Wrażenie

W nocy z czwartku na piątek rosjanie przeprowadzili kolejny rozległy nalot na terytorium Ukrainy, w którym użyto kilkuset środków bojowych – dronów, pocisków i rakiet. Ataki objęły miasta i krytyczne elementy infrastruktury.

Na celowniku znalazł się przede wszystkim Kijów – zginęły tam cztery osoby, a co najmniej 24 zostały ranne. Wśród poszkodowanych jest również kilku ratowników, którzy przybyli na miejsca pożarów – rosjanie zaatakowali ich z premedytacją; taki mają pomysł na zastraszanie służb ratunkowych, zniechęcanie ich do niesienia pomocy.

Ale dzisiejszej nocy uderzono również we Lwów i okolice. Między Lwowem a miejscowością Stryj spadł pocisk hipersoniczny Oresznik. Rakieta ta charakteryzuje się ogromną prędkością (powyżej 10 Machów – ponad 13 000 km/h) i teoretycznie może przenosić zarówno konwencjonalne, jak i jądrowe ładunki wybuchowe. Jest wielogłowicowa – w tym przypadku mówimy o sześciu głowicach, które „rozdzieliły się” w ostatniej fazie lotu.

rosjanie już raz się Oresznikiem („dziadkiem do orzechów) posłużyli – w 2024 roku, atakując Dnipro.

„Dziś, w odpowiedzi na terrorystyczny atak reżimu kijowskiego na rezydencję prezydenta federacji rosyjskiej w obwodzie nowogrodzkim, siły zbrojne przeprowadziły zmasowane uderzenie z użyciem precyzyjnej broni dalekiego zasięgu bazowania lądowego i morskiego, w tym mobilnego naziemnego systemu rakietowego średniego zasięgu Oresznik”, głosi komunikat rosyjskiego MON. Wieńczy go stwierdzenie, że wszystkie zamierzenia operacji zostały zrealizowane.

W sukurs tej informacji idą doniesienia kolportowane przez (pro)rosyjskich propagandystów, wedle których magazyn gazu w Stryju – obok innych obiektów energetycznych – również poszedł z dymem. Innymi słowy, jest sukces – gaz wszak to paliwo używane w energetyce, a Moskwie chodzi o to, by ukraińską energetykę zabić. Zimą, by zabić też ducha oporu zamarzających Ukraińców. Skądinąd wspomniani propagandyści w ogóle się nie krygują i mówią o tych zamiarach wprost, uważając, że to zupełnie normalny sposób prowadzenia wojny – odbieranie cywilom wody, ciepła, prądu. Ot, kolejny przykład moralnej i umysłowej degeneracji skarpetkosceptyków…

Do rzeczy. Oresznik to groźna broń. Lecącego pocisku w zasadzie nie da się zestrzelić (odpowiednią technologię posiadają jedynie Stany Zjednoczone i Izrael), uzbrojony w głowice bojowe może dokonać dużych, a w przypadku „atomówek” ogromnych zniszczeń. Ale tak jak w Dnipro, tak i pod Lwowem, rosjanie użyli głowic ćwiczebnych. Łódek wypełnionych betonem. W miejscu, w którym coś takiego lutnie, powstanie spory dół. Biada zabudowie, która znajdzie się na drodze – energia kinetyczna takiego zdarzenia wystarczy, by uszkodzić pokaźnej wielkości budynek. Aż tyle i tylko tyle. Nie ma eksplozji, nie ma większych zniszczeń.

Co więcej, Oresznika zaprojektowano m.in. do niszczenia ukrytych pod ziemią stanowisk dowodzenia. Głowica bojowa ma zdolność penetracji na głębokość mniej więcej 100 metrów. Zbiorniki magazynu w Stryju znajdują się 400 metrów pod powierzchnią, więc nawet przy zastosowaniu całego spektrum możliwości Oresznika, nic by to nie dało, o czym rosyjskie dowództwo z pewnością wie.

We Lwowie i okolicy nikt nie zginął, system FIRMS nie odnotował żadnego pożaru.

Propagandyści więc kłamią, choć rosyjski MON już niekoniecznie. Oresznika bowiem nie użyto do osiągnięcia jakiegoś konkretnego efektu niszczącego, lecz do wytworzenia skutku politycznego i psychologicznego. Lądujące nieopodal Lwowa głowice to próba zastraszenia Ukrainy i Zachodu samym faktem użycia broni kojarzonej z poziomem strategicznym. Moskwa chciała pokazać, że ma jeszcze „rezerwy strachu” do uruchomienia.

Czy osiągnęła efekt? Po części tak, bo o Oreszniku piszą dziś wszystkie liczące się zachodnie media. Pytanie, czy damy rosjanom więcej i pozwolimy się zastraszyć? Oreszników jest jak na lekarstwo, są dalece niedoskonałe – biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia, częściej toto wybuchało przy starcie, niż dolatywało do celu. A ich najgroźniejsza natura objawić się może wyłącznie w konflikcie, w którym nie byłoby granic eskalacji, którego nikt nie zacznie, bo nikt go nie wygra. Spójrzmy więc na sprawy tak, jak one wyglądają: rosja strzela coraz drożej i coraz głośniej, ale coraz częściej po to, by zrobić wrażenie. Nie dajmy się temu wrażeniu zwieść. Ukraińcy się nie dają i dzisiejsze użycie „dziadka do orzechów” zwyczajnie po nich spływa…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. odczyt z FIRMS-a, z ostatniej doby. Stryj w „kółeczku” (Lwów powyżej). Jak widać, satelity nie zarejestrowały żadnych ognisk pożarów…

Przedmurze

putin oczekuje, że ukraińska armia opuści Donbas. To jedno z żądań, od spełniania których rosyjski przywódca uzależnia wstrzymanie działań wojennych i rozmowy o pokoju. Kremlowski dyktator sili się na stanowczość, wydaje się, że przemawia z pozycji siły, mając za sobą potężne imperium i jego armię. Tymczasem ów postulat to dowód słabości najeźdźców…

Do lutego 2022 roku rosjanie kontrolowali po jednej trzeciej obwodów donieckiego i ługańskiego. Obecnie mają całą Ługańszczyznę oraz trzy czwarte Doniecczyzny (20 z 26,5 tys. km kw. obwodu). W ich rękach jest zatem większość Donbasu, co stwarza pozory solidnego sukcesu, póki nie uświadomimy sobie, że jego wypracowanie zajęło kilkanaście lat.

Tak zresztą jest z całością rosyjskich zdobyczy w Ukrainie. W 2014 i 2015 roku Moskwa przejęła siłą 44 tys. km kw. ukraińskiego terytorium (nieco ponad siedem procent całości), w 2022 roku dołożyła do tego kolejne 65 tys., ten ostatni „urobek” zawdzięczając ofensywie prowadzonej w warunkach gigantycznej przewagi technicznej i materiałowej. W drugim, trzecim i czwartym roku pełnoskalowej wojny – mimo iż rosyjski kontyngent wzrósł 3,5-krotnie (ze 180 do 700 tys. żołnierzy) – łączne rosyjskie zyski terytorialne nie przekroczyły 6 tys. km kw. Od zakończenia serii ukraińskich kontrataków w listopadzie 2022 roku, gdy wojna przybrała formę pozycyjną, do teraz, rosjanie podbili ledwie 0,97 proc. ukraińskiego terytorium. Więc owszem, po 11 latach zabiegów ukradli Ukrainie prawie jedną piątą ziemi, ale za wyjątkiem dwóch efektywnych zrywów – z 2014 i 2022 roku – stoją lub pełzają, ponosząc przy tym gigantyczne koszty. Dość przypomnieć, że do tej pory zginęło lub zostało rannych ponad milion rosyjskich żołnierzy, a Moskwa utraciła dziesiątki tysięcy jednostek sprzętu.

Istotna część tych strat przypada na Donbas, front chersoński zamarł bowiem zimą 2022 roku, a zaporoski jesienią 2023. Walki toczą się jeszcze na obrzeżach obwodu charkowskiego, a od niedawna także sumskiego (no i po drodze mieliśmy ukraińską eskapadę w regionie kurskim w rosji), ale nie będzie przekłamaniem stwierdzenie, że Ukraina i federacja ścierają się przede wszystkim w Donbasie. W tym kontekście staje się jasne, dlaczego putin chciałby ten front jak najszybciej zamknąć.

—–

A dlaczego Ukraińcy tak zaciekle walczą w tej części kraju? Wyjaśnień jest co najmniej kilka – od lokalnego patriotyzmu miejscowych obrońców po kwestie ekonomiczne, związane z wartością donbaskich złóż mineralnych. Jednak istotą rzeczy zdaje się być specyficzny wojenny pragmatyzm. „Musimy z nimi walczyć tu, bo inaczej znów przyjdą pod nasz dom”, to słowa mojego znajomego z Kijowa, nieżyjącego już żołnierza ZSU, który walczył – i poległ – w nielubianym przez siebie Donbasie.

Idea Donbasu jako strefy zgniotu jest powszechna pośród Ukraińców i poskutkowała rozbudowanymi projektami inżynieryjnymi. Kordon, który początkowo miał zatrzymać separatystów i stosunkowo nielicznie wspierających ich rosjan, przybrał postać głęboko urzutowanego systemu umocnień. W jego skład weszły okopy, bunkry, punkty obserwacyjne, pola minowe i zapory przeciwpancerne. Pas umocnień rozciąga się na długości około 50 kilometrów, obejmując kluczowe miasta, takie jak Słowiańsk, Kramatorsk, Drużkiwka i Kostiantyniwka. Zarazem te miejscowości są ważnymi węzłami logistycznymi dla ukraińskich sił zbrojnych operujących na wschodzie kraju. Co istotne, system fortyfikacji, jakkolwiek zawiera sztuczne elementy obronne, nade wszystko wykorzystuje przeszkody naturalne. Wzgórza, rzeki, kanały, tereny podmokłe, leśne; wszystko, co ogranicza wojskom wroga swobodę przemieszczania. Sprawa oczywista, tym niemniej w ukraińskim kontekście warta podkreślenia, bo nie chodzi tylko o to, że przez ostatnie 11 lat Ukraina zainwestowała ogromne środki w zbudowanie tego systemu – a teraz pieniędzy i czasu nie ma. Rzecz w tym, że kolejnego pasa umocnień nie byłoby gdzie zbudować.

—–

Gdyby armia ukraińska dobrowolnie opuściła Doniecczyznę, kolejną linię obrony można by stworzyć 80 km głębiej, licząc od aktualnie zajmowanych pozycji. A i tak nie byłaby ona tak dogodna, jak „forteca Donbas”. Uproszczając sprawy – za Donbasem, patrząc na zachód, zaczynają się ukraińskiej stepy. Otwarty teren, w którym trudniej lokować punkty oporu. Także czysto motorycznie jego pokonanie nie nastręczyłoby rosjanom tak wielu trudności. I nie, nie da się „machnąć ręką na puste pola”, bowiem najeźdźcy zyskaliby przestrzeń do uderzeń na północ, w stronę Charkowa, i na południe, w kierunku Zaporoża. Tym właśnie – poza zagrożeniem dla miasta Dniepr – groziłoby wylanie się rosjan w ukraińską przestrzeń operacyjną na wschodzie.

Ale przecież armia rosyjska, nawet jeśli zwolnić ją z konieczności przebija się przez donbaski pas umocnień, nie byłaby w stanie przeprowadzić tak dużych operacji zaczepnych (pomaszerować w stronę Charkowa i/czy Zaporoża) – mógłby zauważyć ktoś. Dziś nie, ale w grze o Donbas nie chodzi tylko o „tu i teraz”. Ukraińcy – władze i zwykli mieszkańcy kraju – za grosz nie ufają zapewnieniom Moskwy, że ta poprzestałaby na Donbasie. Że nie sięgnęłaby po sąsiadujący z Doniecczyzną obwód dniepropietrowski, ba,  że oparłaby się pokusie zajęcia całego Zadnieprza. W Kijowie dobrze wiedzą, że nawet jeśli dojdzie do zamrożenia wojny, o trwałym zamrożeniu rosyjskich ambicji imperialnych nie będzie mowy. Że może nie dziś czy jutro, ale pojutrze rosja znów zagra o pełną lub pełniejszą stawkę. Więc nie należy jej w żaden sposób ułatwiać. Nie wolno oddawać niczego za darmo.

rosjanie i tak wezmą Donbas – przekonuje nie tylko rosyjska propaganda; ostatnio tego typu głosy popularne są na przykład w USA, w środowiskach wspierających trumpa. Sam amerykański prezydent jest tego zdania. To bez wątpienia zasługa putina, który przekonał przywódcę Stanów Zjednoczonych do tej opinii, licząc, że Waszyngton nakłoni do ustępstw Kijów. No więc nie da się wykluczyć scenariusza, w którym i Doniecczyzna wpadnie w łapy najeźdźców. Tyle że osiągnięcie takiego sukcesu może zająć rosjanom kolejny rok zmagań, co przełoży się na setki tysięcy następnych ofiar. Być może po drodze wreszcie się opamiętają, a jeśli nie, po wszystkim będą musieli jeszcze więcej czasu poświęcić na lizanie ran. Tak kalkulują w Kijowie, który propozycje putina, i sugestie Amerykanów, otwarcie odrzuca. Donbas pozostanie ukraiński póki będzie go czym bronić…

Pełną wersję tego tekstu przeczytacie w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich trzech tygodni: Łukaszowi Podsiadło, Janowi Adamskiemu, Eugeniuszowi Dębskiemu, Sławomirowi Dudko i Urszuli Ptak.

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Granada

„W drodze do Dnipro, kurnikiem, który kiedyś był autobusem. Obok mnie siedzi na oko 30-letnia dziewczyna z synem. Archetyp słowiańskiej urody w wiejskim wydaniu. Na tapecie telefonu ma swoje zdjęcie w skromnym stroju kąpielowym, w nieskromnej pozie. A gdy aparat dzwoni, rozlega się melodia radzieckiego/rosyjskiego hymnu. Jesteśmy na Ukrainie, która de facto znajduje się w stanie wojny z Rosją. Marszrutka pełna, także żołnierzy. Nikt nie reaguje…”

Napisałem te słowa dokładnie 10 lat temu, podczas swojej pierwszej wojenno-reporterskiej wyprawy do Donbasu (stąd „na” i rosja z wielkiej; zachowałem oryginalny zapis). Gdy przeglądam sporządzone wówczas notatki, niekiedy uśmiecham się pod nosem – zdumiewały mnie sytuacje, które dziś uchodzą za oczywiste. Drwię sobie nieco ze swojej niewiedzy i naiwności, choć z drugiej strony mam też świadomość ogromu roboty wykonanej „po drodze”. Ileż musiałem się tej Ukrainy nauczyć…

Ale ja nie o tym.

Opisana sytuacja nie była wyjątkowa. Kilkanaście dni wcześniej trafiłem do Kramatorska. W hotelu noszącym nazwę miasta rozlokowało się wojsko – zaledwie jedno z pięter udostępniono dla „normalnych” gości. Za opłatę plus łapówkę wynajęliśmy z kolegami 3-pokojowy „apartament”, który stał się naszą „bazą”. Za dnia wizytowaliśmy front, na noc wracaliśmy do hotelu. W jednym z pomieszczeń każdego wieczoru wyświetlano filmy – odgłosy ścieżki dźwiękowej dochodziły do baru, ale seans był wyłącznie dla żołnierzy. Drzwi do „sali kinowej” strzegła pani z obsługi, zacnych rozmiarów niewiasta. Dopiero trzeciego dnia, widząc znajome już gęby, „strażniczka” wpuściła nas do „kina”. Co zobaczyłem na zaimprowizowanym ekranie? Ano kadr z „9. Kompanii”, rosyjskiej superprodukcji, opowiadającej losy sowieckiego oddziału wysłanego w latach 80. do Afganistanu. Film ewidentnie „wessał” kilkunastu oglądających go żołnierzy. Fakt, był świetnie zrobiony, no ale był też rosyjski… „To także ich historia”, tłumaczyłem sobie zachowanie ukraińskich wojskowych.

Kilka miesięcy później popiłem z żołnierzami, którzy stali na wysuniętych pozycjach pod Mariupolem. Wódka to czy nawyk, nie mam pojęcia – w każdym razie w którymś momencie jeden z wojskowych zaintonował piosenkę grupy „Lube”. „A na wajnie kak na wajnie”, zaczął i poleciało. Utwór „Kombat”, potem inne; śpiewało w sumie kilka osób, sam się przyłączyłem. Znałem te strofy, bo gdy jesienią 2014 roku zaczynałem sobie odświeżać rosyjski, robiłem to m.in. słuchając muzyki. A na „Lube” natknąłem się kilka lat wcześniej, twórczość rosjan – ckliwie opiewająca żołnierski los – cieszyła się bowiem dużą popularnością pośród Polaków służących w Afganistanie. No więc śpiewałem i ja – na tyle jeszcze trzeźwy, by mieć poczucie surrealizmu. Ukraińscy żołnierze na co dzień strzelający do putinowców, wykonywali piosenkę ulubionego zespołu putina…

Ale, jak mawia klasyk, dawno to już i nieprawda.

Nie wiem, skąd u mnie notes z logo uniwersytetu w Granadzie – nigdy nie byłem w Hiszpanii. Tak czy inaczej mam zeszycik z dwugłowym orłem na niebieskiej okładce. I wziąłem go ostatnio do Ukrainy, wszak jestem z pokolenia, które notuje na kartkach, długopisem. I poszedłem z tą „granadą” na spotkanie do lokalnej administracji wojskowej. Przyznam bez bicia – nie dostrzegłem zainteresowania, jakie mój kajet wywołał u gospodarza, zarządcy jednego z miasteczek obwodu charkowskiego. Zorientowałem się post factum, gdy tenże podszedł do mnie i zastukał palcem po okładce. „Myślałem, że to rosyjski orzeł”, powiedział. „I w pierwszej chwili chciałem cię wyrzucić”, przyznał. „Uratował cię ten napis”, raz jeszcze stuknął palcem w napis pod orłem. „Universidad de Granada”, przeczytał na głos i klepnął mnie w ramię.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

A na zdjęciu ja, z tego pierwszego ukraińskiego wyjazdu. Gęba jakaś taka młodsza…/fot. Rafał Stańczyk

Paraliż

Jakkolwiek by to rosyjska propaganda racjonalizowała, utrata kontroli nad własnym terytorium jest dla Kremla nie do zaakceptowania. W oczach obywateli odbiera władzy atut sprawczości, obnaża jej słabość, niszczy wizerunek imperialnej siły państwa – wszystko, na czym osadza się legitymizacja reżimu. Zatem władimir putin zrobi wiele, by Ukraińców z obwodu kurskiego wyrzucić.

I robi – ściągnął do obwodu masę wojska, sięgnął po Koreańczyków (co zasługuje na miano desperacji), podległe mu wojska już kilkukrotnie przeprowadzały „generalne szturmy”. Coś tam Ukraińcom odebrano, ale co do zasady Siły Zbrojne Ukrainy gruntownie przygotowały się do obrony i ani myślą odpuszczać. Ta nieustępliwość to gwarancja powodzenia planu „ziemia za ziemię”; wojska ukraińskie muszą kurską zdobycz „dowieźć” do zawieszenia broni.

Zachodnie pociski i rakiety mogą im w tym wydatnie pomóc – mimo iż Kijów ma w tym momencie po około 50 sztuk ATACMS-ów i Storm Shadowów/SCALP-ów. O ile bowiem to nie wystarczy, by „przetrącić kręgosłup” całości sił inwazyjnych Moskwy, o tyle taka ilość amunicji użyta wyłącznie w obwodzie kurskim (i w przyległościach) może rosjan lokalnie sparaliżować. Taki efekt przyniosłyby precyzyjne uderzenia w bazy logistyczne i stanowiska dowodzenia.

Zobaczmy, co się wydarzyło na przestrzeni ostatnich kilku dni.

Na początku tygodnia Ukraińcy uderzyli sześcioma ATACMS-ami w rosyjski skład amunicji w obwodzie biełgorodzkim. W środę 12 pocisków Storm Shadow spadło na podziemny kompleks dowódczy znajdujący się w obwodzie briańskim. Oba regiony sąsiadują z kurskim i stanowią zaplecze dla rosyjsko-koreańskiej kontrofensywy. Być może to zbieg okoliczności, ale warto odnotować, że po tych wydarzeniach presja na ukraińskie pozycje w obwodzie kurskim znacząco osłabła. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zwłaszcza atak Storm Shadowami był dla rosjan (i Koreańczyków) dotkliwy. Porażono sztab całej operacji kurskiej, zginęło i zostało rannych kilkudziesięciu oficerów, w tym jeden z koreańskich generałów.

Oczywiście, rosjanie i ich azjatyccy sojusznicy będą gotowość bojową odtwarzać, ale wyobraźmy sobie, że Ukraińcy także pozostaną konsekwentni – i wyprowadzą kolejne uderzenia. Jeśli prawdą jest, że putin chciałby odzyskać Kursk przed 20 stycznia (inauguracją prezydentury Donalda Trumpa, która może oznaczać nowe otwarcie na linii Moskwa–Waszyngton, a przynajmniej takie nadzieje mają na Kremlu), ten plan stanąłby pod znakiem zapytania.

A wcale nie jest tak, że tylko Ukraińcom kończy się czas – rosjanie również potrzebują co najmniej zamrożenia konfliktu. W ich interesie jest rozmawianie z pozycji siły, tymczasem ukraińska okupacja nawet skrawka rosji uczyni moskiewskich negocjatorów petentami (co rzecz jasna dotyczy tylko części podejmowanych w trakcie negocjacji ustaleń). Dlatego zachodnie rakiety z opcją do wykorzystania na terenie rosji tak bardzo mierżą Moskwę. I dlatego Kreml znów odpalił kampanię atomowego szantażu, najpierw „podkręcając” własną doktrynę jądrową, a później atakując Dnipro przy użyciu rakiety przeznaczonej do przenoszenia ładunków nuklearnych. To desperacka próba wymuszenia na Zachodzie, by cofnął zgodę na atakowanie celów w rosji. Inaczej swojej przyszłej pozycji negocjacyjnej rosjanie poprawić nie potrafią.

Otwarte pozostaje pytanie, czy ktoś zlęknie się kremlowskich gróźb…

—–

Całość tekstu, który opublikowałem dziś w portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. screen z filmiku zarejestrowanego przez ukraińskiego drona. Kadr przedstawia eksplozję jednego ze Storm Shadowów, którymi zaatakowane rosyjskie centrum dowodzenia w obwodzie briańskim.

Swoboda

Kilka dni temu rosja formalnie „podkręciła” doktrynę jądrową, a dziś zaatakowała Dnipro nieuzbrojonym pociskiem rakietowym przeznaczonym do przenoszenia głowic nuklearnych. Atomowy szantaż Moskwy wszedł na wyższy poziom. Dlaczego?

Najpierw odrobina nieodległej historii. W 2022 roku Kreml rozważał sięgnięcie po broń jądrową, przerażony ukraińskimi zwycięstwami z lata i jesieni. Tamę postawiły Chiny, grożąc odcięciem rosji od ekonomicznej kroplówki, oraz Stany Zjednoczone, zapowiadając bolesny odwet. Byłoby nim zniszczenie kluczowych elementów rosyjskich sił inwazyjnych w Ukrainie i posłanie na dno floty czarnomorskiej – przy użyciu konwencjonalnych środków bojowych.

Po takim ciosie rosja miałaby dwa wyjścia. Pierwszym byłaby zbrojna odpowiedź i ryzyko dalszej eskalacji do poziomu niewygrywalnej wojny jądrowej z USA włącznie. Drugą reakcją mogłoby być nic-nierobienie, szkodliwe dla międzynarodowego statusu federacji, nade wszystko zaś niosące wewnętrzne zagrożenie dla putinowskiego reżimu, któremu rosjanie nie wybaczyliby takiego upokorzenia (siebie i swojego kraju). W obliczu tak zdefiniowanych alternatyw lepiej było po broń A nie sięgać (i próbować pokonać Ukraińców na inne sposoby).

Jak wygląda sytuacja dziś?

Nic nie wskazuje na to, by Pekin przewartościował wstrzemięźliwe podejście do kwestii atomowej eskalacji. Co więcej, na przestrzeni dwóch minionych lat stan rosyjskiej gospodarki uległ istotnemu pogorszeniu, a znaczenie chińskiej kroplówki wzrosło. Mają więc Chińczycy dużo większe możliwości nacisku na rosjan i ich powściągania.

Co zaś się tyczy amerykańskiej tamy – tak jak jesienią 2022 roku, tak i obecnie potencjał USA pozwalałby na zadanie rosji dotkliwego ciosu bez sięgania po broń jądrową. Teraz byłoby to nawet łatwiejsze, zważywszy na postępującą degradację techniczną rosyjskiej armii. Dość zauważyć, że „po drodze” utraciła ona wiele najcenniejszych aktywów, w tym sporo systemów przeciwlotniczych S-400.

Niestety, sfera ściśle militarna to jedno, obszar polityki drugie – a tu mamy istotne zmiany. Groźby Waszyngtonu inaczej brzmiały jesienią 2022 roku, inaczej brzmiałyby dziś. I nie chodzi tylko o obnażoną w międzyczasie zachowawczą politykę Joe Bidena, co o fakt, że obecny prezydent kończy kadencję i jego sprawstwo jest mocno ograniczone. Na Kremlu wiedzą o tym doskonale, ów stan zawieszenia supermocarstwa postrzegając jako słabość. Co więcej, antycypacje dotyczące polityki przyszłego amerykańskiego prezydenta dają „kremlinom” nadzieje na bardziej ugodowe relacje z USA, oczywiście kosztem Ukrainy.

Konkludując, Moskwa nadal NIE MA wolnej ręki jeśli idzie o potencjalne użycie broni jądrowej wobec Kijowa, ale – tak przynajmniej postrzegają to na Kremlu – zwiększa się jej swoboda w zakresie atomowego szantażu. Bo z dużym prawdopodobieństwem Stany nawet nie pogrożą rosji, nie dojdzie więc do retorycznej „napinki mięśni”, z której ktoś (czytaj: słabsza federacja) musiałby się wycofać jako pokonany. Można więc grać va banque, z nadzieją, że Ukraińcy i świat się przestraszą.

—–

Na dziś to tyle. Wybaczcie krótką formę, ale mam za sobą kilka bardzo aktywnych dni, część w męczącej podróży. Muszę więc złapać odrobinę oddechu.

Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych moich wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Pocisk, który spadł na Dnipro, miał zostać wystrzelony z okolic Astrachania.