Archiwa tagu: Abrams

Zakupy

Patrząc z boku, można uznać, że Polska w przyśpieszonym trybie szykuje się do wojny. Zakup tureckich dronów, decyzja o nabyciu amerykańskich czołgów, czy wreszcie umowa na dostarczenie trzech fregat – takiego wzmożenia, w tak krótkim czasie (dwóch miesięcy!), w tej części Europy nie obserwowano od dawna. A i sumy robią wrażenie, chodzi bowiem o ponad miliard złotych na bezzałogowce, 23 mld zł na Abramsy i co najmniej osiem miliardów na okręty. Co więcej, z ministerstwa obrony płyną nieoficjalne informacje, że to nie koniec – że jeszcze w tym roku ma zapaść decyzja o zwiększeniu liczby kupowanych śmigłowców morskich (z 4 do 8) oraz o rozwiązaniu zastępczym dla programu „Orka”. O kupowaniu okrętów podwodnych nie ma mowy – w tym scenariuszu marynarzom będą musiały wystarczyć jednostki wypożyczone w którymś ze skandynawskich krajów. Ów „pomost” zapewni możliwość realizacji zadań do czasu pojawienia się pełnoprawnych okrętów. Kiedy? O tym źródła milczą. Wiadomo za to, że w 2021 r. zakończy się epopeja z pozyskaniem dla WP gąsienicowego transportera opancerzonego. Jako beneficjenta wskazuje się rodzimy przemysł, od lat pracujący nad projektem o nazwie „Borsuk”. Z kopyta ruszy też rozbudowa komponentu lotniczego sił specjalnych – komandosi mają otrzymać 4 kolejne Black Hawki oraz 6 do 8 samolotów bliskiego wsparcia (tu wymienia się produkowane w kraju Bryzy).

Sporo, zwłaszcza gdy dodamy do tego zakupy z minionych trzech lat – samoloty wielozadaniowe F-35, antyrakiety Patriot, wyrzutnie Himars czy pociski manewrujące JASSM. Istotne są również posunięcia w zakresie organizacyjnym – powołanie Wojsk Obrony Terytorialnej, liczących dziś 20 tys. żołnierzy, oraz nowego związku taktycznego wojsk operacyjnych – 18. Dywizji Zmechanizowanej. W medialnych deklaracjach minister obrony Mariusz Błaszczak idzie nawet dalej, zapowiadając, że docelowo armia zawodowa winna liczyć 200 tys. żołnierzy (obecnie nieznacznie przekracza 100 tys. etatów). Czy Polska się remilitaryzuje? Przeciw komu zwieramy szyki? Czy naprawdę je zwieramy? A może to wszystko bujda, nastawiona na propagandowy efekt? Albo plan palcem na wodzie pisany, na przeszkodzie którego stanie tyle niekorzystnych zmiennych, że już teraz lepiej założyć, iż nic z niego nie wyjdzie? Pytań jest znacznie więcej, ale skupmy się na najważniejszych. Szczególnie że nie mówimy już o obronności sensu stricte, a o zabiegach związanych z chęcią utrzymania władzy. „Zbroimy się” – przy jednoczesnej uparcie powtarzanej diagnozie, że poprzednicy nas „rozbrajali” – jest dziś jednym z głównych argumentów legitymizujących PiS. I elektorat weń wierzy, o czym świadczą choćby entuzjastyczne reakcje na zapowiedź zakupu Abramsów.

Czołg na straży bramy

Trudno obronić tezę o „dywersyjnym” – do czego sprowadza się zarzut polityków PiS – rozbrajaniu wojska po 1989 r. Najpoważniejsze redukcje były efektem umów międzynarodowych i wygaszenia zimnej wojny. Wydatki na wojsko przeszły przez fazę zapaści w latach 90., a i później – za rządów PO-PSL – to ze środków MON chętnie wykrajano oszczędności dla budżetu. Wynikało to z ogólnej kondycji finansów i nie przyświecała temu idea osłabienia państwa. Fakt, iż do niej doszło, był niepożądanym skutkiem, choć warto zauważyć, że jednocześnie niemal cała klasa polityczna zabiegała o osadzenie Polski w gwarantujących większe bezpieczeństwo sojuszach (NATO i UE), co ostatecznie się powiodło. Poczyniono także istotne, choć wyspowe, inwestycje, czego najlepszym przykładem zakup 48 sztuk F-16, których wdrożenie oznaczało przeskok generacyjny w siłach powietrznych. Niemniej czas płynął, co w obliczu dynamicznego rozwoju technologii wojskowych doprowadziło do sytuacji, w której aż 80% użytkowanych przez armię systemów i rodzajów uzbrojenia zasługiwało na miano przestarzałych. Tak było jeszcze kilka lat temu, co prowadzi nas do wniosku, że skala zaniedbań wymagała szeroko zakrojonych działań modernizacyjnych. A więc i zakupów.

Jakie wyzwania rodzą taką konieczność? Abramsów dla przykładu potrzebujemy, by rozstawić je między Bramą Smoleńską a Bramą Brzeską – orzekł tuż po ogłoszeniu decyzji o zakupie Mariusz Błaszczak. Ów lapsus stał się powodem krytyki szefa MON, mającego najwyraźniej poważne problemy z geografią polityczną. „Nasze czołgi wjadą na Białoruś?”, dziwili się komentatorzy. Błaszczakowi rzecz jasna nie chodziło o inwazję na sąsiedni kraj – mówił o rozlokowaniu Abramsów na ścianie wschodniej RP, na linii wyjścia ze wspomnianych bram. Kupione w Stanach czołgi mają bowiem chronić nas przed Rosją, dla której Białoruś stanowiłaby zaplecze do ataku. Mniejsza o realność tego scenariusza – w retoryce PiS kwestia rosyjskiego zagrożenia „od zawsze” odgrywała ważną rolę, obawy tego typu podziela bowiem istotna część elektoratu partii. Co więcej, ostatnio na takich samych lękach postanowiła zagrać opozycja, ustami Donalda Tuska, mówiącego o rosyjskich wzorcach w działalności rządu RP („nowy ład” – „ruski ład”). Paradoksalnie wzmacnia to antyrosyjskość jako postawę społeczną, tym razem pośród nie-pisowskiej części wyborców, którzy po takim „przygotowaniu”, łatwiej przełkną decyzję o kosztownym zakupie, wymierzonym w „odwiecznego wroga”.

Bo liczy się wrażenie

Abramsy to faktycznie doskonała broń – żaden rosyjski odpowiednik nie wyjdzie zwycięsko ze starcia z amerykańskim gigantem (T-14 Armata – będąca jakoby lepszym czołgiem – zmaga się z kłopotami „wieku niemowlęcego” i Rosjanie nadal nie są w stanie wdrożyć jej do produkcji seryjnej). Lecz 250 sztuk to zaledwie jedna trzecia potrzeb WP, zaś same czołgi stracą większość atutów, jeśli nie będą elementem zintegrowanej całości. A nie będą – i w tym kryje się niepopularna prawda na temat pisowskich zakupów zbrojeniowych. Jakkolwiek efektowne, umacniają negatywny trend wyspowej modernizacji wojska. Filozofia „tu trochę, tam trochę”, nie poprawia zdolności bojowych armii. Abramsy – bez wsparcia sił powietrznych, bez parasola przeciwlotniczego, solidnej artylerii i wydolnego zaplecza – będą niczym toporek w ręku głuchego ślepca. Jak trafią, to śmiertelnie – najpierw jednak muszą przetrwać, by trafić… Tak naprawdę tylko zakup 32 sztuk F-35 – sporej jak na wdrożenie partii – można uznać za sensowne posunięcie. Byłby nim też – jeżeli się powiedzie – program pozyskania fregat. A reszta? Homeopatyczne zakupy Patriotów nie polepszą znacząco jakości naszej obrony powietrznej, nabycie zaledwie jednego z co najmniej czterech wymaganych dywizjonów Himarsów nie przyniesie skokowego wzrostu zdolności artylerii rakietowej. JASSM-ów kupiliśmy sporo, lecz flotylla ich nosicieli – F-16 – dochodzi do półmetka okresu eksploatacji, a z powodu kondycji reszty sił powietrznych, jest przeciążona zadaniami. Zakup kolejnych maszyn to absolutna konieczność – tymczasem o tym ani widu, ani słychu.

Są za to efekty propagandowe – przekonanie, że władza troszczy się o bezpieczeństwo państwa. Pouczająca w tym zakresie jest historia zakupu Patriotów. Podpisaliśmy umowę na dwie baterie, potrzebujemy dziewięciu, zestawy dotrą do nas za kilka lat – a pośród zwolenników PiS-u i tak panuje przekonanie, że problem „dziurawego nieba” został już załatwiony. Przecież minister Błaszczak wciąż powtarza: „kupiłem”. To samo będzie mówił, stając na tle Abramsa. I to niebawem, gdyż rząd zapewnia, że pierwsze czołgi dotrą nad Wisłę w przyszłym roku, zaś największe dostawy nastąpią w 2023 r. Przypadek? Czołgi zza Oceanu trafią do 18. DZ. Dodajmy do tego WOT, których budowa kuleje nawet po obniżeniu kryteriów zdrowotnych, ale do jesieni 2023 r. powinna się zakończyć. „Uabramsowiona” 18. Dywizja stanie się – przynajmniej na papierze i na wizji – najsilniejszym związkiem taktycznym WP, WOT w pełni „zalegalizuje” swój status rodzaju sił zbrojnych. Będzie zatem PiS mógł użyć w kampanii wyborczej do Sejmu argumentu znaczącego wzmocnienia armii. „Proszę bardzo, oto dwa gotowe produkty”, usłyszymy i trzeba będzie specjalistycznej wiedzy, by móc się zderzyć z taką narracją. A tej pośród zwyczajnych ludzi po prostu brakuje. No i, historycznie patrząc, lubimy świadomość siły własnego państwa, niezależnie od tego, iż zwykle oznacza to uleganie iluzjom.

Ambicje prezesa i generałów

O czym jeszcze mówią nam pisowskie zakupy? Sprawa Abramsów dowodzi, że w partii władzy prysły złudzenia co do możliwości rodzimego przemysłu zbrojeniowego. Ślimacząca się modernizacja czołgów Leopard 2 (do standardu 2PL) i ograniczone remonty T-72, to szczyt możliwości zakładów wchodzących w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Na tej bazie – sprzętowej i inżynierskiej – nie da się stworzyć nowoczesnego projektu czołgu – uznano. Stąd zakup „z półki”, bez offsetu, który zresztą byłby mocno kłopotliwy. Eksploatacja Abramsów nie przełoży się na zdolności polskiej zbrojeniówki, Amerykanie bowiem nie dzielą się w tym przypadku technologią. Świadomi tego związkowcy z PGZ napisali list otwarty do Andrzeja Dudy, wieszcząc, że decyzja o nabyciu Abramsów przyniesie śmierć zakładom zajmującym się produkcją i serwisem broni pancernej. Z odpowiedzią przyszedł minister Błaszczak, zapewniając o dalszym utrzymywaniu w linii wyprodukowanej w Bumarze „rodziny” czołgów T-72/PT-91. PGZ zyskała także wiodącą rolę w projekcie budowy fregat, których kadłuby powstaną w Polsce. Wdrożenie „Borsuka” również pozwoli na pokaźny transfer środków na konta zbrojeniowego koncernu. PiS, z oczywistych powodów, nie pozwoli sobie na zarzut „zarzynania zbrojeniówki”, nawet jeśli oznacza to konieczność podtrzymywania przy życiu nieefektywnych struktur. Nie może też zrazić do siebie – i wyprowadzić na ulicę – załóg, w dużej części stanowiących elektorat partii.

Tymczasem wojsko będzie się głowić, jak obsłużyć trzy „rodziny” sprzętu pancernego – amerykańską, niemiecką i poradziecką. Z których ostatnia – z uwagi na fatalnie niskie parametry – winna niezwłocznie trafić do muzeum. „Dadzą radę”, zdają się mówić politycy, głusi na argumenty wysokich kosztów. W PiS odkryto właśnie, że zbrojenia można finansować ze sprzedaży państwowych obligacji – czołgi zza Oceanu mają być pierwszym, zrealizowanym w ten sposób projektem. O kolejnych, choć bez konkretów, mówił sam Jarosław Kaczyński, który ostatnio wykazuje duże zainteresowanie kwestiami obronności. Z kręgu współpracowników docierają informacje, że prezes pozazdrościł Viktorowi Orbanowi skali i tempa modernizacji sił zbrojnych. Świadom korzyści, zapragnął podobnych sukcesów – i również tym należy tłumaczyć zakupowe wzmożenie. W tle zaś mamy jeszcze typowe dla polityków bagienko – decyzje podejmowane są bowiem poza Andrzejem Dudą, formalnym zwierzchnikiem sił zbrojnych. Prezydent nigdy nie miał dużych wpływów na wojsko – dość wspomnieć, jak upokarzał go Antoni Macierewicz. Wiadomo, że „prezydencki” szef sztabu generalnego, gen. Rajmund Andrzejczak, był przeciwny Abramsom. Optował za nimi dowódca generalny, gen. Jarosław Mika, uchodzący za człowieka Błaszczaka (i Kaczyńskiego). Nominalnie to Andrzejczak jest pierwszym żołnierzem RP, lecz obywaj oficerowie noszą te same stopnie – czterogwiazdkowych generałów. Zgodnie z zasadą cywilnego nadzoru, w czasie pokoju to MON rządzi wojskiem – realne wpływy gen. Miki są zatem większe niżby to wynikało z hierarchii. Zwłaszcza że za Andrzejczakiem nie stoi silny prezydent. Niezależnie od tego, kto wpadł na pomysł z Abramsami, dowódca generalny przyklasnął w imieniu armii, zmuszając szefa sztabu do przełknięcia żaby dużych rozmiarów. A Kaczyński i Błaszczak wymierzyli Dudzie kolejny policzek. Znamienne, że głowa państwa – tak ochoczo komentująca sprawy związane z obronnością – w sprawie Abramsów wybrała milczenie.

—–

Nz. T-72 podczas mycia i odkażania po ćwiczeniach poligonowych. Jak zapewnia Mariusz Błaszczak, te kompletnie nieprzystające do wymogów współczesnego pola walki czołgi wciąż pozostaną w służbie/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 33/2021

Abramsy

Czyli jednak bierzemy amerykańskie Abramsy. Chciałoby się rzec „a nie mówiłem!?”, ale słabo u mnie z satysfakcją. Widzę tu bowiem przede wszystkim „geniusz” pisowskiej strategii – a korzyści niewiele.

Kupimy tych czołgów 250 – pozornie sporo, ale i tak o 500 za mało, by mówić o pełnej wymianie parku i całkowitej unifikacji. Na więcej nas nie stać, bo to sprzęt koszmarnie drogi – już za te ćwierć tysiąca, z pakietem logistycznym, zapłacimy ponad 23 mld złotych. Wiele, za stosunkowo niewiele, ale dość, by elektorat uwierzył, że władza troszczy się o bezpieczeństwo państwa. Zresztą, zawsze można powiedzieć, że te 250 sztuk to dopiero początek. Pouczająca w tym zakresie jest pisowska narracja dotycząca zakupu systemu Patriot. Podpisaliśmy umowę na dwie baterie, potrzebujemy minimum dziewięciu, zestawy dotrą do nas za kilka lat – a pośród „ciemnego ludu” i tak panuje przekonanie, że problem „dziurawego nieba” został już załatwiony. Przecież minister Błaszczak mówi „kupiłem”. To samo będzie mówił, stając na tle potężnego Abramsa.

A wojsko tymczasem będzie się głowić, jak obsłużyć trzy „rodziny” sprzętu pancernego, bo już dziś, przypominam, mamy dwie – poradziecką i niemiecką.

Co dalej z naszym przemysłem? Eksploatacja Abramsów nie przełoży się na jego zdolności – Amerykanie nie dzielą się w tym przypadku technologią. Najpewniej – co sugerują niedawno podpisane przez PGZ kontrakty – naszej pancernej zbrojeniówce pozostanie obsługa poradzieckiego złomu i nieudolna, ślimacząca się modernizacja niemieckich Leopardów – jeszcze parę lat można na tym pociągnąć. W praktyce oznacza to dalsze topienie pieniędzy w utrzymywanie „rodziny” czołgów T-72/PT-91 – trumien na gąsienicach, których miejsce jest w muzeach, nie zaś w jednostkach liniowych. Ale kto bogatemu zabroni?

Bo tak naprawdę nie o zdolności armii tu chodzi. Poza wymiarem propagandowym, na wewnętrzny użytek, jest jeszcze inna funkcja, również wynikająca z polityki krajowej. PiS, świadom własnej erozji, ucieka do przodu. Zamierza nam dokręcić autorytarną śrubę, czego lexTVN najlepszym przykładem. Ale Waszyngtonowi może się to nie spodobać, czasy Trumpa mamy już za sobą. Ryzyko pomrukiwania zza Oceanu jest tym większe, że obecne władze RP mają już sporo na sumieniu. Zburzenie trójpodziału władzy, olewanie wyroków sądów, zamachy na wolność słowa – w Stanach to zbrodnie. Przewiny, na które amerykańska administracja może przymknąć oko, jeśli obiecamy jej – i tamtejszemu przemysłowi – wielomiliardowe zakupy. Tak, moim zdaniem, kalkulują pisowcy.

Czy im się uda? Mądrzejsi ode mnie twierdzą, że jeśli dalej będziemy szli w stronę autorytaryzmu, Kongres zablokuje nawet już podpisane umowy. I wówczas nie tylko nie będzie Abramsów, ale i Patriotów, Himarsów i F-35. Oczywiście, jankesi nie takim zbójom opychali broń. Mogą zatem wykazać się finansowym pragmatyzmem, w myśl starej Kissingerowskiej zasady: skurwysyny, ale nasze skurwysyny. Sprzedać, co chcemy kupić, dbając przy tym, by nadwiślańscy dranie nie przekroczyli „cienkiej czerwonej linii”.

Wbrew utyskiwaniom, pieniądze na Abrmasy się znajdą. Właśnie rusza gigantyczny unijny projekt odbudowy pokowidowej. Polska będzie jednym z jego największych beneficjantów, co oznacza zwolnienie jakiejś części środków budżetowych, które przy braku kasy z Brukseli należałoby zainwestować w pokiereszowaną gospodarkę. Na zakup więc wystarczy. A co z utrzymaniem? A kto będzie się tym przejmował za kilkanaście lat?

Tymczasem za dwa lata odbędą się wybory. Pierwsze czołgi dotrą do Polski w przyszłym roku, od razu w dużych liczbach. Stacjonować będą na wschodzie kraju, w składzie 18. Dywizji, która powstała za PiS-u. Budowa WOT się ślimaczy, nawet po obniżeniu kryteriów zdrowotnych, ale do 2023 roku powinna się zakończyć. „Uabramsowiona” 18. Dywizja stanie się – przynajmniej na papierze i na wizji – najsilniejszym związkiem taktycznym WP. Będzie zatem PiS mógł użyć w kampanii wyborczej argumentu znaczącego wzmocnienia armii. „Proszę bardzo, oto dwa gotowe produkty” – powiedzą. A że de facto modernizacja odbywa się wyspowo i chaotycznie (rozproszone i homeopatyczne zakupy, zamiast skupienia się na 2-3 dużych programach), i w sposób niezgodny z wymaganiami współczesnego pola walki (WOT)? „Ciemny lud” nie takie łykał kawałki.

Na pocieszenie pozostaje świadomość, że Rosjanie zmuszeni zostaną uwzględnić te nasze Abramsy w swoich planach. W razie W zniszczą je, jak wszystko, ale po stronie ewentualnych kosztów będą musieli dopisać kolejne cyferki.

—–

Fot. Mój Abrams jest lekki jak piórko… A wspominam o tym, bo waga nowych czołgów dla WP rozpala emocje entuzjastów i przeciwników zakupu. I choć należę do tych drugich, gwoli rzetelności wspomnę, że amerykański system metryczny nieco różni się od tego, używanego w Polsce. Waży więc „za ciężki Abrams dla Polaka” owszem, 73 tony, ale po naszemu to 66,5. Czyli niewiele więcej niż najnowsze wersje niemieckich Leopardów.

Piąstka

Teoretycznie jesteśmy potęgą – mamy czołgów niemal tyle, ile Francja i Niemcy razem wzięte. Ponad 750 sztuk (uwzględniając zasoby Agencji Mienia Wojskowego – 900) robi wrażenie – do czasu, aż zdamy sobie sprawę z jakości sprzętu. Tylko 249 maszyn – zbudowane w Niemczech Leopardy – to pojazdy względnie nowoczesne, bądź rokujące status po modernizacji. 232 czołgi PT-91 od biedy mogłyby się jeszcze przydać na współczesnym polu walki. Reszta, czyli wyprodukowane na radzieckiej licencji T-72, mimo prób reanimacji nadają się jedynie do podtrzymania procesu szkolenia.

Czołgi przez lata nie miały dobrej prasy – zbyt wielu specjalistów twierdziło, że wraz z zakończeniem zimnej wojny stały się przeżytkiem. W NATO tym łatwiej było przyjąć taką perspektywę, że prowadzone przez Sojusz konflikty nie angażowały ciężkich jednostek lądowych. Z Serbią poradzono sobie za pomocą lotnictwa, w górzystym Afganistanie prym wiodły dwa-trzy razy lżejsze kołowe transportery opancerzone. Znikło też, jak się wydawało, zagrożenie konfrontacji w Europie. Otrzeźwienie przyszło wraz z 2014 rokiem. Wojna na wschodzie Ukrainy dowiodła, że bez czołgów wciąż nie sposób przełamywać linii obronnych przeciwnika. Obnażyła również naiwność założenia, że Moskwa nie będzie już dążyć do odzyskania dawnych stref wpływu. W efekcie natowscy planiści musieli uznać wschodnią flankę Sojuszu za zagrożoną, zwłaszcza w obliczu pośpiesznej odbudowy sił zbrojnych Federacji, w której modernizacja wojsk pancernych odgrywa bodaj najważniejszą rolę.

„Ława ruskich tanków”

Doktryna obronna Rzeczpospolitej przewiduje dla Wojska Polskiego dwa zasadnicze zadania – opóźnianie rosyjskiego natarcia w międzyrzeczu Bugu i Wisły oraz przeprowadzenie kontrofensywy znad linii królowej polskich rzek. Ów plan opiera się na wielu założeniach, wedle jednego z nich do zwalczania czołgów świetnie nadają się inne czołgi – stąd relatywnie duża liczba maszyn w parku sprzętowym WP. I choć wizję „ławy ruskich tanków” sunącej przez polskie równiny od lat pielęgnują politycy od lewa do prawa, ich lęki z rzadka przekładają się na wzmacnianie potencjału militarnego. Celuje w tym szczególnie PiS, które istotną część własnej potęgi zbudowało na antyrosyjskiej retoryce. Pisowska wierchuszka niby problem rosyjskiego zagrożenia widzi i niby coś z nimi robi. Przykład wojsk pancernych jak w soczewce skupia te niby-działania, będące w istocie umiejętnym piarem, któremu towarzyszy organizacyjno-techniczna nieudolność i brak wyobraźni.

Zacznijmy od niemieckich (kupionych w 2002 i 2013 r.) Leopardów. To sprzęt z lat 80., ale o dużym potencjale modernizacyjnym. Wymagały jej przede wszystkim starsze egzemplarze, typu 2 A4, których Polska nabyła 142 sztuki. Wykonawcę – Polską Grupę Zbrojeniową – wybrano w grudniu 2015 r. Do końca 2020 r. wojsko miało otrzymać 128 przebudowanych do standardu 2PL czołgów, kolejne 14, w ramach tzw. opcji, trafiłoby do jednostek w 2021 r. Umowa z PGZ – zdominowaną przez menadżerów „dobrej zmiany” – opiewała na kwotę 2,4 mld zł. Po pięciu kolejnych aneksach wzrosła o 900 mln zł, a oficjalny czas realizacji kontraktu wydłużył się o dwa lata, głównie za sprawą niedoszacowanych kosztów i problemów we współpracy z niemieckim kooperantem. Do końca minionego roku PGZ przekazała armii… 12 Leopardów 2PL, w bieżącym będzie to 18 maszyn. Na realizację całości zobowiązania w ciągu najbliższych trzech lat nie ma szans – wojsko dostanie ostatnie 2PL w 2025 r., co oznacza, że modernizacja zaplanowana na pięć lat, potrwa dekadę.

Odwód symboliczny

Co więcej, zwracane armii Leopardy, mimo istotnych zmian in plus – wzmocnieniu pancerza, modyfikacji armaty i zastosowaniu nowoczesnych przyrządów optoelektronicznych – nadal posiadają przestarzałe radia. Dopiero kilka dni temu Inspektorat Uzbrojenia poinformował o zakończeniu prac analitycznych w sprawie łączności dla wozów Leopard 2PL, co daje nadzieje na nieodległy zakup i montaż nowych radiostacji. Tym sposobem dopiero co zmodernizowane wozy zostaną poddane kolejnej modernizacji. Już samo wyobrażenie ponownego oddania przemysłowi kilkudziesięciu maszyn jeży włos na głowach wojskowych. Przed pięciu laty 10. Brygada Kawalerii Pancernej przekazała wykonawcy kontraktu połowę ze swoich 128 czołgów. Zamiast wracać systematycznie do linii, rozmontowane wozy stały w halach fabrycznych Bumaru, a ich brak dezorganizował proces szkolenia jednego z najważniejszych związków taktycznych WP.

Po prawdzie oberwała wówczas cała 11. Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej, której 10. Brygada jest częścią. Przewidziana jako odwód, z przeznaczeniem do wykonania kontruderzenia, miała „jedenasta” wszystkie Leopardy należące do WP. Ponad setka najnowszych 2 A5 jeździła w barwach 34. Brygady Kawalerii Pancernej. Wchodzącą w skład dywizji 17. Wielkopolską Brygadę Zmechanizowaną wyposażono z kolei w transportery Rosomak. Siła ognia i mobilność tych trzech brygad czyniła z 11. LDKPanc. potężny związek taktyczny, jeden z najsilniejszych w Europie. Aż pojawił się Antoni Macierewicz i jego koncepcja przesunięcia najlepszych polskich czołgów na wschód. I tak połowa wozów 34. BKPanc. trafiła pod Warszawę, do stacjonującej w Wesołej 1. Warszawskiej Brygady Pancernej. Z dala od tworzonego przez kilkanaście lat zaplecza logistycznego i szkoleniowego. Dość powiedzieć, że dopiero teraz – po czterech latach – ukończono w Wesołej budowę garaży dla Leopardów. Na otarcie łez pancerniacy z 34. BKPanc. otrzymali zdezelowane T-72. Potencjał 11. LDKPanc. został „rozwodniony”, a jej odwodowy charakter stał się w dużej mierze symboliczny.

Pudrowanie zamiast modernizacji

Do innej symboliki, również związanej z leciwymi „teciakami”, odwoływał się w lipcu 2019 r. Mateusz Morawiecki. Ogłaszając wówczas z pompą program modyfikacji czołgów T-72, mówił o „historycznej chwili”. – Mamy do czynienia z kolejnym milowym krokiem do odbudowy potencjału polskiej armii – zapewniał premier. Specjaliści zanosili się śmiechem, choć był to śmiech przez łzy. Owym milowym krokiem ma być bowiem – poza remontami silników (bądź wymianą na nowe, ale gorsze, wyprodukowane w Bośni) i odmalowaniem kadłubów – wymiana części przyrządów celowniczych, nawigacyjnych i obserwacyjnych, a także zainstalowanie łączności cyfrowej (tu rzecz warta podkreślenia – lepszej niż w 2PL). Wszystko za 1,75 mld zł., co wedle zapewnień rządu pozwoli na objęcie pracami 300 czołgów (de facto będzie ich o kilkadziesiąt mniej). Ostatnie zmodyfikowane T-72 (warto zwrócić uwagę, że PGZ i wojsko nie używa określenia „modernizacja”), trafią do jednostek w 2025 r. W tym przypadku harmonogram dostaw raczej nie zostanie zakłócony – zakres prac nie jest tak rozległy, jak w przypadku Leopardów, no i Bumar pracuje na „swoich” czołgach, wyprodukowanych w tej fabryce.

Inna kwestia to sensowność projektu. Gen. Waldemar Skrzypczak, pancerniak i były dowódca Wojsk Lądowych, przytoczył w tym kontekście słowa swojego nieżyjącego następcy, gen. Tadeusza Buka, nazywając modyfikację T-72 „pudrowaniem g…a”. Bartłomiej Kucharski, ekspert w zakresie broni pancernej, dziennikarz magazynu „Wojsko i Technika” twierdzi, że dużo lepszym rozwiązaniem byłaby głęboka modernizacja wozów. – Rosjanie robią to z powodzeniem, czyniąc z „nowych” T-72 bardzo niebezpieczną broń – przekonuje. – Niestety, mówimy tu o kosztownych zabiegach, takich jak wymiana armaty, silnika, zastosowanie nowoczesnego systemu kierowania ogniem i zupełnie nowej amunicji. A to tylko „najgrubsze” kwestie – zastrzega. Przy tak rozumianej modernizacji 1,75 mld zł wystarczyłaby na przebudowę kilkudziesięciu egzemplarzy, no i wymagałaby współpracy zagranicznej. Polski przemysł nie dorobił się własnej armaty czołgowej – te zastosowane w rodzimychT-72 pochodzą ze Słowacji – tymczasem kontrakt na modyfikację „teciaków” spełnia też rolę kroplówki dla podupadłego giganta, jakim jest PGZ.

Logistyczny horror

Co dalej? Polska potrzebuje od 600 do 800 nowoczesnych czołgów, by móc liczyć na skuteczność potencjału odstraszania. Optymiści są zdania, że z tym, co mamy, dociągniemy jakoś do połowy następnej dekady, kiedy na scenę wkroczą wozy kolejnej generacji. Pesymiści zwracają uwagę na lata zaniedbań i niepewność geopolityczną, za sprawą której znacznie łatwiej dziś o konflikt z Rosją. Jedni i drudzy nie mają wątpliwości, że polski przemysł zbrojeniowy nie jest w stanie samodzielnie zapewnić armii odpowiedniej konstrukcji. Dlatego należy niezwłocznie podjąć współpracę z zagranicą. Pomysłów jest kilka, w odniesieniu do niektórych wiadomo już, że się nie ziszczą. Przy pracach nad wspólnym czołgiem przyszłości nie chcą nas Niemcy i Francuzi. Z drugiej strony, zachęty płyną z Włoch i Hiszpanii – Polska w końcu, jakkolwiek przespała ostatnie dwie dekady, ma spore tradycje w produkcji broni pancernej. Własny produkt – czołg K2 – oferują nam Koreańczycy, deklarując zarazem chęć współpracy nad platformą kolejnej generacji. W MON rozważa się też zakup nowych Leopardów – taką drogę wybrali niedawno Węgrzy. Jednak, jak wynika z nieoficjalnych informacji, coraz większą popularnością cieszy się opcja amerykańska.

Chodzi o czołgi M1 Abrams, od 40 lat podstawowe maszyny US Army. „Używki”, nowych bowiem Amerykanie już nie produkują. Wbrew pozorom, żaden złom, a wyciągnięte z magazynu skorupy, poddane rozległej renowacji i zmodernizowane do poziomu, który czyni Abramsy jedną z najgroźniejszych broni świata. Gdzie więc tkwi haczyk? Amerykańskich kolosów nie da się w nieskończoność ulepszać, więc za kilkanaście lat mogą nie sprostać nowym rodzajom wozów. Polacy mogą zapomnieć o produkcji licencyjnej, nawet wybranych elementów – Amerykanie nie zwykli dzielić się tajemnicami. Korzyści dla przemysłu będą więc zerowe (ewentualnie niewielkie), nakłady zaś – dla budżetu MON – gigantyczne, zwłaszcza że najbliższe centrum serwisowe znajduje się… za oceanem. Dodajmy do tego koszt jednostkowy (ok. 12,5 mln dol.) i potężne zużycie paliwa (150 l/10 km). A to nie wszystko. – Abramsy mają krótką armatę, która dobrze współpracuje z amunicją uranową. Ale Amerykanie nikomu jej nie sprzedają – zauważa Kucharski. – Zagraniczni kupcy mogą liczyć na pociski wolframowe. Ich skuteczność jest o kilkanaście procent niższa, bo wolfram lubi prędkość, a więc i długą lufę. No i jest jeszcze kwestia wagi M1, która w nowych wersjach przekracza 72 tony. Taką nośność ma tylko kilkanaście procent mostów w Polsce, a w północno-wschodniej części kraju, na najbardziej prawdopodobnym obszarze działań, ich występowanie jest szczególnie rzadkie.

Abramsy w WP to logistyczny horror także z innego powodu – budżet jest w fatalnym stanie, między bajki więc można włożyć pomysły o kupnie dużej liczby czołgów. W efekcie mielibyśmy do czynienia z jednoczesną eksploatacją wozów kilku standardów – poradzieckich T-72, ich ulepszonej w latach 90. wersji PT-91, niemieckich Leopardów 2 A5, spolonizowanych 2PL i amerykańskich M1. Jak to wszystko scalić w jeden sprawnie funkcjonujący system? Nad tym polityczni patroni wojska pewnie się nie zastanawiają. Dla nich liczy się efektowna fotka na tle potężnej maszyny.

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 17/2021

Nz. T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010. Kilka lat później te maszyny trafiły do 10 BKP/fot. Marcin Ogdowski