Wyzwania

„Wybór jest prosty: albo będziemy mieć do czynienia z pokonaną armią rosyjską wypchniętą za granice Ukrainy, albo ze zwycięską armią rosji stojącą u granic Polski”, stwierdził przed kilkoma tygodniami Radosław Sikorski w rozmowie z gazetą „Bild am Sonntag”. To nieco uproszczona diagnoza, gdyż możliwy jest też trzeci scenariusz – ograniczonych zdobyczy terytorialnych rosjan w Ukrainie. Tym niemniej słowa szefa naszej dyplomacji oddają istotę rzeczy – taką mianowicie, że pokonana Ukraina to dla Rzeczpospolitej ogromne zmartwienie.

Ale czy taki obrót spraw – owo definitywne zwycięstwo rosjan – warto rozpatrywać w kategoriach realnego zagrożenia? Patrząc na bieżące możliwości armii rosyjskiej – nie. Machina wojenna putina nie jest w stanie zniszczyć sił zbrojnych Ukrainy i narzucić okupacji całemu krajowi. Wiele wskazuje na to, że właśnie obserwujemy szczyt wydolności zarówno militarnych jak i gospodarczych rosji. Tymczasem Ukraina twardo się broni, a rosyjskie zyski terytorialne są mniej niż symboliczne.

Po co więc zawracać sobie głowę wizją „ruskich u bram”? A po to na przykład, by podkreślać zasadność dalszej pomocy Ukrainie i scalać wokół tego projektu szerszą koalicję. Przekonanie o konieczności wspierania Kijowa nie zostało dane raz na zawsze. Nawet Polacy – wciąż mocno proukraińscy – nie mają już w sobie takiego zapału dla podtrzymywania ukraińskiego wysiłku wojennego, bo „ile można?” i „ile to kosztuje?”.

No i jest też wymóg uwzględnienia małorealistycznych scenariuszy – wynikający choćby z intelektualnej uczciwości. Ostatecznie mówimy o wojnie, która mimo policzalnego i mierzalnego charakteru, cechuje się również istotną dozą nieprzewidywalności. Trudno mi teraz wskazać zmienne, które mogłyby doprowadzić do gwałtownego załamania się ukraińskiej operacji obronnej, ale definitywnie wykluczyć takiego scenariusza nie potrafię.

A zatem co by było gdyby?

—–

Nie, nie wierzę w to, że armia putina w następnym kroku wtargnęłaby do Polski. Mówiąc wprost, rosjanie są na to (na konflikt z NATO) za słabi – i zapewne już zawsze będą. Ale są dość silni – i byliby tacy po ewentualnym zwycięstwie nad Ukrainą – by podtrzymywać poczucie zagrożenia kolejną wojną. Oczywiście, mogą to robić już teraz – i w ograniczonym zakresie robią – mają bowiem do nas dostęp z północy, z obwodu królewieckiego, i częściowo ze wschodu, z Białorusi. Ale Ukraina absorbuje potencjał rosji do tego stopnia, że odbiera wiarygodność jej pogróżkom. By te miały bardziej „wiążącą moc”, przy granicy musiałoby stać wojsko. Sporo wojska, sama granica zaś być znacznie dłuższa.

Straszenie Polaków i społeczności międzynarodowej niechybnie przyniosłoby negatywne skutki. Niepewność egzystencjalna napędziłaby emigrację – wewnętrzną i zewnętrzną – wygasiła istotną część aktywności ekonomicznej na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej, ba, status Polski jako kraju wysokiego ryzyka oznaczałby skokowy spadek zagranicznych inwestycji i wycofanie dużej części dotychczasowego kapitału. Inicjowany przez Moskwę kryzys migracyjny, z którym mamy do czynienia przy granicy z Białorusią, dotknąłby kolejne obszary Rzeczpospolitej. Zmusiłby służby do jeszcze większego wysiłku organizacyjnego, państwo zaś do kolejnych inwestycji w graniczne zabezpieczenia.

A przecież nie byłyby to jedyne dodatkowe koszty. Kilkanaście dni temu rząd zapowiedział realizację programu „Tarcza Wschód”, który przewiduje budowę umocnień i przeszkód terenowych przy granicy polsko-rosyjskiej i polsko-białoruskiej. Ma to potrwać trzy lata i kosztować 10 mld zł. No to teraz wyobraźmy sobie, że „Tarcza…” musi objąć kolejne obszary i że nie mamy komfortu w postaci dużej ilości czasu, bo „rosjanie już tu są”.

Ich obecność, groźny i bardziej niekorzystny układ granic wymuszałby pośpiech także w innych obszarach związanych z bezpieczeństwem. Sporo ostatnio kupujemy, przezbrajając wojsko w lepszej jakości sprzęt, ale dekady zaniedbań i zakres koniecznej modernizacji sprawiają, że mamy armię „w proszku”. Starego sprzętu posłanego do Ukrainy już nie ma, nowego w dużej mierze jeszcze nie ma. Mozolnie odbudowujemy zdolności przemysłu obronnego, nadal pozwalając sobie na finansowanie innych przedsięwzięć kosztem zbrojeniówki. W omawianym scenariuszu wydatki publiczne inne niż obronne zostałyby w istotnej mierze ograniczone. Odczuwalna jakość życia Polaków bez wątpienia by spadła.

Wielu młodych trafiłoby w kamasze. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak istotne jest posiadanie licznych rezerw. Polska ich nie ma, bo 16 lat temu zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową. Co jakiś czas mówi się o konieczności przywrócenia tego obowiązku, lecz politykom brakuje odwagi i woli. Polacy w większości nie chcą brać na siebie takiego zobowiązania – dlatego kończy się na słowach. W realiach „ruski u bram” na grymaszenie w temacie „zetki” nie byłoby miejsca.

A to ledwie niektóre niedogodności…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, Kraby na ćwiczeniach/fot. 18 DZ

Dupochron

I mamy kolejną medialną burzę związaną z sytuacją na polsko-białoruskiej granicy. Oto bowiem wyszło na jaw, że Żandarmeria Wojskowa zatrzymała trzech żołnierzy, którzy oddali strzały ostrzegawcze w kierunku napierającej grupy migrantów. Do zdarzenia doszło na przełomie marca i kwietnia br., wojskowych – tak wynika z relacji ich kolegów – skuto kajdankami i pozostawiono samych sobie (ich macierzysta jednostka nie zapewniła im wsparcia prawnego).

W debacie publicznej dominuje ton oburzenia, pojawiają się porównania do innego skandalu, związanego ze sposobem, w jaki swego czasu potraktowano „żołnierzy z Nangar Khel”. „Znów zafundujemy sobie syndrom Nangar Khel”, wieszczą co poniektórzy.

Mam nieodparte wrażenie, że nie mają pojęcia, o czym piszą…

Sama analogia ze sprawą Nangar Khel jest mocno powierzchowna. W 2007 roku mieliśmy do czynienia z podejrzeniem popełnienia zbrodni wojennej, dziś mowa jest o przekroczeniu uprawnień; to skrajnie różne zarzuty. W afgańskiej wiosce – na skutek polskiego ostrzału – zginęło sześciu cywilów, trzy osoby zostały poważnie ranne. W incydencie granicznym nikomu włos z głowy nie spadał (a przynajmniej nie ma na ten temat żadnych informacji). Zatrzymanie wojskowych przed 17 laty było wyreżyserowanym spektaklem – tragedię usiłowano wykorzystać politycznie, by wykazać skuteczność nowopowołanej Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Za kulisami tej szopki stał Antoni Macierewicz, wtedy i dziś wpływowy polityk Prawa i Sprawiedliwości. Zatrzymań, które od wczoraj rozpalają emocje, dokonano z dala od kamer. Jeśli ktokolwiek chce je wykorzystać politycznie, jest to… środowisko PiS, krytykujące podległe rządowi służby, także poprzez dostrzeganie analogii z Nangar Khel. Tyleż to zrozumiałe (biorąc pod uwagę logikę politycznej napierdalanki), co obrzydliwe zważywszy na rolę pisowskiego tuza w tamtym dramacie. Historii, która wydarzyła się na wojnie (asymetrycznej, antypartyzanckiej, ale wojnie), nie zaś podczas kryzysu, który w swojej najpoważniejszej odsłonie zasługuje na miano co najwyżej zamieszek.

Rozumiem potrzebę efektownych porównań, ale nie idźmy tą drogą przez wzgląd na pamięć o zabitych, bogu ducha winnych Afgańczykach. A jeśli to nas nie rusza, to choćby z szacunku dla cierpienia żołnierzy i ich bliskich, którzy przez lata musieli mierzyć się ze skutkami najgorszych dla ludzi w mundurach oskarżeń.

Dajmy sobie też spokój z „syndromem Nangar Khel” – i predykcjami, wedle których ta zmora znów nasze wojsko sparaliżuje. Sprawi, że żołnierze będą się bali korzystać z uprawnień, przede wszystkim związanych z użyciem broni – z uwagi na ewentualne skutki prawne. Taka narracja jest bezpodstawna. Nie, nie dlatego, że wojskowi się nie boją; obawy związane z uruchamianiem procedur sprawdzających i karnych są pośród personelu Wojska Polskiego powszechne. Nasi wojskowi nie ufają żandarmerii, prokuraturze, a na końcu klasie politycznej, której decyzje wypracowują rutynę wymiaru sprawiedliwości. Ale tak jak w 2007 roku nie miało to związku z Nangar Khel, tak dziś nie będzie miało z incydentem na granicy. Problem jest głębszy i poważniejszy, zaś „syndrom” to nade wszystko figura publicystyczna, a niekiedy też dogodne usprawiedliwienie.

Spędziłem w Afganistanie mnóstwo czasu i nie raz miałem okazję przekonać się, że nie było czegoś takiego jak „syndrom Nangar Khel” w realiach bezpośredniej walki. „Indianie”, jak mówiło się o zwykłym liniowym wojsku, nie zastanawiali się, czy mogą strzelać, gdy „tamci” usiłowali wysadzić ich w powietrze czy sami walili z karabinów. Dynamikę zdarzeń – co w sumie powinno być oczywiste – definiowała reguła: „albo oni, albo my”. Wątpliwości pojawiały się wyżej – pamiętam sytuację, gdy plutonowi w „tiku” (w kontakcie ogniowym z przeciwnikiem) odmówiono wsparcia artyleryjskiego, bo kilkaset metrów od rejonu potyczki znajdowały się zabudowania cywilne. „I a nuż przeniesie”.

Amerykańscy oficerowie, którzy generalnie dobrze oceniali współpracę z Polakami, dociśnięci, wskazywali zwykle jedną istotną słabość – coś, co można nazwać „kulturą dupochronu”, a co ujawnia się poprzez niedecyzyjność i unikanie odpowiedzialności. Poprzez „robienie tylko wtedy, gdy jest na to kwit”, zgoda, najlepiej pisemna, dupochron właśnie.

Kilkanaście miesięcy temu tak pisałem o rosyjskiej armii:

„(…) Nawet w najlepszym składzie osobowym (przed dotkliwymi stratami w Ukrainie), pozostawała ona mocno zakorzeniona we wschodniej tradycji wojskowej. Dla której charakterystyczna jest silnie zhierarchizowana struktura, z kompetencjami delegowanymi maksymalnie ku górze. Średni i niższy szczebel dowodzenia niewiele może, o wszystkim decyduje wyższe dowództwo. Model się sprawdza, jeśli najwyżsi rangą oficerowie dysponują technicznymi możliwościami zarządzania polem walki. Gdy ich zabraknie, bądź zabraknie dowódców, do głosu dochodzą negatywne skutki treningu kulturowego, osadzonego na braku poczucia sprawczości i odpowiedzialności – nieumiejętność podejmowania inicjatywy i (jak mawiają w Wojsku Polskim) „a-chuj-mnie-to-obchodzizm”. „Nie wiem”, „nie potrafię”, wreszcie „boję się”; strach jest bowiem wzmacniany doświadczeniem, w którym zbytnia samodzielność niosła ryzyko kary. Równowaga w pionowo zorientowanych systemach zarządzania opiera się na wybitnie nierównomiernym dostępie do wiedzy i władzy. Ktoś z nieswojego, niższego poziomu, traktowany jest jako intruz/uzurpator. W wojsku, gdzie system kar – oficjalnych i nieoficjalnych – jest bardziej dotkliwy niż w cywilu, „panoszenie się” to niebezpieczny proceder, zwłaszcza w obliczu porażki (…)”.

Lepiej więc się „nie panoszyć” – nie podejmować decyzji, nie brać odpowiedzialności.

Jako się rzekło, pisałem o rosyjskiej armii, ale problem dotyczy również Wojska Polskiego. Wróćmy na moment do Afganistanu – decyzje o użyciu bojowym armato-haubic Dana – które stały w bazach Ghazni i Warrior – często podejmowane były na gorących łączach między dowództwem kontyngentu a Warszawą. O użyciu artylerii w sytuacji taktycznej, dotyczącej plutonu wojska (!), nierzadko decydowali najwyżsi rangą generałowie w kraju, niekiedy do spółki z najważniejszymi politykami. Decydowali, albo i nie, warto podkreślić…

Historia? No nie. Mimo upływu lat i postępującej westernizacji, wiele mentalnych nawyków z czasów sowieckiej dominacji wciąż jest reprodukowanych i obecnych (co dotyczy nie tylko armii, lecz nie o tym teraz mowa). Śmiejemy się ze słabości rosjan, tyle że oni od ponad dwóch lat są na prawdziwej wojnie – i powoli, ale jednak się zmieniają. A my mamy za sobą ośmioletnie rządy, w trakcie których systemowo łamano kariery nazbyt samodzielnych oficerów, a o awansach bardzo często decydowały przymioty, które z efektywnym dowodzeniem nie mają nic wspólnego.

Więc jeszcze raz proszę, by nie wieszczyć kolejnego „syndromu Nangar Khel” jako skutku incydentu na granicy. Bo to tylko zaciemnia problem.

Ps. Wojska na granicy nie powinno być – to zadanie dla służb porządkowych, nie armii. Rozwinę myśl przy innej okazji. Na zachętę przyjmę każdą liczbę subskrypcji i „kaw”. Żarty żartami, ale bez Waszego wsparcia nie byłoby mojego pisania – więc znów zapytam „pomożecie?”.

Jeśli tak, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Lead tekstu Onetu, który jako pierwszy napisał o incydencie na granicy.

„Zielone”

Waszyngton zgodził się, by Ukraina używała amerykańskiej broni i amunicji na terytorium federacji rosyjskiej. Dotyczy to obszarów przygranicznych, położonych na północ od Charkowa, co ma armii ukraińskiej umożliwić bardziej efektywną obronę metropolii, zarówno przed atakami z lądu, jak i z powietrza. W Moskwie doskonale zdają sobie sprawę, że dane przez USA przyzwolenie ma charakter tymczasowy. Że niebawem zostanie ono rozszerzone zgodnie z logiką tego konfliktu – nienachalnej eskalacji, której celem jest stopniowe „gotowanie rosyjskiej żaby” (czy jak kto woli, przekraczanie kolejnych „czerwonych linii”). Czyli, patrząc z pozycji Kremla, będzie gorzej. I tym właśnie należy tłumaczyć kolejny wysyp rosyjskich atomowych gróźb, skierowanych do Zachodu. „Jeśli nadmiernie uposażycie Ukraińców, srogo tego pożałujecie…”, taka jest istota przekazu płynącego z rosji.

Szantaż to rutynowe działanie rosjan, a w tym przypadku także dowód ich trudnej sytuacji. Zaryzykuję twierdzenie, że moskalom domyka się okienko strategiczne i że nie wykorzystali szansy, jaką była relatywna słabość sił zbrojnych Ukrainy, obserwowana na przestrzeni ostatniego półrocza. Mimo wściekłych ataków, armii rosyjskiej nie udało się rozbić przeciwnika. Doprowadzić do sytuacji, w której wojna rozstrzygnęłaby się na froncie – na co widoki są coraz marniejsze. Z kolei jakość zachodniej broni – znów w dużej ilości napływającej nad Dniepr – wraz z perspektywą bardziej efektywnego jej zastosowania, czynią owe widoki jeszcze marniejszymi. Zauważmy, co się wydarzyło w okolicach Biełgorodu tuż po tym, jak Waszyngton dał zielone światło na „strzelnie w rosji”.

Bez wchodzenia w zbędne szczegóły, Ukraińcy wyprowadzili dotkliwe uderzenie w rosyjskie systemy przeciwlotnicze i rakietowe, skoncentrowane pod miastem. W tym celu użyto wyrzutni Himars, które strzelały pociskami kasetowymi. Rzecz jasna rosjanie twierdzą, że przechwycili nadlatujące rakiety, ale z dostępnych materiałów filmowych wynika, że kłamią. Zestawy S-400 („anałogi w miru niet”) znów okazały się za słabe w konfrontacji z zachodnią technologią wojskową. A z dymem poszły nie tylko one, ale też m.in. wyrzutnie Tornado (takie rosyjskie bieda-himarsy), którymi moskale ostrzeliwali Charków i pozycje armii ukraińskiej pod miastem.

Oczywiście, obezwładnienie rosyjskiej przygranicznej OPL nie rozwiązuje wszystkich problemów Charkowa i obwodu charkowskiego. Pamiętajmy, że moskale wdarli się na kilka kilometrów w głąb ukraińskiego terytorium, że wciąż istnieje ryzyko nasilenia takich działań, także bardziej na zachód, w rejonie Sumów. Sposobem na redukcję tego zagrożenia jest atakowanie rejonów koncentracji i bliskiego zaplecza rosjan na terytorium rosji – do czego idealnie nadaje się artyleria. Ta zachodniej proweniencji – za sprawą większego zasięgu i lepszej precyzji – dawałaby gwarancję względnej bezkarności; ruskie nie mogłyby jej sięgnąć własnymi odpowiednikami. W tym kontekście zgoda USA – choć ograniczona – oraz nieograniczone obszarowo przyzwolenie innych państw, potencjalnie załatwiają sprawę. Transgraniczny ostrzał – odpowiednio gęsty i celny – po prostu sparaliżuje rosjan. Wyzwaniem dla Ukraińców pozostaną drony – te zapuszczające się na odległość 30-40 km – zdolne atakować ściągnięte pod granicę armaty i haubice. Ale czy rzeczywiście pozostaną? Z relacji wiarygodnych dla mnie źródeł wynika, że na przestrzeni kilku ostatnich dni do Ukrainy dotarło sporo sprzętu do walki radio-elektronicznej (WRE), w tym urządzenia przeznaczone do zakłócania pracy bezpilotowców.

—–

No więc Ukraińcy nadal walczą i właśnie zyskują możliwość przyblokowania rosjan na północy.

Pójdźmy dalej – odkąd „na teatrze” znów pojawiły się ATACMS-y i kolejne partie Storm Shadowów/SCALP-ów, obrońcy zintensyfikowali działania wymierzone w rosyjską obronę przeciwlotniczą. Wyrzutnie i radary nie płoną wyłącznie w rosyjskim obwodzie biełgorodzkim, ale także na Zaporożu, w Donbasie i na Krymie. W tempie i skali, które skłaniają do wniosku, że parasol rozwinięty nad siłami inwazyjnymi ma teraz więcej dziur niż nieuszkodzonej powierzchni . Nadrzędnym celem tych działań jest – moim zdaniem – przygotowanie gruntu pod efy szesnaste. Na pewno wyczyszczenie im przedpola, by mogły realizować zadania bezpośredniego wsparcia wojsk lądowych (co oznacza operacje lotnicze przede wszystkim nad wschodnią Ukrainą). Ale czy tylko?

Nie bez powodu wspomniałem o jednej z logik tego konfliktu, czyli o stopniowym przesuwania „czerwonych linii”. Sądzę, że pojawienie się F-16 da pretekst do kolejnego zwolnienia „ukraińskich koni” z cugli. I nie chodzi wyłącznie o efektywne wykorzystanie samolotu i skonfigurowanej z nim amunicji, zdolnej razić cele na odległość setek kilometrów. Idzie też o rzecz elementarną, samą sensowność projektu „F-16 dla Ukrainy”. A ta – najogólniej rzecz ujmując – wymaga przeflancowania głębokich rosyjskich tyłów: radarów, wyrzutni czy samolotów operujących z dala od granicy oraz baz, składów, magazynów, centrów dowodzenia, które te działania wspierają. Bez tego efy by spadały; ich piloci muszę więc wejść na przygotowane przedpole, a później już sami szybko je sobie poszerzyć.

Co to oznacza dla rosjan? Wróćmy do regionalnej perspektywy i przyjrzyjmy się Krymowi. Ukraińcy atakują krymski garnizon i flotę czarnomorską już od dawna. Używają własnych systemów, ale największe sukcesy zapewnia im zachodnia broń. Nie brakuje opinii, że działania ZSU są bezsensowne, bo „rosjanie będą walczyć o półwysep do upadłego”. Po co więc zużywać potencjał na działania, które nie przyniosą pożądanego skutku?

Czyżby? Istotą strategii Ukraińców jest „obrzydzenie” półwyspu rosjanom. Mnożenie im kosztów związanych z okupacją i doprowadzenie do sytuacji, w której Moskwa zacznie się zastanawiać, czy gra (rozumiana jako posiadanie półwyspu) warta jest świeczki. W obliczu gęstniejących wątpliwości mogłoby się okazać, że operacja lądowa armii ukraińskiej – albo presja dyplomatyczna – nie napotkałyby wielkiego oporu.

Zauważmy, że atakowane są okręty, ale też portowa infrastruktura i instalacje wojskowe, jak radary, naziemne wyrzutnie, lotniska. W efekcie tej presji Ukraińcy nie tylko znieśli ryzyko rosyjskiego desantu na czarnomorskim wybrzeżu, ale też zerwali blokadę morską. Żywność znad Dniepru płynie dziś statkami do Stambułu i Konstancy, a dochody z tego tytułu zasilają wojenny budżet Kijowa.

A rosjan nie tylko przepędzono z zachodnich akwenów Morza Czarnego. Grillowanie krymskiego zaplecza i ataki na jednostki w pobliżu półwyspu sprawiły, że flota czarnomorska przesunęła większość okrętów do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg morza. I zasadniczo siedzi tam „na kupie”, realizując zadanie minimum – ochronę przeprawy na Kercz, co pozwala utrzymać status półwyspu jako hubu logistycznego. Mocno już wyizolowanego, spiętego z rosją cienką nitką mostu krymskiego. Kto nie dostrzega w tym desperacji i porażki, lepiej niech się nie odzywa.

I teraz wyobraźmy sobie, że taka sytuacja panuje od Krymu po Białoruś. Że Ukraińcom udało się wyizolować pole walki rozumiane jako cały front. Że strefa między rosyjskimi liniami obronnymi a efektywnie działającym rosyjskim zapleczem ma szerokość kilkuset kilometrów, że obejmuje tereny federacji, gdzie nie istnieją już bezpieczne dla wojska obszary. To scenariusz, który wciąż jest możliwy, biorąc pod uwagę atuty zachodniego uzbrojenia. I którego bardzo obawiają się na Kremlu, więc znów potrząsają atomową szabelką.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zniszczone pod Biełgorodem elementy systemu S-400/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Kara

„Zadam niepopularne pytanie: czy Ukraina nie może zacząć rozmów z Rosją i oddać część jej terytoriów w zamian za życie tych, którzy jeszcze w tym kraju zostali?”, zastanawia się filozofka, prof. Magdalena Środa. Dalszą część jej wypowiedzi znajdziecie na załączony screenie, choć istota i tak zawiera się w pierwszym, zacytowanym przeze mnie zdaniu. Pytacie mnie, co o tym sądzę, pozwolę więc sobie na krótki komentarz.

Zacznę od dygresji. Kilkanaście dni temu wziąłem udział w polsko-ukraińsko-niemieckim seminarium, zorganizowanym przez Uniwersytet Szczeciński. Co prawda poświęcono je dziennikarstwu obywatelskiemu, niemniej kontekst wojenno-ukraiński zdefiniował dyskusje. Z uwagą wsłuchiwałem się w wypowiedzi zagranicznych koleżanek i kolegów po fachu, a opowieść o niemieckim rozumieniu konfliktu na Wschodzie wydała mi się arcyciekawa.

Dotąd sądziłem, że ostrożna polityka Berlina wobec Kijowa i Moskwy wynika z trzech powodów.

Pierwszy ma wymiar historyczno-etyczny i jest konsekwencją niemieckich zbrodni na Wschodzie oraz faktu, że współczesnej rosji udało się zawłaszczyć historię ZSRR tak, by w relacjach ze światem zewnętrznym uchodziła ona za wyłącznie rosyjską. W efekcie „znikło” gdzieś etniczne zróżnicowanie ofiar hitlerowskiej agresji, a skoro wszyscy byli rosjanami, to rosji przypadają „moralne bonusy” z tego tytułu. Niechęć, powściągliwość, a ostatecznie „tylko” wspomniana ostrożność, z jaką do pomocy dla Ukrainy podchodzi RFN, wynikają także z przekonania, że „nam, Niemcom, nie wypada przykładać ręki do zabijania rosjan”. Gdzieś tam zapewne tli się jeszcze strach przed srogością ewentualnej zemsty moskali. Świadkowie bestialstw armii sowieckiej z lat 1944/45 w zasadzie już nie żyją, ale trauma bywa dziedziczona społecznie i potrafi zakorzenić się w głowach kolejnych pokoleń.

Drugi ważny moim zdaniem powód sprowadza się do relacji ekonomicznych łączących Niemcy i rosję. Zaplecze surowcowe i relatywnie duży rynek zbytu były przez lata rosyjskimi atutami, którymi Moskwa rozgrywała Berlin. Czyniła to z łatwością, bo Niemcy, jako państwo, przeszły transformację z organizacji wysoce zmilitaryzowanej w strukturę biznesową – kraj stał się firmą i wedle logiki firmy funkcjonował. A że kontrahent często okazywał się łobuzem? Nie miało to większego znaczenia, póki realizował swoje zobowiązania. Póki można było na nim i dzięki niemu zarabiać. Trudno rezygnuje się z takiej współpracy, trudno nie ulec pokusie, by nie zrywać wszystkich mostów.

Tym trudniej, gdy jest się naszpikowanym agenturą wpływu. W żadnym innym europejskim kraju mniej lub bardziej prorosyjskie narracje nie były i nie są z taką łatwością kolportowane jak w Niemczech. Dość wspomnieć „antywojenne” protesty czy „propokojowe” deklaracje ludzi nauki i sztuki.

Ale byłoby nieuczciwością wrzucanie wszystkich takich inicjatyw, no i szerzej, powściągliwości jako strategii politycznej RFN, do jednego worka „świadomej gry na rosję”. I w tym momencie wrócę do niemieckiej perspektywy, z jaką zetknąłem się podczas wspominanego seminarium.

Niemcy są społeczeństwem na wskroś pacyfistycznym – to skutek rewolucji zafundowanej temu państwu i tej wspólnocie przez aliantów po zakończeniu II wojny światowej. Sam czasem żartuję, że ów pacyfizm wszedł Niemcom (z których wywodzi się część mojej rodziny, więc czuję się rozgrzeszony z tych docinków) za mocno. A na fundamencie pacyfizmu refleksja o nadrzędnej wartości ludzkiego życia ma się bardzo dobrze. Tym lepiej, gdy dodamy „dwa do dwóch” – indukowany z zewnątrz (ale w pełni zinternalizowany) pacyfizm do specyficznych doświadczeń historycznych. W Zachodnich Niemczech mówiło się, że lepiej mieć pół Niemiec tylko dla siebie niż całe na pół. W tej figurze retorycznej chodziło o akceptację powojennego porządku – podziału Niemiec na te, gdzie dostępne były wszystkie wolności, oraz te, które znalazły się pod sowiecką kuratelą. Taki stan rzeczy był dla Niemców bolesnym ciosem, ale był też lepszą opcją niż pełna okupacja.

Co więcej, z czasem okazało się, że podział nie jest trwały, że kraj udało się zjednoczyć. Poczucie realizmu i cierpliwość kilku pokoleń zostały wynagrodzone.

I właśnie w takich kategoriach wielu współczesnych Niemców postrzega obecną sytuację Ukrainy, a ślady takiej kalkulacji odnajdujemy w polityce RFN. I takie postrzeganie podziela z Niemcami cytowana na wstępie prof. Środa. „Ziemia za pokój/ziemia za życie” – to nawet nie brzmi tak źle. No i zawsze jest nadzieja, że rosja – jak niegdyś ZSRR – też się rozleci (a przecież federacja stoi na jeszcze bardziej chwiejnych nogach niż sowiecja). A jak się rozleci, możliwa będzie konsolidacja ukraińskich ziem. Ale…

Ale w takiej perspektywie – akceptacji dla podziału Ukrainy wzorem Niemiec – brakuje mi istotnej zmiennej. Podkreślenia, że los dawnej III Rzeszy był zasłużoną karą dla państwa i wspólnoty, które zafundowały światu koszmarną wojnę i Holocaust. A za co miano by ukarać Ukrainę? A przecież byłaby to kara nie dla abstrakcyjnego bytu, a dla konkretnych ludzi. Zabijanych, więzionych, poddanych presji ekonomicznej i procesowi wynaradawiania – tym bowiem cechuje się codzienność terenów okupowanych przez rosjan…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Lyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi,   Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Smycz

W połowie 2015 roku sytuacja w Donbasie już się wyklarowała. Na przestrzeni minionego roku Ukraińcy ograniczyli zdobycze terytorialne sprowokowanej i wspieranej przez rosjan rebelii, ale całkowicie jej zdławić – i odzyskać pełną kontrolę nad obwodami donieckim i ługańskim – nie zdołali.

Na przeszkodzie stanęła armia rosyjska i postawa nowych ukraińskich władz. W Kijowie obawiano się, że zbyt zdecydowane działania dadzą Moskwie pretekst do pełnoskalowej wojny – a tej chciano wówczas uniknąć. W efekcie Ukraina nie wykorzystała początkowego powodzenia operacji antyterrorystycznej. Nie zrozumcie mnie źle – Ukraińcy strzelali do ruskich żołdaków bez pardonu. Pierwsze boje regularnych formacji obu krajów miały miejsce już w 2014 roku. Rzecz w tym, że Kijów mógłby wysłać na Wschód więcej wojska – czego nie zrobił – samej armii zaś dać polityczną zgodę na walkę bez ograniczeń. Za bezpieczniejszą uznano jednak regułę samoograniczania, w wyniku czego rosyjska artyleria bezkarnie i skutecznie biła po ukraińskich pozycjach. Armaty i wyrzutnie stały bowiem na „nietykalnej ziemi” – w rosji, tuż przy granicy z Ukrainą.

Dziś mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją – Ukraińcy dokonują rajdów na przygraniczne rosyjskie terytoria oraz atakują cele w głębi rosji. Niszczą moskalom rafinerie, składy paliw, ba, nie obawiają się uderzać w absolutnie priorytetowe dla rosjan obiekty i urządzenia – bazy bombowców strategicznych czy w radary pozahoryzontalne (przeznaczone m.in. do wykrywania międzykontynentalnych rakiet). Obawy? Pewnie są, nade wszystko jednak jest u Ukraińców determinacja, by maksymalnie osłabić efektywność rosyjskiej machiny wojennej.

Ale nadal jest też i smycz – z tą różnicą, że Kijów nie włożył jej sam, a została mu nałożona przez sojuszników. Oręż oryginalnie wywodzący się z ukraińskich zasobów oraz uzbrojenie na bieżąco wytwarzane na miejscu, używane są bez ograniczeń. Ukraiński przemysł ma dość kompetencji, by produkować drony zdolne pokonać setki kilometrów, z czasów sowieckich zostały na przykład rakiety systemu S-200 (o zasięgu do 300 km). Jednak to, co w arsenale ZSU najcenniejsze – mające odpowiedni zasięg, moc i przede wszystkim precyzję rażenia – pochodzi z Zachodu. I nie wolno tego Ukraińcom wykorzystywać wedle własnego uznania.

Obostrzeń jest wiele, a część z nich wynika z humanitarnych przesłanek. Najważniejsze sprowadza się do zakazu użycia na terenie rosji. Nie stoją za tym inne racje poza politycznymi i militarnymi w wymiarze strategicznym. Najogólniej rzecz ujmując, donatorzy obawiają się – jak niegdyś Kijów – eskalacji. Słusznie czy nie, skutki są jak najbardziej realne. Widzimy je na załączonym do wpisu zdjęciu, przedstawiającym Wołczańsk kilkanaście dni po tym, jak rosjanie przypuścili atak na przygraniczne rejony charkowszczyzny.

Dlaczego rosjanie wdarli się na kilka kilometrów w głąb ukraińskiego terytorium w okolicach Charkowa? Wskazanie niedostatecznej obsady pozycji obronnych i złego dowodzenia – czyli ewidentnych słabości ZSU na tym odcinku – nie wyczerpuje odpowiedzi. Tamci weszli także dlatego, że mogli. Mogli działać w realiach dużej bezkarności.

Choć wcześniej się skoncentrowali – i nie uszło to uwadze Ukraińców – nie dało się ich ostrzelać na pozycjach wyjściowych. Dla ZSU nie ma już „tabu nietykalnej ziemi”, ale aktualna pozostaje kwestia skutecznego zasięgu systemów artyleryjskich. By nie narazić się na ogień kontrbateryjny, trzeba słać pociski dalej niż przeciwnik. Artyleria natowskiego pochodzenia ma nad rosyjską i eks-sowiecką przewagę 10-15 km. Teoretycznie Ukraińcy mogli więc zniszczyć szykujące się do ataku rosyjskie oddziały zanim jakikolwiek z nich wszedłby na ukraińskie terytorium – i działoby się to bez ryzyka skutecznej riposty (co jest pewnym uproszczeniem). No ale mieć działa i amunicję o takich parametrach a móc ich użyć to – jak się okazuje – dwie różne rzeczywistości. W tej prawdziwej trudno było postawić artyleryjski mur, korzystając wyłącznie z sowieckich systemów, takich samych, jakimi dysponuje druga strona. Bo jeśli obie mogą strzelać „na krótko” i wzajemnie się szachować w obrębie tej słabości, przewagę zyskuje ta strona, która może wystrzelić więcej. A na Wschodzie ilość to niemal zawsze atrybut rosjan.

Idźmy dalej – pozycje wyjściowe moskali można by zbombardować przy użyciu lotnictwa. Nie wymaga to nalotów bezpośrednio nad cel – a więc i przekraczania ukraińsko-rosyjskiej granicy. Nie tylko rosjanie dysponują bombami szybującymi, do wyobrażenia jest zatem scenariusz, w którym ukraińskie MiG-i i Suchoje dokonują zrzutów nad Ukrainą, a ładunki lecą i eksplodują kilkadziesiąt kilometrów dalej. No ale bomby też są zachodnie…

Co więcej, szczupłość floty powietrznej wymusza na ukraińskim dowództwie wyjątkową ostrożność. Rosyjskie systemy przeciwlotnicze średniego zasięgu – zdolne porazić cele na odległość 100-150 km – w zasadzie rugują ukraińskie samoloty z rejonów przygranicznych. Można by te wyrzutnie i radary zniszczyć – użyć w tym celu lotniczych pocisków manewrujących, bądź strzelać z lądu ATACMS-ami (w obu przypadkach z bezpiecznej odległości 200-300 km) – ale wymieniona amunicja jest zachodniej proweniencji, a wspomniane systemy stoją w rosji.

Druga strona nie ma takich ograniczeń, nie może zatem dziwić fakt, że w bojach o Wołczańsk rosjanie masowo używają własnych bomb szybujących. Ich samoloty nie przekraczają granicy i swobodnie operują w strefie przyfrontowej. Po pierwsze, bo rozproszona i przeciążona ukraińska OPL nie jest w stanie obstawić wszystkich zagrożonych rejonów, a po drugie, nawet gdyby udało się ściągnąć pod Charków baterię Patriotów (czy nawet dwie, jak postuluje prezydent Zełenski), bez amerykańskiej zgody na strzelanie do samolotów w rosyjskiej przestrzeni powietrznej na nic by się to zdało.

I skoro jesteśmy przy Charkowie – miasto od dwóch lat terroryzowane jest ostrzałami rakietowymi. Spadają na nie m.in. Iskandery wystrzeliwane z okolic Biełgorodu. Rakiety mają do pokonania niewielkie odległości, nawet najlepsze systemy OPL miałyby problemy z ich zestrzeleniem (no ale tych systemów i tak brakuje…). Najlepszym sposobem na poradzenie sobie z rosyjskim terrorem rakietowym byłoby zniszczenie wyrzutni na ziemi. I Ukraińcy starają się to robić, posyłając nad Biełgorod drony. Ze skutecznością bywa różnie, bo bezpilotowiec nie jest tak szybki jak… no właśnie – na przykład jak rakieta. Taki pocisk ATACMS, najlepiej z ładunkiem kasetowym. Oczywiście, Iskandery są chronione przed atakiem z powietrza, ale doświadczenia z obezwładniania rosyjskiej OPL na Krymie jasno pokazują, czym są najlepsze systemy moskali w konfrontacji z zachodnim uzbrojeniem.

Byle tylko można go było użyć…

Coraz więcej zachodnich krajów godzi się na wykorzystywanie ich uzbrojenia na terytorium rosji – w tym gronie, obok m.in. Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Holandii, znalazła się również Polska. Amerykanie wciąż myślą. Byle nie potrwało to za długo.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Płonący Wołczańsk/fot. ZSU

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.