Sepultura

Walerija poznałem zimą 2015 roku pod Debalcewem. Spędziłem z nim i jego kolegami kilka godzin na posterunku ukraińskiej armii. Pierwotny plan był innym, myślałem, żeby zostać dłużej, ale… Ale postanowiłem udowodnić żołnierzom, że „Polacy nie gęsi” i spirytus pić potrafią. Pięć lat nauki w technikum przemysłu spożywczego dało mi paru świetnych kumpli (co doceniłem dopiero po latach), dało też sposobność do obywania praktyk w zakładach wódczanych. A że młodość to pęd ku wiedzy, chętnie nauczyłem się od starych wyjadaczy, jak wlać w siebie ów żrący płyn, bez zbędnych szkód dla zdrowia. No więc znałem się na rzeczy, a sugestię ukraińskich gospodarzy, że jednak mogę się nie znać, odebrałem jako wyzwanie natury patriotycznej. Dziabnąłem wypełniony po brzegi kubek od termosu, potem jeszcze poprawiłem, wprawiając towarzyszy w niemałe zdziwienie. „No brat…”, Walerij poklepał mnie po plecach. „Jak to wszystko się skończy, musisz mnie odwiedzić w Kijowie. Nie będziemy pili żadnego świństwa, tylko porządną wódkę. Zjemy dobrze, pokażę ci miasto, posłuchamy sobie muzyki. 'Sepulturę’ lubisz?”. Wzniosłem ramiona ku górze; o „Sepulturze” wiedziałem, że istnieje, że gra jakąś odmianę metalu – i tyle. „Spodoba ci się”, Walerij uśmiechnął się serdecznie. Pół godziny później ściskałem mu dłoń. Nie chciałem na „miękkich nogach” przebywać w rejonie walk, postanowiłem się ewakuować. „Widzimy się w Kijowie”, zapowiedziałem, wsiadając do samochodu, który jechał na tyły.

Walerij przeżył boje pod Debalcewem. Przeżył bez uszczerbku, nie dostał się do niewoli, wiosną 2015 roku został zdemobilizowany. Wiele miesięcy później przysłał mi maila, w którym opisywał, co się z nim działo po moim wyjeździe. I na końcu ponowił zaproszenie. Od tego momentu byłem w Kijowie kilka razy, ale jakoś tak się złożyło, że nie skorzystałem z możliwości wizyty. Pisywaliśmy do siebie od czasu do czasu, raczej grzecznościowo. Dla mnie, muszę to przyznać, była to rutynowa sprawa – w ten sposób, bez wielkiego zaangażowania, podtrzymuję wiele kontaktów z ludźmi spotkanymi na reporterskiej drodze. 24 lutego wysłałem wiele wiadomości do moich ukraińskich znajomych – także do kijowskiego fana „Sepultury”. Nie były to żadne rozbudowane narracje, a zwyczajne sygnały, że jest mi przykro, że trzymam kciuki, że w razie potrzeby gotów jestem pomóc tu, w Polsce. Plus, rzecz jasna, mało wyrafinowane życzenie śmierci dla tego łotra z Kremla. Walerij odezwał się na początku marca – znów był w wojsku, znów we wschodniej Ukrainie. Przyznał, że wolałby bronić stolicy, ale z drugiej strony cieszył się, że może być w miejscu, gdzie służy także jego syn. „Mam oko na drania”, żartował, choć pewnie wcale nie było mu do żartów. Później zamilkł na wiele tygodni, raz przysłał krótką wiadomość – że żyje i że cieszy go to, co stało się wokół Kijowa, gdzie moskali upokorzono i posłano w diabły. „Moje miasto niepokonane”, pękał z dumy.

Przedwczoraj odezwał się znowu. „Dwoimy się tu i troimy, a tamci wciąż naciskają. Nieważne, ilu ich zabiliśmy i raniliśmy. (…) Mówią (dowódcy – dop. MO), że Rosjanom kończą się rezerwy, że nie będą w stanie długo tak napierać. Nie mogę doczekać się, kiedy w końcu przestaną. (…)”, pisze. Nie wiem, skąd dokładnie, domyślam się jedynie, że korzystając z krótkiego pobytu na tyłach (wbrew częstym opiniom, Ukraińcy nawet na najgorętszych odcinakach frontu starają się rotować odziały, by zapewnić żołnierzom chociaż chwilę oddechu). „(…) Mam prawie pięćdziesiąt lat, niedawno urodziła mi się pierwsza wnuczka. Chciałbym ją jeszcze zobaczyć, widzieć, jak dorasta. Chciałbym, żeby jej ojciec, mój syn, wrócił do domu”. „Jeszcze posłuchacie razem Sepultury”, odpisałem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Ku mojemu zdziwieniu, przed chwilą przyszła wiadomość zwrotna. Walerij naprawdę jest wielkim fanem brazylijskich deathmetalowców, a ja…. A ja coś tam kiedyś odpaliłem i uznałem za hałas. „Posłuchamy, posłuchamy. Z tobą też posłuchamy. Nauczyłeś się pić spirytus, nauczysz się słuchać 'Sepultury’”, czytam i dochodzę do wniosku, że dawno nie złożono mi tak wspaniałej obietnicy.

—–

Nz. W takich okolicznościach przyrody poznałem Walerija/fot. Rafał Stańczyk,

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Gruz-200

Przez ostatnie ponad sto lat szanse rannego żołnierza na przeżycie tylko rosły. Rosjanie w Ukrainie odwrócili ów trend.

Zimą 2015 r. w rejonie Debalcewa trwały ciężkie walki, w których armia rosyjska i separatyści usiłowali zlikwidować wyłom w swoich pozycjach. Oddziały ukraińskie trzymały miasto przez kilka tygodni – wycofały się na początku lutego, gdy w „debalcewskim worku” skończyła się amunicja, a jedyna trasa wykorzystywana do zaopatrzenia i ewakuacji stała się „drogą śmierci”, przez którą nie sposób było prowadzić efektywnej komunikacji. Cokolwiek wjeżdżało na szosę wiodącą do Artiomowska, z miejsca stawało się celem dla wrogiej artylerii. Wiedziałem o tym aż za dobrze, więc z obawą oglądałem potencjalny „pojazd ostatniej szansy” – rozklekotany ambulans, przeznaczony do wywózki najciężej rannych. Stan techniczny karetki sprawiał, że bałbym się nią jechać w czasie pokoju, a co dopiero pędzić ostrzeliwaną drogą. Dobrych 30 km do najbliższego szpitala, powiatowej placówki w Selidowie. Przez lata relacjonowałem wojny w Iraku i Afganistanie, pracując głównie jako dziennikarz akredytowany przy polskim i amerykańskim wojsku. Gdybym został ranny, wywieziono by mnie na tyły zgodnie z procedurą przewidzianą dla żołnierzy. Trafiłbym do śmigłowca ewakuacji medycznej i niezwłocznie wylądował na stole operacyjnym. System Medevac zaprojektowano tak – poprzez odpowiednie rozlokowanie śmigłowców i placówek medycznych – by niezależnie od miejsca zdarzenia, najdalej w ciągu godziny pacjent uzyskał pomoc ratującą życie.

Co więcej, istotnym elementem Medevacu była pierwsza pomoc udzielana tuż po zranieniu przez wyszkolonych ratowników. W ówczesnej armii ukraińskiej – opartej o radzieckie wzorce – lekarzy na pierwszej linii nie było, a sanitariusze, niezależnie od tego, jak oddani i kompetentni, zmagali się z dramatycznym niedoborem podstawowych środków medycznych. Zaś na tyłach, we wspomnianym Selidowie, do obsługi frontowych oddziałów wyznaczono szpital, który nie miał dostępu do bieżącej wody. Podstawowe techniczne instrumentarium pamiętało czasy późnego ZSRR, a stół operacyjny był z połowy lat 50. „Nie mamy sprzętu do intubacji”, skarżył się jeden z lekarzy. Kilka lat wcześniej poznałem go w Afganistanie, gdzie jak wielu ukraińskich medyków, pracował na rzecz polskiej armii. „Tu, w Donbasie, jest inny świat…”, mówił zrezygnowany. Wiedziałem zatem, że nawet gdybym jakimś cudem nie wykrwawił się po drodze, zapewne dokończyłbym żywota w tej umieralni. Dawała ona szanse lżej rannym i poszkodowanym – zarówno cywilom, jak i żołnierzom. O dawaniu nadziei w cięższych przypadkach nie było mowy.

Rzeżączka a zdolność bojowa

To w takich okolicznościach podjąłem decyzję o wzięciu udziału w kursie TCCC (ang. Tactical Combat Casualty Care; taktyczne ratownictwo medyczne). Nie chciałem zostać wykwalifikowanym ratownikiem. Wielu poszkodowanych umiera na skutek wykrwawienia – przy postrzale w tętnice wystarczy kilka minut, by człowiek był już nie do uratowania. Kwestią życia i śmierci staje się wtedy odpowiednio założona i dobrej jakości opaska uciskowa. Banalna sprawa – jak wiele innych będących przedmiotem kursów TCCC – tymczasem wcale nie tak oczywista. W armiach zachodnich dopiero przed 40 laty zaczęto kłaść nacisk na indywidualne wyszkolenie w tym zakresie, obligatoryjne dla każdego członka personelu sił zbrojnych. Stało się to na skutek amerykańskich doświadczeń z Wietnamu, gdzie wielu żołnierzy straciło życie, mimo dostępu do doskonale wyposażonej bazy medycznej. Ale o zawartość żołnierskich apteczek dbano już wcześniej, a frontowa medycyna ma swój początek w głębokiej starożytności. I choć to Grek Hipokrates jest dziś patronem medyków, to w Rzymie rozwinięto pierwszy wojskowy system leczniczy z prawdziwego zdarzenia. Jakość ówczesnych medykamentów była niska, nie zdawano też sobie sprawy z istnienia bakterii, więc śmiertelność pośród leczonych legionistów dochodziła do 80%. Ów wskaźnik (nie)przeżywalności utrzymywał się przez wiele następnych wieków.

Rozwój broni palnej dramatycznie zwiększył liczbę rannych. W czasach napoleońskich, gdy armie stały się masowe, zatrważająco pogorszyło to statystki. W takich okolicznościach narodził się wojskowy system pierwszej pomocy. Stworzył go naczelny chirurg Bonapartego, Dominique-Jean Larrey. Historia zapamiętała go jako „ojca triage” (segregacji medycznej), współcześni mu jako niezwykle sprawnego lekarza. Dziś myślelibyśmy o nim „rzeźnik”, bo owa skuteczność sprowadzała się do szybkich amputacji ranionych kończyn. Podczas bitwy pod Borodino w 1812 r. Larrey wykonał ponad 200 amputacji (jak zapisał w pamiętniku, „wszystkie przy jednej świeczce”). Nie zmienia to faktu, że zdobyte w ten sposób doświadczenie stanowiło wielki wkład w rozwój chirurgii. Tyle że na chirurgii skończyć się nie mogło – gros żołnierzy umierało na skutek gangreny i sepsy, wtórnych następstw zranienia. Tu na przełom trzeba było czekać do lat 40. XX w., kiedy w USA zaczęto wytwarzać na przemysłową skalę odkrytą w 1928 r. przez Alexandra Flemniga penicylinę. Do końca II wojny Amerykanie wyprodukowali aż 6,8 mld dawek. „Szkoda, że nie mieliśmy penicyliny podczas poprzedniej wojny”, przyznał Winston Churchill. W pierwszowojennych okopach – z powodu warunków higienicznych – szerzyły się tyfus, dyzenteria, cholera. W Salonikach brytyjskie „bezpowrotne straty sanitarne”, wywołane głównie malarią, 20-krotnie przewyższyły straty bojowe. Wracając zaś do II wojny – pośród historyków wojskowości nie brakuje opinii, że największą korzyścią wynikłą ze stosowania penicyliny była możliwość skutecznego leczenia dziesiątkującej alianckie armie… rzeżączki.

Bardzo dużo Gruzu-200

Podczas ostatniej wojny światowej współczynnik zabitych do rannych wynosił 1:2,4 w okresie wojny wietnamskiej 1:3. W Iraku i Afganistanie na jednego poległego przypadało siedmiu rannych. Kevlarowe hełmy i kamizelki kuloodporne sprawiają, że trudno współczesnego żołnierza zabić – że śmiertelne niegdyś ciosy kończą się „zaledwie” na zranieniu. Jest więc ta relacja dowodem na zwiększającą się skuteczność środków ochrony osobistej, ale i rosnącej jakości opieki medycznej, zwłaszcza w zestawieniu z informacją o 80-procentowej przeżywalności rannych. Tak to wygląda w wojnach, w które angażują się zachodnie i regularne armie. W oparciu o takie dane łatwo wyciągnąć wniosek mówiący o postępującej humanitaryzacji konfliktów zbrojnych. Niestety, wojna w Ukrainie dramatycznie rewiduje zasadność tej opinii. O ile bowiem w przypadku Ukraińców relacja zabici-ranni kształtuje się na poziomie 1:4, o tyle wśród Rosjan i separatystów jest to jeden do jednego. Przeżywalność rannych Ukraińców od początku wojny nie spadła poniżej 70%, pośród agresorów waha się w przedziale od 30 do 50% [1]. Ukraińcy wyciągnęli wnioski z traumy początków wojny z Rosją i położyli duży nacisk na szkolenie medyczne żołnierzy, które odbywało się pod okiem instruktorów z NATO. Przygotowali też ochronę zdrowia do działań w realiach pełnoskalowego konfliktu. Rosjanie tymczasem mają słabo rozwiniętą sieć szpitali polowych, oddziałom frontowym rzadko towarzyszą wozy sanitarne, a śmigłowce ewakuacji medycznej trzymają się z dala od linii frontu. Wojsko ukraińskie dysponuje tyloma przenośnymi zestawami przeciwlotniczymi, że paraliżuje to przemieszczanie się operujących na niskich pułapach maszyn. Niebagatelną rolę odgrywa również mentalność rosyjskich dowódców, nienawykłych do wysyłania śmigłowca po pojedynczych rannych.

Wojna koncentruje się teraz w Donbasie, gdzie obok regularnej armii rosyjskiej walczą milicje ludowych republik, niegdysiejsi posiadacze ukraińskich paszportów. W grupach internetowych na Telegramie oni sami, albo członkowie ich rodzin, skarżą się, że w przypadku ranienia nie mogą liczyć na wywózkę do szpitali w Rosji. Że zostają im tylko kiepsko wyposażone lecznice w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej. W efekcie przeżywa tylko jedna trzecia rannych, a reszcie „Noworosjan” trudno oprzeć się wrażeniu, że Moskwa traktuje ich jak mięso armatnie. Ale nawet solidne rosyjskie papiery nie gwarantują porządnej opieki. Żołnierze walczący na południu kierowani są do szpitali na Krymie, a półwysep jeszcze w czasach ukraińskich nie słynął z dobrej służby zdrowia. Rosyjscy okupanci po 2014 r. tego nie zmienili. Szpitale nie są w stanie leczyć wojskowych na odpowiednim poziomie i jednocześnie świadczyć usług cywilom, zwłaszcza w przypadku nagłych zdarzeń. Moskwa tymczasem pozostaje głucha na prośby o pomoc – nie dosyła lekarzy, sprzętu, skąpi na dostawach leków i materiałów opatrunkowych. W efekcie przeżywa pięciu z dziesięciu rannych Rosjan, trafiających na półwysep. Najwięcej szans mają poszkodowani z centralnego i północnego odcinka frontu, odsyłani do Rosji.  Kreml jednak – by nie wywoływać paniki wśród cywilnych Rosjan – ogranicza ów strumień jak może. Tym sposobem do ojczyzny wraca tyle samo Gruzu-200 – jak w rosyjskiej nomenklaturze określa się transport zmarłych – co Gruzu-300, czyli rannych.

[1] Dane w oparciu o rozmowy ze źródłami w dowództwie armii ukraińskiej i kwaterze głównej NATO. Mimo prób, nie udało mi się znaleźć potwierdzenia w rosyjskich źródłach. Stosowana przez NATO bardzo rygorystyczna metodologia weryfikacji danych dotyczących strat, każe mi założyć, że są to wiarygodne szacunki.

—–

Zdjęcie wykonane podczas ewakuacji medycznej rannego żołnierza Afgańskiej Armii Narodowej, zima 2012 roku/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 21/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bóg

Na schodach prowadzących do piwnicy było jeszcze widno. Lecz gdy tylko znaleźliśmy się w głębi pomieszczenia, ogarnęły nas egipskie ciemności.

– Czekaj, włączę lampę od kamery – powiedział Rafał, co zbiegło się z moim przeciągłym „kuuurwa!”, które wyrzuciłem z siebie, walcząc z chwilową utratą równowagi. Walcowaty przedmiot pod moim butem niemal mnie wywrócił – zwerbalizowana złość była zatem jak najbardziej na miejscu.

Aż gwizdnąłem z wrażenia, gdy lampa rozjaśniła nieco wnętrze piwnicy. Od kilkunastu lat moje zawodowe życie związane jest z wojskiem i wojną, ale takiej masy amunicji, w tak niedużym pomieszczeniu, jeszcze nie widziałem. Piwnica po brzegi wypełniona była skrzyniami z nabojami do AKS-ów i PK, granatami i pociskami do działek BWP-ów. To właśnie na jeden z takich pocisków – leżący luzem na podłodze – natrafiła moja stopa.

– Jak by to wszystko pierdolnęło… – Rafał również nie bawił się w językowe konwenanse.

– Noo… – odpowiedziałem, odkładając „potykacz” do najbliżej skrzyni.

I właśnie wtedy zjawił się nasz gospodarz, Walery. Jeden z kilkunastu żołnierzy armii rządowej, obsadzających posterunek pod Debalcewem. To on kazał nam zejść do piwnicy, gdy rozległy się wystrzały z minomiotów – jak na wschodzie mówi się o moździerzach.

– Strop solidny, wytrzyma – wojskowy chyba dostrzegł nasze niewyraźne miny, z których jasno wynikało, że wolelibyśmy być na zewnątrz. – No i mamy specjalną ochronę, potem wam pokażę.

„Specjalną ochroną” okazał się obrazek Matki Boskiej z Jezusem oraz krzyż z różańca, wiszące przy wejściu do amunicyjnego składu. Jeszcze kilka dni wcześniej te oznaki religijności bardzo mnie dziwiły. Wydawało mi się, że w poradzieckiej strefie kulturowej raczej ich nie spotkam – a przynajmniej nie w takim nasyceniu. Tymczasem krzyże i wizerunki świętych były widokiem nawet częstszym niż oficjalna symbolika państwowa – gdziekolwiek się pojawialiśmy. Przywyknąwszy zatem, tym razem jedynie kiwnąłem głową, gdy Walery pokazywał, co miał na myśli.

Schron w okolicach miasta Popasne - w tle również widać religijne obrazki.
Schron w okolicach miasta Popasne – w tle również widać religijne obrazki.

Witalij, weteran spod Iłowajska – gdzie latem zeszłego roku ukraińska armia poniosła ogromne straty – splunął na ziemię.

– Bzdury im opowiadasz – stwierdził. – Na tej wojnie jest tylko jeden bóg. Wiesz, jak się nazywa? – Witalij wlepił we mnie swoje pełne smutku i rezygnacji ślepia. Zaprzeczyłem. – Nazywa się Grad – Ukrainiec wypowiedział te słowa z mieszanka złości, nienawiści i lęku.

Zabrzmi to jak tandetna próba zwieńczenia wpisu, ale uwierzcie mi – minęło kilkanaście sekund i usłyszeliśmy serię nie tak odległych wybuchów. Jak się później dowiedzieliśmy, rakiety spadły na dziedziniec szpitala, zabijając jedną osobę, a kilka raniąc.

Srogi bóg przemówił.

Symbolika religijna do spółki z państwową. Schron w okolicy Popasne/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski
Symbolika religijna do spółki z państwową. Schron w okolicy Popasne/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zmęczenie

– Lód u nas twardy jak chuj – umorusany ukraiński żołnierz zaśmiał się rubasznie. – Nie tak łatwo go skruszyć.

Odwzajemniłem uśmiech. Staliśmy na brzegu jeziora, przy którym zbudowano umocnienia rządowej armii. Tuż obok nas – w miejscu, gdzie zbiornik zwężał się do kilkunastu metrów – znajdował się most, będący częścią tak zwanej „drogi życia”. Prowadzącej na północ szosy, łączącej nieodległe Debalcewo z zasadniczym terytorium Ukrainy. Na zachodzie, południu i wschodzie rozciągały się pozycje rebeliantów, których artyleria grzmiała teraz złowrogo.

002

Właściwie to nie słyszeliśmy już tego dźwięku – był tak oczywisty, tak wszechobecny, tak… naturalny, że wyłapywaliśmy tylko te jego nuty, które oznaczały bezpośrednie zagrożenie. A i to nie zawsze – sam, kilkanaście minut wcześniej, złapałem się na durnej nonszalancji. Kiedy stojąc w zaimprowizowanym wychodku, kompletnie zignorowałem donośny świst. Jak gdyby nigdy nic wróciłem w poprzednie miejsce, dostrzegając Rafała i kilku żołnierzy rozpłaszczonych na ziemi w pobliżu bewupa.

– Moździerz – rzucił podnoszący się żołnierz, a mnie zaatakowała wizja śmierci w kiblu, w trakcie sikania. Pokręciłem głową, odpędzając złe myśli.

Teraz też kręciłem. Lód rzeczywiście był twardy. Dopiero seria kilku rakiet, które upadły obok siebie, skruszyła zamarzniętą skorupę. A i tak krater sprawiał niepozorne wrażenie – aż trudno było uwierzyć, że stworzyły go siejące spustoszenie Grady.

– Lód twardy jak chuj – powtórzył żołnierz. – Jak my – dodał.

Skrzywiłem usta pod nosem. A kilkadziesiąt minut później – gdy na posterunku zjawiła się kolejna zmiana – zapytałem jednego z wojskowych:

– Wytrzymacie, gdy ruszą? – wskazałem palcem w stronę Debalcewa, mając na myśli atak lądowy.

Żołnierze z drugiej zmiany byli dużo starsi od swoich poprzedników – większość zapewne już po czterdziestce. Postanowiłem wykorzystać ten fakt.

– Te młode chłopaki, które były przed wami, mówiły nam, że „separów” nie przepuszczą. Że są twardzi…

– Czołgi i bewupy widzieliśmy – podbił stawkę Rafał. – Sporo jechało w stronę miasta.

Walery – kijowianin ze spłaszczonym bokserskim nosem – położył mi rękę na ramieniu.

– Twardzi – rzekł, patrząc mi w oczy. – Widzisz brat, zmobilizowali nas na wiosnę, mają zwolnić w marcu, może kwietniu. – To jeszcze parę tygodni, a my jesteśmy tak bardzo zmęczeni…

003

Fot. Michał Zieliński (1), Marcin Ogdowski (2 i 3)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Priorytety

Na wspomniany blok-post trafiliśmy cywilnym samochodem, prowadzonym przez mężczyznę, którego kompletnie nie pamiętam. Doskonale za to wryła mi się w pamięć siedząca obok niego, na oko 50-paroletnia, kobieta. W eleganckim futrze z pełnym makijażem na twarzy. Co było o tyle zdumiewające, że trzy godziny wcześniej, w pośpiechu, zebrała gromadę wnuków, i razem z towarzyszem wpakowała je do auta, by wywieźć z ostrzeliwanego Debalcewa.

Jednak jeszcze bardziej zdumiewające było to, że po odstawieniu dzieci para wracała do miasta, by… zamknąć drzwi od domu. Klucz, który nie zaryglował zamka, tkwił w ręku kobiety – nerwowo ściskany – a ja patrzyłem na tę dłoń, przez wiele sekund, nie mogąc wprost nadziwić się takim motywacjom.

– W mieszkaniu zostało wszystko, cały nasz dobytek – kobieta jakby miała świadomość szaleństwa swojego czynu i szukała dlań usprawiedliwienia. – W miasteczku szabrownicy, zbóje. Wejdą, wezmą co cenniejsze, resztę zniszczą. Musimy wracać, zamknąć drzwi.

„A drzwi nie wywalą?”. „Przecież jak przez dach wpadnie rakieta, to i tak wszystko na nic. Po co więc ryzykować?” – pytania sunęły mi się na usta, ale uznałem, że nie warto ich zadawać. Z czasem zaś dotarło do mnie, że zachowanie pary wcale nie było tak irracjonalne. Najpierw dzieci, potem majątek – porządek priorytetów został zachowany.

*         *         *

Dwa dni później w Krasnoarmiejsku – w tamtejszej szkole częściowo zamienionej w obóz dla uchodźców – spotkałem kobietę poważnie ranną w nogę. Rakieta wystrzelona z wyrzutni Grad trafiła w dom, a walący się strop przygniótł matkę 7-letniego chłopca.

– Na szczęście zdołałam nakryć dziecko własnym ciałem – uśmiech na twarzy mojej rozmówczyni był lekko wymuszony. Nie miałem wątpliwości, że walczy z bólem, co zresztą chwilę później potwierdziła para lekarzy, którzy przyszli odwiedzić uchodźców.

Jej sąsiadka z niewielkiej wioski Tonienko, Tatiana, stała obok przysłuchując się naszej rozmowie. Z córeczką na ręku, kiwała głową – w geście, który zdradzał psychiczne wyczerpanie.

– Trzy dni strzelali, a my siedzieliśmy w piwnicach – zaczęła swoją opowieść. – Zniszczyli większość domów.

– Kto strzelał? – spytałem.

– A kto to wie? – Tatiana zaśmiała się nerwowo. – Po trzech dniach, nocą, przyjechało ukraińskie wojsko. Spytali, czy chcemy się ewakuować, a my byliśmy tak otępiali od huku armat, że było nam wszystko jedno. Ale dzieci – kobieta mocniej ścisnęła córeczkę. – Dla dzieci trzeba było. Przecież to szaleństwo musi się kiedyś skończyć. Musi…

Dziś popołudniu w białoruskim Mińsku zaczynają się rozmowy pokojowe, przez niektórych określane mianem „rokowań ostatniej szansy”. Czy przyniosą jakieś wymierne efekty?

DSC00964

Fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to