Ratunek

Ukraińscy wojskowi przeprowadzili pierwszą na świecie ewakuację rannego żołnierza z linii frontu za pomocą latającego drona. Ciężki sześciowirnikowiec zabrał mężczyznę z miejsca, do którego nie mogły dotrzeć ani zespoły ratownicze, ani roboty naziemne. Operacja zakończyła się powodzeniem i pokazuje, jak nowe technologie mogą zmienić sposób ratowania rannych na polu walki.

O przeprowadzeniu nietypowej operacji poinformowała 19 października 92 Samodzielna Brygada Szturmowa ukraińskich wojsk lądowych. Jej żołnierze, współpracując z innymi jednostkami, wykorzystali ciężkiego drona do ewakuacji piechura z 30 Brygady Zmechanizowanej. Mężczyzna został poważnie ranny na pozycji bojowej w rejonie Kupiańska. Według informacji przekazanych przez ukraiński szpital wojskowy stracił obie nogi.

Dotarcie do niego tradycyjnymi metodami było niemożliwe. Teren znajdował się pod stałą obserwacją rosyjskich bezzałogowców, a podejścia do pozycji były zaminowane. Ukraińcy podejmowali wcześniej próby ewakuacji z wykorzystaniem robotów naziemnych, jednak zakończyły się one niepowodzeniem. Wysłanie zespołu ratowniczego oznaczałoby narażenie kolejnych żołnierzy. Zdecydowano się więc na rozwiązanie, którego dotąd nie stosowano podczas ewakuacji rannego bezpośrednio z linii frontu.

Człowiek podczepiony do drona

Do operacji wykorzystano Heavy Shot Ayudag-6, ciężki sześciowirnikowiec produkowany przez ukraińską firmę Gurzuf Defence. Maszyna została pierwotnie zaprojektowana do zadań bojowych, przede wszystkim przenoszenia i zrzucania ładunków wybuchowych. Producent bezpłatnie udostępnił egzemplarz przeznaczony do akcji ratunkowej.

Największym wyzwaniem było przystosowanie drona do transportu człowieka. Żołnierze i konstruktorzy opracowali specjalny system podwieszenia, który miał zapewnić stabilność lotu oraz ograniczyć niebezpieczne kołysanie ładunku. Rozwiązanie sprawdzono podczas prób na terenie zakładów producenta. Dopiero później przystąpiono do właściwej operacji.

Najpierw rannemu dostarczono wyposażenie umożliwiające przypięcie się do systemu transportowego. Następnie nad pozycję wysłano odpowiednio przygotowany sześciowirnikowiec. Żołnierz, pozostając w kontakcie z operatorem, samodzielnie zamocował uprząż. Dron uniósł go i przetransportował w bezpieczniejsze miejsce, gdzie czekali inni wojskowi.

Według informacji przekazanych przez ukraińskie jednostki cała misja trwała godzinę, 14 minut i 36 sekund, a bezzałogowiec pokonał łącznie 62 km. W przedsięwzięciu uczestniczyły pododdziały 92 Brygady Szturmowej, 30 i 14 Brygady Zmechanizowanej oraz 10 Korpusu Armijnego. Operację zabezpieczano także przed zagrożeniami ze strony rosyjskich dronów i środków walki elektronicznej.

Ukraińcy opublikowali nagranie przedstawiające przygotowania i transport rannego. Materiał został rozpowszechniony również przez międzynarodowe agencje informacyjne. Nie ujawniono dokładnej daty przeprowadzenia akcji, a jej pełny przebieg nie został zweryfikowany przez niezależne źródła. Żołnierz trafił jednak do szpitala, którego przedstawiciele potwierdzili jego stan i fakt ewakuacji. Obecnie przechodzi leczenie i rehabilitację.

Roboty zamiast sanitariuszy

Wykorzystanie bezzałogowca do ratowania rannego nie jest samo w sobie nowością. Ukraińska armia od dłuższego czasu stosuje w tym celu roboty naziemne. Niewielkie pojazdy, sterowane zdalnie dostarczają na pozycje zaopatrzenie, amunicję i żywność, a w drodze powrotnej zabierają rannych. Pozwala to ograniczyć ryzyko ponoszone przez zespoły ewakuacyjne.

Skala takich działań systematycznie rośnie. Według danych ogłoszonych w czerwcu przez ukraiński 3 Korpus Armijny, jego roboty naziemne w ciągu pierwszego roku użytkowania ewakuowały ponad 600 rannych. Problem w tym, że pojazdy poruszające się po ziemi mają istotne ograniczenia. Miny, leje po pociskach, zniszczone drogi czy przeszkody wodne mogą uniemożliwić im dotarcie do żołnierza. Są też narażone na ataki rosyjskich dronów.

Bezzałogowiec latający omija część tych przeszkód i użycie go może znacznie skrócić czas dotarcia do poszkodowanego. Nie oznacza to jednak, że jest rozwiązaniem idealnym. Ciężka maszyna transportująca człowieka stanowi duży, stosunkowo łatwy do wykrycia cel. Zagrożeniem są również zakłócenia łączności, awarie techniczne i warunki atmosferyczne. W przeciwieństwie do robota naziemnego uszkodzony podczas misji dron może spaść wraz z przewożonym rannym. Dlatego przedstawiciele Gurzuf Defence podkreślają, że ewakuacja powietrzna powinna pozostawać rozwiązaniem stosowanym w ostateczności, gdy inne metody ratowania żołnierza są niedostępne. Każda taka operacja wymaga indywidualnego przygotowania i oceny ryzyka.

Październikowa operacja nie jest jedynym przykładem ukraińskich prac nad wprowadzeniem powietrznej ewakuacji medycznej – o czym przeczytacie więcej w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

Nz. Kadr z filmu udostępnionego przez ZSU.

Dobroduszność

Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna Wadim handlował ciuchami na bazarku w Bachmucie. „Wielkich pieniędzy z tego nie było”, mówi. „Ale jako dzieciaki z sierocińca, nie mieliśmy z żoną wielkich oczekiwań”, uśmiecha się lekko. „To było dobre, zwyczajne życie”, podkreśla.

Przerwał je rosyjski pocisk artyleryjski, wystrzelony w pierwszych miesiącach walk o miasto. Eksplozja zabiła żonę Wadima i jego 13-letnią córkę. Zginęły na miejscu, w gruzach własnego domu.

„Byłem wtedy w Kramatorsku, dlatego przeżyłem”, twarz mężczyzny wyraża głęboki smutek; znam dobrze to spojrzenie ludzi, którzy żałują, że to nie ich trafiło. „Załamałem się”, na moment urywa opowieść. „Minęło wiele miesięcy nim stanąłem na nogi. Zgłosiłem się do wojska, dostałem przydział do brygady szturmowej. Nasz oddział trafił na Zaporoże”, Wadim wzdycha głośno, dodając, że wysyłkę na „zerówkę” poprzedziło ledwie 19-dniowe szkolenie.

Jako obserwator, z dwoma innymi kolegami, obsadził wysuniętą pozycję. „Lisią jamę”, jak mówi. Łączność radiową szybko trafił szlag, rosjanie regularnie ostrzeliwali ich pozycję, atakowali dronami, utrudniali jakikolwiek ruch. Jeden z żołnierzy zginął („spłonął…”, Wadim nie wchodzi w szczegóły), drugi zdezerterował. „Zostałem sam”, uśmiecha się smutno.

Swoi tymczasem cofnęli się, strefa śmierci była zbyt szeroka, by próbować ją pokonać. „Tak przynajmniej mi się wydawało”, relacjonuje Wadim.

Na szczęście w powietrzu były też własne drony. Wykryły go, przez kilka tygodni co jakiś czas zrzucały mu żywność i wodę.

rosjanie nie zapomnieli o jego istnieniu – ich drony regularnie próbowały go zabić. Ewakuacja nie wchodziła w grę, Wadim tkwił w norze, co jakiś czas zdobywając się na odwagę, by wystawić głowę po prowiant.

Któregoś razu, gdy zrzut nastąpił nieco dalej, mężczyzna postanowił zaryzykować. Nie dotarł do ładunku, wszedł na minę. Własną, zastawioną przez poprzedników kilkanaście tygodni wcześniej. „Teren zarósł wysoką trawą, straciłem orientację”, tłumaczy.

Eksplozja urwała mu dwa palce u prawej stopy.

Doczołgał się do okopu, na tyle, na ile mógł, zabezpieczył ranę. A potem przez dwa miesiące – DWA MIESIĄCE – czekał na pomoc. „Pęsetą wyciągałem z rany robaki”, mówi.

Swoje drony wciąż przylatywały, ale czego by nie podrzuciły, Wadim nie miał tego, co najważniejsze – właściwej opieki medycznej. W którymś momencie uznał więc, że musi zaryzykować i przedostać się na tyły.

Na czworaka, czołgając się, pokonywał kolejne metry. „Nocą; za dnia chowałem się w krzakach”, opowiada. Po drodze minął kilka innych odciętych pozycji. Koledzy dali jeść, pić, ale nikt nie miał odwagi się przyłączyć.

Samotna wyprawa na tyły trwała 18 dni – wtedy podjął go wóz ewakuacji medycznej. I zaczęła się kolejna podróż – tym razem już nie po życie, a po zdrowie.

Gdy piszę te słowa, Wadim jest w drodze do Holandii, gdzie poddany zostanie gruntownej rehabilitacji.

Opowiadam Wam jego historię jako dowód ludzkiej niezłomności – lecz nie tylko. Wadim to ilustracja czegoś bardziej wspaniałego, budującego. „Jestem głęboko wierzącym Romem”, podkreśla na wstępie rozmowy. Dopiero później, gdy padają zacytowane za chwilę słowa, rozumiem, po co to zastrzeżenie. „Cieszę się, że nikogo nie zabiłem, że dzięki Bogu nie mam krwi na rękach”, słyszę. Wznoszę brwi, zdumiony; Wadim chyba dostrzega ów gest. „Po tamtej stronie są ludzie, tacy sami jak my”, przekonuje. Facet, któremu ruskie zabiły żonę, córkę, odebrały ukochane miasto i zdrowie. Rozpierdala mnie ta dobroduszność, zawstydza. Ale i daje nadzieję.

Dziękuję Wadimie, cieszę się, że Cię poznałem.

Ps. Na lotnisku Rzeszów-Jasionka działa hub medyczny, prowadzony przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Trafiają tam pacjenci z Ukrainy, wysyłani na rehabilitację do innych krajów w Europie. Hub jest ich pierwszym przystankiem po tej stronie granicy. Przygotowuję materiał na jego temat, już dziś zapraszam Was do lektury na łamach „Polski Zbrojnej”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wadim/fot. własne

Zima

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) rosja ma 32 duże rafinerie o łącznych nominalnych mocach przerobowych około 6,5 mln baryłek dziennie. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku rosyjskie przetwórnie były atakowane średnio raz na trzy dni.

Efekty są już widoczne. W czerwcu rosyjskie rafinerie przerabiały około 3,8 mln baryłek ropy dziennie – najmniej od ponad dwóch dekad i o około 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Produkcja benzyny była o około jedną piątą niższa niż w 2025 roku, diesla – o niemal 30 proc. Pod koniec sierpnia produkcja benzyny spadła według źródeł Reutersa do około 80 tys. ton dziennie, podczas gdy krajowe zapotrzebowanie wynosiło około 115 tys. ton. rosyjskie rafinerie pokrywały więc zaledwie około 70 proc. popytu.

W ukraińskich komunikatach pojawiają się znacznie bardziej spektakularne liczby. Kijów twierdzi, że jego ataki wyłączyły już z działania 51 proc. rosyjskich mocy rafineryjnych. Tego szacunku nie udało się niezależnie potwierdzić, a wskaźnika nie należy utożsamiać z utratą połowy rosyjskiej produkcji. Rafineria uznana za trafioną może nadal pracować, tyle że z ograniczoną wydajnością, a część uszkodzeń rosjanie są w stanie szybko naprawić.

Dlatego ważniejsze jest to, co zostaje trafione. Proste uszkodzenia instalacji pierwotnego przerobu ropy można niekiedy usunąć w ciągu tygodnia lub dwóch. Znacznie trudniej zastąpić instalacje krakingu katalitycznego, hydrokrakingu, reformingu czy hydrorafinacji, niezbędne do wytwarzania wysokiej jakości paliw. Według IEA poważnie uszkodzone urządzenia tego rodzaju mogą wymagać sześciu–ośmiu miesięcy napraw. Rafineria moskiewska, ciężko uszkodzona w czerwcu, ma według dostępnych informacji pozostać wyłączona do początku 2027 roku.

Dla Ukrainy kluczowe staje się więc nie tylko trafienie takiego zakładu, lecz możliwość ponowienia ataku, zanim odzyska on pełną sprawność. A właśnie pod tym względem sytuacja zmieniła się w ostatnich latach najbardziej. Jeszcze kilka lat temu problemem było samo dotarcie do celu położonego kilkaset kilometrów w głębi rosji. Dziś Ukraina dysponuje całą rodziną własnych środków dalekiego zasięgu. Według danych producenta FP-1 może lecieć do 2700 km, cięższy FP-2 do 700 km, a pocisk manewrujący FP-5 Flamingo – nawet do 3000 km, przenosząc głowicę o masie około 1150 kg. Producent informował latem, że FP-1 i FP-2 uczestniczą w uderzeniach na rosję niemal codziennie.

Nie wszystkie deklarowane parametry można niezależnie zweryfikować, ale zasięg przeprowadzanych ataków pokazuje, że rosyjska geografia przestała być tak skuteczną osłoną jak wcześniej. W lipcu zaatakowano rafinerię w Omsku, około 2,5 tys. kilometrów od granicy z Ukrainą. Pod koniec sierpnia poza zasięgiem ukraińskich dronów pozostawało tylko pięć dużych rosyjskich rafinerii, położonych na wschodzie kraju (w odległości 3,5-6,5 tys. km od Ukrainy).

Strategiczne znaczenie tej zmiany nie sprowadza się zatem do możliwości przeprowadzenia pojedynczego uderzenia tysiące kilometrów od frontu. Ukraina może prowadzić kampanię, w której kolejne ataki nakładają się na skutki poprzednich. rosjanie muszą więc nie tylko chronić dziesiątki zakładów rozrzuconych na ogromnym terytorium, ale również naprawiać je w tempie szybszym niż przeciwnik jest w stanie ponownie je uszkadzać. To właśnie relacja między tempem niszczenia i odbudowy może zdecydować o rzeczywistej skuteczności ukraińskiej kampanii.

—–

Czy zatem zimą rosjanom zabraknie benzyny? Popyt na paliwa zmienia się sezonowo, a rosja dysponuje ogromną infrastrukturą naftową, może ograniczać eksport i przerzucać paliwa między regionami. Już podczas tegorocznego kryzysu władze kierowały do Moskwy benzynę z Syberii oraz zwiększały dostawy z zagranicy. Nawet dalsze skuteczne uderzenia w rafinerie nie oznaczają więc, że pewnego dnia cały kraj po prostu stanie.

Nie znaczy to jednak, że zimą skuteczność ukraińskiej kampanii musi zmaleć. Przeciwnie – może zmienić się przede wszystkim rodzaj szkód, które Ukraina jest w stanie powodować. Rafineria pozostaje ważnym celem przez cały rok, bo jej wyłączenie uderza w dostępność paliw, transport i gospodarkę. Wraz ze spadkiem temperatury szczególnego znaczenia nabiera jednak druga część rosyjskiej infrastruktury: system wytwarzania i dostarczania energii elektrycznej oraz ciepła. Ta sama kilkugodzinna awaria, która latem oznacza przede wszystkim niedogodność i straty gospodarcze, podczas silnego mrozu może stać się znacznie poważniejszym problemem.

Energia elektryczna jest bowiem elementem całego systemu naczyń połączonych. Bez niej nie działają pompy i część infrastruktury wodociągowej, problemy pojawiają się w systemach ciepłowniczych, telekomunikacji, handlu czy transporcie. Im dłużej trwa awaria i im niższa jest temperatura, tym większe ryzyko, że problem przestaje ograniczać się do braku światła. Dlatego do wywołania lokalnego kryzysu nie trzeba pozbawiać energii całego regionu na wiele dni. Wystarczy poważnie uszkodzić odpowiednio dobrany element sieci i utrudnić szybkie przywrócenie zasilania.

rosjanie przekonali się o tym już poprzedniej zimy. W styczniu ukraiński atak na infrastrukturę energetyczną obwodu biełgorodzkiego pozbawił według miejscowych władz około 600 tys. mieszkańców prądu, ogrzewania i wody. Temperatura spadała poniżej zera, w Biełgorodzie wyłączono oświetlenie uliczne, a władze musiały ograniczać zużycie energii. Nie był to paraliż rosyjskiej energetyki, lecz regionalny kryzys – i właśnie dlatego jest dobrym przykładem tego, co Ukraina może próbować powtarzać tej zimy.

—–

Taki sposób prowadzenia wojny Ukraińcy znają zresztą z własnego doświadczenia. Od jesieni 2022 roku rosja systematycznie atakuje elektrownie, elektrociepłownie, stacje elektroenergetyczne i inne elementy ukraińskiego systemu. Celem nie musi być trwałe pozbawienie całego kraju energii. Wystarczy zmusić operatorów do ciągłych napraw, tworzyć niedobory mocy, powodować awaryjne wyłączenia i sprawiać, że każdy kolejny atak zastaje system osłabiony skutkami poprzedniego. Mróz zwielokrotnia konsekwencje takich działań.

Ukraina nie dysponuje potencjałem pozwalającym przenieść ten model na rosję w podobnej skali. rosyjski system elektroenergetyczny jest ogromny, rozciągnięty na tysiące kilometrów i ma znacznie większe zasoby niż ukraiński. Kijów musi ponadto dzielić ograniczoną liczbę środków dalekiego zasięgu między rafinerie, przemysł zbrojeniowy, lotniska, składy amunicji, logistykę i energetykę. Każdy dron wysłany przeciw stacji elektroenergetycznej jest dronem, którego nie użyto przeciw innemu ważnemu celowi.

To wyznacza granice możliwego scenariusza. Ukraina nie jest w stanie „wyłączyć rosji”, może jednak próbować okresowo wyłączać jej fragmenty. Najbardziej narażone są regiony zachodniej części kraju, gdzie duża liczba potencjalnych celów znajduje się w zasięgu tańszych i liczniejszych ukraińskich bezzałogowców. Im dalej na wschód, tym trudniejsza staje się operacja: potrzeba środków o większym zasięgu, rośnie czas lotu i liczba rosyjskich systemów obrony, które trzeba ominąć.

Dlatego najbardziej realnym zimowym zagrożeniem dla rosji nie jest ogólnokrajowy blackout, lecz seria lokalnych kryzysów. W jednym regionie może zabraknąć prądu, w innym problemy z energią nałożą się na niedobory paliwa, gdzie indziej trzeba będzie ograniczyć dostawy dla przemysłu albo skierować dodatkowe zasoby do napraw. Pojedynczo takie zdarzenia nie zachwieją rosyjskim państwem. Powtarzane przez kilka miesięcy mogą jednak zwiększać gospodarcze koszty wojny i – co dla Kremla również ma znaczenie – przenosić jej skutki coraz głębiej w codzienne życie rosjan.

Przez poprzednie zimy pytanie brzmiało przede wszystkim: ile ukraińskiej infrastruktury rosja zdoła zniszczyć i jak długo Ukraina będzie w stanie znosić skutki tych uderzeń. Tej zimy pytanie pozostaje aktualne, ale dochodzi do niego kolejne: ile szkód Kijów jest w stanie wyrządzić po drugiej stronie granicy. rosji nie grozi energetyczne załamanie, lecz przy utrzymaniu obecnego tempa ataków część jej mieszkańców może coraz częściej doświadczać wojny nie za pośrednictwem telewizji, ale na stacjach benzynowych, w cenach towarów, a lokalnie także we własnych mieszkaniach. Nadchodząca zima może być pierwszą, podczas której energetyczna wojna naprawdę zacznie działać w obie strony.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Naprawa zniszczonych linii energetycznych. Obwód chersoński, wiosna 2023 roku/fot. własne

Tory

rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę transportową wyraźnie się nasilają. Drony uderzają w kolej, porty i przejścia graniczne, także te położone przy zachodniej granicy kraju. Ataki zagrażają również cywilom, stąd wyjaśnienie, że rosjanom chodzi o zastraszenie społeczeństwa i złamanie jego odporności. Ale czy tylko?

W niedzielę 13 września rosyjski atak dronowy spowodował pożar stacji paliw i ciężarówek w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk. Do zdarzenia doszło niespełna 800 metrów od polskiej granicy. Odprawy trzeba było wstrzymać, a ludzi ewakuować z pojazdów do miejsc schronienia. Również 13 września rosyjski bezzałogowiec uderzył w lokomotywę pociągu w tym samym rejonie, około dwóch kilometrów od naszej granicy. Tym razem na szczęście nikt nie zginął.

rosjanie od początku pełnoskalowej wojny atakują obiekty cywilne, a ich bomby, drony i rakiety zabijają mieszkańców ukraińskich miast i niszczą domy, szkoły czy szpitale. Tylko 12 września rosyjskie naloty zabiły co najmniej 10 osób i raniły dziesiątki kolejnych. Terror jest więc ważnym elementem rosyjskiej kampanii, ale nie wyjaśnia wszystkiego.

Kręgosłup państwa na wojnie

Kolej jest obiektem cywilnym. Jeżdżą nią pasażerowie, przewożone są zboże, stal, paliwa i tysiące innych produktów. W warunkach wojny staje się jednak również jednym z najważniejszych elementów wojskowej logistyki.

Ukraina jest pod tym względem przypadkiem szczególnym. To ogromny kraj, a linia frontu liczy ponad 1200 kilometrów. Każdego dnia trzeba dostarczać na nią amunicję, paliwo, części zamienne, wyposażenie i ludzi. Przy takich odległościach i skali potrzeb kolej ma przewagę, której nie da się łatwo zastąpić transportem drogowym. Pojedynczy skład może zabrać ładunek wymagający użycia dziesiątek ciężarówek, zużywając przy tym mniej paliwa i angażując mniej ludzi. Ponadto sieć drogowa już przed pełnoskalową wojną należała do słabych punktów ukraińskiej infrastruktury. Drogi lokalne i regionalne są stosunkowo rzadkie, a duża część pozostaje w złym stanie. Wojna tylko pogłębiła te problemy – niszcząc drogi i mosty oraz kierując na pozostałe trasy jeszcze większy strumień ciężkiego transportu.

Kolej pozostaje więc jedną z głównych arterii łączących zachodnie zaplecze kraju z rejonami położonymi bliżej frontu. A właśnie na zachodniej granicy ukraiński system logistyczny łączy się z europejskim zapleczem, przez które płynie pomoc wojskowa.

O skali tego przedsięwzięcia świadczą dane natowskiej misji NSATU, która koordynuje część międzynarodowej pomocy wojskowej dla Ukrainy. W 2025 roku przez zarządzany przez nią system dostaw przeszło około 220 tys. ton uzbrojenia i wyposażenia. Jak wyliczał zastępca dowódcy NSATU gen. Maik Keller, odpowiada to ładunkowi około 9 tys. ciężarówek lub 1800 wagonów kolejowych. Większość dostaw koordynowanych przez NSATU przechodziła przez hub w Polsce, a NATO przygotowywało drugi w Rumunii.

Z punktu widzenia rosyjskiego sztabu ten system jest częścią zaplecza ukraińskiej armii. Nie oznacza to, że każdy pociąg i obiekt kolejowy automatycznie staje się celem wojskowym. Oznacza natomiast, że rosja ma wojskowy interes w ograniczeniu możliwości transportowych Ukrainy.

Naturalne wąskie gardła

Atakowanie samych torów jest mało efektywne. Uszkodzony odcinek można stosunkowo szybko naprawić albo ominąć. Znacznie bardziej opłaca się uderzać w elementy, od których zależy funkcjonowanie całego systemu: węzły kolejowe, mosty, podstacje zasilające trakcję, lokomotywownie czy tabor.

Taki wzorzec działań obserwujemy już od dawna. We wrześniu 2025 roku prezes Ukrzaliznyci Ołeksandr Percowski mówił Reutersowi o „systematycznej” rosyjskiej kampanii przeciw kolei, która nasiliła się latem. rosjanie atakowali m.in. podstacje energetyczne i kluczowe węzły. Około 30 proc. ukraińskiej sieci kolejowej znajdowało się wówczas w ciągłej naprawie, a przewoźnik zatrudniający około 170 tys. osób musiał zastępować uszkodzone systemy i organizować transport alternatywny.

Te dane pokazują, że celem takiej kampanii nie musi być całkowite sparaliżowanie kolei. Przy rozmiarach Ukrainy i odporności jej systemu transportowego byłoby to zresztą niezwykle trudne. Wystarczy pogorszyć jego działanie. Każda kilkugodzinna przerwa, konieczność skierowania pociągu objazdem, użycia lokomotywy spalinowej zamiast elektrycznej czy przerzucenia ładunku na ciężarówki oznacza opóźnienie i dodatkowy koszt. Jeśli takie zakłócenia pojawiają się jednocześnie w wielu miejscach, ich skutki zaczynają się kumulować.

Jeszcze „ciekawszym” celem są przejścia graniczne. Wewnątrz Ukrainy istnieją tysiące kilometrów dróg i linii kolejowych. Na zachodniej granicy cały ten system styka się jednak z europejską siecią transportową w ograniczonej liczbie miejsc. Dochodzi do tego różnica rozstawu torów między większością Ukrainy a państwami Unii Europejskiej, która zwiększa znaczenie terminali przeładunkowych i infrastruktury po obu stronach granicy. Powstają w ten sposób naturalne wąskie gardła: miejsca, przez które musi przejść duża część ruchu między Ukrainą a jej europejskim zapleczem.

1 września rosjanie uderzyli w przejście Orliwka na granicy z Rumunią. Odprawy ludzi i pojazdów zostały czasowo zawieszone. W sierpniu w obwodzie odeskim ogłoszono ponad 300 alarmów lotniczych trwających łącznie 238 godzin. Już samo to utrudnia funkcjonowanie transportu. Dwanaście dni później rosyjskie drony uderzyły w rejon Jagodzina przy polskiej granicy. Po tym incydencie rosyjskie MON oznajmiło, że celem ataku była infrastruktura służąca do przewozu ładunków wojskowych z Europy. rosyjskich komunikatów nie należy traktować jako wiarygodnego opisu konkretnych uderzeń – zwłaszcza gdy trafiane są obiekty cywilne. Sam wybór rejonów uderzeń pokazuje jednak zainteresowanie Moskwy zachodnimi korytarzami transportowymi Ukrainy.

A znaczenie wspomnianych korytarzy nie ogranicza się do logistyki wojskowej – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Screen z nagrania ujawnionego przez rosyjskie ministerstwo obrony. Film przedstawia atak na pociąg w pobliżu granicy z Polską.

Pancerze

Ukraina zgłasza zapotrzebowanie na większą liczbę wozów bojowych – bewupów, transporterów i czołgów. To potwierdzona informacja z dowództwa NATO zajmującego się koordynacją zachodniej pomocy. „No ale jak to!?”, mógłby rzec ktoś. „Przecież drony wyeliminowały z pola walki sprzęt ciężki…”, argumentowałby świadomy lub nie wyznawca dronozy. Z czego nie czynię zarzutu, bo łatwo nim zostać, będąc zewsząd bombardowanym doniesieniami o absolutnej dominacji bezzałogowców. Tymczasem sprawa jest bardziej złożona, co od dawna usiłuję przekazać swoim Czytelnikom.

Drony rzeczywiście ograniczyły obecność czołgów i wozów bojowych na rosyjsko-ukraińskim froncie. Na odcinkach najbardziej nasyconych bezzałogowcami redukując ich role do działających z oddali, mobilnych stanowisk artyleryjskich (czołgi) i „taksówek” podwożących żołnierzy na podejścia do „zerówek” (bwp-y i transportery). To nadal użycie zgodne z zasadami sztuki, niemniej mocno redukcyjne, pozbawione elementu ofensywnego.

Ale…

Dronami można przeciwnika szachować – razić go, gdy atakuje, dokonywać nalotów na jego pozycje obronne i, przede wszystkim, paraliżować jego logistykę. Jeśli tym działaniom będzie towarzyszyć skuteczne zwalczanie wrogich dronów – kinetyczne i z użyciem środków zagłuszania – można pokusić się o coś więcej. O przejęcie inicjatywy, czyli próbę zdobycia/odzyskania terenu.

Rzecz w tym, że drony tego nie zrobią. Potrzebny jest – jak to się mówi w anglosaskiej terminologii wojskowej – boot on the ground. Człowiek, który fizycznie zabezpieczy zdobyty obszar. Tyle że ten człowiek musi być jak najlepiej chroniony – także pancerzem. I musi mieć przewagę ogniową, czyli coś więcej niż karabin. Najlepiej coś, co będzie w stanie niszczyć ogniem bezpośrednim umocnione stanowiska wroga. Do czego idealnie nadaje się na przykład czołgowa armata (dysponująca siłą, której żaden dron mieć nie będzie).

Tak drodzy Państwo, właśnie to usiłuję Wam powiedzieć: Ukraińcy wracają do manewru na froncie. Na razie na poziomie taktycznym, w walce o niewielkie obszary, ale dotychczasowe doświadczenia znad rzeki Oskoł (na pograniczu obwodu charkowskiego i donieckiego) są obiecujące. Problem w tym, że do działań na większą skalę zwyczajnie brakuje sprzętu. Mnóstwo czołgów i wozów bojowych Ukraińcom „wyszło”, skupiając się na obronie i dronach poniekąd sami też temat zaniedbali. I stąd zwiększone zapotrzebowanie.

Podkreślmy to: warunkiem tego manewru jest zredukowanie dronowych możliwości przeciwnika. Wtórnym, ale wciąż ważnym – zabezpieczenie nacierających oddziałów na okoliczność uderzeń wrogich dronów, które mimo wszystko się przedrą. Atakować nie mogą zatem „gołe” czołgi czy bwp-y, a wozy wyposażone w systemy ochronne (co najmniej siatki i zagłuszarki). Oczywiście pod parasolem własnych dronów.

Które są bardzo ważne – jako część całego „ekosystemu”, pozwalającego na efektywną walkę, w tym przypadku natarcie.

I już na marginesie: ukraińskie doświadczenia niosą korzystny dla natowskich armii wniosek. Paraliż rosyjskich dronów otwiera drogę dla działań na lądzie, w których Sojusz ma miażdżącą przewagę techniczną nad rosjanami. Biorąc pod uwagę zaplecze finansowe, technologiczne i organizacyjne NATO, trudno mi sobie wyobrazić, by wyłączenie ruSSkich bezzałogowców stanowiło wyzwanie nie do pokonania.

Amen.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.