Łobuzy

Nie ma we mnie entuzjazmu dla wojny. Trzy z nich widziałem na własne oczy – wiem, „z czym to się je” i jakie są skutki. Te dla ludności cywilnej są dla mnie najważniejsze – najtrudniejsze do zaakceptowania. I nie ma znaczenia, czy chodzi o Kabul, Kijów, czy Teheran – mechanika cierpienia jest wszędzie taka sama.

A jednak – patrząc na sprawę chłodno – amerykańsko-izraelska interwencja w Iranie mnie nie oburza. Nie przyłączę się do grona wykrzykującego argument natury prawno-moralnej – że to atak na suwerenne państwo. Raz, że szafują nim pro-ruSSkie trolle, dwa, nie podzielam niestosowności podnoszonej także przez część uczciwych ludzi. Iran bowiem nie jest normalnym państwem (tak jak nie jest nim rosja czy Korea Północna). To łobuz, który od lat buduje architekturę destabilizacji regionu, finansuje i uzbraja terrorystów, dostarcza drony i rakiety rosyjskim zbrodniarzom. Od  dawna balansuje na krawędzi zdolności nuklearnych, nie kryjąc przy tym, że chciałby atomowej hekatomby dla milionów Żydów. To teokratyczny reżim, który od dekad tłumi własne społeczeństwo. Krwawe pacyfikacje, masowe aresztowania, egzekucje – to nie są incydenty, lecz system, fundament tamtejszej władzy.

A to ta władza, i jej militarne przybudówki, są celem amerykańsko-izraelskiej interwencji.

Można oczywiście powiedzieć: dyplomacja, sankcje, rozmowy. Tyle że te instrumenty były stosowane przez lata. Efekt? Iran nauczył się żyć pod sankcjami.

Spójrzmy na to z naszej, środkowo-europejskiej perspektywy. Iran nie jest „odległą egzotyką”. Irańskie drony uderzały w ukraińskie miasta. Irańska technologia wspiera rosyjską machinę wojenną. Irańska współpraca z Moskwą to nie dyplomatyczna uprzejmość, lecz realny wkład w przedłużanie wojny za naszą wschodnią granicą. Jeśli więc ktoś dziś osłabia irański potencjał militarny, to w pewnym sensie osłabia także zaplecze rosji.

No i jest jeszcze jeden wymiar tej układanki: pryskający mit rosyjskiej tarczy.

Od lat słyszeliśmy o cudownych systemach obrony powietrznej – o S-300, S-400, o „bańkach antydostępowych”, które miały zamykać niebo nad sojusznikami Kremla. Iran był jednym z odbiorców rosyjskich systemów OPL. Jeśli jednak amerykańskie i izraelskie lotnictwo jest w stanie z łatwością penetrować tę przestrzeń, niszczyć wskazane cele, przełamywać obronę – to nie jest to tylko taktyczny sukces. To sygnał strategiczny.

Sygnał dla państw, które rozważają zakupy rosyjskiego uzbrojenia.

Sygnał dla sojuszników Moskwy, że rosyjski parasol może być dziurawy.

Sygnał dla samego Kremla, że jego projekcja siły ma bardzo wyraźne granice. Bezradność Moskwy wobec uderzeń w Iran mówi więcej niż setki przemówień. rosja nie jest w stanie realnie osłonić swojego partnera. Nie wysyła wojska, ba, nawet nie grozi eskalacją, bo wie, że nikt nie potraktuje tego poważnie, tym samym obnażając swój status upadłego imperium.

Dla mnie TO są kluczowe kwestie. Wyłuszczę je jeszcze raz, dla wzmocnienia przesłania.

Po pierwsze, każdy cios w zdolności wojskowe Iranu to potencjalnie mniej dronów, mniej technologii, mniej wsparcia dla rosji. Po drugie, jeśli Kreml nie potrafi realnie ochronić swojego partnera, to jego pozycja słabnie – nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i globalnie.

Na koniec warto wyartykułować jeszcze jedną kwestię. Ten atak to sygnał, że świat zachodni wciąż jest zdolny do projekcji siły. W epoce, w której autokracje testują granice, demonstracja determinacji ma znaczenie.

Niestety, w każdej wojnie – nawet jeśli nie prowadzi się jej na rympał, jak rosjanie w Ukrainie – giną niewinni ludzie. Z tego powodu i ten konflikt jest moralnie skażony. Ale polityka bezpieczeństwa rzadko operuje kategoriami czystości, często sprowadza się do wyboru między złym a gorszym.

A ja wolę świat, w którym to my możemy przywalić łobuzom, a nie łobuzy nam.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Miny

W czerwcu 2023 roku świat zachodni z zapartym tchem obserwował pierwsze akty ukraińskiej kontrofensywy w obwodzie zaporoskim. W mediach co rusz pojawiały się obrazy nowoczesnych czołgów Leopard 2 i bojowych wozów Bradley, które – jak wierzono – przesądzą o sukcesie Ukrainy. Tymczasem „cudowna broń” nie zadziałała – natarcie szybko wytraciło impet na archaicznej zdawałoby się przeszkodzie – minach.

Nie chodziło o pojedyncze pola minowe, ale o wielowarstwowe pasy zapór inżynieryjnych, ciągnące się kilometrami. Zbudowano je wedle zasad rzekomo przebrzmiałej sztuki. Najpierw miny przeciwpancerne, za nimi przeciwpiechotne. Dalej rowy przeciwczołgowe, betonowe „zęby smoka”, kolejne pola minowe. A nad tym wszystkim czuwała artyleria, wzmocniona nowoczesnymi elementami, takimi jak drony i przeciwpancerne pociski kierowane, gotowe razić każdy pojazd, który zwolnił lub utknął.

To była brutalna lekcja: w wojnie pozycyjnej XXI wieku zapory inżynieryjne znów stały się jednym z najważniejszych narzędzi obrony. Jeśli ktoś po Zaporożu wciąż uważa, że miny to relikt, powinien jeszcze raz obejrzeć nagrania płonących wozów bojowych stojących w wąskim, rozminowanym korytarzu. I przyjrzeć się nagranym szturmom ukraińskiej piechoty, która po opuszczeniu transporterów co rusz natykała się na zakopane pułapki. Z tych dramatycznych relacji da się wywieść tylko jeden wniosek – miny nie były dodatkiem do rosyjskiej obrony, były jej fundamentem.

—–

W niektórych rejonach obwodu zaporoskiego gęstość rozstawionych przez rosjan min należała do najwyższych od czasów II wojny światowej. Pierwsza linia zapór nie miała zatrzymać „na zawsze” – jej zadaniem było zmuszenie Ukraińców do rozwinięcia pododdziałów inżynieryjnych, do użycia trałów, ładunków wydłużonych, do tworzenia wąskich przejść. Każdy taki korytarz stawał się automatycznie „lejkiem ognia” – przeciwnik rosjan wjeżdżał w przestrzeń doskonale rozpoznaną przez drony i pokrytą artylerią. I stawał się łatwym celem.

Co więcej, gdy Ukraińcy próbowali wykorzystać powstały wyłom, rosjanie sięgali po minowanie narzutowe – z artylerii lub systemów zdalnego stawiania zapór. Nowe miny spadały w rejon przełamania, zamykając korytarz, dezorganizując natarcie, zmuszając do ponownego rozminowywania pod ostrzałem. I tak „w kółko Macieju”. W efekcie nawet niewielkie przesunięcia linii frontu okupione były ciężkimi stratami – ludzi i sprzętu. Nie dlatego, że Zachód „nie dał dość broni”. Dlatego, że bez przełamania zapór inżynieryjnych żadna armia nie jest w stanie rozwinąć manewru.

I to właśnie jest istota pola minowego w nowoczesnej wojnie: ma ono odbierać przeciwnikowi tempo. A armia, która traci tempo, traci inicjatywę i z czasem przegrywa.

—–

W debacie publicznej miny – zwłaszcza przeciwpiechotne – przedstawia się często jako broń ślepą, prymitywną i wymykającą się spod kontroli. Problem polega na tym, że tak mówi się o minach w oderwaniu od kontekstu wojskowego. W rzeczywistości pole minowe to nie jest rozsypany chaotycznie materiał wybuchowy. To element systemu walki, sprzężony z rozpoznaniem, ogniem artylerii, bronią przeciwpancerną i odwodami manewrowymi.

W warunkach obrony własnego terytorium miny kupują czas – na mobilizację, na przerzut odwodów, na rozwinięcie artylerii dalekiego zasięgu, wreszcie czas na wejście do walki sojuszniczych sił wsparcia.

Bez zapór inżynieryjnych obrona zamienia się w ciągłe cofanie. Z zaporami – staje się walką o każdy kilometr, w której atakujący płaci za każdy metr postępu.

Dlatego miny nie są „bronią agresji”. Są klasycznym narzędziem obrony terytorium. Państwo, które rezygnuje z nich dobrowolnie, rezygnuje z jednej z najtańszych i najskuteczniejszych metod zatrzymania wroga.

I właśnie dlatego decyzja Polski o opuszczeniu Konwencji Ottawskiej – zakazującej użycia min przeciwpiechotnych – nie jest politycznym kaprysem. Jest dostosowaniem się do realiów wojny z przeciwnikiem, który będzie chciał nas zalać masą sprzętu i ludzi.

(…).

—–

A co z argumentami humanitarnymi? Przecież miny przeciwpiechotne zabijają także po wojnie, głównie cywilów. Dość spojrzeć na doświadczenia Afganistanu czy Bałkanów, by zrozumieć skalę problemu.

To prawda. Klasyczne miny z lat 70. i 80. pozostawały aktywne przez dekady. Były tanie, masowe i często stawiane bez dokładnej ewidencji. Po zakończeniu konfliktu stawały się cichym zagrożeniem dla ludności cywilnej.

Ale z tego nie wynika, że każde użycie min jest moralnie i strategicznie równoważne.

Po pierwsze – Polska nie planuje minować cudzych terytoriów ani prowadzić wojny ekspedycyjnej. Mowa o obronie własnego państwa, na własnym obszarze, w warunkach pełnej kontroli nad systemem minowania.

Po drugie – współczesne systemy minowe różnią się od konstrukcji sprzed pół wieku. Miny mogą być wyposażone w mechanizmy autodestrukcji lub autodezaktywacji po określonym czasie. Mogą być stawiane w sposób ewidencjonowany, z cyfrowym rejestrem lokalizacji. Mogą być integrowane z systemami zdalnego stawiania zapór, co pozwala kontrolować czas i miejsce ich aktywności.

To nie jest „rozsypywanie” materiałów wybuchowych. To element zarządzania przestrzenią walki.

Po trzecie – warto postawić pytanie, które rzadko pada w debacie publicznej: jaka jest alternatywa?

Brak zapór oznacza szybsze przełamanie obrony, czyli walki w gęsto zaludnionych obszarach. A wojna w miastach generuje wielokrotnie większe straty cywilne niż kontrolowane pole minowe na przedpolu. Widzieliśmy to w Mariupolu, Bachmucie, Awdijiwce. Zniszczone kwartały, tysiące zabitych, infrastruktura obrócona w ruinę. Jeśli miny mają zatrzymać przeciwnika kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów od dużych ośrodków miejskich, to paradoksalnie mogą ograniczyć skalę zniszczeń.

Humanitaryzm nie polega na rozbrajaniu się jednostronnie wobec agresora. Polega na takim przygotowaniu obrony, by wojna – jeśli przyjdzie – była jak najkrótsza i toczyła się jak najdalej od cywilnych centrów życia.

(…).

I owszem, miny nie są bronią „ładną”. Ale wojna obronna nie jest konkursem estetyki, a walką o przetrwanie państwa. Zaś państwo, które rezygnuje z narzędzi realnie zwiększających jego szanse na przetrwanie, nie jest bardziej moralne. Jest bardziej bezbronne…

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Oznakowane pole minowe w Ukrainie, w okolicach miasta Izjum. To pozostałość po rosjanach, która latem 2024 roku czekała na uprzątnięcie/fot. własne

Koszty

– Przedłużanie wojny jest w interesie rosji. A ta możne konflikt prowadzić tak długo, jak długo jego koszty będą akceptowane przez zwykłych rosjan. Dopóki wojna toczy się na terytorium Ukrainy i w niewielkim stopniu dotyka życia codziennego obywateli rosyjskich, dopóty putin ma od „swoich” wolną rękę – to jedna z ocen, które stawiam w rozmowie, jaką przeprowadził ze mną red. Maciej Chilczuk, dziennikarz „Polski Zbrojnej”. W wywiadzie poruszone są także inne kwestie, warte rozważań w czwartą rocznicę rosyjskiej pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Zapraszam do odsłuchania rozmowy.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Porażki

24 lutego 2022 roku rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, którą Kreml określił mianem „operacji specjalnej”. Sama nazwa zdradzała istotę planu: to nie miała być długa, wyczerpująca wojna, lecz szybkie, ograniczone uderzenie, które w ciągu kilku dni złamie ukraińskie państwo. W Moskwie zakładano, że elity w Kijowie uciekną, administracja się rozsypie, a wojsko – pozbawione centralnego dowodzenia – przestanie stawiać opór. Cztery lata później widać wyraźnie, że był to jeden z największych strategicznych błędów w całej historii rosji.

Plan Kremla opierał się na kilku założeniach. Po pierwsze: Ukraina jest państwem słabym i wewnętrznie podzielonym, a jej społeczeństwo nie będzie gotowe do masowej mobilizacji. Po drugie: armia ukraińska nie odeprze uderzenia z kilku kierunków jednocześnie – z północy na Kijów, ze wschodu na Donbas i z południa na Chersoń czy Zaporoże. Po trzecie wreszcie: Zachód ograniczy się do słabych sankcji i nic nieznaczących politycznych deklaracji.

—–

W pierwszych godzinach inwazji wiele przemawiało za tym, że ów plan może się powieść. Desant na Hostomel i kolumny pancerne zmierzające ku Kijowowi, Charkowowi i Chersoniowi sprawiały wrażenie dobrze skoordynowanej operacji. Jednak szybko okazało się, że rosja nie walczy z rozpadającym się „sztucznym państwem”, lecz z zdeterminowanym społeczeństwem i nieźle przygotowaną armią.

Moskwa drastycznie nie doszacowała przemian, jakie zaszły w Ukrainie po 2014 roku. Rewolucja godności, aneksja Krymu i wojna w Donbasie wzmocniły tożsamość narodową, a armia nie dość, że przeszła realny chrzest bojowy, to jeszcze była szkolona przez instruktorów z NATO. W tym kontekście nie sposób też przecenić znaczenia symbolu, jakim była decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o pozostaniu w stolicy. Jego wystąpienia stały się sygnałem, że państwo funkcjonuje, a władza nie zamierza kapitulować.

rosja przeliczyła się także co do własnych możliwości. Propaganda latami budowała obraz zmodernizowanej armii, zdolnej do szybkich, precyzyjnych operacji. Tymczasem inwazja ujawniła problemy logistyczne, brak koordynacji, przestarzałą łączność i skutki wieloletniej korupcji, np. w postaci nieistniejącego sprzętu. Wielokilometrowy konwój stojący pod Kijowem stał się symbolem tych słabości i dowodem rosyjskiej kompromitacji – zamiast błyskawicznego marszu na stolicę był chaos i podatność na ukraińskie ataki.

Błędna okazała się też kalkulacja polityczna. Kreml zakładał, że podzielona i uzależniona energetycznie Europa ograniczy się do symbolicznych reakcji. Stało się odwrotnie: sankcje były szerokie, dostawy broni rosły, a Niemcy dokonały strategicznego zwrotu w polityce bezpieczeństwa. NATO nie tylko się nie rozpadło, lecz zostało wzmocnione rozszerzeniem o Finlandię i Szwecję. Zamiast podzielonego Zachodu rosja otrzymała większą jedność. Zamiast ograniczenia obecności NATO w regionie – jej wzmocnienie. Nie sposób ocenić tego inaczej niż jako fundamentalną porażkę Kremla.

—–

Po nieudanym marszu na Kijów wojna przestała być operacją manewrową nastawioną na szybkie przejęcie centrów politycznych. rosyjski blitzkrieg załamał się, a ciężar walk przeniesiono do Donbasu, gdzie konflikt przybrał formę wyniszczającego, artyleryjskiego „pełzania” opartego na masie ognia.

Dynamika jednak nie zniknęła całkowicie. Lato i jesień 2022 roku przyniosły spektakularne ukraińskie kontrofensywy w obwodach charkowskim i chersońskim, które pokazały, że front wciąż może się załamać. Były to jednak epizody w coraz bardziej statycznym konflikcie. Od początku 2023 roku linia walk zaczęła się stabilizować, a symbolem tej fazy stała się bitwa o Bachmut – miesiącami toczone walki o zrujnowane miasto, ważniejsze politycznie i psychologicznie niż operacyjnie.

Obrazy z frontu przypominały relacje z I wojny światowej: sieci okopów, zaminowane pola, artyleryjskie przygotowania trwające godzinami.

Konflikt ujawnił brutalną prawdę: w Europie po zimnej wojnie zabrakło zapasów amunicji i mocy produkcyjnych. Ukraina zużywała w szczytowych momentach tysiące pocisków artyleryjskich dziennie, rosja jeszcze więcej. Wojna stała się pojedynkiem przemysłów zbrojeniowych. Dla państw Zachodu oznaczało to konieczność szybkiego zwiększenia produkcji i redefinicji podejścia do bezpieczeństwa. Dla rosji – przestawienie gospodarki w tryb wojenny, zwiększenie wydatków obronnych i sięgnięcie po wsparcie zewnętrzne. Pomocną dłoń ku Moskwie wyciągnęły Chiny, Korea Północna i Iran.

Jednym z najbardziej widocznych przełomów stało się masowe wykorzystanie bezzałogowców. Tanie drony FPV zaczęły pełnić rolę latającej amunicji precyzyjnej, zdolnej niszczyć czołgi, transportery opancerzone czy stanowiska artylerii. Obie strony szybko adaptowały się do nowych warunków – rozwijając środki walki radioelektronicznej i systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu.

Wraz z nasyceniem frontu technologią – sensorami, dronami rozpoznawczymi i systemami zakłóceń – pole walki stało się bardziej „przezroczyste”. Trudniej było ukryć koncentrację wojsk, łatwiej namierzyć ruch przeciwnika, co jeszcze bardziej ograniczyło możliwości prowadzenia dużych operacji manewrowych. W efekcie front wszedł w fazę długotrwałej stagnacji – choć nie bezczynności – a każde jego przesunięcie, nawet najdrobniejsze, oznaczało ogromne straty.

Równolegle trwała wojna rakietowa i powietrzna. rosja systematycznie uderzała w infrastrukturę energetyczną Ukrainy, próbując złamać odporność społeczeństwa w okresach zimowych. Ukraina odpowiadała atakami dalekiego zasięgu na rosyjskie rafinerie, składy paliw, lotniska i inne uzasadnione cele wojskowe w głębi terytorium przeciwnika. Wojna stała się specyficznym „konkursem wytrzymałości” – o to, kto dłużej utrzyma tempo produkcji, mobilizacji i wsparcia sojuszniczego.

—–

W lutym 2026 roku państwo ukraińskie funkcjonuje, armia walczy, a społeczeństwo – mimo zmęczenia – nie uległo załamaniu. Z drugiej strony Moskwa utrzymała kontrolę nad częścią okupowanych obszarów na wschodzie i południu Ukrainy, tworząc lądowy korytarz na Krym i wzmacniając swoją obecność nad Morzem Azowskim. To realne zdobycze terytorialne – w tym momencie niemożliwe do odzyskania – okupione jednak ogromnymi stratami ludzkimi i sprzętowymi. Pytanie brzmi: czy te zyski równoważą koszty?

Ten tekst, w obszerniejszej wersji – w której poświęcam uwagę również kwestiom gospodarczym – opublikowałem w portalu TVP.Info; znajdziecie go pod tym linkiem. Zapraszam do lektury całości!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Budynek szkoły w miejscowości Posad-Pokrowskie, która przez kilka miesięcy 2022 roku znajdowała się na linii frontu. W 2024 roku ruiny placówki zostały rozebrane/fot. własne

System

Wojna w Ukrainie obnażyła coś, co przez dekady pozostawało na marginesie debat strategicznych: o wyniku konfliktu decyduje nie tylko armia, lecz zdolność państwa do działania jako spójny system.

O świcie w Kijowie wyją syreny. Kilkaset kilometrów dalej, ze stacji we Lwowie wyrusza na wschód transport amunicji. W Łucku urzędnik wydaje decyzję administracyjną, używając podpisu elektronicznego, a w Charkowie operator sieci energetycznej przywraca zasilanie po kolejnym nocnym ataku. Na froncie giną ludzie, lecz wojna toczy się także tam, gdzie nie ma okopów. W urzędach, fabrykach, szkołach, na stacjach kolejowych i w mieszkaniach cywilów. rosyjskie rakiety i drony nie są wymierzone wyłącznie w jednostki wojskowe – ich celem jest całe państwo. Brak prądu, przerwane łańcuchy dostaw, chaos decyzyjny i zmęczenie społeczeństwa mają w długim okresie działać skuteczniej niż czołgi. Taki pomysł na wojnę ma rosja.

Odpowiedź Ukrainy była w dużej mierze improwizowana, ale z czasem przybrała formę systemowej adaptacji. Państwo nauczyło się funkcjonować w trybie permanentnego kryzysu. Administracja nie została zawieszona; przeciwnie – musiała działać szybciej, prościej i bliżej obywatela. Przemysł się nie zwinął, a rozproszył. Społeczeństwo stało się czymś więcej niż tylko zasobem mobilizacyjnym. To właśnie ta zdolność do utrzymania funkcjonowania państwa pod ostrzałem stanowi dziś jeden z kluczowych czynników ukraińskiej wytrzymałości strategicznej. I to ona powinna być przedmiotem analizy z polskiej perspektywy – nie w kategoriach solidarności czy symboliki, a twardego planowania obronnego.

—–

Mobilizacja w wojnie pełnoskalowej nie jest wyłącznie problemem wojskowym. Jej istotą jest zarządzanie niedoborem zasobu, który zużywa się szybciej, niż można go odtworzyć. Tym zasobem są ludzie – nie tylko żołnierze i rezerwiści, lecz także pracownicy przemysłu, transportu i administracji. Każda decyzja mobilizacyjna ma więc charakter systemowy: wzmacnia front kosztem zaplecza albo stabilizuje państwo kosztem zdolności bojowej. W Ukrainie pierwsze miesiące wojny opierały się na nadwyżce motywacji społecznej. Ochotnicy pozwolili kupić czas, lecz nie stworzyli systemu. Gdy konflikt przeszedł w fazę długotrwałą, improwizacja przestała wystarczać. Państwo zostało zmuszone do uporządkowania mobilizacji: centralizacji ewidencji, cyfryzacji danych, zaostrzenia kontroli nad poborem i racjonalizacji jego kryteriów.

Wraz z tym pojawiły się napięcia. Społeczeństwo funkcjonujące miesiącami w stanie wojny przestaje reagować na argumenty moralne, a zaczyna kalkulować koszty. Rosnąca liczba poległych, długotrwała służba bez jasnej perspektywy rotacji oraz nierównomierne obciążenie poszczególnych grup podkopały poczucie sprawiedliwości systemu. Mobilizacja stała się jednym z najbardziej konfliktogennych obszarów funkcjonowania państwa. Kluczowym wyzwaniem okazało się utrzymanie równowagi między potrzebami frontu a wydolnością zaplecza. Każdy żołnierz powołany do wojska to nie tylko uzupełnienie etatu w brygadzie, lecz także luka w gospodarce i administracji. Wojna wymusiła brutalną selekcję według przydatności systemowej: kto jest niezbędny na froncie, a kto do jego utrzymania. Administracja lokalna stała się buforem tych napięć – miejscem, gdzie decyzje państwa zderzały się z presją społeczną.

Z perspektywy strategicznej wniosek jest jednoznaczny: państwo, które nie potrafi długofalowo zarządzać mobilizacją, nie jest w stanie prowadzić wojny na wyczerpanie. Ukraina utrzymuje zdolność bojową nie dzięki niewyczerpanym rezerwom, lecz dlatego, że przekształciła mobilizację z reakcji kryzysowej w narzędzie zarządzania całym systemem państwowym – rozwiązanie dalekie od doskonałości, ale jedyne możliwe w wojnie bez szybkiego finału.

—–

W konflikcie pełnoskalowym poważnemu stres-testowi poddano administrację publiczną. Wojna szybko obnażyła słabości rozbudowanych, hierarchicznych struktur. Administracja musiała zostać spłaszczona: część kompetencji przeniesiono w dół, skracając ścieżki decyzyjne i ograniczając formalizm. W praktyce oznaczało to przerzucenie znacznej części ciężaru na administrację lokalną. To samorządy łączyły funkcje cywilne i quasi-obronne: zarządzały ewakuacją, pomocą, usługami komunalnymi i komunikacją z ludnością.

Ataki na energetykę, łączność i transport bezpośrednio uderzały w zdolność urzędów do pracy. Państwo wprowadziło rozwiązania awaryjne: alternatywne źródła zasilania, rozproszone centra decyzyjne, pracę zdalną i uproszczony obieg dokumentów. Celem nie był komfort funkcjonowania instytucji, lecz utrzymanie minimalnej zdolności działania. Kluczową rolę odegrała cyfryzacja. Systemy elektroniczne z narzędzi modernizacji stały się narzędziem przetrwania państwa. Pozwoliły ograniczyć skutki fizycznych zniszczeń, ale jednocześnie uczyniły infrastrukturę teleinformatyczną jednym z priorytetowych celów ataków.

Wojna wymusiła redefinicję skuteczności. Liczyła się nie zgodność z procedurą, lecz zdolność do utrzymania funkcji państwa. Błędy przestały być wyjątkiem, a stały się elementem akceptowalnego ryzyka. To przejście – od państwa proceduralnego do adaptacyjnego – pozwoliło Ukrainie uniknąć paraliżu instytucjonalnego. Patrząc z polskiej perspektywy, ukraińskie doświadczenie jest ostrzeżeniem. Polski aparat administracyjny projektowany jest na warunki stabilności: z rozbudowanymi procedurami, silną centralizacją decyzji i wysoką awersją do błędu. W realiach wojny pełnoskalowej taki model staje się obciążeniem. Bez przygotowania do pracy w trybie kryzysowym – z uproszczonymi procedurami, jasno delegowanymi kompetencjami i odpornością energetyczno-cyfrową – administracja może stać się wąskim gardłem całego systemu obronnego.

(…).

—–

Początkowa faza wojny charakteryzowała się wysokim poziomem samoorganizacji. Wolontariat, zbiórki sprzętu, wsparcie dla armii i uchodźców zastępowały niewydolne jeszcze mechanizmy państwowe. Z czasem jednak ta energia zaczęła się wyczerpywać. Społeczna mobilizacja, podobnie jak wojskowa, ma swoje granice. Państwo stanęło przed wyzwaniem przejścia od improwizacji do systemu – bez zabijania oddolnej inicjatywy, ale też bez opierania bezpieczeństwa na emocjonalnym zrywie. Codzienność w warunkach wojny została podporządkowana rytmowi alarmów, przerw w dostawach energii i zagrożenia uderzeniami. Szkoły, szpitale i miejsca pracy musiały funkcjonować w trybie awaryjnym. Adaptacja stała się normą: piwnice zastąpiły schrony, generatory – stabilne zasilanie, a nauczanie zdalne – regularną edukację. Społeczeństwo nauczyło się funkcjonować w warunkach obniżonych standardów, akceptując, że wojna oznacza trwałą degradację komfortu życia.

Kluczowym elementem odporności okazała się informacja. Wojna toczyła się równolegle w sferze narracyjnej – między potrzebą utrzymania morale a ryzykiem dezinformacji i propagandy. Państwo musiało balansować między transparentnością a kontrolą przekazu, starając się zapobiegać panice, zmęczeniu i poczuciu bezsensu strat. Każdy kryzys energetyczny, każda fala mobilizacji i każda porażka na froncie miały swoje konsekwencje społeczne, które wymagały zarządzania równie uważnego jak działania wojskowe. Granice odporności społecznej ujawniały się stopniowo. Narastało zmęczenie, frustracja i poczucie nierówności obciążeń. Długotrwała wojna rozwarstwia społeczeństwo: jedni pozostają na froncie, inni na zapleczu; jedni tracą bliskich, inni ponoszą głównie koszty ekonomiczne. Państwo musiało reagować na te napięcia także poprzez realne mechanizmy wsparcia – świadczenia, pomoc psychologiczną, opiekę nad rodzinami poległych i rannych.

Wojna obnażyła słabość klasycznych koncepcji obrony cywilnej, projektowanych z myślą o krótkotrwałych kryzysach. W realiach długotrwałego konfliktu obrona cywilna stała się procesem ciągłym, obejmującym nie tylko schronienie ludności, lecz także utrzymanie usług publicznych, komunikacji i minimum normalności. Społeczeństwo nie było wyłącznie obiektem ochrony – stało się aktywnym elementem odporności państwa. Z perspektywy strategicznej kluczowy wniosek brzmi: wojny nie wygrywa się samą determinacją społeczną, ale bez niej przegrywa się ją zawsze. Ukraina utrzymuje zdolność do walki, ponieważ jej społeczeństwo, mimo zmęczenia i strat, wciąż akceptuje koszty konfliktu jako niższe niż koszty porażki. To równowaga krucha, wymagająca stałego zarządzania – i jedno z najtrudniejszych wyzwań dla państwa prowadzącego wojnę na wyczerpanie.

(…).

Ten tekst ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – gdybyście chcieli go przeczytać w pełnej wersji, magazyn nadal jest w sprzedaży. Poza „papierem” dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje artykuły, w tym wywiad z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Jeden z najprostszych przykładów adaptacji – stacja paliw zabezpieczona workami z piaskiem/fot. własne