Przewaga

– Mamy przytłaczającą przewagę nad rosją w powietrzu – mówił we wrześniu w Kijowie minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski. Co istotne, przekonywał, że przewaga ta istnieje nawet bez uwzględniania potencjału Stanów Zjednoczonych. Czyżby?

Najprościej byłoby więc policzyć samoloty. Tyle że takie porównanie więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Europejskie państwa NATO dysponują około 1,4 tys. samolotów bojowych: F-35, F-16, Eurofighterów, Rafale i Gripenów oraz starszych konstrukcji. rosja ma katalogowo niemal 1,5 tys. maszyn bojowych. W tej liczbie mieszczą się jednak zarówno nowoczesne Su-35S, Su-30SM czy Su-34, jak i starsze Su-24, Su-25 czy MiG-29.

Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że część tej floty musi zabezpieczać ogromne terytorium Federacji na wschód od Europy.

Tyle teoria. Znacznie więcej praktycznych informacji dostarcza nam wojna w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku rosyjskie lotnictwo miało nad ukraińskim ogromną przewagę liczebną i technologiczną. Dysponowało nowoczesnymi myśliwcami, samolotami uderzeniowymi, pociskami dalekiego zasięgu i rozbudowanym systemem walki radioelektronicznej. Pierwszego dnia rosjanie zaatakowali ukraińskie lotniska, radary, stanowiska dowodzenia i zestawy przeciwlotnicze. Teoretycznie robili więc dokładnie to, co należało zrobić przed rozpoczęciem intensywnej kampanii lotniczej.

Nie zrobili tego jednak wystarczająco skutecznie. Ukraińcy przed inwazją rozproszyli lotnictwo i część obrony przeciwlotniczej. Mobilne zestawy zmieniały stanowiska, radary włączano na krótko, a rosyjski system rozpoznania i dowodzenia zbyt wolno zamieniał wykryte cele w cele zniszczone. rosjanom nie udało się przeprowadzić skutecznej kampanii SEAD/DEAD – obezwładnienia i zniszczenia obrony przeciwlotniczej przeciwnika. W efekcie ukraińska OPL przetrwała pierwsze uderzenie.

To w dużej mierze przesądziło o dalszym przebiegu wojny w powietrzu. rosyjskie samoloty zeszły na małe wysokości, gdzie zaczęły ponosić straty od przenośnych zestawów przeciwlotniczych, a później coraz bardziej ograniczały loty w głąb Ukrainy. Niemal pięć lat później rosyjskie lotnictwo nadal nie może swobodnie operować nad większością terytorium przeciwnika.

Samolot to tylko czubek góry lodowej

Nie oznacza to, że lotnictwo federacji jest słabe albo że rosyjskie samoloty są kiepskie. Su-35 jest bardzo groźnym myśliwcem, MiG-31 może przenosić pociski powietrze–powietrze dużego zasięgu, a Su-34 stał się jednym z najważniejszych narzędzi rosyjskiej armii. Od 2023 roku maszyny te masowo wykorzystują bomby wyposażone w moduły szybujące. Zrzucane z dużej wysokości, często kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, pozwalają niszczyć ukraińskie pozycje bez wlatywania w najbardziej niebezpieczną część ukraińskiej obrony.

To zarazem znakomita ilustracja ograniczeń rosjan. Su-34 może zrzucić bombę z bezpiecznej odległości, ale rosyjskie lotnictwo nadal nie potrafi systematycznie „otworzyć” przestrzeni powietrznej nad Ukrainą dla dużych ugrupowań samolotów. W głębi kraju zadania uderzeniowe wykonują przede wszystkim pociski manewrujące i balistyczne oraz drony.

To właśnie tu leży jedna z zasadniczych różnic między rosyjskim a zachodnim sposobem prowadzenia wojny powietrznej. rosjanom nie brakuje groźnych samolotów ani skutecznego uzbrojenia. Problemem pozostaje połączenie rozpoznania, dowodzenia, walki radioelektronicznej, zwalczania obrony przeciwlotniczej i lotnictwa w system zdolny do prowadzenia dużych, złożonych operacji nad bronionym terytorium.

NATO budowało swój model wojny powietrznej właśnie jako taki system. Samolot bojowy jest w nim tylko jednym z elementów. Myśliwiec otrzymuje dane z radarów naziemnych, innych samolotów i maszyn wczesnego ostrzegania. Tankowce pozwalają mu pozostawać długo w powietrzu i działać daleko od macierzystej bazy. Środki walki radioelektronicznej zakłócają radary przeciwnika, a wyspecjalizowane uzbrojenie pozwala je atakować. Nad całością pracuje system dowodzenia, który ma sprawić, by informacja o wykrytym celu jak najszybciej trafiła do tego, kto może go zniszczyć.

Dobrym symbolem tej przewagi są AWACS-y. NATO posiada 14 własnych E-3A, zdolnych do wykrywania celów na dużych odległościach i kierowania walką myśliwców. Europejskie państwa dysponują dodatkowo własnymi samolotami wczesnego ostrzegania. Sojusz ma również wielonarodową flotę dziesięciu A330 MRTT, a kolejne tankowce znajdują się w siłach narodowych.

Skala i złożoność takiego współdziałania były dobrze widoczne podczas tegorocznych ćwiczeń Ramstein Flag. NATO zebrało ponad 200 samolotów i innych statków powietrznych z nawet 18 państw, operujących z 20 lokalizacji od północnej Norwegii po Hiszpanię. Ćwiczono m.in. przełamywanie systemów ograniczających dostęp do przestrzeni powietrznej, zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową, szybką wymianę informacji oraz rozproszenie samolotów na wiele lotnisk. Innymi słowy: nie trenowano pojedynków jednego typu myśliwca z drugim, lecz działanie całego organizmu.

rosjanie też się uczą

Byłoby jednak błędem wyciągać z Ukrainy wniosek, że rosyjskie lotnictwo poniosłoby w starciu z NATO błyskawiczną klęskę. rosjanie od 2022 roku nauczyli się bardzo dużo.

Zmniejszyli ekspozycję załogowych samolotów, rozwinęli bomby szybujące i udoskonalili wielowarstwowe uderzenia dalekiego zasięgu. Dziś atak na Ukrainę może rozpoczynać fala setek Geranów i wabików, które mają wykryć i przeciążyć obronę. Za nimi nadlatują pociski manewrujące, a także trudniejsze do przechwycenia pociski balistyczne. Lotnictwo działa przy tym bezpieczniej niż w pierwszych miesiącach wojny i zachowuje zdolność do intensywnego wspierania wojsk na froncie.

rosja pozostaje również wyjątkowo trudnym przeciwnikiem z powodu naziemnej obrony powietrznej. S-400, S-300 różnych wersji, Buk, Tor i Pancyr tworzą wielowarstwowy system, uzupełniany przez radary i środki walki radioelektronicznej. Jest on daleki od niezniszczalności – Ukraińcy regularnie niszczą jego elementy – lecz właśnie wojna dowodzi, jak trudno całkowicie wyeliminować mobilną OPL.

I tutaj pojawia się najważniejsze zastrzeżenie wobec prostego odczytania słów Sikorskiego. Europejskie NATO dysponuje dużą liczbą nowoczesnych myśliwców, rosnącą flotą F-35, samolotami wczesnego ostrzegania, tankowcami i precyzyjnym uzbrojeniem dalekiego zasięgu. Nie posiada jednak zdolności równie rozwiniętych jak amerykańskie do prowadzenia na wielką skalę najbardziej wymagającej części kampanii powietrznej – systematycznego wykrywania, obezwładniania i niszczenia gęstej, mobilnej obrony przeciwlotniczej.

Europejczycy mają elementy takiego systemu. Włosi dysponują Tornadami ECR i pociskami przeciwradiolokacyjnymi AARGM, Niemcy przygotowują Eurofightera EK, a coraz liczniejsze F-35 mają ogromną wartość jako trudno wykrywalne sensory i platformy uderzeniowe. Brakuje jednak części wyspecjalizowanych zdolności walki radioelektronicznej, skali zapasów odpowiedniego uzbrojenia oraz masy, którą wnoszą Amerykanie. Dlatego „NATO kontra rosja” i „europejskie NATO kontra rosja” nadal nie są identycznymi równaniami.

Kto otworzy niebo? – zastanawiam się w dalszej części tekstu, opublikowanego w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

Dżuma

„Dżuma w rosji!”, alarmują media. Jednych to cieszy, innych przeraża, niezależnie od rodzaju reakcji sprawa wydaje się poważna. A czy jest? Przyjrzyjmy się temu, co wiadomo na pewno, by móc na chłodno ocenić sytuację.

28-letnia Daria Szypiłowa zmarła 2 października w szpitalu w Szelechowie pod Irkuckiem. Kobieta pracowała w Irkuckim Naukowo-Badawczym Instytucie Przeciw­dżumowym Syberii i Dalekiego Wschodu. W rosyjskich mediach społecznościowych szybko pojawiła się wersja, według której 25 września podczas pracy miała rozbić probówkę zawierającą Yersinia pestis, bakterię wywołującą dżumę. Później zachorowała, a jej stan gwałtownie się pogorszył.

Potem pojawiły się kolejne informacje: o ograniczeniach w pracy szpitali, objęciu osób mających kontakt z kobietą nadzorem medycznym, obowiązku noszenia masek w pobliskiej hucie aluminium. Do obwodu irkuckiego przyjechała Anna Popowa, szefowa Rospotrebnadzoru, rosyjskiej federalnej służby odpowiedzialnej m.in. za nadzór sanitarno-epidemiologiczny.

Doniesienia z Irkucka zwróciły również uwagę Waszyngtonu. Przedstawiciel Białego Domu potwierdził serwisowi Axios, że amerykańska administracja jest świadoma sytuacji, monitoruje ją i „ocenia opcje”.

Tymczasem władze rosyjskie nie potwierdzają ani wypadku w laboratorium, ani zakażenia dżumą. Rospotrebnadzor informuje o „zapaleniu płuc o nieustalonej etiologii”. Według urzędu rozszerzone badania próbek pobranych od kobiety nie wykazały mikroorganizmów związanych z jej pracą, a kontrola instytutu nie ujawniła incydentu podczas pracy z patogenami.

Po prawdzie zatem nie wiemy, czy w Irkucku rzeczywiście wydarzyło się coś niebezpiecznego.

—–

Wiemy natomiast, że miejsce, w którym pracowała Szypiłowa, jest znacznie ciekawsze, niż sugeruje określenie „laboratorium”.

Irkucki instytut powstał w 1934 roku jako centrum walki z dżumą na Syberii i Dalekim Wschodzie. Był częścią rozbudowanego radzieckiego systemu przeciw­dżumowego, którego zadaniem było wyszukiwanie naturalnych ognisk szczególnie niebezpiecznych chorób, monitorowanie ich, prowadzenie badań oraz reagowanie na epidemie.

Istnienie takiej sieci nie powinno dziwić. Na ogromnych obszarach ZSRR występowały i nadal występują naturalne ogniska dżumy, wąglika, tularemii i innych groźnych chorób. Żeby je kontrolować, potrzebni są specjaliści potrafiący pracować z niebezpiecznymi drobnoustrojami, odpowiednio wyposażone laboratoria oraz kolekcje patogenów.

Tak jest również obecnie. Irkucki instytut podlega Rospotrebnadzorowi i prowadzi badania oraz nadzór nad szczególnie niebezpiecznymi infekcjami, w tym dżumą i cholerą. Dysponuje także kolekcjami patogennych mikroorganizmów oraz wyspecjalizowanymi mobilnymi brygadami przeciwepidemicznymi.

Problem w tym, że w Związku Radzieckim granica między ochroną przed najgroźniejszymi patogenami a przygotowaniami do ich militarnego wykorzystania z czasem zaczęła się zacierać.

—–

W latach 60. radziecki system przeciw­dżumowy otrzymał nowe zadanie. Włączono go do programu o kryptonimie Problem 5, którego celem było przygotowanie ZSRR na zagrożenie biologiczne – zarówno naturalne epidemie, jak i atak przeciwnika.

Z wojskowego punktu widzenia takie kompetencje są bezcenne. Trzeba szybko wykryć użycie czynnika biologicznego, ustalić, czym zaatakował przeciwnik, pobrać i zbadać próbki, ochronić ludzi oraz zahamować rozprzestrzenianie się choroby. W 1963 roku radzieckie Ministerstwo Zdrowia nakazało utworzenie przy dziewięciu instytucjach przeciw­dżumowych mobilnych brygad. Historia takich zespołów opublikowana przez sam instytut w Irkucku mówi wprost, że miały one ograniczać skutki możliwego wykorzystania patogennych czynników biologicznych „w celach wojskowych lub dywersyjnych” przeciwko ludności cywilnej.

Na tym jednak ZSRR nie poprzestał. W latach 70. elementy systemu przeciw­dżumowego zaczęły wykonywać zadania także dla ofensywnego programu broni biologicznej o kryptonimie Ferment. Najlepiej udokumentowany jest udział ośrodków w Saratowie, Rostowie i Wołgogradzie. Ten ostatni został wręcz przestawiony na prace związane z programami biologicznymi.

Nie ma podstaw, by twierdzić, że podobną rolę odgrywał Irkuck. Badacze historii radzieckiej broni biologicznej oceniają, że tamtejszy instytut przeznaczał na zadania związane z programami wojskowymi jedynie niewielką część swojej działalności. Był jednak elementem tego samego systemu, dysponował niebezpiecznymi patogenami, specjalistami oraz wiedzą potrzebną zarówno podczas epidemii, jak i wojny biologicznej.

Dobrym symbolem tej nieostrej granicy jest Igor Domaradski. W 1957 roku, mając 33 lata, został dyrektorem instytutu w Irkucku. Później trafił do struktur tajnego radzieckiego programu biologicznego i należał do ludzi związanych z tworzeniem Biopreparatu – ogromnej organizacji prowadzącej pod przykrywką działalności cywilnej ofensywne prace nad bronią biologiczną.

W przypadku takich badań pojęcie „podwójnego zastosowania” nabiera szczególnego znaczenia. Wiedza pozwalająca chronić człowieka przed groźnym patogenem może również pomóc komuś, kto chciałby wykorzystać ten sam mikroorganizm przeciwko ludziom.

—–

To m.in. dlatego rosyjskie zapewnienia o braku zagrożenia zderzają się dziś z nieufnością. Zwłaszcza że reakcja władz wydaje się znacznie poważniejsza niż komunikat o zapaleniu płuc nieznanego pochodzenia.

Moskwa ma również historyczny problem z wiarygodnością informacji przekazywanych podczas katastrof. Najbardziej znanym przykładem pozostaje Czarnobyl. Po eksplozji reaktora 26 kwietnia 1986 roku pierwszy raport dla Politbiura informował, że pożar ugaszono, a rdzeń reaktora jest chłodzony. Przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia uznawali, że nie ma potrzeby podejmowania „specjalnych środków”, w tym ewakuacji miasta.

Tymczasem reaktor był zniszczony, a do atmosfery wydostawały się substancje promieniotwórcze. Dopiero następnego dnia władze zdecydowały o ewakuacji Prypeci. 28 kwietnia podczas posiedzenia Politbiura radzieccy przywódcy wiedzieli już, że sytuacja jest znacznie poważniejsza, niż wynikało z pierwszych informacji. Wtedy też zapadła decyzja o publicznym komunikacie.

Czarnobyl nie dowodzi oczywiście, że rosyjskie władze kłamią dziś w sprawie Irkucka. Historia ZSRR przypomina jednak, dlaczego samo zapewnienie władz, że sytuacja jest pod kontrolą, nie musi kończyć pytań. Zapewne padnie ich jeszcze wiele w najbliższych dniach…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

(Nie)wojna

Premier Donald Tusk od kilkunastu dni mówi o rosnącym zagrożeniu wyjątkowo otwarcie. 13 września, po rosyjskich atakach w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk, stwierdził, że „najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej” i nie można wykluczyć, że eskalacja obejmie również terytorium Polski. Cztery dni później w Sejmie mówił o możliwości „hybrydowych uderzeń dronami i rakietami” na państwa wspierające Ukrainę. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ocenia z kolei, że rosja wspina się po kolejnych szczeblach „drabiny eskalacyjnej”.

Jeszcze mocniej zabrzmiała wypowiedź Radosława Sikorskiego. Szef MSZ powiedział podczas wizyty w Nowym Jorku, że polskie władze otrzymują „z wielu źródeł” informacje, iż rosja „szykuje coś dużego” jeszcze w tym roku. Wymieniał przy tym różne możliwości, między innymi operację pod fałszywą flagą, która mogłaby posłużyć Kremlowi jako uzasadnienie kolejnej mobilizacji.

Inaczej akcenty rozkłada otoczenie prezydenta. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz przekonuje, że rządowa komunikacja prowadzi do niepotrzebnego „przegrzewania” tematu i może wywoływać panikę. Nie neguje jednak samego zagrożenia: przyznaje, że dalsze rosyjskie prowokacje są możliwe, a realnych niebezpieczeństw nie należy lekceważyć. Spór dotyczy więc w dużej mierze sposobu mówienia o ryzyku.

To już się dzieje

Jeśli jednak odłożyć polityczne przepychanki na bok, katalog tego, co rosja może zrobić Polsce, jest całkiem konkretny. Co więcej, części tych działań nie trzeba sobie wyobrażać.

W maju 2024 roku spłonęło centrum handlowe Marywilska 44 w Warszawie. Polskie władze początkowo nie przesądzały przyczyn pożaru, późniejsze śledztwo doprowadziło jednak prokuraturę i służby do wniosku, że było to podpalenie dokonane przez grupę działającą na zlecenie rosyjskiego wywiadu. W kwietniu tego roku do sądu trafił akt oskarżenia przeciw pięciu osobom w sprawie grupy odpowiedzialnej za podpalenia i przygotowania do nich w Polsce, na Litwie i Łotwie. Według prokuratury celem było m.in. zastraszanie ludności i oddziaływanie na opinię publiczną.

W listopadzie ubiegłego roku doszło z kolei do aktów dywersji na linii kolejowej Warszawa–Dorohusk. Prokuratura zarzuciła dwóm obywatelom Ukrainy działanie na rzecz rosyjskiego wywiadu. Uszkodzenie infrastruktury stworzyło bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy kolejowej. Po tym zdarzeniu uruchomiono operację „Horyzont”, w ramach której wojsko zaczęło wspierać służby w ochronie infrastruktury kolejowej.

To dobrze pokazuje charakter zagrożenia. rosja nie musi wysyłać do Polski własnych funkcjonariuszy. Może werbować ludzi przez internet, płacić za wykonanie pojedynczych zadań i wykorzystywać osoby, które formalnie nie mają z rosyjskimi służbami nic wspólnego. Celem mogą być tory, magazyny, zakłady przemysłowe, obiekty związane z pomocą dla Ukrainy albo infrastruktura energetyczna. Skutek dla ludzi jest jednak całkowicie realny: pożar, zatrzymane pociągi, zniszczone mienie, a w skrajnym przypadku ofiary.

Podobne działania można prowadzić bez podkładania ładunków czy wzniecania pożarów. 29 grudnia 2025 roku przeprowadzono skoordynowany cyberatak na polską energetykę. Objął co najmniej 30 farm wiatrowych i fotowoltaicznych, przedsiębiorstwo produkcyjne oraz elektrociepłownię dostarczającą ciepło niemal pół milionowi odbiorców. CERT Polska określił go jako pierwszy znany w naszym kraju cyberatak na sektor energetyczny, którego celem było wyłącznie niszczenie. Atakujący uszkodzili część urządzeń i próbowali nieodwracalnie zniszczyć dane. Nie udało im się jednak przerwać dostaw energii ani ciepła. Infrastruktura użyta podczas operacji pokrywała się z wykorzystywaną przez grupy wiązane przez zachodnie służby z rosyjską FSB.

Następna próba może być skuteczniejsza. Dla mieszkańca miasta rosyjski atak nie musi więc oznaczać widoku samolotów czy czołgów. Może oznaczać brak prądu, ogrzewania, wody albo problemy z komunikacją. Sam minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, uzasadniając program wzmacniania cyberbezpieczeństwa wodociągów, mówił, że jeden skuteczny atak może odciąć wodę i sparaliżować funkcjonowanie całego miasta.

Wojna bez wystrzału

Są też działania mniej spektakularne, ale odczuwalne przez tysiące ludzi. rosja od lat zakłóca nad Bałtykiem sygnały nawigacji satelitarnej. Według danych zebranych przez Ośrodek Studiów Wschodnich tylko od stycznia do kwietnia 2025 roku odnotowano ponad 122 tys. lotów nad regionem, podczas których zgłoszono zakłócenia GNSS. Nie oznacza to, że samolot po utracie GPS natychmiast znajduje się w niebezpieczeństwie – lotnictwo korzysta również z innych systemów nawigacyjnych. Zakłócenia zwiększają jednak obciążenie załóg i kontrolerów oraz zmniejszają przewidywalność ruchu.

Do tej samej kategorii należą cyberataki na instytucje publiczne i przedsiębiorstwa, próby ingerowania w systemy teleinformatyczne czy działania przeciw infrastrukturze krytycznej. Nie każdy taki incydent można oczywiście przypisać rosji. Skala zagrożenia rośnie jednak szybko: w 2025 roku krajowe zespoły reagowania na incydenty cyberbezpieczeństwa obsłużyły niemal 273 tys. zdarzeń, o 144 proc. więcej niż rok wcześniej.

rosja próbuje również wpływać na to, jak Polacy interpretują prawdziwe wydarzenia. Po ubiegłorocznej dywersji na linii Warszawa–Dorohusk w polskojęzycznej infosferze pojawiła się kampania przerzucająca odpowiedzialność na Ukrainę. Ministerstwo Cyfryzacji opisywało schemat: prawdziwe zdarzenie, oficjalny komunikat, następnie alternatywna narracja i w końcu oskarżenia wobec Ukraińców. Podobne działania wykorzystują historyczne spory polsko-ukraińskie, przestępstwa popełniane przez obywateli Ukrainy czy napięcia związane z uchodźcami.

Ich celem nie musi być przekonanie Polaków, że rosja ma rację. Wystarczy pogłębianie konfliktów, osłabianie zaufania do instytucji państwa i podważanie poparcia dla Ukrainy. Z perspektywy Moskwy szczególnie atrakcyjne są przy tym operacje łączące kilka narzędzi: najpierw rzeczywisty akt sabotażu, później rozpowszechnianie fałszywych informacji o jego sprawcach, a na końcu wykorzystanie wywołanych w ten sposób emocji.

To właśnie tutaj przebiega dziś najbardziej problematyczna granica między pokojem a wojną. NATO jednoznacznie deklaruje, że poważny cyberatak lub inne działania hybrydowe mogą zostać uznane za zbrojną napaść i doprowadzić do uruchomienia art. 5. Nie określa jednak z góry progu – każda sytuacja ma być oceniana indywidualnie.

Na końcu tej skali znajduje się zagrożenie najbardziej oczywiste – klasyczne uderzenie wojskowe. O czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne – ze mną i własne

SkyNet?

Czy grozi nam SkyNet? Nie, ale…

Bilal Chughtai, były badacz bezpieczeństwa sztucznej inteligencji w Google DeepMind, nie bawił się w ceregiele. Kilka dni temu powiedział Reutersowi wprost, że dalszy rozwój AI może doprowadzić nawet do zagłady ludzkości. Z firmy odszedł w lipcu, uznając, że nie chce uczestniczyć w wyścigu, który jego zdaniem może zakończyć się utratą kontroli nad tworzonymi systemami. Podobną decyzję ogłosił Jacob Coxon, pracujący wcześniej w OpenAI i Anthropic. Opuścił tę drugą firmę, choć oznaczało to rezygnację z dużych pieniędzy. Uznał, że nie chce pomagać w rozwijaniu technologii, której skutków sami twórcy nie potrafią przewidzieć.

Obydwu można by uznać za radykałów, gdyby podobne głosy nie zaczęły dochodzić ze szczytów branży. 12 września Dario Amodei, szef Anthropic, wezwał największe firmy zajmujące się AI do zwolnienia wyścigu. Jego zdaniem najsilniejsze laboratoria powinny zgodzić się m.in. na wpuszczenie niezależnych ekspertów, którzy mieliby szeroki dostęp do informacji o tworzonych modelach i pojawiających się problemach. Amodei ostrzegł przy tym, że bez dodatkowych zabezpieczeń w ciągu sześciu–dwunastu miesięcy możemy znaleźć się w sytuacji, w której ogromna liczba działających samodzielnie programów AI będzie wykonywać zadania w internecie.

I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Amodeiego poparli jego najwięksi konkurenci. Sam Altman, szef OpenAI, zgodził się, że rozwój najpotężniejszych modeli należy prowadzić wolniej i zapowiedział podobne otwarcie firmy na zewnętrzną kontrolę. Demis Hassabis, stojący na czele Google DeepMind, uznał propozycję Amodeiego za właściwy kierunek. Elon Musk napisał krótko: „Dario ma rację”. Ludzie, którzy od lat konkurują o pieniądze, specjalistów i technologiczne pierwszeństwo, przynajmniej w tej jednej sprawie zaczęli mówić podobnym głosem.

Altman poszedł dalej. Kilka dni później przyznał publicznie, że ludzie „mają rację, że się tego boją”. Wskazał dwa zagrożenia. Pierwszym jest utrata kontroli nad coraz potężniejszą sztuczną inteligencją. Drugim – skupienie możliwości, jakie daje AI, w rękach jednej osoby, firmy albo państwa. Jednocześnie szef OpenAI przekonuje, że branża będzie potrafiła stworzyć odpowiednie zabezpieczenia. Altman nie twierdzi więc, że katastrofa jest nieunikniona. Przyznaje jednak, że możliwość utraty kontroli nie jest już problemem, który można zbyć wzruszeniem ramion.

Skąd ten niepokój? M.in. stąd, że firmy tworzące najbardziej zaawansowane modele zaczęły obserwować zachowania, których same nie planowały.

O tych zachowaniach – konkretnych przykładach – poczytacie w rozbudowanej wersji artykułu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”; oto link do tego materiału. Na użytek tego wpisu przejdę od razu do „części wojskowej”.

Wyobraźmy sobie dwie armie dysponujące podobnym uzbrojeniem. W pierwszej dron wykrywa pojazd. Obraz ogląda operator, informacja trafia do stanowiska dowodzenia, ktoś potwierdza cel, ktoś inny wybiera środek rażenia i dopiero wtedy wydawany jest rozkaz. Całość trwa kilka minut (na poziomie typowego batalionu bojowego WP jest to obecnie ok. 10 minut).

W drugiej armii obraz analizuje komputer. Sam rozpoznaje pojazd, ustala jego położenie, sprawdza, czym można go zniszczyć, i przedstawia człowiekowi gotową propozycję. Dowódca tylko naciska „tak”. Mijają sekundy.

Która armia ma przewagę?

A teraz zróbmy następny krok. Przeciwnik usuwa również ostatnie „tak”. Od wykrycia celu do otwarcia ognia mijają sekundy. Możemy pozostać przy swoim systemie, w którym ostateczną decyzję zawsze podejmuje człowiek. Tyle że zanim ją podejmie, przeciwnik może już strzelać.

I tu pojawia się pułapka. Ludzie tworzący sztuczną inteligencję mówią właśnie: musimy zwolnić, zachować kontrolę, stworzyć zabezpieczenia. Wojna wymusza coś przeciwnego. Szybciej wykrywać. Szybciej analizować. Szybciej decydować. Szybciej strzelać.

Im więcej decyzji oddamy komputerowi, tym większą możemy uzyskać przewagę. I tym mniej czasu pozostanie człowiekowi na sprawdzenie, czy komputer nie popełnia błędu.

Problem staje się jeszcze poważniejszy, gdy spojrzymy nie na pojedynczą armię, lecz na rywalizujące państwa. USA mogą uznać, że pewnego poziomu samodzielności maszyn nie chcą przekraczać. Nie mają jednak gwarancji, że podobną decyzję podejmą Chiny. Państwa NATO mogą stworzyć restrykcyjne zasady używania AI. Nie wiedzą, jakie zasady przyjmie rosja.

Ten sam mechanizm działa dziś w cywilnym wyścigu największych firm. Anthropic może zwolnić, ale ryzykuje wtedy, że wyprzedzi go OpenAI. OpenAI musi brać pod uwagę Google, a wszystkie amerykańskie firmy – konkurentów z Chin. Dlatego tak znaczące jest to, że Amodei, Altman, Hassabis i Musk zaczęli mówić o potrzebie wspólnych zasad. Żaden nie chce zostać jedynym zawodnikiem, który zdejmuje nogę z gazu.

W wojsku ten mechanizm będzie jeszcze silniejszy, bo stawką nie będzie pozycja firmy na rynku, lecz życie żołnierzy i wynik wojny. Nie trzeba przy tym wierzyć w najbardziej katastroficzne prognozy dotyczące AI. Wystarczy przyjąć to, co już dziś widać: im więcej zadań maszyny wykonują szybciej od człowieka, tym silniejsza staje się presja, by oddawać im kolejne.

Na wojnie szybkość jest przewagą. Sztuczna inteligencja nie musi więc pewnego dnia postanowić, że przejmie kontrolę nad polem walki. Wystarczy, że człowiek będzie jej tej kontroli oddawał po kawałku – ponieważ za każdym razem będzie miał ku temu bardzo rozsądny powód.

Największym wojskowym zagrożeniem związanym z AI nie musi być zatem dzień, w którym maszyna postanowi rozpocząć wojnę. Znacznie wcześniej może nadejść dzień, w którym człowiek nadal będzie mógł ją wyłączyć, ale dowódca nie odważy się tego zrobić. Bo po drugiej stronie przeciwnik swojej nie wyłączył.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Stosownie do tematu grafika wygenerowana przez AI.

Wygoda

rosja może testować naszą obronę bardzo tanio, podczas gdy skuteczna odpowiedź wymaga od Polski ludzi, sprzętu i pieniędzy. A użycie broni wcale nie musi kończyć sprawy – może dopiero rozpocząć jej kolejną odsłonę.

Dziś o godz. 11.08 rosyjski śmigłowiec wojskowy przekroczył polską granicę na północ od Braniewa. Mi-8 przyleciał od strony obwodu królewieckiego, znalazł się około 300 metrów w głębi naszego terytorium i po 42 sekundach wrócił nad rosję. Maszynę śledziły polskie systemy radiolokacyjne, poderwano samoloty myśliwskie, a naziemne środki obrony powietrznej pozostawały w gotowości. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych uznało, że charakter incydentu wskazuje na kolejną próbę testowania przez rosję gotowości polskiej obrony powietrznej.

—–

Warto przy tym zwrócić uwagę na miejsce incydentu. Mi-8 nie nadleciał od strony uzależnionej od rosji Białorusi, lecz bezpośrednio z obwodu królewieckiego. Granica polsko-białoruska od kilku lat funkcjonuje w warunkach podwyższonej gotowości związanej z kryzysem migracyjnym. Stacjonują tam tysiące żołnierzy Wojska Polskiego, działają Straż Graniczna i policja. Nie oznacza to oczywiście, że wzdłuż granicy stoi szczelny kordon przeciwlotniczy – bo nie taki jest cel muru – ale państwo utrzymuje tam znacznie większe siły niż w normalnych warunkach i co najważniejsze, dysponuje rozbudowanym systemem obserwacji.

Wzdłuż granicy z obwodem królewieckim sytuacja jest inna, a rosjanom mogłoby zależeć na tym, by ten stan zmienić. Dlaczego? Choćby po to, by narobić nam kosztów. No bo co właściwie mielibyśmy zrobić, żeby następny rosyjski śmigłowiec nie mógł powtórzyć takiego manewru? Najprostsza odpowiedź brzmi: wzmocnić ochronę granicy. Fajnie, ale wyciągniętych z koszar żołnierzy trzeba zakwaterować, wyżywić, wyposażyć i utrzymywać w gotowości przez całą dobę. A i tak żołnierz z karabinem nie stanowi przeciwwagi dla wojskowego śmigłowca. Jeśli chcemy mieć realną możliwość jego zwalczania, potrzebujemy systemów przeciwlotniczych bardzo krótkiego lub krótkiego zasięgu, odpowiedniego rozpoznania, łączności i ludzi obsługujących cały ten system.

Możemy oczywiście skierować tam takie zestawy. Problem w tym, że nie mamy ich w nieskończonej liczbie. System rozmieszczony przy granicy z obwodem królewieckim nie będzie w tym samym czasie chronił lotniska, infrastruktury krytycznej, stanowiska dowodzenia czy zgrupowania wojsk w innym miejscu. Można wreszcie zwiększyć aktywność lotnictwa, ale oznacza to kolejne godziny nalotu, zużycie paliwa, części i resursu maszyn oraz dodatkowe obciążenie pilotów i personelu naziemnego.

I tu ujawnia się zasadnicza asymetria takich prowokacji. rosja może wykonać jeden lot śmigłowcem i na kilkadziesiąt sekund przekroczyć granicę. Polska, jeśli chce mieć pewność, że następnym razem będzie w stanie zareagować szybciej i skuteczniej, musi rozważać stałe przesunięcie ludzi i sprzętu oraz ponoszenie związanych z tym kosztów. rosjanie wykonują jeden manewr, my musimy przygotowywać się na setki następnych.

—–

Załóżmy, że następnym razem sytuacja wygląda inaczej. Że śmigłowiec wlatuje głębiej albo nie zawraca, zapada więc decyzja o użyciu broni. Polska rakieta trafia Mi-8, a wrak spada po naszej stronie granicy. Z wojskowego punktu widzenia problem został rozwiązany. Z politycznego i informacyjnego – właśnie się zaczął.

rosja mogłaby natychmiast stwierdzić, że jej śmigłowiec nigdy świadomie nie naruszył polskiej przestrzeni. Albo pójść dalej: utrzymywać, że maszyna została ostrzelana jeszcze nad terytorium rosyjskim, a dopiero uszkodzona, na skutek gwałtownego manewru lub utraty sterowności, przekroczyła granicę i rozbiła się w Polsce. To oczywiście scenariusz hipotetyczny, ale doskonale mieszczący się w logice rosyjskich operacji informacyjnych.

Polska odpowiedziałaby zapisami radarowymi. Później doszłyby dane z innych sensorów, oględziny wraku, być może informacje zapisane przez urządzenia pokładowe. Ustalenie przebiegu zdarzenia byłoby więc przede wszystkim problemem technicznym. Tyle że technika potrzebuje czasu, a dezinformacja nie.

Zanim specjaliści zabezpieczyliby wrak, rosyjska wersja wydarzeń krążyłaby już w internecie. Nie musiałaby nawet brzmieć szczególnie wiarygodnie. Wystarczyłoby postawić kilka pytań: skąd wiadomo, że śmigłowiec był nad Polską? Dlaczego wojsko nie publikuje wszystkich zapisów radarowych? Czy naprawdę trzeba było strzelać? Czy ktoś próbuje wciągnąć Polskę do wojny?

I bez dwóch zdań znalazłaby się w Polsce grupa odbiorców gotowa uznać, że oficjalna wersja wydarzeń jest co najmniej podejrzana. Nawet gdyby późniejsze badanie jednoznacznie potwierdziło naruszenie polskiej przestrzeni, część ludzi pozostałaby przy pierwszej wersji. Nie dlatego, że rosyjska narracja musiałaby ich przekonać. Wystarczyłoby, że zasiała wątpliwość.

—–

Jeśli Dowództwo Operacyjne ma rację i rosjanie rzeczywiście nas sprawdzali, testowi mogły podlegać nie tylko radary i wyrzutnie. Interesujący jest cały łańcuch reakcji, w tym reakcja polityczna, komunikacja państwa i wreszcie sposób, w jaki wydarzenie zostanie przyjęte przez społeczeństwo.

Każde z tych ogniw można później próbować wykorzystać. Wolną reakcję przedstawić jako słabość. Szybką i zdecydowaną – jako agresję. Brak strzału – jako strach przed rosją. Zestrzelenie – jako polską prowokację.

Na tym właśnie polega wygoda działania poniżej progu otwartego konfliktu. Inicjator wybiera miejsce, czas i skalę zdarzenia. Druga strona musi zdecydować, jak odpowiedzieć, i w każdym wariancie ponosi nieproporcjonalnie wyższe koszty.

PS. W środę rosjanie potrzebowali do tego śmigłowca i 42 sekund. U nas porachunki tych, którzy wiedzą lepiej – zarówno zwolenników strzelania jak i „nieprowokowania rosji” – idą w najlepsze…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.