Drogi

Zauważyliście pewnie, jak zasuwają ostatnio Ukraińcy. Co ich tak gna, poza oczywistą potrzebą wyzwolenia własnych terytoriów?

Najpierw trochę historii.

Zachodnio-centryczna wizja zmagań z lat 1914-18 zdominowała refleksję historyczną i w naszej części Europy. Wielka Wojna to i dla nas, Polaków, nade wszystko okopowa rzeź na polach Flandrii, w błotnym anturażu odpowiedzialnym za śmiercionośne warunki sanitarne. Ale przecież i na froncie wschodnim maź zatruwała żołnierzom życie. W zapiskach dokumentujących szlaki bojowe niemieckich i austro-węgierskich pułków wielokrotnie wspomina się o błocie (niekiedy, w zależności od rejonu działań, towarzyszy temu przymiotnik „polskie”). Hamowało one ofensywę na Warszawę z wczesnej jesieni 1914 roku, solidnie krzyżowało szyki podczas zmagań nad jeziorami mazurskimi w lutym 1915 roku. Wówczas to gwałtowna odwilż i rzęsiste deszcze przemieniły pole bitwy w rozlewisko, a szlaki komunikacyjne w bagna i potoki. A potem przyszedł mróz, skuwając wszystko lodem, rosjanom utrudniając ucieczkę, nie na tyle skutecznie jednak, co Niemcom pościg.

Pomni tych doświadczeń dowódcy Wehrmachtu kampanię w Polsce zaplanowali na późne lato 1939 roku. Suchy wrzesień nie zawiódł ich oczekiwań, pomagając w przeprowadzaniu błyskawicznych uderzeń. Dwa lata później ów czynnik pogodowy wzięto pod uwagę, projektując założenia operacji Barbarossa. Przewidując, że im dalej na wschód, tym gorsze drogi, a więc i większe problemy. Wielu amatorów historii podziela dziś mylne przekonanie, że niemiecki atak na ZSRR został opóźniony o kilka tygodni, z uwagi na nieplanowane wcześniej zaangażowanie sił zbrojnych III Rzeszy na Bałkanach (co miało zadecydować o niemieckiej klęsce pod Moskwą, do której najeźdźcy podeszli za późno). Tymczasem jeszcze na początku czerwca 1941 roku na rozległych obszarach rosji, Białorusi i Ukrainy deszcz „produkował” nieprzebrane masy błota, w którym utknęłyby nie tylko zmotoryzowane oddziały armii niemieckiej, ale i jej wciąż oparta o transport konny logistyka. Wiedział o tym Hitler, wiedzieli jego generałowie, stąd końcówka czerwca świadomie wybrana jako moment ataku. Stąd podjęcie kolejnej operacji zaczepnej dopiero w lipcu następnego roku…

Wracam do tematu rasputnicy, bo za kilkanaście dni powinna nastąpić jej jesienna odsłona. Co w mojej ocenie przełoży się na dynamikę działań wojennych w Ukrainie. Gdy podjąłem temat dwa tygodnie temu, kilka osób napisało mi, że współczesne armie są już w wysokim stopniu uniezależnione od kaprysów pogody – w związku z tym front „nie ostygnie”. Też nie twierdzę, że ostygnie – po prostu przewiduję wyhamowanie dużych, manewrowych operacji do czasu aż nastaną pierwsze mrozy. Współczesne czołgi wciąż pozostają niezgrabnymi kolosami – i przy odpowiednim nagromadzeniu błota zwyczajnie w nim utkną (zauważyliście, że na północy Ukraińcy używają już teraz przede wszystkim lżejszych wozów?). Obserwowaliśmy to w marcu, z satysfakcją kontemplując podtopione ruskie tanki; wtedy to orki były w natarciu i to im bardziej zależało na przejezdności pokonywanych terenów. Dziś inicjatywa jest po ukraińskiej stronie, a front przesuwa się w rejony Donbasu, gdzie nie ma za wielu przyzwoitych dróg.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną anegdotę. Latem 2016 roku podróżowałem samochodem z Charkowa do Siewierodoniecka. Dość szybko zjechaliśmy z porządnej szosy i… przepadliśmy. To znaczy takie wrażenie odniósł towarzyszący mi fotoreporter, dla którego był to pierwszy wyjazd do Ukrainy. „Kiedy wskoczymy na jakąś główną drogę?”, zapytał, umęczony jazdą po wertepach, przy których najgorsza polska droga z połowy lat 90. wyglądała jak autostrada. „Paweł”, odparłem. „Ale my jedziemy główną drogą…”.

Donbas do 2014 roku i bez wojny był miejscem zapomnianym przez boga. Po upadku sowietu państwo niemal przestało tam istnieć i świadczyć wiele z podstawowych usług. Publiczna infrastruktura popadała w ruinę, remonty przeprowadzano rzadko i byle jak. Prowincja, zarządzana niczym udzielne księstewko przez złodziei i prorosyjskich politycznych baronów (co zwykle oznaczało te same osoby), miała oczywiście swoje „okna wystawowe” – Donieck i kilka innych większych miast – lecz generalnie tkwiła w materialnym rozkładzie, w którym trudno się żyło i trudno przemieszczało.

A teraz te drogi porozjeżdżały jeszcze czołgi.

Oczywiście, pogoda może nas zaskoczyć. Zmiana klimatu jest faktem, zaburzenia naturalnych dotąd cyklów stają się coraz powszechniejszym zjawiskiem. W efekcie jesiennej rasputnicy może nie być, może okazać się nie tak dokuczliwa; na tym etapie to wróżenie z fusów (mniej uprawnione niż wnioski z historycznych doświadczeń). Przyjmijmy jednak, że wszystko potoczy się „po staremu”. Nie sądzę, by Ukraińcy zawiesili wówczas działania zaczepne. Po prostu, nie będą one tak spektakularne. Nastąpi ciąg dalszy grillowania rosjan przy użyciu precyzyjnej artylerii, czemu będą towarzyszyć lokalne kontrataki – nie tyle dla kolejnych korekt terytorialnych, co dla nękania przeciwnika.

Bo rosjanie – ten zamysł wydaje się coraz bardziej oczywisty – inicjatywy operacyjnej woleliby nie podejmować. Nie spodziewam się rosyjskich ofensyw, wieszczonych przez niektórych po ogłoszeniu przez Kreml mobilizacji. Moim zdaniem, najeźdźcy zamierzają się przegrupować – odpocząć, odbudować na ile się da potencjał bojowy poharatanych oddziałów – i w takim „stanie skupienia” przeczekać zimę.

Aby stało się to możliwe, na północy muszą ustabilizować front, na południu rozbudować obronę. Pytanie, czy Ukraińcy pozwolą, nie jest jedynym, jakie muszą sobie teraz zadać dowódcy „operacji specjalnej”. W rosyjskiej infosferze (mam świadomość ograniczonej reprezentatywności środowiska internetowego) następuje bowiem coś nieprawdopodobnego – rozlewa się fala krytyki dowództwa i armii (choć jeszcze nie putina). Padają najcięższe zarzuty – głupoty, tchórzostwa, nepotyzmu – pojawia się refleksja (jakże trafna…), że wojsko jest nic niewarte. Ten chór wzmagają opinie Kadyrowa i Prigożyna (szefa Wagnera), którzy wprost domagają się dymisji szojgu. Ów „pręgierz” można potraktować jako medialny szum, ale jak potraktuje go putin? Jeśli dostrzeże w nim oznaki buntu/rozkładu dyscypliny trzymającej w ryzach reżim, i on może zażądać głów. Przede wszystkim zaś działania. Gotowi (wyszkoleni, uzbrojeni) czy nie, rosyjscy żołnierze mogą wówczas zostać pchnięci do szaleńczych ataków. Byle tylko wykazać, że to Moskwa znów rozdaje karty…

PS. A ja mam dziś urodziny, w związku z czym życzę sobie sromotnej porażki armii rosyjskiej i międzynarodowego trybunału dla putina. Najpierw jednak chciałbym, żeby w jednym z ostatnich dekretów posłał putler Kadyrowa na front. Wiele bym dał, by zobaczyć tego tik-tokowego bohatera z gruzem w nogawkach…

—–

Zdjęcie ilustracyjne – wykonałem je w Afganistanie zimą 2012 roku/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Referenda”

Kilka osób zapytało mnie, o co chodzi z tymi referendami w Doniecku i Ługańsku. „Co oni kombinują?” – zastanawiają się Czytelnicy, mając na myśli zarówno Moskwę, jak i „separów”. Niezorientowanym wyjaśniam – wczoraj ci drudzy zaapelowali o jak najszybsze przeprowadzenie referendów w sprawie przyłączenia obu tzw. republik ludowych do Rosji. „Nadszedł czas, aby wymazać nieistniejącą granicę między naszymi państwami”, tamtejsze media cytują przewodniczącego Izby Publicznej DRL Aleksandra Kofmana. Na marginesie – nadal nie wiadomo, gdzie jest doniecki „numero uno” Penis Duszylin (odkąd kanalia zadekretował, oficjalnie!, że nie wolno zamieniać pierwszych liter jego imienia i nazwiska, czynię to z ogromną lubością). Kilka dni temu zwiał z Doniecka, najpewniej do rosji, i jak dotąd się nie objawił.

Mniejsza o niego – idea referendów spodobała się byłemu rosyjskiemu prezydentowi Dymitrowi Miedwiediewowi, o czym poinformował na Telegramie. Miedwiediew to w ostatnim czasie propagandowa strzelba reżimu, miotająca groźby i bluzgi pod adresem krajów wspierających Ukrainę. Tajemnicą poliszynela jest, że odstawiony przez putina na boczny tor polityk od dawna mierzy się z chorobą alkoholową. I to głównie po pijaku aktywuje się w sieci. Niezależnie od knajackich standardów putinowskiej polityki i dyplomacji, pewnych rzeczy pisać i mówić nie wypada czy to Ławrowowi czy Pieskowowi; rolę użytecznego idioty realizuje więc „Dimon”. Trudno jednak ocenić, czy w tym przypadku jego „tak” dla pomysłu separatystów oznacza zgodę Kremla (Miedwiediew potrafi bowiem „odlecieć”).

Przystając na propozycje liderów ŁRN i DRL Moskwa dużo ryzykuje.

Nie sądzę, by był to pomysł skrojony na Kremlu. W mojej ocenie jest on desperacką próbą uzyskania większych gwarancji bezpieczeństwa dla pseudo-republik ze strony Moskwy. Ukraińcy po ostatniej kontrofensywie nie zatrzymali się w granicach obwodu charkowskiego – weszli na ługańszczyznę. Od kilku dni – wzorem wcześniejszych działań na innych odcinkach frontu – „grillują” zaplecze wroga przy użyciu precyzyjnej artylerii rakietowej. Jest oczywiste, że zamierzają iść za ciosem i wyzwolić kolejne tereny, także te utracone w 2014 roku.

Przed lutym 2022 roku połączone „siły zbrojne” ŁRL i DRL liczyły 40 tys. bojców. Było to ostrzelane w kilkuletniej wojnie okopowej, nieźle wyposażone „wojsko”. Tyle że nie ma już po nim śladu – trzon został wytracony, a potencjalne rezerwy wydrenowane. Doszło do tego, że „separy” zniosły nienaruszalną dotąd zasadę – niemobilizowania górników. Wcześniej zaś przymusowy pobór objął nawet niepełnosprawnych mężczyzn. Duża w tym zasługa dowództwa armii rosyjskiej, które milicje traktowała – nadal traktuje – jako mięso armatnie służące do rozpoznania bojem.

Innymi słowy, coraz bardziej nie ma komu bronić „republik” – a armia ukraińska nie odpuszcza.

Mimo padających od lat deklaracji, elity ŁRL i DRL wcale nie pragnęły ścisłej integracji z rosją. Mówimy bowiem o mafijnym układzie, nastawionym na brutalną, ekspansywną eksploatację zasobów ekonomicznych obu regionów, rzecz jasna dla własnych korzyści. Większa zależność administracyjna oznaczałaby konieczność dzielenia się z Moskwą, zarówno w wymiarze formalnym, jak i nieformalnym (transfer kapitału w rosji odbywa się z peryferii do centrum; to prowincja żywi Moskwę – i tę polityczną, i tę mafijną; zresztą, oba światy się przenikają). „Donieckim” i „ługańskim” wystarczał rosyjski „bicz boży”, wiszący nad Ukraińcami, gdyby Kijowowi przyszło do głowy rozbić „republiki”. I istotnie, perspektywa interwencji armii rosyjskiej przez lata powstrzymywała władze Ukrainy przed wyzwoleniem Donbasu. Moskwie z kolei wystarczał fakt, że jątrzący się tam konflikt de facto blokował ukraińskie aspiracje dotyczące integracji z Zachodem. Był więc to układ (między rosją a „republikami”) wzajemnie pasożytniczy, ba, „separy” potrafiły nawet zagrać Kremlowi na nosie i wprowadzać cła na niektóre towary z federacji – by i na tym zarobić.

Ale to już przeszłość. Teraz uścisk „pańskiej ręki” Moskwy musi być silniejszy, jeśli mafiosom z Ługańska i Doniecka marzy się przeżycie. Tak przynajmniej kalkulują, zakładając, że Ukraińcy nie odważą się wchodzić na teren formalnie będący rosją. Wyobrażają sobie, że ochroni ich rosyjska doktryna obronna, zakładająca atomową odpowiedź w przypadku ataku na federację.

Tyle że Kreml już się przekonał o ograniczonych możliwościach, jakie niesie szantaż nuklearny. Wielokrotnie powtarzane groźby ani nie wygasiły ukraińskiego oporu, ani nie powstrzymały Zachodu przed niesieniem pomocy wojskowej. W Moskwie mają świadomość, że tym mieczem za bardzo wojować się nie da – bo w którymś momencie trzeba go wyjąć z pochwy, co i dla rosji oznaczałoby dotkliwe i dramatyczne skutki. Stąd chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie stało, gdy Ukraińcy zaatakowali instalacje wojskowe na Krymie – a przecież półwysep w myśl rosyjskiego prawa od 2014 roku stanowi część federacji.

Krymu chroni potężne zgrupowanie rosyjskich wojsk i minie jeszcze sporo czasu, nim ukraińskie „sprawdzam” potwierdzi kremlowski blef. W Donbasie sytuacja jest inna – i grozi kolejną kompromitacją rosji.

Oczywiście, intelektualna uczciwość każe założyć inny scenariusz – że Moskwa szuka pretekstu do ogłoszenia stanu wojny i powszechnej mobilizacji. Jeśli tak jest, w mojej ocenie świadczy to o totalnym „odjechaniu” autorów takiego pomysłu. Gdzie oni bowiem widzą te zasoby sprzętu, w który dałoby się wyekwipować zmobilizowanych? To, co realne, co ma jakąś wartość, już zostało w Ukrainie zaangażowane. Część zresztą sczezła, część zasiliła wroga. Nieprzebrane magazyny sprawnej techniki to nic więcej jak mokry sen. Realia zaś są takie, że wczoraj rosyjskie okręty podwodne przebazowano z Krymu do portu w Noworosyjsku w Kraju Krasnodarskim. To wciąż nad Morzem Czarnym, ale z dala od ukraińskich rakiet. Tyle w temacie…

—–

Nz. Ukraiński czołgista podczas niedawnych działań w charkowszczyźnie. Presja armii ukraińskiej trwa…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ból

Ależ ich to boli – ta porażka w charkowszczyźnie. Mam na myśli naszych użytecznych idiotów – cyfrowych aktywistów, usiłujących rozpowszechnić (pro)rosyjską narrację w mediach społecznościowych. Tłumaczę gamoniom, że to ból fantomowy, po czymś, czego dawno już nie ma – po potędze „anałoga-w-miru-niet” ruSSarmii.

Zjawisko jest oczywiście szersze, w największym natężeniu występuje w rosyjskiej info-sferze. Widać, że minął już pierwszy szok, przyszła trudna akceptacja dla faktów, której towarzyszy szukanie wyjaśnień (co oznacza również typowanie winnych). Są pytania „co teraz?” i odpowiedzi, z których zwykle wynika, że rosjanie nadal wierzą w możliwości swojej armii („klęski spadają na wszystkich, my potrafimy się z nich podnosić”). W związku z tym sporo jest nawoływań do zemsty, „zmiecenia Ukrainy z powierzchni Ziemi”. Głosów rozsądku próżno szukać w ilościach, które mogłyby się przełożyć na jakąś istotną jakość – zdaje się, że większość rosjan, przynajmniej tych aktywnych cyfrowo, nadal pragnie wojny.

Wracając do racjonalizacji – „walczymy z całym NATO”, to jedna z najpopularniejszych. Jest w tym mocny rys rosyjskiego rasizmu i ksenofobii, bo przecież armia wielkiej rosji nie może przegrać z „chochołami”, wieśniakami ze stepów. Sojusz zatem wydaje się godniejszym przeciwnikiem – w końcu to mnóstwo państw (domyślnie, rozwiniętych i bogatych – ale takie słowa „porządnemu” rosjaninowi nie zejdą z klawiatury). Jest w tym myśleniu logiczna pułapka – a może zwykła niekonsekwencja? – bo przecież „my jesteśmy w stanie pokonać wszystkich!”, przekonywali nie tak dawno ci sami propagandyści, blogerzy, lokalne i regionalne „autorytety opinii”. Ale pal licho, nie o tym chcę pisać.

„Walczymy z całym NATO”, to takie nasze „gloria victis”/chwała pokonanym, z tą różnicą, że myśmy naprawdę przyjmowali łupnia (gdy popularyzowano to hasło) od dużo silniejszych. A rosja pod Charkowem?

Prawdą jest, że ukraińskie dowództwo na bieżąco otrzymywało informacje ze zwiadu satelitarnego, co najpierw pomogło wytypować słabsze punkty rosyjskiej obrony, a później – niemal w czasie rzeczywistym – pozwalało obserwować reakcje wroga;
Prawdą jest, że działania ofensywne poprzedziły gry wojenne, prowadzone z udziałem natowskiej generalicji, przy użyciu natowskich narzędzi cyfrowych. Że na etapie przygotowania Ukraińcy mogli „walić jak w dym” z prośbami o rady, sugestie czy krytykę – przede wszystkim do Amerykanów, ale i Europejczycy nie pozostali obojętni;
Prawdą jest, że na froncie znalazło się sporo pochodzącego z natowskich krajów sprzętu i uzbrojenia, w tym eks-polskie czołgi;

Ale też prawdą jest:
… że Ukraińcy użyli do ataku zaledwie czterech, wedle innych źródeł pięciu brygad, czyli nie więcej niż 20 tys. ludzi;
… że wsparcie lotnicze, jakim dysponowali, było skromne;
… że w ostatecznym rozrachunku okazało się, iż w obszarze ich działań (rozszerzanym w miarę postępów) przebywało niemal 40 tys. rosjan i separatystów;
… że (o czym pisałem już wczoraj) nie były to tylko II-rzutowe i tyłowe jednostki, ale także istotne elementy gwardyjskiej armii pancernej.

Idźmy dalej. W kontrofensywie owszem, użyto oddziałów Legionu Międzynarodowego, ale miażdżąca większość kontyngentu to rdzenni Ukraińcy (swoją drogą, ciekaw jestem, ilu wśród nich było obywateli Ukrainy rosyjskiego pochodzenia. Dostępny materiał filmowy pozwala stwierdzić, że rosyjskojęzyczni żołnierze to oczywista-oczywistość ukraińskiej armii – wspominam o tym także dlatego, że dobrze pamiętam początki wojny w Donbasie, kiedy w rejon „operacji antyterrorystycznej” Kijów wysyłał przede wszystkim wojskowych ze środkowej i zachodniej Ukrainy). Jest to zatem nade wszystko ukraińskie zwycięstwo, osiągnięte relatywnie niedużym nakładem sił, przy nieznacznym wsparciu NATO. Informacja jest diabelnie ważna na wojnie, to fakt, ale ostatecznie największy wysiłek i tak pozostaje udziałem tych z pierwszej linii. To oni sprawili, że 20 tys. rosjan uciekło aż za granicę, do matuszki, oddając w kilka dni teren wcześniej wywalczony w krwawych dwumiesięcznych bojach. O niebotycznych ilościach porzuconego przy tej okazji sprzętu już tu pisałem.

Co znamienne, to głównie sprzętu żałują rosyjscy „racjonalizatorzy”. I nie chodzi tylko o najnowszą technikę – a trzeba przyznać, że Ukraińcy zdobyli kilka ciekawych gadżetów do walki radio-elektronicznej – ale też o czołgi, wozy bojowe i wszelkiej maści pojazdy logistyczne. W rosyjskiej narracji nie ma tego tak dużo, ale na tyle dużo, by złościć się na „dozbrajanie NATO”. Skądinąd śmieszne jest to złorzeczenie, gdy patrzy człowiek na zdjęcie zdobycznego, 50-letniego T-62, który wygląda tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. O czym zresztą napisałem jednemu gamoniowi, dodając z dziką satysfakcją – w nawiązaniu do słów putina – że NATO tak naprawdę jeszcze nie zaczęło i pewnie nigdy nie będzie musiało. Bo sami Ukraińcy – wsparci ułamkiem potencjału Sojuszu (ułamek podkreśliłem) – najpewniej załatwią sprawę.

A skoro o putlerze mowa. Dziś – jak zapewne wielu z Was – oglądałem też zdjęcia prezydenta Zełenskiego z jego wizyty w Izjumie, a więc w strefie przyfrontowej. Nie pierwszy to raz, gdy ukraińska głowa państwa wizytuje żołnierzy. A co w tym czasie robi rosyjska? Zaszyła się w Soczi, z dala od Moskwy, czyżby przed czymś/kimś uciekając? Tak czy inaczej, putin swych żołnierzy na froncie nie odwiedzi, tchórze takich rzeczy nie robią.

—–

Nz. Wołodymyr Zełenski w Izjumie/fot. Офіс Президента України

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pożary

Cztery dni rozwałki rosyjskich składów amunicyjnych i proszę, jaki efekt. 9 lipca mapa pożarów – we wschodniej Ukrainie w miażdżącej większości wywołanych przez ogień Rosjan – wyglądała tak, jak na głównym zdjęciu. Dziś wygląda znacznie mniej okazale:

Oczywiście, to także skutki wypalenia się substancji leśnej, ale decydujące znaczenie ma tu dramatycznie zmniejszona intensywność rosyjskiego ostrzału. Któremu zabrakło wsadu.

Himars rządzi, himars kadzi, himars ruska wnet wysadzi.

—–

Fot. NASA

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Promil

Dwa razy znalazłem się pod silnym ogniem artylerii. Za pierwszym razem był to ostrzał z gradów, w odsłoniętym polu; szczęśliwie zagrzebałem się wówczas w dziurze w ziemi i jakoś poszło. Po wszystkim tylko w zasięgu wzroku doliczyłem się dwudziestu lejów.

Następnym razem było trochę lepiej – już po pierwszej eksplozji dałem nogę do piwnicy, skąd wyszedłem kilka godzin później, gdy było już cicho. Przez pierwszą godzinę liczyłem nieodległe eksplozje, po dojściu do 120 dałem sobie spokój. Ale wybuchy wciąż następowały, z kwadransa na kwadrans coraz rzadziej i rzadziej.

Ani za pierwszym razem – gdy towarzyszyło mi pięć osób – ani za drugim – gdy siedziałem w rumowisku z plutonem ukraińskiego wojska – nikt nie zginął, ba, nikt nawet nie został poważnie ranny.

Wspominam o tym nie dla weterańskich opowieści, lecz by uzmysłowić Wam prostą, wojenną zależność. Jeden wystrzelony pocisk nie musi i w miażdżącej większości przypadków nie oznacza zabitego człowieka. To trochę inna kategoria, bo dotyczy amunicji strzeleckiej, ale dobrze ilustruje problem. Gdy Amerykanie w Wietnamie podsumowali zużycie środków bojowych, wyszło im, że zabicie jednego żołnierza z północy/partyzanta z Wietkongu, kosztowało wystrzelenie… 500 tys. sztuk naboi. Wojskowi z USA zwykle strzelali do dżungli – czasem udało im się kogoś trafić.

Czasem udaje się też trafić rosyjskim artylerzystom. Którzy zużywają ogromne ilości pocisków – Ukraińcy szacują, że 50-60 tys. sztuk dziennie – ale tylko promil z nich wyrządza realne fizyczne szkody ukraińskiej „sile żywej”. Są rzecz jasna jeszcze szkody niefizyczne – nawała ma bowiem moc łamania psychiki, co zauważam gwoli rzetelności, ale nad czym nie zamierzam się pochylać z braku statystycznych danych. Ta materiałochłonność wojny jest zjawiskiem obiektywnym, ale o zmiennej skali. Armie Zachodu jeszcze w ubiegłym wieku zaczęły odchodzić o filozofii masowego ostrzału na rzecz precyzyjnych uderzeń. W ostatecznym rozrachunku, tak jest taniej (gdy zbuduje się już odpowiednie zaplecze naukowo-techniczno-przemysłowe), nie bez znaczenia są też przesłanki humanitarne. Strzelanie wagonami amunicji w pozycje wroga zwiększa ryzyko strat ubocznych, pośród cywili. Rosjanie do takiej armii „nie dorośli”; próbowali świat przekonać, że jest inaczej, ale po zużyciu skromnych zapasów precyzyjnej broni, po uwłaczających porażkach punktowych natarć, szybko wrócili do tego, na czym znają się najlepiej. Na kumulacji masy i ilości, przede wszystkim rozumianej jako tak zwany artyleryjski walec.

Mimo przerażających atrybutów werbalno-wizualnych ów walec jest tak sobie skuteczny. Rosjanie potrzebowali 10 tygodni, by wygrać bitwę na łuku donbaskim. Wzięli dwa miasta – jedno wielkości Włocławka, drugie Kutna – co usiłują przedstawić jako wielki sukces. Ma on wymiar symboliczny – bo to na obszarze Siewierodoniecka i Lisiczańska koncentrowały się w ostatnich tygodniach wysiłki zbrojne obu stron – więc nie jest to tylko „propagandowe pierdolenie”. Niemniej nie zapominajmy, że w wymiarze praktycznym mówmy o wejściu w głąb terytorium przeciwnika na 15-35 km. Co więcej, tej pełzającej ofensywie nie towarzyszyły spektakularne zjawiska typu „kocioł”, w którym zamknięto by, a następnie wzięto do niewoli tysiące żołnierzy. Ukraińcy wycofali się w sposób uporządkowany i na tyle zmyślnie, by nie musieć porzucać ciężkiego sprzętu – co zwykle towarzyszy odwrotowi (Moskwa coś tam bredzi o porzuconych czołgach, ale dowodów zdjęciowych i filmowych brak). Dla pełnego obrazu dodajmy, że wzięcie Lisiczańska oznacza utratę przez Ukrainę całości obwodu ługańskiego. I że ten cel Rosjanie mieli osiągnąć najpierw 1 czerwca, potem w połowie czerwca, a ostatnia OFICJALNA zapowiedź mówiła o 1 lipca.

Trochę wolny ten walec, co nie zmienia faktu, że jednak obrońców przetrzebił. Dał im w kość do tego stopnia, że Ukraińcy postanowili „odciąć go od prądu”. W efekcie już od wielu dni – a od kilku w niezwykle efektownej „oprawie” – obserwujemy ataki ukraińskiej artylerii na składy materiałowe armii najeźdźców. Gdy piszę te słowa, płoną co najmniej cztery takie obiekty – niektóre, jak w Doniecku, na bliskim zapleczu frontu, inne, jak w Melitopolu, w sporej odległości od linii styku wojsk, co sugeruje użycie dalekonośnej artylerii rakietowej.

Z informacji, jakie do mnie napływają, wynika, że od kilkudziesięciu godzin rosyjska presja na froncie słabnie. Być może jest to już efekt odcięcia od zapasów, wiele jednak wskazuje, iż mamy do czynienia z pauzą operacyjną, za którą stoi cały szereg także innych czynników. Sam Putin orzekł wczoraj, że po „wyzwoleniu” obwodu ługańskiego, oddziały muszą odpocząć, odbudować potencjał bojowy. „Zielone światło” z Kremla chyba zostało wykorzystane przez dowódców w Ukrainie, świadomych, że jednostki bojowe gonią w piętkę. Rosjanie nie mają w tej chwili dość sił, by „dokończyć” zadania w Donbasie – do zajęcia jest połowa obwodu donieckiego, co przy dotychczasowym tempie oznacza kolejne długie tygodnie walk.

A przecież Ukraińcy ani myślą w tym czasie spać. Ich pierwszoliniowe oddziały też potrzebują odpoczynku, ale artyleria zasilona zachodnim sprzętem zdaje się właśnie rozkręcać. Nie będę tu wyrwalił (w drugą stronę) i rościł sobie prawo do budowania całościowych scenariuszy – nie mam takiej wiedzy, by bez ryzyka blamażu orzec, jak będą wyglądać najbliższe tygodnie na froncie. Niezmiennie trzymam kciuki za obrońców.

Zaś własne intuicje (optymistyczne) zasilam kolejnymi doniesieniami, z których jasno wynika, że dla matuszki roSSji ta wojna jest solidnym obciążeniem. Jak zauważa portal Riddle, od maja 2022 roku moskiewskie ministerstwo finansów niemal całkowicie ograniczyło dostęp do danych o bieżących wydatkach budżetu federalnego. Lecz z jakiegoś powodu pozycja „obrona narodowa” jest nadal dostępna. Dzięki czemu wiemy, że w okresie styczeń-kwiecień na obronę narodową wydano około 1,6 bln rubli z planowanych 3,85 bln. Tymczasem cały budżet federalny na 2022 rok wynosi około 26 bilionów rubli. I teraz tak – w 2021 roku na obronę narodową wydano prawie 3,6 bln rubli (cały budżet wynosił wówczas 24,8 bln rubli), ale poprzeczkę 1,5 bln rubli przekroczono dopiero w czerwcu. Jeśli zatem utrzyma się tempo wydatków z okresu marzec-kwiecień – 500 mld rubli miesięcznie zamiast średnio 300 mld – do końca roku wydatki na obronę narodową mogą sięgnąć 5,0-5,5 bln rubli, czyli 19-21 proc. budżetu federalnego. Dla porównania, obronność w Polsce czy USA „przejada” 10-11 proc. budżetu, Rosja tymczasem funkcjonuje w realiach coraz dotkliwszych sankcji. Na wojowanie trzeba mieć pieniążki, zwłaszcza gdy straciło się na przykład 1600 spośród 3300 najlepszych (najnowszych lub zmodernizowanych) czołgów.

No ale „Rosja jest wielka, a Ukraińcy walczyć nie chcą”. Do takiego wniosku doszedłem, zanurzając się dziś w rodzimy, prorosyjski internet. Sporo tam o „byczkach” – ukraińskich mężczyznach, którzy migają się od walki. I wieją zagranicę. Amunicji dostarczyła kilka tygodni temu „Rzeczpospolita”, pisząc, że do połowy czerwca 430 tys. Ukraińców w wieku 18-60 lat wjechało do Polski. W dużej mierze dzięki łapówkom, bo mężczyźni w wieku poborowym nie mają prawa opuszczać Ukrainy. Zabawne, że w antyukraińskiej narracji jest to powód do oburzenia („jak można nie chcieć walczyć za swój kraj!?”), nie mniejszy niż fakt, że Ukraina stawia Rosji opór („po co, przecież Rosjanie nie mają złych intencji?”). Znać tu sznyt rosyjskiej propagandy i jej wewnętrznej niespójności. Klocuszki nie muszą się układać w jedną opowieść, każdy ma „walić w Ukraińców” – w taki czy inny sposób. Na marginesie – ów mechanizm wykorzystał do perfekcji Antoni Macierewicz w swoich smoleńskich bredniach; ileż to wzajemnie wykluczających się teorii lansował? Nieważne, grunt, że część ludzi uwierzyła, iż coś na rzeczy jest z tym zamachem…

No więc we wspomnianym przypadku „coś na rzeczy jest” z tym brakiem woli walki u Ukraińców. Tylko że:

a/istnieją w ukraińskim prawie wyjątki pozwalające wyjechać poborowym;

b/pół miliona osób (z uwzględnieniem tych, którzy wyjechali inną niż polska drogą) to 1/34 męskiej populacji w tym przedziale wieku (słownie: jedna trzydziesta czwarta, trzy procent), trudno zatem mówić o masowej skali zjawiska;

c/z samej Polski w opisywanym okresie (luty-czerwiec) wyjechało na Ukrainę 600 tys. mężczyzn; popytajcie firmy budowlane, w jakich warunkach funkcjonują dziś takie biznesy.

No ale nie o uczciwość i racjonalne argumenty zwolennikom „rosyjskiego głosu w twoim domu” chodzi.

PS. „Nie spotkałem się z dezercjami” – pisze Damian, Polak, ochotnik pracujący w Ukrainie jako medyk polowy. „Wręcz przeciwnie, są osoby które walczą nieoficjalnie, bez kontraktu, bo chwilowo nie ma dla nich etatu. Ryzykują więc życie, wiedząc, że rodzina nie dostanie nawet grosza, jak zginą. Czy to świadczy o niskim morale?”.

—–

Nz. Ukraińskie Himarsy gdzieś w obwodzie zaporoskim/fot. Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to