Nadzabijanie

Gdy zapada zmrok, Ukraina wręcz tonie w ciemności. To wojenna profilaktyka, mająca utrudnić działania agresorom, ale i efekt rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną. W miastach odrobinę światła dają uliczne sygnalizatory, da się więc bezpiecznie podróżować. Ale wraz z rogatkami – w tym przypadku mającymi postać obsadzonych przez wojsko lub policję blok-postów – zaczyna się inny poziom wyzwań. Ukraina jest ogromna, między miastami można przejechać dziesiątki kilometrów i nie natknąć się na żadną osadę. Nawet w czasach pokoju oznaczało to brak choćby minimalnej poświaty. Dobry wzrok i solidne reflektory auta były zatem pożądane już wcześniej, w realiach wojny bez nich ani rusz.

We wtorek późnym popołudniem wyruszyłem z Bachmutu wraz z trzema kolegami – tak kończył się nasz udział w konwoju humanitarnym, który zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Było już ciemno, gdy znaleźliśmy się w okolicach Izjumu. Nasz terenowy nissan dobrze sobie radził z kiepską nawierzchnią drogi, ale ta nagle się skończyła. Stanęliśmy przed betonową barierą, ustawioną – jak się wkrótce przekonaliśmy – przed wjazdem na most. Zarwany, najprawdopodobniej celowo wysadzony przez wycofujących się rosjan. Jechaliśmy tędy rano, w drugą stronę, szybko więc doszliśmy do wniosku, że gdzieś w pobliżu musi być objazd prowadzący na tymczasową przeprawę. Tylko nijak nie mogliśmy go znaleźć.

Popędzany pęcherzem, ruszyłem na zwiady. Byliśmy w centrum jakiegoś przysiółku, po obu stronach rozoranej drogi stały typowo ukraińskie niewielkie chatki. I bez wojny wyglądające jak sto nieszczęść. Nissan dawał trochę światła, a i ja przyzwyczaiłem wzrok do ciemności. Widziałem już nie tylko kontury, ale całe, pokaleczone bryły. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wrak auta – sowieckiej jeszcze łady kopiejki. I śladu żywej istotny, choćby zdziczałego psa, których na Donbasie kręcą się całe hordy.

Osada była martwa i upiornie cicha.

Nie zamierzałem wchodzić między domy; za dnia naoglądałem się tabliczek „niebezpieczeństwo – miny”. Obróciłem się, strumień światła z latarki przeczesał ścianę jednego z budynków.

– Skurwysyny – zakląłem mimowolnie na widok litery „Z” wymalowanej między oknami zrujnowanego domostwa.

Wróciłem do auta, znaleźliśmy drogę, ruszyliśmy dalej. A mnie ta „zetka” chodziła po głowie przez kolejne godziny. Żołnierze putina w ten sposób pieczętowali „powrót” przysiółków i wiosek do „rosyjskiej macierzy”. „Z” znaczyło tyle co „to nasze”. Tyle że ta naszość zwykle wiązała się z destrukcją. Ruski mir przyniósł zagładę wielu wschodnio-ukraińskim wioskom. Totalną, sprowadzającą się do stwierdzenia: byli ludzie-nie ma ludzi. Między Izjumem a Bachmutem widziałem co najmniej cztery tak potraktowane miejscowości.

Śmierć i zniszczenie, jakie niesie ze sobą rosyjska armia, są ponadnormatywne. W języku angielskim istnieje termin „overkilling”, używany w kryminalistyce, ale i będący częścią wojskowej nomenklatury. Stosuje się go do opisania działań wojennych charakteryzujących się zbytnią przesadą, nieadekwatną projekcją siły. „Nadzabijanie”, bo tak dosłownie tłumaczy się to słowo na polski, też dobrze oddaje istotę rzeczy. rosjanie w Ukrainie nadzabijają, zabijają po wielokroć – ludzi, zwierzęta, przyrodę, a wraz z nimi całą materialną osnowę stworzoną przez człowieka, służącą mu w codziennym życiu. Armia rosyjska nie walczy jak zachodnie siły zbrojnie, wyczulone, by nie niszczyć bez wyraźnej potrzeby infrastruktury niezbędnej do przeżycia cywilów. Ten imperatyw – możliwy do realizacji dzięki coraz bardziej precyzyjnej broni – jest rosjanom obcy. Obcy nie tylko dlatego, że nie mają precyzyjnych narzędzi. To konsekwencja pogardy dla życia jednostki, mocno zakorzenionej w rosyjskiej kulturze. Co na wojnie tak stawia priorytety, że nie liczą się ludzie i ich dobytek, a zdobyty teren. A choćby i za cenę totalnej destrukcji. rosja może być w ruinie, może być byle jaka – grunt, że będzie wielka, rozległa.

Nieludzka, jak to kiedyś napisał Józef Czapski.

Nie potrafię inaczej skomentować tych zdjęć. A mam ich dużo, dużo więcej…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Konwój

Zlały mi się ostatnie dni w jeden i wciąż się gubię ze wskazaniem, kiedy co się wydarzyło. Czy w poniedziałek, czy w środę – jeden czort. Między niedzielą rano a wczorajszym wieczorem spałem w łóżku zaledwie 3,5 godziny, większość czasu spędzając w aucie na trasie Kraków-Kijów-Charków-Bachmut i z powrotem (plus kilka drzemek na siedzeniu pasażera; dość, by dalej funkcjonować, za mało, by odpocząć). O czym wspominam z prośbą o zrozumienie. Podzielę się niemal wszystkim, co zobaczyłem i usłyszałem podczas tego wyjazdu – ale na raty.

Dla porządku dodam, że konwój, z którym jechałem, dowiózł do Bachmutu 15 ton pomocy humanitarnej. Wojsko z kolei otrzymało drony i generatory. Wyjazd zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog, od dawna zaangażowana w pomoc Ukrainie.

Pytacie mnie, jak jest w Bachmucie – i tym zajmę się na początek, zwłaszcza że kilka spraw wymaga wyjaśnienia.

Zacznijmy od tego, że miasto – wbrew pojawiającym się informacjom – nie jest kompletnie zrujnowane. Nam, Polakom, takie określenie kojarzy się ze zgładzoną przez Niemców Warszawą. Zrównaną z ziemią, szczególnie na terenie dawnego getta. Przedmieścia Bachmutu od wschodniej i północnej strony rzeczywiście wyglądają fatalnie, ale nawet tam nie sposób mówić o totalnej destrukcji. Niewiele jest całkiem rozbitych domów, choć sporo zostało na tyle poważnie uszkodzonych, że nie nadają się już do zamieszkania. Przykładem niech będzie rozdzielony detonacją blok ze zdjęcia. W centrum i pozostałej części miasta wiele budynków stoi nietkniętych, pośród nich wielkogabarytowe wieżowce. Mniej więcej jedna trzecia całej zabudowy nosi wyraźne ślady ostrzałów: wypalone mieszkania – czasem całe piętra – zarwane dachy, usiane dziurami od odłamków fasady, pozbawione szyb okna. Główne drogi – mimo iż zryte gąsienicami – pozostają przejezdne; powalone drzewa, lampy i słupy energetyczne na bieżąco usuwa z jezdni wojsko. Gdzieniegdzie widać leje, których liczba (wraz z opisanymi zniszczeniami) potwierdza, że Bachmut nie jest zasadniczym celem artyleryjskiego ostrzału. Bitwa toczy się pod miastem i nad nim.

Odgłosy przelatujących nad miejscowością pocisków często zlewają się w jeden nieprzerwany grzmot. Nasłuchując z pozycji „w środku miasta”, składają się nań przede wszystkim dźwięki wystrzałów, z rzadka eksplozji. „Bo biją nasi”, zapewniali mnie żołnierze. Jeden z nich, Jurij (poświęcę mu więcej uwagi w innym wpisie, gdyż to arcyciekawa postać) stwierdził wręcz: „jak zaczynały się boje o Bachmut, rosjanie mieli dziesięć razy więcej luf niż my. Teraz jest jeden do jednego”. Nie wiem, czy rzeczywiście tak się sprawy mają – z miejsc, w których byłem, miałem bliżej do pozycji ukraińskiej artylerii, a ta waliła gęsto.

„Są pięć kilometrów stąd”, mówił Jurij, gdy zatrzymaliśmy się na północno-wschodnich obrzeżach miasta. I wskazał przestrzeń u wylotu drogi prowadzącej do Sołedaru. „Na razie za daleko, by sięgnął nas ogień z broni ręcznej, ale cały czas próbują podchodzić bliżej”.

Nie, nie ludzką falą – jak często podaje się w mediach. Morska analogia jest o tyle zasadna, że rosjanie raz za razem atakują ukraińskie linie, ale nie masą. Wróg wysyła w bój kilku-kilkunastoosobowe grupy, które operują jednocześnie w wielu miejscach. „Kłują” ukraińską obronę z zamiarem zmęczenia obrońców. Wiele takich pododdziałów zostaje unicestwionych, te, którym udaje się zająć choć trochę nowego terenu, natychmiast się okopują. Determinacja i konsekwencja wsparta precyzyjnym jak na rosjan ogniem oraz umiejętnościami żołnierzy desantu. Jest ich pod Bachmutem coraz więcej, stopniowo zastępują wagnerowców. Nie chcę z tego wyciągać żadnych ogólnych wniosków, ale z tego, co usłyszałem, wynika, że w podbachmuckich bojach rosjanie przestają używać zmobilizowanych jesienią rezerwistów.

Napiszę o tym więcej w kolejnym materiale, a teraz wrócę jeszcze do miasta i jego mieszkańców. Zostało ich kilka tysięcy (taki rząd wielkości podają ukraińscy żołnierze). Starcy, którzy ani myślą opuszczać swoich domów, oraz ci, którzy nie mają gdzie, do kogo i za co uciekać. Spotkałem się z opinią, że sporo tam żulików – alkoholików, narkomanów, bezdomnych – z oburzającą jak dla mnie sugestią, że takim ludziom nie warto pomagać. Ani myślę brać udział w żenującej dyskusji, tym niemniej chciałbym zwrócić uwagę, że Bachmut pozbawiony jest prądu, gazu, ogrzewania. Że ludzie – jak mężczyzna na zdjęciu – nie zawsze mają dostęp do wody innej niż ta z kałuż. Spróbujcie przeżyć w takich warunkach, zimą, kilka tygodni – nawet najzdrowsza, rumiana buźka zmieni się w nieco żulikowate, opuchnięte oblicze, a najbardziej wyszukaną garderobę zastąpi wielowarstwowa „cebulka”.

Nie wiem, ilu spośród tych, którzy zostali, czeka na „wyzwolenie” przez armię rosyjską. Spotkałem we wtorek jedną taką osobę – starszego mężczyznę. „Będzie co będzie”, powiedział mi do kamery, wcześniej opowiadając o żonie i dzieciach, którzy jeszcze przed wojną wyemigrowali do rosji. „Chciałbym do nich, bo tu nic mnie nie trzyma”, przyznał, w rosyjskich żołnierzach widząc swój „pomost” do bliskich. Ot, donbaska rzeczywistość – w wydaniu, które słuszny gniew na rosjan często nam przesłania…

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Zetka”

Służba ojczyźnie? Tak, ale… Polacy nie chcą przymusowego poboru, co nie musi oznaczać, że mają gdzieś powinności obywatelskie związane z obronnością.

W grudnia ub.r. sporo emocji wzbudziły informacje o planach MON, które chciałoby w bieżącym roku powołać na ćwiczenia rezerwy do 200 tys. osób. „Czemu to ja miałbym iść do woja na miesiąc!? Mam rodzinę, pracę, zobowiązania…”, głosy tego typu zdawały się dominować dyskusję, cytowane w mediach i wygłaszane w serwisach społecznościowych. „Przecież mamy zawodową armię!”, podnoszono. W reakcji pojawiał się lament nad „społeczeństwem mięczaków, wygodnickich i defetystów”.

Wróciła też kwestia obowiązkowej służby wojskowej, a „Super Express” zlecił sondaż Instytutowi Badań Pollster. „Większość Polaków jest przeciwna obowiązkowej służbie!”, oznajmił tabloid. Czyli jej powrotowi, bo „zetka” została zawieszona w 2008 r. Na „nie” było 47% pytanych, za przywróceniem 37%. Aż 16% badanych wybrało odpowiedź „trudno powiedzieć/nie mam zdania”.

Wcześniej, w październiku ub.r., badania wykonane na zlecenie „Rzeczpospolitej” zaprezentował IBRiS. Za przywróceniem poboru było 35,7% badanych, przeciwko – aż 57,1%. „(…) w ostatnich miesiącach, już po wybuchu wojny w Ukrainie, odsetek osób akceptujących przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej spadł”, alarmował dziennik. W kwietniu 2022 r. wynosił on 54,2% – co także wynikało z badań IBRiS-u.

Szczegóły październikowego sondażu prezentowały się następująco. Niechętne poborowi były głównie osoby młode, w wieku 18-29 lat (77% badanych w tej grupie wiekowej), osoby 50 plus (78%) oraz mieszkańcy wsi (62%).

Skąd w nas niechęć do obowiązkowej służby, rozumianej także jako szkolenia rezerwy?

Modele obywatelskości

– Mści się pamięć o realiach „zetki” lat 90. – wyjaśnia dr Michał Piekarski z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Upływ czasu nie wymazał świadomości patologii, takich jak „fala” czy braku środków na szkolenie, skutkujący nic nierobieniem. Oczywiście, wspomnienia potrafią być wybiórcze, mamy zatem wiele nostalgicznych opowieści mężczyzn, którzy 30 lat temu dobrze się w wojsku bawili. Czy później, podczas szkoleń rezerwy. Ale mamy też wojnę za wschodnią granicą, która w brutalnych okolicznościach pokazuje, jak wielkie znaczenie ma sprzęt i wyszkolenie. Stąd bierze się rosnąca ostatnio popularność argumentu, że wojna powinna być domeną zawodowej armii. Co innego być słabo wyszkolonym i przymusowym żołnierzem, co innego dobrze przygotowanym do walki zawodowcem.

W relacjach z Ukrainy często pojawiają się wątki dotyczące „mobików”, rosyjskich rezerwistów. „Jednorazowych żołnierzy”, pchanych do walki bez należytego przygotowania i wyposażenia. Większość z nich ginie zanim zdoła użyć broni. Nikt nie chciałby dzielić losu „armatniego mięsa”, a tym przecież byłby „niczego nienauczony” adept obowiązkowej służby.

No i jest jeszcze kwestia towarzyszącej przymusowi asymetrii.

– Państwo może ograniczyć obywatelom wolność, zamykając ich w koszarach, gdy samo daje w zamian niewiele – rekonstruuje społeczne wyobrażenia dr Piekarski. – Przykłady? Proszę bardzo: dostęp do opieki zdrowotnej, do edukacji, do zasobu mieszkaniowego – wymienia politolog. – Wszystkie te zagwarantowane konstytucyjnie prawa, z których realizacją przeciętny Kowalski ma spore problemy. Bo państwo w tych obszarach źle działa albo nie działa w ogóle.

– To rzecz jasna uproszenie, ale zasadniczo możemy wyróżnić dwa modele obywatelskości – mówi dr Weronika Grzebalska z Instytutu Studiów Politycznych PAN. – Jeden wspólnotowy, republikański, jak się okazuje, podzielany głównie przez osoby o prawicowych poglądach. Drugi, który można określić mianem transakcyjnego, bliższy osobom deklarującym się jako lewicowe. W pierwszym powinności związane z wysiłkiem obronnym są mniej niedyskutowalne, prawie oczywiste, w drugim stają się przedmiotem wymiany. Ja ci służbę w wojsku, ty mi sprawnie działającą ochronę zdrowia.

Na stosunek do służby wojskowej wpływają także inne zmienne – kosmopolityzm i nierówności społeczne. Widzieliśmy to w Rosji po ogłoszeniu częściowej mobilizacji, która pchnęła ponad 350 tys. bardziej zamożnych, wielkomiejskich Rosjan ku emigracji. A plany rekrutacyjne z nawiązką realizowała „głubinka”, biedna prowincja. Etnicznie zresztą głównie nierosyjska, co jest istotnym rysem klasowych nierówności występujących w największym kraju świata. W Polsce gotowość do pójścia „w kamasze” również wiąże się z portfelem, miejscem zamieszkania oraz światopoglądem (w badaniach IBRiS z października za przywróceniem poboru najmocniej opowiadał się elektorat Zjednoczonej Prawicy – 56% wszystkich wskazań na „tak”). Co może przywieść nas do niepokojącego wniosku, że lepiej nie integrować się ze światem i zaniechać rozwoju ekonomicznego – skoro zamknięcie i bieda służą „napędzaniu” rekruta.

– Nic bardziej mylnego – uśmiecha się dr Grzebalska. – Spędziłam ostatnio trochę czasu w Finlandii, gdzie powszechna służba wojskowa to nieodzowna część obywatelskiego etosu. A mówimy o zamożnym kraju, którego mieszkańcy czerpią garściami z przywilejów wolnego świata. Dlaczego godzą się na przymus poboru? „Rosja naszego bogactwa i naszej wolności nam nie zagwarantuje”, słyszałam w odpowiedzi.

W reakcji na zagrożenie

Historia od dekad warunkuje politykę obronną Helsinek. U podstaw której leży przekonanie, że liczne rezerwy są najlepszą gwarancją bezpieczeństwa w obliczu agresywnego sąsiada. Rosji, której poczynania mobilizują nie tylko Finów. Tuż przed inwazją – w lutym u.br. – jedynie 37% Ukraińców deklarowało bezwzględną chęć walki w razie rosyjskiej agresji. Między końcem lutego a połową czerwca 2022 r. 430 tys. mężczyzn w wieku 18-60 lat wjechało do Polski, a kolejne kilkadziesiąt tysięcy uciekło do Słowacji i Rumunii. W dużej mierze dzięki łapówkom, bo poborowi (poza nielicznymi wyjątkami), nie mają prawa opuszczać Ukrainy. W tym samym czasie Kijów powiększył siły zbrojne z 200 do 700 tys., a jesienią zrezygnował z rutynowego poboru. Do kraju wróciło też 600 tys. mężczyzn, przedwojennych emigrantów zarobkowych. I jakkolwiek łączna liczba pół miliona uciekinierów robi wrażenie, stanowi 3% męskiej populacji we wskazanym przedziale wieku. Lecz nie to ma największe znaczenie, a fakt, że obecnie dziewięciu na dziesięciu Ukraińców chce toczyć wojnę do zwycięskiego końca, a komisje rekrutacyjne odsyłają rzesze ochotników, dla których nie starcza broni. Co się wydarzyło po drodze? Bucza, Mariupol, Izjum, bestialska wojna z cywilami, jaką podjęła rosyjska armia. Konkludując, czym innym są deklaracje o (nie)gotowości do służby składane w cieplarnianych, pokojowych warunkach, czym innym decyzje podejmowane w reakcji na egzystencjalne zagrożenie.

– Ślad tego dostrzegamy w sondażach – mówi Weronika Grzebalska. – Mieszkańcy wschodniej Polski przejawiają bardziej proobronnościowe postawy niż ci z zachodu, którzy w razie czego będą mieli lepsze możliwości, by ewakuować siebie i część majątku. – Ale nie siejmy paniki – apeluje socjolożka. – Nie gruntujmy narracji, w myśl której Polacy jakoś szczególnie unikają obowiązków związanych z obronnością. Bo to wcale tak nie wygląda.

Grzebalska zwraca uwagę na kwestie metodologiczne – sondaże dotyczące przywrócenia służby zasadniczej realizują różne pracownie. Inaczej zadają pytania, ale przede wszystkim zajmują się zagadnieniem bez należytej konsekwencji. CBOS jako jedyna agencja bada zjawisko od lat, a z dostarczanych danych wynika, że po 2008 r. poparcie dla idei powrotu „zetki” rośnie (w sierpniu ub.r. wynosiło 54%).

Co więcej, wielu Polaków chciałoby jakoś partycypować w wysiłku obronnym. W sierpniowych badaniach CBOS-u w zdecydowanej większości opowiedzieli się za „ideą szkoleń zwykłych obywateli w zakresie obrony na wypadek agresji obcych wojsk na nasz kraj”. Łącznie poparło ten pomysł 78% ankietowanych.

– Niestety, oferta państwa ma wybitnie militarny charakter – ubolewa dr Grzebalska. – Wymyślono kilka rodzajów służby w armii, a każda wiąże się z noszeniem broni. Nie ma nic z „niższym progiem wejścia”, obarczonego mniejszymi dylematami etycznymi. Nie każdy nadaje się do zabijania, co nie oznacza przecież, że jest nieprzydatny. Gdyby w Polsce istniała obrona cywilna z prawdziwego zdarzenia, więcej osób miałoby pojęcie, co może, co powinno zrobić w sytuacji zagrożenia. Niewiedza, brak kompetencji, skutkują wycofaniem, automatycznym „nie” dla poważnych zobowiązań. O tym również trzeba pamiętać, gdy analizujemy sondaże.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Czytelniczce o nicku MartaP, Ireneuszowi Honkiszowi, Krzysztofowi Ryłko i Marcinowi Wasilewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Archaiczny sprzęt, którego w wojsku nie brakuje, ma również wpływ na postrzeganie służby. To stąd m.in. bierze się przekonanie o „traceniu czasu”/fot. Marcin Ogdowski

Księżycowo

Okolice Bachmutu, zdjęcie satelitarne, a więc z kosmosu. Dosłownie i w przenośni, wszak mamy tu do czynienia z iście księżycowym krajobrazem. Z jakiegoś powodu rosyjska artyleria wybrała sobie za cel skrzyżowanie polnych dróg…

Oczywiście, takie dewastacje nie dotyczą całości obszarów, na których toczą się bądź toczyły walki. Zakres zniszczeń zwykle jest mniejszy, ma też różny charakter – inny w terenie polnym, leśnym, inny w obszarach zabudowanych. Przykład: „poza frontowymi częściami, Bachmut jednak nadal jako miasto istnieje. Zniszczeń jest sporo, ale w centrum niewiele jest złożonych budynków”, pisał mi przedwczoraj kolega-wolontariusz.

Sumarycznie (odwołuję się do słów Wołodymyra Zełenskiego sprzed kilkunastu dni), 174 tysiące kilometrów kwadratowych ukraińskiej ziemi zostało „skażonych” minami i niewybuchami. Odpowiada to mniej więcej obszarowi wielkości Kambodży czy Syrii. I ponad połowie powierzchni Polski…

Fot. Maxar Technologies

Ps. Sołedar nadal walczy, wbrew skarpetkosceptycznej urra!narracji.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Karuzela

Przez wiele godzin siedziałem nad tekstem do papieru (skończony!), tymczasem sporo się podziało. Późno już, więc z konieczności będzie krótko.

Dzisiejsza wyprawa Andrzeja Dudy do Lwowa mocno ubodła (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. O ból tyłków przyprawiło ich zwłaszcza jej symboliczne zwieńczenie, czyli wizyta w towarzystwie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Trudno obecnie o lepszy symbol polsko-ukraińskiego pojednania.

Ale są też konkrety, czyli deklaracja, że Polska przekaże Ukrainie kompanię czołgów Leopard 2 (jeśli ukraińską – 11, jeśli polską – 14 sztuk; w tej chwili nie ma jasności). To oczywiście kropla w morzu potrzeb, bo armia ukraińska potrzebuje tych czołgów dużo-dużo więcej. Polska ma ich niespełna 250, ale na większy gest zwyczajnie nie możemy sobie pozwolić. Oddaliśmy Ukraińcom niemal wszystkie sprawne T-72, te, które zostały w Polsce, mają docelowo posłużyć jako rezerwuar części zamiennych dla uszkodzonych w boju wozów armii ukraińskiej. Są jeszcze rodzime modernizacje „siedem-dwójek” – PT-91 Twardy – ale i one niebawem zaczną być wysyłane na wschód (istnieje harmonogram przekazania, niewielka część z 230 wozów już służy do szkoleń ukraińskich załóg; generalnie do końca roku Twardych w Polsce nie będzie). Zostają zatem „Leosie”, bo występujących w „homeopatycznej” liczbie K-2 nie ma co na razie brać pod uwagę. 250 to trochę mało jak na realia przyfrontowego kraju, zwłaszcza że „na chodzie” jest… no właśnie.

Leopardy starszej wersji – 2A4 – są poddawane modernizacji, która ślimaczy się już od kilku lat. Finalne „spolonizowane” maszyny – tzw. Leopardy 2PL – wracają do wojska w zawrotnym tempie kilkunastu sztuk rocznie. Duża część „a-czwórek” – zdana już przez wojsko do PGZ-u – ani nie jest w linii, ani na linii (produkcyjnej, gdzie byłaby modernizowana). Armii zostaje setka nowszych A-5, plus około 30 2PL. Ekwiwalent jednej brygady pancernej, gdy potrzebujemy minimum czterech.

Dostawy Abramsów (116+250 szt.) i K-2 (180 szt.) załatwią problem (w uproszczeniu rzecz jasna), ale ich pozyskanie rozpisano na najbliższe cztery lata. Czyli Polska mogłaby pozbyć się Leopardów nie szybciej niż w 2026/7 roku (a nawet później, bo mieć czołgi to nie znaczy umieć z nich korzystać, jest więc jeszcze kwestia wdrożenia Abramsów i „ka-dwójek”…). Zapomnijmy zatem o jakiś spektakularnym transferze, bo zapewne na obiecanej kompanii się skończy. Ale…

Ale nie o nasze „Leosie” chodzi, a o stworzenie presji na Niemcy – producenta Leopardów – które „na spokojnie” mogłyby zorganizować pokaźną liczbę maszyn. Potrzebują tylko odpowiedniej zachęty ze strony innych użytkowników – Polski, Finlandii, Hiszpanii, które są gotowe na transfer, oraz innych krajów, na razie publicznie niczego nie deklarujących. Rola Niemców jest kluczowa, bo tylko oni – z ich bazą przemysłową – są w stanie zapewnić odpowiednią logistykę dla ukraińskich oddziałów przezbrojonych w Leopardy. No a z Berlinem wiecie, jak jest – dopiero postawiony pod murem, zaczyna dzielić się czymś więcej niż lekki sprzęt. Presję zwykle tworzą Amerykanie, ale mogą też – w końcu w kupie siła – europejscy sojusznicy. Do pokazania Niemcom, że zachodnie czołgi można już słać do Ukrainy, mając gdzieś „niet!” rosjan, przyłączyli się również Brytyjczycy. Do 20 stycznia – na kiedy zaplanowano kolejną konferencję darczyńców – zapewne pojawią się następni chętni.

Nie wiem, na ile chętnie obejmował dziś funkcję dowódcy rosyjskich sił w Ukrainie gen. Walerij Gierasimow. Szef sztabu rosyjskiej armii to już piąty (!) głównodowodzący siłami „na teatrze”. Pierwszego nie znamy, drugi był Aleksandr Dwornikow, trzeci Giennadij Żydko, czwarty Siergiej Surowikin, który od teraz pełni rolę zastępy Gierasimowa. Nie ma informacji, z których wynikałoby, że Gierasimow przestał być numerem jeden w całej rosyjskiej armii, a to oznacza, że sporo ryzykuje, zasiadając w „gorącym fotelu”, z którego wypadło już tylu poprzedników. Jedna dymisja – gdy i jemu się nie powiedzie w Ukrainie – pociągnie zapewne drugą, czyli utratę stanowiska szefa sztabu. De facto, byłby to koniec wojskowej kariery Gierasimowa.

Ale nie antycypujmy i nie śmiejmy się zanadto z karuzeli kadrowej. Bo owszem, udowadnia ona niską jakość rosyjskiej generalicji, ale w tym przypadku może być inaczej. O Gierasimowie z uznaniem wypowiada się jego przeciwnik – gen. Walery Załużny. Jest też rosyjski pierwszy żołnierz autorem (a na pewno twarzą) nowatorskiej doktryny, nazwanej jego nazwiskiem, poświęconej działaniom hybrydowym (jak mawiają wojskowi, poniżej progu kinetycznego zaangażowania). Mistrz dezinformacji i ojciec chrzestny zielonych ludzików może sobie nie poradzić z dowodzeniem w prawdziwej i to pełnoskalowej wojnie, lecz na pewno będzie miał łatwiej od poprzedników.

Zmorą rosyjskiej armii jest jej zbytnia hierarchiczność i kultura dupochronu, czyli uciekania od odpowiedzialności. W praktyce polega to na tym, że nim jakaś informacja zmieni się w rozkaz, wędruje przez wszystkie szczeble – im jest poważniejsza, tym wyżej. W efekcie, wiele działań podejmowanych jest poniewczasie, co na polu bitwy ma ogromne znacznie. Przykładem niech będzie obróbka danych ze zwiadu satelitarnego – co z tego, że rosjanie zarejestrowali brak obecności ukraińskich samolotów na lotniskach stałych 24 lutego, skoro „nie zdążyli” przekazać tych informacji obsługom wyrzutni pocisków balistycznych. I warte potężne pieniądze rakiety „waliły po pustym”.

No więc teraz góra przyszła do Mahometa – przynajmniej w teorii skraca się obieg kwitów i zwiększa decyzyjność najważniejszego generała „na teatrze”. Co z tego wyniknie? Zobaczymy już niebawem.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tymczasem na bachmuckim odcinku frontu trwają zacięte walki. „Słona ziemia, ludzie ze stali”, piszą o tym zdjęciu służby prasowe Sztabu Generalnego Ukraińskich Sił Zbrojnych, nawiązując do Sołedaru i tamtejszej kopalni soli…