Doświadczenie

W całej politycznej awanturze o przekazanie Ukrainie pocisków do wyrzutni Patriot wielu z nas umyka jeden niezwykle istotny fakt. Dziś to właśnie Ukraina jest światowym laboratorium wykorzystania tego systemu obrony przeciwlotniczej. Żadne inne państwo nie używa Patriotów z taką intensywnością, przeciwko tak wymagającemu przeciwnikowi i w tak zmiennych warunkach pola walki. Każdy kolejny rosyjski atak to dla ukraińskich żołnierzy nie tylko walka o życie własnych obywateli, lecz także kolejne doświadczenia, które zmieniają sposób wykorzystania broni przeciwlotnicznej. Doświadczenia, z których – wcześniej czy później – skorzystają wszyscy użytkownicy Patriotów, również Polska.

Patriot nie jest systemem nowym. Od ponad czterech dekad pozostaje podstawą obrony przeciwlotniczej Stanów Zjednoczonych i wielu państw sojuszniczych. Nigdy wcześniej nie był jednak wykorzystywany w wojnie o takiej skali i intensywności. Od wiosny 2023 roku ukraińskie baterie regularnie odpierają zmasowane ataki z użyciem pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet aerobalistycznych Kindżał oraz pocisków manewrujących Ch-101, Kalibr i Iskander-K. Rosjanie nieustannie modyfikują taktykę, zwiększają liczbę jednocześnie odpalanych środków napadu powietrznego, stosują wabiki i próbują przeciążyć ukraińską obronę. Ukraińcy odpowiadają tym samym – ciągłym doskonaleniem procedur, zmianami sposobu rozmieszczania baterii i coraz bardziej oszczędnym gospodarowaniem niezwykle cenną amunicją.

Są w tym niedościgłymi mistrzami, co przez kontrast najlepiej pokazały wydarzenia sprzed kilku miesięcy na Bliskim Wschodzie. Podczas wojny z Iranem amerykańskie baterie Patriot prowadziły niezwykle intensywne działania, odpierając kolejne fale ataków rakietowo-dronowych. Według szacunków w ciągu kilku tygodni zużyto ponad 800 pocisków przechwytujących, których wartość liczona była w miliardach dolarów. Te 800 sztuk to równowartość rocznej produkcji i co najmniej jedna czwarta amerykańskich zapasów. Odpowiednik tego, co do tej pory – przez ponad trzy lata – dostała z Zachodu Ukraina. Trzy lata odpierania ataków lotniczej i rakietowej potęgi versus kilka tygodni walki z bieda-przeciwnikiem; to z takim zestawieniem mamy tu do czynienia. Oczywiście, Ukraina poniosła wiele spektakularny porażek, tracąc na skutek ataków powietrznych np. istotną część infrastruktury energetycznej, niemniej – jako państwo – zachowała zdolność do dalszego prowadzenia operacji obronnej. Tymczasem drastyczne zużycie amunicji OPL przez siły zbrojne USA i sojuszników stało się jednym z czynników, które zmusiły Donalda Trumpa do zaniechania działań zbrojnych wymierzonych w Iran.

Ten konflikt uświadomił wojskowym coś, o czym wcześniej mówiono głównie w analizach – nawet najbogatsza armia świata nie dysponuje nieograniczonymi zapasami amunicji do systemów obrony powietrznej. Produkcja nowoczesnych interceptorów pozostaje kosztowna i czasochłonna, a w warunkach długotrwałego konfliktu tempo ich zużycia może przewyższać możliwości przemysłu.

W takich realiach kluczowego znaczenia nabiera nie tylko liczba posiadanych rakiet, ale także sposób ich wykorzystywania. Każdy pocisk wystrzelony niepotrzebnie oznacza stratę zasobu, którego szybko nie da się odtworzyć. Ukraińcy zrozumieli to szybciej niż ktokolwiek inny. Wiedzą, że nie mogą pozwolić sobie na luksus prowadzenia ognia według najbardziej zachowawczych procedur. Muszą szukać rozwiązań pozwalających osiągnąć ten sam efekt przy mniejszym zużyciu amunicji, stale modyfikować taktykę i wyciągać wnioski z każdej rosyjskiej salwy. W efekcie zdobywają doświadczenie, którego nie da się odtworzyć na żadnym poligonie ani podczas ćwiczeń.

Nie oznacza to oczywiście, że Ukraińcy odkryli jakiś „tajny sposób” na wykorzystanie Patriotów. Oznacza natomiast, że każdego dnia uczą się używać tego systemu skuteczniej. Analizują skuteczność przechwyceń, zachowanie rosyjskich pocisków, wpływ zakłóceń radioelektronicznych, optymalne rozmieszczenie wyrzutni czy współpracę Patriotów z innymi elementami obrony powietrznej. Taka wiedza nie pozostaje wyłącznie w Ukrainie. Trafia do producentów, instruktorów, ośrodków szkoleniowych i armii wszystkich państw korzystających z tego systemu. Także do Polski, która dopiero buduje własne kompetencje związane z eksploatacją Patriotów. Trzeba „tylko” z niej skorzystać (co Amerykanom przyszło po niewczasie…).

Dlatego dyskusja o przekazaniu Ukrainie kilku czy kilkunastu pocisków Patriot nie powinna sprowadzać się wyłącznie do prostego rachunku strat i zysków. Oczywiście, każda rakieta ma swoją wartość, a obowiązkiem polskich władz jest przede wszystkim dbanie o bezpieczeństwo własnego państwa. Ale bezpieczeństwo nie zależy wyłącznie od liczby interceptorów zgromadzonych w magazynach. Równie ważne są wiedza, doświadczenie i umiejętność wykorzystania ich w najbardziej efektywny sposób. Bo nawet największe zapasy kiedyś się skończą, a podaż zawsze będzie ograniczona. Doświadczenie zaś pozostanie.

Jeśli za kilka lat podobnego zagrożenia doświadczy Polska, nasi żołnierze będą korzystać nie tylko z efektów własnego szkolenia, lecz także z doświadczeń zdobytych przez ukraińskie załogi. W tym sensie wsparcie Ukrainy nie jest wyłącznie pomocą udzielaną sojusznikowi. Jest również inwestycją we własne bezpieczeństwo.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Niemieckie Patrioty w Rumunii/fot. Bundeswehr

Łobuzy

Nie ma we mnie entuzjazmu dla wojny. Trzy z nich widziałem na własne oczy – wiem, „z czym to się je” i jakie są skutki. Te dla ludności cywilnej są dla mnie najważniejsze – najtrudniejsze do zaakceptowania. I nie ma znaczenia, czy chodzi o Kabul, Kijów, czy Teheran – mechanika cierpienia jest wszędzie taka sama.

A jednak – patrząc na sprawę chłodno – amerykańsko-izraelska interwencja w Iranie mnie nie oburza. Nie przyłączę się do grona wykrzykującego argument natury prawno-moralnej – że to atak na suwerenne państwo. Raz, że szafują nim pro-ruSSkie trolle, dwa, nie podzielam niestosowności podnoszonej także przez część uczciwych ludzi. Iran bowiem nie jest normalnym państwem (tak jak nie jest nim rosja czy Korea Północna). To łobuz, który od lat buduje architekturę destabilizacji regionu, finansuje i uzbraja terrorystów, dostarcza drony i rakiety rosyjskim zbrodniarzom. Od  dawna balansuje na krawędzi zdolności nuklearnych, nie kryjąc przy tym, że chciałby atomowej hekatomby dla milionów Żydów. To teokratyczny reżim, który od dekad tłumi własne społeczeństwo. Krwawe pacyfikacje, masowe aresztowania, egzekucje – to nie są incydenty, lecz system, fundament tamtejszej władzy.

A to ta władza, i jej militarne przybudówki, są celem amerykańsko-izraelskiej interwencji.

Można oczywiście powiedzieć: dyplomacja, sankcje, rozmowy. Tyle że te instrumenty były stosowane przez lata. Efekt? Iran nauczył się żyć pod sankcjami.

Spójrzmy na to z naszej, środkowo-europejskiej perspektywy. Iran nie jest „odległą egzotyką”. Irańskie drony uderzały w ukraińskie miasta. Irańska technologia wspiera rosyjską machinę wojenną. Irańska współpraca z Moskwą to nie dyplomatyczna uprzejmość, lecz realny wkład w przedłużanie wojny za naszą wschodnią granicą. Jeśli więc ktoś dziś osłabia irański potencjał militarny, to w pewnym sensie osłabia także zaplecze rosji.

No i jest jeszcze jeden wymiar tej układanki: pryskający mit rosyjskiej tarczy.

Od lat słyszeliśmy o cudownych systemach obrony powietrznej – o S-300, S-400, o „bańkach antydostępowych”, które miały zamykać niebo nad sojusznikami Kremla. Iran był jednym z odbiorców rosyjskich systemów OPL. Jeśli jednak amerykańskie i izraelskie lotnictwo jest w stanie z łatwością penetrować tę przestrzeń, niszczyć wskazane cele, przełamywać obronę – to nie jest to tylko taktyczny sukces. To sygnał strategiczny.

Sygnał dla państw, które rozważają zakupy rosyjskiego uzbrojenia.

Sygnał dla sojuszników Moskwy, że rosyjski parasol może być dziurawy.

Sygnał dla samego Kremla, że jego projekcja siły ma bardzo wyraźne granice. Bezradność Moskwy wobec uderzeń w Iran mówi więcej niż setki przemówień. rosja nie jest w stanie realnie osłonić swojego partnera. Nie wysyła wojska, ba, nawet nie grozi eskalacją, bo wie, że nikt nie potraktuje tego poważnie, tym samym obnażając swój status upadłego imperium.

Dla mnie TO są kluczowe kwestie. Wyłuszczę je jeszcze raz, dla wzmocnienia przesłania.

Po pierwsze, każdy cios w zdolności wojskowe Iranu to potencjalnie mniej dronów, mniej technologii, mniej wsparcia dla rosji. Po drugie, jeśli Kreml nie potrafi realnie ochronić swojego partnera, to jego pozycja słabnie – nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i globalnie.

Na koniec warto wyartykułować jeszcze jedną kwestię. Ten atak to sygnał, że świat zachodni wciąż jest zdolny do projekcji siły. W epoce, w której autokracje testują granice, demonstracja determinacji ma znaczenie.

Niestety, w każdej wojnie – nawet jeśli nie prowadzi się jej na rympał, jak rosjanie w Ukrainie – giną niewinni ludzie. Z tego powodu i ten konflikt jest moralnie skażony. Ale polityka bezpieczeństwa rzadko operuje kategoriami czystości, często sprowadza się do wyboru między złym a gorszym.

A ja wolę świat, w którym to my możemy przywalić łobuzom, a nie łobuzy nam.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Imperatyw

donald trump, na tle swoich poprzedników z kilku ostatnich dekad, jawił się dotąd jako „gołąb”, nie „jastrząb”. Retorycznie agresywny – momentami wręcz obrzydliwie wulgarny – był zarazem prezydentem, który starał się trzymać USA z dala od wojny. Afgańską – w swojej pierwszej kadencji – „odziedziczył” po Bushu i Obamie; nie chciał jej, to za jego prezydentury Stany Zjednoczone przygotowały się do wyjścia z Afganistanu (czego finał, na skutek przegranej trumpa w wyborach z 2020 roku, nastąpił za Joe Bidena).

Zarówno w latach 2017-21, jak i podczas kampanii w 2024 roku, trump i jego środowisko kładli nacisk na konieczność wycofania się USA z roli „światowego żandarma”. Nawet kosztem sojuszniczych zobowiązań, co bardzo źle odbierano w Europie, przyzwyczajonej do amerykańskiego parasola. Stosunek trumpa do wojny w Ukrainie również mieścił się w tych kategoriach myślenia – Stany nie tylko miały przestać angażować się bezpośrednio, ale i pośrednio, poprzez dostawy sprzętu i finansowanie działań zbrojnych innych państw. „Mamy dość problemów u siebie, to na nich musimy się skupić”, przekonywał przywódca republikanów i jakkolwiek często przy tym kłamał i przeinaczał, tą pacyfistyczno-izolacjonistyczną retoryką przekonał do siebie miliony Amerykanów. I m.in. dlatego znów dostał od nich mandat do sprawowania władzy.

Co się stało, że trump zdecydował się na atak na Iran? Nie sądzę, by uderzenie na irańskie obiekty jądrowe było preludium do jakiejś większej interwencji. Eskalację dopuszczam – w postaci na przykład wielotygodniowej kampanii bombowej – lecz z pewnością nie dojdzie do klasycznej wojny z udziałem sił lądowych. Po Iraku i Afganistanie nikt w Waszyngtonie takiego ryzyka podejmował nie będzie. W mojej ocenie, zamiarem Białego Domu jest maksymalne osłabienie Iranu, do tego stopnia, by nie stanowił poważnego zagrożenia dla Izraela. Bo o Izrael tu de facto chodzi, to dla Izraela amerykański prezydent składa w ofierze swój wizerunek „gołębia”, dla Izraela ryzykuje gniew własnych zwolenników. Nie jest przy tym pierwszym prezydentem USA, dla którego trwanie żydowskiego państwa na Bliskim Wschodzie ma wymiar absolutnie priorytetowy. To składowa fundamentu amerykańskiej polityki zagranicznej od niemal 80 lat.

Czy Iran wyposażony w broń jądrową stanowiłby egzystencjalne zagrożenie dla Izraela? W Waszyngtonie i Jerozolimie wierzą, że tak. Izraelczycy już od dawna alarmują, że Irańczycy są bliscy zbudowania bomby A. „A jednak wciąż jej nie mają!”, podkreślają zwolennicy Teheranu, zarzucając Żydom kłamstwo na wzór amerykańskich twierdzeń z 2003 roku o irackiej broni masowego rażenia. Faktem jest, że gdyby alarmistyczne zapowiedzi z 2005 czy 2010 roku się spełniły, Iran od lat dysponowałby bronią jądrową. Ale równie prawdziwe jest to, że Izrael od ponad dwóch dekad nie ustaje w wysiłkach, by irański program jądrowy storpedować. Metodą w tej walce były dotąd skrytobójstwo (zabijanie naukowców) oraz sabotaż technologiczny i cyfrowy; w efekcie wysiłki Irańczyków opóźniano, lecz nigdy nie udało się ich definitywnie zatrzymać. Otwarty konflikt z wykorzystaniem klasycznych rodzajów uzbrojenia daje w tym zakresie większe możliwości.

A największe techniczne możliwości do niszczenia schowanej pod ziemią infrastruktury mają Stany Zjednoczone, które dotąd nie kwapiły się do twardych, kinetycznych uderzeń na Iran (co dotyczy obecnej, ale i wcześniejszych administracji). Nie wierzę w opinie, wedle których izraelska kampania bombowa rozpoczęta 12 czerwca została zaplanowana wspólnie z Amerykanami. Przekonują mnie racje, zgodnie z którymi Izrael postawił USA przed faktem dokonanym – poszedł na wojnę z Iranem, by tym sposobem zademonstrować nie tylko własną determinację, ale i powagę sytuacji. Niczym młodszy brat, który wyprawił się na bójkę z nielubianym kolegą, słabszym, ale nie na tyle, by rezultat pojedynku był łatwy do przewidzenia. Starszy brat nie zaryzykuje zdrowia i życia młodszego – ten uniwersalny imperatyw ma zastosowanie do relacji amerykańsko-izraelskich. trump, choć odżegnuje się od waszyngtońskiego establishmentu, jest jego częścią, mówi i myśli tak, jak amerykańskie elity. Co w tym konkretnym przypadku oznacza pójście z Iranem na wojnę, by młodszemu bratu, Izraelowi, nie stała się większa krzywda. Kto zaczął, kto ma rację, nie ma w tym ujęciu większego znaczenia…

Szerszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Amerykański bombowiec B-2/fot. USAF, domena publiczna

Machina

Nad ranem 22 czerwca br. USA przyłączyły się do działań zbrojnych Izraela, wymierzonych w Iran. Amerykańskie lotnictwo i marynarka wojenna dokonały uderzeń bombowo-rakietowych na trzy ośrodki nuklearne: Fordow, Natanz i Isfahan.

Gdy wczoraj rano pisałem o tym ataku, opierałem się o dostępne wówczas doniesienia. Kilka godzin później Pentagon zorganizował konferencję prasową, podczas której ujawniono więcej szczegółów. Różnią się nieco od pierwotnych informacji, więc pozwólcie, że je zrekapituluję.

Najpierw jednak chciałbym się odnieść do kwestii „podejrzanie szybkiej” reakcji Amerykanów. „Takiej operacji nie organizuje się z dnia na dzień”, twierdzą zwolennicy teorii, wedle której izraelski atak na Iran był od początku koordynowany z USA. I Stany też się do tej wojny przygotowały. No więc nie mamy na to żadnych dowodów, a fakt, iż Amerykanie przeprowadzili skomplikowaną operację zaledwie 10 dni po najnowszej eskalacji bliskowschodniego konfliktu może wynikać z czego innego. Po pierwsze, do ataku wykorzystano bombowce strategiczne (wraz z całym towarzyszącym im lotniczym zapleczem) oraz atomowy okręt podwodny. Oba rodzaje uzbrojenia wchodzą w skład amerykańskiej nuklearnej triady, a ta utrzymywana jest w rygorze wysokiej operacyjności. Po ludzku rzecz ujmując, jest zawsze gotowa do działania.

Po drugie zaś, Iran w percepcji Amerykanów od dekad stanowi zagrożenie – dla Izraela i interesów USA, co w istotnej mierze zazębia się czy wręcz stanowi to samo. Przy takim podejściu i przy amerykańskiej kulturze strategicznej, w której duży nacisk kładzie się na wielowariantowe planowanie, od dawna musiały istnieć scenariusze uderzeń na Iran. Różnorakich, także dotyczących punktowych ataków na infrastrukturę jądrową. Znając amerykańską zapobiegliwość, dam sobie rękę uciąć, że plany te były regularnie aktualizowane, a ich realizacja ćwiczona. Piloci i marynarze mieli więc „gotowca”; ot i cała tajemnica.

A teraz wróćmy do wczorajszej konferencji w Pentagonie. Szef amerykańskich połączonych sztabów generał Dan Caine przekazał, że w nocy z piątku na sobotę grupa bombowców strategicznych wystartowała w kierunku Pacyfiku. Był to element kampanii dezinformacyjnej, prawdziwe uderzenie nastąpiło bowiem z innej strony. Wykonało je siedem samolotów B-2 Spirit, które przeleciały przez Atlantyk w kierunku Iranu.

Maszyny znajdowały się w powietrzu przez 18 godzin (nim dotarły nad cele), po drodze kilkukrotnie pobierając paliwo. O około 2:00 w nocy czasu lokalnego „niewidzialne” bombowce zrzuciły 14 bomb penetrujących GBU-57, co stanowiło pierwsze w historii użycie tej broni w warunkach bojowych. Dwanaście ładunków spadło na zakład nuklearny w Fordow. Cele w Iranie Amerykanie porazili również z okrętu podwodnego USS Georgia, który wystrzelił kilkadziesiąt pocisków manewrujących Tomahawk. W sumie siły amerykańskie użyły 75 precyzyjnych pocisków kierowanych. W misji wykorzystano 125 samolotów – obok „niewidzialnych” dla radarów B-2, także myśliwców czwartej i piątej generacji oraz kilkudziesięciu tankowców powietrznych, samolotów wywiadowczych i rozpoznawczych. Innymi słowy, potężnej militarnej machiny.

W ciągu najbliższych kilkunastu godzin przekonamy się, czy Amerykanie użyją jej ponownie. Koncentracja potencjału w regionie trwa, z medialnych doniesień wynika, że władze Izraela namówiły Biały Dom do rozszerzenia listy celów…

W kontakcie!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

„Duchy”

Stany Zjednoczone uderzyły na Iran. Na tym etapie trudno powiedzieć, czy to „wejście na całego”, przewidujące dłuższe zaangażowanie sił powietrznych USA, czy jednorazowy cios, za którym stoją dwie intencje.

Po pierwsze, zniszczenia kluczowych elementów infrastruktury irańskiego programu nuklearnego, po drugie, deeskalacji przez eskalację („uderzamy mocno, by przeciwnikowi odechciało się dalszej walki”, takie myślenie stoi za ideą deeskalacyjnych ataków). Oświadczenie prezydenta trumpa skłania mnie do przekonania, że Amerykanie czekają teraz na ruch Irańczyków. Ale zarazem sposobią się do kolejnych uderzeń, o czym świadczy dalsze gromadzenie sił powietrznych i morskich w regionie.

Co do samego ataku – użyto w nich trzech samolotów B-2 Spirit oraz atomowego okrętu podwodnego. To siły tylko pozornie niewielkie, mówimy bowiem o typach uzbrojenia, które mają ogromną moc rażenia (i są koszmarnie drogie – pojedynczy bombowiec B-2 ma wartość ponad 2 mld dolarów). „Duchy” zrzuciły co najmniej sześć bomb GBU-57, przeznaczonych do niszczenia instalacji podziemnych; każda z nich waży około 14 (!) ton. USS Georgia wystrzelił 30 pocisków manewrujących Tomahawk. Pierwszy „pakunek” przeznaczony był na ośrodek nuklearny Fordow, rakiety poleciały na obiekty Natanz i Isfahan.

Czy uderzenia były skuteczne? Bałbym się tak na gorąco to oceniać, ale marszałkowie z Facebooka i Twittera (X-a) orzekli, że w przypadku Fordow Amerykanie mogą sobie co najwyżej podłubać w nosie. Bo ich potężne bomby niszczą do głębokości 60 metrów, tymczasem irański ośrodek znajduje się 800 metrów pod ziemią. Logiczne? Tylko pozornie. Spytajcie górników, ile kluczowych elementów zapewniających funkcjonowanie kopalni znajduje się na powierzchni i z poziomu zero łączy się z tym, co pod ziemią. Wyobrażacie sobie cokolwiek na głębokości, nie tylko kopalnię, bez szybów transportowych i wentylacyjnych? Bo ja nie. Zakładam za to, że celem Amerykanów nie była fizyczna destrukcja najgłębiej położonych elementów, ale doprowadzenie do sytuacji, w których staną się one bezużyteczne, bo przysypane i odcięte. W takim przypadku bezpieczne schronienie staje się pułapką.

Zdaje się zresztą, że Irańczycy dobrze o tym wiedzieli. Nad ranem przyznali, że ośrodek Fordow został zniszczony, ale – zastrzegli – to, co najcenniejsze, zostało wcześniej ewakuowane. Nie wiem, czy chodzi o jakiś sprzęt czy raczej o ludzi, wszak w tym oświadczeniu znalazło się też takie sformułowanie: że wiedzy zbombardować się nie da. Co do zasady owszem – fizyka jądrowa trwać będzie niezależnie od działań wymierzonych w Iran przez Izrael i USA. Ale pojedynczych ludzi, naukowców, można zabijać, także bombami, co Izrael czyni od ponad tygodnia oraz skrytobójczo już od wielu lat, mocno przerzedzając populację irańskich specjalistów. Co podkreślam, by zwrócić Waszą uwagę na niezwykłą istotność niekinetycznego, nie-ściśle-militarnego aspektu tej wojny.

W kontakcie!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. B-2 Spirit podczas zrzucania zwykłych bomb lotniczych/fot. USAF, domena publiczna