„Referenda”

Kilka osób zapytało mnie, o co chodzi z tymi referendami w Doniecku i Ługańsku. „Co oni kombinują?” – zastanawiają się Czytelnicy, mając na myśli zarówno Moskwę, jak i „separów”. Niezorientowanym wyjaśniam – wczoraj ci drudzy zaapelowali o jak najszybsze przeprowadzenie referendów w sprawie przyłączenia obu tzw. republik ludowych do Rosji. „Nadszedł czas, aby wymazać nieistniejącą granicę między naszymi państwami”, tamtejsze media cytują przewodniczącego Izby Publicznej DRL Aleksandra Kofmana. Na marginesie – nadal nie wiadomo, gdzie jest doniecki „numero uno” Penis Duszylin (odkąd kanalia zadekretował, oficjalnie!, że nie wolno zamieniać pierwszych liter jego imienia i nazwiska, czynię to z ogromną lubością). Kilka dni temu zwiał z Doniecka, najpewniej do rosji, i jak dotąd się nie objawił.

Mniejsza o niego – idea referendów spodobała się byłemu rosyjskiemu prezydentowi Dymitrowi Miedwiediewowi, o czym poinformował na Telegramie. Miedwiediew to w ostatnim czasie propagandowa strzelba reżimu, miotająca groźby i bluzgi pod adresem krajów wspierających Ukrainę. Tajemnicą poliszynela jest, że odstawiony przez putina na boczny tor polityk od dawna mierzy się z chorobą alkoholową. I to głównie po pijaku aktywuje się w sieci. Niezależnie od knajackich standardów putinowskiej polityki i dyplomacji, pewnych rzeczy pisać i mówić nie wypada czy to Ławrowowi czy Pieskowowi; rolę użytecznego idioty realizuje więc „Dimon”. Trudno jednak ocenić, czy w tym przypadku jego „tak” dla pomysłu separatystów oznacza zgodę Kremla (Miedwiediew potrafi bowiem „odlecieć”).

Przystając na propozycje liderów ŁRN i DRL Moskwa dużo ryzykuje.

Nie sądzę, by był to pomysł skrojony na Kremlu. W mojej ocenie jest on desperacką próbą uzyskania większych gwarancji bezpieczeństwa dla pseudo-republik ze strony Moskwy. Ukraińcy po ostatniej kontrofensywie nie zatrzymali się w granicach obwodu charkowskiego – weszli na ługańszczyznę. Od kilku dni – wzorem wcześniejszych działań na innych odcinkach frontu – „grillują” zaplecze wroga przy użyciu precyzyjnej artylerii rakietowej. Jest oczywiste, że zamierzają iść za ciosem i wyzwolić kolejne tereny, także te utracone w 2014 roku.

Przed lutym 2022 roku połączone „siły zbrojne” ŁRL i DRL liczyły 40 tys. bojców. Było to ostrzelane w kilkuletniej wojnie okopowej, nieźle wyposażone „wojsko”. Tyle że nie ma już po nim śladu – trzon został wytracony, a potencjalne rezerwy wydrenowane. Doszło do tego, że „separy” zniosły nienaruszalną dotąd zasadę – niemobilizowania górników. Wcześniej zaś przymusowy pobór objął nawet niepełnosprawnych mężczyzn. Duża w tym zasługa dowództwa armii rosyjskiej, które milicje traktowała – nadal traktuje – jako mięso armatnie służące do rozpoznania bojem.

Innymi słowy, coraz bardziej nie ma komu bronić „republik” – a armia ukraińska nie odpuszcza.

Mimo padających od lat deklaracji, elity ŁRL i DRL wcale nie pragnęły ścisłej integracji z rosją. Mówimy bowiem o mafijnym układzie, nastawionym na brutalną, ekspansywną eksploatację zasobów ekonomicznych obu regionów, rzecz jasna dla własnych korzyści. Większa zależność administracyjna oznaczałaby konieczność dzielenia się z Moskwą, zarówno w wymiarze formalnym, jak i nieformalnym (transfer kapitału w rosji odbywa się z peryferii do centrum; to prowincja żywi Moskwę – i tę polityczną, i tę mafijną; zresztą, oba światy się przenikają). „Donieckim” i „ługańskim” wystarczał rosyjski „bicz boży”, wiszący nad Ukraińcami, gdyby Kijowowi przyszło do głowy rozbić „republiki”. I istotnie, perspektywa interwencji armii rosyjskiej przez lata powstrzymywała władze Ukrainy przed wyzwoleniem Donbasu. Moskwie z kolei wystarczał fakt, że jątrzący się tam konflikt de facto blokował ukraińskie aspiracje dotyczące integracji z Zachodem. Był więc to układ (między rosją a „republikami”) wzajemnie pasożytniczy, ba, „separy” potrafiły nawet zagrać Kremlowi na nosie i wprowadzać cła na niektóre towary z federacji – by i na tym zarobić.

Ale to już przeszłość. Teraz uścisk „pańskiej ręki” Moskwy musi być silniejszy, jeśli mafiosom z Ługańska i Doniecka marzy się przeżycie. Tak przynajmniej kalkulują, zakładając, że Ukraińcy nie odważą się wchodzić na teren formalnie będący rosją. Wyobrażają sobie, że ochroni ich rosyjska doktryna obronna, zakładająca atomową odpowiedź w przypadku ataku na federację.

Tyle że Kreml już się przekonał o ograniczonych możliwościach, jakie niesie szantaż nuklearny. Wielokrotnie powtarzane groźby ani nie wygasiły ukraińskiego oporu, ani nie powstrzymały Zachodu przed niesieniem pomocy wojskowej. W Moskwie mają świadomość, że tym mieczem za bardzo wojować się nie da – bo w którymś momencie trzeba go wyjąć z pochwy, co i dla rosji oznaczałoby dotkliwe i dramatyczne skutki. Stąd chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie stało, gdy Ukraińcy zaatakowali instalacje wojskowe na Krymie – a przecież półwysep w myśl rosyjskiego prawa od 2014 roku stanowi część federacji.

Krymu chroni potężne zgrupowanie rosyjskich wojsk i minie jeszcze sporo czasu, nim ukraińskie „sprawdzam” potwierdzi kremlowski blef. W Donbasie sytuacja jest inna – i grozi kolejną kompromitacją rosji.

Oczywiście, intelektualna uczciwość każe założyć inny scenariusz – że Moskwa szuka pretekstu do ogłoszenia stanu wojny i powszechnej mobilizacji. Jeśli tak jest, w mojej ocenie świadczy to o totalnym „odjechaniu” autorów takiego pomysłu. Gdzie oni bowiem widzą te zasoby sprzętu, w który dałoby się wyekwipować zmobilizowanych? To, co realne, co ma jakąś wartość, już zostało w Ukrainie zaangażowane. Część zresztą sczezła, część zasiliła wroga. Nieprzebrane magazyny sprawnej techniki to nic więcej jak mokry sen. Realia zaś są takie, że wczoraj rosyjskie okręty podwodne przebazowano z Krymu do portu w Noworosyjsku w Kraju Krasnodarskim. To wciąż nad Morzem Czarnym, ale z dala od ukraińskich rakiet. Tyle w temacie…

—–

Nz. Ukraiński czołgista podczas niedawnych działań w charkowszczyźnie. Presja armii ukraińskiej trwa…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)regularni

– Tam – mężczyzna wskazał dłonią drugą stronę linii frontu. – Tam są twoi, dwie kompanie Polaków. Chcesz, możesz do nich iść. My ci w plecy nie strzelimy – zapewniał żołnierz samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej (DRL). Była wiosna 2015 r., relacjonowałem wówczas zmagania w Ukrainie ze stolicy separatystów.

– Jakie dwie kompanie, o czym wy mówicie!? – oponowałem. – Przed nami sami Ukraińcy, żadnych Polaków tam nie ma.

– Nie ma, nie ma… – na oko 50-latek nie dawał za wygraną. – Cała zgniła Europa tam siedzi, ja swoje wiem.

Równoległa rzeczywistość

Wspominam tę historię nie bez powodu – oto w rosyjskiej infosferze znów roi się od doniesień o „zagranicznych najemnikach, wspierających siły zbrojne Kijowa”. W ocenie Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej (MO FR), Polacy pozostają w tej dziedzinie niekwestionowanym liderem. Do połowy czerwca przez front miało się przewinąć 1830 obywateli RP. „378 najemników już zginęło, 272 wyjechało do ojczyzny”, raportował gen. Igor Konaszenkow, szef Wydziału Informacji i Komunikacji MO FR, cieszący się pośród wojskowych analityków opinią „narratora równoległej rzeczywistości”. „Ministerstwo monitoruje pobyt w Ukrainie każdego przedstawiciela zagranicznego”, zapewniał rzecznik. Z jego słów wynika, że od początku „specjalnej operacji wojskowej” do Ukrainy przyjechało 601 Kanadyjczyków (162 zginęło, 169 wróciło), 530 obywateli USA (odpowiednio 214 i 227), 504 najemników z Rumunii (102-98) oraz 422 Brytyjczyków (101-95). Konaszenkow wspominał też o 355 Gruzinach i niesprecyzowanej liczbie „bojowników grup terrorystycznych z kontrolowanych przez USA terytoriów Syrii”. W sumie, konkludował, „na dzień 17 czerwca 2022 r. na naszych listach znajdują się najemnicy z 64 krajów. Od 24 lutego przybyło 6956 osób, 1956 zostało już zabitych, a 1779 wyjechało”.

O jakości tych rewelacji najlepiej świadczy historia z połowy kwietnia, kiedy ten sam generał informował o śmierci 30 Polaków w obwodzie charkowskim, na co do tej pory nie przedstawiono żadnych dowodów. O pukaniu się w głowę przedstawicieli naszego MSZ wspomnę tylko z obowiązku.

Nie zmienia to faktu, że obcokrajowcy walczą po stronie Ukrainy. Zagraniczny zaciąg trudno nazwać masowym, ale w skali tej wojny jest liczny. Powstały pod koniec lutego Legion Międzynarodowy liczy dziś 20 tys. osób. Mógłby być większy, bo ochotników nie brakuje, lecz na przeszkodzie stają ograniczenia materiałowe i logistyczne, z jakimi mierzy się ukraińska armia. Rzecznik Legionu, Damien Magrou, ujawnia, że służą w nim obywatele 55 państw. Najwięcej jest Amerykanów i Brytyjczyków, w dalszej kolejności Polaków, Kanadyjczyków, Bałtów i Skandynawów. Żołnierze ci biorą aktywny udział w działaniach zbrojnych – zwykle na najtrudniejszych odcinkach frontu – jest więc oczywistym, że giną. Ale czy w skali podanej przez Rosjan? Odpowiedzialny za rekrutację Amerykanin Ryan Routh stworzył na kijowskim Placu Niepodległości miejsce pamięci dla poległych członków Legionu. Każdy oficjalnie potwierdzony zgon upamiętnia wbitą w ziemię małą flagą. Do połowy czerwca tych flag było w centrum ukraińskiej stolicy nieco ponad 300. Jedną z nich poświęcono Amerykaninowi Stephenowi Zabielskiemu, 52-latkowi z Nowego Jorku, o śmierci którego poinformował niedawno Departament Stanu (co było pierwszym tego rodzaju ruchem dyplomacji USA od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji).

Efekt mrożący procesu

Co istotne – zwłaszcza w kontekście słów gen. Konaszenkowa – legioniści nie są najemnikami. Ochotnicy podpisują 3-letni kontrakt z siłami zbrojnymi Ukrainy, formalnie stając się ich żołnierzami. Teoretycznie zapewniam im to ochronę prawną w przypadku dostania się do niewoli. Jako jeńców wojennych nie wolno ich zabijać, torturować, okradać, zmuszać do nadmiernej pracy. Lecz druga strona niespecjalnie przestrzega zasad. Zapewne dla wywołania efektu mrożącego pośród ochotników – z których większość stanowią byli wojskowi, znacznie lepiej wyszkoleni niż przeciętni rosyjscy żołnierze – władze DRL przeprowadziły ostatnio pokazowy proces trzech pojmanych obcokrajowców.

– Kolegium apelacyjne Sądu Najwyższego DRL rozpatrzyło dziś sprawę karną wobec obywateli Wielkiej Brytanii Shauna Pinnera, Aidena Aslina i poddanego Królestwa Maroko Brahima Saadouna oskarżonych o najemnictwo i popełnienie działań mających na celu przejęcie władzy i obalenie ustroju konstytucyjnego DRL – oświadczenie tej treści wygłosił 9 czerwca reprezentujący kolegium Aleksandr Nikulin. Cudzoziemców skazano na kary śmierci, żołnierze mają teraz miesiąc na złożenie apelacji. Władze DRL i Moskwa pozostały głuche na argumenty, że wszyscy trzej służyli w legalnej formacji zbrojnej, której członków można sądzić jedynie za zbrodnie wojenne (jak ma to miejsce w głośnych sprawach Rosjan odpowiadających przed ukraińskimi sądami), oraz że jeden z oskarżonych ma także obywatelstwo Ukrainy.

Na razie nie ma jasności, jaki los spotka innych cudzoziemców – 39-letniego Alexandra Drueke’a i 27-letniego Andy’ego Huynh’a, weteranów armii amerykańskiej, wziętych do niewoli przez Rosjan. Do zdarzenia doszło 9 czerwca w okolicach Charkowa. Władimir Sołowjow, czołowy kremlowski propagandysta, wieszczy Amerykanom proces i karę śmierci, ale bardziej prawdopodobne jest, że jeńcy posłużą jako karta przetargowa w negocjacjach, w których Moskwa będzie chciała przekonać Waszyngton do jakichś ustępstw, na przykład ograniczenia skali pomocy dla Ukrainy. Zapewne w taki sam sposób zostaną potraktowani wspomniani Brytyjczycy i Marokańczyk.

Rosjanie nie mogą za bardzo przeginać z rzekomą pryncypialnością, by nie zaszkodzić własnym ochotnikom. Nim to wyjaśnię, chciałbym zauważyć, że już od początku marca MO FR publikuje tysiące ofert pracy, zarówno w tradycyjnych mediach, jak i na popularnych portalach rekrutacyjnych. Przedmiotem oferty są krótkoterminowe kontrakty z armią rosyjską – bardzo atrakcyjne w regionach dotkniętych strukturalną biedą. Dla przykładu, wojskowy urząd rekrutacyjny w Niżniekamsku obiecuje ochotnikom 200 tys. rubli miesięcznie – jak wylicza rosyjska sekcja BBC, pięć razy więcej niż średnia pensja w tym mieście. Generalnie rosyjscy ochotnicy, chcący wziąć udział w wojnie z Ukrainą, mogą wstąpić w szeregi na kilka sposobów: podpisując krótkoterminową umowę z MO FR, zawierając trzymiesięczny kontrakt z czeczeńską Rosgwardią, mogą też zapisać się do wojsk DRL/ŁRL, co z uwagi na niskie uposażenia pozostaje rozwiązaniem czysto teoretycznym. Nieliczni – ci z doświadczeniem wojskowym – mają jeszcze jedną opcję nazywaną „wagnerowską”. Chodzi o podjęcie pracy w firmie znanej jako Grupa Wagnera. O ile jednak wcześniejsze metody gwarantują status jeńca wojennego, o tyle wagnerowcy – pracujący dla formacji nie będącej częścią rosyjskich sił zbrojnych – mają z tym kłopot. Najemnicy również są objęci gwarancjami prawnymi, ale… nie można być najemnikiem i jednocześnie walczyć w interesie i po stronie własnego kraju; to dwa wykluczające się statusy. Choć w GW nie brakuje przedstawicieli innych państw – czego przykładem były zastępca dowódcy białoruskiego lotnictwa gen. Alaksandr Kurau – miażdżąca większość wagnerowowców to Rosjanie. I jeśli nie są żołnierzami, nie mogą być najemnikami, to pozostaje im jedynie status… uzbrojonych bandytów.

Ukraińcy zaciekle zwalczają wagnerowców – i zwykle nie biorą jeńców – ale może się okazać, że pojmanym zechcą jednak urządzić pokazowy proces. A choćby i w ramach retorsji…

Ten wpis stanowi uzupełnienie artykuły pt.: „Najemnik”, który ukazał się na blogu 25 maja.

—–

Nz. gen. Igor Konaszenkow, „narrator równoległej rzeczywistości”/fot. MO FR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Statystyki

W raportowaniu na temat strat osobowych często mierzymy się z fałszerstwami. Strony zaangażowane w konflikt najczęściej zaniżają ubytki własne, zawyżając jednocześnie straty nieprzyjaciela. Ma to rzecz jasna wymiar propagandowy – służy przede wszystkim podtrzymaniu wyobrażenia o skuteczności, bohaterstwie czy determinacji własnej armii, wpisując się tym samym w proces budowania morale. W historii najnowszych wojen z rzadka mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której straty własne byłyby zawyżane. W ten sposób postąpili sowieci po II wojnie światowej – po pierwsze, by jeszcze bardziej podkreślić skalę poświecenia „narodów radzieckich w wojnie z faszyzmem”, po drugie, by „statystyki się zgadzały”. Rzeczywiste straty ZSRR, poniesione na skutek konfliktu z Niemcami, nie pokrywały się w pełni z rozmiarami powojennego ubytku ludności. Wedle różnych relacji, sowieckim statystykom brakowało od kilku do kilkunastu milionów ludzi. Co się z nimi stało, skoro nie zabili ich Niemcy (nie zginęli/nie urodzili się w efekcie brutalnej hitlerowskiej okupacji)? Odpowiedzią była barbarzyńska polityka Józefa Stalina z lat 30. – wielki głód, masowe prześladowania, czystka w armii. Sytuacje, o których wszyscy wiedzieli, ale nikt nie mógł mówić. A już w żadnym razie oficjalnie raportować. I w takich okolicznościach „przyklepano” nazistom co najmniej kilka milionów dodatkowych ofiar, z których jedną trzecią stanowili żołnierze.

Dlaczego o tym wspominam? Ano czynię to w reakcji na działania władz tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej, które ujawniły dane o swoich ofiarach. W odróżnieniu od Rosjan, którzy raportowania zaprzestali (ostatnie oficjalne informacje pochodzą z 25 marca), „donieccy” – tak to przynajmniej wygląda – nie zaniżają poniesionych strat. Z czego wnioskuję? Według stanu na 16 czerwca, w 2022 roku poległo 2128 wojskowych, a 8897 zostało rannych (te dane obejmują również okres od 1 stycznia do 23 lutego, czyli nieliczne incydenty zbrojne sprzed pełnoskalowej inwazji), co odpowiada… 55 procentom całości sił DRL. Jeszcze raz to podkreślę – ponad połowie jednej z separatystycznych „armii”. Nazwać to „pogromem”, to jakby nic nie powiedzieć – stąd moje przypuszczenie, że nie doszło do celowego fałszerstwa „w dół”. Oczywiście, mogę się mylić – rzeczywiste straty mogą być na poziomie 70-80 procent, przy których 55 wydaje się „kompromisową” wielkością (na tyle dużą, by obywatele – świadomi zniknięcia i pogrzebania iluś tam bliskich i znajomych – uznali ją za prawdziwą, na tyle małą, by nie obnażać w pełni kompromitacji i nieudolności wojska, dowództwa, w tym rosyjskiej zwierzchności). Jednak moim zdaniem, te 55 procent to na tyle dużo, że podejrzewam ruch w drugą stronę – zawyżenia statystyk. W jakim celu? Kim są rzeczywiści adresaci takich działań?

Nim odpowiem na te pytania, warto podkreślić, że prorosyjscy separatyści w Donbasie to wojsko drugiej i trzeciej kategorii. Wyposażone zwykle w przestarzałą broń i sprzęt, źle wyszkolone, używane przez rosyjskie dowództwo jako mięso armatnie. Ci z Doniecka mocno wykrwawili się w Mariupolu, ci z Ługańska wciąż solidnie obrywają w Siewierodoniecku. Lektura pojawiających się i znikających (po interwencjach rosyjskich służb) profilów na Telegramie nie pozostawia złudzeń co do stanu i możliwości „separów”. Oraz ich dramatycznie pikującego morale. Jedno z moich źródeł twierdzi, że w kwaterze głównej NATO mówi się o separatystycznych milicjach (oraz o ochotnikach uzupełniających stany osobowe regularnych jednostek armii rosyjskiej) per bic-troops – od nazwy jednorazowych maszynek do golenia. „Jednorazowe wojsko (oddziały, żołnierze)”, których jedynym zadaniem jest pojawić się na linii frontu, zmusić obrońców do ujawnienia punktów oporu i… umrzeć. To ostatnie zresztą niekoniecznie od razu. Pisałem już o tym wcześniej, wczoraj pojawiły się „w temacie” kolejne doniesienia – „separy” mają opiekę medyczną jeszcze gorzej zorganizowaną niż Rosjanie, w związku z czym duża część zgonów następuje nie bezpośrednio w boju, a podczas niepotrzebnie wydłużonej i niefortunnie prowadzonej ewakuacji medycznej.

W Doniecku od początku inwazji trwają łapanki, których celem jest pozyskanie „ochotników”. Ale – sądząc po malejącej aktywności „poławiaczy dobrowolców” – możliwości w tym zakresie chyba się wyczerpują; rezerwuar zdolnych do wysłania na front mężczyzn nie jest przecież niewyczerpalny. Z pewnością trudno znaleźć prawdziwych ochotników, gotowych do narażania życia i zdrowia dla samozwańczej republiki (to samo dotyczy zresztą ŁNR). Co innego, gdy wojna w Donbasie miała „wygodny” pozycyjny charakter i niską intensywność – a za siedzenie w okopach można było otrzymywać przyzwoitą jak na lokalne warunki pensję. Co innego zaś, gdy front okazuje się piekłem. Denis Puszylin (premier DRL) i spółka mają tego świadomość i pewnie dlatego zdecydowali się na ujawnienie kompromitujących na pierwszy rzut oka danych o 55-procentowych stratach. „Staramy się, ale na więcej nas nie stać”, to sygnał przede wszystkim dla Moskwy, która wciąż domaga się kolejnych dostaw bic-troopsów. Sygnał, który ma dać kontrę zarzutom o nieudolność. Poza tym z perspektywy mafijnej kasty rządzącej DRL, trzeba zrównoważyć oczekiwania kremlowskiego protektora z własnymi potrzebami. Wydrenowanie republiki ze zdolnej do noszenia broni populacji niesie kilka ryzyk. Najważniejsze? Wolta w Moskwie, w wyniku której armia rosyjska wycofałaby się do domu, skazałaby DRL na łaskę Ukrainy, nie bez znaczenia jest też rola milicji w wewnątrz-donieckich stosunkach (kto ma wojsko, ten ma władzę).

Walka idzie zatem – w mojej ocenie – o zachowanie separatystycznej „armii” w skali niezbędnej dla utrzymania władzy w republice.

PS. Ukraińcy solidnie przeflancowali rosyjski garnizon na Wężowej Wyspie (wbrew twierdzeniom kremlowskiej propagandy, zgodnie z którymi wszystkie drony i rakiety udało się zestrzelić), a ich bezzałogowiec zaatakował dziś rafinerię Nowoszachtinskaja w obwodzie rostowskim (tak, tak, to już Rosja właściwa).

—–

Nz. Zdjęcie satelitarne pokazujące zniszczenia na Wężowej Wyspie/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Scenariusze

„Zastanawiał się Pan nad tym, jak ta wojna się skończy?”, pyta mnie Czytelniczka. „A bo to raz…”, odpowiedziałem. Dziś – wychodząc naprzeciw Waszym oczekiwaniom – spróbuję uporządkować własne refleksje na ten temat. Zasadniczo widzę cztery możliwe scenariusze, choć wolałbym ich nie umieszczać na dokładnej osi czasu. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy ten konflikt potrwa jeszcze kilka tygodni, miesięcy czy lat (choć pytany o największe prawdopodobieństwo wskazałbym, że raczej jest to kwestia miesięcy). Idźmy zatem po kolei:

Scenariusz pierwszy: Zdecydowane zwycięstwo Rosji. Pamiętajmy proszę, że choć rosyjskie ministerstwo obrony co rusz ogranicza cele strategiczne inwazji, jak dotąd władze Federacji – sam Putin w szczególności – nie odwołały swoich początkowych zamierzeń w stosunku do Ukrainy. Należy zatem przyjąć, że Moskwa – jeśli tylko zajdą sprzyjające okoliczności – będzie dążyć do zajęcia całego kraju. Ewentualnie – do podbicia wschodu i południa Ukrainy i do instalacji na zachodzie jakiegoś marionetkowego rządu. Biorąc pod uwagę dotychczasowe osiągnięcia armii rosyjskiej – i wszystko, co po 24 lutego wiemy na temat jej wartości i możliwości bojowych – taki przebieg wydarzeń wydaje się mało prawdopodobny. Chyba że Moskwa złamie opór Ukraińców przy użyciu nadzwyczajnych środków – a. broni jądrowej, b. masowej, co najmniej 800-tysięcznej armii, wyposażonej we wszystko, co tylko dowództwo zdoła wyciągnąć z magazynów i uruchomić. W obu przypadkach wymaga to podjęcia przez Kreml bardzo ryzykowanych decyzji – trudno bowiem ocenić, jak zachowa się Zachód (przede wszystkim USA) w reakcji na atomową eskalację. W Moskwie zapewne nie przewidują wymiany jądrowych ciosów w „zemście za Ukrainę” (je też nie przewiduję), ale gwałtowny, skokowy wzrost pomocy wojskowej byłby jak najbardziej realną opcją. A co, gdyby przyszła ona zanim rosyjskim wojskom udałoby się zdyskontować skutki atomowego uderzenia? Dodajmy do tego kolejne sankcje (a jest tu jeszcze sporo „luzu”) i utratę wiarygodności nawet u zdeklarowanych przyjaciół Rosji. Kumulacja konsekwencji tych działań niosłaby ryzyko wywrócenia Rosji – nawet w sytuacji, w której podbiłaby Ukrainę. Zachodnia pomoc wojskowa przeorientowałby się wtedy na wsparcie dla ruchu oporu. Kosztowna okupacja, zdychająca gospodarka i polityczna izolacja – Kreml wolałby tego uniknąć. Z jego perspektywy bardziej racjonalne jest stopniowe „gotowanie ukraińskiej żaby” – pokonanie Ukraińców w „uczciwej” wojnie, której przebieg byłby bardziej akceptowalny dla świata (zwłaszcza dla Zachodu). Co zaś się tyczy masowej mobilizacji – trudno mi ocenić, jaki jest potencjał buntu w rosyjskim społeczeństwie (buntu wobec takiej eskalacji). Nie wierzę w opowieści o tym, że Rosjanie powiedzieliby wówczas „dość”. Jako socjolog, dostrzegam w społeczeństwie rosyjskim gigantyczne pokłady konformizmu i lęku przed władzą, sądzę więc, że Rosjanie pokornie szliby na front. Zwłaszcza gdyby tej masie udało się zdobyć strategiczną przewagę – wówczas pewnie pojawiłby się i entuzjazm. W mojej ocenie, jednym bezpiecznikiem, który chroni Ukrainę przed rosyjską masową mobilizacją, są koszty. Jednorazowy, rozłożony w krótkim czasie wysiłek finansowy – jaki musiałby podjąć Moskwa, by wystawić (niemal) milionową armię – jest za duży jak na możliwości budżetu Rosji. Stąd moje przekonanie, że na zdecydowane zwycięstwo nie mają już wielkich nadziei ani w rosyjskim MON, ani na Kremlu. Choć wciąż obecne jest tam myślenie „a nuż się uda”, dlatego nadal mamy do czynienia z militarną, gospodarczą i polityczną presją na Ukrainę.

Scenariusz drugi: Remis ze wskazaniem na Rosję. W mojej ocenie, Kreml o to w tej chwili toczy grę. Ten scenariusz nie jest jednorodny, jeśli idzie o skutki walk. Wojna mogłaby zakończyć się dziś terytorialnym status quo, czyli utratą przez Ukrainę znacznej części Donbasu i południa. Mogłaby zakończyć się w ciągu najbliższych tygodni czy miesięcy, po uprzednich fluktuacjach na froncie. Jakich? Przy obecnym tempie zachodnich dostaw, ograniczonych możliwościach ukraińskiego przemysłu i topniejących zapasach, siły zbrojne Ukrainy nie będą w stanie przeprowadzić większej operacji zaczepnej co najmniej do połowy lata. Ale nawet wówczas trudno będzie mówić o jakichś spektakularnych sukcesach terenowych. Niewykluczone, że Ukraińcy odbiją Chersoń, oczyszczą rejon Charkowa i ustabilizują front w Donbasie – na więcej raczej sobie pozwolić nie będą w stanie. A równie prawdopodobne jest, że stracą kolejne terytoria. Armia rosyjska w Ukrainie jest poważnie wykrwawiona i zużyta. Ale wciąż dysponuje wysokimi zdolnościami bojowymi, które w ciągu kilku najbliższych tygodni zapewne wzrosną. Do walki szykują się kolejne oddziały, do Ukrainy jedzie sporo zmagazynowanego dotąd sprzętu. Dowództwo rosyjskiej armii nie buduje nowej jakości, idzie tu o przywrócenie stanów osobowych i sprzętowych do poziomu z 24 lutego. Lecz to i tak spora siła, zwłaszcza że teraz skoncentrowana na mniejszym obszarze. Wciąż nie da się wykluczyć efektów mrożących przerwania ukraińskiego frontu w Donbasie – tego, że obrona się posypie, a Rosjanie pójdą za ciosem. Coraz częściej mówi się o uzupełnieniu sił inwazyjnych o dodatkowe 50-70 tys. żołnierzy ze zwartych, pełnowartościowych jednostek do tej pory przebywających na terytorium Rosji (chodzi o całe brygady, ale też o odwodowe komponenty tych związków taktycznych, które już walczą). Moskwa jeszcze się waha, liczy, że „zakończy temat” tym, co jest na miejscu, uzupełnionym do stanów wyjściowych, ale niebawem trzeba będzie podjąć decyzję. W mojej ocenie, Rosjanie nie mają wyjścia – i już niebawem ich siły inwazyjne wzrosną do 250-260 tys. ludzi. Teoretycznie taki kontyngent – jeśliby dalej udało się utrzymać przewagi ilościowe w ciężkim uzbrojeniu – byłby w stanie zrealizować kwietniowy plan maksimum ministra Szojgu – zająć całe Zadnieprze. Dziś wydaje nam się, że Ukraina nie zaakceptowałaby pokoju przewidującego utratę tak znacznych terytoriów, ale konieczny przy takich analizach pesymizm każe założyć sytuację, w której nie będzie miała innego wyjścia. W wojnie materiałowej, na wyczerpanie, to Rosja ma więcej atutów niż Ukraina, chyba że zachodnią kroplówkę zmienimy w wartki strumień pomocy. Dlaczego ów scenariusz byłby remisem? Bo nie zapominajmy, że Rosja wchodziła do wojny z zamiarem unicestwienia Ukrainy, tymczasem w tym przypadku zmuszona będzie akceptować jej istnienie. Co zaś się tyczy samej Ukrainy, warto w tym kontekście zastanowić się nad dalszym losem jej władz. Dla nas, Zachodu, prezydent Zełenski jest symbolem ukraińskiego oporu, ale w kraju już dziś daleko mu do „nieskalanego” wizerunku. Mnożą się oskarżenia o nieprzygotowanie państwa do wojny, co w „remisie ze wskazaniem na Rosję” oznaczałoby rychły koniec kariery politycznej, niewykluczone, że z kryminalnym zarzutem zdrady.

Scenariusz trzeci: Ograniczone zwycięstwo Ukrainy. To sytuacja, w której Ukraińcom udaje się – czy to na skutek działań wojennych, czy zabiegów politycznych, czy obu tych aktywności – wyprzeć Rosjan z terenów zajętych po 24 lutego. Aby stało się to możliwe, konieczne jest znaczące zwiększenie dostaw zachodniego uzbrojenia. I nie może to być zadanie „na zaś”, bo pamiętajmy, że Ukraińcy nie są ze stali. Oni również ponoszą straty, zużywają zasoby; w którymś momencie może się okazać, że zaangażowane w walkę oddziały nie są już w stanie zapewnić w miarę bezpiecznej przestrzeni dla budowania i szkolenia jednostek rezerwy. Że pożar przeniesie się na tyły, a tam nie dość, że zabraknie doświadczonych „strażaków”, to nie będzie też wystarczającej ilości „wody” do gaszenia. Istotny jest czynnik społeczny i gospodarczy – ile jeszcze wyrzeczeń zniosą zwykli ludzie, zarówno ci na wschodzie, bezpośrednio dotknięci skutkami działań bojowych, jak i ci na zachodzie, zmagający się „tylko” z niedogodnościami wynikłymi z ekonomicznej blokady. W mojej ocenie „ukraiński system nerwowy” jest na granicy wydolności, co musi wpłynąć na terminarz dostaw. Gdyby do jesieni udało się zbudować na froncie znaczącą przewagę jakościową (przede wszystkim w artylerii, także tej służącej do rażenia statków powietrznych), do zimy Ukraińcy mogliby się uporać z zadaniem wyrzucenia najeźdźcy z kraju.

Scenariusz czwarty: Zdecydowane zwycięstwo Ukrainy. Nie, tu nie chodzi o marsz na Moskwę i temu podobne; to już dla mnie fantastyka. Mam na myśli taki rozwój wydarzeń, w którym ukraińskie siły zbrojne zajmują również tereny Ługańskiej i Donieckiej Republiki Ludowej oraz wyzwalają Krym. Uważam ów scenariusz za bardzo mało prawdopodobny, nawet przy założeniu, że Zachód pomoże rozwiązać większość bolączek ukraińskiej armii. Dlaczego? Ano nie sądzę, by takie zwycięstwo było w interesie Kijowa. Skala dewastacji Ukrainy już dziś jest porażająca. Skutki ataków na zaplecze da się stosunkowo szybko zniwelować, ale wszędzie tam, gdzie pojawili się Rosjanie, kraj wymaga gruntownej odbudowy. Wizja dołożenia do tego integracji zdewastowanych ekonomicznie, społecznie i ekologiczne byłych republik nie wygląda pociągająco. Pośród Ukraińców coraz więcej jest opinii, że na „zombiaków” i „watę” (pogardliwe określenie mieszkańców DRL/ŁRL) należy „położyć lachę”, zwłaszcza po tym, co zrobili z Mariupolem (w szturmie brały udział milicje „separów”) i co robią w innych częściach Donbasu. Krymu z kolei Rosjanie będą bronić do upadłego, nie mogąc sobie pozwolić na utratę zaplecza dla floty czarnomorskiej (a trudno wyobrazić sobie układ sprzed 2014 roku, kiedy Ukraina gwarantowała eksterytorialność rosyjskich baz). Ponadto sytuacja, w której Moskwa traci „swoje” terytorium przeczy podstawowemu założeniu putinizmu, czyli imperialnej podmiotowości (czy raczej NADpodmiotowości) Rosji. To jak z Hitlerem i jego credo: „Niemcy muszą być wielkie, albo nie będzie ich wcale”, które przyniosło Europie totalna wojnę. Sądzę, że obrona Krymu również byłaby „totalna” – włącznie z sięgnięciem po atomowy szantaż. Moralne racje są rzecz jasna po stronie Ukrainy, ale kunktatorstwo Zachodu odezwałoby się wówczas z całą mocą, zmuszając Kijów do „pogodzenia się z faktami”. Chyba żeby armii ukraińskiej udało się przeprowadzić blitzkrieg. Zaś w Moskwie doszło do pałacowego przewrotu i postępującej za nim „odnowy” – czegoś na wzór Chruszczowowej odwilży – skutkującej zrzeczeniem się półwyspu.

—–

Nz. Ukraiński żołnierz przy wraku zniszczonego rosyjskiego wozu bojowego/fot. 93-тя ОМБр Холодний Яр

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Azowstal

Są takie chwilę, gdy spoglądając w przeszłość, żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy. Nawet jeśli owo „coś” było niewykonalne bądź nazbyt ryzykowne. Nawet jeśli było tylko fantazją. „Mogłem zapobiec…”, myśli się wówczas o ewentualnych skutkach zaniechanego czynu i łaja za brak konsekwencji lub odwagi. Kto mnie zna, ten wie, że mina ze zdjęcia nie wyraża nic dobrego. Nie mogła wyrażać, bo w głowie kłębiły mi się mordercze myśli. Dziś, gdy widzę wieloletnie efekty działań człowieka, któremu ściskam dłoń, mam do siebie żal, że skończyło się tylko na wywiadzie w konwencji „i tak gnoju wiem, że mnie okłamujesz”. Denis Puszylin, „premier” tzw.: Donieckiej Republiki Ludowej, to jedno z ucieleśnień zła. A ja miałem bandytę „na widelcu”…

Jako dziennikarz spotykałem się z różnymi ludźmi – niektórych uważałem/uważam za szkodników niegodnych życia na wolności. Rozmawiałem z nimi, bo tak postrzegam swoją robotę. Tu wcale nie idzie o pozorną przecież obiektywność czy o rzekomą konieczność dawania głosu każdej ze stron (wcale nie uważam tego za wymóg; są opinie, którym nie powinno się pozwalać wybrzmieć). Ale zawsze chciałem zrozumieć. I miałem ambicje, mam!, by rozumiał także mój Czytelnik. Więc gadałbym z samym diabłem czy innym Hitlerem, choć oczywiście nie tak, jak bracia Karnowscy rozmawiali z ruskim ambasadorem. Reporter nie jest podstawką pod mikrofon, zwłaszcza w sytuacji, gdy rozmówca godzi w logikę, łże, sieje nienawiść.

Puszylin był właśnie takim rozmówcą, ale i pośród polskich polityków nie brakowało podobnych ancymonów. Więc gdy jeden z nich – wyjątkowa kreatura – pokazywał mi kiedyś szablę, nie mogłem oprzeć się niepoprawnym fantazjom. Perspektywa odsiadki raz wydawała się zbyt dotkliwa, innym razem nie; ostatecznie zwyciężył rozsądek i przekonanie, że „ja nie od tego”. Że jestem, by pisać – i czasem nawet tym słowem walczyć. Słowem, nie czynem. A wspominam o tym wszystkim, bo Puszylin znów pojawił się na moim „radarze”. Widzę go, jak zapowiada w orkowej telewizji, że teren po Azowstalu zostanie zrównany z ziemią. Nie dla uporządkowania, a dla wyrugowania z przestrzeni jakichkolwiek elementów mogących symbolizować ukraiński opór. No więc słucham drania, przypominam sobie jego miękką, oślizłą dłoń – i szlag mnie trafia bo miałem bandytę „na widelcu”.

Spotkaliśmy się w jednym z donieckich hoteli, gdzie zainstalował się „rząd DRL”. Droga do „premiera” wiodła przez tłum ochroniarzy, rozmowie przysłuchiwał się gość z GRU. Realnie patrząc, szanse na realizację mrocznych fantazji byłyby niewielkie. Także dlatego, że Puszylin miał być punktem pośrednim w drodze do Aleksandra Zacharczenki, „prezydenta republiki”. „Najpierw porozmawiajcie z premierem, potem się zobaczy”, obiecał „minister informacji DRL”. Zacharczenko był wtedy w Moskwie, gdy wrócił, ja byłem już po ukraińskiej stronie. Okazja, by się z nim spotkać, już nigdy się nie nadarzyła. Jakiś czas później „głowa donieckiego państwa” wyleciała w powietrze, w zamachu zorganizowanym albo przez wewnętrznych konkurentów, albo Rosjan. Puszylin okazał się skuteczniejszy, żyje, choć i na niego polowano. Potrafił dogadać się i z Moskwą, i z miejscową mafijną konkurencją, która dzierży władzę w DRL.

I teraz buja się z Kadyrowem; razem dają głos w mediach, radując się z losu Mariupola. A mnie ściska w środku z bezsilnej złości. I jeszcze ten triumfalizm sowieciarskich mediów. To żałosne, że musi je cieszyć pokonanie załogi Azowstalu, że innych bezspornych sukcesów brak. Lecz właśnie – to, niestety, jest bezsporny sukces Putinów, Puszylinów, Kadyrowów i reszty gamoni. Obrona Mariupola i Azowstalu urósła do rangi symbolu. Ilustrowała wolę ukraińskiego oporu jak żadne inne wydarzenie w tej wojnie. Miała gigantyczny wpływ na budowanie morale, tak armii, jak i społeczeństwa. Kapitulacja nie musi tego potencjału unieważniać, ale z pewnością go osłabi. Skoro ulegli „najtwardsi z twardych”, innych mogą dopaść wątpliwości. Puszylin o tym wie i stąd jego „szpile” na temat przyszłości zakładu.

A propos, Rinat Achmetow, najbogatszy ukraiński oligarcha, właściciel Azowstalu, szacuje, że na skutek walk o kombinat jest do tyłu o miliard dolarów. I że zamierza – w oparciu o międzynarodowy arbitraż – domagać się rekompensaty od władz Rosji. Jak generalnie źle życzę ukraińskim oligarchom – przez lata żerującym na państwie i społeczeństwie – tak w tym przypadku trzymam kciuki za powodzenie. (Niemal) wszystko, co drenuje pieniądz z Rosji jest dobre. I choć dużych szans na sukces nie widzę, wiem też, że Achmetow jest graczem, z którym liczą się kreatury pokroju Puszylina. Może się więc okazać, że z zapowiedzi zrównania huty z ziemią nic nie wyjdzie. Z drugiej strony, o wznowieniu produkcji nie ma mowy. Zakład jest tak zdewastowany, że należałoby go nie tyle odbudować, co postawić od nowa. Achmetow już jakiś czas temu deklarował, że nie przywróci produkcji w realiach rosyjskiej okupacji – nie będzie też pewnie inwestował w odbudowę. Obawiam się, że huta podzieli los reszty miasta – pozostanie gruzowiskiem czekającym na lepsze czasy. Oby nadeszły wraz z wyzwoleniem.

Oby z niewoli wydostali się żołnierze z mariupolskiego garnizonu. Nie znam szczegółów umowy między Kijowem a Moskwą, dotyczących warunków kapitulacji załogi Mariupola. Wbrew potocznym opiniom, Rosja nie ma wielkiej swobody w decydowaniu o losach jeńców. Gdy potraktuje ich wbrew umowie (przewidującej wymianę), i wbrew konwencjom, mocno sobie zaszkodzi. Kreml nie troszczy się przesadnie o swoich żołnierzy, to fakt. Ale musi brać pod uwagę skutki ewentualnego uśmiercenia obrońców Azowstalu. Ukraińcy przestaną wówczas brać rosyjskich jeńców, a perspektywa niechybnej śmierci będzie działać demotywująco na Rosjan. Przekonanie, że ostatecznie można się poddać, ma istotny wpływ na walczących żołnierzy. To nieco wstydliwy aspekt, dlatego zwykle się go pomija w rozważaniach na temat morale. Ale dowództwo każdej armii musi go brać pod uwagę – w przeciwnym razie stanie przed falą odmów służby, dezercji i wszelkich innych objawów obstrukcji już na polu bitwy. Z rosyjską armią jest w tym kontekście „mały” problem. Otóż jej dowództwo nie potrafi przeforsować nadrzędności celów militarnych nad politycznymi. I wikła wojsko w sytuacje bez wyjścia. Presja polityczna, by ukarać „nazistów z Mariupola”, jest tak wielka, że może zwyciężyć nad racjonalną kalkulacją, z której wynika, że jeńców lepiej ocalić i wymienić.

Stąd mój niepokój. Stąd niepokój ukraińskich przywódców, którzy zadecydowali o poddaniu kombinatu. Patrząc z perspektywy czysto wojskowej, była to jedynie słuszna opcja. Opór miał sens, gdy Mariupol wiązał kilkanaście procent rosyjskich sił inwazyjnych. Tych wojsk zabrakło gdzie indziej, co przesądziło o rosyjskiej klęsce w bitwie o Kijów, niemrawej ofensywie w Donbasie i nieudanym marszu na Odessę. Tak, Mariupol ocalił Ukrainę. Ale od połowy kwietnia „wartość operacyjna” tej rubieży dramatycznie spadła. Zawężenie oporu do huty pozwoliło agresorom na dyslokowanie sił; ostatecznie kombinat blokował kontyngent niewiele liczniejszy od obrońców. W takich okolicznościach cena ludzkiego życia i cierpienia okazywała się zbyt wysoka.

A nie była to jedyna cena, płacona przez Ukraińców. Armia pokpiła obronę południa, źle się do niej przygotowała. Uderzenie z Krymu było jednym z oczywistych kierunków natarcia, trudno zatem znaleźć jakieś usprawiedliwianie dla tak dramatycznego zaniechania. Rosjnie wykorzystali je koncertowo, idąc na wschód w stronę Mariupola i na zachód, na Chersoń (docelowo na Odessę). Gdy Ukraińcy się połapali, orki miały już Chersoń i stanęły pod Mariupolem. Wymiana dowództwa pozwoliła na zatrzymanie dalszych rosyjskich postępów, niemniej to, co stracono, jest obecnie nie do odzyskania. W wymiarze politycznym obciąża to prezydenta Wołodymyra Załenskiego. Na Zachodzie tego nie słyszymy – dla nas prezydent Ukrainy to ikona. Ale sami Ukraińcy widzą na tym wizerunku mnóstwo pęknięć. Nie brakuje głosów krytyki, wypomina się Załenskiemu zbytnią ugodowość sprzed wojny. W skrajnych przypadkach oblężenie Mariupola postrzegane jest jako jego wina. Formalna rola głównodowodzącego dokładała do tego odpowiedzialność za los żołnierzy. W takich okolicznościach Azowstal zaczął ukraińskiej głowie państwa ciążyć, zwłaszcza że presja, by uratować oblężony garnizon rosła z dnia na dzień. Uratować za wszelką cenę – co ostatecznie miało miejsce. I ze skutkami czego mierzy się teraz cała Ukraina. I mierzę się ja, oglądając zadowoloną gębę Denisa Puszylina, opowiadającego o wyburzeniu huty jako o sprawiedliwym rozrachunku z „symbolem nazizmu”.

A miałem go „na widelcu”…

—–

Nz. Ucisk dłoni z Puszylinem/fot. Michał Zieliński

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to