Popłuczyna

rosyjska propaganda uwielbia budowanie analogii między specjalną operacją wojskową a wielką wojną ojczyźnianą. Prawdę powiedziawszy, robiła to już wcześniej, na etapie donbaskiej rebelii. Pamiętam przekazy radiowe i telewizyjne, których słuchałem i które oglądałem podczas wyjazdu do tzw. donieckiej republiki ludowej. Był przełom kwietnia i maja 2015 roku, zbliżała się rocznica wielkiej pobiedy – w kontrolowanych przez rosjan mediach dominował przekaz, zgodnie z którym współcześni rosjanie i prorosyjscy Ukraińcy, niczym ich dziadkowie w latach 1941-45, walczyli z faszyzmem. Tamten był niemiecki, ten ukraiński, ale jeden czort, przekonywano.

Wojenno-ojczyźniana narracja przybrała na sile wraz z przedłużaniem się obecnej wojny. Należało ją zsakralizować, zwłaszcza po upokarzających klęskach armii rosyjskiej w 2022 roku. „Popełniliśmy błędy, ale się otrząsnęliśmy – i teraz już tylko na Zachód”, przekonują propagandyści Kremla. By rzecz się spinała z faktami, do rangi wielkich sukcesów wywyższane są walki o nieznane nikomu przed wojną miejscowości. Zresztą fakty i tak przegrywają w tej konfrontacji, bo rosjanie zwyczajnie kłamią na temat swoich sukcesów. Kłamią świat, okłamują samych siebie – i jakoś się to kręci.

Tyle że nieuchronnie zbliża się 1418. dzień „specjalnej operacji wojskowej” putina. A dokładnie tyle trwała wielka wojna ojczyźniana. To moment, w którym symbol może rosjanom zaciążyć. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na mapę. Armia czerwona w ciągu 1418 dni przeszła drogę od katastrofy 1941 roku do Berlina. Armia rosyjska po ponad 1400 dniach wojny z Ukrainą wciąż walczy o kolejne wsie i miasteczka, płacąc za nie tysiącami ludzi. Dynamika? Skala? Efekt strategiczny? To są zupełnie różne światy. Propaganda może rysować strzałki, ale rzeczywistości nie da się domalować.

I dlatego w rosji czuć dziś napięcie. Bo rocznica sprowokuje – po prawdzie to już prowokuje – niewygodne pytania. Skoro wtedy się udało, a dziś nie, to gdzie tkwi problem? W dowództwie? W państwie? W samej armii? Władza bardzo nie lubi takich pytań.

Bo a nuż ktoś wreszcie zwróci uwagę, że skuteczność armii czerwonej nie była wyłącznie „rosyjska”. Walczyli w niej Ukraińcy – dziś stojący po drugiej stronie frontu. Walczyli Białorusini – obecnie formalnie neutralni, a ich ochotnicy biją się po stronie Ukrainy. Walczyły narody Azji Centralnej – Uzbekowie, Kirgizi, Kazachowie – które dziś mają własne państwa i własne interesy, niekoniecznie zbieżne z interesami Moskwy. Imperium wygrywało, bo było imperium: demograficznym, etnicznym, mobilizacyjnym i kulturowym.

Dziś ten zasób już nie istnieje. Owszem, w szeregach armii rosyjskiej wciąż walczą mniejsze etnosy z Syberii i Kaukazu. Ale to nie one decydują. Są rekrutowane, wysyłane na front i giną pod dowództwem rosjan, w ramach struktury, która pozostała rosyjskocentryczna do bólu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Niska efektywność rosyjskiej armii w Ukrainie uderza w jeden z fundamentów rosyjskiej państwowości: mit o cywilizacyjnej wyższości rosjan. Mit, który głosił, że rusyfikacja to nie przemoc, lecz „ulepszanie”; że rosyjskie państwo, rosyjska kultura i rosyjska armia są narzędziami porządku, rozwoju i sensu. Od czasów carskich wojsko było kluczowym instrumentem tej narracji – kuźnią lojalności i fabryką „lepszych poddanych”.

No i co? I gówno. Emanacja rosyjskiej wyższości kręci się niczym smród po gaciach, od czterech lat próbując pokonać sąsiada – mniejszego, słabszego, pozornie skazanego na klęskę. Trudno nie wywieść z tego wniosku, że rosja bez wartościowych mniejszości to popłuczyna po imperium. 12 stycznia 2026 roku będzie 1418. dowodem tej tezy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. parada w Moskwie z okazji 9 maja. 1418. dzień spec-operacji raczej takich fajerwerków nie przyniesie…/fot. kremlin.ru

Bratobójstwo

Jak odróżnić Ukraińca siłą wcielonego do rosyjskiej armii, od innych żołnierzy putina? Zwłaszcza w ferworze walki, gdzie obowiązuje zasada „albo ja jego, albo on mnie”, i żołnierze obu stron najpierw do siebie strzelają, a dopiero później – jeśli jest czas i są ku temu sprzyjające okoliczności – sprawdzają, kogo zabili. Nad przymusowo zmobilizowanym nie unosi się – niczym w grze komputerowej – znaczek identyfikacyjny. Na prawdziwym polu bitwy taki ktoś – zwłaszcza z daleka – jest kolejnym celem do wyeliminowania. W efekcie dochodzi do bratobójczych starć, w czym zawiera się jeden z największych dramatów wojny na Wschodzie.

Znamy to także z własnej historii. Polaków siłą wcielano do armii zaborców, później, w czasie II wojny światowej, wielu obywateli II RP – przede wszystkim z Pomorza i Śląska – przymusowo zmobilizowano do Wehrmachtu. Kilkuset z nich broniło Monte Cassino, szturmowanego przez 2 Korpus Polski. W efekcie nasi rodacy leżą zarówno na polskim, jak i na niemieckim cmentarzu w pobliżu miejsca bitwy. Są pośród nich dwaj rodzeni bracia – jeden spoczywa u Niemców, drugi u Polaków. Nie da się wykluczyć, że w tym tragicznym maju 1944 roku strzelali do siebie…

Walka w bliskim kontakcie dawała sposobność do identyfikacji w porę – wystarczyło się odezwać. Istnieje mnóstwo relacji weteranów 2 Korpusu, w których opisywane są takie sytuacje. Jednostka zresztą w którymś momencie zasilała się przede wszystkim w oparciu o jeńców i dezerterów z Wermachtu, którzy byli polskiego pochodzenia.

Los donbaskich zdrajców

Ale w walce na dystans trudno wykrzyczeć narodowość i zostać usłyszanym – tymczasem tak właśnie wyglądają potyczki na Wschodzie. rosjanie nieustannie szturmują ukraińskie pozycje, ale rzadko kiedy do nich docierają. Bezpośrednich starć jest więc niewiele, gros „roboty” wykonują drony, to one odpowiadają za co najmniej 70 proc. strat zadawanych drugiej stronie. Swoje kilkanaście procent dokłada bijąca z oddali artyleria. Dronowi – a właściwie sterującemu nim operatorowi – można się poddać, trudno o to jednak podczas ataku. Brutalna ekonomia wojny jest taka (patrząc z perspektywy atakowanych), że lepiej zabić na wszelki wypadek i zająć się kolejnym celem, niż zadbać o to, by poddający się przeżył i oddał do niewoli – wszak trzeba go do niej „odprowadzić”. A co jeśli blefuje? – tego rodzaju kalkulacja (u operatora drona) to kolejny czynnik ograniczający szansę przymusowo wcielonych na dostanie się do swoich.

Ukraińcy strzelali do siebie od początku konfliktu na Wschodzie. Gdy w 2014 roku rosjanie rozpętali rebelię w Donbasie, owszem, zasilili ją własnymi „ochotnikami”, nade wszystko jednak ługańska i doniecka milicja składały się z miejscowych. Większość z nich wstępowała do prorosyjskich formacji z własnej woli, więc jako obywatele Ukrainy dopuszczali się zdrady. Do 2022 roku przez „armie” pseudo-republik przewinęło się ponad 100 tys. ludzi, jedna czwarta z nich zginęła lub została ranna (przede wszystkim w latach 2014-16). Los donbaskich zdrajców nie musi nas szczególnie zajmować, ale warto wiedzieć, że w tym samym czasie na okupowanym Krymie – formalnie wcielonym do rosji – już w 2015 roku uruchomiono pobór miejscowych do rosyjskiej armii. Osobiste motywacje wcielanych nie miały tu znaczenia, podobnie jak ich etniczna identyfikacja; zgodnie z rosyjskim prawem byli obywatelami federacji, a ta nakłada na młodych mężczyzn obowiązek służby zasadniczej; koniec-kropka.

Równowartość trzech dywizji

Tuż przed wybuchem pełnoskalowego konfliktu w 2022 roku Moskwa uznała niepodległość Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, a ich „armie” formalnie zintegrowano z rosyjską. Konsekwencje okazały się zgubne dla dużej części męskiej populacji DRL/ŁRL, gdy planowana na kilka tygodni spec-operacja zmieniła się w niezwykle krwawy i długotrwały konflikt. Koszmarne straty ponoszone przez oddziały dawnych separatystów wymagały odtworzenia stanów osobowych, a że ochotników nie zbywało, wkrótce ulice Doniecka i Ługańska stały się areną łapanek. Branka objęła nie tylko zdrowych i młodych mężczyzn – prowadzono ją „jak leci”, wyłapując emerytów, inwalidów, osoby chore psychicznie. Ów jakościowo kiepski zasób został następnie „zmielony” przez front – obecnie jednostki armii rosyjskiej wywodzące się z byłych milicji tylko w niewielkim stopniu składają się z mieszkańców Donbasu, ci bowiem wyginęli; gros żołnierzy stanowią obywatele rosji właściwej oraz zagraniczni najemnicy. No i Ukraińcy z pozostałych zajętych po 2022 roku terytoriów.

Przymusowy pobór na terenach okupowanych po pełnoskalowej inwazji zaczął się jeszcze późną wiosną 2022 roku. Tyle że wówczas był prowadzony „na dziko”, w niezgodzie nawet z rosyjskim prawem. Formalnych podstaw nadał mu dekret putina z końca września 2022 roku, skutkiem którego cztery ukraińskie obwody – doniecki, ługański, chersoński i zaporoski – zostały włączone do rosji. Jak pamiętamy, stało się to po uprzednich pseudo-referendach (wskazujących na rzekomo ponad 90-procentowe poparcie dla idei integracji z rosją…) oraz mimo tego, że istotna część zaanektowanych terenów znajdowała się poza kontrolą armii rosyjskiej. Kolejnym krokiem było włączeniu okupowanych obwodów do Południowego Okręgu Wojskowego federacji rosyjskiej, co nastąpiło w lutym 2024 roku. Tak naprawdę dopiero ta decyzja uruchomiła administracyjną machinę „legalnego” poboru. Jak dotąd objął on ponad 46 tysięcy osób – takimi danymi posługuje się ukraiński Sztab Koordynacyjny ds. Jeńców Wojennych. To równowartość trzech dywizji piechoty, choć z zastrzeżeniem, że skala przymusowej mobilizacji bez wątpienia jest większa. rosjanie nie raportują na ten temat, a okupowane terytoria są przez nich skutecznie izolowane informacyjne – trudno zdobyć stamtąd wiarygodne, całościowe dane, zwłaszcza za okres „dzikiej mobilizacji”. Ukraińskie NGS-y szacują, że po 2022 roku w sidła rosyjskiej branki mogło wpaść nawet 100 tys. mężczyzn.

Pogarda wobec prawa wojennego

Przy czym podkreślmy – formalizacja poboru obywateli Ukrainy z okupowanych terytoriów nie jest tylko kwestią wewnętrznej polityki Kremla. To działanie, które wprost narusza prawo międzynarodowe, a w szczególności normy dotyczące ochrony ludności cywilnej na terenach okupowanych. Najważniejszym punktem odniesienia jest tu IV Konwencja Genewska z 1949 roku, która reguluje status ludności cywilnej pod okupacją. Artykuł 51 tej konwencji zakazuje zmuszania osób chronionych do służby w siłach zbrojnych państwa okupującego. Oznacza to, że każdy przypadek przymusowej mobilizacji mieszkańców okupowanych obwodów Ukrainy jest bezpośrednim złamaniem prawa międzynarodowego. Konwencja przewiduje także odpowiedzialność karną za takie działania – mogą one być kwalifikowane jako zbrodnie wojenne.

Międzynarodowe prawo humanitarne dokonuje jasnego rozróżnienia między obowiązkami okupanta – w czym mieści się zapewnienie bezpieczeństwa, porządku publicznego i podstawowych warunków życia – a zakazami, jakie na nim spoczywają – tu mamy m.in. zakaz zmuszania ludności do służby wojskowej, deportacji czy paszportyzacji. rosja, formalizując pobór, narusza oba filary: zamiast chronić ludność, wykorzystuje ją jako zasób wojskowy. Ukraina konsekwentnie dokumentuje przypadki mobilizacji, gromadząc dowody dla przyszłych procesów. Kijów ma tu wsparcie ONZ, OBWE i organizacji praw człowieka, które wielokrotnie wskazywały na naruszenia prawa humanitarnego przez rosję. Dla państwa Zachodu formalizacja poboru jest kolejnym argumentem w dyskusji o sankcjach i izolacji rosji na arenie międzynarodowej. A Kreml i tak wciąż wykazuje pogardę wobec prawa wojennego i traktuje okupowane tereny jak własne zaplecze wojskowe.

Dlaczego tak się dzieje? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Krzysztofowi Martynie, Krzychoo Jóźwiakowi i Dariuszowi Wołosiańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Bijąca z oddali artyleria…/fot. SzG ZSU

Oburzenie

Mężczyzny ze zdjęcia nie ma już pośród żywych – armen sarkisjan zmarł w szpitalu na skutek ran odniesionych po wybuchu bomby domowej roboty. Do zamachu, do którego doszło dziś nad ranem w Moskwie, nikt się jeszcze nie przyznał, ale sprawstwo wydaje się oczywiste – sarkisjan to wojenny zbrodniarz i kryminalista, ścigany przez ukraińskie służby.

Za co? Ano zebrało się tego trochę. Pochodzący z Armenii mężczyzna miał swego czasu ukraińskie obywatelstwo. W 2013 i 2014 roku organizował zbrojne bandy, tzw. tituszek, które napadały na protestujących członków Euromajdanu. W 2022 roku sformował i stanął na czele batalionu Arbat, w skład którego wchodzili kryminaliści osadzeni w tzw. DRL. Członkowie formacji dopuścili się na froncie wielu najcięższych przestępstw wojennych. Sam sarkisjan z kolei – jako nadzorca więzienia w poddonieckiej Gorłówce – odpowiadał za torturowanie ukraińskich jeńców.

Dzisiejszy zamach miał miejsce w luksusowym kompleksie mieszkalnym „Szkarłatne żagle”. W wybuchu zginął także ochroniarz sarkisjana, a kilka przypadkowych osób zostało rannych.

W runecie wrzawa – nie żeby jakoś specjalnie ubolewano nad śmiercią sarkisjana (w końcu to użyteczny, ale „tylko” Ormianin, w dodatku z ukraińskim niegdyś paszportem…). Rzecz w tym, że zamach „naraził życie i zdrowie cywilów”. Wpływowych i bogatych moskwian, a to już zbrodnia nad zbrodniami.

W tym samym czasie, w tym samym runecie, zwyrodnialcy w rosyjskich mundurach publikują zdjęcie odciętej głowy ukraińskiego jeńca. Chwaląc się pozyskanym właśnie wojennym trofeum. Głosów oburzenia brak…

Erozja

Jest w „Civil war” scena, gdy samochód z głównymi bohaterami jedzie przez płonący las. Nie mam dziś nastroju na literackie opisy, poprzestanę więc na stwierdzeniu, że to jedne z piękniejszych kadrów tej amerykańskiej produkcji.

Wojenna destrukcja ma w sobie zwodnicze piękno – aby je dostrzec, wcale nie trzeba być piromanem. Zwodnicze, bo urzeka i fascynuje – a nie powinno. Zwodnicze, bo dla ludzi opisujących i fotografujących wojnę jest rodzajem wytchnienia. I nagrody za wszelkie dotychczasowe trudy. „Ale to zajebiście wygląda!” – komentował kiedyś jeden z moich kolegów po fachu. Dach budynku przed nami na dobre objął ogień, a że na ostatnim piętrze znajdowały się stanowiska strzeleckie, pożar trawił także podręczne składziki amunicji. „Jak noworoczne fajerwerki”, pomyślałem, gapiąc się z rozdziawioną papą na kolejne wybuchy.

Tyle że tam byli ludzie.

A w płonącym lesie z „Civil war” zwierzęta, cały złożony ekosystem, któremu właśnie odbierano życie. Czego bohaterowie – żyjący z wojny dziennikarze – jakby nie dostrzegali, zafascynowani wirującymi w nocnym powietrzu, iskrzącymi się liśćmi.

Obejrzałem ten film w weekend i „trawiłem” do tej pory. Poszarpały mną dwie rzeczy – pierwsza wiąże się z osobistymi doświadczeniami. Niczym filmowa Lee (świetna Kirsten Dunst), miałem już wojny dość, a zarazem trudno było mi się z nią rozstać. Bo gdy przychodził kryzys, zaraz potem pojawiało się coś, co odwlekało decyzję o rezygnacji z wojennej reporterki. „No kurwa, dla tego widoku/tego przeżycia warto tu być!”, stwierdzałem urzeczony i zafascynowany.

I czort, że wcześniej było przerażenie, a później dokuczliwe rozkminki „co by było gdyby…?”. No i ta świadomość, że to nie jest „park przygód Marcina Ogdowskiego i jemu podobnych”, a czyjeś prawdziwe życie – i śmierć.

Nie zdradzę Wam losu Lee; napiszę tylko, że dawno nie „czułem” tak dobrze emocji filmowej postaci, dawno nie były mi tak bliskie.

Ale też dawno nie towarzyszył mi – podczas seansu i po nim – egzystencjalny lęk. „Civil war” dzieje się we współczesnych Stanach Zjednoczonych, objętych tytułową wojną domową. Niezwykle okrutną i bezsensowną, jak niemal każdy taki konflikt. Amerykanie od dawna przepracowują traumę wojny secesyjnej, tym mocniej i częściej, im bardziej kryzysową sytuację mają w kraju. A dziś znów są w kryzysie, koszmarnie spolaryzowani i podatni na najgorszy populizm. Czy grozi to secesją? Nie wiem, ale twórcy uznali taki scenariusz za prawdopodobny. Oglądamy więc film drogi – dość przewidywalną sekwencję zdarzeń, a mimo to o nieprawdopodobnej mocy. Widziałem wojny i powojnia na własne oczy w kilku krajach na trzech różnych kontynentach. Obrazy zniszczeń wryły mi się w pamięć, podobnie jak dźwięki towarzyszące zbliżaniu się do linii frontu. Ale przełożenie tego na realia USA, ukazanie wojny w amerykańskim anturażu – i to „okiem” niezwykle sprawnej kamery – wbija w fotel. I zmusza do myślenia, co by było, gdyby w Stanach rzeczywiście doszło do wojny.

Srogie to są refleksje.

Zajęta sobą, a w konsekwencji także i osłabiona, Ameryka to potężne zagrożenie dla demokratycznego świata, łobuzy wszak chciałyby tę sytuację wykorzystać. Globalnie Chiny, regionalnie reszta bandyckiej czwórki – rosja, Iran, Korea Północna. Wojna niechybnie zagościłaby i w naszej części Europy. Bilibyśmy i zapewne pobilibyśmy drani – bo Zachód i bez USA pozostaje silny – ale cena mogłaby być straszliwa, zwłaszcza dla państw frontowych.

Mógłbym się pocieszać, że to jedynie „pofilmowe natręctwa”, ale przecież dobrze wiem, że u podstaw leżą całkiem realne obawy. Nie dostrzegam zewnętrznych zagrożeń dla dominacji wojskowej USA. Widzę jednak, że Stany erodują od środka.

Nie wiem, czy to chwilowy kryzys, czy powolna rezygnacja z roli strażnika demokratycznej części świata. Cząstkową odpowiedź uzyskamy już w najbliższy piątek – kongres ma się wtedy pochylić nad ustawą o pomocy dla Ukrainy. Ostatnie się linia kunktatorska czy górę weźmie poczucie odpowiedzialności jedynego supermocarstwa?

Nz. Facebook przypomniał mi, że dziewięć lat temu przejechałem z kolegami przez tzw. linię rozgraniczenia – i trafiliśmy do Doniecka. Skąd wybraliśmy się m.in. do zajętego już wówczas przez ruskich Debalcewa. Tam rozmawiałem z „żołnierzami armii DRL”, którzy – sądząc po tym, jak używali języka rosyjskiego – tylko udawali miejscowych. Te gamonie też zapowiadały, że prędzej czy później spotkamy się w Kijowie, a potem w Warszawie (też, bo i wcześniej, i później, słyszałem kilka podobnych „deklaracji”). O czym wspominam nie tylko z uwagi na facebookową przypominajkę, częściowo okolicznościowy wojenno-reporterski wpis. ale również w odpowiedzi na formowany przez prorosyjskich propagandystów zarzut, który ma wyjaśniać agresywną wobec Polski retorykę Kremla. Otóż zdaniem kolaborantów, wina leży po naszej stronie, bo to my, Polacy, od ponad dwóch lat „nieustannie” prowokujemy rosję. No więc nie, panowie skarpetkosceptycy – waszym chlebodawcom marsz na Warszawę marzy się od dawna…/fot. Darek Prosiński

—–

Ps. Szanowni, muszę odpocząć, więc wybieram się na kilkudniowy urlop. Wracam do pracy we wtorek. Zakładam, że do tego czasu uda się zebrać środki na dalsze funkcjonowanie mojego ukraińskiego raportu. Gdybyście chcieli mnie wesprzeć jednorazowo, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Najbrutalniejsi

Kiedyś, w Doniecku, pewien separatysta przekonywał mnie, że lada moment on i jego koledzy… przekroczą granice Rzeczpospolitej.

– Najpierw musielibyście pokonać ukraińską armię – zauważyłem.

Mundurowy obnażył zęby, a właściwie rząd złotych plomb.

– A co to za problem? – brzmiał niemal radośnie. – Niech nam tylko dadzą rozkaz. Co to jest niecałe osiemset kilometrów? Doba, i jesteśmy w Kijowie.

On naprawdę w to wierzył – w siłę stojącej za nim armii (choć właściwie powinienem napisać „milicji”). Służył w niej, znał możliwości, a mimo to pozostawał optymistą. Ot, przykład mocy propagandy.

Separatyści mieli wtedy relatywnie silne wojsko. Zwłaszcza ci donieccy, którym udało się stworzyć strukturę niemalże państwową (Ługańsk do końca pozostał wyłącznie bandyckim konglomeratem, choć również uzbrojonym po zęby). Ta siła przez lata pozwalała utrzymać na wschodzie status quo – Ukraina, bez zaangażowania całego potencjału swojego wojska, nie odzyskałaby utraconych obwodów. Świadomość, że taka akcja spotkałaby się z ripostą Moskwy, powstrzymywała Kijów przed ofensywą. Nie bez znaczenia byłyby także koszty takiej operacji – mówiąc wprost, Ukrainy nie było stać na taki wysiłek. Dlatego odzyskanie Ługańska i Doniecka (oraz Krymu), choć pozostawało w latach 2014-2022 postulatem politycznym obu prezydenckich administracji (Petra Poroszenki i Wołodymyra Zełenskiego), odkładano na niezdefiniowane „później”.

Wróćmy do „separów” – mimo relatywnej siły, nie była to armia zdolna do wielkoskalowych operacji zaczepnych. Udowodniła to w czasach największego nasilenia działań zbrojnych w latach 2014-15. Jej marsz na południu miał wówczas przebiegać wzdłuż brzegu Morza Azowskiego, później Czarnego, tak, by ostatecznie uczynić Ukrainę krajem bez morskiego okna na świat. Skończyło się na bezskutecznych próbach zajęcia Mariupola, czyli na przedbiegach.

Gdy zaczęła się wojna pełnoskalowa, rosyjskie uderzenie z Donbasu wyprowadzono w oparciu o jednostki „separów”. Choć wzmocnione regularnymi oddziałami armii federacji, również nie zanotowały one wielkich sukcesów. Po wielu miesiącach zmagań dopięto „wyzwolenie” całości obwodu ługańskiego, ale doniecki w połowie pozostał ukraiński. Z grubsza sytuacja wygląda w taki sposób po dziś dzień.

—–

Przytoczyłem tę historię z „separem” i poprowadziłem następujące po niej rozważania z trzech powodów. Po pierwsze w związku z wysypem czarnowidztw, jaki obserwujemy w polskiej/zachodniej sferze medialnej. Przepowiedni, z których wynika, że właściwie jest już po Ukrainie. W ostatnim czasie odnosiłem się do takich scenariuszy kilkukrotnie, dziś chciałbym więc jedynie podkreślić leżący u ich podstaw błąd logiczny. Tak jak wspomniany złotozębny bojownik, tak autorzy i kolporterzy narracji „już-po-ptakach” zdają się nie dostrzegać istnienia armii ukraińskiej. A obecnie jest ona prawie trzy razy większa niż w 2015 roku, dużo bardziej doświadczona, w wielu obszarach znacznie lepiej wyposażona i uzbrojona. Jest też mentalnie – za sprawą sięgnięcia po głębokie rezerwy – bardziej sowiecka niż w 2022 roku. To słabość (na poziomie praktycznym oznaczająca na przykład skłonność do „mięsnych szturmów”), ale będąca również udziałem armii rosyjskiej – i to w większym stopniu. Tak czy inaczej, nawet w sytuacji – moim zdaniem nierealistycznej – odcięcia od zachodniej „kroplówki”, wojsko to jeszcze przez wiele miesięcy zachowa zdolności do stawiania oporu przeważającym siłom wroga. A rosja w Ukrainie nie ma przeważających sił, nie będzie zatem żadnego „szybkiego marszu na Kijów” (Odesę czy Lwów). To rojenia i nie sprawiajmy, by były czymś więcej niż domeną (pro)rosyjskiej propagandy.

Drugi powód wiąże się z rozmową, jaką odbyłem kilka dni temu z moim najlepszym ukraińskim źródłem. Ów wysoki rangą wojskowy przyznał, że dowództwo ZSU straty w oddziałach dawnej DRL i ŁRL, poniesione po 24 lutego ub.r., szacuje na 100 tys. zabitych i rannych. A więc armii, którymi tak chełpił się rzeczony „separ”, właściwie już nie ma. Dawne jednostki separatystów nadal biorą udział w walkach, lecz odtwarzane są głównie poprzez sięganie po rekrutów z zajętych w 2022 roku ziem oraz rodowitych rosjan.

Ostatni powód wynika z mojej reakcji na wspomniane szacunki.

– Straszne – odparłem, mając z tyłu głowy świadomość, że mówimy o dawnych (a w sensie prawnym wciąż aktualnych) obywatelach Ukrainy.

– Nie, donieccy i ługańscy to nasz najgorszy przeciwnik – usłyszałem. – Najbrutalniejszy i najbardziej zdeterminowany. Nie ma czego żałować.

Westchnąłem, zdając sobie sprawę, jak gigantycznym wyzwaniem będzie dla Ukraińców powojenne pojednanie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Krzysztofowi Pytrowi i Zbyszkowi Murawskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Walki pod Mariupolem latem 2015 roku. Pozycje wojsk ukraińskich/fot. Darek Prosiński