Pomoc

Ukraińscy górnicy zwykle umierają zanim zdążą się zestarzeć. Wielu z nich ginie w wypadkach, będących efektem katastrofalnego stanu kopalnianej infrastruktury. Wielu – tuż po przejściu na emeryturę – zabijają zawodowe choroby i podły stan opieki medycznej. Wiktor Jakowlinicz tymczasem – choć musi wspierać się drewnianą laską – wciąż ma w sobie sporo życiowej energii, a na koncie 82 lata. Byłby zatem prawdziwym szczęściarzem, gdyby nie fakt, że kilkanaście miesięcy temu na Ukrainie wybuchła wojna domowa, a on musiał uciekać z Doniecka do Charkowa.

– Na starość przyszło mi włóczyć się po świecie – mówi, dodając, że sam nie miałby na to odwagi. Samotny, starszy mężczyzna zapewne zostałby w ostrzeliwanym Doniecku, gdyby nie pomoc sąsiadów. – Uciekliśmy razem, a młodzi – emerytowany górnik spogląda na towarzyszącą mu trzydziestoparoletnią kobietę – … zajmują się mną jak ojcem.

– Ma pan własne dzieci? – pytam.

Twarz mężczyzny smutnieje.

– Mam – odpowiada. – Dwie córki. Zostały tam, po drugiej stronie, ze swoimi rodzinami. Nie chciały opuszczać Ługańska, mówiły, że to się zaraz skończy, że trzeba mieć nadzieję. A wojna trwa i trwa i końca nie widać… – Jakowlinicz zawiesza głos. – Strasznie się o nie martwię – przyznaje po chwili.

Człowiek jak żywy bankomat

Z Wiktorem Jakowliniczem spotykamy się na przedmieściach Charkowa, w punkcie pomocy humanitarnej prowadzonym przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Staruszek właśnie odebrał kartę bankomatową do rachunku, na który PCPM przez pół roku będzie przelewał 1200 hrywien miesięcznie.

– Niech wam bóg błogosławi – mężczyzna dziękuje dwóm młodym wolontariuszkom, odpowiedzialnym za wydawanie kart. A ja pytam Rafała Farbisza, koordynatora PCPM na Ukrainie, skąd w ogóle pomysł, by pomagać w taki sposób.

– Kiedyś – wspomina Farbisz, weteran akcji humanitarnych – …zdarzało się, że miałem przy sobie  nawet 60 tysięcy dolarów. Górę forsy, którą ktoś mógłby się zainteresować i potraktować mnie jako żywy bankomat. Karty łatwiej przewieźć, nie rzucają się w oczy, a nasi wolontariusze nie stają się celem dla rabusiów. Oczywiście, ten system dystrybucji pomocy nie wszędzie się sprawdzi – pracujemy w wielu miejscach na świecie, w niektórych zwyczajnie nie ma bankomatów. Tu na szczęście możemy sobie na to pozwolić.

– Sami uchodźcy wiedzą najlepiej, czego im trzeba – stąd w ogóle idea przekazywania pieniędzy, a nie konkretnych produktów czy przedmiotów – dodaje mój rozmówca.

– Po ucieczce do Charkowa wynajęliśmy z mężem dwupokojowe mieszkanie – doniecczanka Tatiana Osipenko również otrzymała kartę PCPM. – „Uchodźcy i dwa pokoje?” – dziwili się niektórzy. Tacy, co to pewnie widzieliby nas w ciasnej, małej norze. A my dzieci dwójkę mamy – kobieta trzyma na rękach kilkumiesięczne niemowlę. – Oprócz tego maleństwa jeszcze synek siedmioletni, sparaliżowany. Potrzebujemy więc trochę więcej przestrzeni. Na szczęście mąż znalazł pracę, mamy za co żyć, ale gdyby nie ta pomoc, mielibyśmy problem z opłaceniem czynszu.

Dom rozbity – wracać nie ma gdzie

Uchodźców takich jak Tatiana i jej rodzina jest w liczącym milion czterysta tysięcy mieszkańców Charkowie ponad sto tysięcy. Karty PCPM trafią w tym roku do 550 z nich.

– Z jednej strony, kropla w morzu potrzeb – przyznaje Farbisz. – Z drugiej jednak, to aż pół tysiąca rodzin, z których większość trafiła tu dosłownie z niczym. Ludzie tak jak stali, tak uciekli z objętych walkami rejonów.

35-letnia Oksana Morozowa z jednego z poddonieckich miasteczek przyjechała do Charkowa z 9-letnim synem Bogdanem.

– A kursy języka polskiego prowadzicie? – pyta jedną z wolontariuszek. – Znam trochę polski – wyjaśnia mi nieco później. – Przez pół roku pracowałam w Przemyślu jako sprzątaczka i chciałabym tam wrócić.

– Wyjechać na zawsze czy tylko do pracy? – dopytuję.

Oksana wzdycha.

– Dom rozbity – wracać więc nie ma gdzie i po co. W Charkowie z robotą ciężko, zwłaszcza dla kobiety. Słowem, nic mnie tu nie trzyma. Ale realistką jestem, wiem, że w Polsce życie drogie. Że lepiej pojechać tam na jakiś czas, odłożyć trochę, i wrócić na Ukrainę. Synowi trochę lepszy start zapewnić.

Blokada

Piękny, choć mocno zapuszczony Lwów, tętnił życiem. W późnowiosenne, niedzielne popołudnie przez ulice przewalały się tłumy odświętnie ubranych ludzi. Roześmianych, zrelaksowanych, korzystających z uroków licznych kawiarnianych i restauracyjnych ogródków. Wielu z nich było turystami, ale sądząc po języku, w miażdżącej większości z samej Ukrainy. Aż trudno było uwierzyć, że przebywa się w kraju, w którym trwa okrutna wojna…

Nie było posterunków, wzmocnionych straży, wojskowych pojazdów. Jedyny wyróżnik to żołnierze na przepustkach – zwykle zbici w grupy niczym szkolne wycieczki. Widać ich było głównie przy muzeach i w sklepach spożywczych, w okolicach stoisk z alkoholem. Nie sposób orzec, czy niezborne ruchy części z nich były efektem zbyt długiego przebywania na upale, czy właśnie – skutkiem użycia napojów wyskokowych. Niemniej mundurowi trzymali rezon – nie wzniecali awantur, co rusz za to krzyczeli „chwała Ukrainie!”, w odpowiedzi na to samo hasło, często wznoszone przez szkolną dziatwę.

Przyglądałem się spalonym słońcem twarzom mężczyzn w mundurach. Większość z nich miała czterdzieści i więcej lat.

– Gdzie ci wszyscy młodzi chłopcy? – spytałem moją lwowską przewodniczkę. Kobieta, nieco zakłopotana, spuściła wzrok – oboje wiedzieliśmy, że patriotycznego uniesienia starczyło ledwie na kilka pierwszych pomajdanowych miesięcy. Że teraz wielu młodych ucieka przed przymusowym poborem za granicę – głównie zresztą do Polski – a na ich miejsce w jednostkach pojawiają się ojcowie. Skorumpowane ukraińskie państwo pozwala na takie praktyki. Ostatecznie „sztuka jest sztuka” – chciałoby się rzec, cytując fragment kultowego „Krolla” Władysława Pasikowskiego.

(Anty)dywersyjna histeria

Miesiąc wcześniej niemal tę samą sielankę zastałem w centrum Doniecka, przy słynnym Prospekcie Puszkina. Choć tego właśnie się spodziewałem, nie oglądałem zrujnowanego miasta, pełnego zmęczonych, szarych ludzi. Ot, sączyłem piwo w restauracyjnym ogródku, przyglądając się leniwie spacerującym parom, dzieciakom na rowerkach i dwóm mężczyznom z gitarami, grającym jakieś rzewne kawałki. I dałbym się zwieść tym widokom, gdyby nie fakt, że z menu skreślono większość piw – o czym poinformował mnie kelner – z uwagi bowiem na blokadę ekonomiczną Donieckiej Republiki Ludowej, ich sprowadzanie okazało się niemożliwe. Z tych samym powodów pizza w sposób niezamierzony zbliżyła się do włoskiego oryginału – za sprawą skromnej liczby dostępnych dodatków.

Jednak wojna przypominała o sobie także dosłownie – hukiem artyleryjskich wystrzałów i wybuchów, które rozlegały się co kilka minut. Na jej obrzeżach i kilka kilometrów od metropolii wciąż toczyły się walki – i to z użyciem broni najcięższych kalibrów, czego zabraniały formalnie obowiązujące Porozumienia Mińskie. Stan wojenny miał też konsekwencje prawne – o 22.00 w Doniecku zaczynała obowiązywać godzina policyjna (dla ruchu pieszego – kierowcy mieli kolejne 60 minut, by dotrzeć do domów). Jej nieprzestrzeganie, w mieście ogarniętym prawdziwą (anty)dywersyjną histerią (przed zamachowcami ostrzegano nawet w autobusach i tramwajach, w specjalnych komunikatach nadawanych przez głośniki, w broszurach, a niekiedy nawet na biletach), mogło się źle skończyć. Zwłaszcza dla cudzoziemca, Polaka, z aparatem fotograficznym pod pazuchą.

Cent wzrosły 2-3 krotnie

Dostać się do Doniecka wcale nie było tak trudno, jak można by wnioskować po dramatycznych relacjach płynących z Donbasu na zachód Europy. Obie strony konfliktu wyznaczyły bowiem kilka punktów do przekraczania granicy/linii demarkacyjnej/linii frontu (celowo użyłem kilku określeń, gdyż wzajemnie się dopełniają). Dodatkowo Ukraińcy wprowadzili przepustki, bez których nie sposób pokonać posterunków rządowej armii. Przejście w okolicach miejscowości Kurahovo wiązało się z koniecznością przejechania przez trzy ukraińskie i dwa rebelianckie „blok-posty”.

O ile te ostatnie – wbrew obawom wynikłym ze świadomości, że obstawiał je cieszący się złą sławą batalion „Wostok” – nie nastręczały problemów, o tyle pierwsze wymagały stania w wielokilometrowej kolejce, w oczekiwaniu na kontrole z niewiadomym rezultatem. Wojskowi nie tylko sprawdzali papiery, ale przede wszystkim szukali kontrabandy – przy czym w realiach blokady DRL, ową kontrabandą mogło się okazać praktycznie wszystko.

Umowność

Korpus zniszczonego czołgu zdołał się już pokryć rdzą, co oznaczało, że maszyna została trafiona co najmniej kilka miesięcy temu. Najpewniej podczas ciężkich walk toczonych w Donbasie na przełomie lata i jesieni 2014 roku, kiedy Ukraińcy stracili co najmniej trzydzieści wozów (choć niektóre źródła mówią nawet o stu).

Rozbebeszony kadłub stał na poboczu drogi, w pobliskim rowie zaś leżała – oderwana siłą wybuchu – potężna, zdawałoby się, wieża. W części, gdzie ostały się jedynie pogruchotane elementy silnika, ktoś – całkiem niedawno – złożył bukiet kwiatów. „Ten czołg musiał być grobem dla załogi…” – przyszło mi do głowy.

Zapewne słusznie – wielu ukraińskich czołgistów znalazło bowiem w zeszłym roku śmierć w swoich maszynach. Niekiedy mówiło się wręcz o „pancernym Armagedonie początków XXI wieku”. Którego skutkiem było również niezbyt chwalebne zjawisko częstego porzucania sprawnych jeszcze czołgów przez ukraińskie załogi. Lecz nie o brak odwagi tu chodziło – w ten sposób mściły się wieloletnie zaniedbania, przede wszystkim zaś brak szkoleń, trawiący zresztą nie tylko pancerniaków, ale całą ukraińską armię.

Jedni się tolerują, inni zabijają

Niespełna dwa kilometry dalej, na wschód, zaczynały się pozycje rządowego wojska. Miejscowość Piski – bo o niej mowa – przez miesiące stanowiła zaplecze dla walczących na donieckim lotnisku oddziałów. Lecz gdy na przełomie stycznia i lutego br. separatystom udało się ostatecznie wyprzeć Ukraińców z ruin portu lotniczego, wioska znalazła się na linii frontu.

P5

Gdy do niej dotarłem, z pełną mocą uświadomiłem sobie dziwaczną umowność toczonej tu wojny. Oto bowiem stanąłem w miejscu, z którego miałem ledwie kilka kilometrów w linii prostej do pozycji, na których byłem niespełna dwa dni wcześniej. Nie przeszedłem jak „po sznurku”, lecz zrobiłem wielkie koło – przemierzając ponad sto kilometrów. Pójście na wprost groziło bowiem śmiercią – bądź to z rąk żołnierza którejś ze stron, bądź od jednej z min, od których roiło się na ziemi niczyjej. Nieformalną granicę między Doniecką Republiką Ludową a Ukrainą przekroczyłem w miejscu, gdzie wojskowi obu armii wcielili się w rolę pograniczników. Kontrolowali dokumenty, szukali kontrabandy, tolerowali swoją nieodległą obecność.

Ci tu zaś bezwzględnie się zabijali…

Lepiej zatrzymać ich tu

Zakląłem siarczyście, gdy zmuszony do schronienia się w okopie, po łydki utknąłem w jakimś czerwonawym błocku. Z trudem wyciągając nogi zrobiłem jeszcze kilkadziesiąt kroków, nim dotarłem do stanowiska, na którym stało potężne DSzK z lufą skierowaną w stronę separatystycznych linii.

– Dzień dobry – przywitałem się z żołnierzem, który chyba nie był rad z dziennikarskiej wizyty. – W czystych butach nie da się tu do was dojść – powiedziałem, próbując rozładować atmosferę. Wojskowy uśmiechnął się, a ja właśnie zdałem sobie sprawę z własnej wpadki. Już jakiś czas temu przekonałem się, że w postrzeganiu Polaków Ukraińcy wciąż pielęgnują stereotyp wyniosłych paniczy, jak na ich standardy, za bardzo wydelikaconych.

Uśmiech był jednak życzliwy, potem zaś dostałem ciepłą kawę, a nawet nóż, by móc zeskrobać zwały błota z moich butów.

001

– Czytałem, że ziemia tu skażona – miałem na myśli efekty dziesięcioleci rabunkowej działalności przemysłowej. – Teraz widzę na własne oczy, że coś z nią nie tak.

– Może masz rację. Nie wiem – Ukrainiec wzruszył ramionami. – Nam w każdym razie zakazali kopać tu studnie. Pijemy tylko wodę z butelek.

– Warto o taką ziemię walczyć? – spytałem, wyczuwając szansę na rozmowę o motywacjach.

– Widzisz – wojskowy patrzył mi prosto w oczy. – Powiem ci, dlaczego ja tu jestem. Mnie nie o Donbas chodzi. Niech go wezmą w diabły. Ja z Dniepropietrowska pochodzę, a to mniej niż 250 kilometrów stąd – mężczyzna zamilkł na moment. – Nie chcę ich u siebie – skinął głową w stronę linii przeciwnika. – Lepiej zatrzymać ich tu, niż mieć tam.

Ptaki

Jedna z podstawowych zasad wojennej reporterki brzmi: „nie dyskutuj z ludźmi, którzy trzymają w ręku karabin”. „Nie dyskutuj! Nie dyskutuj! Nie dyskutuj!” – powtarzałem sobie w myślach, choć stojący przede mną żołnierz Noworosji opowiadał bzdury, na które trudno było nie reagować.

– Tam – mówił, wskazując ręką drugą stronę linii frontu. – Tysiąc metrów stąd są twoi przyjaciele. Całe dwie kompanie polskiego wojska. Chcesz, możesz do nich pójść. My ci w plecy nie strzelimy.

– Jakiego naszego wojska, o czym wy mówicie…? – oponowałem. „Gdyby tu było nasze wojsko, a więc i całe NATO, donbaski front wyglądałby zupełnie inaczej. A właściwie to pewnie by już go nie było” – tę myśl zachowałem dla siebie, na głos zaś mówiąc. – Polacy to walczą po waszej stronie – miałem na myśli najemników, których co najmniej kilkunastu znalazło się w szeregach armii Donieckiej Republiki Ludowej. – Naszego wojska tam nie ma.

– Nie ma, nie ma… – około 50-letni mężczyzna z potężnymi jak bochny chleba dłońmi nie dawał za wygraną. – Tam niby tylko Ukraińcy, co? Cała zgniła Europa tam siedzi, ja swoje wiem – twardo zaakcentował ostatni zwrot. Byłem absolutnie pewien, że mnie nie podpuszcza, że wierzy w to, co mówi. – Słuchaj – jego twarz złagodniała nieco. – A czy w Polsce stacjonują oddziały DRL-u?

Pokręciłem głową.

– A będą… – usłyszałem, widząc jednocześnie niemal dobrotliwy, ojcowski uśmiech na twarzy mojego rozmówcy. – Już niebawem…

*          *          *

Pod koniec kwietnia br. – wraz z trzema innymi dziennikarzami – przedostaliśmy się na teren DRL. Wojnę, którą w styczniu relacjonowaliśmy z pozycji ukraińskich, tym razem zobaczyliśmy z perspektywy prorosyjskich separatystów oraz ludności cywilnej, pozostałej na zajętych przez rebeliantów terenach. Kilka dni temu – jako jedni z nielicznych polskich reporterów – odwiedziliśmy opuszczone przez większość mieszkańców dzielnice Doniecka, przyległe do lotniska, w okolicach którego nadal trwają zacięte walki. Na miejsce dojechaliśmy… miejskim autobusem, który wciąż miał na sobie tabliczkę z napisem „port lotniczy” jako miejsce docelowe. Tyle że pojazd w pewnym momencie zatrzymał się na szerokiej alei i – pozbywszy się nielicznych pasażerów – zawrócił w stronę centrum.

Kilkadziesiąt metrów dalej zaczynały się pozycje wojsk DRL-u. I to właśnie na jednym z takich posterunków usłyszeliśmy o obecności Wojska Polskiego na donbaskim froncie.

– Już niebawem – powtórzył swoją zapowiedź o rychłej „wizycie” prorosyjskich oddziałów w Polsce mój noworuski rozmówca. A ja znów ugryzłem się w język, chcąc w pierwszym odruchu odpowiedzieć coś w stylu: „zapraszamy, zrobimy wam w każdej wiosce mały Stalingrad”.

– Najpierw musielibyście pokonać ukraińską armię – powiedziałem tylko.

Mundurowy uśmiechnął się szeroko.

– A co to za problem? – jego uśmiech naznaczony był typowymi dla tego regionu złotymi plombami. – Niech nam tylko dadzą rozkaz. Co to jest niecałe osiemset kilometrów? Doba, i jesteśmy w Kijowie.

*          *          *

– Doba, to potwornie długi czas… – wyraz twarzy pani Lili stał się na moment nieobecny. Trwała tak przez kilka sekund, po czym szepnęła. – Potwornie długi. – Tu – ruszyła w stronę dużej szafy. – Tu się schowałam, gdy któregoś dnia grady padały jeden po drugim, w całej okolicy. Huczało tak strasznie, że nakryłam głowę wielką poduszką. Płakałam, modliłam się, znowu płakałam. I tak przez całą dobę, póki nie ustało. Człowiek o podstawowych fizjologicznych potrzebach wtedy zapomina. A mąż – 62-letnia kobieta głęboko westchnęła. – Widzieliście go przed domem, prawda?

Skinąłem głową, przypominając sobie starszego mężczyznę, który ze splecionymi na plecach dłońmi chodził wzdłuż płotu, oddzielającego niedużą posesję od ulicy. Zgarbiony, powolny, z przejmującą rezygnacją malującą się na twarzy.

– No właśnie – kobieta jakby czytała w moich myślach. – Coś w nim pękło. Zmizerniał, zestarzał się. Wciąż chodzi smutny…

– Ale – twarz pani Lili rozjaśniała – … żyjemy, dom cały, choć grad upadł ledwie pięć metrów stąd.

Dom – nieduża, trzyizbowa chałupka, jedna z wielu w tej okolicy – znajdował się jakieś 600 metrów od pierwszych pozycji wojsk DRL. W czasie najbardziej intensywnych walk o donieckie lotnisko – na przełomie 2014-15 roku – stanowił najbliższe zaplecze frontu.

– Zostaliśmy na miejscu, bo gdzie nam było pójść? – wyjaśniała nasza rozmówczyni. – Od 18 lat mieszkam w Doniecku, ale pochodzę ze Słowiańska. A ten przecież w ukraińskich rękach, za linią frontu. No i pies, Rem nasz kochany. Gdzie ja – baba stara – będę się z tak dużym psem tułać?

– Taak – westchnąłem, właśnie zdając sobie sprawę, że zdarzenie, które po ukraińskiej stronie odebrano jako wielki dramat – wyparcie słynnych „cyborgów” z ruin portu lotniczego – dla tych ludzi oznaczało ulgę. W efekcie bowiem linia frontu przesunęła się nieco na zachód. I choć domostwo wciąż pozostawało w zasięgu artylerii, od wielu tygodni było tu po prostu dużo bezpieczniej. – Owczarek niemiecki, tak? – spytałem. Wcześniej słyszeliśmy tylko szczekanie dużego psa, zamkniętego w jakiejś komórce.

– Strasznie mądry owczarek – kobieta wyraźnie się ożywiła. – Wystrzały z broni ręcznej nie robią na nim żadnego wrażenia, dział i moździerzy też się nie boi. Ale grady go przerażają. Przybiega zanim jeszcze zaczynają strzelać i chowa się w przedsionku. Jakby wiedział, że tamci za chwilę odpalą rakiety…

Debalcewe

Uniesione w górę w charakterystycznym geście dłonie nie pozostawiały wątpliwości – jadący na pancerzach transporterów ukraińscy żołnierze pewni byli zwycięstwa. Zmierzali z tym przekonaniem ku bitwie, która toczyła się kilka kilometrów dalej – w Debalcewe – a której odgłosy, zwłaszcza złowrogie dźwięki wydawane przez wyrzutnie Grad, słychać było niemal bez przerwy. Był koniec stycznia br. – kilkanaście dni później te same oddziały, choć już mocno przetrzebione, ustępowały pola przeciwnikowi z separatystycznej Donieckiej Republiki Ludowej.

aaa

Pod koniec kwietnia br. – wraz z trzema innymi dziennikarzami – udało nam się przedostać na teren DRL. Wojnę, którą w styczniu relacjonowaliśmy z pozycji ukraińskich, tym razem zobaczyliśmy z perspektywy prorosyjskich separatystów. Przede wszystkim zaś ludności cywilnej, która pozostała na zajętych przez rebeliantów terenach. Kilka dni temu – jako pierwsi polscy reporterzy – dotarliśmy do Debalcewe. Miasta-duchów, jak nam mówiono jeszcze po ukraińskiej stronie, ostrzegając przed „grasującymi bandami pijanych żołdaków”.

„Nikt głodny nie chodzi”

Debalcewe to duży węzeł kolejowy, przez który przechodzą tory łączące Donieck, stolicę DRL, z Ługańskiem – centrum drugiej separatystycznej republiki (Ługańskiej Republiki Ludowej). Miasto miało więc znaczenie strategiczne i stąd determinacja rebeliantów, by przejąć nad nim kontrolę. Walki, które toczyły się w okolicy, poważnie uszkodziły kolejową infrastrukturę – tuż po zajęciu Debalcewe nie było zatem możliwości, by dostać się do niego pociągiem. Jednak kilka tygodni temu przywrócono regularne połączenia, choć droga z Doniecka – w czasach pokoju zajmująca niecałą godzinę – teraz wymaga aż trzech.

001

– Po co wy tam jedziecie, chłopcy? Przecież tam nic nie ma… – usłyszeliśmy od kasjerki w poddonieckiej Makijewce, gdy kupowaliśmy bilety. Utwierdzeni w przekonaniu, że jedziemy do miasta-widma, już na samym początku przeżyliśmy ogromne zaskoczenie. Wywołał je tłum ludzi, stojący przed jednym z kolejowych magazynów.

– Wydają humanitarkę – starszy mężczyzna miał na myśli pakiety zawierające żywność i chemię gospodarczą. – Rosja nam pomaga – podkreślił, dowiedziawszy się, że ma do czynienia z zagranicznymi dziennikarzami. Szybko okazało się, że pomoc przeznaczona jest tylko dla najstarszych – osób od 65. roku życia. – Młodsi też dostaną. Nie dziś, ale dostaną – zapewniał nasz rozmówca. – Nikt tu głodny nie chodzi – dodał, po czym wskazał ręką na dawny przydworcowy bar, przed którym siedziało całe stado bezdomnych psów. – Tam dają za darmo obiad i gorącą herbatę – wyjaśnił.

Rejon po drugiej stronie frontu

Jakieterynę – która właśnie wyszła z jadłodajni – nie speszył widok naszych aparatów.

– Tu chłopcy – zaczęła mówić – …tu jest nawet dobrze. Ludzie mają już prąd, wodę, gaz nawet mają. Gdy tylko skończyły się walki, naprawiać zaczęli. Ale u mnie – kobieta wymieniła nazwę jednej z okolicznych wiosek – większość chałup zrujnowana, a w tych, które zostały, nawet światła nie ma. I nie ma komu tego naprawić, bo to już nie jest rejon (energetyczny – dop. MO) Debalcewe. Nasz rejon został po drugiej, ukraińskiej stronie. A tamci przecież nie przyjadą, nie naprawią.

– A deerelowskie służby nie mogą tego zrobić? – spytał jeden z nas.

– Zrobią – usłyszeliśmy. – Ale najpierw miasto – miasto jest ważniejsze. Przed 9 maja, przed wielkim świętem, ma tu być już porządek.

Rozejrzałem się wokół. Rynek nie nosił wielu śladów walk – owszem, był zużyty, zaniedbany, ale raczej bez związku z wojną; w taki sposób wygląda większość ukraińskich miasteczek, z ich rozsypującą się od ćwierćwiecza infrastrukturą. Co nie zmienia faktu, że gruzy uprzątnięto, podobnie, jak wypalone wraki samochodów, które widziałem na jednym z filmików, opublikowanych w Internecie tuż po zajęciu miasta przez separatystów.

– O! – Jakieteryna zwróciła głowę w stronę, skąd doszły nasz dźwięki wojskowej orkiestry. – Przygotowania idą pełną parą.

„To zrobili wasi przyjaciele”

Rzeczywiście, jakieś dwieście metrów dalej, na placyku odchodzącym od rynku, blisko setka żołnierzy – przy dźwiękach „Pożegnania Słowianki” – ćwiczyła paradny krok.

– Nasze, deerelowskie wojsko – mężczyzna koło pięćdziesiątki sprawiał wrażenie autentycznie dumnego. Zdaje się, że nie przeszkadzała mu ruchowa nieporadność służących od niedawna chłopaków. Eklektycznie umundurowanych (niektórzy nosili sportowe dresy z wielkimi nazwami zachodnich firm na plecach), znacząco odstających swoim wyglądem od grupki eleganckich oficerów, nadzorujących przygotowania.

Jeden z tych ostatnich, w stopniu majora, podszedł do nas, gdy tylko zaczęliśmy robić zdjęcia.

– Nie chcemy tu obcych dziennikarzy – stwierdził, gdy usłyszał, kim jesteśmy. Jego głos brzmiał uprzejmie, ale zdecydowanie. – Zwłaszcza dziennikarzy z Polski – dodał już znaczenie twardziej.

– Idźcie w miasto, zobaczcie, co z nimi zrobili wasi przyjaciele Ukraińcy – obok majora pojawił się kolejny wojskowy, tak jak i on noszący na ramieniu rosyjskie oznaczenia państwowe.

Poszliśmy.