Gruz-200

Przez ostatnie ponad sto lat szanse rannego żołnierza na przeżycie tylko rosły. Rosjanie w Ukrainie odwrócili ów trend.

Zimą 2015 r. w rejonie Debalcewa trwały ciężkie walki, w których armia rosyjska i separatyści usiłowali zlikwidować wyłom w swoich pozycjach. Oddziały ukraińskie trzymały miasto przez kilka tygodni – wycofały się na początku lutego, gdy w „debalcewskim worku” skończyła się amunicja, a jedyna trasa wykorzystywana do zaopatrzenia i ewakuacji stała się „drogą śmierci”, przez którą nie sposób było prowadzić efektywnej komunikacji. Cokolwiek wjeżdżało na szosę wiodącą do Artiomowska, z miejsca stawało się celem dla wrogiej artylerii. Wiedziałem o tym aż za dobrze, więc z obawą oglądałem potencjalny „pojazd ostatniej szansy” – rozklekotany ambulans, przeznaczony do wywózki najciężej rannych. Stan techniczny karetki sprawiał, że bałbym się nią jechać w czasie pokoju, a co dopiero pędzić ostrzeliwaną drogą. Dobrych 30 km do najbliższego szpitala, powiatowej placówki w Selidowie. Przez lata relacjonowałem wojny w Iraku i Afganistanie, pracując głównie jako dziennikarz akredytowany przy polskim i amerykańskim wojsku. Gdybym został ranny, wywieziono by mnie na tyły zgodnie z procedurą przewidzianą dla żołnierzy. Trafiłbym do śmigłowca ewakuacji medycznej i niezwłocznie wylądował na stole operacyjnym. System Medevac zaprojektowano tak – poprzez odpowiednie rozlokowanie śmigłowców i placówek medycznych – by niezależnie od miejsca zdarzenia, najdalej w ciągu godziny pacjent uzyskał pomoc ratującą życie.

Co więcej, istotnym elementem Medevacu była pierwsza pomoc udzielana tuż po zranieniu przez wyszkolonych ratowników. W ówczesnej armii ukraińskiej – opartej o radzieckie wzorce – lekarzy na pierwszej linii nie było, a sanitariusze, niezależnie od tego, jak oddani i kompetentni, zmagali się z dramatycznym niedoborem podstawowych środków medycznych. Zaś na tyłach, we wspomnianym Selidowie, do obsługi frontowych oddziałów wyznaczono szpital, który nie miał dostępu do bieżącej wody. Podstawowe techniczne instrumentarium pamiętało czasy późnego ZSRR, a stół operacyjny był z połowy lat 50. „Nie mamy sprzętu do intubacji”, skarżył się jeden z lekarzy. Kilka lat wcześniej poznałem go w Afganistanie, gdzie jak wielu ukraińskich medyków, pracował na rzecz polskiej armii. „Tu, w Donbasie, jest inny świat…”, mówił zrezygnowany. Wiedziałem zatem, że nawet gdybym jakimś cudem nie wykrwawił się po drodze, zapewne dokończyłbym żywota w tej umieralni. Dawała ona szanse lżej rannym i poszkodowanym – zarówno cywilom, jak i żołnierzom. O dawaniu nadziei w cięższych przypadkach nie było mowy.

Rzeżączka a zdolność bojowa

To w takich okolicznościach podjąłem decyzję o wzięciu udziału w kursie TCCC (ang. Tactical Combat Casualty Care; taktyczne ratownictwo medyczne). Nie chciałem zostać wykwalifikowanym ratownikiem. Wielu poszkodowanych umiera na skutek wykrwawienia – przy postrzale w tętnice wystarczy kilka minut, by człowiek był już nie do uratowania. Kwestią życia i śmierci staje się wtedy odpowiednio założona i dobrej jakości opaska uciskowa. Banalna sprawa – jak wiele innych będących przedmiotem kursów TCCC – tymczasem wcale nie tak oczywista. W armiach zachodnich dopiero przed 40 laty zaczęto kłaść nacisk na indywidualne wyszkolenie w tym zakresie, obligatoryjne dla każdego członka personelu sił zbrojnych. Stało się to na skutek amerykańskich doświadczeń z Wietnamu, gdzie wielu żołnierzy straciło życie, mimo dostępu do doskonale wyposażonej bazy medycznej. Ale o zawartość żołnierskich apteczek dbano już wcześniej, a frontowa medycyna ma swój początek w głębokiej starożytności. I choć to Grek Hipokrates jest dziś patronem medyków, to w Rzymie rozwinięto pierwszy wojskowy system leczniczy z prawdziwego zdarzenia. Jakość ówczesnych medykamentów była niska, nie zdawano też sobie sprawy z istnienia bakterii, więc śmiertelność pośród leczonych legionistów dochodziła do 80%. Ów wskaźnik (nie)przeżywalności utrzymywał się przez wiele następnych wieków.

Rozwój broni palnej dramatycznie zwiększył liczbę rannych. W czasach napoleońskich, gdy armie stały się masowe, zatrważająco pogorszyło to statystki. W takich okolicznościach narodził się wojskowy system pierwszej pomocy. Stworzył go naczelny chirurg Bonapartego, Dominique-Jean Larrey. Historia zapamiętała go jako „ojca triage” (segregacji medycznej), współcześni mu jako niezwykle sprawnego lekarza. Dziś myślelibyśmy o nim „rzeźnik”, bo owa skuteczność sprowadzała się do szybkich amputacji ranionych kończyn. Podczas bitwy pod Borodino w 1812 r. Larrey wykonał ponad 200 amputacji (jak zapisał w pamiętniku, „wszystkie przy jednej świeczce”). Nie zmienia to faktu, że zdobyte w ten sposób doświadczenie stanowiło wielki wkład w rozwój chirurgii. Tyle że na chirurgii skończyć się nie mogło – gros żołnierzy umierało na skutek gangreny i sepsy, wtórnych następstw zranienia. Tu na przełom trzeba było czekać do lat 40. XX w., kiedy w USA zaczęto wytwarzać na przemysłową skalę odkrytą w 1928 r. przez Alexandra Flemniga penicylinę. Do końca II wojny Amerykanie wyprodukowali aż 6,8 mld dawek. „Szkoda, że nie mieliśmy penicyliny podczas poprzedniej wojny”, przyznał Winston Churchill. W pierwszowojennych okopach – z powodu warunków higienicznych – szerzyły się tyfus, dyzenteria, cholera. W Salonikach brytyjskie „bezpowrotne straty sanitarne”, wywołane głównie malarią, 20-krotnie przewyższyły straty bojowe. Wracając zaś do II wojny – pośród historyków wojskowości nie brakuje opinii, że największą korzyścią wynikłą ze stosowania penicyliny była możliwość skutecznego leczenia dziesiątkującej alianckie armie… rzeżączki.

Bardzo dużo Gruzu-200

Podczas ostatniej wojny światowej współczynnik zabitych do rannych wynosił 1:2,4 w okresie wojny wietnamskiej 1:3. W Iraku i Afganistanie na jednego poległego przypadało siedmiu rannych. Kevlarowe hełmy i kamizelki kuloodporne sprawiają, że trudno współczesnego żołnierza zabić – że śmiertelne niegdyś ciosy kończą się „zaledwie” na zranieniu. Jest więc ta relacja dowodem na zwiększającą się skuteczność środków ochrony osobistej, ale i rosnącej jakości opieki medycznej, zwłaszcza w zestawieniu z informacją o 80-procentowej przeżywalności rannych. Tak to wygląda w wojnach, w które angażują się zachodnie i regularne armie. W oparciu o takie dane łatwo wyciągnąć wniosek mówiący o postępującej humanitaryzacji konfliktów zbrojnych. Niestety, wojna w Ukrainie dramatycznie rewiduje zasadność tej opinii. O ile bowiem w przypadku Ukraińców relacja zabici-ranni kształtuje się na poziomie 1:4, o tyle wśród Rosjan i separatystów jest to jeden do jednego. Przeżywalność rannych Ukraińców od początku wojny nie spadła poniżej 70%, pośród agresorów waha się w przedziale od 30 do 50% [1]. Ukraińcy wyciągnęli wnioski z traumy początków wojny z Rosją i położyli duży nacisk na szkolenie medyczne żołnierzy, które odbywało się pod okiem instruktorów z NATO. Przygotowali też ochronę zdrowia do działań w realiach pełnoskalowego konfliktu. Rosjanie tymczasem mają słabo rozwiniętą sieć szpitali polowych, oddziałom frontowym rzadko towarzyszą wozy sanitarne, a śmigłowce ewakuacji medycznej trzymają się z dala od linii frontu. Wojsko ukraińskie dysponuje tyloma przenośnymi zestawami przeciwlotniczymi, że paraliżuje to przemieszczanie się operujących na niskich pułapach maszyn. Niebagatelną rolę odgrywa również mentalność rosyjskich dowódców, nienawykłych do wysyłania śmigłowca po pojedynczych rannych.

Wojna koncentruje się teraz w Donbasie, gdzie obok regularnej armii rosyjskiej walczą milicje ludowych republik, niegdysiejsi posiadacze ukraińskich paszportów. W grupach internetowych na Telegramie oni sami, albo członkowie ich rodzin, skarżą się, że w przypadku ranienia nie mogą liczyć na wywózkę do szpitali w Rosji. Że zostają im tylko kiepsko wyposażone lecznice w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej. W efekcie przeżywa tylko jedna trzecia rannych, a reszcie „Noworosjan” trudno oprzeć się wrażeniu, że Moskwa traktuje ich jak mięso armatnie. Ale nawet solidne rosyjskie papiery nie gwarantują porządnej opieki. Żołnierze walczący na południu kierowani są do szpitali na Krymie, a półwysep jeszcze w czasach ukraińskich nie słynął z dobrej służby zdrowia. Rosyjscy okupanci po 2014 r. tego nie zmienili. Szpitale nie są w stanie leczyć wojskowych na odpowiednim poziomie i jednocześnie świadczyć usług cywilom, zwłaszcza w przypadku nagłych zdarzeń. Moskwa tymczasem pozostaje głucha na prośby o pomoc – nie dosyła lekarzy, sprzętu, skąpi na dostawach leków i materiałów opatrunkowych. W efekcie przeżywa pięciu z dziesięciu rannych Rosjan, trafiających na półwysep. Najwięcej szans mają poszkodowani z centralnego i północnego odcinka frontu, odsyłani do Rosji.  Kreml jednak – by nie wywoływać paniki wśród cywilnych Rosjan – ogranicza ów strumień jak może. Tym sposobem do ojczyzny wraca tyle samo Gruzu-200 – jak w rosyjskiej nomenklaturze określa się transport zmarłych – co Gruzu-300, czyli rannych.

[1] Dane w oparciu o rozmowy ze źródłami w dowództwie armii ukraińskiej i kwaterze głównej NATO. Mimo prób, nie udało mi się znaleźć potwierdzenia w rosyjskich źródłach. Stosowana przez NATO bardzo rygorystyczna metodologia weryfikacji danych dotyczących strat, każe mi założyć, że są to wiarygodne szacunki.

—–

Zdjęcie wykonane podczas ewakuacji medycznej rannego żołnierza Afgańskiej Armii Narodowej, zima 2012 roku/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 21/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zmiany

Najpierw reporterska retrospekcja – zdarzenie, którego byłem świadkiem w styczniu 2015 roku. Wtedy nakreśliłem te słowa, dziś cytuję je właściwie jeden do jednego, jako zapis chwili; wnioski będą dalej.

Siedząca na przedzie furgonetki kobieta uderzała telefonem o kokpit. Denerwował ją widok ukraińskich żołnierzy stojących koło pojazdu. Jej kuzyn, kierowca, rzucał pod nosem rosyjskie przekleństwa, zupełnie nie przejmując się naszą obecnością. Chwilę wcześniej razem z Rafałem wsiedliśmy do auta, którym para uciekała z ostrzeliwanego miasta Debalcewe. Poprosiliśmy ich o podrzucenie do Artiomowska, skąd wciąż odchodził publiczny transport. Stamtąd mieliśmy zamiar ruszyć w stronę Kramatorska, gdzie założyliśmy swoją „bazę”.

Póki co jednak staliśmy na blok-poście. I już mieliśmy ruszać, gdy nagle rozsunęły się drzwi auta.

– Zabiorę się z wami na kolejny posterunek – oznajmił ukraiński wojskowy i nie czekając na zgodę kierowcy, usiadł obok mnie, stawiając kałacha między nogami. Miał gęstą blond-czuprynę, rumianą, piegowatą buzię i niebieskie oczy. Nie nosił szpanerskiego multicamu, lecz kurtkę z szerokim futrzanym kołnierzem. Rozpiętą, bez dystynkcji. Z kamuflażem innym niż ten na spodniach. Nie miał kamizelki kuloodpornej, zasobników na dodatkowe magazynki; całego tego „oszpejowania”, z którym coraz częściej na wschodnio-ukraiński front trafiają żołnierze rządowej armii. Z twarzy sprawiał wrażenie poczciwego ruskiego chłopa, z wyglądu – bałkańskiego czy kaukaskiego watażki.

Zdołaliśmy ujechać kilkaset metrów, gdy kobieta odwróciła się w naszą stronę.

– Po co tu przyjeżdżacie? – wysyczała, patrząc na Ukraińca. – Po co!?

Miała napuchniętą twarz, podkrążone oczy i przetłuszczone włosy w nieładzie. Mogła mieć czterdzieści, ale równie dobrze i ponad sześćdziesiąt lat.

– Dlaczego nie zostaniecie u siebie, na zachodzie!? – w oczach kobiety pojawiły się łzy.

Spojrzałem na Rafała. Obydwaj wiedzieliśmy, o co chodzi. Kijów wysyła na rosyjskojęzyczny wschód żołnierzy pochodzących przede wszystkim z zachodnich i centralnych obwodów, zakładając, że będą bardziej lojalni wobec rządu. Sami się o tym przekonaliśmy, pytając wojskowych o miejsca pochodzenia.

– A wy myślicie, że ja tu chcę być? – odparł łagodnym głosem żołnierz, zwracając głowę w stronę okna.

– Chcecie czy nie, strzelacie! – byłem zdumiony gwałtownością wybuchu kobiety.

– Ja strzelam! – tym razem nie wytrzymał żołnierz. – Ja!? – trzasnął kolbą automatu o podłogę. – Ja!?

Kobieta przestraszyła się tej reakcji.

– Ośmioro wnucząt mam, co one zrobią, jak będą żyć? – zawodziła pod nosem.

Ukrainiec nie reagował.

– Dom rozbity, iść nie ma gdzie – do narzekań przyłączył się kierowca. – Szlag by was wszystkich trafił!

– Saszka – kobieta położyła rękę na ramieniu kuzyna. – Cicho. Cicho, bo zabiją.

I wtedy żołnierz eksplodował po raz drugi.

– Zabiją!? – wrzasnął, chyba urażony sugestią. – Zabiją!? – powtórzył. – W dupie mam was, wasze życie i cały ten pieprzony Donbas! – szarpnął nerwowo klamką.

Właśnie dojechaliśmy do kolejnego blok-postu – żołnierz wyszedł więc i z całej siły zasunął drzwi. Tak mocno, że furgonetka zadrżała w posadach.

Kilka dni później oglądałem film z przyjęcia, jakie urządziła rządowym oddziałom jedna z donbaskich wiosek. Głównie starsi ludzie otoczyli wojskowe pojazdy, wielu dzierżyło w dłoniach widły i kosy. Pod adresem żołnierzy leciały mało wybredne komentarze, istota słownej agresji sprowadzała się do „wypierdalajcie stąd na swój zachód!” (Ukrainy).

Tak, Ukraina była wówczas złamana, podzielona (to oczywiście mocne uproszczenie) na dwa etnosy – ukraińsko-i rosyjskojęzyczny. Mówiło się wręcz o dwóch narodach; tygodnik, z którym współpracuję, szedł śladem tej narracji jeszcze dwa miesiące temu, tuż po rozpoczęciu inwazji. Tyle że coś, co jeszcze kilka lat temu było faktem, w międzyczasie zmieniło się w zjawisko natury historycznej. Dziś nie ma już dwóch narodów w Ukrainie. Są owszem, liczne grupy etniczne (co zresztą często podkreśla Wołodymyr Załenski w swoich wystąpieniach, w tej różnorodności dostrzegając wielką wartość). Są dwa języki, choć rosyjski – mowa agresorów – podlega masowej autocenzurze; wielu Ukraińców wstydzi się go używać. To na swój sposób zabawne, przewrotne, ilustrujące powiedzenie, że karma to… – Rosjanie bowiem od lat lansują pogląd, że rosyjskojęzyczność bodzie władze w Kijowie, w związku z czym wymaga obrony. No więc wjechały czołgi – których załogi uwierzyły w kremlowską propagandę mówiącą o potrzebie wyzwolenia rosyjskojęzycznych Ukraińców – wjechały i… zapłonęły. Także, a w ostatnich tygodniach tylko tam, gdzie miano je witać kwiatami. Putin, jeśli wierzył w koncepcję dwóch narodów, nie ma dziś żadnych solidnych powodów, aby dalej pielęgnować ów mit. A gdyby był uczniem, a w szkole wykładano by przedmiot: „Jak wyrugować język rosyjski z posowieckiej przestrzeni kulturowej”, Wołodia zyskałby miano prymusa.

*          *          *

A teraz znów wracam do retrospekcji. Pod koniec stycznia 2015 roku spisałem również i takie wspomnienie:

Drobna sylwetka ukraińskiego żołnierza wyrosła na tle prowizorycznych budynków posterunku. Kierowca naszej łady zaczął hamować, a lekko pochylony wojskowy ruszył biegiem w stronę auta.

– Wychodźcie, wychodźcie! – krzyczał. – Do schronu! – wskazał ręką najbliższą jamę, nakrytą żelbetową płytą i workami z piaskiem. Odgłosy wymiany artyleryjskiego ognia brzmiały niezwykle donośnie. W zasięgu wzroku widać zaś było leje i powalone wybuchami drzewa. Kolejny raz nie trzeba nam było powtarzać – migiem opuściliśmy wóz i chwilę później siedzieliśmy w schronie. Nie dłużej niż dwie minuty.

– Chodźcie – młody żołnierz jako pierwszy wyszedł z bunkra, kryjąc się za ścianą worków z piaskiem. – Musicie przebiec tam – wskazał ręką na budynek stacji benzynowej odległy o jakieś sto metrów. – Tam jest nasz dowódca.

– A gdzie jest nasz kierowca? – spytałem, dopiero teraz zorientowawszy się, że starszego pana nie ma między nami.

– No pojechał dalej – Ukrainiec wzruszył ramionami. – Idźcie, idźcie – ponaglił.

Ruszyliśmy jeden za drugim. Po lodzie, poganiani hukiem kanonady i nawoływaniami oficera, stojącego w drzwiach stacji.

– Raźniej chłopcy, raźniej! – krzyczał, a gdy przekroczyłem próg budynku, klepnął mnie w ramię. – Zapraszamy! – dodał głosem gospodarza ucieszonego wizytą gości.

Cóż, stół rzeczywiście był suto – jak na wojenne warunki – zastawiony.

– Mamy wasz wigor – kolega wyjął z plecaka ziołowo-alkoholowy wynalazek z tutejszych aptek, ponoć wzmagający potencję.

– A my… – wojskowy uśmiechnął się szeroko i sięgnął do szafeczki. – A my mamy waszą żubrówkę.

Wypiliśmy. Wypiliśmy wtedy, piliśmy wcześniej, piliśmy później. Wojna w Donbasie zostanie w mojej pamięci jako doświadczenie, w którym alkohol odgrywał niebagatelną rolę. Dobrą (integrującą), ale i złą, jak wtedy, gdy pijany ukraiński żołnierz wygarnął w moją stronę serią, bo wziął mnie za skradającego się Rosjanina. Przytomności umysłu zawdzięczam, że nie zostałem skoszony, ale znam przynajmniej jeden przypadek (później przerobiony w epicką historię, z której zniknęły i wóda, i głupota), w którym na strachu się nie skończyło. Mniejsza o to – zmagania we wschodniej Ukrainie już po drugim wyjeździe uznałem za „pijaną wojnę”. A pili jedni i drudzy, żeby nie było wątpliwości.

Po 2016 roku nie miałem już okazji przebywać u separatystów, ale po ukraińskiej stronie alkoholowe realia zaczęły się zmieniać. Wódkę wciąż traktowano jako wentyl bezpieczeństwa – sposób na odreagowanie stresu – troszcząc się przy tym, by pijane wojsko nie pchało się na pierwszą linię. Znałem to dobrze z czasów polskiej misji wojskowej w Afganistanie, gdzie „tankowanie” było na porządku dziennym mimo formalnej prohibicji. Gdzie jednak dbano o to, by napruty czy skacowany żołnierz nie miał okazji wyruszyć w pole. Rzecz jasna zdarzały się kompromitujące armię wpadki, ale co do zasady tolerancji dla „pijanych patroli” nie było.

Ukraińcy poszli tym tropem i o ile wiem – a piszę to w oparciu o wiele źródeł – nadal udaje im się utrzymać „alkoholową dyscyplinę”. A Rosjanom? Nie wiem, czy nadal wydaje im się przydziałowy spirytus – i czy walczą „po pijaku”. Wiem za to, że gdy szabrują, alkohol jest jedną z cenniejszych zdobyczy. Alkohol – wedle relacji ocaleńców – jest także jednym z powodów rosyjskiego bestialstwa wobec cywilów. Wielu gwałcicieli i zabójców dokonywało przestępstw właśnie „pod wpływem”. Mając w pamięci szokujące relacje moich przodków na temat sowieckich żołnierzy, którzy szli przez Polskę do Niemiec między 1944 a 1945 rokiem, mógłbym napisać: na wschodzie bez zmian.

—–

Ilustracja jest dziś specyficzna – to mój wpis na profilu FB. Tematyczny i jednocześnie symboliczny, był to bowiem mój pierwszy post zamieszczony na fejsie w czasie rzeczywistym. Byłem na froncie i postowałem; do dziś czuję ten surrealizm, który mi wówczas towarzyszył.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przeprawy

Dawno temu, w Iraku, miałem okazję do dłuższej rozmowy z wyższym rangą amerykańskim wojskowym. Ów generał zaczął służbę w czasach, kiedy Europę dzielił mur, a konfrontacja NATO-Układ Warszawski była całkiem realnym scenariuszem. Pogadaliśmy więc i o tym, w ostatecznie bardzo swobodnej atmosferze off the record. „Baliśmy się waszych wojsk inżynieryjnych”, przyznał w którymś momencie oficer, mówiąc o komponencie saperskim ludowego Wojska Polskiego. Byłem tym zaskoczony, lecz mój rozmówca nie żartował. W latach 80. służby wywiadowcze Zachodu kładły nacisk na wysoką skuteczność tej części naszego wojska. W połączeniu z potężnymi pancernymi zgrupowaniami armii radzieckiej stwarzało to ryzyko szybkich, zmasowanych uderzeń, niezależnie od warunków terenowych. „Wy stawiacie tymczasowe przeprawy, sowieci jadą; wszystko w ekspresowym tempie. Dlatego w razie ewentualnej wojny tak ważne było zniszczenie waszej armii”, wyjaśniał Amerykanin. Pokiwałem głową; jako dziecko komuny dobrze pamiętałem katastroficzne zapowiedzi dotyczące ewentualnej wojny Zachód-Wschód. Wiedziałem, że owo zniszczenie de facto oznaczało uczynienie z ówczesnej Polski poatomowej pustyni.

Szczęśliwie historia potoczyła się inaczej, lecz dla wojsk inżynieryjnych naszej armii nie była łaskawa. Kilka lat temu zrobiłem wywiad z gen. Waldemarem Skrzypczakiem, który krytycznie wypowiadał się na temat możliwości WP. W tle była sprawa przeprawy pontonowej, budowanej w Warszawie przy okazji awarii oczyszczalni „Czajka”. Szło to jak po grudzie, nie dlatego, że współczesne wojsko „nie umi” w stawianie mostów. Po prostu, przez lata zaniedbaliśmy tę część saperskich kompetencji. Zużył się sprzęt, za mało było szkoleń, te, które się odbywały, rozpisywano na „zawsze zwycięskie”, a w praktyce mało spektakularne scenariusze. Ot, przeprawa kompani czołgów przez strumyk gdzieś na poligonie. „Przygotowanie natarcia w trudnych warunkach terenowych” zaliczone? Zaliczone! I jakoś to się bujało.

– Putin tymczasem szkoli, modernizuje, stawia przed wojskiem trudne zadania – mówił gen. Skrzypczak. – (…) Jakiś czas temu obejrzałem rosyjski film instruktażowy, zdobyty przez sojuszników, w którym brygada pancerna forsowała Don lub Dniestr. Szeroką jak diabli rzekę. Czołgi się zatrzymały, załogi przygotowały wozy do przeprawy po dnie. 45 minut później wszystkie trzy bataliony były już na drugim brzegu.

– A ile zajęłaby to nam bądź Amerykanom? – zapytałem.

– I my, i oni, czekalibyśmy na most, który następnie trzeba byłoby rozwinąć. Przypuszczam, że przeprawa potrwałaby dwa dni.

Nie cytuję tych słów z powodu złośliwości – boże broń. Szanuję „Wodza” i wiem, że to dobry oficer. Ale i on najwyraźniej uległ iluzji niesamowitej mobilności, skuteczności, prędkości działania współczesnej rosyjskiej armii. Na początku kwietnia oglądałem film nagrany z drona, ilustrujący przeprawę agresorów przez Doniec w okolicach Izjumu. Ehh, gdyby tylko Ukraińcy mieli silniejsze lotnictwo… Improwizacja aż biła po oczach (miast mobilnych mostów, widziałem bród zasypany wielkogabarytowymi śmieciami, po których przejeżdżały czołgi; nie wszystkie, bo część utonęła). No i ta nonszalancja – masa sprzętu zgromadzona w jednym miejscu, bez należytego zabezpieczenia przeciwlotniczego. A oglądałem manewr w wykonaniu oddziałów elitarnej 4. Kantemirowskiej Dywizji Pancernej. Wspominam o tym, bo Donbas jest bardzo trudnym terenem, poprzecinanym rzekami, strumieniami, z dużą ilością bagien. Nie sposób go szybko zająć bez wsparcia sprawnych służb inżynieryjnych. A przecież Ukraińcy się tam bronią, co dodatkowo utrudnia sprawę. Dlatego orkom idzie jak idzie – posuwają się do przodu znaczenie wolniej niżby to wynikało z przypisywanych im umiejętności.

—–

Posuwają się na północnym odcinku donbaskiego frontu. Gen. Aleksander Dwornikow, mianowany przez Putina na głównodowodzącego sił inwazyjnych, nie jest strategicznym geniuszem. Ale taką ma reputację po zuchwałym zajęciu Krymu w 2014 roku oraz po kampanii w Syrii, prowadzonej na przełomie 2015 i 2016 roku. Tyle że półwyspu nie broniono, a na Bliskim Wschodzie wojskowy pupil Kremla mierzył się z lekkozbrojnymi bojówkami religijnych fanatyków (co to chętnie, acz zwykle niepotrzebnie ginęli). Tu zaś ma rosyjski dowódca jako przeciwnika zaprawione w boju, regularne wojsko. Nie walczy z nim, stosując jakieś spektakularne manewry – po prostu, wykorzystując przewagę ognia i stali oraz bezpieczne dla siebie niebo, systematycznie spycha Ukraińców na południe i zachód. Kunsztu w tym nie ma, jest za to solidna operacyjno-taktyczna robota u podstaw. „Zdaje się, że z Dwornikowem przyjechało sporo dowódców niższego szczebla – być może sam ich wybrał. W każdym razie widać już, że walczą inaczej, rozsądniej”, pisze mi emerytowany oficer WP, na bieżąco śledzący sytuację w Donbasie. Czasy szalonych rajdów „gdzie oczy poniosą” w wykonaniu rosyjskich czołgistów mamy już za sobą. Szkoda, bo Ukraińcy dobrze sobie radzili z likwidowaniem takich ugrupowań.

—–

O przewadze Rosjan w Donbasie decyduje przede wszystkim artyleria – lufowa i rakietowa – z którą obrońcy mogą sobie poradzić przy użyciu własnej artylerii. Wet za wet, plus wyprzedzające ostrzały na rozstawiające się/przemieszczające działa i wyrzutnie. W terminologii wojskowej nazywa się to ogniem kontrbateryjnym. Aby był skuteczny, obrońcy potrzebują dział o odpowiednim zasięgu oraz urządzeń – dronów, radarów pola walki – niezbędnych do precyzyjnego namierzenia stanowisk artyleryjskich wroga. Ukraińskie zasoby już mocno się wykruszyły, wiele z tego, co zostało, ma gorsze parametry od rosyjskich luf. Dlatego tak ważne są zachodnie dostawy wszelkiej maści systemów artyleryjskich. Ich różnorodność i skomplikowanie obsługi – podkreślane przez krytyków pomocy dla Kijowa – są pozorne. Ukraińcy wcale nie potrzebują długich miesięcy na szkolenia. „Z bożą pomocą wszystko szybko i ładnie pogarniemy”, pisze mi znajomy kapelan z ukraińskiej armii. I nie ma w tym wielkiej życzeniowości.

A skoro o bytach nadprzyrodzonych mowa.

– Na tej wojnie jest tylko jeden bóg. Wiesz, jak się nazywa? – spytał mnie kiedyś Witalij, weteran spod Iłłowajśka. Działo się to zimą 2015 roku, na froncie pod Debalcewem. Nie znałem odpowiedzi, więc pokręciłem głową. – Nazywa się Grad – Ukrainiec wypowiedział te słowa z mieszaniną złości, nienawiści i lęku. I ledwie padła nazwa rakietowej wyrzutni, usłyszeliśmy serię nie tak odległych wybuchów. Srogi bóg wojny przemówił.

Czas najwyższy, by w ten głos jeszcze uważniej wsłuchali się też najeźdźcy.

A ilustracja ku pokrzepieniu serc/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zasoby

Rosyjskie rakiety spadają dziś na ukraińskie węzły kolejowe. Jeśli coś w tym zaskakuje, to fakt, że Rosjanie wzięli się za tego rodzaju akcje po dłuższej przerwie, a i tak czynią to w zakresie, który trudno nazwać masowym. Ku wściekłości telewizyjnych ekspertów, chadzających na pasku Kremla, którzy nie mogą zrozumieć – i dają temu wyraz na wizji – „dlaczego armia tak cacka się z Ukrainą!?”. „Przecież przez te węzły idzie zachodnia pomoc!”, grzmią, świadomi, że pozycja eksperta w państwowej telewizji pozwala na łajanie generalicji (byle nie po nazwisku!). Tak putinowcy budują pośród zwykłych Rosjan przekonanie, że niepowodzenia w Ukrainie wynikają z samoograniczającego się charakteru „operacji specjalnej”, co zostawia furtkę dla argumentacji typu „ale jak już NAPRAWDĘ zaczniemy…”. Jednocześnie w takich okolicznościach Kreml tworzy dodatkową presję na wojskowych („widzicie, co o was mówią w telewizji…?”), dopingując ich do bardziej zdecydowanych działań.

Rzecz w tym, że generałowie (zwykle) głupi nie są – i nie trzeba im porad czy drwin. Mają za to związane ręce. Bo po pierwsze, Ukraińcy wykazują się niesamowitą determinacją, jeśli idzie o odbudowę uszkodzonej infrastruktury transportowej. Zniszczone węzły kolejowe reaktywowane są w ekspresowym tempie (tak samo zresztą jak uszkodzona infrastruktura komunalna; służby miejskie robią wszystko, by jak najszybciej przywracać dostawy energii i podstawowych usług). Po drugie, w rosyjskim arsenale rakietowym na dobre rozhulał się wiatr. O brakach w rakietach i pociskach manewrujących, zdolnych do precyzyjnych rażeń dużych obiektów z dużej odległości, najlepiej świadczy fakt, że armia najeźdźcza zaczęła używać pocisków morskich do ataków na cele lądowe. Odpowiedników słynnych ukraińskich Neptunów, zaprojektowanych do odnalezienia i trafienia poruszających się po wodzie obiektów. Amunicja tego typu jest znacznie droższa od Iskanderów czy Kalibrów, które lecą „po sznurku”; fakt, iż cel się nie przemieszcza, eliminuje konieczność zainstalowania dodatkowych, kosztownych systemów celowniczych/manewrujących. Teoretycznie Rosjanie mają wszystko, żeby uzupełnić magazyny i nie strzelać z arcydrogich rakiet, w praktyce wygląda to dużo gorzej. Cała elektronika tych systemów uzbrojenia jest bowiem zachodnia i w tym momencie niedostępna z uwagi na sankcje. Rosjanie zatem nie są w stanie odtworzyć zapasów „inteligentnej amunicji”, a tym, co mają, gospodarzą oszczędnie. Co ostatecznie i tak zmusza ich do rozrzutności, gdy warta kilka milionów dolarów rakieta, z mniejszą niżby tego wymagały okoliczności głowicą (bo wspomniane dodatkowe oprzyrządowanie pakuje się do kadłuba kosztem wielkości ładunku bojowego), niszczy rampę i skupisko torów o wielokrotnie niższej wartości. I to niszczy na kilkanaście-kilkadziesiąt godzin, potrzebnych ekipom remontowym na odbudowę uszkodzonego węzła. Krew w piach.

Dużo większe efekty mogą przynieść ataki na obiekty cywilne, bo dają nadzieję na złamanie woli oporu obrońców – kalkulują rosyjscy dowódcy. Rażona rakietami Odessa to najnowszy przykład tego typu zbrodniczych założeń.

I tylko Ukraińcy ani myślą się poddać. Co więcej, właśnie realizują zapowiadaną natowskim partnerom już jakiś czas temu strategię „podpalania Rosji”. Nie wiem, czy wysiłki białoruskich „kolejowych partyzantów” – którym udało się mocno pokrzyżować rosyjskie plany wykorzystania białoruskich kolei do przerzutu wojska – były w jakiś sposób koordynowane z Kijowa. W mojej ocenie mieliśmy tu do czynienia z „braterskim wsparciem” dla Ukraińców ze strony lokalnych przeciwników Putina i Łukaszenki. Ale za tym, co od kilku dni dzieje się w Rosji, bez wątpienia stoją sami Ukraińcy. Pożary w instytucjach naukowych pracujących na rzecz armii, ataki na mosty i wreszcie płonące składy paliw i amunicji (jak dziś w Briańsku), to efekty twardych kinetycznych uderzeń (ataków lotniczych/rakietowych) oraz bardziej skrytych działań grup dywersyjnych. Ukraińcy mają w prowadzeniu takich operacji spore doświadczenie – SBU nauczyła się ich w Donbasie, na terytoriach okupowanych po 2014 roku. Przez niemal osiem lat tak, jak „znikali” donbascy zdrajcy i dowódcy lokalnych milicji, tak „znikały” ważne elementy infrastruktury, niezbędne do prowadzenia wojny (mosty, magazyny broni itp.). Rosja – z jej koszmarną korupcją, bylejakością wykonania strategicznych dla państwa instalacji oraz całym kontekstem kulturowym (język, powiązania rodzinne) – jest dla ukraińskich sabotażystów idealnym miejscem do działań. Szczególnie, że Rosjanie wykazują się wyjątkową nonszalancją. Kluczowych obiektów znajdujących się w promieniu do 120-150 km od granicy nie strzegą przeciwlotnicze systemy obronne, a w miejsce oddziałów wojsk wewnętrznych, wysłanych do Ukrainy, nie dotarły uzupełnienia z głębi kraju. Oczywiście, poza nonszalancją może to też być kolejny dowód na „krótką kołderkę” rosyjskich sił zbrojnych.

Których siły specjalne właściwie w ukraińskiej wojnie nie istnieją. Na początku inwazji mówiło się o spec-komandzie przerzuconym do Kijowa z zadaniem pojmania ukraińskiego prezydenta. Błędnie identyfikowano ów zespół jako oddział najemnych wagnerowców (po prawdzie – biorąc pod uwagę powiązania między wywiadem wojskowym GRU a Grupą Wagnera – nie było w tym wielkiego nadużycia). Ukraińcy z kolei ostrzegali NATO przed atakami rosyjskich „specjalsów” na centra logistyczne i kanały przerzutowe dla sprzętu płynącego do Ukrainy. Chodziło tu o działania dywersyjne, nie pod własną flagą, na terytorium Rumunii, Słowacji, ale przede wszystkim Polski. Jak na razie do żadnych „wypadków” nie doszło, co każe wierzyć w odpowiednie zabezpieczenie dostaw, skutkujące bezsilnością Rosjan.

I skoro o dostawach mowa – jest tego tyle, że Ukraińcy mają ogromne szanse na przetrzebienie Rosjan i odebranie im inicjatywy strategicznej. Ale nie wpadajmy w nadmierny entuzjazm. Setka naszych T-72, odpowiednio apgrejdowanych przez Ukraińców – wraz z całą masą innego ciężkiego uzbrojenia, które jest już albo na miejscu, albo w drodze – rozstrzygnie pierwszą bitwę o Donbas. I zapewne nie przetrwa do kolejnej. Wojna na wschodzie jest konfliktem niezwykle materiałochłonnym („front przetrawi wszystko”, mawia mój kolega). Rosjanie – jeśli teraz nie dojdzie do istotnego przełomu – za dwa-trzy tygodnie nie będą mieli już dość sił, żeby atakować. Ale Putin nie sprawia wrażenia gotowego do rozmów pokojowych, orki zatem najpewniej się okopią na zajętych pozycjach, a w kraju będą zbierały siły do kolejnego, dużo potężniejszego uderzenia. Do drugiej bitwy o Donbas, latem bądź na początku jesieni. Masowa mobilizacja i równie masowe czyszczenie magazynów ze sprzętu, który będzie się jeszcze nadawał do użycia – oto rosyjskie sposoby na zbudowanie przewagi. Ilościowej, bo o jakości nie będzie tu mowy. Ukraińcy tak zasobnych magazynów nie mają, a wytraconego sprzętu – za miesiąc czy dwa – nie da się już uzupełnić poradzieckim, stanowiącym dotąd podstawę w ukraińskiej armii. Nie da się, gdyż nie będzie już czym i skąd. Dlatego coś, co wciąż jest dla nas nowością i co w gruncie rzeczy nie ma jeszcze charakteru zjawiska masowego – dostawy ciężkiej broni zachodnich producentów – musi się wkrótce stać oczywistą oczywistością. Bez której Ukraina nie przetrwa.

—–

Nz. Płonący dziś w środku nocy rosyjski Briańsk/fot. klatka z filmu udostępnionego przez Ukraińską Prawdę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ochłap

Żałosny jest ten Putin, żałosny jest Szojgu, żałośni są ich generałowie. Miał być Kijów („wystarczy, że mrugniemy okiem!” – odgrażał się przed inwazją Sołowiew, naczelny propagandysta Kremla), miały być Charków, Odessa, a pewnie i Lwów, tymczasem po dwóch miesiącach walk jest jedynie Mariupol. Zdewastowany, wyludniony, z dziesiątkami tysięcy bogu ducha winnych, martwych cywilów. „Wyzwolony!”, jak orzekł wczoraj minister obrony. „Mariupol nasz!”, podchwycił ruski internet, nawiązując do popularnego w 2014 roku hasła „Krym nasz!”. Taki on „nasz”, że Azostal wciąż się broni, a szturmować go strach, bo zginie masa ludzi. A tylu już poległo… Jeden z generałów ukraińskiej armii, na którego informacjach dotąd się nie zawiodłem, ocenia, że Rosjanie wytracili w Mariupolu ekwiwalent dywizji – 2,5 tys. zabitych, trzy razy tyle rannych. A to dane nieuwzględniające separatystów i Czeczenów, którzy także masowo kładli głowy. Nic dziwnego zatem, że wracają teraz do siebie „wojskowi” z DRL, zbyt wykrwawieni, aby brać udział w dalszych walkach. „Tiktokowcy” Kadyrowa zostaną w Mariupolu; nikt jak oni nie zna się lepiej na pacyfikacji ludności, którą trzeba przeprowadzić przed 9 maja, dniem pabiedy, kiedy przez „wyzwolone” miasto ma przejść defilada zwycięzców. Stalownię blokować będzie regularne wojsko, co najmniej 5-6 batalionowych grup bojowych (około 4 tys. żołnierzy), których zabraknie w środkowej i północnej części Donbasu. Takie to zatem pożal się boże zwycięstwo…

No ale trzeba rzucić jakiś ochłap wytęsknionym sukcesów wielbicielom litery Z. Jest więc „Mariupol nasz”. O Chersoniu, wziętym na początku marca, rosyjskie media właściwie nie wspominają. Bo strach pisać i mówić, że „nasz”, skoro Ukraińcy coraz śmielej nacierają w tym kierunku i niewykluczone, że lada dzień odbiją miasto. Kijów niechętnie informuje o swoich kontrofensywnych poczynaniach, ale kto obserwuje ruchy wojsk, uważnie czyta rozproszone doniesienia i mapy, ten widzi, że na południu coś się kroi. Widzą to też ruskie generały, niechętne odsyłaniu żołnierzy spod Chersonia pod Izjum czy Donieck. Trochę przypomina to sytuację z wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, kiedy Stalin de facto odmówił Tuchaczewskiemu pomocy pod Warszawą (wolał skupić się na zajęciu i utrzymaniu Lwowa). W efekcie, na centralnym odcinku frontu Polacy odnieśli spektakularny sukces, a wkrótce cała bolszewia musiała zawijać się na wschód. Oby więc była to do spodu trafna analogia.

Bez reorganizacji frontu Rosjanie nie mają szans na zwycięstwo w Donbasie. Alternatywą dla szachowania tym, co jest, pozostaje dosłanie nowych oddziałów z Rosji. „Luzy” Federacji to w tej chwili jakieś 50 tys. żołnierzy, których wszak trzeba zwieźć z całego ogromnego kraju – a to zajmie trochę czasu. Sięganie po wojskowych chroniących Rodiny na strategicznych kierunkach jak na razie nie mieści się w głowach rosyjskich dowódców. Oni naprawdę boją się, że posłanie do Ukrainy większej liczby żołnierzy kosztem zachodniej, dalekowschodniej czy kaukaskiej rubieży, uaktywni przeciwników Rosji do działania. Bóg zapłać za te paranoje, a na miejscu NATO jeszcze bardziej bym je dokarmiał. Na przykład organizując gigantyczne ćwiczenia w Polsce, na Bałtyku, w Norwegii czy aspirującej do Sojuszu Finlandii. Putin i spółka zrobiliby pod siebie ze strachu, stawiając w tryb alarmowy defiladowe T-34 z Kubinki.

No ale poprzestańmy na tym, co jest – i tak już ograniczonej rosyjskiej swobodzie operacyjnej. Pamiętając przy tym, że Ukraińcy też mają rezerwy. Jakieś 40 tys. żołnierzy, których można rzucić do walki bez zbytniego ogałacania innych, zagrożonych rosyjskim atakiem rejonów (okolic stolicy i Odessy; na tym etapie wojny jest już oczywiste, że zachod kraju pozostaje poza zasięgiem ofensywy lądowej wroga). A więc tak czy inaczej Rosjanom pozostaje co najwyżej budowanie lokalnych przewag, z nadzieją na przerwanie frontu. Istotnym byłby w tym momencie efekt zaskoczenia – takie przeprowadzenie dyslokacji jednostek, by Ukraińcy nie zorientowali się, skąd najeźdźcy uderzą ze zwiększoną mocą. Tyle że w tej chwili świadomość sytuacyjna na poziomie strategicznym to atut, którym w większym zakresie dysponują Ukraińcy. Ich „oczy” i „uszy” widzą więcej i szybciej, przede wszystkim dzięki wsparciu wywiadowczemu NATO. Amerykańskie samoloty rozpoznawcze zapuszczają się już nad Morze Czarne, co zresztą wiele tlumaczy w kontekście zatopienia „Moskwy” (ktoś Ukraińcom musiał przekazać koordynaty).

„Gdzie się nie odwrócisz, dupa i tak z tyłu”, mawia mój dobry kolega. Ów opis idealnie oddaje sytuację rosyjskiej armii w Ukrainie. Tylko jak u licha do tego doszło? Dziś rano jedna z rosyjskich redakcji, powołując się na MON, opublikowała dane na temat rosyjskich strat. Wynika z nich, że dotąd poległo ponad 13 tys. Rosjan (bez najemników), a 7 tys. uznaje się za zaginionych. Zdumiewająca proporcja, która potwierdza dotychczasowe doniesienia o masowym porzucaniu przez rosyjskie wojsko swoich zabitych, która wskazuje również na wstydliwy dla Kremla problem dezercji (nie podejmę się szacowania, ilu z tych 7 tys. to dezerterzy, a ile osób to zabici, których śmierci nie potwierdzili koledzy/dowódcy; Ukraińcy w każdym razie pojmali niespełna tysiąc jeńców, a ich dane przekazywane są drugiej stronie na bieżąco). No więc 21 tys. bezpowrotnych strat, a w tym zestawieniu brakuje informacji o rannych! Niezależnie od tego, czy jest ich dwa czy trzy razy więcej, siły inwazyjne zostały mocno wykrwawione. Zemściła się nonszalancja rosyjskich dowódców, okazywana zarówno Ukraińcom – postrzeganym jako słaby przeciwnik – jak i własnym żołnierzom, pchanym w ogień zgodnie z sowiecka filozofią rozpoznania bojem. W efekcie dziś tak często nie ma kim walczyć…

—–

Nz. Fragment zniszczonego budynku w Mariupolu/fot. Ukraińskie Siły Zbrojne

Postaw mi kawę na buycoffee.to