Pi-ar

Zrobiłem dziś mały przegląd materiałów filmowych poświęconych wojnie w Ukrainie, prezentowanych w rosyjskich mediach. Reportaży z pierwszej linii czy szerzej, z rejonu „wojskowej operacji specjalnej”; nie interesowały mnie studyjne, publicystyczne debaty. Od tych z lutego, po relacje z ostatnich kilku dni. Pierwsza refleksja to uderzające podobieństwo do nazistowskiej propagandy z lat 1939-45, konkretnie zaś do specyficznej dynamiki i logiki przekazu.

Niemieckie kroniki z pierwszych lat wojny przesiąknięte były triumfalizmem, skupiały się na podkreślaniu skali i szybkości kolejnych zwycięstw. Antycypowały następne, zwykle z pogardą opisując możliwości i cechy przeciwników. Gdy wojna weszła w niekorzystną fazę, coraz więcej było fałszu, którego nie dało się zweryfikować – patrząc z perspektywy odbiorcy – rzeczy bowiem działy się gdzieś daleko na wschodzie. Stopniowej redefinicji uległo pojęcie sukcesu – od jesieni 1943 roku zaczęły zań uchodzić nie zwycięskie bitwy, a udane odwroty, owe słynne „skracanie linii frontu” i zajmowanie „dogodniejszych pozycji”. Przy jednoczesnym – a jakże – zadawaniu nieprzyjacielowi poważnych strat. W 1945 roku – mimo natrętnej promocji cudownych broni i stojącej za nim „nieuchronnej” odmianie losu – dominował przekaz pesymistyczny, choć podkreślający determinację i bezkompromisowość „obrońców Rzeszy”. Reportaż z kwietnia 1945 roku, dotyczący „ostatniej naturalnej przeszkody na drodze do Berlina” – linii obronnych na wzgórzach Seelow – do rangi niebotycznej cnoty podnosi wolę walki żołnierzy Volkssturmu, budując przy tym przekonanie o ich niezłomności. Dobrze zbudowany, jasnowłosy i uśmiechnięty heros z kronik z początków wojny zastąpiony został wizerunkiem chłopca – wątłego, za to o hardym spojrzeniu. „On zrobi wszystko, by nie przepuścić sowieckich hord”, mówi narrator, zaznaczając, że pomocne będą tu fortyfikacje i przeszkody terenowe.

W neosowieckiej propagandzie widzimy niemal dokładnie to samo. Od hurraoptymistycznych materiałów z początków inwazji, na przykład spod Kijowa (który zaraz będzie wzięty przez „naszych chłopców z pancernych czołówek”), przez nieco mniej radosne doniesienia z wiosny i lata z Donbasu („idziemy niczym walec, nie tak szybko, ale konsekwentnie”), po ponure relacje z ewakuacji Chersonia czy śmieszno-żałosne raporty z budowy tak zwanej linii Wagnera. Ta linia to umocnienia stawiane w obwodzie ługańskim, wzdłuż dawnej „granicy” między Ukrainą a Ługańską Republiką Ludową. „Ukraińcy tędy nie przejdą”, słyszymy. Przejdą czy nie, to się okaże; sposób wykonania zapór przeciwczołgowych, stawianych „na odpierdol” (betonowe wilcze zęby rozkłada się na ziemi bez zakotwiczenia), daje niemal pewność, że ukraińscy saperzy nie napracują się za bardzo. Mniejsza jednak o technikalia – przyjrzyjmy się samej naturze przekazu. W ciągu ośmiu miesięcy ewoluuje on od „za trzy dni Kijów nasz” do „ale ługańskiej republiki to Ukraińcom zająć nie pozwolimy!”.

Długo nie przykładałem należytej uwagi kwestiom promocji, marketingu, PR-u; jak zwał, tak zwał. Zwłaszcza na poziomie instytucji państwowych wydawało mi się to marnowaniem środków finansowych. Z czasem przyszło zrozumienie, że dobre kampanie propagandowe mogą przynieść wymierne skutki. Spójrzmy bowiem na armię rosyjską. Od kilkunastu lat Kreml nie ustawał w wysiłkach, by przekonać świat, że wojsko ma coraz lepsze, coraz silniejsze, coraz bardziej niebezpieczne. To te rzekome militarne możliwości pozwalały rosji – ekonomicznemu karłowi – zachować status mocarstwa. Dziś wiemy, że było to wielopiętrowe kłamstwo, co nie zmienia faktu, że przez lata skuteczne. I ta skuteczność każe widzieć w „silnej rosji” marketingowy majstersztyk.

Lecz widzimy też porażkę tej kampanii. Chciał putin – szybką, zwycięską operacją w Ukrainie – ugruntować wizerunek „niepokonanej armii” (a więc i mocarstwa). Dziś nawet u siebie, w swojej propagandzie, nie jest w stanie tego „przepchnąć”. A w społecznej wyobraźni ludzi Zachodu (i nie tylko) wyrysował obraz rosyjskiego żołnierza źle dowodzonego, źle wyposażonego, fatalnie zmotywowanego, pijanego i brutalnego wobec cywilów. Chciał „Saszy Zdobywcy”, ma „Wowę Złodzieja Pralek”.

—–

Nz. Rosyjski wóz bojowy, dobrze ilustrujący kondycję Z-amii/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Drogi

Zauważyliście pewnie, jak zasuwają ostatnio Ukraińcy. Co ich tak gna, poza oczywistą potrzebą wyzwolenia własnych terytoriów?

Najpierw trochę historii.

Zachodnio-centryczna wizja zmagań z lat 1914-18 zdominowała refleksję historyczną i w naszej części Europy. Wielka Wojna to i dla nas, Polaków, nade wszystko okopowa rzeź na polach Flandrii, w błotnym anturażu odpowiedzialnym za śmiercionośne warunki sanitarne. Ale przecież i na froncie wschodnim maź zatruwała żołnierzom życie. W zapiskach dokumentujących szlaki bojowe niemieckich i austro-węgierskich pułków wielokrotnie wspomina się o błocie (niekiedy, w zależności od rejonu działań, towarzyszy temu przymiotnik „polskie”). Hamowało one ofensywę na Warszawę z wczesnej jesieni 1914 roku, solidnie krzyżowało szyki podczas zmagań nad jeziorami mazurskimi w lutym 1915 roku. Wówczas to gwałtowna odwilż i rzęsiste deszcze przemieniły pole bitwy w rozlewisko, a szlaki komunikacyjne w bagna i potoki. A potem przyszedł mróz, skuwając wszystko lodem, rosjanom utrudniając ucieczkę, nie na tyle skutecznie jednak, co Niemcom pościg.

Pomni tych doświadczeń dowódcy Wehrmachtu kampanię w Polsce zaplanowali na późne lato 1939 roku. Suchy wrzesień nie zawiódł ich oczekiwań, pomagając w przeprowadzaniu błyskawicznych uderzeń. Dwa lata później ów czynnik pogodowy wzięto pod uwagę, projektując założenia operacji Barbarossa. Przewidując, że im dalej na wschód, tym gorsze drogi, a więc i większe problemy. Wielu amatorów historii podziela dziś mylne przekonanie, że niemiecki atak na ZSRR został opóźniony o kilka tygodni, z uwagi na nieplanowane wcześniej zaangażowanie sił zbrojnych III Rzeszy na Bałkanach (co miało zadecydować o niemieckiej klęsce pod Moskwą, do której najeźdźcy podeszli za późno). Tymczasem jeszcze na początku czerwca 1941 roku na rozległych obszarach rosji, Białorusi i Ukrainy deszcz „produkował” nieprzebrane masy błota, w którym utknęłyby nie tylko zmotoryzowane oddziały armii niemieckiej, ale i jej wciąż oparta o transport konny logistyka. Wiedział o tym Hitler, wiedzieli jego generałowie, stąd końcówka czerwca świadomie wybrana jako moment ataku. Stąd podjęcie kolejnej operacji zaczepnej dopiero w lipcu następnego roku…

Wracam do tematu rasputnicy, bo za kilkanaście dni powinna nastąpić jej jesienna odsłona. Co w mojej ocenie przełoży się na dynamikę działań wojennych w Ukrainie. Gdy podjąłem temat dwa tygodnie temu, kilka osób napisało mi, że współczesne armie są już w wysokim stopniu uniezależnione od kaprysów pogody – w związku z tym front „nie ostygnie”. Też nie twierdzę, że ostygnie – po prostu przewiduję wyhamowanie dużych, manewrowych operacji do czasu aż nastaną pierwsze mrozy. Współczesne czołgi wciąż pozostają niezgrabnymi kolosami – i przy odpowiednim nagromadzeniu błota zwyczajnie w nim utkną (zauważyliście, że na północy Ukraińcy używają już teraz przede wszystkim lżejszych wozów?). Obserwowaliśmy to w marcu, z satysfakcją kontemplując podtopione ruskie tanki; wtedy to orki były w natarciu i to im bardziej zależało na przejezdności pokonywanych terenów. Dziś inicjatywa jest po ukraińskiej stronie, a front przesuwa się w rejony Donbasu, gdzie nie ma za wielu przyzwoitych dróg.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną anegdotę. Latem 2016 roku podróżowałem samochodem z Charkowa do Siewierodoniecka. Dość szybko zjechaliśmy z porządnej szosy i… przepadliśmy. To znaczy takie wrażenie odniósł towarzyszący mi fotoreporter, dla którego był to pierwszy wyjazd do Ukrainy. „Kiedy wskoczymy na jakąś główną drogę?”, zapytał, umęczony jazdą po wertepach, przy których najgorsza polska droga z połowy lat 90. wyglądała jak autostrada. „Paweł”, odparłem. „Ale my jedziemy główną drogą…”.

Donbas do 2014 roku i bez wojny był miejscem zapomnianym przez boga. Po upadku sowietu państwo niemal przestało tam istnieć i świadczyć wiele z podstawowych usług. Publiczna infrastruktura popadała w ruinę, remonty przeprowadzano rzadko i byle jak. Prowincja, zarządzana niczym udzielne księstewko przez złodziei i prorosyjskich politycznych baronów (co zwykle oznaczało te same osoby), miała oczywiście swoje „okna wystawowe” – Donieck i kilka innych większych miast – lecz generalnie tkwiła w materialnym rozkładzie, w którym trudno się żyło i trudno przemieszczało.

A teraz te drogi porozjeżdżały jeszcze czołgi.

Oczywiście, pogoda może nas zaskoczyć. Zmiana klimatu jest faktem, zaburzenia naturalnych dotąd cyklów stają się coraz powszechniejszym zjawiskiem. W efekcie jesiennej rasputnicy może nie być, może okazać się nie tak dokuczliwa; na tym etapie to wróżenie z fusów (mniej uprawnione niż wnioski z historycznych doświadczeń). Przyjmijmy jednak, że wszystko potoczy się „po staremu”. Nie sądzę, by Ukraińcy zawiesili wówczas działania zaczepne. Po prostu, nie będą one tak spektakularne. Nastąpi ciąg dalszy grillowania rosjan przy użyciu precyzyjnej artylerii, czemu będą towarzyszyć lokalne kontrataki – nie tyle dla kolejnych korekt terytorialnych, co dla nękania przeciwnika.

Bo rosjanie – ten zamysł wydaje się coraz bardziej oczywisty – inicjatywy operacyjnej woleliby nie podejmować. Nie spodziewam się rosyjskich ofensyw, wieszczonych przez niektórych po ogłoszeniu przez Kreml mobilizacji. Moim zdaniem, najeźdźcy zamierzają się przegrupować – odpocząć, odbudować na ile się da potencjał bojowy poharatanych oddziałów – i w takim „stanie skupienia” przeczekać zimę.

Aby stało się to możliwe, na północy muszą ustabilizować front, na południu rozbudować obronę. Pytanie, czy Ukraińcy pozwolą, nie jest jedynym, jakie muszą sobie teraz zadać dowódcy „operacji specjalnej”. W rosyjskiej infosferze (mam świadomość ograniczonej reprezentatywności środowiska internetowego) następuje bowiem coś nieprawdopodobnego – rozlewa się fala krytyki dowództwa i armii (choć jeszcze nie putina). Padają najcięższe zarzuty – głupoty, tchórzostwa, nepotyzmu – pojawia się refleksja (jakże trafna…), że wojsko jest nic niewarte. Ten chór wzmagają opinie Kadyrowa i Prigożyna (szefa Wagnera), którzy wprost domagają się dymisji szojgu. Ów „pręgierz” można potraktować jako medialny szum, ale jak potraktuje go putin? Jeśli dostrzeże w nim oznaki buntu/rozkładu dyscypliny trzymającej w ryzach reżim, i on może zażądać głów. Przede wszystkim zaś działania. Gotowi (wyszkoleni, uzbrojeni) czy nie, rosyjscy żołnierze mogą wówczas zostać pchnięci do szaleńczych ataków. Byle tylko wykazać, że to Moskwa znów rozdaje karty…

PS. A ja mam dziś urodziny, w związku z czym życzę sobie sromotnej porażki armii rosyjskiej i międzynarodowego trybunału dla putina. Najpierw jednak chciałbym, żeby w jednym z ostatnich dekretów posłał putler Kadyrowa na front. Wiele bym dał, by zobaczyć tego tik-tokowego bohatera z gruzem w nogawkach…

—–

Zdjęcie ilustracyjne – wykonałem je w Afganistanie zimą 2012 roku/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wunderwaffe

Pół roku. Tyle trwa już rosyjsko-ukraińska wojna w pełnoskalowym wymiarze. Pamiętacie te analizy z końca lutego – nie CZY, ale KIEDY padnie Kijów? Rozważania o losie Ukrainy pod rosyjską okupacją? Własne lęki związane z przekonaniem, że niebawem zwycięska armia rosyjska stanie u naszych południowo-wschodnich granic? „Spodziewał się pan, że wojna potrwa tak długo?”, spytała mnie dziś rano prowadząca program informacyjny w jednej z telewizji. Spodziewać to się nie spodziewałem, ale marzyłem o tym, by Ukraina się nie ugięła. A w najgorszym razie, by drogo sprzedała skórę.

I Ukraina przetrwała. Od przekonania, że „zaraz wszystko się skończy” (zwycięstwem Moskwy), doszliśmy do oczywistości, wedle której Ukraina jest i będzie. Niezależna od rosji, pytanie tylko czy i jak poharatana terytorialnie. Dziś jedynie fantaści dalej wieszczą bezwzględne zwycięstwo agresora. Zdumiewające, w jak wielu łbach roi się wizja rosyjskich wunderwaffe – tych wszystkich T-14, Su-57 i innych terminatorów, dotąd „trzymanych w zapasie” (by mniej zaawansowanym sprzętem zużyć ukraińską obronę) – które „wjadą i pozamiatają” Ukraińców. Odświeżyłem sobie niedawno doskonały „Upadek” oraz (nieco naiwną, lecz i tak ciekawą) serię National Geographic „Wielkie konstrukcje III Rzeszy” – jednym z wiodących motywów obu produkcji jest obsesja Adolfa Hitlera dotycząca cudownych broni i ich możliwości. Wódz do samego końca wierzył, że przyniosą mu zwycięstwo. Aż w końcu musiał sobie strzelić w łeb…

Rosja nie posiada wunderwaffe, a wykorzystanie broni jądrowej nie wchodzi w grę. Dlaczego?

Po pierwsze, nie ma pewności, czy jej użycie złamałoby ukraiński opór. Biorąc pod uwagę to, co obserwujemy przez ostatnie pół roku, równie prawdopodobny jest scenariusz jeszcze większej determinacji obrońców.

Po drugie, owa determinacja mogłaby oznaczać przeniesienie wojny na rdzennie rosyjskie terytoria. Jak na razie Ukraińcy stosują zasadę samoograniczania, lecz w obliczu tak bezpardonowej akcji rosjan, mogliby rozkręcić w Federacji kampanię terrorystyczną. Dotychczasowe „pożary” byłyby przy tym przygrywką z placu zabaw. Pragnę zauważyć – podkreślając jednocześnie, że w tym momencie wychodzę ze skóry analityka i wchodzę w rolę pisarza political fiction – że rosja do dziś nie doliczyła się około dwudziestu walizkowych ładunków jądrowych, które przepadły w czasach posowieckiej rozpierduchy. Kto je ma? W „Międzyrzeczu…” (biorąc za punkt wyjścia prawdziwą i przerwaną przez Amerykanów operację naszego wywiadu), założyłem, że trochę tego „dobra” skapnęło nam, Polakom. Ale czy Kreml może wykluczyć, że beneficjantami nie są Ukraińcy? Tak naprawdę putin nie jest dziś niczego pewien, tak bardzo zawiodły go własne służby. A że to paranoik, zapewne wyobraża sobie różne, najdziksze warianty ukraińskiej zemsty. I niech tak zostanie.

Po trzecie, ukraińska odpowiedź zostałaby bez wątpienia wsparta przez Zachód. Jestem przekonany, że zniesiono by wówczas ograniczenia dotyczące wysyłanego Ukrainie uzbrojenia. Do tej pory Zachód (przede wszystkim USA) stosuje strategię „gotowania żaby” – sączy sprzęt w takich ilościach i o takich parametrach, by ukraińska „obróbka” rosjan nie przybrała postaci gwałtownej i spektakularnej katastrofy (patrząc z perspektywy tych drugich). Trwa oswajanie rosyjskich decydentów z niemożnością pokonania Ukrainy, z koniecznością redukcji celów strategicznych operacji. Rozpisana na wiele etapów klęska ma zredukować ryzyko użycia przez agresorów broni jądrowej – tak jak ostatecznie nie użyli jej w Wietnamie systematycznie dożynani Amerykanie. Zyskiem Kremla ma być możliwość wyjścia „z twarzą”, bez ryzyka wewnętrznych buntów, którym sprzyjałoby przekonanie o słabowitej władzy („wycofaliśmy się w geście dobrej woli, bo ta wojna przestała mieć sens”). No więc nagle mogłoby się okazać, że „chrzanić to, jedziemy z gamoniami!” – i doszłoby do gwałtownego wzrostu możliwości ofensywnych Ukrainy.

Czemu – i tu czas na po czwarte – mogłoby towarzyszyć twarde, kinetyczne zaangażowanie się USA w wojnę. Kremlowscy liczą się i z takim ryzykiem, otrzymali już bowiem nieformalne sygnały, że użycie wobec Ukrainy broni jądrowej byłoby przekroczeniem czerwonej linii. Oczywiście, mogą grozić – i grożą – atomową reakcją na „zachodnie zakusy”, ale wiąże się to z perspektywą całkowitego zdewastowania rosji w ramach amerykańskiej retorsji. Pytanie, czy Ukraina warta jest niechybnej zagłady Federacji, ma rzecz jasna retoryczny charakter. I nawet jeśli putin uznałby, że zagra va banque, nie sądzę, by otoczenie było aż tak odważne. Tymczasem wejście do akcji nawet ograniczonego liczbowo i terytorialnie (na przykład zobowiązanego do działań wyłącznie w Ukrainie) amerykańskiego kontyngentu – przede wszystkim lotnictwa – niechybnie zakończyłoby się spektakularną porażką rosyjskich sił zbrojnych. A tego zwykli rosjanie mogliby putinowi nie darować.

Co przywodzi nas do piątego argumentu – reakcji rosyjskiej opinii publicznej. W rosji trwa „medialna obróbka” narodu, zgodnie z którą ukraińska „operacja specjalna” to rozprawa nie tylko z „faszyzującą Ukrainą”, ale i całym wspierającym ją Zachodem. To ich wersja wojny (bez używania słowa „wojna”…) dobra ze złem. Konfliktu, w którym „nasze malcziki sobie radzą!”. Po co więc ta bomba? Jak zracjonalizować „swoim” jej użycie? W rosyjskiej propagandzie niewiele jest logiki, niemniej byłaby to kwadratura koła. Tym bardziej niebezpieczna, że atak jądrowy zrujnowałby inny, niezwykle istotny element narracji, mówiący o „delikatności” rosyjskiej armii. Nam może się to wydawać absurdalne, ale wielu rosjan naprawdę wierzy, że ich żołnierze nie mordują, nie strzelają do cywilnych obiektów, nie grabią, nie gwałcą i generalnie postępują fair play. Przywalenie atomówką średnio pasuje do tego obrazu.

Obrazu budowanego także w międzynarodowym przekazie – tam, gdzie Kremlowi udaje się narzuć wizję Rosji reagującej zbrojnie na prowokacje Zachodu, w szczególności USA. Afryka, część Azji i Ameryki Południowej kibicuje dziś rosjanom nie tyle z sympatii do ich kraju, co z antypatii do Amerykanów. Istotne są rzecz jasna interesy ekonomiczne, co tylko podbija stawkę. Północ i Południe (globu) nie różnią się w zakresie postrzegania broni jądrowej jako ostatecznego argumentu. Moskwie zatem trudno byłoby znaleźć uzasadnienie dla sięgnięcia po atomówkę – to Zachód/Ukraina musiałyby jako pierwsze wykonać jakąś „grubą” akcję. Bez tego rosja straciłaby w oczach sympatyków, co przełożyłoby się na dalszą polityczną i ekonomiczną izolację. Proszę zwrócić uwagę, że istotna baza dla prorosyjskości to antyamerykanizm, postrzeganie Stanów jako kraju imperialistycznego, łatwo sięgającego po przemoc wobec innych. Owa łatwość bierze z poczucia bezkarności, gwarantowanego przez arsenał jądrowy. Którego Amerykanie – to niezwykle ważny element – już raz użyli wobec innego kraju, mordując dziesiątki tysięcy ludzi. Zrzut atomówki na Ukrainę byłby w tej perspektywie wejściem rosji w amerykańskie buty – w czym zawiera się szóste „nie”.

Zatem i ta wunderwaffe pozostanie zapewne poza zasięgiem rosjan.

Skądinąd, płodna jest ta „niemiecka analogia”. Rosja strategicznie przegrywa wojnę w Ukrainie. Jej armia – aspirująca do miana drugiej na świecie – okazała się niezdolna do przeprowadzenia zwycięskiej kampanii przeciw średniej wielkości państwu. Dotkliwie pobita, musiała wycofać się z terenów północnej Ukrainy. Po trzech miesiącach kampanii zdobyła niewielkie obszary w Donbasie („brakującą” połowę obwodu ługańskiego). Wybiła co prawda korytarz na południu, zajmując na początku inwazji jedno (!) obwodowe miasto (Chersoń), ale dziś przerzuciła w ten rejon połowę sił, obawiając się kontrofensywy. Na skutek precyzyjnych ataków ukraińskiej artylerii – w trakcie których niszczone są magazyny amunicji, centra dowodzenia, lotniska i obrona przeciwlotnicza – pozostaje częściowo sparaliżowana, pozbawiona inicjatywy operacyjnej. Od półtora miesiąca nie może się pochwalić żadnymi zdobyczami terytorialnymi – tkwi na pozycjach, zbyt słaba, by atakować (lokalne akcje nie mają większego znaczenia), zbyt silna, by dać się wyprzeć. Jeszcze zbyt silna… Niemniej wciąż jest to armia z licznym arsenałem pozwalającym na ataki rakietowe z dużej odległości, skierowane – niczym niemieckie V-1 i V-2 – na miasta i obiekty cywilne. Te terrorystyczne ostrzały nadal postrzegane są przez rosyjskie dowództwo jako docelowo skuteczne. Prezydent putin – jak Hitler i jego wiara w psychologiczne skutki zgruzowania Londynu – gotów jest zamordować tysiące cywilów, byle tylko rzucić przeciwnika na kolana.

Jutro, w święto niepodległości Ukrainy, należy spodziewać się zmasowanych ataków.

—–

Nz. A dziś Ukraina obchodzi dzień flagi. Trudno o lepszą ilustrację/fot. Evhen Zborowski

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dugin

Aleksander Dugin to rosyjski odpowiednik Alfreda Rosenberga, naczelnego ideologa nazizmu. To w chorym łbie tego drugiego narodziła się wizja „lebensraum”, przestrzeni życiowej, na którą zasługują i którą muszą sobie wywalczyć Niemcy na wschodzie. Dunin w takich samych kategoriach myśli o rosjanach, przy czym sięga dalej niż nazistowski protoplasta – jego zdaniem, ruskij mir winien zapanował od zachodnich rubieży Europy aż po Władywostok. Oczywiście, nie ma w tych rojeniach miejsca na państwo polskie, zaś początkiem nowego ładu winien być podbój Ukrainy. Bezwzględny, połączony z eksterminacją „nieposłusznego elementu”.

Kocopoły Dugina leżą dziś u podstaw ideologii państwowej rosji, choć on sam nie jest już tak blisko z putinem, jak jeszcze kilka lat temu. I tu widać pewną paralelę z losami Rosenberga, który – jak wielu innych nazistowskich dygnitarzy – z biegiem czasu stracił znaczną część sympatii Hitlera.

Rosenberg wojnę przeżył – w Norymberdze dostał czapę i w 1946 roku zawisł na stryczku. Dugin żyje, choć wczoraj ledwie uniknął śmierci. W zamachu, którego był celem (bądź za cel miał uchodzić), zginęła za to jego córka Daria. Znam zasadę, wedle której dzieci nie powinny odpowiadać za grzechy rodziców. Zasadniczo podzielam, choć chciałbym podkreślić, że zabita w pełni utożsamiała się z „ideami” ojca, czemu wielokrotnie dawała publicznie wyraz. Trudno szlochać nad śmiercią kogoś takiego, a pozostając przy historycznej analogii – czy tragiczne śmierci dzieci nazistów winny wywoływać u współczesnych – ofiar i potencjalnych ofiar hitlerowców – odruch współczucia? To rzecz jasna retoryczne pytanie.

Ale ja nie o tym. Śmierć córki Dugina stała się pretekstem do nawoływań o „twardą” rozprawę z Ukraińcami. Pełno tego w rosyjskim internecie, który z miejsca orzekł, że za zamachem stoją ukraińskie służby specjalne. Mam wrażenie, że o to właśnie chodziło…

Dugin z córką brali wczoraj udział w „patriotycznej” imprezie – festiwalu „Tradycja”. Jego organizatorem był Zachar Prilepin, nacjonalista, przy którym nasz Bąkiewicz to chłopiec w krótkich gaciach. Pisarz, dziennikarz, a zarazem weteran obu czeczeńskich wojen i „ochotnik” w Donbasie. Ukrainożerca, jak można wywnioskować z jego publicznych wypowiedzi.

Dugin był gościem honorowym, jego SUV stał zaparkowany na vipowskiej części parkingu. Z uwagi na charakter imprezy oraz specyfikę lokalizacji – mam na myśli podmoskiewskie rezydencje ludzi władzy (w pobliżu miejsca eksplozji mieszka na przykład Siergiej Szojgu) – teren roił się od wszelkiej maści tajniaków.

Do eksplozji toyoty doszło około godz. 21:30, kobieta zginęła na miejscu. Na co dzień luksusową terenówką (swoją drogą, ciekawe dlaczego nie ładą nivą…?) jeździł Dugin, ale tego wieczora w ostatniej chwili zmienił zdanie. Po namowie kolegów-organizatorów wsiadł z nimi do auta. Nie ma znaczenia, czy życie uratowano mu przypadkiem czy z rozmysłem. Faktem jest, że zamach – czy zginąłby w nim Dugin, córka, czy oboje – stwarza wrażenie zuchwałego ataku na symbol wielkoruskiego imperializmu. „Tak z nami pogrywać nie można!”, czytam w rusnecie. Takie opinie przeplatają się z oburzeniem („jak można zabijać kobiety!?”), co zwykle kończy się wezwaniem do bezpardonowej zemsty.

Przypomina to nastroje społeczne po wysadzeniu bloków mieszkalnych w Moskwie, co stało się pretekstem do rozpoczęcia drugiej wojny w Czeczenii. Jakość tej prowokacji była marna, od razu bowiem dało się dostrzec wyraźny ślad FSB, ale większość rosjan nie zwracała uwagi na takie szczegóły. Tak jak teraz nie zadaje pytań, jakim cudem, w takim miejscu, udałoby się Ukraińcom podłożyć bombę (niewydolność rosyjskiego państwa, zgniłego od korupcji, nie wyklucza takiej opcji, lecz z uwagi na ukraińską strategię „no unnecessary violence”/działania bez niepotrzebnej przemocy, uważam taki scenariusz za mało realny).

Napisać, że rosjanom nie idzie w Ukrainie, to jakby nic nie napisać. Niewykluczone, że Kreml tworzy właśnie preteksty dla nadzwyczajnej mobilizacji (społeczeństwa, gospodarki, armii), bez których „operacja specjalna” skazana będzie na porażkę. Ostatecznie nikt nie lubi terrorystów, zwłaszcza gdy sięgają po „niewinne ofiary”. Jest w tym nuta perwersji, mowa bowiem o narodzie, który bez większego sprzeciwu akceptował dotąd mordowanie cywilnych Ukraińców. No ale „Kali ukraść – dobrze, Kalemu ukraść – źle”. A i na Zachodzie, przesiąkniętym aż po usranie zbędnym humanitaryzmem, znajdą się użyteczni idioci, oburzeni „państwowym terroryzmem Ukrainy”.

Tyle dobrego, że wielkoruskie kanalie ze szczytów będą się teraz zastanawiać: „kiedy trafi na mnie?”. I nie ma znaczenia, czy źródłem tych lęków będą swoi („czy zechcą i mnie poświęcić?”), czy Ukraińcy.

—–

Nz. Aleksander Dugin na miejscu eksplozji.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niewidzialna

„Bez mojej wiedzy i zgody nawet wróbel nie przeleci nad Berlinem” – chełpił się przed Hitlerem Herman Goering, dowódca Luftwaffe. Nazistowski marszałek wypowiedział te słowa na początku 1940 roku, przekonany, że nic nie zagrozi potędze niemieckiego lotnictwa. Nocą 25 sierpnia 1940 roku Brytyjczycy powiedzieli „sprawdzam” – wówczas na stolicę III Rzeszy po raz pierwszy spadły alianckie bomby. Tylko do końca 1940 roku Berlin był bombardowany jeszcze 27 razy…

Wspominam o tym na wieść o zapewnieniu, jakie złożył tydzień temu – po pierwszym ukraińskim ataku na Krym – minister Siergiej Szojgu. Otóż miał on powiedzieć rosyjskiemu prezydentowi, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy Ukraińcom udało się pokonać obronę przeciwlotniczą półwyspu. Dziś rano, a później koło południa, ukraińskie siły zbrojne udowodniły, ile warte są słowa szefa rosyjskiego resortu obrony. Najpierw rakiety zniszczyły skład amunicyjny, a potem spadły na wojskowe lotnisko w samym środku Krymu, ponad 200 km od linii frontu. Uderzające podobieństwo do sytuacji sprzed 80 lat, czyż nie?

Jak wynika z danych ukraińskiego dowództwa, aktywne działania bojowe prowadzone są obecnie na froncie o długości 1300 km. I choć punktowo dochodzi do bardzo ciężkich starć, to nie na liniach styku wojsk ważą się losy wojny. Inicjatywa strategiczna chyba już na dobre przeszła w ręce Ukraińców, którzy przeprowadzają operację zasługującą na miano „niewidzialnej kontrofensywy”. Owa niewidzialność jest rzecz jasna umowna – fizyczne skutki są bowiem wyraźne i mają postać spektakularnych eksplozji. Rzecz w tym, że obrońcy uzyskują kolejne „punkty” (w wojennej rozgrywce), bez angażowania wielkich związków taktycznych w rozległe obszarowo, manewrowe działania.

Spójrzmy na bieżącą sytuację wojsk rosyjskich. Straciły one impet na północnym i środkowym odcinku frontu (w Donbasie) nie tylko za sprawą uporczywej ukraińskiej obrony, ale też na skutek decyzji własnego dowództwa, które przesunęło znaczną część sił na południe. Przesunęło, spodziewając się ukraińskich kontruderzeń. Ta rotacja jednak nie zmieniła in plus położenia Rosjan w obwodzie chersońskim i zaporoskim. Bo choć jest ich tam teraz więcej, ich możliwości operacyjne znacząco zmalały. Do tego stopnia, że zasadnym wydaje się twierdzenie, iż Ukraińcy zastawili na najeźdźców pułapkę. Mówienie o lądowej kontrofensywie na tym etapie konfliktu było „podpuchą”. Gdy nabrani rosyjscy generałowie pchnęli większą liczbę oddziałów w okolice Chersonia, precyzyjne ukraińskie ataki na mosty odcięły od reszty wojsk już nie tylko rosyjskie siły na zachodnim brzegu Dniepru. Uderzenia rakietowe na północy obwodów chersońskiego i zaporoskiego oraz przy granicy z Krymem sprawiają, że zgromadzone w tym obszarze oddziały zostały w istotnym zakresie pozbawione dróg zaopatrzenia. Mamy zatem do czynienia z sytuacją „kotła bez przykrywki” – Ukraińcy fizycznie nie otaczają Rosjan, stykają się z nimi tylko na północy i zachodzie chersońsko-zaporoskiego teatru działań wojennych, ale ich „długie ręce” – precyzyjne systemy rakietowe dalekiego zasięgu – mieszają najeźdźcom szyki od wielkiego rozlewiska Dniepru w okolicach Zaporoża, aż po brzeg Morza Azowskiego na wysokości Berdiańska.

Atakom na mosty towarzyszą uderzenia na składy amunicyjne – co obserwujemy już od wielu tygodni, a co ma na celu paraliż rosyjskiej artylerii, dającej najeźdźcom lokalne przewagi na froncie. Jednocześnie atakowane są lotniska oraz stanowiska obrony przeciwlotniczej/antyrakietowej wraz ze wspierającymi je zestawami radarowymi. Tym sposobem Ukraińcy zwiększają swobodę operacyjną własnej artylerii (eliminując ryzyko ataków z powietrza) oraz tworzą przestrzeń dla działań własnego lotnictwa – niebo bowiem „nie znosi próżni” i miejsce rosyjskich maszyn, wypalonych na lotniskach, zajmą samoloty obrońców. Niewykluczone, że ostatecznym celem jest stworzenie dogodnych uwarunkowań dla działań na lądzie, przy czym trudno tu ustalić ich zakres. Wyrzucenie Rosjan z zachodniego brzegu Dniepru i wyzwolenie Chersonia wydają się oczywistym priorytetem, ale – zdaje się – Ukraińcy mierzą dalej. Być może się mylę, lecz z ich działań wyłania się zamysł fizycznego odcięcia Krymu (przy jednoczesnej eliminacji półwyspu jako zaplecza logistycznego dla południowego frontu). Nie nastąpi to dziś czy jutro; proces „rozmiękczania” rosyjskich oddziałów zgromadzonych we wspomnianym „kotle” i kolejne ataki na krymskie bazy potrwają zapewne kilka tygodni. Niemniej dobry prognostyk już jest – Rosjanie wycofali swoje regionalne dowództwo z Chersonia dalej na wschód (prawdopodobnie do Melitopola). Nie znaczy to, że stracili zainteresowanie miastem, ale wysłali jasny sygnał, że nie czują się w nim bezpieczni.

Tak, jak rosyjscy turyści nie czują się bezpieczni na Krymie. Tydzień temu Kreml mógł jeszcze kłamać, że zniszczone lotnisko to efekt zaprószenia ognia, dziś nawet ogłupieni propagandą Rosjanie mają już jasność, że wojna przeniosła się na półwysep. Co teoretycznie winno skłonić Moskwę do… użycia broni jądrowej, bo przecież „Krym to Rosja” wedle prawa Federacji. Do tego, że to mało prawdopodobny scenariusz reakcji postaram się Was przekonać w kolejnym wpisie.

—–

Nz. Zaatakowana dziś koło południa rosyjska baza lotnicza pod Symferopolem (zdjęcie sprzed uderzenia)/fot. Maxar Technologies

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to