Mury

Gdy zaczynał się migracyjny kryzys latem minionego roku, wielu Polaków ze zdumieniem odkryło, że Rzeczpospolita ma niezabezpieczone granice z Białorusią i Rosją. „Przecież to nieprzyjazne nam państwa…”, dziwiono się. Nieprzyjazne, czyli stwarzające potencjalne zagrożenie – na takim gruncie bazowało potoczne przekonanie o roli granicznych zapór, którym przypisywano przede wszystkim funkcje militarne. Tymczasem takie postrzeganie sprawy jest zwyczajnie naiwne. Wyobraźmy sobie konfrontację wojskowego sprzętu – wyposażonego w wielotonową masę i armatę – z elementami płotu, który ostatecznie powstał na polsko-białoruskiej granicy. Owszem, stanowi on wyzwanie dla człowieka, ale czołg poradzi sobie z nim bez problemu.

System głęboko urzutowany

Dziś jest już dla nas oczywiste, że mury na granicy – niezależnie od użytego budulca (drutu żyletkowego, metalowych żerdzi czy betonowych prefabrykatów), nie mają zatrzymać i wykrwawić przeciwnika. Słynne budowle – Wielki Mur Chiński, Wał Hadriana, Mury Konstantynopola czy Babilonu – powstały w realiach przedartyleryjskich, w których mobilność wojska ograniczały możliwości koni. Koncepty z czasów nam bliższych – Linia Maginota czy Wał Atlantycki – mierzyły się z wyzwaniami wojny przeniesionej również w powietrze (dającej możliwość zrzucenia wojska na tyłach wroga), gdzie mobilność wyznaczyły pojazdy mechaniczne zdolne do pokonywania niedostępnych niegdyś terenów. Graniczne fortyfikacje można było zniszczyć lub obejść, po II wojnie światowej wydawało się zatem, że nadszedł ich kres. Najnowsze zmagania na wschodzie pokazują, że wcale tak być nie musi. Fortyfikacje powstałe po 2014 r. na tzw. linii rozgraniczenia między Ukrainą a separatystycznymi republikami – de facto będącej granicą – miesiącami hamowały postępy rosyjskich wojsk, na doniecczyźnie do dziś nie pozwoliły Rosjanom ruszyć z miejsca. Tyle że to nie jest mur (płot, zapora), a zbudowany z rozmachem system, jak mówią wojskowi: „głęboko urzutowany” (szeroki, z kilkoma liniami umocnień).

W tym kontekście wyjątkowo żałośnie wygląda stawiana właśnie zapora na granicy RP z obwodem kaliningradzkim. Zwoje rozpiętego na słupkach drutu kolczastego mają jednak inny cel. Jak wyjaśniał niedawno Mariusz Błaszczak, chodzi o powstrzymanie nielegalnych imigrantów. Rząd obawia się powtórki wydarzeń z granicy z Białorusią – inspirowanej bezpośrednio przez Moskwę presji migracyjnej z wykorzystaniem bogu ducha winnych uchodźców z Bliskiego Wschodu i Azji. Trudno powiedzieć, czy władza PiS antycypuje zagrożenie czy je wyolbrzymia – na razie brakuje przesłanek wskazujących na nadchodzące poważne kłopoty. Niewykluczone, że mamy do czynienia z działaniami z zakresu politycznego marketingu (komunikatem typu: „patrzcie, tak troszczymy się o wasze bezpieczeństwo”), które w docelowej formie przybiorą postać znacznie trwalszej, solidniejszej instalacji.

Płoty dzielą sojuszników

Kolejny płot wywołał oburzenie działaczy ekologicznych, gdyż bariery dzielące ekosystemy zaburzają życie (a często je odbierają…) miejscowej fauny. Głównie jednak protestują osoby zaangażowane w ochronę praw człowieka. Niezależnie od tego, jak głośny to będzie protest – i jak zasadny – nie przełoży się na działania potępiające Polskę. Brutalna rzeczywistość jest bowiem taka, że mury wznoszone z inicjatyw rządów rosną dziś na całym świecie. W 1945 r. było ich zaledwie pięć, gdy kończyła się zimna wojna – 12. Obecnie funkcjonuje 77 granicznych zapór, co najmniej kilkanaście jest w trakcie budowy. Niemal połowa (37) znajduje się w Azji, ale aż 18 (plus kilka w budowie) ulokowanych jest w Europie. Większość powstała w odpowiedzi na rosnącą migrację z krajów biednego Południa. Przez siedem ostatnich lat wzniesiono na kontynencie ponad 1000 km „antyimigranckich” zapór. Płoty dzielą sojuszników – np. Węgry i Chorwację, Słowenię i Chorwację, Bułgarię i Turcję (Grecję i Turcję również, ale oba kraje – mimo członkostwa w NATO – trudno nazwać sojusznikami). I być może z tego właśnie powodu nie są tak spektakularne, jak zapora w afrykańskich terytoriach zależnych Hiszpanii – w Ceucie i Melilli. To dwa równoległe 6-metrowe płoty, między którymi znajduje się droga patrolowa, zwieńczone koncentriną i nasycone środkami nadzoru elektronicznego.

Choć ich widok może budzić respekt, rozmachem ustępują murowi budowanemu przez USA na granicy z Meksykiem. Projekt realizowany od czasów Georga Busha juniora, najkrzykliwiej hołubiony przez Donalda Trumpa (który sporo o nim mówił, lecz niewiele w jego sprawie robił), nie ma jednorodnej postaci. Na niektórych odcinkach jest „niegroźnym” 3-metrowym płotem, na innych metalową zaporą wysoką na 9 m, solidnie zakotwiczoną w ziemi. Docelowo ma stanąć na całej liczącej ponad 3,3 tys. km amerykańsko-meksykańskiej granicy.

Profesjonalizacja przemytu

Niewiele mniejsze ambicje, jeśli mierzyć je w kilometrach, mają Indie od lat usiłujące odgrodzić się od Bangladeszu. Tu do zabudowania jest niemal 3,2 tys. km i choć dotąd wydano już 2,5 mld dol., a pierwotnie zakładano oddać inwestycję w 2009 r., końca nie widać. Tymczasem „po drodze” zmieniła się sytuacja obu krajów. Bangladesz ma obecnie jedną z najdynamiczniej rozwijających się gospodarek, a jego mieszkańcy nie muszą już uciekać do sąsiada w poszukiwaniu lepszego życia. Płot stawiany dla ograniczenia nielegalnej migracji traci więc rację bytu. Nie słychać jednak, by Delhi zamierzało zrezygnować z dokończenia budowy.

Przykład z Azji pozwala przejść do kwestii kosztów i skuteczności granicznych murów. Na wykonanie 187-kilometrowej zapory oddzielającej Polskę od Białorusi rząd przeznaczył 1,6 mld zł, w tym 300 mln na tzw. perymetrię (zabezpieczenie elektroniczne). Fizycznie płot już stoi, a Straż Graniczna raportuje, że w październiku br. odnotowała 2,5 tys. prób nielegalnego przekroczenia polsko-białoruskiej granicy. Siedem razy mniej niż w analogicznym miesiącu ub.r., ale naiwnością byłoby założyć, że to wyłącznie „efekt płotu”. Zapora – a wcześniej zdecydowana reakcja władz RP – bez wątpienia wpłynęły na zaniechanie przez Białoruś procederu sprowadzania uchodźców i przepychania ich przez naszą granicę. Ale istotnych zmiennych może być więcej, jak choćby pełnoskalowa wojna w Ukrainie, która wpływa na percepcję naszej części kontynentu w oczach potencjalnych imigrantów. Bliskie sąsiedztwo konfliktu oraz obawa, że może się on przenieść do krajów tranzytu, zapewne działają odstraszająco.

Abstrahując od polskich doświadczeń, regułą jest, że zamknięcie jakiegoś szlaku skutkuje zwykle otwarciem kolejnego, w innym miejscu. Mur na granicy z Meksykiem ograniczył nielegalną imigrację do Stanów tylko o 20% (a są badania, wedle których niekontrolowany napływ zmalał zaledwie o 5%). Jedno jest pewne – płoty sprzyjają profesjonalizacji przemytu ludzi, czyniąc go bardziej opłacalnym. Brak alternatyw (patrząc z pozycji migranta) zwiększa również stopień kryminalizacji procederu.

Z drugiej strony mamy oczekiwania tych po „właściwej” stronie muru. Gdy rok temu podjęto decyzję o budowie zapory na granicy z Białorusią, pomysł poparło aż 57,2% Polaków (sondaż SW Research dla „Rzeczpospolitej” z listopada 2021 r.). Zaledwie 19,3% ankietowanych odpowiedziało „nie”, 23,5% respondentów nie miało na ten temat zdania. I oczywiście, można te wyniki zrzucić na karb wielotygodniowej kampanii antyimigranckiej, poprzedzającej badania, prowadzonej przez rząd PiS. W której powielano najbardziej obrzydliwe, dehumanizujące stereotypy – dość przypomnieć słynną „zoofilską konferencję prasową” szefów MON i MSW. Tyle że nie będzie to cała prawda.

Antyteza pierwotnej idei

Ta zaś jest gorzka i w gruncie rzeczy banalna – boimy się obcego; Polacy i szerzej – ludzie jako tacy. Potrafimy pielęgnować ów lęk nawet jeśli ostatecznie wynika z niego – i z podjętych działań zaradczych – więcej złego niż dobrego. Prof. Jacek Gądecki, socjolog z Wydziału Humanistycznego krakowskiej AGH, przywołuje fenomen żydowskiego getta.

– Szesnastowieczni weneccy Żydzi dobrowolnie zamknęli się w jednej z dzielnic – opowiada. – Tak chcieli przeciwdziałać zagrożeniom czyhającym w świecie gojów i cieszyć się wolnością w obrębie własnej wspólnoty. Z biegiem lat wybór stał się koniecznością, a getto antytezą swojej pierwotnej idei: zamiast chronić mieszkańców, zmieniło się w ich więzienie.

Gądecki specjalizuje się w antropologii miasta, badał m.in. fenomen polskich osiedli grodzonych, które wyrastały jak grzyby po deszczu w latach 90. i na początku pierwszej dekady XXI w. Za ich popularność odpowiadało wiele czynników, np. kwestie statusowe – mieszkanie „na zamkniętym” nobilitowało.

– Istotna była też potrzeba bezpieczeństwa – mówi naukowiec. – Zarówno fizycznego, jak i symbolicznego, związanego z byciem między „równymi sobie”, „zasobnymi estetami”, najogólniej rzecz ujmując. Z czasem jednak tych osiedli powstało tak wiele, że straciły atut wyjątkowości. Z bezpieczeństwem także bywało różnie. Płot i brama utrudniały dojazd karetkom i straży, pojawiły się grupy przestępcze wyspecjalizowane w rabunku „na zamkniętych”. A i sąsiedzi okazali się na tyle różnorodni, że często nie dało się utworzyć między nimi dobrze funkcjonującej  wspólnoty. W efekcie już od kilkunastu lat obserwujemy odwrót od praktyki grodzenia osiedli.

Wróćmy teraz na poziom makro.

– Bogata Północ usiłuje się odseparować od biednego Południa – generalizuje ideę granicznych płotów prof. Gądecki. – Czy mury je dają, czy nie – to już inna kwestia – niemniej na najgłębszym poziomie znów idzie o poczucie szeroko rozumianego bezpieczeństwa.

Czy te mury okażą się równie nieefektywne, jak płoty polskich osiedli? Z pewnością nie – tak długo, jak długo Południe pozostanie ubogie. A obecnie trudno nawet wyobrazić sobie wiarygodny scenariusz szybkiego wzbogacenia się biedniejszej części globu. Co przywodzi nas do wniosku, że zapory na granicach mają przed sobą jaśniejącą przyszłość. Niestety…

NAJSŁYNNIEJSZE HISTORYCZNE MURY:

Wielki Mur Chiński – budowany od III w. p.n.e., na długości 8,85 tys. km (spośród których 6,25 tys. km to mur właściwy, resztę stanowią naturalne zapory);

Wał Hadriana – powstał między 121-129 r. n.e. Wybudowany przez Rzymian, by oddzielić rzymską część Brytanii od terytoriów zajętych przez Piktów. Nazwę zawdzięcza cesarzowi Hadrianowi, ciągnął się na długości 117 km;

Mur Aureliana – budowany w latach 272-282 n.e., w czasie panowania cesarza Aureliana. Mur miał ochronić Rzym przed najazdami plemion barbarzyńskich. W jego obrębie znalazło się każde ze słynnych siedmiu rzymskich wzgórz;

Mury Konstantynopola – system fortyfikacji okalających stolicę Cesarstwa Wschodniorzymskiego zaczęto wznosić w V w. n.e. Na setki lat uczyniły one Konstantynopol niezdobytą twierdzą, która padła dopiero w 1453 r.;

Mur Berliński – w 1989 r. najbardziej zaawansowana „instalacja separacyjna” na świecie. Wzniesiony w 1961 r., by oddzielić wschodni sektor miasta od zachodnich, przez kolejne 28 lat był systematycznie rozbudowywany i modernizowany. Liczył 156 km. Podczas prób jego pokonania zginęło od 190 do 268 osób.

WSPÓŁCZESNE INSTALACJE GRANICZNE (niewspomniane w tekście):

Wał Zachodniosaharyjski – wzniesiony w latach 80. przez Maroko, na granicy z Saharą Zachodnią (dawną kolonią hiszpańską, obecnie będącą terytorium o nieustalonym statusie międzynarodowym). Liczy 2,5 tys. km;

Mur antyimigracyjny na granicy Chin i Korei Północnej – powstał w 2006 r., mierzy 1,4 tys. km;

Mur na granicy Turcji i Syrii – betonowa konstrukcja o wysokości 3 m i długości 900 km, powstała z inicjatywy Ankary w 2017 r. Warto dodać, że Turcy chcieliby stworzyć na pograniczu syryjskim 30-kilometrowy „pas bezpieczeństwa”. W tym celu przeprowadzono kilka operacji wojskowych, które zakończyły się umiarkowanymi sukcesami;

Mur bezpieczeństwa – rozdzielający Izrael i Autonomię Palestyńską. Jego budowę rozpoczęto w 2002 r., w reakcji na II intifadę. Docelowa długość – 700 km;

Zielona linia – powstała jako instalacja wojskowa pod zarządem ONZ w 1974 r., oddzielając grecką od tureckiej części Cypru. Liczy 300 km;

Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana – funkcjonuje od 1953 r. na mocy porozumienia z Panmundżom. Rozcina Półwysep Koreański pasem o szerokości 4 km i długości 238 km, przebiegającym (w przybliżeniu) wzdłuż 38. równoleżnika. W KSZ znajduje się największe na świecie pole minowe.

—–

Nz. przykład tymczasowej zapory (muru oddzielającego jedną z koalicyjnych baz w Afganistanie)/fot. Adam Roik, Combat Camera DORSZ

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych artykułów oraz książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Przemkowi Klimajowi i Aleksandrowi Stępieniowi. A także: Przemkowi Piotrowskiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Tomaszowi Frontczakowi, Maciejowi Szulcowi, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Magdalenie Kaczmarek. Ponadto: Mateuszowi Jasinie, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Juliuszowi Zającowi, Szymonowi Jończykowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Piotrowi Dopierale, Maciejowi Jakóbiakowi, Markowi Stankiewiczowi, Andrzejowi Sztukowskiemu, Bożenie Bolechale i Tomaszowi Szymczyszynowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Początek…

W południe pojawiły się pierwsze informacje o tym, że oddziały ukraińskie weszły do Chersonia. Przy czym mam na myśli zwarte jednostki wojsk lądowych, nie specjalsów, którzy „kręcili się na dzielni” już od dłuższego czasu. 11 listopada 2022 roku zapisze się w historii jako ten, w którym miasto zostało wyzwolone.

Fot. za: liveuamap.com

„Ja j…, ale wielki dzień”, pisze mi kolega. „Kiedyś będziemy znani tylko z tego, że żyliśmy w czasach, gdy Ukraina rozpier…ła (i tu padło sekowane przez algorytmy określenie na skarpetkosceptycznych – dop. MO). Coś na rzeczy jest.

Dziś świętuję. Jest Dzień Niepodległości, mam też imieniny. Żal byłoby jednak nie udostępnić znakomitej grafiki otrzymanej od znajomego.

Rys. Олег Шупляк

Rysunek dobrze ilustruje sytuację rosjan w okolicach Chersonia. Sami ruscy zapewniają, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin przeprawili na wschodni brzeg Dniepru 25 tys. żołnierzy wraz z trzema tysiącami jednostek sprzętu ciężkiego. Ale to wersja oficjalna. Faktycznie coś, co miało być zorganizowanym odwrotem, zmieniło się w paniczną ucieczkę za rzekę. Miała być Dunkierka, był Bliadźkierka. ruscy sami sobie włożyli kij w szprychy – wysadzili Most Antonowski, oficjalnie po zakończonej ewakuacji, tymczasem przeprawa runęła, gdy na zachodnim brzegu Dniepru byli jeszcze żołnierze armii putina. Ale to „mobiki”, których życie nie ma dla generałów większego znaczenia…

Z wieści bardziej ogólnych – zwróćcie uwagę na komunikat RIA Nowosti, państwowej rosyjskiej agencji informacyjnej.

Zabawny, ale i żałosny jest ten rosyjski kompleks polski. „Gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle”, przekonuje swoich rus-propaganda. Zdaje się, że nadal jesteśmy dla nich drzazgą za paznokciem.

Jakoś nad tym nie ubolewam…

Wracając zaś w okolice Chersonia. Nie zapominajmy, że wyzwolenie stolicy obwodu to efekt wielotygodniowej ukraińskiej kampanii prowadzonej na tym odcinku frontu. Gdzie kluczowe było użycie dalekonośnej artylerii, która odcięła rosjan na przyczółku chersońskim od reszty armii za rzeką. To dlatego ruscy musieli uciekać – dłużej bez regularnego zaopatrzenia walczyć się nie dało.

I skoro o liniach zaopatrzenia mowa – zdobycie miasta sprawia, że w zasięgu wysokoprecyzyjnych systemów rakietowych armii ukraińskiej znajdą się trzy ważne drogi łączące półwysep Krymski ze stałym lądem. Himarsy będą też w stanie dosięgnąć szeregu rosyjskich obiektów logistycznych i magazynów amunicji zlokalizowanych na północnym cyplu.

A to oznacza początek bitwy o Krym…

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB, do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Wyrzutnia Himars w akcji/fot. Departament Obrony USA

Racjonalność

Nie cichną echa wczorajszej zapowiedzi szefa rosyjskiego MON siergieja szojgu. Nic w tym dziwnego – oddanie Chersonia i ucieczka na wschodni brzeg Dniepru to wydarzenie porównywalne z wycofaniem się ruskich z północy Ukrainy wiosną tego roku. Wtedy też pierwszym doniesieniom towarzyszyły nieufność i sceptycyzm; trzeba było kilku dni, by zorientować się, że orki rzeczywiście dają nogę.

Wielu obserwatorów doszukuje się drugiego dna. Rosyjskiej pułapki polegającej na rzekomym opuszczeniu miasta, by wciągnąć weń ukraińskie oddziały, które następnie zostaną zdziesiątkowane. W tym scenariuszu w Chersoniu pozostały w ukryciu liczne rosyjskie jednostki, na wschodnim brzegu zaś przygotowywane jest silne uderzenie.

Nie mam złudzeń, że Chersoń kryje w sobie mnóstwo „niespodzianek”. Że gdy już wejdą tam Ukraińcy, konieczne będzie sprawdzenie domu po domu; w wielu zapewne kryją się miny-pułapki. Każdy odwrót produkuje maruderów, więc i tacy znajdą się na mieście. Większość się podda, część – zdemoralizowana i uzbrojona – może stanowić zagrożenie. Ale to, w mojej ocenie, wszystko. Innych ryzyk nie ma, rosjanie nie są obecnie zdolni do niczego poza wycofaniem i towarzyszących mu działań opóźniających.

Tak naprawdę wykazują się w tym momencie niepokojącym mnie pragmatyzmem. Już wyjaśniam dlaczego.

Przyczółek na zachodnim brzegu Dniepru został de facto odcięty od reszty rosyjskich wojsk – ukraińska artyleria zdewastowała przeprawy, zarówno te stałe, jak i zaimprowizowane. Brak możliwości regularnego zaopatrzenia sam w sobie jest dramatem. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby także część wojsk na wschodnim brzegu została odcięta. rosjanie obawiają się ukraińskiego uderzenia „od góry”, z rejonu Zaporoża, na Melitopol, może Berdiańsk, w każdym razie w kierunku Morza Azowskiego. Rozcięłoby ono rosyjski korytarz lądowy z Krymu do rosji, w kotle między Chersoniem a Melitopolem zamykając kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Przeszkody naturalne – rozlewisko Dniepru na północy, linia rzeki na zachodzie, oba morza (Czarne i Azowskie) na południu – ułatwiałyby Ukraińcom zadanie. Wąziutkie połączenie z Krymem z pewnością nie wystarczyłoby do utrzymania odpowiednio „gęstych” linii zaopatrzenia, co oznaczałoby zagładę wziętych w kleszcze rosjan.

O ukraińskim uderzeniu ze wskazanego rejonu mówi się już od jakiegoś czasu. Spodziewano się, że nastąpi w drugiej połowie listopada, gdy skończy się jesienna odsłona rasputicy. Odwrót za Dniepr pozwala rosyjskiemu dowództwu na zacementowanie obrony wzdłuż rzeki aż po okolice Zaporoża i dalej na wschód równolegle do północnej krawędzi wyrąbanego wiosną korytarza. Co istotne z perspektywy rosjan, będą mogły to uczynić doborowe formacje – jednostki powietrznodesantowe, dotąd trzymane w Chersoniu. Rozkaz szojgu może zatem być próbą pokrzyżowania szyków Ukraińcom. Na ile skuteczną, boję się oceniać (choć wierzę, że gen. Załużny i spółka mają nie tylko plan B, ale i C i D).

Jako się rzekło, trochę mnie ta rosyjska racjonalność niepokoi. Bo stoją za nią trzy możliwe scenariusze:

putin nadal dowodzi. Wciąż pozostaje dyletantem, ale ten jeden raz dał się przekonać mądrzejszym generałom, że warto oddać trochę ziemi, by nie ponieść jeszcze większej klęski. Ów przebłysk mądrości to zła wiadomość, ale Hitlerowi również zdarzało się podjąć dobre decyzje, choć zasadniczo nadal ręcznie sterował armią, z wiadomym skutkiem. Spluńmy ze złością, pozostając przy nadziei, że kolejne „genialne” pomysły cara zniwelują osiągnięte korzyści.

putin stracił kontrolę nad wojskiem. Nominalnie pozostaje głównodowodzącym, ale decyzje podejmują fachowcy, realnie oceniający możliwości armii rosyjskiej. Co w dalszej perspektywie może przynieść deeskalację, ale równie dobrze może oznaczać kontynuację wojny, prowadzonej przez rosjan z większą rozwagą.

putin niczego nie stracił, ale „odzyskał rozum” i delegował kompetencje na wojskowych. Co niesie konsekwencje identyczne do tych ze scenariusza numer dwa.

Jest więc we mnie więcej ostrożności niż radości, co nie zmienia faktu, że uchronienie Chersonia przed wyniszczającymi walkami miejskimi to dobra wiadomość niezależnie od okoliczności.

Szanowni, Facebook obdarował mnie 6-dniowym banem – za zamieszczenie screena listu od Czytelnika, gdzie pada przymiotnik „kacapskiej”.

Odwołałem się, bezskutecznie. Do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Czołg ukraińskiej armii/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

Kaskada

„Czy armia rosyjska ma jeszcze szansę pokonać Ukraińców?” – pyta mnie jeden z Czytelników.

Nie – odpowiadam. Nie na drodze konwencjonalnej konfrontacji. W tym zakresie możliwości rosjan – rozumiane jako zdolność do dużej operacji zaczepnej – zostały już niemal wyczerpane. Piszę „niemal”, gdyż w rękach raszystów pozostały jeszcze środki napadu powietrznego – lotnictwo strategiczne (bombowe) z arsenałem pocisków manewrujących oraz wyrzutnie rakiet dalekiego zasięgu. Są one w stanie dotkliwie razić ukraińskie zaplecze, co docelowo mogłoby wpłynąć na sytuację na froncie. Kraj w blackoucie długo by nie powalczył, choćby z braku możliwości uzupełniania zużytej amunicji, której nie sposób wyprodukować bez prądu (dostawy z zewnątrz zaspakajają kilkanaście procent ukraińskich potrzeb). Ale rosyjskie zapasy rakiet i pocisków dramatycznie się skurczyły, a sekowany sankcjami przemysł nie jest w stanie uzupełnić braków. Z drugiej strony, możliwości ukraińskiej obrony przeciwlotniczej wzrastają z tygodnia na tydzień wraz z kolejnymi dostawami zachodnich systemów bojowych. Wydaje się, że choć mocno poturbowana, ukraińska energetyka przetrwa w stanie umożliwiającym krajowi dalsze prowadzenie działań wojennych.

Rosyjskie lotnictwo frontowe i flotę czarnomorską trawi operacyjny imposybilizm – technicznie zdegradowane i zużyte, taktycznie niedouczone, nie dają realnego wsparcia wojskom lądowym. Trwa ów stan od początku pełnoskalowej wojny i nic nie przemawia za tym, by miało się to zmienić.

„Lądówka” zaś została brutalnie przetrzebiona, pozbawiona najwartościowszego żołnierza i sprzętu.

Szczytem rosyjskich możliwości jest obecnie utrzymanie linii obronnych (sytuacja w okolicach Bachmutu, gdzie rosjanie są w natarciu, to zaledwie niewielki wycinek frontu).

Oczywiście, ów impas można by przełamać przy użyciu niekonwencjonalnych środków walki. O broni jądrowej pisałem już wielokrotnie, wspomnę zatem tylko, że ryzyko zapowiedzianej otwarcie zachodniej riposty – konwencjonalnej acz dotkliwej – redukuje tę opcje do wymiaru małoskutecznego straszaka. Sporo ostatnio mówi się o innej możliwości – sięgnięcia przez Kreml do arsenału chemicznego czy biologicznego. W tym obszarze rosja również może się pochwalić okazałą „rentą po Związku Sowieckim”, który obsesyjnie gromadził środki bojowe tego typu. Ale – w mojej ocenie – użycie broni B i C zostanie przez Zachód zinterpretowane tak samo jak eksplozja ładunku jądrowego. To po pierwsze. Po drugie, putin i spółka nie mają pewności, czym dysponują Ukraińcy, muszą więc zakładać ryzyko adekwatnej odpowiedzi. Biorąc pod uwagę fatalną jakość wyposażenia osobistego rosyjskich żołnierzy – z czego Kreml na tym etapie wojny zdaje już sobie sprawę – sięgnięcie po „gaz” jawi się jako strzał w stopę. Nie wykluczam, ale i nie uznaję za wielce prawdopodobne.

Tym niemniej – jakkolwiek niezdolna do zniszczenia przeciwnika i zajęcia jego kraju – pozostaje armia rosyjska na tyle silna, by w obecnym klinczu trwać przez dłuższy czas, bez sięgania po ekstraordynaryjne środki militarne. Strumień armatniego mięsa wciąż na front dociera, braki sprzętowe są w istotnym zakresie uzupełniane. Nowy żołnierz jest pośledniej jakości, technika zaś coraz bardziej „demobilna”, ale ilość tworzy jakość, rozumianą jako trudny do ostatecznego pokonania wróg.

Trudny nie znaczy jednak niemożliwy.

Ukraińcy również są w trudnej sytuacji. Mają wspaniałe morale, a niższe od rosjan straty i sensowniejsza praktyka wykorzystywania zasobów ludzkich (rotacja oddziałów liniowych), dają efekt kumulacji wiedzy i doświadczenia. Żywy weteran to skarb, którego nadal nie doceniają rosyjscy generałowie. Co istotne, owa kumulacja nie dotyczy jedynie pojedynczego żołnierza. W socjologii i ekonomii istnieje adekwatne w tej sytuacji określenie „organizacja ucząca się”. Cała ukraińska armia uczy się tej wojny, uczy się walczyć. Generał Załużny z lutego i ten sam oficer z listopada, to jakościowo dwaj różni fachowcy. Rosyjscy żołnierze takiego szczęścia do dowództwa nie mają, to bowiem jest nieustannie wymieniane (nie bez znaczenia jest też fakt, że wielu generałów po prostu ginie, co nie zdarza się u Ukraińców).

Idźmy dalej – wzrosły znacząco możliwości ofensywne wojsk ukraińskich, głównie za sprawą precyzyjnej broni zachodniego pochodzenia. Kraj uporał się z problemem produkcji amunicji, szczególnie dotkliwym późną wiosną i latem. Zyskał też szersze zdolności przywracania do służby uszkodzonego sprzętu – częściowo u siebie, częściowo korzystając z zaplecza remontowego sojuszników. Zwykły żołnierz jest dziś przyzwoicie wyekwipowany, wojskowa logistyka – mimo okresowych i lokalnych zapaści – generalnie działa bez zarzutu (w przeciwieństwie do armii rosyjskiej, nie istnieje u Ukraińców problem głodnego wojska). I mógłbym tych atutów wymienić jeszcze kilka, ale…

Ale na horyzoncie czają się chmury. Ukraina jest jak pacjent mobilizujący siły witalne do walki z ciężką chorobą. Właśnie bierze „chemię”, usiłując pozbyć się nowotworu. Złośliwego. Ile wytrzyma? Dobry nastrój naszego pacjenta nie zmienia faktu, że jego ciało jest zdewastowane i równie dobrze może wejść w remisję, jak i gwałtownie się zapaść. Medyczna analogia jest o tyle dobra, że zakres zachodniej pomocy przypomina kroplówkę (nie deprecjonuję, choć jestem zdania, że moglibyśmy, że powinniśmy więcej). I choć trudno wyobrazić sobie sytuację, że ktoś tę kroplówkę gwałtownie odcina, zmniejszenie worka czy średnicy rurki to już realne zagrożenie. Jeśli Joe Biden na skutek odbywających się dziś wyborów będzie musiał funkcjonować w realiach dwuwładzy (czytaj: Partia Demokratyczna utraci większość w obu izbach parlamentu), może się okazać, że największy donator Ukrainy straci rozmach. Umiarkowani przedstawiciele (a więc większość) Partii Republikańskiej są za dalszym wspieraniem Kijowa, ale zidiociałe skrzydło trumpistów – przeciwne zaangażowaniu USA – jest dość liczne i ma spore zaplecze wyborcze. Stosując mechanizmy obstrukcji, może nie tyle zablokować, co ograniczyć inicjatywy prezydenta. Czy Europa przejmie wówczas na siebie większe zobowiązania? Śmiem wątpić.

Dlatego patrząc dziś na armię ukraińską, widzę pewną analogię. Choć Cesarstwo Niemieckie było na początku 1918 roku w kiepskiej kondycji – wyczerpane czteroletnią wojną – armia na froncie wschodnim podjęła zakrojoną na szeroką skalę ofensywę. W ciągu kilkunastu tygodni Niemcy zajęli znaczne obszary dzisiejszej Ukrainy, Białorusi, państw nadbałtyckich i Finlandii (która wówczas znajdowała się pod rosyjskim panowaniem). Błyskotliwej kampanii sprzyjała słabość i rozkład armii rosyjskiej, będących efektem bolszewickiej rewolucji. Deutsches Heer szły jak w masło, popędzane świadomością, że „teraz, bo później może być dużo gorzej”.

Dla porządku dodać należy, że na przestrzeni kolejnych miesięcy ten wysiłek został zaprzepaszczony, ale to już zupełnie inna historia.

Wracając do analogii – rosyjskie wojsko w Ukrainie nie jest aż tak zdemoralizowane jak w 1918 roku. Ale ukraińskie uderzenie może wywołać kaskadową zapaść na froncie. Wystarczy, że będzie odpowiednio silne i mądrze poprowadzone. Ukraińcy mają ku temu odpowiednie rezerwy i kompetencje. I zobaczycie, niebawem uderzą. Gdzie? O tym w następnym wpisie.

—–

Nz. Stagnacja na froncie nie oznacza zawieszenia walk/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych artykułów oraz książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kody

Dzisiaj nieco obok moich zasadniczych zainteresowań, choć z nadzieją, że i ten temat Was zainteresuje. Rzecz dotyczy bowiem tego, na co umierają Polacy. Zasadniczo znamy powody, wiemy, ile jest tych zgonów. Ale to zaburzony, niepełny obraz…

Historią z Wejherowa przez jeden wieczór żyła niemal cała Polska. Pewien 34-latek postawił się lokalnej straży miejskiej. Nie przyjął bowiem mandatu w wysokości 500 zł, choć złapano go na gorącym uczynku, gdy palił w kozie wiórowymi płytami meblowymi. Co z uwagi na szkodliwe emisje, jest w Polsce czynem zakazanym. Wejherowianin uznał jednak, że prawo to nie obowiązuje, bo… Jarosław Kaczyński „pozwolił palić wszystkim”. „Trzeba palić wszystkim, poza oponami czy podobnymi szkodliwymi rzeczami, bo Polska musi być ogrzana”, faktycznie stwierdził we wrześniu br. lider PiS na spotkaniu z mieszkańcami w Nowym Targu. „Takie pozwolenie nie stanowi normy prawnej”, czytamy w komunikacie straży, która sprawę skierowała do sądu.

Mimo humorystycznej wymowy, ów przypadek dobrze ilustruje poważny problem. Słowom prezesa towarzyszyło cofnięcie przez rząd zakazu palenia w piecach miałem węglowym i węglem brunatnym. Ich spalanie – zwłaszcza drugiego, zanieczyszczonego siarką – jest wyjątkowo szkodliwe dla zdrowia człowieka. Tymczasem smog, będący u nas głównie efektem palenia w piecach, zabija rocznie 40 tys. Polaków. Sezon ciepłowniczy w realiach kryzysu energetycznego oznacza, że ofiar „ogrzania Polski” będzie jeszcze więcej.

A już teraz jesteśmy świadkami demograficznej katastrofy. „Covidowe” lata 2020-21 cechowała najwyższa umieralność od zakończenia II wojny światowej. W pierwszym roku pandemii zmarło 477 tys. Polaków, w drugim 519 tys. Zgonów bezpośrednio związanych z koronawirusem odnotowano wówczas nieco ponad 100 tys. (dwie trzecie w 2021 r.), drugie tyle było wynikiem okresowych zapaści w systemie opieki zdrowotnej, wywołanych rozmiarami pandemii (na Covid-19 zachorowało dotąd 6,3 mln Polaków). Liczba wszystkich zmarłych w 2020 r. była wyższa o 68 tys. w porównaniu z rokiem minionym, aż o 100 tys. przekroczyła średnioroczną wartość z ostatniego półwiecza. Jeszcze tragiczniejszy 2021 r. wyznaczył szczyt, z którego – wiele na to wskazuje – z mozołem taszczymy się w dół. Dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące trzech kwartałów 2022 r. mówią o 324 tys. zgonów, co pozwala przyjąć, że do końca grudnia (jeśli nie wydarzy się jakaś katastrofa), umrze łącznie nie więcej niż 450 tys. obywateli RP. Należy przy tym zauważyć, że umieralność na terytorium Polski będzie wyższa z uwagi na obecność półtoramilionowej rzeszy ukraińskich uchodźców. Ich jednak krajowe statystyki nie obejmują.

—–

A na co umieramy? Niezależnie od „covidowych zawirowań”, nadal uśmiercają nas przede wszystkim choroby układu krążenia. Odpowiadają za 40% zgonów, o czym na katowickim kongresie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (PTK) mówił jego prezes, prof. Przemysław Mitkowski.

– Wiemy, na podstawie raportu Państwowego Zakładu Higieny-Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, że w 2020 r., w porównaniu do 2019, o 17 procent wzrosła liczba zgonów z przyczyn sercowo-naczyniowych – informował szef PTK podczas wrześniowych obrad.

Drugie miejsce zajmują choroby nowotworowe. W latach 2020-21 odpowiadały one za jedną piątą zgonów. Największe śmiertelne żniwo zbierał – niezależnie od płci – rak tchawicy, oskrzeli, płuc, w przypadku mężczyzn – rak prostaty, kobiet – nowotwór piersi i szyjki macicy.

Wspomniany okres upłynął pod znakiem pandemii, co przełożyło się na niemal 9% zgonów w 2020 i 18% w 2021 r., będących skutkiem Covid-19. Od 1 stycznia br. do końca października z powodu koronawirusa zmarło 18 tys. Polaków. Jak dotąd nie sprawdziły się apokaliptyczne zapowiedzi z początku roku o kolejnej wyjątkowo śmiercionośnej mutacji. Przeciwnie, mamy do czynienia z łagodnieniem wirusa, co wraz z połowicznym (ale zawsze) sukcesem kampanii szczepiennej daje powody, by przypuszczać, że odsetek covidowych zgonów za 2022 r. będzie oscylował na poziomie 5-6%.

We wskazanej dwulatce tylko 5% śmierci wynikało z chorób układu oddechowego. Pozornie przeczy to doniesieniom o 40-tysięcznym rokrocznym pokłosiu smogu. Tyle że potoczne skojarzenia z „duszącym dymem” nie oddają istoty rzeczy. Smog – obok astmy, obturacyjnej choroby płuc (włącznie z zapaleniem) oraz niewydolności oddechowej – powoduje również nowotwory (płuc, górnych dróg oddechowych), niewydolność krążenia, zawały serca i udary mózgu. Zabija wieloletnią ekspozycją i niebezpiecznymi powikłaniami. „Wchodzi” zatem w inne statystyczne kategorie.

W publicznym dyskursie dużo uwagi poświęca się śmierciom gwałtownym, będącym efektem samobójstwa, wypadku komunikacyjnego czy zbrodni. Przez 20 kolejnych lat po 2000 r., średnio życie odbierało sobie 4,8 tys. Polaków, bieżący rok nie odbiega od normy (w danych za trzy kwartały odnotowano 3,8 tys. ofiar samobójstw). Szykuje się za to pozytywna zmiana jeśli idzie o wypadki drogowe – miniony rok przyniósł śmierć w takich zdarzeniach 2,2 tys. osób (550 na kwartał), do początku października życie na drogach straciło nieco ponad 1,2 tys. osób (470 na kwartał). Polacy najwyraźniej jeżdżą ostrożniej, co może mieć związek z wprowadzeniem dotkliwszych mandatów. Co zaś się tyczy zabójstw – stanowią one śladowy odsetek zgonów w skali kraju. Warto odnotować dramatyczny spadek na przestrzeni dwóch dekad. Zestawienie zabójstw za 2000 r. i 2021 wygląda następująco – 1325-625.

—–

Zasadniczo więc wiemy, co zabija Polaków – zasadniczo. Zaburzony obraz to sprawka tzw. garbage codes – kodów śmieciowych. Lekarze mają obowiązek przedstawienia w karcie zgonu jego przyczyny. Z kodowaniem śmieciowym mamy do czynienia, gdy opis wykonany przez medyka nie daje pewności, na co konkretnie zmarła dana osoba. Jest na przykład zbyt ogólny („miażdżyca”, „śmierć nagła”/„naturalna). Od ponad 20 lat dotyczy to zwykle jednej czwartej wszystkich zgonów w kraju. W efekcie Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wykluczyła Polskę z analiz porównawczych umieralności według przyczyn. W Czechach odsetek garbage codes wynosi 15%, w Niemczech 14%, zaś na Węgrzech nie przekracza 7%.

– Śmieciowe kody to rzecz naturalna w medycynie – zauważa prof. Michał Wróblewski z Instytutu Socjologii UMK. – Stwierdzenie zgonu jest niekiedy bardzo trudnym zadaniem. Klasyfikacja medyczna, choć jest koniecznością z perspektywy zarządzania systemem ochrony zdrowia, do pewnego stopnia stoi w sprzeczności z logiką praktyki medycznej. Ta ostatnia – mająca do czynienia z czymś tak złożonym, jak ludzki organizm – często nie pasuje do sztywnych przegródek i jasno zdefiniowanych klasyfikacji.

To oczywista natura zjawiska, tyle że polskie statystyki zgonów są wyjątkowe „zaśmiecone” na tle innych raportowanych do WHO danych. Z czego to wynika?

– To pochodna niedofinansowania i fatalnej organizacji systemu – twierdzi socjolog medycyny z Torunia. – Niedofinansowania, ponieważ w Polsce maleje liczba wykonywanych sekcji zwłok. Z kolei przeciążenie lekarzy i zła dystrybucja obowiązków administracyjnych wśród personelu medycznego powoduje zaniedbania na poziomie biurokratycznym, również w obszarze raportowania zgonów.

Tymczasem statystyki są potrzebne do sprawnego zarządzania, na przykład do racjonalnej alokacji środków. Jeżeli chcemy inwestować w jakąś dziedzinę medycyny (powiedzmy, promować określone specjalizacje medyczne, rozwijać specjalistyczne kliniki), to musimy wiedzieć, które problemy zdrowotne Polaków są najdotkliwsze. Bez rzetelnych danych błądzimy.

– Złe statystyki mogą mieć też negatywne konsekwencje społeczne – dodaje mój rozmówca. – W trakcie pandemii dane o zgonach były ważnym składnikiem debaty publicznej. Ich nierzetelność może rodzić sceptycyzm i spowodować brak zaufania do wiedzy eksperckiej. Skoro lekarze nie do końca wiedzą, na co umieramy (a takie powstaje wrażenie, gdy zgony w dużej ilości raportuje się za pomocą kodów śmieciowych), to właściwie czemu mielibyśmy im wierzyć? Z tej perspektywy bałagan w statystykach jest wodą na młyn grup antyszczepionkowych, które wykorzystują go, by podważać bezpieczeństwo szczepionek czy nawet realność całej pandemii.

Ale to już zupełnie inna historia…

—–

Nz. Krakowski punkt szczepień. Zdjęcie własne, wykonane wiosną br. przy okazji przyjęcia dawki przypominającej.

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych artykułów oraz książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Przemkowi Piotrowskiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Tomaszowi Frontczakowi, Maciejowi Szulcowi, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Mateuszowi Jasinie, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Juliuszowi Zającowi, Szymonowi Jończykowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom”: Tomisławowi Kalembce, Marynie Szopskiej, Michałowi Nowakowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Czytelnikowi o nicku TurboQna666, Wojciechowi Zielińskiemu, Aleksandrowi Ornochowi, Stanisławowi Czarneckiemu i Tomaszowi Rosińskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!