Durak

Wczoraj durny ruski pilot na Su-35 usiłował zaczepić Francuzów lecących dwoma myśliwcami Rafale. Zbliżył się, wykonał kilka niebezpiecznych manewrów, Francuzi zareagowali.

Do zdarzenia doszło podczas lotu patrolowego wzdłuż granicy iracko-syryjskiej.

Pilotowi moskowii może i nie zabrakło brawury, ale umiejętności owszem. Co w żaden sposób nie dziwi, wziąwszy pod uwagę to, co prezentuje sobą rosyjskie lotnictwo nad Ukrainą.

Tak czy inaczej, z incydentu Francuzom pozostanie pamiątka w postaci załączonego kadru z systemu optoelektronicznego jednego z Rafali.

A gdyby tak Francuzowi osunął się palec. Ehhh…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Myśliwiec Rafale/fot. Siły Powietrzne Republiki Francuskiej

Chaos

Wojna w Iraku miała potrwać kilka tygodni, a przerodziła się w długoletni konflikt, którego skutki dotknęły wiele innych krajów.

20 marca 2003 r. – a więc dokładnie 20 lat temu – rozpoczęła się wojna w Iraku, druga na przestrzeni kilkunastu lat. O 5.30 czasu lokalnego pierwsze amerykańskie bomby i pociski manewrowe spadły na Bagdad. Operacji „Iracka wolność” nie poprzedziły wielotygodniowe, zmasowane naloty i uderzenia rakietowe, jak podczas pierwszego konfliktu z 1991 r. Wojska lądowe z miejsca przystąpiły do akcji, z zamysłem szybkiego przejęcia roponośnych obszarów Iraku, ich zabezpieczenia, a następnie kontynuacji uderzeń w głąb kraju. Siły międzynarodowej koalicji liczyły niespełna 300 tys. żołnierzy – 248 tys. Amerykanów, 45 tys. Brytyjczyków, 2 tys. Australijczyków i mniej niż 200 Polaków. Saddam Husajn wystawił przeciw nim półmilionową armię składającą się z żołnierzy, elitarnych gwardzistów i kiepsko wyszkolonych, za to wysoce zmotywowanych (jak się wydawało…) fedainów.

Samorzutna dezorganizacja

Mało kto wierzył wówczas, że wyposażone w posowiecki sprzęt, właściwie pozbawione lotnictwa irackie wojsko będzie stawiało długi, zorganizowany opór. Choć dużo mniej liczni, koalicjanci dysponowali miażdżącą przewagą technologiczną, nie bez znaczenia były też kwestie kulturowe. Armie kręgu judeochrześcijańskiego już od dawna górują nad arabskimi – w dyscyplinie, organizacji, kulturze technicznej czy myśli strategicznej. W taki sposób mści się na Arabach prymat religii nad nauką i jej praktycznymi zastosowaniami. Tym niemniej – spodziewano się przed 20 marca – część Irakijczyków tanio skóry nie sprzeda. W ujawnionych po latach dokumentach Pentagonu, przyszłe amerykańskie straty szacowano na 10 tys. zabitych i rannych, a opanowanie Iraku miało zająć sześć do ośmiu tygodni. Rzeczywistość okazała się dużo mniej wymagająca.

Koalicjantów – wbrew przyjętym w Waszyngtonie założeniom – nie witały rozentuzjazmowane tłumy miejscowych. A w kilku miejscach irackie wojska twardo postawiły się najeźdźcom – Brytyjczykom w Basrze, Amerykanom w An-Nasariji, Al-Hilli i Karbali. W którymś momencie na przeszkodzie stanęła również pogoda – piaskowe burze wyhamowały rajd marines oraz zmusiły lotnictwo do ograniczenia działań. Mimo to już 7 kwietnia Amerykanie otoczyli Bagdad. Spodziewali się walk o każdą ulicę, byli więc kompletnie zaskoczeni, gdy wysłana do zajęcia lotniska grupa pancerna, uporawszy się z zadaniem, bez trudu wjechała do centrum miasta. Po ukazaniu się w mediach relacji z zajęcia pałacu Husajna, obrona stolicy uległa samorzutnej dezorganizacji. Dezercjom całych oddziałów towarzyszyły akty oddawania się do niewoli członków irackich władz. 9 kwietnia Bagdad znajdował się już formalnie pod kontrolą sił inwazyjnych. Stojący na ich czele gen. Tommy Franks poinformował o przejęciu władzy w całym kraju.

Saddam Husajn uciekł ze stolicy – złapano go w grudniu 2003 r. na głębokiej prowincji. Ucieczką salwowali się też jego dwaj psychopatyczni synowie – Udaj i Kusaj; zabito ich w lipcu tego samego roku podczas próby pojmania. Krwiożerczy reżim – odpowiedzialny za śmierć 200 tys. własnych obywateli (w co nie wlicza się ofiar niezwykle brutalnej wojny iracko-irańskiej), upadł niczym domek z kart w trzy tygodnie. Amerykanie zwlekali z ogłoszeniem zakończenia działań zbrojnych – uczynili to dopiero 1 maja. Z pompą, na lotniskowcu USS Abraham Lincoln, na pokład którego prezydent George W. Bush dotarł wojskowym samolotem rozpoznawczym. Okręt stał u wybrzeży USA, na wysokości San Diego, ale ceremonię poprowadzono tak, jakby polityk przyleciał na Bliski Wschód. Teatralność tego wydarzenia nie zmieniała faktu, że Bush miał powody do satysfakcji i fety. Zajęcie Iraku kosztowało sprzymierzonych 214 poległych i trzy razy tyle rannych – kilkunastokrotnie mniej, niż przewidywano. Dla porządku dodajmy, że na skutek bombardowań i walk zginęło ponad 7 tys. irackich cywilów. Liczba zabitych żołnierzy armii Husajna nie jest znana – szacuje się ją na około 10 tys.

Kraj na krawędzi

Szybko okazało się, że zająć kraj to jedno, a okupować go to drugie – znacznie poważniejsze wyzwanie. Pierwsze symptomy katastrofy dało się zauważyć w Bagdadzie tuż po zdobyciu miasta. Zniknięcie Husajna i pojawienie się amerykańskich żołnierzy skłoniły mieszkańców do wyjścia na ulicę. Rozpoczął się festiwal niszczenia pamiątek po dyktaturze, czego najbardziej symbolicznym przykładem było obalenie okazałego pomnika Saddama na głównym stołecznym placu (co uczyniono przy pomocy Amerykanów). Sprawy jednak wymknęły się spod kontroli – upust tłumionej latami frustracji i bieda pchnęły tłum do siedzib rządzącej partii Baas, urzędów i biur, posterunków policji, aresztów, więzień. Potem na celownik wzięto sklepy, prywatne domy, rozpoczął się rabunek zasobów bagdadzkiego muzeum. Amerykanie zaś stali z boku, nawet gdy zaczęły się samosądy – niekiedy motywowane potrzebą zemsty na reżimowych łajdakach, często będące tylko sąsiedzkimi porachunkami, dla niepoznaki ubranymi w szaty „słusznego gniewu”. „Tłuszcza się wyszumi i sytuacja wróci do normy”, zakładali wojskowi. Nie wróciła.

Fala grabieży dotknęła także istotne elementy infrastruktury (znamy to, w ograniczonym zakresie, z własnego podwórka – gdy PKP musiały wstrzymywać ruch z powodu kradzieży torów). Dodajmy do tego politykę okupantów, którzy rozwiązali dotychczasowe siły bezpieczeństwa (wojsko, policję, służby specjalne), a osobom należącym do partii Bass odmówili prawa do dalszej pracy w urzędach i instytucjach publicznych. Zignorowano fakt, że w kraju Saddama Husajna każdy, kto coś znaczył, musiał być członkiem partii. W efekcie, na wiele miesięcy doszło do paraliżu struktur organizujących ludziom życie. Mniejsza o urzędników – inżynierowie, którzy mogliby uruchomić uszkodzone i zdekompletowane elektrownie, puścić w ruch przepompownie i wodociągi, bali się przyjść do pracy. Więc nie przychodzili, a ludność nie miała dostępu do pitnej wody i prądu. Irak stanął na krawędzi epidemiologicznej i humanitarnej katastrofy.

A później było już tylko gorzej. Napięta sytuacja roznieciła etniczne i religijne konflikty. Zamieszkujący północ Kurdowie trzymali się z boku, ale szyici – dotąd będący obywatelami drugiej kategorii – na ostro wzięli się za łby z przedstawicielami uprzywilejowanej w czasach Husajna sunnickiej mniejszości. Coś, co w połowie 2003 r. rozpoczęło się jako powstanie sunnitów, byłych baasistów i upokorzonych wyrzuceniem z armii oficerów przeciwko siłom okupacyjnym, w połowie 2006 r. miało już postać wojny wszystkich ze wszystkimi. Sunnickie i szyickie bojówki walczyły z Amerykanami i ich sojusznikami, zwalczały nowe irackie siły bezpieczeństwa, ale z równą determinacją również siebie nawzajem. W Iraku pojawiła się nieobecna przed inwazją Al-Kaida, która wywindowała standardy przemocy na niespotykany poziom. Jej lokalny przywódca – zabity w 2006 r. przez amerykańskie lotnictwo Jordańczyk Abu Musab az-Zarkawi – zasłynął egzekucją Nicka Berga, Amerykanina, któremu ściął głowę przed kamerą. Podwładni az-Zarkawiego za cel obrali irackich szyitów, cywilów, których mordowali seryjnie w powtarzających się zamachach samobójczych.

Echa inwazji sprzed lat

Formalna okupacja Iraku zakończyła się w 2005 r., ale Amerykanie trzymali tam silny kontyngent jeszcze przez sześć kolejnych lat. 15 grudnia 2011 r. prezydent Barack Obama ogłosił zakończenie wojennej misji. Czas zweryfikował to postanowienie (o czym w dalszej części artykułu), ale faktem jest, że liczba amerykańskich żołnierzy nad Eufratem i Tygrysem spadła do symbolicznych rozmiarów. Od połowy 2021 r. jest to dwa tysiące ludzi, którzy mają za zadanie szkolić miejscową armię. W 2013 r., w 10. rocznicę inwazji, 30 ekonomistów, antropologów, politologów, prawników i lekarzy pracujących dla amerykańskiego Watson Institute, przygotowało raport pt.: „Koszty wojny”. Czytamy w nim, że liczba ofiar wojny w Iraku – żołnierzy, bojowników, policjantów, kontrahentów, pracowników mediów i organizacji humanitarnych oraz irackich cywilów – wynosiła wówczas 189 tys. osób, z czego aż 123 tys. stanowili cywilni Irakijczycy. Konflikt kosztował amerykańskich podatników 2,2 bln dol., choć już wtedy zakładano, że kwota ta zwiększy się do 4 bln dol., wliczając przyszłe odsetki od wojennych obligacji. Autorzy „Kosztów…” nie przewidzieli kolejnej hekatomby, choć złowrogie zwiastuny wisiały już w powietrzu.

Trudno obarczyć USA (i ich sojuszników) winą za wywołanie wojny domowej w Syrii, ale pośredni wpływ na eskalację tego konfliktu można Amerykanom przypisać. To z chaosu wywołanego inwazją z 2003 r. wyłoniło się tzw. Państwo Islamskie (ISIS), działające początkowo w Iraku, a później także w sąsiedniej Syrii. W czerwcu 2014 r. bojownicy z ISIS proklamowali powstanie kalifatu na zajętych przez siebie terytoriach obu państw. Gdziekolwiek się pojawili, towarzyszyła temu kampania terroru wymierzona nie tylko w mniejszości etniczne i religijne, ale we wszystkich, którym można było zarzucić niezbyt gorliwe przywiązanie do radykalnych zasad islamu. W praktyce oznaczało to swobodne podejście do kwestii winy, co skutkowało całym szeregiem zbrodni wojennych. Rok 2014 był najkrwawszym w historii wojny w Syrii – zginęło wówczas 76 tys. osób. Miażdżąca większość to cywilne ofiary sadystycznych praktyk „wymiaru sprawiedliwości” ISIS.

W tym samym roku Waszyngton – dotąd obojętny wobec cierpienia Syryjczyków – zdecydował się na ograniczoną interwencję. Kampania lotnicza wymierzona w ISIS, prowadzona przy wsparciu innych krajów NATO, z konieczności objęła też północny Irak. Lotnictwu towarzyszyły działania amerykańskich sił specjalnych, które do spółki z regularną armią Bagdadu i kurdyjskimi peszmergami wyzwoliły zajęte przez ISIS irackie ziemie. Do 2019 r. Państwo Islamskie przestało istnieć jako zorganizowana struktura, choć jego pogrobowcy nadal objawiają się w zapalnych punktach globu. Irak zaś wszedł na ścieżkę względnej stabilizacji, uboższy o 300 tys. zabitych obywateli. W kraju, podobnie jak w Syrii, nie działa blisko połowa szpitali i placówek ochrony zdrowia. Występują poważne problemy z wodą, potęgowane zmianami klimatycznymi. Remonty zniszczonych wodociągów, przepompowni, stacji uzdatniania utrudniają brak pieniędzy i niedosyt wykwalifikowanej kadry. Gros ludzi mieszka w prowizorycznych warunkach – np. w zrujnowanym podczas wyzwalania z rąk ISIS Mosulu – powszechny jest kłopot z dostępem do edukacji i pracy. Wojna oraz jej konsekwencje zmusiły do migracji ponad 9 mln Irakijczyków – uchodźców wewnętrznych i zewnętrznych. Wyjazd do stabilnych krajów Europy wciąż wydaje się rozsądnym sposobem na poprawę warunków życia. W takich okolicznościach na naszą wschodnią granicę docierają echa inwazji sprzed 20 lat.

Mroczna statystyka

Irak poharatał też Amerykę. Bezpośrednie straty – 4,6 tys. poległych żołnierzy, 3,6 tys. zabitych kontraktorów (najemników), ponad 70 tys. rannych w obu grupach – wobec ogromu zaangażowania wydają się minimalne. Przez Irak i Afganistan – traktowane w USA jako jeden konflikt, tzw. wojna z terrorem – przewinęło się 3 mln żołnierzy. Ale to tylko jedno z oblicz mrocznej statystki, inne to koszty odroczone, np. te związane ze stresem pourazowym. Po 2001 r. wskaźnik samobójstw w armii amerykańskiej wzrósł o kilkadziesiąt procent – rocznie życie odbiera sobie 300-400 żołnierzy. Te dane dotyczą wojskowych w służbie czynnej, a większość uczestników konfliktu jest już w cywilu. Każdego dnia samobójstwo popełnia 18 byłych żołnierzy, z których większość służyło w Afganistanie i/lub Iraku. W 2017 r. na 45 tys. Amerykanów, którzy skutecznie targnęli się na życie, 6 tys. miało status weterana. Wskaźnik samobójstw dla tych ostatnich był 1,5 razy wyższy niż dla pozostałych dorosłych mieszkańców USA.

Naukowcy z projektu „Koszty wojny” szacują, że wydatki na opiekę nad weteranami wojen toczonych po 11 września 2001 r. wyniosą od 2,2 do 2,5 bln dol. do 2050 r. Koszty takiej opieki w 2001 r. pochłaniały 2,4 proc. budżetu federalnego, w 2020 r. już 4,9 proc., mimo że liczba żyjących weteranów wszystkich wojen toczonych przez USA spadła z 25,3 do 18,5 mln. Ponad 40 proc. weteranów z Iraku i Afganistanu jest dziś uprawnionych do dożywotniej renty z tytułu niezdolności do pracy. Dla porównania, między II wojną światową, a pierwszą wojną w Zatoce Perskiej, ów odsetek nie przekraczał 25 proc.

Ale są też inne statystyki, ważniejsze dla nas, bo dotyczące Polaków. Byliśmy w Iraku od samego początku – GROM wziął udział w ataku na platformy wiertnicze w Umm-Kasr w pierwszych minutach wojny. Między 2003 a 2008 r. utrzymywaliśmy nad Eufratem i Tygrysem własną strefę okupacyjną. Ten etap kosztował życie 28 obywateli RP i rany kolejnych 150 – żołnierzy, dziennikarzy, kontraktorów i pracownika Biura Ochrony Rządu – oraz 2 mld zł (800 mln zł to wartość zużytego i pozostawionego w Iraku sprzętu). W 2016 r. posłaliśmy na Bliski Wschód samoloty F-16, które operowały z Kuwejtu i 60 żołnierzy sił specjalnych – bezpośrednio do Iraku. Oba komponenty weszły w skład koalicji powołanej do walki z ISIS. Polacy (przynajmniej oficjalnie) nie brali udziału w operacjach kinetycznych – myśliwce wykonywały zadania rozpoznawcze, a komandosi zajęli się szkoleniem irackich specjalsów. Misja szkoleniowa utrzymywana jest w Bagdadzie do dziś. Do dziś też – mimo początkowego entuzjazmu – nie udało się Polsce przekuć wojskowego zaangażowania w ekonomiczne korzyści. Koncern zbrojeniowy Bumar (obecnie PGZ) zarobił co prawda na kontraktach z Irakijczykami blisko 400 mln dol., ale na tym kończy się lista korzyści dla naszej gospodarki.

Kto pchnął Amerykę ku wojnie?

Po co więc to wszystko było? My, Polacy, wyruszyliśmy na Bliski Wschód, by wykazać się jako wierny sojusznik Stanów Zjednoczonych. Z perspektywy Warszawy był to rodzaj transakcji wiązanej (co do której istniała pełna ponadpartyjna zgoda) – my wam nasz ograniczony udział, wy nam dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa.

A USA? Dyskusji o przyczynach amerykańskiego zaangażowania nie sposób oderwać od kwestii ideologicznych, zwłaszcza stosunku do amerykańskiej supremacji. Na pewno niezasadny okazał się oficjalny powód interwencji – konieczność likwidacji irackiej broni masowego rażenia oraz związków z Al-Kaidą. Bagdad nie miał takiej broni, a terroryści pojawili się tam post factum, zwabieni amerykańską obecnością. Jeśli Waszyngton chciał zbudować w Iraku demokrację, nigdy nie stworzył ku temu odpowiednich warunków. Okupanci najpierw przywieźli „w teczce” nowe władze, potem przymykali oko na wyborcze łajdactwa i korupcję miejscowych elit, którym w 2005 r. oddali stery. Na końcu chodziło już tylko o takie lawirowanie między etnicznymi i religijnymi mieliznami, by ograniczyć skalę rozpasanej przemocy. A gdy to się wreszcie udało, Amerykanie Irak porzucili. Gaz, ropa, dominacja nad zasobami? Jeśli taki cel przyświecał interwentom, sami go unieważnili. Rozwój technologii ułatwił amerykańskim firmom eksploatację krajowych złóż ropy w miejscach dotąd wykluczonych z uwagi na wysokie koszty, pozwolił też na masowe wydobycie gazu łupkowego. W efekcie, w drugiej dekadzie XXI w., USA stały się energetycznie samowystarczalne, ba, terminale portowe dotąd nastawione na odbiór kopalin, przebudowano w infrastrukturę służącą do wysyłki złóż.

Czy wielkie zyski sektora zbrojeniowego wystarczą, by stwierdzić, że to lobby przemysłowo-militarne pchnęło Amerykę ku wojnie? Badania z lat 2001-2003 jasno dowodzą, że opinia publiczna w Stanach domagała się stanowczych reakcji na zamachy z 11 września. Amerykanie, ujmując rzecz dosadnie, musieli komuś spuścić łomot. W Afganistanie poszło za łatwo, a Irak wciąż miał status niedokończonej wojny. Bush-senior w 1991 r., wyrzuciwszy żołnierzy Husajna z Kuwejtu, przerwał obiecującą ofensywę, pozwalając irackiemu reżimowi przetrwać kolejne 12 lat. Amerykanie mają głęboko zakorzenioną niezgodę na opresyjne, dyktatorskie formy rządów, co w połączeniu z imperialnymi ambicjami daje wysoką gotowość do zbrojnych interwencji za granicą. Bush-junior zapragnął zapisać się w historii jako ten, który zamknął sprawę irackiego tyrana. Osobistym ambicjom sprzyjało poparcie gawiedzi, które powiodło żołnierzy na iracką pustynię. Nie foruję żadnego z wymienionych czynników – abstrahując od „mądrości po fakcie” uważam, że wszystkie w jakiejś mierze złożyły się na amerykańskie motywacje. Jakiekolwiek by one nie były, Irak wpadł z deszczu pod rynnę. Skutki tej „ekspozycji na ulewę” świat odczuwa do dziś…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Bartoszowi Zajdzie, Zbigniewowi Cichańskiemu i Piotrowi Duszyńskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Żołnierze 8. Dywizji Armii Irackiej, nowej, stworzonej po 2003 r. Ćwiczenia pod okiem polskich instruktorów (i dziennikarzy), jesień 2008 r./fot. Marcin Ogdowski

—–

PS. Szanowni, jutro wyjeżdżam do Ukrainy, przez tydzień więc będzie mnie tu mniej. Ale wrócę z nowymi zdjęciami i – przede wszystkim – z masą nowych spostrzeżeń; najlepszych, bo naocznych. Ufam, że wybaczycie taką nieobecność.

Prawdopodobnie uda mi się co jakiś czas wrzucić coś na Facebooku i Twitterze – zachęcam więc do obserwowania moich kont. A po powrocie, w kolejnym tygodniu, do lektury rozbudowanych relacji.

Kopuła

Najpierw trochę historii.

W maju 2021 roku świat śledził kolejną odsłonę izraelsko-palestyńskiego konfliktu w jego gorącej odmianie. Podczas 11 dni zginęło 254 Palestyńczyków, a blisko 1900 zostało rannych. Śmierć poniosło również 13 Izraelczyków, 355 raniono. Dysproporcja ogromna, ale wcale nie musiała taka być, wziąwszy pod uwagę fakt, że Hamas wystrzelił w tym czasie na Izrael ponad 4 tys. rakiet. Zakładając – w oparciu o izraelskie źródła – że 80 proc. z nich nie stanowiło zagrożenia, upadły bowiem na terenach niezamieszkałych, każdy z pozostałych 800 pocisków mógł zabić i ranić od kilku do kilkudziesięciu osób. Historycznie patrząc, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Wszystkie izraelsko-arabskie konflikty po 1948 roku kończyły się dużo większymi stratami Arabów. O ile w przypadku zmagań żydowsko-palestyńskich przyczyny leżały w dramatycznej różnicy potencjałów, o tyle w wojnach międzypaństwowych (sześciodniowa, Jom Kippur), Egipcjanie, Syryjczycy czy Jordańczycy mieli dość atutów, by odnieść zwycięstwa. Przegrywali i ginęli w starciu z umiejętną kombinacją lepszej motywacji, wyszkolenia i technologii. Z biegiem czasu ta ostatnia zaczęła odgrywać coraz większą rolę – czego ucieleśnieniem stała się „Żelazna kopuła”.

Izrael jest 15 razy mniejszy od Polski. Całe jego terytorium znajduje się w zasięgu rakiet działającego w Strefie Gazy Hamasu. W zależności od dystansu dzielącego żydowskie osiedla od Gazy, ich mieszkańcy mają od 15 s. do 1,5 min. na schronienie się w razie ostrzału. To czas, który „wyszarpała” dla nich „Żelazna kopuła” – gdyby bazować na wizualnej obserwacji, osoby przebywające w rejonie ataku dowiadywałby się o nim post factum (po pierwszej eksplozji). Pasywna część systemu składa się ze stacji radarowych i centrów dowodzenia, które wykrywają start rakiet, obliczają ich trajektorię i punkty uderzenia. „Kopuła” współpracuje z systemem ostrzegawczym dla ludności – na podstawie płynących z niej informacji, sektorowo uruchamiane są syreny alarmowe. Alarm rozlega się także w telefonach komórkowych osób przebywających w zagrożonych rejonach – za sprawą obowiązkowej aplikacji. Aktywna część systemu to baterie antyrakiet Tamir. Każda z nich składa się z 3-4 wyrzutni po 20 antyrakiet. Tamiry wystrzeliwane są do celów zmierzających na tereny zamieszkane – dla pewności posyła się po dwa pociski. Początkowo antyrakieta leci kursem zadanym przez centrum dowodzenia, w trakcie lotu ma możliwość samodzielnego manewrowania. Zniszczenie wrogiej rakiety następuje poprzez eksplozję w jej pobliżu. Z uwagi na niesłychanie krótki czas na reakcję, cały proces jest w pełni zautomatyzowany.

„Iron Dome” (ang.) ignoruje rakiety, których trajektorie uzna za niegroźne. Skuteczność w przypadku pozostałych celów waha się od 80 do 90 proc. „Kopuła” ma 10 lat, wciąż jest udoskonalana. Składa się z kilkunastu baterii – dziś jest ich wystarczająco dużo, by mówić o pełnym pokryciu kraju. Są one mobilne, lecz jak wszystko mają też ograniczoną wydajność. Wyrzutnię po odpaleniu 20 antyrakiet trzeba załadować – czas załadunku to pilnie strzeżona tajemnica izraelskiej armii, ale nawet przy założeniu, że trwa to szybko (kilka minut?), okresowa niezdolność części systemu może mieć znaczenie przy zmasowanym ataku. Intensywność ubiegłorocznej wymiany ciosów dowodzi, że Palestyńczycy próbowali przeciążyć „Kopułę”. Nie zdołali, także z uwagi na jakość własnego arsenału. Ich rakiety mają krótki zasięg, niski pułap lotu, są niekierowane, czyli lecą torem balistycznym, stosunkowo łatwym do wyliczenia. Są za to tanie – i na tym polega ich podstawowa zaleta. Kosztują po kilka tysięcy dolarów, gdy pojedynczy Tamir to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy (w zależności od źródeł, mówi się o 40-70 tys. dol.). Relacja zysków do kosztów związanych z funkcjonowaniem „Kopuły” wydaje się zatem zaburzona, ale w Izraelu nie ma właściwie dyskusji na ten temat. Przyjmuje się, że straty społeczeństwa i gospodarki i tak byłby wyższe, gdyby odpuścić sobie aktywną ochronę przed rakietami. Zniszczona i uszkodzona infrastruktura, odszkodowania z tytułu śmierci i ran, niewypracowany dochód, koszty leczenia itp. – wydatki szłyby w wielkie sumy w przypadku każdej pojedynczej eksplozji. W takim ujęciu „Iron Dome” to po prostu dobra inwestycja.

O której wspominam z dwóch powodów. Piszecie w komentarzach (na moim profilu), że „Kopuła” przydałaby się Ukrainie, z czym trudno się nie zgodzić. Nie sądzę jednak, by Jerozolima zdecydowała się na przekazanie uzbrojenia. I nie chodzi tu o kwestie polityczne czy ekonomiczne, a o etniczne uwikłanie Izraela, gdzie żyją liczne społeczności żydowskie pochodzące zarówno z rosji, jak i Ukrainy; obie wciąż emocjonalnie związane z dawnymi ojczyznami. Tym, moim zdaniem – czyli niechęcią rządu do rozbudzania wewnętrznych napięć – należy tłumaczyć izraelską wstrzemięźliwość w reakcji na rosyjsko-ukraiński konflikt.

Piszę też o „Kopule” sprowokowany komentarzem red. Wyrwała z Onetu, który był łaskaw stwierdzić, że skoro rosjanie wystrzelili w poniedziałek na Ukrainę 84 pociski, a Ukraińcy zestrzelili 56, to obrona przeciwlotnicza „nie wygląda najlepiej”, bo mniej więcej jedna trzecia rakiet jednak spadła na miasta. Zignorowałbym ten niemądry głos, lecz nie roznosi się on w próżni; ileś osób może uznać tę argumentację za sensowną, o zyskach, jakie przynosi rosyjskiej kampanii zastraszania i dezinformacji tylko wspomnę.

Do brzegu. 65 proc. skuteczność (odsetek zestrzeleń) nie świadczy o nienajlepszej kondycji obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej. Przeciwnie. Oczywiście, wskaźnik o 20-30 punktów procentowych wyższy – jak w przypadku „Kopuły” – byłby pożądany, ale trudno taki wynik osiągnąć, gdy cele manewrują. Nie lecą jak palestyńskie Hassany łatwo przewidywalnym/wyliczalnym torem balistycznym, ale operują w trzech płaszczyznach (na boki, w górę, w dół, niektóre dodatkowo hamują/przyśpieszają). Co więcej, manewrowość narzuca konieczność „zdejmowania z nieba” wszystkiego, co wlatuje w przestrzeń powietrzną Ukrainy – bo długo nie wiadomo, w co dany pocisk czy dron-samobójca ma uderzyć. Komputery balistyczne „Iron Dome” „na wejście” ignorują znaczącą większość rakiet, wyliczywszy, że tam, gdzie Hassany spadną, nikomu krzywdy nie wyrządzą. Poza „poprawianiem statystyki” – czego ignorować nie wolno, ma to bowiem ogromne znaczenie psychologiczne – taka preselekcja podnosi ekonomiczną efektywność systemu. Przywołajmy na chwilę wymienione na wstępie liczby. Hamas wystrzelił w maju 2021 roku 4 tys. rakiet, ale tylko do zniszczenia 800 z nich posłano antyrakiety. Po dwie, czyli 1600 sztuk. Sporo, ale 1600 to nie 8 tysięcy. Przy uśrednionej cenie Tamira (55 tys. dol.) mamy tu oszczędności na poziomie 350 mln dol. A wojna to również (a w ostatecznym rozrachunku może i przede wszystkim) domena księgowo-materiałowa – wygrywa ją ta strona, która potrafi zmobilizować/wdrożyć/pozyskać więcej zasobów.

Zasoby ukraińskiej obrony przeciwlotniczej są ograniczone. Ta ich część bazująca na posowieckiej technice jest już znacząco zużyta, nowe, zachodnie systemy dopiero od niedawna są wdrażane i nadal jest ich niewiele. W takich okolicznościach każda wyrzutnia i każda rakieta są na wagę złota, o kosztochłonnym „cementowaniu nieba” nie ma mowy. Mogę sobie wyobrazić skuteczność systemu chroniącego tak wielki obszar, jak w przypadku Ukrainy, na poziomie wyższym niż 65 proc. Wystarczy gęstsze nasycenie bateriami antyrakiet, na co mogą sobie pozwolić najbogatsze kraje świata (chciałem napisać „bogatsze niż Ukraina”, ale wpadłbym tu w pułapkę – Polska jest znacznie zasobniejsza, a dziś – bez wsparcia sojuszników – nasza obrona przeciwlotnicza jest dziurawa jak szwajcarski ser). Ale nawet ci najbogatsi w kalkulacjach ryzyka przewidują margines akceptowalnych strat. Nie każdemu zagrożeniu da się w pełni przeciwdziałać, bronione obiekty mają różną szeroko rozumianą wartość. Rosyjski ostrzał z poniedziałku – jakkolwiek w wymiarze czysto humanitarnym zasługuje na miano barbarzyńskiego – z perspektywy wojskowej przyniósł marne skutki. Szkody w infrastrukturze krytycznej szybko naprawiono, a i w aspekcie terrorystycznym trudno mówić o rosyjskim sukcesie, gdy zginęło raptem kilkanaście osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Tak Ukraińców zastraszyć się nie da.

Co przywodzi nas do osoby architekta planu zastraszania przez ostrzały – gen. Siergieja Surowikina, nowego głównodowodzącego rosyjskimi siłami w Ukrainie. Media piszą o nim w tonie przestrachu, podkreślając zasługi generała w Syrii. Surowikin miał tam „dobić” antyasadowskie bojówki, wykazując się przy tym nie lada okrucieństwem wobec cywilów. Jeśli pokonanie wroga miało oznaczać zniszczenie obiektów cywilnych, to je niszczono, nie zważając na straty uboczne. W gruncie rzeczy nic w tym nadzwyczajnego – to modus operandi rosyjskiej armii – no ale generał SS ma tu mieć wybitne zasługi. „To odrażająca postać, ale niestety dobry fachowiec”, pisze o nim red. Wyrwał.

Czy na pewno? Surowikin trafił do Syrii, gdy antyasadowskie powstanie chyliło się już ku upadkowi. Tytuł bohatera rosji zawdzięcza kontynuacji działań swoich poprzedników, m.in. gen. Aleksandra Dwornikowa (kolejnego neosowieckiego dowódcy, który na Bliskim Wschodzie wykazał się niezłą skutecznością, a w Ukrainie kompletnie sobie nie poradził). Oczywiście mógł sprawę zawalić, ale przy tak niskiej jakości przeciwniku, byłoby to naprawdę trudne. Jedyne, co może przemawiać za jego fachowością – wyrastającą ponad rosyjskie standardy – to zrozumienie potrzeby koordynacji działań lotnictwa i sił lądowych. Surowikin wie, że bez bezpośredniego wsparcia z powietrza nie da się przełamywać frontów. W Syrii mu to wychodziło, a jak będzie w Ukrainie?

Ano właśnie. Dziś, w ciągu zaledwie 18 minut (między 8.40 a 8.58), Ukraińcy zestrzelili aż cztery rosyjskie śmigłowce (prawdopodobnie Ka-52). Maszyny prowadziły misje wsparcia ogniowego dla własnych wojsk. Surowikin zapewne pogonił niemrawe dotąd lotnictwo do roboty, ale wyszło jak wyszło. Armia ukraińska to nie syryjskie bojówki, najlepsi rosyjscy piloci już nie żyją bądź są w niewoli. Kompetencje reszty pozostają nienajwyższe, a sprzęt awaryjny i zużyty (wychodzi niska jakość wykonania skutkująca krótką żywotnością). Brak precyzyjnej amunicji zmusza do niebezpiecznych manewrów, wystawiając załogi (dziś piszemy o śmigłowcach, ale dotyczy to również pilotów samolotów) na ryzyko zestrzelenia. Surowikin ponoć ma na koncie kilka samobójstw podwładnych, co może oznaczać, że jest dowódcą wysoce zmotywowanym – aż do granic desperacji – i nie odpuści swoim lotnikom. Będzie ich słał do walki bez względu na okoliczności. No ale – parafrazując popularne powiedzenie – „z gówna tortu zrobić nie zdoła”.

—–

Nz. Centrum Kijowa po rosyjskim ataku rakietowym/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zwyrole

Wczoraj do sieci wyciekł szokujący film, którego bohaterem jest rosyjski żołdak. To materiał dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, przedstawia bowiem… kastrację ukraińskiego jeńca. Nie ma pewności czy Ukrainiec tortury przeżył, mamy za to pełną jasność co do tożsamości oprawcy. Identyfikacja nie nastręczała żadnych problemów, gdyż zwyrodnialec nie unikał kontaktu z kamerą. I generalnie z pasją dokumentował swoje wcześniejsze wojenne wyczyny. Ukraińcy ujawnili jego pełne dane, włącznie z adresem zamieszkania w Kałmucji i numerami telefonów (co ciekawe, Facebook zawiesił funkcjonowanie jednego z największych polskich fanpejdży militarnych – Konflikty po II wojnie światowej – gdzie pojawił się post na temat Kałmuka; oficjalny zarzut wobec administratora – stalking). Zwyrol zapewne wpadnie niebawem w ukraińskie ręce. Dla dobra „standardów społeczności” nie napiszę, czego mu życzę…

Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Przed południem rosyjskie ministerstwo obrony podało, że w wyniku ukraińskiego ostrzału Ołeniówki – miejscowości w pobliżu Doniecka – zginęło 40, a rannych zostało 75 ukraińskich jeńców [1]. W ataku użyto wyrzutni Himars – twierdzą Rosjanie. Trafiona hala znajdowała się w bliskiej odległości od linii frontu, jeńcy zostali do niej przeniesieni… wczoraj późnym wieczorem, gdy niesławny filmik „latał” już po sieci. Nie ma żadnych materialnych i wizualnych dowodów wskazujących na użycie Himarsów (a mówimy o systemie, który rejestruje każde użycie). Jest za to przedziwny zbieg okoliczności – oto pojawia się dowód na koszmarne traktowanie jeńców, po czym następuje sytuacja, w której Ukraińcy – co najmniej na skutek zaniedbań – zabijają własnych żołnierzy pojmanych przez przeciwnika. W medialnym slangu mówi się o takich działaniach jako o „próbach przykrycia”, odwrócenia uwagi (ostatecznie, czym jest jeden okaleczony wobec kilkudziesięciu ofiar?). Innymi słowy, w mojej ocenie to Rosjanie sami ostrzelali miejsce przetrzymywania jeńców, by później zwalić winę na Ukraińców (i przy okazji, nacechować negatywnymi skojarzeniami przeklęty z ich perspektywy system Himars). I oni, i separatyści, w „samo-ostrzałach” mają wielkie doświadczenie, uskuteczniane od 2014 roku. Sądzę, że towarzyszyła im także inna motywacja – chęć zabicia jeńców, świadków i ofiar brutalnego traktowania. Kastracja wcale nie musiała być „wypadkiem przy pracy”. Wracający z niewoli ukraińscy jeńcy opowiadają o regularnych prześladowaniach – może nie tak skrajnych, ale dokuczliwych. A wracają tylko ci, którzy do wymiany „się nadają” – tacy, co to nie widzieli i nie doświadczyli „za wiele”.

O tym, że Rosjanie wobec jeńców potrafią wybić się na wyżyny barbarzyństwa, wiemy nie od dziś. W Syrii również mieliśmy do czynienia z potworną przemocą. Zasłynęli z niej przede wszystkim najemnicy z Grupy Wagnera – hołubionej przez Putina przybudówki do wywiadu wojskowego GRU. Wydobywanie zeznań przy pomocy młota kowalskiego czy spalenie spętanej osoby, to jedne z wielu wizualnych dowodów tych zbrodni.

Wiele lat temu – na długo zanim islamscy fanatycy zaczęli ucinać ludziom głowy – zanurzyłem się w świat darknetu. Zawodowo, mając w planach materiał na temat snuffów i mondo movies – filmów dokumentujących prawdziwe sceny śmierci i tortur, bądź ich realistyczne inscenizacje. Są ludzie, których takie rzeczy kręcą – i niestety, nie jest ich mało. W każdym razie wówczas, w początkach lat 2000., gors prawdziwych materiałów stanowiły filmy wideo, kręcone w Czeczenii. Zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej wojny. Mój boże, czego tam nie było; ucinanie dłoni, na żywca, czeczeńskiemu jeńcowi to jeden z „delikatniejszych” zapisów. Co istotne, zwyrodnialcy w mundurach rosyjskiej armii mogli liczyć na niemal całkowitą bezkarność – na palcach jednej ręki można policzyć procesy wytoczone wojskowym za ekscesy z jeńcami i wobec ludności cywilnej (wobec której masowo stosowano gwałty).

Tym większe jest moje zdziwienie, gdy zdaję sobie sprawę, że synowie ofiar rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii służą dziś Putinowi.

A przecież nie oni jedyni. Wspomniany zwyrol to Kałmuk, nieproporcjonalnie duży odsetek sił inwazyjnych stanowią też Buriaci i przedstawiciele innych mniejszości, które Moskwa – ta etnicznie rosyjska – od dawna trzyma twardo pod butem. W tej najnowszej odsłonie rasistowskiego dramatu, jakim jest inwazja Ukrainy, traktując „skośnych” jako mięso armatnie. Ginie ich tylu, jakby Rosja nie była krajem, gdzie ponad dwie trzecie ludności stanowią „biali”.

I zginie więcej, oto bowiem, via Krym, zmierza na zachodni brzeg Dniepru, w okolice Chersonia, tysięczny odwód ściągnięty z dalekiego wschodu. W całości buriacki. Zabawne, że wielu z tych żołnierzy, rzuconych do walki pod hasłem „obrony prawa do posługiwania się językiem rosyjskim”, nawet nie potrafi się nim porozumiewać. Ale mniejsza o to – w sytuacji, w której ukraińska ofensywa na południu rozkręca się na dobre, los rzuconych na prawobrzeżny przyczółek oddziałów zdaje się być przesądzony. Żołnierze będą mieli szczęście, jeśli trafią do niewoli – tylko czy Ukraińcy zechcą brać jeńców po tym, co zobaczyli wczoraj i dziś? Bardziej prawdopodobny jest powrót do domu, w drewnianych skrzyniach, jak te ze zdjęcia.

Tak proszę Państwa, tak Matka Rosja oddaje rodzinom „poległych bohaterów”. W skrzyniach ze zbitych byle jak klepek.

PS. O tym, że Rosja to państwo z klepek, świadczy historia Żory Chaczunca, skazanego właśnie na cztery i pół roku kolonii karnej o ścisłym reżimie. Mężczyzna miał ukraść sprzęt stanowiący wyposażenie samolotu „dnia zagłady” – specjalnej maszyny ministerstwa obrony, służącej najważniejszym politykom – w tym Putinowi – do zarządzania w przypadku ataku nuklearnego. „Do tego zdarzenia miało dojść pod koniec 2020 roku w Taganrogu. Mężczyzna, który już wcześniej miał konflikt z prawem, został zatrzymany pod zarzutem udziału w kradzieży. Chociaż nie przyznał się do winy, to według rosyjskich śledczych wraz ze wspólnikami wszedł on na pokład samolotu używając drzwi awaryjnych. Następnie złodzieje zdemontowali i ukradli sprzęt, który stanowił wyposażenie samolotu, po czym pozbyli się łupu w nieustalony bliżej sposób” – podaje Gazeta.pl. Na stronie rosyjskiego Interfaxu czytamy, że „kradzież została odkryta przez jednego z pracowników kompleksu lotniczego i naukowo-technicznego w Taganrogu. W oświadczeniu skierowanym do policji napisał on, że z samolotu, który stacjonował na lotnisku Jużnyj od 2019 roku, skradziono dokładnie 39 elementów wyposażenia technicznego i pięć radiostacji”. Nie wiemy, jakie konsekwencje spotkały pracowników ochrony, strzegących jednego z najważniejszych obiektów należących do rosyjskiego państwa i armii. Wyobrażacie sobie podobną historię z udziałem Air Force One? Bo ja nie…

[1] Najnowsze (popołudniowe) doniesienia mówią o 53 zabitych.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ślepy

7 kwietnia 2017 roku amerykańskie siły zbrojne uderzyły w syryjską bazę al-Shajrat – był to odwet za przeprowadzony właśnie z tego lotniska atak na cywilów z użyciem broni chemicznej, do jakiego doszło kilka dni wcześniej. Amerykański cios przyszedł z oddali i przyjął postać pocisków samosterujących Tomahawk. Flota USA odpaliła wówczas 59 rakiet; mowa o egzemplarzach z wcześniejszych serii produkcyjnych, niemniej każdy z nich wart był około miliona dolarów. Co ciekawe, amerykańskie rakiety dosięgły celu, mimo iż wspierający Assada Rosjanie mieli w Syrii zestawy przeciwlotnicze S-400, reklamowane jako doskonale nadające się do strącania zachodnich pocisków manewrujących. Wedle niepotwierdzonych informacji, Moskwa wiedziała o zamiarach Waszyngtonu, Biały Dom bowiem poinformował Kreml o ataku tuż zanim wystartowały pierwsze rakiety. Tym tłumaczono później pośpieszną ewakuację dwóch kompanii rosyjskiego wojska, które stacjonowały w al-Shajrat. Rosyjska niemoc czy zaniechanie – nie zamierzam tego rozstrzygać, bo i nie o to w tym wpisie chodzi. Rzecz w skali amerykańskiego ataku – jednorazowym użyciu, na jeden cel, niemal 60 rakiet.

Rosjanie w Ukrainie nigdy czegoś takiego nie zrobili. Najbardziej spektakularna akcja w ich wykonaniu miała miejsce 12 marca, kiedy około 30 rakiet spadło na instalacje poligonowe w Jaworowie koło Lwowa. Gromadzić się tam mieli zagraniczni ochotnicy, wspierający Ukrainę, choć bardziej prawdopodobnym zamiarem nalotu była chęć zniszczenie miejscowego centrum dystrybucyjnego zachodniej pomocy wojskowej. Co jakiś czas obserwujemy uderzenia z jednoczesnym użyciem kilkunastu rakiet, częściej kilku (jak niesławny nalot na Winnicę z minionego tygodnia), jednak gros rosyjskich ataków to pojedyncze odpalenia w pojedyncze cele. Intensywność i skupienie – podobne do zachodnich standardów w tym zakresie – obserwowaliśmy właściwie tylko w pierwszym dniu wojny; wtedy wydawało się, że agresorzy, mając całą Ukrainę w zasięgu, będą ją konsekwentnie „rozmiękczać”, systematycznymi i potężnymi uderzeniami.

Do tej pory rosyjska armia wystrzeliła około 3000 pocisków samosterujących i rakiet balistycznych. Laikom może się wydawać, że jest to ogromna liczba. Biorąc pod uwagę, że kończy nam się piąty miesiąc wojny, terytorialną rozległość Ukrainy oraz liczbę potencjalnych celów (krytyczne elementy infrastruktury, centra dowodzenia, magazyny, miejsca koncentracji wojsk) – nie, nie jest tego dużo. Wręcz dramatycznie mało, co jednoznacznie wskazuje na słabość rosyjskiej armii. Zwłaszcza w obliczu coraz częstszych przypadków sięgania po coraz starsze zapasy – radzieckie rakiety jeszcze z lat 60. – oraz wykorzystywania do uderzeń na cele naziemne pocisków przeciwlotniczych z wyrzutni S-300.

Przed wybuchem wojny Rosjanie produkowali kilka bardziej zaawansowanych systemów – najważniejsze z nich to rakiety balistyczne Iskander-M (odpalane z mobilnych wyrzutni), pociski manewrujące Kalibr (przenoszone przez okręty, w tym jednostki podwodne) oraz naddźwiękowe przeciwokrętowe pociski manewrujące P-800 Oniks, możliwe do użycia przeciwko celom naziemnym. W arsenale armii rosyjskiej znalazły się także m.in. Ch-101, Ch-59 i Ch-32 – pociski manewrujące odpalane z powietrza.

Wedle dostępnych informacji, przez całą miniona dekadę rosyjski przemysł dostarczał wojsku po 50 Oniksów i Iskanderów rocznie. Z pozostałymi był kłopot związany z dostępnością silników, wcześniej – w czasach sowieckich – produkowanych w Ukrainie. Rozpad Sowiecji i późniejsze zerwanie kooperacji z ukraińskim przemysłem zbrojeniowym zmusiły Rosjan do prac nas własnymi jednostkami napędowymi. Szło jak po grudzie, bo dla przykładu wcześniejsze wersje Kalibrów (sprzed 2014 roku) wyposażono w silniki pochodzące z… wycofanych z uzbrojenia starych radzieckich rakiet. Rosyjska zbrojeniówka potrzebowała ponad 20 lat, by opracować trzy silniki turboodrzutowe do swoich pocisków manewrujących. Mimo to możliwości produkcyjne pozostają na poziomie chałupniczym – przemysł może zaoferować armii nie więcej niż setkę silników do Kalibrów, Ch-101 i Ch-59 rocznie (łącznie). Wspomniane Ch-32 wytwarza się dopiero od 2019 roku w liczbie 20 rocznie – taka bowiem jest skala produkcji silników. Sumarycznie mam zatem nieco ponad 200 rakiet balistycznych i pocisków manewrujących na rok. Czyli proste odtworzenie arsenału do stanów sprzed inwazji to kwestia… kilkunastu lat.

A przecież nic tu nie jest oczywiste. Bo z jednej strony mamy do czynienia z mobilizacją przemysłu, z drugiej, z odcięciem od zachodnich technologii używanych na przykład w systemach celowniczych najnowszych rakiet. Problem z dostępnością komponentów pojawił się już po pierwszej serii sankcji z przełomu lat 2014-15 (wprowadzonych po aneksji Krymu i ataku na Donbas). Rosyjska zbrojeniówka przeszła wówczas na dwa tryby: „montujemy, co uda się ukraść” oraz „wtórnie wykorzystamy to, co już kiedyś wyprodukowaliśmy”. Oczywista zdawałoby się ścieżka – opracowanie zamienników – jak dotąd okazuje się ślepa. Gdy Ukraińcy wzięli na warsztat szczątki użytych przeciw nim rakiet Ch-101, wyszło na jaw, że wyposażono je w elektronikę z lat 70. Specjaliści zidentyfikowali części wyprodukowane m.in. przez fabrykę elementów radiowych w Woroneżu oraz miński zakład „Integral”. Za najnowsze uchodził system nawigacji PGI-2M, opracowany w 1977 roku. Nie dziwi zatem, że większość pocisków Ch-101 wystrzelonych do celów w Ukrainie chybiła.

Niestety, mówimy o broni wyposażonej w kilkudziesięcio-kilkusetkilogramowe głowice, więc chybienie i tak niesie ze sobą dramatyczne skutki, giną bowiem przypadkowe ofiary. Ślepy niedźwiedź wciąż pozostaje niebezpieczny.

—–

Nz. Start Kalibra/fot. MOFR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to