„Okno”

Pytanie „czy Polska obroniłaby się przed rosją?” jest źle postawione. Sugeruje bowiem, że należałoby porównać potencjały obu państw i na tej podstawie wskazać silniejszego. Tymczasem rosyjski atak na Polskę oznaczałby konflikt z NATO, a o jego przebiegu nie decydowałyby sumy czołgów, samolotów i żołnierzy. Liczyłby się potencjał, który każda ze stron mogłaby w określonym czasie skoncentrować na polskim teatrze działań, zaopatrywać, osłaniać i skutecznie używać.

rosja miałaby przy tym istotną przewagę początkową: sama wybrałaby moment agresji i mogłaby wcześniej przygotować środki uderzeniowe oraz skoncentrować część sił. NATO dysponowałoby nieporównanie większym potencjałem, ale rozproszonym pomiędzy wiele państw i baz. rosyjski plan nie musiałby więc zakładać pokonania całego Sojuszu, lecz uzyskanie i wykorzystanie chwilowej przewagi na polskim teatrze działań, zanim znacznie większy potencjał militarny NATO zacząłby rozstrzygać sytuację.

Taki scenariusz zawiera jednak sprzeczność. Im ambitniejszy byłby cel rosyjskiej operacji lądowej, tym większych sił wymagałoby jego osiągnięcie, a dużej koncentracji wojsk nie sposób przygotować bez pozostawienia śladów. Brygady i dywizje potrzebują paliwa, amunicji, transportu, zabezpieczenia medycznego, rozwiniętego dowodzenia i osłony przeciwlotniczej. rosja mogłaby ukrywać zamiary, termin ataku albo kierunek głównego wysiłku, ale wraz ze wzrostem skali operacji malałaby możliwość osiągnięcia pełnego zaskoczenia. Moskwa może relatywnie łatwo zaskoczyć NATO salwą rakietową, znacznie trudniej armią zdolną natychmiast wykorzystać jej skutki.

Dlatego pierwsza faza konfliktu musiałaby służyć nie tyle zadaniu Polsce możliwie dużych strat, ile stworzeniu warunków do dalszego prowadzenia operacji. rosyjskie uderzenie powinno ograniczyć zdolność polskich i sojuszniczych wojsk do działania oraz opóźnić rozwinięcie sił NATO. Właściwą miarą jego powodzenia nie byłaby więc liczba zniszczonych obiektów, lecz to, ile czasu pierwsza salwa kupiłaby rosji i ile odebrałaby NATO.

—–

To trudniejsze, niż sugeruje proste zestawienie rosyjskich rakiet z polskimi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia wojny w Ukrainie pozwoliły rosji udoskonalić masowe ataki: bezzałogowce i wabiki absorbują uwagę obrony, pociski manewrujące atakują z innych kierunków i na innych wysokościach, a rakiety balistyczne stawiają obrońcę przed jeszcze innym problemem. Salwy mogą być rozciągane w czasie i prowadzone z wielu stron, tak by przeciążać nie pojedynczą baterię, lecz cały proces wykrywania, klasyfikacji celów i prowadzenia ognia.

Polska ma dziś dwie baterie Wisły z Patriotami, dwie jednostki ogniowe Małej Narwi oraz systemy krótszego zasięgu. Docelowa architektura obrony powietrznej nadal jednak powstaje, nie ma więc mowy o szczelnej osłonie kraju. Nie oznacza to jednak, że rosja mogłaby swobodnie wybierać cele i koncentrować na nich środki rażenia. Przeciwnie – pierwsza salwa musiałaby realizować kilka zadań jednocześnie. Jeśli Moskwa chciałaby ograniczyć możliwości działania polskiego lotnictwa, musiałaby atakować jego infrastrukturę. Jeśli chciałaby zwiększyć skuteczność następnych salw – radary i OPL. Jeśli zamierzałaby dezorganizować reakcję – dowodzenie i łączność. A jeśli za priorytet uznałaby utrudnianie napływu sojuszniczych wojsk – logistykę i infrastrukturę transportową. Wszystkie te cele konkurowałyby o tę samą pulę najcenniejszych środków rażenia.

W tym właśnie tkwi znaczenie polskiej OPL. Patriot nie musi zestrzelić wszystkiego, żeby wpłynąć na rosyjski plan. Jeśli określony obiekt jest kluczowy dla powodzenia operacji, napastnik musi uwzględnić możliwość przechwycenia części pocisków i skierować przeciw niemu odpowiednio większą salwę. Obrona powietrzna nie musi więc uczynić rosyjskiego uderzenia nieskutecznym. Wystarczy, że podniesie koszt ataku na najważniejsze cele i zwiększy niepewność jego rezultatu.

Nie można przy tym mierzyć powodzenia obrony procentem zestrzelonych pocisków. Może ona przechwycić większość z nich i ponieść operacyjną porażkę, jeśli kilka pozostałych wyłączy elementy krytyczne. Może też przepuścić więcej, ale zachować zdolność działania. rosja potrzebowałaby bowiem efektu kaskadowego, w którym uszkodzenie jednych elementów zwiększa podatność kolejnych, a suma lokalnych zakłóceń zaczyna prowadzić do paraliżu całego systemu.

Dobrym przykładem jest lotnictwo. rosja nie musiałaby zniszczyć większości polskich F-16 i F-35. Wystarczyłoby ograniczyć liczbę wykonywanych przez nie lotów – uszkodzić infrastrukturę, zakłócić dostawy paliwa i uzbrojenia. NATO przygotowuje się na taki scenariusz, rozwijając koncepcję Agile Combat Employment, czyli operowania z wielu baz i lokalizacji zapasowych. Podczas Ramstein Flag 2026 ponad 200 statków powietrznych operowało z 20 miejsc, w tym z drogowych odcinków lotniskowych. Takie rozproszenie nie daje lotnictwu odporności na uderzenia, ale znacząco komplikuje zadanie napastnika: zamiast skupiać się na kilku bazach, musiałby on stale oddziaływać na całą sieć miejsc, z których mogą operować samoloty.

—–

Jeżeli pierwsze uderzenie nie sparaliżowałoby polskiego systemu, z każdą kolejną dobą problem rosji stawałby się większy. NATO nie rozpoczynałoby wojny od zera. Część sił już znajduje się na wschodniej flance, kolejne mają wcześniej przypisane zadania w regionalnych planach obronnych, a system wzmocnienia obejmuje zarówno szybko dostępne posiłki, jak i ciężkie siły kolejnych rzutów.

Nie znaczy to, że cały potencjał Sojuszu pojawiłby się w Polsce natychmiast. Najszybciej można zwiększyć aktywność lotnictwa operującego również z baz poza Polską. Inaczej wygląda przerzut personelu do wcześniej rozmieszczonego sprzętu, a jeszcze inaczej ruch ciężkich związków taktycznych wraz z logistyką. Ten pierwszy mechanizm można wykorzystać dzięki kompleksowi Army Prepositioned Stocks-2 w Powidzu, który przy pełnym wyposażeniu może mieścić ponad pięć tysięcy głównych elementów sprzętu, w tym Abramsy, Bradleye i haubice Paladin. Personel można przerzucić drogą powietrzną znacznie szybciej niż czołgi, bojowe wozy piechoty, artylerię i pozostałe wyposażenie. Napływ sojuszniczych sił byłby więc procesem rozłożonym w czasie, ale rozpoczynającym się na długo przed przybyciem do Polski pierwszych ciężkich jednostek przewożonych z zachodu Europy.

rosja musiałaby zatem nie tyle zatrzymać ten proces, ile dostatecznie go spowolnić. Dlatego tak duże znaczenie miałaby infrastruktura. Nie trzeba trwale zniszczyć kolei, żeby osiągnąć efekt wojskowy – wystarczy opóźnić transporty. Nie trzeba zniszczyć wszystkich lotnisk – wystarczy zmniejszyć liczbę wykonywanych lotów. Im więcej jednak tras alternatywnych, zapasowych lokalizacji i możliwości naprawy, tym więcej wysiłku potrzeba do utrzymania tego samego efektu. Pociski przeznaczone na kolejne uderzenia w transport i logistykę nie mogą w tym samym czasie atakować OPL, dowodzenia czy wojsk na froncie.

Nie sposób uczciwie powiedzieć, czy rosyjskie „okno możliwości” trwałoby dobę, trzy dni czy tydzień. Zależałoby to od wcześniejszego ostrzeżenia, gotowości NATO, rezultatów pierwszych uderzeń i skali rosyjskiej koncentracji. Wiadomo natomiast, co stopniowo by je zamykało: kolejne sojusznicze samoloty, systemy OPL, rozwijane dowództwa, uruchamiane zapasy sprzętu i napływające związki lądowe. Każdy kolejny element zwiększałby siłę dostępną NATO na polskim teatrze działań i zmniejszał znaczenie przewagi, jaką rosji dawały wybór momentu ataku oraz wcześniejsza koncentracja sił.

Jeśli pierwsza faza nie przyniosłaby rozstrzygnięcia, początkowa premia za inicjatywę zaczęłaby maleć – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wojsko Polskie podczas ćwiczeń na poligonie w Nowej Dębie/fot. własne

Armia

Jakich zdolności potrzebuje Polska, żeby rosyjscy planiści uznali atak na nasz kraj za przedsięwzięcie zbyt ryzykowne i kosztowne? I czy właśnie takie wojsko budujemy?

Na obronność Polska przeznaczy w 2026 roku 200,1 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. To poziom wydatków, który jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić. W ślad za pieniędzmi idą ogromne zakupy: Abramsy i K2, armatohaubice Krab i K9, wyrzutnie HIMARS i Homar-K, samoloty F-35, systemy Wisła i Narew, drony, satelity, amunicja. Równolegle rośnie liczebność wojska, a minister Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział budowę „Armii 500” – półmilionowego potencjału obejmującego zarówno żołnierzy czynnej służby, jak i przygotowanych rezerwistów.

Można więc próbować mierzyć siłę WP liczbą czołgów, dział, samolotów czy żołnierzy. Problem w tym, że doświadczenia trwającej już piąty rok pełnoskalowej wojny rosyjsko-ukraińskiej mocno skomplikowały taki rachunek. Okazało się, że nawet liczna i dobrze uzbrojona armia może mieć poważne problemy, jeśli zawodzi jej rozpoznanie, dowodzenie i logistyka. Że sprzęt potrzebuje ogromnych ilości amunicji, części zamiennych i paliwa. Że dron kosztujący ułamek ceny czołgu potrafi go unieruchomić, a magazyn lub stanowisko dowodzenia kilkaset kilometrów od frontu nie jest już bezpiecznym zapleczem.

Dlatego pytanie o armię zdolną odstraszyć rosję trzeba postawić inaczej.

—–

Polska nie buduje sił zbrojnych po to, aby samodzielnie wygrać wojnę z federacją. Jesteśmy członkiem NATO i polskie plany obronne są częścią planów całego Sojuszu. NATO utrzymuje dziś dziewięć wielonarodowych grup bojowych na swojej wschodniej flance, ćwiczy ich rozwijanie do większych związków taktycznych i opiera obronę regionu na połączeniu sił już znajdujących się na miejscu z szybko dostępnymi posiłkami.

To bardzo ważne zastrzeżenie, bo zmienia sposób myślenia o tym, jak silne powinno być WP. Nie musi być liczniejsze od rosyjskiego ani dysponować większą liczbą samolotów, rakiet i czołgów niż rosja. Musi natomiast sprawić, że Moskwa nie będzie mogła liczyć na szybkie rozstrzygnięcie wojny.

Przy czym jej pierwsze godziny wcale nie muszą oznaczać wielkiej bitwy lądowej. rosja dysponuje pociskami balistycznymi i manewrującymi oraz ogromną liczbą bezzałogowców. Wojna w Ukrainie pokazuje, że ich celami stają się nie tylko wojska, lecz także lotniska, systemy obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia, magazyny, zakłady przemysłowe, energetyka i infrastruktura transportowa.

Dlatego armia odstraszająca rosję musi być przede wszystkim trudna do sparaliżowania. Nie może zależeć od kilku obiektów, których zniszczenie przerwie jej „układ nerwowy”. Potrzebuje rozproszonych i zapasowych stanowisk dowodzenia, mobilnych systemów, chronionych magazynów, odpornej łączności i zdolności do szybkiego odtwarzania uszkodzonej infrastruktury.

Potrzebuje również obrony powietrznej – ale nie tylko tej najbardziej efektownej, zdolnej zwalczać samoloty i rakiety balistyczne. Ukraina pokazała problem, którego przed 2022 rokiem nie dostrzegano w pełnej skali: przeciwnik może atakować setkami relatywnie tanich dronów, zmuszając obrońcę do zużywania znacznie droższych pocisków.

Polska buduje więc kolejne warstwy obrony. Wisła ma zapewniać ochronę m.in. przed pociskami balistycznymi, Narew przed celami na krótszych dystansach. Do tego dochodzą Pilica+ oraz rozwijane zdolności antydronowe. W styczniu podpisano umowę na 18 modułów bateryjnych systemu SAN przeznaczonego m.in. do zwalczania bezzałogowców.

Nie oznacza to, że nad Polską powstanie szczelna kopuła. Takiej obrony nie ma żadne państwo. Chodzi o coś innego: ochronę najważniejszych elementów państwa i wojska na tyle skuteczną, aby przeciwnik nie mógł liczyć, że pierwsza fala uderzeń odbierze Polsce zdolność do dalszej walki.

—–

Zasięg broni nie jest tym samym co zdolność skutecznego rażenia na taki dystans. Rakieta mogąca przelecieć kilkaset kilometrów niewiele daje, jeśli jej użytkownik nie wie, gdzie znajduje się cel. Dlatego obok efektorów potrzebne są sensory: radary, satelity, drony rozpoznawcze, rozpoznanie radioelektroniczne oraz system dowodzenia zdolny zebrać informacje z wielu źródeł i szybko przekazać je temu, kto może zaatakować wykryty cel. Liczy się nie tylko to, kto widzi dalej, ale także kto szybciej zamienia informację w decyzję i decyzję w uderzenie.

To jeden z obszarów polskiej modernizacji, który pozostaje mniej widowiskowy niż zakup nowych czołgów czy samolotów, ale z roku na rok nabiera większego znaczenia. Polska rozwija wojskowe rozpoznanie satelitarne, kupuje kolejne systemy bezzałogowe i rozbudowuje systemy radarowe oraz rozpoznania elektronicznego. Same F-35 również nie są wyłącznie samolotami służącymi do przenoszenia uzbrojenia – są elementami sieci zbierającej i przekazującej informacje o polu walki.

W wielkim uproszczeniu: kupujemy nie tylko coraz silniejszą pięść, ale również oczy i układ nerwowy, które pozwolą nią skutecznie uderzyć.

Sama obrona jednak nie wystarczy. Wiarygodne odstraszanie wymaga możliwości zadawania przeciwnikowi strat również daleko od własnej granicy. Nie chodzi przy tym o bombardowanie rosyjskich miast. Z wojskowego punktu widzenia istotne są stanowiska dowodzenia, wyrzutnie rakiet, lotniska, magazyny amunicji i paliwa, węzły logistyczne czy miejsca koncentracji wojsk. Im dalej od linii frontu rosjanie muszą chronić takie obiekty, tym więcej sił muszą przeznaczać na ich obronę i tym trudniej prowadzić operację zaczepną.

Polska rozwija tę zdolność od kilku lat. Służą jej artyleria rakietowa HIMARS i Homar-K, lotnicze pociski JASSM i JASSM-ER, a w przyszłości także kolejne rodzaje uzbrojenia przenoszonego przez F-35. Do tego dochodzi ogromny potencjał klasycznej artylerii lufowej budowany wokół Krabów i południowokoreańskich K9.

—–

Przed 2022 rokiem europejskie armie przygotowywały się przede wszystkim do konfliktów mniej intensywnych niż pełnoskalowa wojna. Ukraina przypomniała, jak szybko wielka wojna zużywa wszystko. Co w związku z tym? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Usypiacz

Po nieudanej próbie błyskawicznego podboju Ukrainy w 2022 roku rosyjska armia stała się symbolem nieudolności. rosja nie stoi jednak w miejscu – uczy się szybciej, niż chcielibyśmy to przyznać.

Pierwsze tygodnie pełnoskalowej inwazji przyniosły obrazy, które na trwałe wpisały się w zbiorową pamięć: rozbite rosyjskie kolumny, zdezorientowani żołnierze, porzucony sprawny sprzęt. Wtedy narodziła się teza, że rosyjska armia jest strukturalnie niezdolna do prowadzenia nowoczesnej wojny. Ta narracja była częściowo zrozumiała – rosja popełniła błędy operacyjne, strategiczne i wywiadowcze. Jednak utożsamienie pierwszej fazy konfliktu z trwałą kondycją rosyjskich sił zbrojnych stało się analitycznym skrótem, który dziś może być groźny. Państwo prowadzące wojnę o takiej skali nie pozostaje bowiem statyczne – adaptuje się pod presją strat, sankcji i przeciwnika. A adaptacja, nawet jeśli nie czyni z rosyjskiego wojska armii wybitnej, zmienia ją w przeciwnika bardziej efektywnego niż w 2022 roku.

Od blitzkriegu do wojny na wyniszczenie

Pierwotna koncepcja rosyjskiej operacji zakładała szybkie rozstrzygnięcie poprzez uderzenia manewrowe, desanty i sparaliżowanie centrum decyzyjnego Ukrainy. Był to model bliższy operacji policyjnej w dużej skali niż klasycznej wojnie między równorzędnymi przeciwnikami. Gdy założenia te upadły, rosja stanęła przed wyborem: albo kontynuować nieskuteczne próby manewru, albo zmienić sposób prowadzenia działań. Wybrała to drugie. Stopniowo ograniczano znaczenie batalionowych grup taktycznych jako autonomicznych modułów uderzeniowych. W ich miejsce zaczęto budować bardziej klasyczne struktury oparte na masie artylerii, gęstości ognia i zdolności do długotrwałego utrzymywania linii frontu. Zamiast prób szybkiego przełamania położono nacisk na powolne, kosztowne przesuwanie linii styku.

Równolegle rosja przeszła do budowy systemów obronnych – szczególnie w południowej Ukrainie. Linie zapór przeciwczołgowych, wielowarstwowe pola minowe, przygotowane sektory ognia i zaplecze logistyczne tworzyły system, którego celem nie było spektakularne zwycięstwo, lecz maksymalne podniesienie kosztów ukraińskiej kontrofensywy. Zamiast ryzykować kolejne nieudane operacje manewrowe, Moskwa postawiła na model, w którym czas i masa ognia miały pracować na jej korzyść. W praktyce oznaczało to przejście od logiki szybkiego rozstrzygnięcia do logiki systematycznego wyczerpywania przeciwnika.

Ta lekcja ma bezpośrednie znaczenie dla wschodniej flanki NATO. rosja pokazała, że potrafi w krótkim czasie przekształcić zajęte terytorium w głęboko ufortyfikowany obszar operacyjny, którego odzyskanie staje się zadaniem długotrwałym i kosztownym.

Od improwizacji do systemu

Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów rosyjskiej adaptacji jest ewolucja wykorzystania bezzałogowców. Na początku wojny drony były używane w sposób niespójny, bez pełnej integracji z artylerią czy systemami dowodzenia. Inicjatywa należała głównie do Ukrainy, która szybciej dostrzegła potencjał tanich platform komercyjnych oraz bezzałogowców uderzeniowych. rosja odpowiedziała z opóźnieniem, ale szybko nadrobiła zaległości.

Masowe wykorzystanie dronów FPV jako improwizowanych środków rażenia stało się jednym z symboli tej wojny. Tanie konstrukcje, często montowane z komercyjnych komponentów, zaczęły pełnić funkcję „artylerii bez lufy” – precyzyjnej i trudnej do wykrycia. Z czasem ich użycie przestało być domeną pojedynczych oddziałów czy inicjatyw oddolnych, a zaczęło przyjmować formę bardziej uporządkowaną.

Co istotne, rosja nie ograniczyła się do improwizacji. Rozwijano krajowe linie montażowe, zwiększano skalę produkcji, a przede wszystkim próbowano włączać drony w system dowodzenia i rozpoznania. Dążenie do skrócenia „łańcucha decyzyjnego” – od identyfikacji celu do uderzenia – stało się jednym z kluczowych elementów rosyjskiej praktyki bojowej. W efekcie tych działań drony przestały być jedynie taktycznym dodatkiem – stały się jednym z filarów sposobu prowadzenia działań.

Jednocześnie rozwój bezzałogowców wymusił inwestycje w walkę radioelektroniczną (WRE). W pierwszych miesiącach wojny rosja nie wykorzystała w pełni potencjału swoich zdolności w tym obszarze. Systemy zakłócające działały nierównomiernie, często lokalnie, bez trwałej przewagi w spektrum elektromagnetycznym. Ale rosja zaczęła konsekwentnie budować lokalne „bańki zakłóceniowe” – obszary, w których skutecznie utrudniano działanie dronów, łączności radiowej i systemów nawigacji satelitarnej. Nie oznacza to pełnej dominacji w spektrum, lecz zdolność do okresowego i sektorowego paraliżowania przeciwnika.

WRE stała się też narzędziem obrony przed amunicją precyzyjną. Zakłócanie sygnałów GNSS, wymuszanie zmiany częstotliwości, skracanie czasu emisji – to elementy adaptacji, które podnoszą próg trudności dla przeciwnika korzystającego z zachodnich systemów uzbrojenia. Co istotne, rosja zaczęła ściślej integrować środki WRE z linią frontu, a nie traktować ich jako odrębnego komponentu działającego w tle. To adaptacja o znaczeniu strategicznym. W potencjalnym konflikcie na wschodniej flance NATO przewaga w spektrum elektromagnetycznym może przesądzić o skuteczności systemów rozpoznania, artylerii dalekiego zasięgu czy obrony przeciwlotniczej. rosja nie stworzyła systemu nie do przełamania, ale wyraźnie podniosła poprzeczkę.

Pragmatyzm zamiast ideologii

Jednym z najbardziej wymownych przykładów rosyjskiej adaptacji jest podejście do technologii przeciwnika. Na początku wojny system łączności satelitarnej Starlink stał się jednym z filarów ukraińskiej odporności – zapewniał stabilną komunikację wojskową i cywilną, umożliwiał koordynację działań w warunkach intensywnego zakłócania infrastruktury naziemnej. Wydawało się, że jest to przewaga jednostronna, aż pojawiły się udokumentowane przypadki wykorzystywania terminali Starlink również przez stronę rosyjską. rosjanie zdobywali je przez pośredników, np. współpracujących z nimi Ukraińców, czasem kupowali sprzęt na rynkach wtórnych. Nie był to efekt formalnej współpracy, lecz szarej strefy handlu i braku pełnej kontroli nad globalną dystrybucją terminali.

Bo adaptacja nie zawsze oznacza innowację. Czasem ma postać wykorzystania luk w systemie przeciwnika – regulacyjnych, logistycznych czy rynkowych. W warunkach wojny długotrwałej elastyczność i brak skrupułów w pozyskiwaniu technologii mogą przynieść wymierne efekty operacyjne. Ale o Starlinkach warto wspomnieć także z innego powodu – rosja nie próbowała w krótkim czasie stworzyć pełnego odpowiednika systemu, lecz sięgnęła po dostępne rozwiązanie, nawet jeśli było ono symbolem wsparcia Zachodu dla Ukrainy. Ideologia ustąpiła miejsca użyteczności.

Ten sam pragmatyczny mechanizm widać na poziomie strategicznym. Państwo, które budowało wizerunek samowystarczalnego mocarstwa, zaczęło uzupełniać braki dzięki wsparciu partnerów zewnętrznych. Gdy sankcje oraz tempo zużycia amunicji zweryfikowały pierwotne założenia co do własnych możliwości, pragmatyzm znów okazał się ważniejszy niż prestiż. Szczególnym przypadkiem stała się współpraca z Koreą Północną, która dostarczyła rosji znaczące ilości amunicji artyleryjskiej. Dla Moskwy oznaczało to możliwość podtrzymania intensywności ognia w kluczowych momentach działań ofensywnych i defensywnych; dla Pjongjangu dostęp do wybranych technologii wojskowych i polityczne wzmocnienie relacji z mocarstwem. Równolegle rosja pogłębiła współpracę z Iranem, zwłaszcza w obszarze bezzałogowców uderzeniowych i technologii rakietowych. Komponenty elektroniczne i podzespoły trafiały do rosyjskiego przemysłu również przez pośredników powiązanych z rynkiem chińskim, choć bez formalnego zaangażowania Pekinu w konflikt.

W rezultacie rosja odeszła od modelu „oblężonej twierdzy” na rzecz funkcjonowania w nieformalnej sieci państw i podmiotów gotowych współpracować w zamian za surowce, technologie lub wsparcie polityczne. Sankcje nie zostały unieważnione, lecz częściowo zneutralizowane. Z perspektywy NATO oznacza to konieczność patrzenia na rosję nie jako na państwo izolowane, lecz jako na element szerszego ekosystemu współpracy wojskowo-technicznej, funkcjonującego poza Zachodem. Potencjalny konflikt na wschodniej flance nie byłby więc starciem z przeciwnikiem opartym wyłącznie na własnym przemyśle, lecz z państwem zdolnym do uzupełniania braków dzięki zewnętrznym partnerom. To zmienia rachunek czasu i kosztów, zwłaszcza w perspektywie dłuższej konfrontacji.

W pierwszych miesiącach wojny wielu analityków zakładało, że rosja nie będzie w stanie utrzymać wysokiej intensywności działań zbrojnych przez dłuższy czas. Te prognozy okazały się niepełne, o czym piszę w dalszej części artykułu, który opublikowałem w miesięczniku „Polska Zbrojna”. Marcowy magazyn wciąż znajduje się w sprzedaży, nabyć można również e-wersję – znajdziecie ją pod tym linkiem. A w środku także trzy inne moje teksty – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

1418

11 stycznia minął 1418. dzień rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej” przeciwko Ukrainie. Dokładnie tyle samo trwała wielka wojna ojczyźniana – mit założycielski współczesnej rosyjskiej tożsamości politycznej, fundament narracji o wyjątkowej roli rosji w historii XX wieku i główne źródło legitymacji imperialnych ambicji Kremla. rosyjska propaganda od lat buduje analogię między oboma konfliktami. Ich porównanie ma wzmocnić przekaz o dziejowej misji, o walce dobra ze złem i o konieczności poświęceń. Ale dziś stało się pułapką, bolesnym ciosem w prestiż federacji.

No bo co zrobiła armia rosyjska w czasie, w którym armia czerwona podbiła pół Europy? Ano nie zdołała zrealizować żadnego z deklarowanych celów strategicznych. Nie zniszczyła ukraińskiej państwowości, nie złamała oporu społeczeństwa, rosja nie narzuciła Kijowowi swojej woli politycznej. Co więcej, nawet na poziomie czysto militarnym rosyjskie postępy okazały się ograniczone i nietrwałe.

W pierwszych tygodniach inwazji rosja zajęła znaczne obszary Ukrainy, jednak kolejne miesiące przyniosły serię odwrotów i kontruderzeń sił ukraińskich. Dziś kontrola terytorium, którą Moskwa przedstawia jako „historyczne zdobycze”, w istocie sprowadza się do części Donbasu oraz pasa ziem na południu kraju. W dodatku linia frontu od dawna nie przypomina dynamicznego teatru działań znanego z II wojny światowej, lecz raczej wyczerpującą wojnę pozycyjną, w której każdy kilometr zdobywa się kosztem setek ludzi i ogromnych zasobów. Także tu analogia do wielkiej wojny ojczyźnianej zaczyna obracać się przeciwko swoim autorom. Wielkie straty armii czerwonej dało się usprawiedliwić ogromnymi zdobyczami, „przemiału” rosyjskiej armii już nie sposób.

—–

Jednym z kluczowych elementów tej porażki jest struktura ludzka armii. Pisałem o tym szczegółowiej w tekście sprzed kilku dni, dziś tylko wspomnę ów wątek dla klarowności wywodu. Związek Radziecki prowadził wojnę totalną, opartą na potencjale całego imperium. Armia czerwona była formacją wielonarodową, w której rosjanie stanowili rdzeń, ale ogromną rolę odgrywali przedstawiciele innych republik. Wśród nich szczególne miejsce zajmowali Ukraińcy. Historyczne dane wskazują, że w latach 1941–1945 zmobilizowano ich 6-7 milionów, co czyniło z nich jedną z największych grup narodowych w sowieckich siłach zbrojnych. W świadomości wojskowej funkcjonowali jako żołnierze solidni, odporni psychicznie i dobrze przystosowani do realiów frontowych. Ukraińcy stanowili znaczną część kadry liniowej, technicznej i podoficerskiej. Współczesna rosja została tego zasobu całkowicie pozbawiona. Co więcej, dawni „najlepsi żołnierze imperium” – uchodzący za takich jeszcze w czasach carskich – walczą dziś po drugiej stronie frontu.

Drugim systemowym problemem jest sposób dowodzenia. W czasie II wojny światowej armia czerwona była strukturą skrajnie scentralizowaną i brutalną, lecz mimo to zdolną do uczenia się w warunkach wojny. Katastrofalne błędy z 1941 roku kosztowały ją miliony ofiar, ale w kolejnych latach doprowadziły do realnych korekt w planowaniu, organizacji i prowadzeniu działań bojowych. Współczesna armia rosyjska funkcjonuje w odmiennym, znacznie mniej elastycznym modelu. Strach przed odpowiedzialnością paraliżuje inicjatywę dowódców na wszystkich szczeblach, a przekazywanie w górę informacji o problemach bywa traktowane jako przejaw nielojalności wobec przełożonych i władzy politycznej. W efekcie propaganda zastępuje rzetelną analizę sytuacji, a kryterium politycznej lojalności wypiera kompetencje wojskowe. System, który nie dopuszcza krytycznej oceny własnych działań, traci zdolność do adaptacji – a w warunkach długotrwałej wojny oznacza to narastanie tych samych błędów zamiast ich korygowanie.

—–

Trzecim czynnikiem jest korupcja, która z patologicznym uporem przeniknęła wszystkie szczeble rosyjskich sił zbrojnych. Wojna obnażyła skalę fikcyjnych kontraktów, niedoborów sprzętu i zapasów istniejących jedynie w dokumentach. W wielu jednostkach stan etatowy, ilość uzbrojenia czy poziom zaopatrzenia funkcjonowały poprawnie wyłącznie na papierze, podczas gdy na froncie brakowało podstawowych środków walki i ochrony. Zjawisko to ma charakter systemowy, ponieważ korupcja nie jest w rosji patologią wymagającą usunięcia, lecz elementem mechanizmu lojalności i kontroli, tolerowanym tak długo, jak długo nie zagraża bezpośrednio władzy politycznej.

Dla porównania, armia czerwona funkcjonowała w realiach skrajnie represyjnego państwa, w którym nadużycia i niekompetencja w warunkach wojennych często kończyły się odpowiedzialnością karną, a nawet fizyczną eliminacją. System stalinowski był brutalny i bezwzględny, ale działał i wymuszał realne dostarczanie sprzętu, amunicji i zapasów na front. Dziś jest inaczej, a korupcja nie tylko osłabia zdolności logistyczne i techniczne armii, ale także podkopuje morale żołnierzy, którzy na froncie konfrontują propagandowy obraz potęgi z rzeczywistością niedoboru i improwizacji.

—–

I na koniec jeszcze jeden element: skala i jakość zewnętrznego wsparcia. Związek Radziecki, mimo że w propagandzie przedstawiał zwycięstwo jako wyłącznie własny triumf, korzystał z ogromnej pomocy sojuszników. Program Lend-Lease dostarczył ZSRR setki tysięcy pojazdów, lokomotyw, wagony kolejowe, samoloty, środki łączności, paliwo lotnicze, a nawet żywność, bez której armia czerwona nie byłaby w stanie prowadzić operacji na taką skalę. Była to pomoc systemowa, długofalowa i oparta na potędze przemysłowej Stanów Zjednoczonych, działających w ramach szerokiej koalicji antyhitlerowskiej.

Dzisiejsza rosja znajduje się w sytuacji diametralnie odmiennej. Jej zaplecze międzynarodowe ogranicza się do relacji z państwami takimi jak Chiny, Iran czy Korea Północna. Owszem, Moskwa otrzymuje od nich drony, amunicję czy komponenty podwójnego zastosowania, lecz jest to wsparcie fragmentaryczne, obciążone politycznymi warunkami i dalece niewystarczające, by zrównoważyć presję sankcyjną i skalę zużycia sprzętu na froncie. Chiny unikają otwartego zaangażowania militarnego, Iran działa w granicach własnych ograniczeń produkcyjnych, a Korea Północna dysponuje zasobami, które bardziej pasują do wojny XX niż XXI wieku. W przeciwieństwie do ZSRR, rosja nie ma dziś za sobą koalicji zdolnej zasilać ją przemysłowo w sposób ciągły i masowy. Jest słaba także sojuszami, co unaocznia, jak daleko współczesna federacja rosyjska odeszła od realnej potęgi, którą próbuje symbolicznie dziedziczyć. W 1945 roku Związek Radziecki wychodził z wojny jako jedno z dwóch globalnych supermocarstw. W 2026 roku rosja, po identycznym czasie walk, pozostaje państwem uwikłanym w konflikt, którego nie potrafi zakończyć ani wygrać, a którego sens coraz trudniej wytłumaczyć własnemu społeczeństwu.

PS. Nie, żebym wierzył w jakąś rosyjską zdolność do samorefleksji, spodziewał się społecznego głośno wyartykułowanego „sprawdzam!”; zapewne putin nie ma się czego obawiać, przynajmniej na razie. Bardziej prawdopodobne, że rosjanie przełkną kolejne symboliczne upokorzenie, a propaganda im „wyjaśni” umowność tych 1418 dni. Bez bicia się w pierś i szukania rzeczywistych powodów rosyjskich niepowodzeń…

Ten tekst – bez nawiązań do poprzedniego materiału i w wersji bardziej rozbudowanej – opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Teraz”

Wczoraj media obiegła wypowiedź putina, który stwierdził, że jego kraj nie chce wojny z europejskimi państwami, ale jeśli Europa jej pragnie, to rosja jest gotowa już teraz walczyć. Dokładnie tak powiedział: gotowa już teraz. Ile w tym prawdy, a ile blefu?

putin grozi – tu nie należy mieć złudzeń. On nie mówi o rosyjskiej gotowości do obrony, ale o ataku, wyprowadzonym na przykład pod pretekstem działań wyprzedzających. To typowa śpiewka ruSSkiego szantażysty, który groźbami usiłuje zdobyć atencje i posłuch u innych.

Ale czy roSSja do takiego ataku, teraz, jest zdolna? I tak, i nie.

Dlaczego nie? Bo armia rosyjska – jakkolwiek dobrze adaptuje się do warunków wojny w Ukrainie – nie przetrwałaby konfliktu z NATO, nawet jeśli zredukujemy Sojusz wyłącznie do europejskich członków. Przewaga technologiczna jest po stronie Zachodu – to temat na rozległy esej; jak wrócę do zdrowotnej formy, mogę się podjąć jego napisania. Na teraz dość stwierdzić, że już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa. W Moskwie o tym wiedzą.

Zawieszenie broni w wojnie z Ukrainą niewiele tu zmieni. Owszem, zluzuje kilkaset tysięcy ludzi, ale będą oni dramatycznie niedoposażeni. Konflikt na Wschodzie wydrenował roSSję nie tylko z bieżących zasobów sprzętu ciężkiego, ale doprowadził do sytuacji, która jeszcze kilka lat temu wydawała się niemożliwa – ruSSkie przepaliły niemal całą sprzętową „rentę po ZSRR”. A przemysł, mimo wojennej mobilizacji, okazał się niewydolny. Wojenne modernizacje i modyfikacje poszczególnych typów uzbrojenia – niektóre bardzo udane – nie zmienią faktu, że w wielu podstawowych kategoriach rosjanom brakuje broni. Ich najlepsze dywizje mają dziś 30-40 proc. przewidzianych etatem czołgów czy transporterów, braki w artylerii są jeszcze większe, a interwencyjne dostawy od Kima to co najwyżej łatanie największych dziur.

Jeśli Kreml chce po wojnie utrzymać półtoramilionową armię, nawet przy najbardziej sprzyjających wiatrach przyzwoite „usprzętowanie” tej masy zajmie kilkanaście lat. To, co mógłby wystawić dziś, rozgnietlibyśmy jak purchawkę. O tym też w Moskwie wiedzą.

Tak jak wiedzą, że Europa – jakkolwiek można mieć zastrzeżenia do dynamiki tego procesu (ja mam…) – nie stoi z założonymi rękoma i podejmuje trud remilitaryzacji. A możliwości finansowe i techniczne ma znacznie większe niż roSSja.

Więc owo „teraz” to takie putinowskie „pierdololo”, podobnie zresztą jak „jutro” czy „pojutrze”. Chyba że roSSjanie opracują jakiś rewolucyjny system broni, który w try miga obezwładni zachodnią technologię. Opracują lub – co byłoby bardziej prawdopodobne – ukradną, jak niegdyś zawinęli tajemnice broni jądrowej. Szczerze mówiąc, nie bardzo widzę tu pole do popisów, wszak przełomów na miarę „atomu” nie należy się spodziewać.

Ale właśnie „atomu”; fakt, iż Moskwa dysponuje bronią jądrową, daje jej spory margines bezkarności. Obrazowo rzecz ujmując, moskale mogę pójść nabroić, a jak dostaną po gębie, zwieją do domu, przekonani, że nikt im na chatę nie wjedzie, bo przecież mają głowice. I nawet jeśli tylko dziesięć procent z nich nadaje się do wystrzelenia – to wystarczy, by „narobić bydła”. Ta atomowa polisa, w połączeniu z wysokim progiem bólu – rozumianym jako nieakceptowalna u nas pogarda dla ludzkiego życia – podbijają ryzyko agresywnych działań roSSji w najbliższej przyszłości. Oni naprawdę mogą coś odwalić, zgodnie z bandycką logiką „ryj nie szklanka, a nuż się uda?”.

Ale właśnie – co „się uda”? Bo przecież nie frontalny atak na całą Europę; nie dla psa kiełbasa, nawet jeśli ten jest wściekły i nie zważa na kije. Więc zadajmy pytanie inaczej – co mogłoby się moskalom udać?

Nim odpowiem, przytoczę analogię, którą już kiedyś się posłużyłem. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący słabszych i mniejszych kolegów z klasy (która w tej opowieści jest tożsama z Europą; Ameryki tu nie ma). Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; tak wiem, to słabość analogii…). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – ba, lubi to, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami. Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

Co z takim gagatkiem mogą zrobić dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią? Niektórzy nawet potrafią się bić i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

Ano, w kupie siła, zwłaszcza że w tej grupie są też posiadacze „klamek”. A więc żadnych pojedynków jeden na jednego, bo w takim zestawieniu łobuz jest w stanie wygrać – nie tylko „teraz”, ale też „jutro” czy „pojutrze”. Zwłaszcza z maluchami, do walki z którymi nie musi się jakoś specjalnie przygotowywać.

Gdy putin mówi o wojnie z Europą, tak naprawdę ma na myśli europejskie „maluchy” – Litwę, Łotwę, Estonię. Samodzielnie te kraje nie podołają nawet osłabionej rosyjskiej armii – są za małe, a tamtych jest za dużo. Je rzeczywiście można pokonać „teraz”. Pod warunkiem, że nie zleci się „cała klasa” – i o tym też w Moskwie wiedzą. Nie znosi to ryzyka, że spróbują „wyłuskać małego” – pytanie, co reszta z tym fantem zrobi? Czy da gnojowi popalić, czy odpuści, nie chcąc się angażować w „nieswoje sprawy”?

To tu widzę największe zagrożenie dla przyszłości Europy. Nie brak militarnego czy finansowego potencjału jest naszą słabością, ale rozdrobnienie, które w chwili próby może się przełożyć na niezdecydowanie i brak determinacji. Tymczasem jeśli pozwolimy roSSji poszarpać naszego, to ją rozzuchwali. Pojawi się następna ofiara, i kolejna. Nim reszta oprzytomnieje, dla małych i średniaków może być za późno, a i szczęściarzom jakość życia drastycznie się pogorszy z uwagi na toksyczne sąsiedztwo.

I w Moskwie o tym wiedzą – i usilnie pracują nad tym, by rozbić naszą europejską solidarność. O czym nie raz już pisałem, i do czego pewnie nie raz jeszcze wrócę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. „Już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa”. Nz. F-35/fot. Bartek Bera.