiedzieli i dlatego zabronili nam sypiać na budynku. W sumie zabawne, bo przecież brezentowa płachta nie stanowiła dla nas żadnego zabezpieczenia…

– Upadek Saddama wyzwolił falę przemocy w całym Iraku.

– Podczas jednego z wyjazdów terenowych dotarłem do miejscowość Chanakin. Przed wojną, za sprawą polityki migracyjnej Saddama, napłynęła tam ludność arabska. Zwykle zubożali mieszkańcy południa kraju, z jednej strony przymusowo przesiedleni, z drugiej, zachęceni do osiedlania się przez rząd iracki, który dawał im domy i ziemię należące wcześniej do wypędzonych Kurdów. Ale ci zaczęli wracać. Aktów bezpośredniej przemocy nie odnotowano wiele. Gdy rozmawiałem z szyickimi osiedleńcami z Chanakin, raczej mówili o presji, a nie represji. Ale ta była na tyle silna, że coraz więcej Arabów opuszczało domy, zwalniając je dla Kurdów.

– Ilu osób dotyczyło to zjawisko?

– Dziesiątek tysięcy. Chanakin to przykład – kurdyjskie powroty miały miejsce w ogromnym pasie, rozciągającym się od granicy z Iranem, po Mosul w północnym Iraku. Największym punktem zapalnym okazało się miasto Kirkuk, pod którym leżą złoża ropy naftowej. I Kurdowie, i Arabowie, uznają je za swoje, a konflikt tak naprawdę trwa do dziś.

– Wypad do Chanakin był jednorazową akcją?

– Tak, w Bagdadzie skupiłem się na sytuacji osób masowo wyrzucanych z mieszkań przez właścicieli budynków. Rząd Saddama wprowadził kontrolę czynszów, de facto je zamroził, ignorując inflację. W latach 70. jeden dinar iracki wart był dwa dolary, a gdy przyjechałem do Bagdadu, za dolara trzeba było płacić 5 tys. dinarów. W sklepie czy w stołówce ceny podawano w „kawałkach” (ang. pieces). W obiegu był bowiem tylko jeden banknot, 250-dinarowy – z wizerunkiem Saddama Husajna. „Five pieces” oznaczało więc 1250 dinarów, równowartość puszki napoju. W sytuacji szalejącej inflacji zamrożenie czynszów pozbawiało właścicieli dochodów. Kiedy zatem upadł reżim Saddama, stawki za wynajem gwałtownie wzrosły. Mało kogo stać było na nowo naliczane opłaty – i tak zaczęła się fala mniej lub bardziej dobrowolnych eksmisji.

– Właściciele mieszkań odzyskali swoją własność, ale dziesiątki tysięcy rodzin, z dnia na dzień, stały się bezdomne.

– Ci ludzie szukali schronienia przede wszystkim w opuszczonych bazach armii irackiej, rozsianych wokół Bagdadu. Zjeździłem chyba wszystkie takie obiekty, chcąc ustalić, ile mieszka w nich osób. I na ile, na przykład poprzez budowę przepierzeń, da się pojedynczym rodzinom zapewnić choćby namiastkę prywatności. Upewniałem się, że dociera tam woda, sprawdzałem sytuację sanitarną. Bagdad był wtedy na skraju potężnego kryzysu epidemiologicznego. Elektrownie nie produkowały prądu, co wyłączyło z ruchu stacje przepompowni ścieków. Najgorsza sytuacja panowała w milionowym mieście As-Sadra, gdzie ścieki wartkimi strumieniami płynęły ulicami. Przy 50-stopniowym upale zaduch był koszmarny.

– Mówimy o kraju, który posiada dziesiątą część zasobów ropy naftowej na świecie…

– Zapaść wynikała z kombinacji trzech czynników. Po pierwsze, z dnia na dzień paraliżowi uległy wszelkie struktury organizujące ludziom życie. Ten stan trwał przez kilka miesięcy. Po drugie, interwencja amerykańska spowodowała gigantyczną falę grabieży. Łupiono co się tylko dało, nierzadko wraże elementy infrastruktury. Znamy to, w ograniczonym zakresie, z naszego podwórka – ileż to razy PKP musiały wstrzymywać ruch z powodu kradzieży torów przez złomiarzy. Trzecim powodem była głupia polityka Amerykanów, którzy rozwiązali dotychczasowe siły bezpieczeństwa Iraku, a osobom należącym wcześniej do partii Bass, odmówiono prawa do dalszej pracy w urzędach i instytucjach publicznych.

– W kraju Saddama Husajna każdy, kto coś znaczył, musiał być członkiem reżimowej partii.

– Otóż to. W efekcie, na przykład inżynierowie, którzy mogliby uruchomić elektrownie, puścić w ruch przepompownie, bali się przyjść do pracy.

– Dodałbym jeszcze czwarty czynnik – przestarzałą infrastrukturę, co było winą wieloletnich zaniedbań, po części też sankcji.

– Słuszna uwaga. Jak zwykle najbardziej poszkodowane były dzieci, całymi dniami przebywające w skażonym otoczeniu. Współpracowałem zatem z ludźmi z UNICEF-u, którym też zależało na jak najszybszym uruchomieniu wodociągów. I nie tylko – któregoś razu pojechaliśmy do dawnej bazy armii irackiej za północną obwodnicą Bagdadu. Tym, co od razu rzucało się w oczy, były niewielkie pojemniki wielkości puszki farby w sprayu, z charakterystyczną żółtą zawleczką. Tak wyglądały pojedyncze ładunki bomb kasetowych, masowo zrzucanych przez Amerykanów podczas wiosennych walk. Część z nich nie wybuchła i, niestety, przyciągała uwagę najmłodszych. Często kończyło się to tragicznie, ważne więc było odgrodzenie obszarów usianych bombami i skierowanie tam ekip rozminowujących.

– Tragedia stała się też udziałem pracowników ONZ. Przejdźmy do 19 sierpnia 2003 r.

– Rano pojechaliśmy do jednej z irackich baz na obrzeżach miasta. Coś tam się działo w centrum, więc wróciliśmy do Canalu drogami szybkiego ruchu, jadąc dokoła stolicy. Gdy dotarliśmy na miejsce, była 14. Po przedpołudniu spędzonym w upale niespecjalnie czułem głód, mimo to poszedłem do stołówki. Zamówiłem posiłek, usiadłem przy stole z twarzą skierowaną do okna. Zacząłem jeść, gdy nagle dzień zamienił się w noc. Ułamek sekundy wcześniej zobaczyłem, że cała szyba pęka, a rama i chmara odłamków lecą w moją stronę. Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby ratować oczy. Schowałem twarz w talerzu z jedzeniem i dostałem w czaszkę masą odprysków. Sturlałem się na podłogę pełną potłuczonego szkła. Wokół było ciemno od kurzu.

– Domyśliłeś się, co zaszło?

– Ktoś krzyknął, że to bomba i żeby się kryć, bo za chwilę może nastąpić kolejny atak. Przeczołgałem się do części kuchennej stołówki, gdzie zebrało się już kilku ludzi. Z kawałkami szkła wbitymi w twarze, kończyny, próbowali jakoś dojść do siebie. Sam byłem utytłany we krwi. Szybko zorientowałem się, że mimo ran na głowie i zadrapań na ciele, nie odniosłem poważniejszych obrażeń. Że krew nie była moja. Pamiętam trochę jak przez mgłę, jak zacząłem się przedzierać przez na wpół zawalony budynek, żeby dojść do biura, złapać telefon komórkowy i zadzwonić do narzeczonej. Powiedzieć jej, że ze mną wszystko w porządku.

– Pokój, w którym pierwotnie miałeś pracować przed wyjazdem do Al-Hilli, znajdował się trzy metry od miejsca eksplozji bomby…

– I wyparował razem z częścią mojego zespołu. Pomieszczenie, które ostatecznie zajmowałem, miało jakieś 10 m długości. Tyle wynosił dystans między oknem a białą tablicą do pisania, zawieszoną na przeciwległej ścianie. Widok kawałków szkła, powbijanych w tablicę niczym noże, wiele mówił o sile wybuchu. Na moim biurku leżał laptop, przywalony panelami z sufitu, całkowicie rozwalony. Wyjąłem z szuflady najważniejsze rzeczy, czyli telefon i dokumenty, a potem wybrałem numer do Sylwii. Miałem szczęście, że dodzwoniłem się na kilka minut przed tym, jak informację o zamachu podały media.

– Napędziłeś przyszłej żonie stracha, a zarazem oszczędziłeś potwornego stresu…

– Przez wiele godzin dzwonili potem do niej nasi znajomi, pytając, co ze mną. Żyłem, ale zaczął mi się urywać film. W budynku pracował Kanadyjczyk polskiego pochodzenia. On do tej pory jest przekonany, że to ja go wtedy odnalazłem, wyniosłem z gruzów i przekazałem ratownikom medycznym. Kompletnie tego nie pamiętam…

– A pamiętasz, co działo się, gdy opuściłeś budynek?

– W środku niewiele było widać, za to na zewnątrz… (westchnienie). Tłum ludzi, z których część leżała na trawnikach ciężko ranna, umierająca lub martwa. Wśród zwłok rozpoznałem ciało szefa UNICEF-u w Iraku. Kanadyjczyk, młody facet – miał zaledwie 32 lata i dobrze się zapowiadał. Gdy wybuchła bomba, wysiadał z samochodu. Zginął na miejscu. Wśród zabitych byli ludzie z gabinetu politycznego szefa ONZ-tu w Iraku, zginął też on sam, przygnieciony gruzami…

– Sergio Vieira de Mello, Brazylijczyk, typowany na następcę ówczesnego sekretarza generalnego Kofiego Annana.

– Typowany… Na ile mogłem, włączyłem się w akcję ratunkową. Bardzo szybko pojawili się amerykańscy medycy z pobliskiego ambulatorium. Zaprowadziłem tam kolegę, który podczas wybuchu siedział przy komputerze i dostał w tył głowy ramą okienną, wepchniętą do środka przez podmuch. W ten sposób zostało wówczas poszkodowanych wiele osób.

– Ewakuowano cię śmigłowcem?

– Nie, byłem jednym z lżej rannych. Helikoptery amerykańskiego wojska zabierały tych w największej potrzebie. Ja, wraz z innymi osobami, trafiłem do szpitala polowego lądem. Tam założono mi kilka opatrunków.

– Atak na siedzibę ONZ-tu w Bagdadzie przeprowadził zamachowiec-samobójca. Algierczyk, zrekrutowany przez iracką Al-Kaidę. Wsiadł do betoniarki wypełnionej 750 kg materiału wybuchowego i podjechał pod sam budynek. Jak to w ogóle możliwe, że udało mu się zajechać tak blisko?

– Budynek organizacji znajdował się przy drodze, która prowadziła do szpitala dla upośledzonych. Był to jedyny dojazd do tej placówki i nie udało się go wyłączyć z ruchu.

– Kilkanaście dni wcześniej miał miejsce atak bombowy na ambasadę Jordanii w Bagdadzie, w kolejnych miesiącach terroryści wzięli na celownik kwatery Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca w irackiej stolicy. W biuro amerykańskiego NGO-su Care w Mosulu wystrzelono pociski RPG. To już nie były „tylko” coraz lepiej zorganizowane akcje przeciwko wojsku.

– Zgadza się. Przy czym „nasz” zamach był najbardziej spektakularny. Zginęły w nim 22 osoby, ponad 160 zostało rannych. Jeden z moich kolegów siedział w biurze z koleżanką. Ona zginęła, on wyszedł bez szwanku – efekt psychologiczny straszny.

– Kolejnego dnia wróciłeś na gruzowisko.

– Mieliśmy pomóc w uprzątnięciu terenu i ratowaniu tego, co się dało. Nim dotarliśmy na miejsce, w aucie wysłuchaliśmy przemówienia sekretarza generalnego. Kofi Annan potępiał zamach i dodał, że chyli czoła przed wszystkimi, którzy stają wobec tak dużego niebezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak zapewniał, że ONZ nie opuści Iraku i będzie pomagać tak długo, jak będzie to potrzebne.

– Chciałeś, chcieliście, wyjeżdżać?

– Skąd! To byłaby ucieczka. Poza tym doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja się pogarsza, że potrzeby są gigantyczne, a będą jeszcze większe. „Potrzebują nas tu, a nie na Cyprze czy w jakimś innym przyjemnym miejscu” – mówił jeden z kolegów.

– Wbrew deklaracjom góry, jeszcze tego samego dnia zaczęła się ewakuacja oenzetowskiego personelu.

– Najpierw mowa była o ograniczeniu jego liczby. W sumie nikogo nie zdziwiło, że polecenie wyjazdu dostały wszystkie osoby z projektu „Ropa za żywność”. Program i tak już się kończył. Ale dwa dni po zamachu i ja otrzymałem informację, że lada dzień polecę do Ammanu. Chciałem czy nie, kilka dni później byłem już w jordańskiej stolicy, gdzie każdy z nas musiał przejść obowiązkowe badania psychologiczne.

– To była chyba pierwsza taka sytuacja dla ONZ-tu. Podczas wojen w b. Jugosławii czy w Afryce, nawet w Sudanie Płd, organizacje niosące pomoc nie były celem bezpośredniej przemocy.

– Jeśli już zdarzały się ataki, to na konwoje, samochody czy punkty dystrybucji, ale nigdy na biura. Zamach na siedzibę ONZ uświadomił nam boleśnie, że i my jesteśmy celem, podobnie jak wojsko. Do tego celem łatwiejszym, bo nieuzbrojonym. No i atrakcyjniejszym, bo uderzenie w nas przynosi większy efekt medialny.

– Nie mogłyby was ochraniać siły pokojowe?

– To nie jest takie proste. Do wysłania sił pokojowych trzeba zgody kraju, który tę operację przyjmuje. Na palcach jednej ręki można policzyć sytuacje, kiedy wojska ONZ wysyłano bez takiego mandatu. Właściwie to była tylko wojna koreańska, oraz interwencja w Kongo w 1981 r. Przy czym misja w Kongo zakończyła się katastrofą – niebieskie berety wkrótce stały się stroną wojny domowej. Dlatego ważne jest, aby zgodę na obecność sił pokojowy wydały wszystkie zaangażowane podmioty.

– W Iraku rządu nie istniał, nadzór sprawowały tymczasowe władze okupacyjne, zaś po drugiej stronie mieliśmy rozproszone formacje rebelianckie, pozbawione centralnego dowództwa. Najsilniejsza w tym gronie Al-Kaida była strukturą terrorystyczną, z zasady nieakceptującą idei narodów zjednoczonych.

– Razem z grupą współpracowników sugerowaliśmy naszym przełożonym z Genewy i Nowego Jorku zmianę sposobu myślenia. Chcieliśmy nieść pomoc nie przez struktury państwowe, ale ponadpaństwowe. W Iraku i Jemenie, w którym pracowałem później, najsilniejszy rodzaj więzi tworzą grupy plemienne. I one mogłyby być podmiotem dystrybucji pomocy humanitarnej. Niestety, pomysł nie został odpowiednio wykorzystany, w efekcie ani w Iraku, ani w Jemenie, pomoc nie była realizowana tak, jak być powinna.

– Tymczasem w Iraku działy się rzeczy straszne. W kwietniu 2004 r. rebelianci zabili w Faludży czterech pracowników firmy ochroniarskiej Blackwater. Ich spalone ciała powiesili na moście, a ujęcia z tego zdarzenia obiegły świat. Stały się też pretekstem do amerykańskiej operacji wojskowej, znanej dziś jako pierwsza bitwą o Faludżę.

– Ludzie bali się wyjść poza mury posesji, a wielu rannych, pozbawionych pomocy medycznej, umierało w domach. W mieście nie było wody, prądu – totalna katastrofa. W Faludży znajdował się jeden z największych magazynów żywności ONZ. Walki uniemożliwiły korzystanie z niego, co miało negatywne skutki także dla mieszkańców innych terenów.

– Amerykanie musieli odstąpić – opór bojowników był zbyt silny. Wrócili w listopadzie 2004 r., kiedy miała miejsce druga bitwa o Faludżę.

– Miasto ostatecznie udało się spacyfikować, ale skutki były straszne. W czasie walk niszczono z powietrza domy, gdzie chowali się rebelianci, nie przejmując się tym, że w wielu budynkach byli też cywile. Zginęło ich ponad 6 tys. Obie bitwy zmusiły praktycznie całą ludność miasta do ucieczki. Niemal 300 tys. ludzi rozproszyło się gdzieś pomiędzy Faludżą a Bagdadem. Co niepokojące, podczas bitew złamano wielokrotnie zasady prawa humanitarnego, wedle którego formacje zbrojne nie mogą zajmować takich obiektów, jak szpitale czy miejsca kultu. W Faludży Amerykanie nie mieli takich obiekcji, nie dziwi więc, że podczas pacyfikacji kolejnego miasta – Nadżafu – armia Mahdiego wykorzystała szpital jako pozycję dla snajperów.

– Obserwowałeś to z oddali, ale szaleństwo irackiej wojny dotarło również do Ammanu.

– Jeszcze w kwietniu 2004 r. miejscowym siłom bezpieczeństwa udało się zapobiec zamachowi przy użyciu cystern wypełnionych chlorem. Jedna miała wybuchnąć w okolicy ambasady amerykańskiej, druga w centrum miasta, przy siedzibie policji. Liczba ofiar byłaby wówczas koszmarna. Już po moim wyjeździe do Sudanu, w listopadzie, nastąpiła seria ataków bombowych na hotele. Jeden z samobójców wysadził się na weselu, w miejscu, w którym odbyliśmy wiele spotkań, drugi odpalił ładunek przy recepcji, w lokalu, w którym też wielokrotnie bywałem.

– Ammańska placówka ONZ mieściła się już wtedy w nowej siedzibie.

– Zbudowanej wedle zaleceń wprowadzonych po zamachu w Bagdadzie. Podstawową rzeczą w przypadku zamachu bombowego jest osłabienie fali uderzeniowej – stąd betonowy mur oraz 25-metrowy dystans między nim a ścianą budynku. Do tego okna, których ramy mocowano na specjalnych obejmach, wyposażone w folię zapobiegającą rozpryśnięciu się szyb.

– Biorąc pod uwagę urazy – twoje i kolegów – ta folia ograniczyłaby liczbę rannych w Bagdadzie.

– I wyobraź sobie, że bagdadzki dział bezpieczeństwa przygotował odpowiednią rekomendację. Lecz dokument utknął na długie tygodnie w tamtejszym pionie administracyjnym. Ostatecznie filtr nie został zamontowany, przez co wielu ludzi potraciło oczy, miało poharatane twarze i szkody na całe życie. A osoba odpowiedzialna za opóźnienie nie poniosła żadnych konsekwencji. Ba, później dostała nawet awans.

—–

Nz. Siedziba ONZ w Bagdadzie kilka godzin po wybuchu/fot. archiwum Wojciecha Wilka

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 22/2021

Apartheid

Izraelczycy i Palestyńczycy zawiesili broń, co jest bardzo dobrą wiadomością. I co skłania do podsumowań ostatniej fali przemocy na Bliskim Wschodzie (pisałem o niej na swoim profilu na FB, oto odnośniki: 1, 2, 3). Chciałbym zatem zwrócić uwagę, że w reakcjach na nią – w Polsce i wielu innych krajach Zachodu z Francją na czele – często podnoszono argument apartheidu. Żydowskich prześladowań na Arabach widzianych jako źródło kryzysu.

Wydaje się oczywiste, że państwo Izrael – w trosce o swój byt – zbudowało cały system oparty o symboliczną i fizyczną przemoc wobec nie-Żydów. Ale ja nie o tym.

Otóż zarzuty apartheidu formułowano zwykle z wysokiego moralnego C, nie szczędząc oburzenia, pytając „jak tak można?” i przyrównując Żydów do największych historycznych zbrodniarzy. Część moich znajomych i obserwujących na FB również przyłączyła się do tego chóru. I jakoś nikt nie dostrzegł (a na pewno nie wyartykułował) fałszywej nuty stojącej za krytyką Izraela. Krytyką, na tle której toczyła się – i nadal toczy – największa we współczesnej historii akcja prowadzona w reżimie apartheidu. Której beneficjentem, pośród innych krajów Zachodu, jest również Polska.

Do tej pory wyprodukowano 1,5 miliarda szczepionek na Covid-19. Tylko pół procenta (!) z nich trafiło do najbiedniejszych krajów świata. Miażdżącą większość preparatów zgarnęła Europa i Północna Ameryka. Tymczasem nie widzę w Polsce dyskusji o konieczności podzielenia się szczepionkami z biedniejszymi. Zaś nasze rządy pozostają głuche na apele WHO. Kraje zachodniej strefy cywilizacyjnej przyjęły strategię „przede wszystkim liczą się nasi”. I konsekwentnie się jej trzymają.

Tak samo kalkuluje Jerozolima w kontekście relacji z Arabami. A warto w tym miejscu wspomnieć, że w konflikcie izraelsko-palestyńskim, od 1987 r. (pierwszej intifady), zginęło 17 tys. osób. Dziennie, w tzw.: drugim i trzecim świecie, z powodu kowidu umiera kilka razy więcej ludzi. Dziś, gdy dysponujemy już środkiem zaradczym, większość tych zgonów należy przypisać konsekwencjom braku szczepionek. Czyli szczepionkowemu apartheidowi.

Na co zwracam uwagę moralistom, którzy ani myśleli (ani myślą) zrezygnować ze swojej uprzywilejowanej pozycji.

Nz. Obóz dla sudańskich uchodźców w Ugandzie. W takich miejscach wyszczepialność dzieci wynosi niemal 100 proc. Nie ma tam klimatu dla antyszczepionkowców. Dla rodziców jest bowiem oczywiste, że szczepionki to kwestia życia i śmierci. W Bidi Bidi, gdzie zrobiłem to zdjęcie, także szczepionki na COVID-19 są na wagę złota…/fot. Marcin Ogdowski

Krew

Prezydent Joe Biden zadecydował – ostatni żołnierze USA opuszczą Afganistan 11 września 2021 r. Jego śladem poszli inni zachodni przywódcy, jak również władze Polski. „Razem weszliśmy, razem wyjdziemy”, stwierdził przed kilkoma dniami minister obrony Mariusz Błaszczak. Co znamienne, stanie się to w 20. rocznicę ataków na World Trade Center, które dały pretekst do tzw. wojny z terrorem.

Pokój wymaga podziału władzy

Gdy jesienią 2001 r. amerykańscy piloci rozpoczęli odwetowe naloty na bazy Al-Kaidy, zapewne nie spodziewali się, że to początek najdłuższego konfliktu w historii Stanów Zjednoczonych. Przekleństwem okazały się… niespodziewane sukcesy. Pod bombami i naporem zaktywizowanych przez Waszyngton wewnętrznych przeciwników reżim talibów rozsypał się jak domek z kart. Co prawda wspierany przez nich przywódca Al-Kaidy Osama bin Laden zdołał zbiec, ale jego organizacja poszła w rozsypkę. Jak się wydawało, Afganistan był wolny od religijnych ekstremistów i działających z nimi ręka w rękę terrorystów. Pod Hindukusz posłano wojska NATO z zadaniem ochrony procesu odbudowy i demokratyzacji Afganistanu. Do zrujnowanego wcześniejszymi wojnami kraju popłynęła rzeka pieniędzy i masa organizacji z odpowiednim know-how. Formalnie wszystko działo się za zgodą zainstalowanego w Kabulu prozachodniego rządu.

Pięć lat później Afganistan znów płonął – wielu mieszkańców uznało oddziały pokojowe za wojska okupacyjne, a wprowadzane reformy za zbyt radykalne. Doszło do restytucji ruchu talibskiego, którego akcje nakręcały spiralę przemocy. W 2011 r. w Afganistanie stacjonowało już 150 tys. żołnierzy koalicji (w większości Amerykanów), wspieranych przez dziesiątki tysięcy najemników z cywilnych firm ochroniarskich. Większość kasy przeznaczonej na odbudowę szła na utrzymanie 350-tysięcznych lokalnych sił bezpieczeństwa. Zachodni przywódcy zorientowali się, że wdepnęli w sytuację, z której nie ma dobrego wyjścia. Rozwiązaniem miała być decyzja o zakończeniu natowskiej misji i scedowaniu obowiązku utrzymania porządku na samych Afgańczykach. Tak też stało się z końcem 2014 r. – od tej pory Zachód utrzymywał w Afganistanie jedynie nieduże szkoleniowe kontyngenty. Dziś to zaledwie 2,5 tys. Amerykanów i 7 tys. wojskowych z innych krajów, w tym 320 Polaków.

Mimo dalszej zachodniej pomocy finansowej i wsparcia militarnego (ograniczonego do sił specjalnych i lotnictwa), Kabulowi nie udało się zdławić talibskiej rebelii. Oczywistym stało się, że pokój wymaga podzielenia się władzą. Świadomi tego Amerykanie właściwie zmusili rząd Afganistanu do rozmów z wrogami. Niestety, prowadzone w katarskim Doha negocjacje już dawno utknęły w martwym punkcie, a talibowie mocno zintensyfikowali działania zbrojne. Na początku maja br. zajęli bazę w Ghazni, w prowincji o tej samej nazwie. Zginęło kilkudziesięciu żołnierzy sił rządowych, a 25 dostało się do niewoli. Rebelianci przejęli też spore zapasy broni i amunicji. Nie był to pierwszy przypadek ataku na Ghazni – w 2018 roku całe miasto na kilka dni znalazło się we władaniu talibów. Wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze, tak właśnie wygląda modus operandi talibskiego wojska – na co dzień trzyma się ono z dala od większych ośrodków, by od czasu do czasu dokonać rajdu, którego celem – poza pozyskaniem środków do dalszej walki – jest nade wszystko demonstracja siły i możliwości. Pokazanie, kto faktycznie rządzi w danym regionie. Po drugie, dla Polaków Ghazni jest miejscem-symbolem, tam bowiem mieściła się główna baza naszego kontyngentu, zaś prowincja była tzw.: rejonem odpowiedzialności żołnierzy Wojska Polskiego. Fakt zajęcia „naszej” bazy wywołał wśród wojskowych niemałe poruszenie, zwłaszcza że zbiegło się to z informacją o ostatecznym wycofaniu sił zachodnich z Afganistanu. „Krew w piach” – komentowano na branżowych forach, odnosząc się do sensowności afgańskiej misji.

Niewykorzystane i stracone korzyści

Początkowo Polska wysłała do Afganistanu 100-osobowy kontyngent, lecz w 2010 roku utrzymywaliśmy pod Hindukuszem niemal 2,6 tys. żołnierzy. Połowa z nich służyła w grupach bojowych, wbrew oficjalnej narracji mówiącej o misji pokojowej, na całego zaangażowanych w wojnę antypartyzancką. Jej skutkiem była śmierć 44 żołnierzy i rany odniesione przez ponad 300 (u 500 żołnierzy stwierdzono lżejsze urazy). Tylko między 2007 a 2014 r. państwo polskie wydało 6 mld zł na utrzymanie kontyngentu – z tej sumy 120 mln zł przeznaczono na projekty pomocowe dla Afgańczyków. Co na tym zyskaliśmy? Często podnoszony argument o zdobyciu opinii lojalnego i przewidywalnego sojusznika, nie ma dziś racji bytu. Zyski zostały zaprzepaszczone przez irracjonalną politykę zagraniczną PiS. Obecne władze RP nie rozumieją, że status pieniacza – jakim „cieszymy się” w Brukseli – przekłada się również na postrzeganie nas w NATO. Dla „starego” Zachodu, UE i Sojusz Północnoatlantycki to zazębiające się organizacje. Nie można w jednej być konusem, a w drugiej prymusem. Rzekoma wdzięczność Waszyngtonu, objawiająca się obecnością militarną w Polsce, nie ma większego związku z byłymi i obecnymi działaniami naszych władz. Jest odpowiedzią na rosyjskie zagrożenie i służy przede wszystkim zwiększeniu bezpieczeństwa państw nadbałtyckich (tak, Amerykanie w Polsce są po to, by łatwiej dotrzeć na Litwę, Łotwę i do Estonii). Trudno też mówić o trwałych skutkach zmian w wojsku. Żołnierz się ostrzelał, oficerowie nauczyli dowodzić w boju – mówiono przez lata. W tej perspektywie objęcie funkcji szefa sztabu generalnego WP przez gen. Rajmunda Andrzejczaka, który w Azji odsłużył dwie tury, wydaje się ukoronowaniem pozytywnych procesów. Rzecz w tym, że Polacy największe doświadczenie zdobywali w latach 2008-13, a dziś sporo służących wtedy żołnierzy jest już w cywilu. Wielu żywi do armii uraz, gdyż zwolniono ich z powodu przepisów zabraniających szeregowym służby dłuższej niż 12 lat. Idźmy dalej, udział w misji tylko przez jakiś czas był trampoliną do awansu. Szybko okazało się, że lepiej przeczekać w Polsce – porobić kursy wyżej punktowane przez biurokrację MON. Przykład gen. Andrzejczaka jest raczej odstępstwem od reguły. Co więcej, sprzęt kupowany w ramach „pakietu afgańskiego”, który gwarantował technologiczny przeskok, przez dekadę się zestarzał. Przemysł zaś, poza chlubnym wyjątkiem Rosomaka (efektem afgańskich doświadczeń było kilkaset usprawnień konstrukcji transportera), właściwie nie wykorzystał szansy. Dość powiedzieć, że dopiero dziś na wdrożenie ma szansę nowy wzór munduru – 20 lat po tym, jak wysłaliśmy żołnierzy na wojnę.

Wojnę, patrząc z globalnego punktu widzenia, horrendalnie drogą. Waszyngton wydał na interwencję w Afganistanie 2,2 bln dol. (!), co uwzględnia także ponad 500 mld dol. odsetek od obligacji wojennych. Nie znamy kosztów pozostałych krajów, ale bez wątpienia idą w dziesiątki miliardów dolarów. Co za tę cenę udało się uzyskać? Afganistan podniósł się z gruzów – kto oglądał Kabul w 2001 r. i widział go w ostatnich latach, nie będzie miał żadnych wątpliwości. Nastąpiły ważne procesy emancypacyjne – prawodawstwo wyszło z mroków średniowiecza, a kilkanaście roczników dziewczynek i kobiet wkroczyło na ścieżkę edukacji. Akceptację zyskały zakazane dotąd formy spędzania wolnego czasu. Wokół nich utworzyły się całe przemysły – telewizyjny, muzyczny, sportowy – bez których Afgańczycy, szczególnie młodzi, nie wyobrażają już sobie życia, co rodzi nadzieję na społeczny opór wobec zapędów religijnych ekstremistów. Państwowość, choć daleka od przyzwoitych norm, nie ma już postaci efemerydy i chroni jej względnie silna armia i policja. Wciąż trawione korupcją i dezercjami, ale w stopniu znacznie mniejszym niż przed dekadą. Zredukowano zgubne dla Kabulu wpływy Pakistanu, głównie na skutek wojny prowadzonej przez Waszyngton na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Mówiąc obrazowo, drony zabiły już tylu pakistańskich mącicieli, że Islamabadowi przestaje się opłacać ich wysyłać. Niestety, pod Hindukusz wróciła Al-Kaida, pojawiły się również bojówki Państwa Islamskiego. Do rangi poważnego zagrożenia dla biologicznych podstaw funkcjonowania społeczeństwa urasta problem narkomanii. Dodajmy do tego talibską rebelię oraz statystyki, wedle których wojna odebrała życie 241 tys. osób, w tym 71 tys. cywilów (poległo też 85 tys. bojowników, 78 tys. afgańskich żołnierzy i policjantów, 3,6 tys. wojskowych z sił koalicyjnych). W efekcie otrzymamy bilans nienapawający optymizmem.

Trwałe dziedzictwo traumy

„Nie ma nic dobrego w wojnie. Z wyjątkiem jej końca” – stwierdził niegdyś Abraham Lincoln. Tyleż to naiwne, co nieprawdziwe, dla wielu bowiem wojna nigdy się nie kończy. Badania nad stresem pourazowym wśród żołnierzy prowadzone są od kilkudziesięciu lat. Z obserwacji Amerykanów wynika, że 20-25% weteranów zmaga się z PTSD. Dotyczy to również wojskowych służących w Afganistanie. Ponieważ skutki choroby dotykają nie tylko żołnierza, ale i najbliższych, stres pourazowy uznawany jest za chorobę rozszerzoną. Przemoc (w tym seksualna), alkoholizm, wycofanie się z życia rodzinnego i zawodowego, całe spektrum zachowań depresyjnych, często prowadzą do tragicznego finału – morderstwa lub samobójstwa. Wiosną 2019 r. 33-letni Jovonie McClendon Jr. strzelił sobie w głowę z pistoletu. Uczynił to publicznie, transmitując „wydarzenie” na Facebooku. Wcześniej zabił 6-letniego synka i ranił jego matkę. Przyczyną był PTSD. Po rozpoczęciu wojny z terrorem wskaźnik samobójstw w armii amerykańskiej wzrósł o kilkadziesiąt procent – rocznie życie odbiera sobie 300-400 żołnierzy. Te statystyki nie oddają pełni zjawiska, gdyż dotyczą wojskowych w służbie czynnej. Tymczasem większość uczestników tego konfliktu jest już w cywilu. Przez Afganistan i Irak przewinęło się 2,8 mln Amerykanów (do 2018 r.). Z raportu Narodowego Centrum Zapobiegania Samobójstwom Weteranów wynika, że każdego dnia życie odbiera sobie 18 byłych żołnierzy. Co najmniej kilku z nich służyło wcześniej w Afganistanie. W 2017 r. wśród 45 tys. Amerykanów, którzy skutecznie targnęli się na życie, 6 tys. miało status weterana. Wskaźnik samobójstw u tych ostatnich był 1,5 razy wyższy niż dla pozostałych dorosłych mieszkańców USA.

Polscy weterani też umierają z własnej ręki, czego przykładem seria samobójstw żołnierzy pułku saperskiego ze Szczecina. Trzech pozostawało w służbie, dwóch było już w cywilu; do wszystkich zdarzeń doszło w ciągu dziewięciu miesięcy. W żadnym z przypadków prokuratura i żandarmeria nie doszukały się związków między decyzją o samobójstwie a służbą w Afganistanie. Poprzestano na stwierdzeniu o trudnej sytuacji zdrowotnej i/lub rodzinnej. Skalę zjawiska zaciemniają także obiektywne kłopoty z kwalifikacją czynu. Śmierć na motocyklu dosięgła co najmniej kilku były „misjonarzy”, również tych z elitarnych jednostek. Przypadek? Wojsko niespecjalnie docieka, a gdy zmarły wcześniej odszedł z armii, całkiem umywa ręce. W Afganistanie służyło 30 tys. Polaków, do dziś PTSD zdiagnozowano u niespełna tysiąca. Stwierdzenie, iż chodzi o wyjątkowo odporny materiał ludzki, można włożyć między bajki. Stres pourazowy nie musi wcale ujawnić się od razu – często mijają lata, nim jakieś wydarzenie odblokuje chorobotwórcze wspomnienia. Przede wszystkim jednak mamy w Polsce do czynienia z postawą ukrywania problemów. Weterani nadal będący w służbie z obawy przed stygmatyzacją nie zgłaszają problemów przełożonym. Część leczy się na własną rękę, poza wojskowym system ochrony zdrowia. Podobnie rzecz się ma w przypadku byłych żołnierzy. Możemy zatem mówić o szarej strefie, zapewne znacznej, choć i tak nieporównywalnej z tym, co dzieje się w Afganistanie. W 20-letniej wojnie rany odniosło niemal ćwierć miliona żołnierzy i policjantów tamtejszych sił bezpieczeństwa. Zranienie wybitnie sprzyja pojawieniu się PTSD, co czyni z kontuzjowanych ogromną grupę ryzyka. Ilu faktycznie zmagało się i wciąż zmaga ze stresem – nie wiadomo. Przyczyny tej niewiedzy są dwa – kulturowe (w etosie wojownika nie ma miejsca na traumę) oraz administracyjne (brak badań na ten temat).

Naiwnym jest również założenie, że wraz z 11 września 2021 r. wojna w Afganistanie po prostu się skończy. Dla USA i Zachodu owszem, ale nie dla miejscowych. Bardziej prawdopodobny scenariusz, to powtórka z historii przerabianej po wycofaniu się Armii Radzieckiej w 1989 r. Promoskiewski rząd stał się wówczas celem mudżahedinów, a gdy go obalono, dotychczasowi sojusznicy zaczęli walczyć między sobą. Skorzystali na tym talibowie, którzy zajęli niemal cały kraj. Obecnie Al-Kaida i Państwo Islamskie nie stanowią znaczącej konkurencji dla ruchu talibów, ale jako taktyczni sojusznicy mogą okazać się pomocni. Idea odbudowy islamskiego emiratu, do której wciąż przywiązani są talibscy przywódcy, jest w dużej mierze tożsama z celami terrorystów. Rząd w Kabulu już dziś mierzy się z rebelią samodzielnie – zachodnie wojska zajęte są ochroną samych siebie, a aktywne do niedawna amerykańskie lotnictwo wyraźnie spauzowało. Kabul otrzymał jasny sygnał: „Musicie radzić sobie sami”. Waszyngton deklaruje dalszą pomoc po 11 września, tyle że finansową. Czy to wystarczy? Ruch talibski jest luźną strukturą. O jego sile nie stanowią polityczni i religijni przywódcy, a lokalni komendanci, którym przede wszystkim zależy na ochronie własnych interesów, związanych z produkcją i handlem opium. To książęta wojny, młodzi i w średnim wieku, starzy „etosowcy” bowiem od dawna nie żyją. Ich stosunek do religii jest pragmatyczny; wiedzą, że skrajna odmiana islamu ułatwia kontrolę nad lokalnymi społecznościami. Istnieje zatem cień szansy, że w zamian za deklaracje nietykalności pójdą na jakiś kompromis z rządem w Kabulu, nie oglądając się na duchowych wodzów. A jeśli nie, na rozedrganą afgańską scenę może wkroczyć kolejny duży gracz. Złoża żelaza, miedzi, złota i litu czynią Afganistan łakomym kąskiem dla Chin. Pragmatyczni Chińczycy zapewne darują sobie eksport ideologii, ale czy to uchroni ich przed ciosami lokalnych bojowników? Tereny zamieszkałe przez afgańskie plemiona od wieków cieszą się złą sławą cmentarzyska imperiów…

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 20/2021

Nz. Moździerz obsługiwany przez żołnierza Grupy Bojowej Alfa PKW Afganistan, prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski