Archiwa tagu: Donieck

Skaza?

Etniczni Polacy w odniesieniu do Żydów mają mnóstwo za uszami – nigdy więc nie stanę po stronie bezkrytycznych apologetów, usiłujących wmówić nam, jak to wspaniałomyślnie zachowywaliśmy się podczas okupacji. Gówno prawda.

Ale…

Ale wspominam dziś jeden z wyjazdów na wschód Ukrainy, do Doniecka. Była piękna wiosna, po zajęciu przez separatystów i Rosjan portu lotniczego, miasto poczuło wyraźną ulgę. Linia frontu odsunęła się nieco od przedmieść, walki wyraźnie zelżały. Artyleria owszem, huczała, obie strony dokuczały sobie moździerzami, ostrzałami z broni maszynowej, snajperzy również nie próżnowali. Ale to działo się kilka kilometrów od centrum miasta, które właściwie pozostawało nietknięte i bezpieczne. Pociski spadały gdzieś na obrzeżach, wciąż ginęli ludzie, ale dało się żyć.

Dało na tyle, że lokalne kluby piłkarskie przeprowadzały rozgrywki (młodzików), a dzieci w jednej z podstawówek chodziły na zajęcia z baletu. Działa się też masa innych sytuacji, ale wspominam akurat te, które widziałem na własne oczy. Widziałem też ogródki piwne i ludzi przy stolikach spożywających trunek z pianką. Rozmawiających, śmiejących się, kłócących; byłem świadkiem całego spektrum zwyczajnych zachowań. Niezwyczajne były tylko dochodzące gdzieś z oddali wystrzały i wybuchy. Którymi nikt się już specjalnie nie przejmował.

Kilka miesięcy później, w samym środku lata, byłem w Mariupolu. Przyjechaliśmy z kolegami akurat w sobotę i poszliśmy na tamtejszą promenadę. Knajpy i dyskoteki działały w najlepsze, alkohol lał się strumieniami. Wypindrzone laski i odsztafirowani kolesie konsumowali młodość jakby kilkanaście kilometrów dalej, na wschód, nie rozciągała się linia frontu. Widoczne stamtąd rozbłyski traktowano niczym fajerwerki, świetlną oprawę gorączki sobotniej nocy.

A w Szyrokino ginęli ludzie.

Wspominam o tym dziś, w rocznicę wybuchu pierwszego z warszawskich Powstań – tego w getcie. Wspominam, bo znów tu i ówdzie pojawiają się oburzone głosy, że Polacy po „aryjskiej” stronie przychodzili pod mur getta, obserwować pożary. A potem wracali do swojego życia, jakby nic się nie stało. I że z czasem po prostu przywykli do dymów nad pacyfikowaną częścią miasta.

Otóż moi drodzy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic, co oznaczałoby jakąś etniczną/kulturową skazę, nic, co byłoby dowodem na odstępstwo od normy. Ludzie tak mają – widziałem to nie tylko na Ukrainie. Przyzwyczajamy się do otaczającego nas zła, ignorujemy je, trywializujemy, niekiedy wręcz zaprzeczamy jego istnieniu („pandemii nie ma” – brzmi znajomo, prawda?). Z czasem nawet staramy się dostrzec w nim jakieś dobre strony. Cieszymy się, że nas nie dotyczy, ba, potrafimy dać się ponieść fascynacji, widząc zło w działaniu. Gdy mnie ktoś pyta o wrażenia z wojen, opowiadam przede wszystkim o dramacie, lecz mówię też o złowieszczym pięknie. Pożar fascynuje nie tylko piromanów.

Mamy tak, bo to zupełnie naturalny mechanizm adaptacyjny. Coś, co pozwala nam przeżyć graniczne sytuacje. Nawet jeśli towarzyszy temu świadomość, że najpewniej będziemy następni. Ale jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz. Dziś mogę pójść na piwo, wstąpić do cukierni, urżnąć się do nieprzytomności. Bądź zrobić cokolwiek innego, co jest apoteozą normalnego życia, wyrazem tęsknoty do czasów, kiedy śmierć nie czyhała za rogiem.

W kwietniu 1943 roku ta potrzeba była nad wyraz silna.

—–

Fot. Plaża w Szyrokino, lato 2015 roku. Nawet w takim miejscu, kilkaset metrów od linii nieprzyjaciela, nie sposób oprzeć się potrzebie „chwilowej normalności”/Darek Prosiński

Cyborgi

Za kilka dni na ekrany ukraińskich kin wejdzie film „Cyborgi” – opowiadający o obrońcach donieckiego lotniska. Obraz z kategorii określanej u nas mianem „ku pokrzepieniu serc”. Bo choć cyborgi – jak nazwali ukraińskich żołnierzy sami Rosjanie – ostatecznie musiały poddać aeroport, wcześniej dały atakującym solidnie w kość. Na niesionej pomajdanowym wzmożeniem Ukrainie stając się symbolem niezłomności w walce o nowe, lepsze państwo. „Gloria victis” – jak to zwykło się kwitować po tej stronie Bugu, z nieodłącznym, często naiwnym przekonaniem, że „ta ofiara nie pójdzie na marne”.

Czy film wykrzesze z Ukraińców – zmęczonych wojną, w coraz większym stopniu przekonanych, że znów zostali oszukani przez polityczno-biznesowe elity („sprzedali nas w podkawiornych negocjacjach”) – choćby cień dawnego entuzjazmu? Szczerze wątpię – minęły bowiem już czasy, w których kinowi bohaterowie mieli realny wpływ na postawy widzów.

Mimo to film już teraz jest ostro hejtowany przez (pro)rosyjskich internautów. To akurat oczywiste, choć niektóre zarzuty tak po ludzku rozumiem. Byłem w Doniecku klika tygodniu po upadku lotniska – dla ludzi z tamtej strony, cywilów zamieszkałych w osiedlach w sąsiedztwie aeroportu, klęska cyborgów była wydarzeniem pozytywnym. Strefa walk przesunęła się na zachód, niosąc Doniecczanom ulgę.

Tej perspektywy zapewne zabraknie w „Cyborgach” (znam tylko zwiastuny, obejrzałem też kilka materiałów z planu). Jednak choćby z uwagi na realizacyjną sprawność i rozmach, warto, by film trafił również do rozpowszechniania w Polsce. Dawno nie widziałem tak dobrze sfilmowanej batalistyki.

Ale czy trafi?

No właśnie. Dokładnie 26 lat temu Polska, jako pierwszy kraj na świecie, uznała niepodległość Ukrainy. Później przez lata budowaliśmy dobre, sąsiedzkie relacje. Gdy na wschodzie wybuchła wojna, nasze sympatie w miażdżącej większości skierowane były na Ukraińców. A potem wszystko zaczęło się zmieniać, ostatnio wchodząc nawet w fazę konfliktu o wymiarze politycznym, międzypaństwowym. To raczej nie jest dobra atmosfera dla ukraińskiej kinematografii w Polsce. Wnet pojawiłby się zarzut „promocji neobanderyzmu”.

Byłby niemądry, ale wprost wynikający z przekonań wielu Polaków. Warto prześledzić dynamikę zmiany, jaka w tym obszarze dokonała się pośród mieszkańców naszego kraju – to rzecz na odrębny wpis. W tym dość wskazać, że największym beneficjentem polsko-ukraińskiej niezgody jest Rosja. Wychodzi więc na to, że Ukraina przegrała nie tylko w Donbasie, przegrała też nad Wisłą. Smutna konstatacja zważywszy na fakt, jak bardzo się wzajemnie potrzebujemy. My i Ukraińcy.

—–

Nz. Ukraiński BWP (BMP) na pozycjach w miejscowości Piski, która w czasie walk o lotnisko była zapleczem dla obrońców. Wiosna 2015/fot. Marcin Ogdowski

Strategie

Czym jest normalność? Niby oczywista sprawa, ale spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie w kontekście wojennej codzienności. No właśnie… Przed laty przeczytałem w jednym z tygodników artykuł poświęcony ostatnim dniom przed wybuchem Powstania Warszawskiego. I była tam mowa o restauracyjnych ogródkach nad Wisłą. Nie dla Niemców, dla Polaków. Wychowany w kulturze martyrologii, przeżyłem poznawczy szok. Ogródki restauracyjne dla mieszkańców najbardziej umęczonego przez hitlerowców miasta?! A jednak…

Z biegiem czasu wojna stała się moim zawodowym doświadczeniem. Szukałem więc tej normalności w nienormalności w Iraku, Afganistanie, a ostatnio na Ukrainie. I o tym będzie ta krótka opowieść.

Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Ważne, że nie strzelają

Pod koniec stycznia ubiegłego roku dotarłem z ekipą pod Debalcewe. Cudem znaleźliśmy transport – cywilne auto, a w nim straszą panią z synem za kółkiem. Kobieta była elegancko ubrana, miała pełen makijaż. Tego dnia, rano, wywiozła z Debelacewe do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Artiomowska swoje wnuki (kierowca był ich ojcem). Ale państwo ci ewakuowali dzieci w pośpiechu i już w drodze uświadomili sobie, że nie zamknęli drzwi od mieszkania na klucz. Więc pod odstawieniu pociech znów wsiedli w samochód, by wrócić do siebie. Miasto było już pod ciężkim ostrzałem, a oni jechali do domu, by zamknąć drzwi na klucz. „Bo przecież wojna się skończy, a człowiek musi mieć gdzie mieszkać”.

Kilkanaście dni później rebelianci – przy wsparciu armii rosyjskiej – zajęli Debalcewe. Zjawiłem się w nim dwa miesiące po tym fakcie, będąc już na terytorium Donieckiej Republiki Ludowej. W wyniku niedawnych walk ucierpiało prawie 70 procent zabudowy miasta. Niektóre fragmenty wyglądały naprawdę fatalnie – mówiło się wręcz o „małym Stalingradzie”. Ale mieszkańcy – ci, którzy wcześniej uciekli – wracali do siebie. „Ważne, że już nie strzelają” – mówili i w skrzykniętych z własnej inicjatywy grupach sprzątali gruzowiska.

Ten argument – że już nie strzelają – jest zresztą bardzo charakterystyczny. Po zachodniej stronie linii frontu, na Ukrainie, często ze wzgardą mówi się o ludziach, którzy zostali po „tamtej” stronie. Słyszałem określenie „zombie”, popularna jest też nazwa „wata” – od waty, którą wypełnia się kufajki, uchodzące za symbol radzieckości, czy teraz rosyjskości. Przy czym wata odnosi się też do dyspozycji intelektualnej – „oni mają watę zamiast mózgu”, mówi się. To reakcje między innymi na informacje rozpowszechniane przez liderów DRL – że większość mieszkańców nowej republiki popiera działania jej władz. Oczywiście można mieć zastrzeżenia do prawdziwości takich twierdzeń, ale w Doniecku wielokrotnie stykałem się ze zjawiskami, które w jakiejś mierze potwierdzały legitymizację nowego ustroju. Dla mnie to zupełnie zrozumiałe postawy – oto po miesiącach zawieruchy i ciężkich ostrzałach, jakie towarzyszyły początkom DRL, nastał względy spokój i stabilizacja. „Najważniejsze, że nie spadają na nas grady” – mówiła doniecka ulica. I cieszyła się z każdego przejawu normalności – kursujących autobusów, otwartych kin i szkół. To, kto rządził, miało drugorzędne znaczenie. To, że na przedmieściach wciąż toczyły się walki – również.

Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Zabawa do białego rana

Do tego, że wojna jest gdzieś tam, ale da się z nią, w niej, przy niej funkcjonować, przyzwyczajają się też dzieci. Wiosną zeszłego roku oglądałem eliminacje do lokalnych mistrzostw w piłce nożnej. Chłopcy z różnych dzielnic Doniecka rozgrywali mecze nie na powietrzu, a pod dachem – co było jedynym novum w odniesieniu do poprzednich lat. W innej szkole, na południowych obrzeżach miasta, byłem świadkiem zajęć z baletu – kilku-kilkunastoletnie dzieciaki nawet nie zwracały uwagi na pomruki artylerii, które niosły się pomiędzy blokami i powodowały drżenie szyb. Nauczyciele, z którymi wówczas rozmawiałem, tłumaczyli mi, że szkoła – jak większość w Doniecku – nie działała tylko przez trzy miesiące jesienią 2014 roku, kiedy o miasto toczyły się najcięższe walki. Lecz nawet wtedy nie przerwano edukacji – większość uczniów miała dostęp do internetu i za jego pośrednictwem przesyłano dzieciom zadania. Oczywiście, w piwnicach każdej ze szkół zorganizowano schrony, ale w kwietniu 2015 roku już z nich nie korzystano. Coś, co na Ukrainie odebrano jako narodową tragedię – wyparcie obrońców, tak zwanych cyborgów, z ruin donieckiego lotniska – w samym mieście, jego mieszkańcom, przyniosło ulgę; pozwoliło na odepchnięcie frontu o kilka kilometrów od centrum metropolii.

Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Analogiczna sytuacja miała miejsce na południu, w Mariupolu – tyle że tam odepchnięci zostali separatyści. Zaledwie kilkunastokilometrowy bufor sprawił, że dziś niemal nie ma stamtąd uchodźców – a jeszcze latem zeszłego roku władze Mariupola nie mogły się doliczyć 40 procent mieszkańców. Lecz nawet wówczas mariupolanie organizowali swoje życie na przekór wojnie. Któregoś lipcowego wieczoru poszliśmy z kolegami nad morze, piękne Morze Azowskie. Był weekend, knajpy i dyskoteki pękały w szwach. Alkohol, głośna muzyka, tańce, odstawione dziewczyny, eleganccy chłopcy – i zabawa do białego rana. Czasem tylko, patrząc wzdłuż wybrzeża, można było dostrzec oddalone wybuchy.

Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński
Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński

Żywy dowód

Rano wsiedliśmy w samochód i po niespełna 15 kilometrach znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Okopy, zrujnowane budynki, przekształcone w małe twierdze; cały ten frontowy sztafaż, charakterystyczny dla znanego niegdyś kurortu w Szyrokino. Lecz i ta sytuacja daję okazję do rozważań o normalności w nienormalności. Do czasu wojny na Ukrainie miałem specyficzne doświadczenia wojenne. Dotyczyły one konfliktów asymetrycznych, partyzanckich czy antypartyzanckich, biorąc pod uwagę stronę, z jakiej je relacjonowałem. By nie wchodzić w zbędne szczegóły, iraccy bojownicy czy afgańscy talibowie nie mieli do dyspozycji ciężkiej artylerii. Nie w zakresie, który umożliwiałby nawały ogniowe. Z lektur, z filmów, wiedziałem zaś, że zmasowany ogień jest przyczyną wielu załamań nerwowych u żołnierzy, ale wiedziałem też, że ludzie się do niego przyzwyczajają. Co mimo wszystko wydawało mi się niewyobrażalne. Aż trafiłem na całonocną kanonadę. Separatyści i Rosjanie okładali pozycje, na których byłem, z najcięższych dział i haubic. Zmusili nas – mnie, kolegę i przede wszystkim ukraińskich żołnierzy – do zagrzebania się w piwnicach i jamach. Na początku było strasznie – każda kolejna eksplozja rodziła obawy, że za chwilę strop zwali mi się na głowę. Dość szybko jednak dałem sobie z tym spokój – idąc śladem Ukraińców, skupiłem się na oglądaniu jakiegoś bzdurnego filmu. Zdaje się, że był to „Seks w wielkim mieście”, z zabawnym rosyjskim dubbingiem. A gdy skończyło się paliwo w generatorze i telewizor zgasł, po prostu poszedłem spać.

Rano okolica wyglądała jak po kataklizmie, ale żołnierze – jak gdyby nigdy nic – wykonywali swoje rutynowe działania. Czyszczenie broni, parzenie kawy, przygotowanie śniadania. Tam, gdzie było jedzenie, pojawiły się psy – nieodzowny „element” frontowej rzeczywistości. Uchodźcy z terenów objętych działaniami zbrojnymi często zostawiają czworonogi, nie mając możliwości, by zabrać je ze sobą; natura ma też swoje prawa – zwierzęta parzą się bez względu na okoliczności, które zafundował im człowiek. Psy (ale i koty) ciągną do ludzi, żołnierz wiele z nich obdarza opieką. Bo zwierzak to substytut normalności, domu, przedwojennego życia, a zarazem żywy dowód na potrzebę zachowania oczywistego w normalnych czasach człowieczeństwa. Te ludzko-zwierzęce więzi potrafią być bardzo silne – piszę to z perspektywy człowieka, który pomagał kiedyś żołnierzowi WP przemycić 30-kilogramowego psa z Iraku do Polski.

Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński
Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński

Kolory

Dziś – zgodnie z zapowiedzią – oddaję łamy blogu laureatowi konkursu. Poniżej recenzja „Uwikłanych”, autorstwa Błażeja Bierczyńskiego. Zapraszam do lektury!

A korzystając z okazji – najlepszego w nowym roku! I niech się dzieje – na blogu w każdym razie będzie się działo.

United Colors of War

Kilka lat temu Marcin Ogdowski przenosił czytelników swojego bloga, a następnie książki, w realia polskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie. Powstały wówczas „Alfabet polskiej misji” ukazywał służbę naszych żołnierzy – kwestie kulturowe, społeczne, wojskowe – w pełnym jej spektrum. Podobnie jest z „Uwikłanymi” – powieścią, której akcja toczy się w trakcie wojny we wschodniej Ukrainie i którą można by określić „Alfabetem konfliktu pisanym cyrylicą”.

Trafniejszym porównaniem dla książki Marcina Ogdowskiego jest jednak, według mnie, odniesienie do kolorów. Sprzyja temu choćby symbolika barw: pomarańczowa rewolucja, niebiesko-żółta flagi Ukrainy, biały konwój, zielone ludziki czy wreszcie generalizujący biało-czarny system podziału na dobrych i złych, który w prosty sposób oczyszcza umysły z wątpliwości i ułatwia spokojne zasypianie w samozadowoleniu swojej słuszności. Ogdowski nie pozwala tak łatwo zamknąć oczu i nie chodzi tu jedynie o umiejętnie prowadzoną narrację i akcję w powieści.

Aby skuteczniej „uwikłać” w lekturę, autor zmniejsza dystans między czytelnikiem a książkowymi wydarzeniami umieszczając jako głównych bohaterów naszych rodaków. Czwórka różnych postaci, każda po innej stronie frontu, a jeśli po tej samej, to z inną bronią – „palną” lub „słowną”. Żołnierz, ochroniarz i dwójka dziennikarzy – wszyscy to weterani afgańskiej misji. Nie powiem, bym mógł się z nimi szczególnie identyfikować. Niekoniecznie wzbudzali także moją wyraźną sympatię, ale na pewno byli dla mnie prawdziwi. Poza tym, nie po to powstali „Uwikłani”, by rozpościerać romantyczną wizję i bym przeczytawszy książkę zapragnął ruszyć na krucjatę po jednej lub po drugiej ze stron niczym „błędny rycerz”. Przedstawiona wojna jest brudna i brutalna, ale nie chodzi tu jedynie o śmieć i zniszczenie, trupy i pożogę, ale o całokształt tę wojnę nakręcający. Umieranie i zabijanie jest proste – w przeciwieństwie do mechanizmów, które za nimi stoją.

Konflikt na Ukrainie jest ukazany nie jako wojna setek tysięcy ludzi, a jako setki tysięcy prywatnych wojen. Tak powstaje pełna paleta wojennych barw. Postaci są wielowymiarowe, nie ma podziału na ostateczne dobro i absolutne zło, na białe i czarne, bo nawet monochromy szarości nie są jedynymi kolorami. Choćby dlatego, że wojna nie jest samoistnym bytem, a opiera się na politycznych grach, układach, zależnościach, wielkich ideach i prywatach. Walka toczy się o pieniądze, wpływy, niespełnione ambicje, żale, dla zemsty i z wielu innych powodów, a w tym całym szaleństwie – także o normalne życie przy wybuchających bombach. Wojna, ściśle powiązana z polityką wewnętrzna i zagraniczną oraz historią, to również spektrum reakcji i opinii, także medialnych – w redakcjach lokalnych, polskich, zachodnich. Konflikt na Ukrainie doskonale ten „teatr rozmaitości” obrazuje, a co autor zaznacza opierając fabułę wokół zbrodni dokonanej przez stosujących nazistowską symbolikę ochotników z batalionu „Burza”. Jednostka nawiązuje do analogicznej autentycznej formacji „Azow”, z której przedstawicielami dziennikarz miał okazję spotkać się podczas swojego pobytu na Ukrainie. A to tylko zwiększa wartość powieści.

Jak na reportera przystało, Marcin Ogdowski nie ocenia, nie podsuwa gotowej odpowiedzi, nie agituje ani nie opowiada się po żadnej ze stron. Słowem przekazuje obraz – ocenę wydarzeń, orientację polityczną wobec nich czy osąd dotyczący bohaterów pozostawia czytelnikowi. Nie ma też w „Uwikłanych” zbędnego epatowania brutalnością – krótkie, trafne sformułowania wystarczają. Analogicznie do zasady, że bardziej przeraża czy fascynuje to, czego nie widać, tak tutaj wstrząsa i oddziałuje na wyobraźnię to, o czym nie przeczytamy wypracowania, ale co jest precyzyjnie zrelacjonowane bez zbędnych słów.

Tytuł „Uwikłani” odbieram jako dwuznaczny. Uwikłani w wielką politykę mocarstw i jej mini-wersję (prowadzoną przez lokalnych polityków, watażków i gangsterów) są główni bohaterowie czy inne książkowe postacie. Ale uwikłani jesteśmy także i my – jako ludzie, którzy codziennie obcują z mediami różnych opcji i na podstawie ich doniesień wyrabiają swoje zdanie o sytuacji u sąsiadów. My również bierzemy udział w tej grze i wojnie na „prawdziwsze fakty”. Tym bardziej warto wziąć pod uwagę głos Marcina Ogdowskiego, któremu udało się stworzyć bezstronną panoramę ukraińskiego konfliktu – paletę wojennych barw, gdzie domniemana biel zaskakująco płynnie potrafi przejść w czerń.

—–

Fot. Kacper Mastelarz

Premiera

No więc jest! Dziś już oficjalnie – „Uwikłani” pojawili się na rynku. To owoc czterech wyjazdów na Ukrainę, sześciu tygodni pisania, setek godzin spędzonych na lekturze książek, gazet i tekstów w Internecie, poświęconych Ukrainie i tamtejszej wojnie.

Teraz czekam na Wasze opinie.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować kilku osobom.

Dziękuję Rafałowi Stańczykowi, Darkowi Prosińskiemu, Michałowi Zielińskiemu, Ziemowitowi Szczerkowi oraz Jarosławowi Giermaziakowi – towarzyszom moich wypraw na Ukrainę i tak zwane terytoria czasowo okupowane. Krzysztofowi Dędkowi, prezesowi firmy Maskpol S.A., który sprawił, że czułem się nieco bezpieczniej na linii frontu. Rafałowi Farbiszowi z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, za pośrednictwem którego dotarłem do uchodźców z Doniecczyzny i Ługańszczyzny. Dziękuję przedstawicielom Polonii w Doniecku i Mariupolu za udzieloną opiekę i gościnę. Pracownikom Konsulatu Rzeczpospolitej Polskiej w Charkowie za cenne wskazówki na temat sytuacji na Ukrainie. Sławkowi Brudnemu, wydawcy, za to, że w ciemno uwierzył w projekt o roboczej nazwie „ukraińska powieść”. Krzysztofowi Fijałkowi, redaktorowi naczelnemu portalu Interia – za stworzenie możliwości reporterskich wyjazdów na wschód. Specjalne podziękowania należą się Julii, Irinie, Saszy, Denisowi i Wadimowi – osobom, które odsłoniły przede mną zakamarki ukraińskiej duszy. Szanowni – Дякую/cпасибо!

I na koniec dziękuję Wam, Czytelnikom – za to, że tu byliście.

A teraz czas na obiecany konkurs. Do wygrania są dwa egzemplarze „Uwikłanych” – oczywiście z autografem i dedykacją. Rozlosuję je pośród tych osób, które w fejsbukowym komentarzu do tego wpisu zadeklarują chęć napisania krótkiej recenzji powieści (zamieszczę je później na blogu). Losowanie szczęśliwców w poniedziałek.

—–

Zdjęcie ilustracyjne. Ukraiński front – to w jego realiach dzieje się duża część powieści/fot. Darek Prosiński

Poniżej okładka „Uwikłanych”.

uwiklani_okladka005