Beneficjent

Jesienią 2015 r. wojska lądowe Sił Zbrojnych RP dysponowały trzema dywizjami (11., 12. i 16.). Osiem lat później dywizji jest sześć, z czego dwie (1. i 8.) na papierze, na początkowym etapie formowania, a jedna (18.) w trakcie budowy. Plany mamy więc ambitne, a dla lepszego zobrazowania ich skali posłużmy się danymi statystyczno-ewidencyjnymi.

W polskich realiach dywizja to około 15 tys. ludzi. Sześć dywizji to niemal 100 tys. żołnierzy, co wraz z innymi jednostkami wojsk lądowych oraz personelem pozostałych rodzajów sił zbrojnych (lotnictwa, marynarki, wojsk specjalnych i obrony terytorialnej) i komponentów specjalistycznych (oddziałów cyber-obrony i żandarmerii wojskowej) daje nam 300-tysięczną armię. O takiej liczbie żołnierzy – jako docelowej na czas pokoju – mówią zresztą politycy ustępującego obozu władzy.

Co to oznacza w wymiarze technicznym? Sześciodywizyjna struktura wiąże się z koniecznością posiadania 1,8 tys. czołgów oraz 3 tys. wozów bojowych i transporterów opancerzonych (w równych proporcjach gąsienicowych i kołowych). Oznacza również, że winniśmy mieć ponad 800 samobieżnych armato-haubic i drugie tyle wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych. Z takim arsenałem – i przy założeniu, że mówimy o sprzęcie wysokiej jakości – rzeczywiście byłaby to najsilniejsza armia lądowa w Europie. Wziąwszy pod uwagę to, czym WP dysponuje obecnie (a co trzyma odpowiednie parametry) oraz już realizowane kontrakty (czyli sprzęt, który trafi do jednostek w ciągu najbliższych pięciu lat), osiągnięcie takiego statusu wymagałoby zakupu dodatkowych ponad tysiąca czołgów i… 2,5 tys. wozów bojowych i transporterów. A do tego 500 wyrzutni i blisko 400 armato-haubic. Słowem, wydatków liczonych w setki miliardów złotych, a przecież wielkie potrzeby mają także inne rodzaje sił zbrojnych. Dość wspomnieć absolutnie niezbędne dla zabezpieczenia interesów morskich RP fregaty „Miecznik”, które realnie będą nas kosztować co najmniej 15 mld zł.

Zostawmy jednak finansową niepewność i skupmy się na kwestii zasobów ludzkich. Trzy dywizje to 45 tys. żołnierzy, co z grubsza odpowiadało liczebności wojsk lądowych w 2015 r. Tyle że w „lądówce” było wówczas jeszcze kilka samodzielnych brygad, z których każda mogła liczyć po 3-4 tys. wojskowych. „Mogła” to słowo-klucz – miażdżąca większość związków taktycznych WP (pułków, brygad, dywizji) funkcjonowała w realiach niepełnych stanów. Poziom ukompletowania liniowych jednostek wahał się w przedziale między 40 a 80 proc., część z nich była z zasady skadrowana (posiadała minimalną obsadę przewidzianą do rozwinięcia w razie mobilizacji). To w takich okolicznościach bogactwo liczby jednostek nie kolidowało ze szczupłością ich obsady. Co ma kluczowe znaczenie, gdy uświadomimy sobie, że dziś sytuacja wygląda tak samo.

Szczegółowe dane o przepływach kadrowych są niejawne, ale wystarczy prześledzić ścieżki karier oficerów średniego i wyższego szczebla 18. Dywizji Zmechanizowanej, by stało się jasne, że w istotnej mierze „posiliła się” ona ludźmi z innych jednostek. Obietnice szybszych awansów, nowe wyzwania czy choćby kalkulacja, że w dywizji będącej oczkiem w głowie władzy służba może być bardziej intratna, zrobiły swoje. Identyczny proces drenażu kadr obserwowaliśmy, gdy ruszał projekt „WOT”. W efekcie nawet w brygadach oddawanych do dyspozycji NATO/UE, posyłanych na międzynarodowe misje, istnieje sporo wakatów. Ba, kreatywna księgowość pozwala na policzenie jednego człowieka razy dwa – gdy na przykład w jednej kompanii jest na etacie strzelca, a do drugiej oddelegowano go na etat kierowcy ciężarówki.

Taki stan rzeczy skutkuje przeciążeniem obowiązkami, spadkiem morale, odejściami ze służby. W ujęciu całościowym pokazuje, jak trudnym wyzwaniem jest powiększanie armii. Presja na rekrutacyjny sukces wybranej jednostki niechybnie oznacza problemy kadrowe gdzie indziej. Obfitość ludzkiego rezerwuaru – kobiet i mężczyzn zdolnych do służby wojskowej – jest bowiem pozorna. Co z tego, że mamy w Polsce kilkanaście milionów potencjalnych żołnierzy, skoro młodzież nie garnie się w kamasze? Proces formowania 18. DZ jest zaawansowany w dwóch trzecich (przewidziano go na lata 2019-2026), a dywizja nie powstaje od zera. Przy współczesnych uwarunkowaniach demograficznych i kulturowych 200 tys. ludzi pod bronią – czyli niewiele więcej niż mamy obecnie uwzględniając WOT – to dla sił zbrojnych szklany sufit. Budowanie dwóch kolejnych dywizji – od podstaw, bez wykorzystania istniejących jednostek – wydaje się więc przedsięwzięciem nie do zrealizowania.

Pytanie, czy rzeczywiście potrzebujemy 300-tysięcznego wojska? W latach 2014-22 armia ukraińska (ZSU) liczyła zwykle ćwierć miliona żołnierzy, z których jedna piąta była stale zaangażowana w konflikt na Donbasie. Gdy nastąpiła pełnoskalowa inwazja, Kijów ogłosił mobilizację. W ciągu kilku tygodni wojsko rozrosło się do pół miliona, dziś – z uwzględnieniem formacji tyłowych – liczy sobie 700 tys. ludzi. Armia takich rozmiarów wystarczyła, by Ukraina ocaliła niepodległość, choć nie obyło się bez poważnych strat terytorialnych.

Jak to się ma do sytuacji Polski? Ano tak, że liczy się nie tyle stan liczebny wojska czasu pokoju, co jego możliwości mobilizacyjne. Zamiast fiksować się na 300-tysięcznej zawodowej armii, państwo polskie powinno położyć nacisk na budowanie rezerw – na krótkotrwałe, powtarzalne i częste ćwiczenia dla licznej populacji dorosłych Polaków. Najlepiej obu płci. Tak, by te 200 tys. zawodowców zostało w razie potrzeby wsparte przez kolejne 500-600 tys. przyzwoicie wyszkolonych rezerwistów. Można by to zrobić, traktując dwie nowopowołane dywizje nie jako jednostki liniowe, ale centra szkoleniowe. Szkieletowe obsady uzupełniałyby wówczas kolejne roczniki rekrutów. Koncept dywizji szkolnych/szkoleniowych nowy nie jest, choć w najświeższej historii wojskowości ich istnieniu zwykle towarzyszyło zaangażowanie danego państwa w otwarty konflikt zbrojny. Polska na wojnie nie jest, ale też środowisko bezpieczeństwa, w jakim funkcjonujemy, nie daje nam luksusu korzystania z dywidendy pokoju.

Otwartym pozostaje pytanie, czy wspomniane szkolenie rezerw da się efektywnie przeprowadzić bez powrotu do obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej. Moim zdaniem nie.

Przykład ukraiński mówi nam coś jeszcze. Dziś z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że gdyby ZSU w lutym 2022 r. dysponowały taką ilością zachodniego sprzętu jak latem tego roku, większość rosyjskich sukcesów nie byłaby możliwa. Weźmy himarsy – wiosną i latem 2022 r. dwadzieścia kilka wyrzutni sparaliżowało rosyjską logistykę. Jesienią 2023 r. armia ukraińska ma himarsów trzy razy więcej, a na froncie panuje pat – co pozostaje bez związku ze skutecznością tego rodzaju broni. Gdyby tylko dać Ukraińcom amunicję dalekonośną (ATACMS), która razi w dystansie do 300 km, byliby w stanie znów dokonać rzezi rosyjskiego zaplecza. Te bowiem przeniosło się na odległość 100 km od linii frontu, poza zasięg rakiet do himarsów, jakimi dysponują ZSU. Z różnych powodów, głównie politycznych, ukraińska armia takiej amunicji nie otrzymuje, ale techniczne możliwości zadania poważnego ciosu wciąż ma. Czego nie piszę w oparciu o „wydaje-mi-się”, a o konkret. ATACMS-y już w ukraińskich rękach były – ledwie 20 sztuk doprowadziło do zniszczenia kilku rosyjskich zestawów OPL oraz kilkunastu śmigłowców szturmowych. Po tym „występie” niezwykle groźne helikoptery K-52 właściwie znikły z linii frontu, a odbudowa zdolności przeciwlotniczych na południu Ukrainy odbyła się kosztem transferu zestawów S-400 z obwodu królewieckiego. I teraz wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby Ukraińcy dostali nie 20 a 200 ATACMS-ów. Dodam tylko, że bieżący zapas tej amunicji w USA szacuje się na 3 tys. sztuk. O tym wszystkim warto pamiętać w kontekście naszych zamówień – już kilkadziesiąt wyrzutni typu Himars „zrobi robotę”, jednak ważniejsze od ich liczby jest to, czy zapewnimy sobie odpowiednią ilość i asortyment amunicji. Skądinąd niezwykle kosztownej.

I na koniec jeszcze jedna uwaga: własny potencjał odstraszania to najlepszy bat na rosjan. Obok rzecz jasna odpowiednio „gęstych” relacji sojuszniczych. Relacji, które implikują nam coś, o czym często zapominamy, własną percepcję NATO sprowadzając do relacji patronackiej i założenia, że to „oni powinni nam pomóc”. A przecież „oni” to także „my” – i to na nas w podobnym stopniu spoczywa obowiązek udzielenia pomocy. Kraje nadbałtyckie są znaczenie bardziej wystawione na ryzyko rosyjskiej agresji niż Polska. Gdyby Moskwa się do niej szykowała, Sojusz musiałby wysłać na miejsce kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy i masę sprzętu ciężkiego. Część tych oddziałów byłaby z Polski, no i to nasza armia pilnowałaby północno-wschodniej granicy RP, zwłaszcza kluczowego dla powodzenia operacji obronnej odcinka polsko-litewskiego (zapewniającego lądowe połączenie z „teatrem działań”).

Innymi słowy, silną armię musimy mieć nie tylko dla siebie, jeśli chcemy pozostać beneficjentem formuły „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wyrzutnia Langusta podczas ćwiczeń Anakonda/fot. Adam Roik, DGRSZ

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach portalu Interia.pl

Debiut

Na zdjęciu nie widzicie kalarepy czy brukselki, a coś bardziej szkodliwego. To bomblet, jeden z wielu elementów głowicy kasetowej; deszcz takich kulek spadł dziś na rosyjskie lotniska wojskowe w okupowanym Ługańsku i Berdiańsku. Tym samym Ukraińcy po raz pierwszy użyli bojowo rakiet ATACMS, dostarczonych niedawno ze Stanów.

Efekty? Populacja najgroźniejszych rosyjskich śmigłowców bojowych Ka-52 znacząco się uszczupliła. Z dostępnych materiałów wynika, że zniszczono co najmniej 9 maszyn (nie tylko pięć-dwójek), choć na rosyjskich kontach jęk, że poszło z dymem kilkanaście „wiertolotów”. I wściekłość, bo ruskie, jak to ruskie, swoją taktyczną zmyślnością ułatwiły Ukraińcom robotę. „Śmiglaki” już jakiś czas temu przebazowano poza zasięg frontowej artylerii. Rozsądnie, tyle że maszyny trzymano na kupie, czyniąc je łatwym celem dla amunicji kasetowej. Co więcej, helikopterów nie rozśrodkowano na kilka mniejszych lotnisk, choć już kilka tygodni temu wiadomo było, że ATACMS-y uzupełnią arsenał ukraińskiej armii.

Warto dodać, że Ukraińcy zaatakowali nie tylko helikoptery – „bombki” spadły także na obiekty zajmowane przez personel i załogi. Zginęło kilkudziesięciu wojskowych, co w przyszłości może się okazać bardziej dotkliwą stratą niż śmigłowce.

Gwoli uczciwości dodać należy, że za klęskę niekoniecznie musi być odpowiedzialny rosyjski bardak i głupota. Zwłaszcza Berdiańsk miał silną obronę przeciwlotniczą, moskale mogli zatem sądzić, że lotnisko jest odpowiednio zabezpieczone. Srogo się na tej pewności przejechali.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Podpis”

Nie daję wiary doniesieniom, wedle których za atakiem Hamasu na Izrael stoi rosja. Że niby modus operandi i potencjalne korzyści – o czym w dalszej części wpisu – „zdradzają podpis Moskwy”. Od razu zastrzegam – moja argumentacja ma charakter logiczny (dedukcyjno-indukcyjny); nie dysponuję jakąś zakulisową wiedzą.

Ponieważ wojna w Izraelu ma dla nas znaczenie przede wszystkim w kontekście ukraińskim, warto zauważyć, że opinie tego typu kolportowane są i przez źródła (pro)rosyjskie, i (pro)ukraińskie, oczywiście, w oparciu o odmienne motywacje. W pierwszym przypadku idzie o utrzymanie mitu „rosji-demiurga”, bytu o globalnej wpływowości i sprawczości. W drugim, to element szerszej kampanii dyskredytacji federacji, jej władz i rosjan jako takich. „To nie jest cywilizowane państwo i nie są cywilizowani ludzie”, brzmi sedno przekazu. W obu przypadkach chodzi o to samo, tyle że odbiorcy są różni, różna jest też ich wrażliwość. Przedstawienie rosji jako „zła tego świata” przynosi negatywne emocje u człowieka Zachodu, rosjanom może schlebiać, wszak „najważniejsze, że się nas boją”. Ot, kolejny paradoks wojny informacyjnej, propagandowej.

Doniesienia o „podpisie Moskwy” zakorzenione są w tym samym schemacie myślowym, co mit o „drugiej armii świata”. I tak jak sama kampania wojenna ujawniła potiomkinowski charakter moskiewskiego wojska, tak fatalne rozpoznanie Ukrainy i jej możliwości obnażyło realne zdolności rosyjskich służb specjalnych. Stwierdzić, że skrewiły robotę na „łatwym terenie”, to jakby nic nie mówić. Zakładać, że aparat wywiadowczy takiej jakości zdolny jest do zrealizowania spektakularnej akcji w zupełnie obcym środowisku, to czysta naiwność. Zwłaszcza że przesłanki mówiące o udziale Moskwy są raczej liche.

Hamas – wzorem rosyjskich „specjalsów” – użył paralotni, strzela z rosyjskiej broni typowej dla oddziałów specjalnych GRU, wykorzystuje drony z podwieszonymi ładunkami (co jest nieodłącznym elementem zmagań w Ukrainie) i ujawnił, że dysponuje wyspecjalizowanymi grupami hakerów, być może przeszkolonych w rosji. Czyżby? Paralotnie pojawiły się w arsenale terrorystów wiele lat temu, gdy Izrael zaczął wznosić mur graniczny. Rosyjską broń można kupić od pośredników i producentów na całym świecie. Wojna w Ukrainie to poligon doświadczalny nie tylko dla regularnych armii, ale i grup terrorystycznych. One również się uczą i sięgają po nowe patenty (ten dronowy jest skądinąd pierwotnie ukraiński). A hakerzy? Owszem, rosja ma w tym zakresie spore zdolności (choć ukraiński konflikt dowiódł, że i one są przereklamowane), ale ma je też Iran.

Iran, którego roli na Bliskim Wschodzie wielu obserwatorów zwyczajnie nie docenia. Uważając „kraj ajatollahów” za gospodarczy i militarny skansen – co w dużej mierze zgodne jest z prawdą, ale nijak ma się do możliwości Teheranu w zakresie „mieszania” w regionie. „Mieszania” dla uzyskania pozycji lidera świata muzułmańskiego i dla realizacji pomocnej w tym zakresie misji zniszczenia Izraela, będącej elementem ideologii państwowej Iranu. Hamas zaś to irańskie „długie ramię” na obszarze dawnej Palestyny, de facto część jego sił specjalnych. Czy naprawdę trzeba szukać kolejnych podmiotów, by móc wyjaśnić dynamikę ostatnich zdarzeń z Izraela i Strefy Gazy?

Oczywiście, Teheran i Moskwa są dziś w sojuszu, co z pewnością przekłada się na wymianę różnych usług. Na przykład wywiadowczych – a rosja, za sprawą żydowsko-rosyjskiej emigracji ma w Izraelu sporą siatkę agenturalną. Ale Iranowi niepotrzebna jest inspiracja Kremla, by atakować Izrael. Nie potrzebuje też zasobów rosji – zarówno jeśli idzie o sprzęt, jak i know-how.

Faktem za to jest, że rosja usiłuje bliskowschodni konflikt wykorzystać, przede wszystkim w kontekście ukraińskim. Mocno do roboty wziął się moskiewski aparat propagandowy. Niektóre przekazy są „subtelne” – jako przykład niech posłuży próba relatywizacji rosyjskich zbrodni w Ukrainie. Obrazki z bombardowania Gazy mają być dowodem humanitaryzmu rosjan, którzy aż tak brutalni nie są. Coś jak w popularnym dowcipie o Stalinie, który tylko niegrzeczne dziecko skrzyczał, a przecież mógł zabić. Inna sprawa, że na poziomie faktów to kompletny idiotyzm – izraelska armia regularnie apeluje o opuszczanie potencjalnych celów i ułatwia tworzenie korytarzy humanitarnych, zaś spektakularność wybuchów często jest efektem wtórnych eksplozji, gdyż porażone obiekty pełną podwójną funkcję, mieszkalną i magazynową (Hamas lokuje arsenały w cywilnych domach). Jak podczas oblężeń zachowują się rosjanie, widzieliśmy w Mariupolu, Siewierodoniecku czy Bachmucie. Jak „selektywne” są ich ostrzały artyleryjskie, może zaświadczyć los charkowskiej Saltówki. I jakoś niespecjalnie widzę różnicę między mordercami z Buczy, a hamasowskimi oprawcami, ucinającymi głowy dzieciom w kibucu Kfar Aza.

Jednak sednem (pro)rosyjskiej narracji jest co innego. W odniesieniu do zachodniego odbiorcy, przekonanie go, że nie da się pomagać jednocześnie Izraelowi i Ukrainie. Zwłaszcza że ta ostatnia jest „niewdzięczna”, bo część przekazanej broni opchnęła na czarnym rynku – i teraz tego sprzętu używają hamasowcy. Dowodów nie ma, ale ich brak nigdy nie stanowił dla rosjan problemu. Kreml ma świadomość, że zachodnie rządy muszą się liczyć z opiniami wyborców, taki przekaz jest więc próbą pośredniego sterowania polityką zagraniczną sojuszników Ukrainy. Przekaz o niemożności jednoczesnej pomocy nakierowany jest również na Ukraińców – ma w nich zrodzić poczucie osamotnienia i bezsensu stawianego oporu, skoro „lada moment zostaniemy sami”.

Nie chcę przesądzać, czy te działania osiągną pożądany przez rosjan skutek. Jestem jednak pewien, że realnie żadnego porzucania Ukrainy nie będzie. Że niezależnie od skali konfliktu na Bliskim Wschodzie, nie stanowi on zagrożenia dla dalszego wspierania Kijowa. Kto sądzi inaczej, nie docenia potęgi finansowej Stanów Zjednoczonych, dla których ukraińskie transfery to ledwie ułamek możliwości. I oczywiście, owo wsparcie jest w USA przedmiotem sporu politycznego między władzami a opozycją, do tego stopnia, że w najbliższych tygodniach nie należy się spodziewać delegowania nowych środków. Ale z bieżącej puli zostało Bidenowi jeszcze 5 mld dol., co przy dotychczasowej skali pomocy oznacza niemal dwa miesiące finansowania dostaw broni i amunicji. Niezależnie od politycznych napięć między demokratami a republikanami, trwają też prace legislacyjne nad zapewnieniem finansowego wsparcia dla wysiłków wojennych Ukrainy na lata 2024-25. Mowa tu o funduszach wielkości od 50 do 100 mld dol.

Kto przewiduje porzucenie Ukrainy za sprawą konfliktu izraelsko-palestyńskiego (irańskiego!), ten nie docenia determinacji politycznej amerykańskiej administracji i szerzej, politycznego establishmentu obejmującego oba konkurencyjne ugrupowania. USA nie zdefiniowały jasno swoich celów wobec rosji, ale wobec Ukrainy owszem. Nasz wschodni sąsiad ma nie tylko zachować niepodległość, ale i terytorialną integralność – to jeden z kluczowych elementów waszyngtońskiej polityki zagranicznej, obecnie niedyskutowalny.

Ktoś, kto ma wspomniane przewidywania, przede wszystkim nie docenia potęgi amerykańskiej armii i przemysłu zbrojeniowego. Nie docenia też możliwości, jakimi w tym zakresie dysponuje Izrael. Jerozolima już otrzymała pierwszą partię amerykańskiej pomocy – najprawdopodobniej spory zapas pocisków Tamir do Żelaznej Kopuły. Ale w przypadku IDF – w odróżnieniu do ZSU – nie ma potrzeby budowania zdolności od podstaw – to armia od zawsze zachodnia, wybornie wyszkolona i wyposażona. Materiałowo dobrze przygotowana do wojny nie tylko z Hamasem czy Hezbollahem, ale całym muzułmańskim sąsiedztwem.  Efektywność wykorzystania pomocy będzie zatem od razu wysoka, zwłaszcza że po drugiej stronie nie stoi regularne wojsko (jak ma to miejsce w Ukrainie). Innymi słowy, „szybciej i więcej za mniej”.

Żydom, poza Tamirami, może zabraknąć lotniczych bomb (nie tyle samych ładunków, co oprzyrządowania czyniącego je „inteligentnymi”). I antyrakiety i amunicja lotnicza nie są przedmiotem pomocy USA dla Ukrainy, nie ma zatem mowy o konkurowaniu o zapasy. No i nie zapominajmy, jaki jest charakter sojuszu amerykańsko-izraelskiego – Waszyngton gwarantuje Jerozolimie bezpośrednie wojskowe wsparcie w razie poważnego zagrożenia dla integralności żydowskiego państwa. W tej chwili do wschodniej części śródziemnomorskiego akwenu płynie amerykańska grupa lotniskowcowa, Biały Dom rozważa posłanie kolejnej. A każdy taki zespół – tylko z tym, co „pod ręką”, na pokładach i pod nim – ma możliwości uderzeniowe średniej wielkości państwa.

Oczywiście, w razie poważnej eskalacji – jeśli Żydzi wejdą do Gazy i uwikłają się w ciężkie walki, a jednocześnie dojdzie do ataku na ich granice – zapasy zaczną topnieć i trzeba je będzie uzupełniać nie tylko selektywnie, ale o cały asortyment środków bojowych. W najbardziej skrajnym przypadku, zakładającym bezpośredni udział USA w wojnie (mało prawdopodobny), owe środki będą zużywać także Amerykanie. Dla „trzeciego” może więc zabraknąć, ale…

Ale to wcale nie jest zła wiadomość dla Ukraińców. Waszyngton miesiącami wahał się w sprawie amunicji kasetowej dla Kijowa. Zmiękł, gdy okazało się, że rosjanie wzmogli presję na północno-wschodnim odcinku frontu, usiłując odciągnąć Ukraińców od Zaporoża. Poprawienie efektywności ukraińskiej artylerii, która zaczęła strzelać „kaseciakami”, zatrzymało rosjan (znajomy ukraiński wojskowy mówił mi wówczas, że moskale znów przestali zbierać ciała zabitych, bo kompletnych zwłok znacząco ubyło na rzecz resztek nadających się co najwyżej do „pakowania do wiadra”). Z perspektywy władz USA zgoda na transfer amunicji kasetowej oznaczała poważny akt polityczny, ale w wymiarze czysto wojskowym i księgowym do żadnej rewolucji nie doszło. A Waszyngton ma wciąż rozległe możliwości, by stosunkowo niewielkim kosztem poprawić efektywność – rozumianą jako skuteczność na polu bitwy – pomocy wojskowej dla Ukrainy.

Weźmy przykład ATACMS-ów – Biden zgodził się kilkanaście dni temu na wysyłkę niewielkiej liczby pocisków. Ich użycie w skali kilkudziesięciu sztuk napsuje rosjanom krwi, ale sytuacji na froncie nie zmieni. Co innego, gdyby Ukraińcy mieli możliwość wystrzelenia w najbliższym czasie kilkuset ATACMS-ów – wtedy realny jest paraliż rosyjskiej logistyki. Kalkulacja „więcej za niewiele więcej” nie jest oczywistym wyborem. Ale w sytuacji niedoborów jakiegoś rodzaju broni czy amunicji, zapewne znów pojawi się jako atrakcyjna alternatywa. A w Waszyngtonie potrafią liczyć.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Przykład rosyjskiego „humanitaryzmu” – ostrzelany szpital w miejscowości Lipce. Zajęty następnie przez wojsko, które wyrzuciło pacjentów…/fot. Marcin Ogdowski

Dziedzictwo

Wieczorem 11 września 2001 roku zadzwoniłem do Richarda Pipesa i przeprowadziłem z nim wywiad o tym, co działo się u niego za oknem (profesor mieszkał w New Jersey) i jakie będą tego skutki. Rozmowa toczyła się „na gorąco”, nie wszystkie komentarze byłego doradcy Ronalda Reagana okazały się później trafne, ale w jednym profesor się nie pomylił. „Będzie miał pan o czym pisać przez najbliższe lata”, rzekł w pewnym momencie.

I owszem, wyrosłem na temacie zapoczątkowanym wydarzeniami sprzed 22 lat. Ich skutki – przede wszystkim wojna w Afganistanie i konflikt w Iraku – były moim zawodowym „paliwem”. Nie wiem, jak potoczyłaby się moja kariera, gdyby nie Osama bin Laden czy Muhammad Atta. Rozmawiałem o tym kiedyś z żoną – przypomniała mi, że dwa lata przed 11 września, w ankiecie dla przyszłych absolwentów toruńskiej socjologii, zapytany o to, jaki zawód chciałbym wykonywać, napisałem: „korespondent wojenny”. „Nie byłoby tych, byłby inne wojny”, podsumowała małżonka. I pewnie miała rację. Niezależnie od masy zła, które po drodze się wydarzyło, w takim dniu jak dziś towarzyszy mi refleksja, że postąpiłbym tak samo – że znów wszedłbym w temat wojny z terrorem, z czasem angażując się w wojenną reporterkę uprawianą w innych częściach świata. Bo mimo sporych kosztów, ta część mojego życia daje mi powody do satysfakcji.

Lecz to mocno subiektywna perspektywa. Gdy spojrzymy szerzej, widzimy negatywne skutki działań zainicjowanych zamachem na WTC. Bezmiar okrucieństwa, destabilizację, zwycięstwo złych gości nad tymi dobrymi. „Droga do piekła brukowana jest dobrymi chęciami” – w wymiarze geopolitycznym i humanitarnym nic na przestrzeni ostatnich dekad lepiej nie ilustruje tego powiedzenia. Dzisiejszy Afganistan nie jest lepszym miejscem do życia niż w 2001 roku, Irak zszedł na samo dno piekła, by obecnie cieszyć się rachityczną stabilizacją. Ba, rejterada USA z Afganistanu – przed dwoma laty oglądana na żywo przez cały świat – rozzuchwaliła władimira putina. Obecnie wiemy już, że ucieczka z Kabulu uznana została przez rosjan za dowód słabości Stanów Zjednoczonych i ich niechęć do angażowania się w konflikty „na drugim końcu świata”. Zarazem – kalkulowano w Moskwie – podważyła wiarygodność Waszyngtonu jako sojusznika, co w oczach Ukraińców mogło mieć wielkie znaczenie. „Osamotnieni, przekonani, że Amerykanie im nie pomogą, pewnie szybko się poddadzą. Atakujmy, jest dobra okazja!”, uznał więc „geniusz geopolityki” z Kremla i pchnął swoich bandziorów do Ukrainy. Jego kalkulacje okazały się błędne, lecz fakt, że ich dokonał – że miał ku temu pretekst – jest kolejnym niechcianym dziedzictwem 11 września.

—–

Ale wróćmy do teraźniejszości, w której putin widział siebie jako współwładcę świata; taki status miało mu dać ujarzmienie Ukrainy. Wyszło jak wyszło, w efekcie moskiewski satrapa musi się kryć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Kilka dni temu brazylijski prezydent stwierdził, że putin może przyjeżdżać na kolejny szczyt G-20, że włos mu z głowy nie spadnie, choć Brazylia uznaje jurysdykcję MTK. Dziś Lula de Silva wycofał się z tych słów, stwierdzając, że „nie wie” czy brazylijski wymiar sprawiedliwości nie zechce jednak oskarżonego o zbrodnie wojenne rosjanina zatrzymać. Więc putler nigdzie nie pojedzie, możemy być tego pewni, wszak nie raz już, w podobnych sytuacjach, wysyłał w zastępstwie ławrowa. Wróć, pojedzie, na daleki wschód rosji, do Władywostoku, gdzie spotka się z Kim Dzong Unem. Ponoć pociąg pancerny Kima już wyruszył w drogę, a dwaj najwięksi pariasi światowej polityki mają się spotkać 13 września. Ten rosyjski będzie żebrał u tego koreańskiego o amunicję.

—–

A skoro o amunicji mowa – znów pojawiły się medialne spekulacje o przekazaniu Ukrainie ATACMS-ów, precyzyjnych pocisków rakietowych o zasięgu 300 km, wystrzeliwanych z himarsów. „To już za chwilę, w kolejny pakiecie z USA”, przekonują dobrze poinformowani. Uwierzę jak zobaczę, tyle razy już rozbudzono moją nadzieję. Wiem, że na ostatnim szczycie NATO w Wilnie prezydent Zełenski otrzymał ze Stanów informację o „rychłym” transferze tej broni, do dziś jednak nic z tego nie wyszło. Opór części administracji i wojska jest bowiem zbyt duży. Czyżby skruszał?

Wizja ATACMS-ów w Ukrainie nie przypadła do gustu samemu prezydentowi Joe Bidenowi. Jednocześnie jego wola dalszej pomocy Kijowowi pozostaje niezachwiana – prezydent wnioskuje o kolejne fundusze, by móc finansować następne pakiety. Pieniądze się znajdą, choć odbywa się to z większym trudem niż kilka miesięcy temu. Istotny jest – zwłaszcza w perspektywie nadchodzących wyborów – klimat społeczny, tymczasem Amerykanie powoli, ale systematycznie tracą serce dla idei tak rozległego jak dotąd wsparcia Ukrainy. I być może z tego powodu pojawia się/pojawi zielone światło dla ATACMS-ów. Rakiety są drogie, a zarazem piekielnie skuteczne, co w relacji do kosztów daje wysoką efektywność. Z praktycznego punktu widzenia, pojawienie się ATACMS-ów na południu Ukrainy wykończy ledwie zipiącą rosyjską logistykę. Bez której oddziały okupacyjne na Zaporożu nie będą w stanie prowadzić operacji obronnej, co dla Ukraińców oznaczałoby co najmniej rozerwanie rosyjskiego korytarza i fizyczną izolację Krymu wraz z tamtejszym garnizonem. Słowem, wielki krok ku końcowi wojny. Tyle dywagacji, czekamy na konkrety.

—–

Na pewno konkretem nie są inne doniesienia, dotyczące „Black Sea Security Act” (BSSA), dokumentu procedowanego obecnie w Waszyngtonie. Naiwnością jest oczekiwanie, że jego przyjęcie oznacza automatyczną wysyłkę amerykańskiej floty na Morze Czarne. Co do zasady, VI Flota US Navy (operująca z Morza Śródziemnego, a więc mająca najbliżej), bez większego wysiłku zagoniłaby rosyjską flotę czarnomorską do baz (albo posłała na dno), tyle że taki musiałby być cel jej przebywania na akwenie. Istotą „Black Sea Security Act” jest obrona członków NATO przed rosyjskim zagrożeniem – w tym przypadku byłaby to projekcja siły w wykonaniu okrętów stacjonujących w rumuńskich i bułgarskich portach, operujących na wodach międzynarodowych. Nie wiem, jak do BSSA miałby się pomysł eskorty ukraińskich statków zbożowych, ale pewnie udałoby się to jakoś formalnie połapać. Tylko co dalej? Bezpieczeństwo żeglugi byłoby zapewnione, a co z rozładunkiem/załadunkiem statków? Od kilku tygodni rosjanie konsekwentnie niszczą infrastrukturę czarnomorskich portów, okręty US Navy mogłyby temu skutecznie przeciwdziałać – duże jednostki morskie to de facto pływające baterie OPL. Ale to oznaczałoby aktywny udział w działaniach bojowych. Nie miałbym nic przeciwko, tylko że mandat BSSA tak daleko nie sięga.

Ale może tu chodzić o coś innego. Po zdemolowaniu odeskiego portu, działania rosjan koncentrują się na atakach na infrastrukturę portów nadrzecznych, znajdujących się u ujścia Dunaju. Obsługują one zarówno ruch śródlądowy jak i morski i pozostają dla Ukrainy strategicznie ważne. Szczęściem w nieszczęściu słynna rosyjska celność sprawia, że porażeniu ulegają też obiekty po rumuńskiej stronie rzeki. A to już terytorium NATO, któremu operujące u ujścia Dunaju okręty mogłyby zapewnić szczelny parasol powietrzny. A ponieważ potencjalne cele dla rosyjskich dronów dzieli od rumuńskiej ziemi dosłownie 100-200 metrów, parasol objąłby także część Ukrainy. Tak „przy okazji”…

—–

I na koniec o innym drobnym fragmencie Ukrainy. Podwładni gen. Kyryło Budanowa odzyskali dziś kontrolę nad gazowo-naftowymi platformami wiertniczymi na Morzu Czarnym. Ukraina zainstalowała dwie takie platformy – formalnie należące do spółki Czornomornaftohaz – w 2010 i 2012 roku. Każda z nich kosztowała wówczas 400 mln dolarów, co było ceną „z kosmosu”. Podejrzewano, że część kasy przytulił ówczesny minister energetyki Ukrainy Jurij Bojko, znany z prorosyjskich sympatii. Z tego powodu platformy nazywano „wieżami Bojki” – o czym piszę, gdyż w relacjach medialnych pojawia się właśnie taka nazwa. Platformy zainstalowano między Odesą a Krymem, w 2014 roku zajęli je rosjanie (nadając im nazwy Krym-1 i Krym-2). Po 24 lutego 2022 roku instalacje wykorzystywano jako platformy dla radarów i lądowiska dla śmigłowców. Dziś nad ranem wylądowali tam – w ramach desantu morskiego – ukraińscy komandosi. Załączone zdjęcia pochodzą z tej akcji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Michałowi Baszyńskiemu i Czytelnikowi Robertowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Bum!

Dobre wieści z rana – amerykańska administracja już nie przeciwstawia się wysłaniu do Ukrainy pocisków ATACMS. Ogłoszenia decyzji ws. transferu można się spodziewać lada dzień.

ATACMS-y mają zasięg do 300 km, można nimi strzelać z wyrzutni Himars, są zabójczo precyzyjne. Zaprojektowano je do niszczenia tzw. celów krytycznych jak lotniska, baterie obrony przeciwlotniczej, wyrzutnie pocisków balistycznych, strefy zaopatrzenia, centra łączności i dowodzenia. Na załączonej mapie widać obszar, jaki będą w stanie pokryć.

Mój osobisty komentarz: ATACMS-y zabiją rosyjską logistykę. Oby jak najszybciej…

Za: Nexta. Mapa z października 2022 roku, ale lepszej nie znalazłem

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. startujący pocisk ATACMS/fot. US Army