Składy

W ubiegłym tygodniu przez kilkadziesiąt godzin płonął 51. Arsenał GRAU (Głównego Zarządu Rakiet i Artylerii), położony około 60 kilometrów na wschód od Moskwy. Zniszczeniu lub uszkodzeniu uległa niemal połowa składowanej amunicji o masie ponad 100 tys. ton. Oficjalne rosyjskie źródła mówią o niezachowaniu zasad bezpieczeństwa jako pierwotnej przyczynie pożaru. Ale to nieprawda – obiekt został zaatakowany przez ukraińskie drony.

Był to kolejny tego typu incydent na głębokich rosyjskich tyłach. Zważywszy na skalę strat, jak dotąd najpoważniejszy. Nie znamy dokładnego asortymentu przechowywanych w 51. Arsenale materiałów – gdyby były to wyłącznie pociski armatnie, 100 tys. ton oznaczałoby nawet 2 mln sztuk (1,5 mln przy uwzględnieniu ładunków miotających). Czy to dużo? Owszem. W trakcie zmagań w Donbasie wiosną i latem 2022 roku rosjanom zdarzało się strzelać i 60 tys. pocisków dziennie, ale od ponad dwóch lat intensywność ich ognia jest kilkukrotnie niższa. Niewykluczone więc, że na skutek pojedynczego ataku ukraińskich dronów stracili półroczny zapas amunicji do armat, haubic i ciężkich moździerzy.

—–

Charakter ubytków jest zapewne nieco inny, ale to nie znaczy, że mniej dotkliwy. 51. Arsenał był bowiem kluczowym elementem łańcucha logistycznego, obsługującego front w Ukrainie. rosjanie magazynowali tam nie tylko pociski artyleryjskie, ale też rakiety balistyczne Iskander, ich koreańskie odpowiedniki KN-23 i amunicję do systemów obrony powietrznej S-300. W liczbach bezwzględnych to nie mogły być imponujące zapasy – dość wspomnieć, że do tej pory Korea Północna przekazała rosji około 140 pocisków KN-23, a roczna produkcja Iskanderów nie przekracza pięciuset sztuk. W tym przypadku jednak trzeba brać pod uwagę cechy broni (siłę rażenia, zasięg i precyzję) oraz jej wysokie koszty. „Pójście z dymem” kilkudziesięciu czy kilkuset sztuk takiej amunicji to poważna strata.

Takie też były skutki inne ukraińskiego ataku – przeprowadzonego 20 marca br. uderzenia na bazę rosyjskich sił powietrznych w Engels. Tym razem do nalotu użyto nie tylko dronów, ale i „długich Neptunów” – rakiet zaprojektowanych jako pociski przeciwokrętowe, po modyfikacji zdolnych razić cele naziemne na dystansie do 1000 km. Jedna z nich trafiła w skład amunicji, dzień przed atakiem uzupełniony o kolejną partią pocisków manewrujących Ch-101. Siła pierwotnego wybuchu była tak duża, że fala uderzeniowa uszkodziła budynki w promieniu pięciu kilometrów. Jeszcze wiele godzin po ataku mieszkańcy okolicznych miejscowości pisali w mediach społecznościowych o dużej liczbie eksplozji wtórnych. Wkrótce wyszło na jaw, że rosjanie stracili prawie setkę rakiet, wartych ponad miliard dolarów; w wymiarze czysto finansowym było to chyba najbardziej efektywne ukraińskie uderzenie rosyjską infrastrukturę wojskową.

—–

Ale w niszczeniu składów ilość również przechodzi w jakość. Mieliśmy z tym do czynienia wiosną i latem 2022 roku. Wtedy to Ukraińcy obrali sobie za cel rosyjskie składy tworzone tuż na zapleczu stanowisk bojowych. W realizacji zadania pomogły im świeżo pozyskane Himarsy. Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. W sumie zniszczono ich ponad setkę, pozbawiając rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich. Tej „obróbce” towarzyszyły ataki na magazyny z żywnością i innym zaopatrzeniem. W rezultacie rosyjska artyleria się zadławiła, a żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o klęsce agresorów na Charkowszczyźnie we wrześniu 2022 roku. Dla podkreślenia efektywności przedsięwzięcia dodajmy: Ukraińcy mieli wówczas kilkanaście wyrzutni Himars i około 500 pocisków do nich.

Co łączy ataki na płytkie i głębokie rosyjskie zaplecze? Po pierwsze, zmuszają one rosję do rozpraszania zasobów i komplikują jej logistykę. Po drugie, umniejszają podaż dostępnych pocisków, a więc wprost przekładają się na mniejsze zdolności bojowe oddziałów na froncie. Niejako przy okazji niszczą mit gigantycznej materiałowej zasobności i wydolności rosji. Rezerwy pocisków artyleryjskich federacji przed lutym 2022 roku szacowane były na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie. Pod koniec 2023 roku okazało się, że Moskwa musi importować amunicję z Korei Północnej, by wojsko na froncie miało czym strzelać. Jak dotąd Koreańczycy dostarczyli rosjanom co najmniej 4 mln pocisków (wedle niektórych źródeł 6 mln sztuk). Obecnie północnokoreańskie dostawy stanowią nawet 70 proc. amunicji używanej przez rosyjską artylerię.

—–

Północnokoreańskie pociski są gorszej jakości niż te wyprodukowane w rosji – w wielu partiach jeden na trzy ujawniany jest jako felerny. Żołnierze putina nie lubią nimi strzelać, tym gorzej więc dla nich, gdy w ziszczonych składach znajdowała się rodzima amunicja. W czym objawia się także pewna złośliwość losu – „karma”, jak kto woli. W tej wojnie niszczenie składów amunicyjnych zapoczątkowali bowiem rosjanie – i to na długo zanim konflikt przybrał pełnoskalową postać. W październiku 2014 roku doszło do eksplozji w składach amunicyjnych w czeskich Vrběticach. Śledztwo wykazało, że stali za tym agenci rosyjskiego wywiadu. Czesi planowali dostawę pocisków do Ukrainy, rosjanie chcieli im te plany pokrzyżować. Źle ustawione detonatory spowodowały eksplozje jeszcze w Czechach, choć wedle założeń miało to nastąpić w Ukrainie. Zginęły dwie przypadkowe osoby, a Moskwa musiała dramatycznie zredukować liczbę personelu swojej ambasady.

Amunicyjny skład zapalił się również w marcu 2017 roku w Bałakliji – mieście położonym w obwodzie charkowskim. Był to wówczas największy taki magazyn w Ukrainie, w którym na 370 hektarach zgromadzono 140 tys. ton środków bojowych do armat i haubic o kalibrze powyżej 100 mm. Owe 140 tys. ton to w przybliżeniu 3,5 mln pocisków artyleryjskich. W gigantycznym pożarze zniszczeniu uległo 70 proc. zapasów. W ocenie ukraińskich organów ścigania, w Bałakliji doszło do sabotażu – przyczyną pierwotnej eksplozji był dron-samobójca, który przyleciał zza pobliskiej granicy z rosją. Później tych zniszczonych w pożarze pocisków mocno Ukrainie brakowało…

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Płonące 51. Arsenał, screen z filmu udostępnionego przez anonimowe źródło rosyjskie

Ten tekst powstał na bazie krótszego materiału, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Wersję skróconą znajdziecie tu.

Dyplomatołki

Wczoraj w saudyjskim Rijadzie odbyły się rozmowy amerykańsko-ukraińskie, gdy piszę te słowa trwa jeszcze spotkanie amerykańsko-rosyjskie. Gdy piszę te słowa trwa również wydobywanie spod gruzów osób zasypanych w budynkach mieszkalnych po rosyjskim ataku rakietowym na Sumy. Jak na razie mowa jest o 74 rannych, pośród nich doliczono się trzynaściorga dzieci.

Ten atak w pełni obnaża efektywność działań amerykańskiej dyplomacji, której przedstawiciele robią wszystko, by zasłużyć na określenie „dyplomatołki”. Wciąż słyszymy o postępach i nadchodzących przełomach, a faktycznie widzimy, że rosja ani myśli kończyć wojnę i zaprzestać swoich terrorystycznych praktyk.

No ale ważne że putin pomodlił się za zdrowie trumpa, gdy tego ostatniego drasnęła w ucho kula zamachowca…

No więc spotkały się ekipy w Rijadzie, ale przy amerykańskiej niemocy trudno spodziewać się przełomowych decyzji w najbliższym czasie. Jak to ujął w wywiadzie dla „Jedyni Novyny” prezydent Czech Petr Pavel: „Zatrzymanie trwającego od trzech lat konfliktu nie jest łatwe, zwłaszcza gdy nie będzie wystarczającej woli ze strony kraju, który tę wojnę rozpoczął – rosji”.

Dla porządku dodajmy, że czeski polityk w ubiegłym tygodniu gościł w Kijowie.

Równie sceptyczny pozostaje – cóż za zaskoczenie… – dmitrij pieskow. Sekretarz prasowy putina zrzuca przy tym winę na Ukraińców. Dziś rano, w wypowiedzi dla rodzimych mediów, skarżył się na ukraińskie ostrzały rosyjskiej infrastruktury energetycznej, twierdząc, że rosja swoje wstrzymała – co jest nieprawdą. Zdaniem pieskowa, jeśli taka sytuacja się utrzyma, „będzie to powód dla kolejnej rozmowy putina z trumpem”.

Ta zapowiedź rzuca światło na rosyjską strategię negocjacyjną, w ramach której Moskwa zamierza pokazywać Ukrainę w jak najgorszym świetle, licząc na „dyscyplinujące” posunięcia trumpa. Kluczowe w tym ujęciu jest pytanie – komu zaufa prezydent USA?

—–

Tymczasem ukraińskie siły zbrojne wykonały w ostatnich dniach kilka zakończonych powodzeniem misji. Wymieńmy kilka z nich.

Sześć dni temu drony zaatakowały paliwowy terminal przeładunkowy „Kaukaz”, położony w kraju krasnodarskim. Pożaru nie ugaszono do dziś i nie ma na to szansy – strażacy czekają, aż obiekt się wypali. Terminal powstał kilka lat temu, kosztował rosję 350 mln dol.

Przed weekendem pisałem o ataku na bazę sił strategicznych Engels – zdjęcia satelitarne potwierdziły, że tamtejszy skład amunicji (a w nim spora liczba rakiet Ch-101) poszedł łaskawie z dymem.

Podobny los stał się udziałem systemów obrony powietrznej na Krymie. W niedzielę zniszczono tam kilka wyrzutni i radarów, co zapewne jest wstępem do kolejnego uderzenia, tym razem na chronione przez OPL obiekty? Jakie? Nie mam pojęcia. Faktem jest, że Krym zszedł w ostatnich miesiącach z tapetu – po tym, jak rosyjska flota czarnomorska w większości dała nogę z Sewastopola. Nie wróciła, więc może chodzić o jakieś obiekty logistyczne; półwysep nadal pełni istotną rolę jako bliskie zaplecze teatru działań wojennych.

Idźmy dalej. Solidne źródła donoszą o udanym ataku przy użyciu ATACMS-ów. Ukraińcy porazili lotnisko w obwodzie biełgorodzkim, niszcząc cztery śmigłowce – dwa szturmowe Ka-52 i dwa transportowe Mi-8. Pochodzące z USA rakiety – tym razem „zwykłe” Himarsy, ale z głowicami kasetowymi – dosięgły też trzy armatohaubice M-1978 Koksan. To bardzo niebezpieczna północnokoreańska broń o dużym kalibrze (170 mm) i dalekiej donośności (nawet do 60 km; żadna rosyjska armata tak daleko nie strzela).

I na koniec „wisienka na torcie” – w weekend, po 30 godzinach walki, w trakcie której „zmielono” dwa rosyjskie pułki, ZSU odbiły miejscowość Nadija. Znajduje się ona w obwodzie ługańskim, do tej pory w całości zajętym przez rosjan. Ci teraz obawiają się – sądząc po trwożliwych zapowiedziach mil-blogerów – że operacja na ługańszczyźnie to zapowiedź większych ofensywnych działań Kijowa.

Nie wiem, czy do nich dojdzie, ale wiem, że język siły i faktów dokonanych jest jedynym narzędziem komunikacji, które rozumieją rosjanie. Ukraińskie wojsko, w przeciwieństwie do amerykańskich „dyplomatołków”, nie próżnuje, co w obecnej sytuacji można uznać za powód do optymizmu.

—–

Szanowni, moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Waszemu wsparciu. Kilkudniowa awaria platformy patronackiej – do której doszło w minionym tygodniu – sprawiła, że tego wsparcia jest ostatnio mniej. Damy radę nadrobić?

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska artyleria podczas strzelań szkolnych, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

„Oczko”

Ukraińcy zaatakowali w nocy bazę rosyjskich sił powietrznych w Engels. Lotnisko znajduje się w obwodzie saratowskim, 700 km od granicy z Ukrainą.

Do uderzenia wykorzystano drony, ale pojawiły się też doniesienia o użyciu „długiego Neptuna” – rakiety pierwotnie zaprojektowanej jako pocisk przeciw-okrętowy, po modyfikacji zdolnej razić cele naziemne na dystansie do tysiąca kilometrów. Ukraińskie dowództwo nie podaje szczegółów misji.

Na co dzień w Engels stacjonują bombowce dalekiego zasięgu Tu-95 i Tu-160, wykorzystywane do nalotów na ukraińskie miasta. Tuż przed atakiem na miejscu bazowały po trzy maszyny każdego typu.

Nie wiemy, czy któreś z nich zostały zniszczone lub uszkodzone, za to na pewno w powietrze wyleciał skład amunicji, uzupełniony 19 marca kolejną partią pocisków manewrujących Ch-101. Rano nad lotniskiem unosił się potężny słup dymu, mieszkańcy okolicznych miejscowości pisali w mediach społecznościowych o dużej liczbie eksplozji wtórnych. Siła pierwotnego wybuchu była tak duża, że fala uderzeniowa uszkodziła budynki w promieniu pięciu kilometrów.

Duże ognisko pożaru zarejestrował system nadzoru satelitarnego FIRMS, należący do amerykańskiej NASA.

Wojsko i lokalne władze zarządziły ewakuację bazy oraz kilku sąsiadujących z nią wiosek.

Na razie brakuje wiarygodnych doniesień o innych zniszczeniach i skali strat.

Samoloty Tu-95 i Tu-160 są częścią rosyjskiej jądrowej triady (obok okrętów podwodnych i naziemnych wyrzutni). Stanowią więc o potencjale odstraszania rosji i z tego powodu uchodzą za broń o kluczowym znaczeniu. W wojnie z Ukrainą bombowce używają konwencjonalnej amunicji. Co istotne, nie wykonują klasycznych rajdów bombowych – nadlatując nad cel i zrzucając bomby – a atakują znad terytorium rosji, strzelając dalekonośnymi rakietami i pociskami manewrującymi. Działają poza zasięgiem ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, nie grozi im ukraińskie lotnictwo załogowe, zbyt szczupłe, by operować nad federacją. Patrząc z perspektywy Ukraińców, walka z Tupolewami ma głównie charakter pośredni i sprowadza się do zestrzeliwania wysłanych przez bombowce rakiet.

Fizyczne próby eliminacji samolotów – poprzez ataki na głębokie rosyjskie zaplecze – to nadal wyjątkowe sytuacje. Z uwagi na konsekwencje, bardzo dla rosjan niebezpieczne. Całe rosyjskie lotnictwo strategiczne to około 80 maszyn (Tu-95 i Tu-160). W stanie lotnym jest połowa tego sprzętu, co oznacza, że nawet pojedyncze straty mają dotkliwy wymiar.

Warto też zwrócić uwagę na aspekt prestiżowy – kluczowa infrastruktura i sprzęt winny być „oczkiem w głowie” rosjan. Nie istnieją systemy nie do pokonania, ale fakt, że ukraińskie drony (rakiety?) przebijają się nad strategiczne obiekty, źle świadczy o kondycji rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Przebijają regularnie, o czym więcej piszę w tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link do tego materiału.

—–

Szanowni, mam też do Was prośbę. Moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Waszemu wsparciu. Kilkudniowa awaria platformy patronackiej sprawiła, że tego wsparcia jest ostatnio mniej. Damy radę nadrobić?

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Potężny słup dymu nad lotniskiem/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Nieobecne

Dziś w nocy ukraińskie drony uderzyły w bazę rosyjskich sił powietrznych w Engels (700 km od granicy), gdzie stacjonują bombowce strategiczne Tu-95 i Tu-160. Nie wiemy nic o skutkach ataku – miejscowi mówią o czterech głośnych eksplozjach, rosyjskie władze o zestrzeleniu „wszystkich bezzałogowców”, Ukraińcy zaś w tej kwestii milczą (oficjalnie zapytani „sprawdzają informacje”). Prawdopodobnie oznacza to, że nie udało się porazić żadnych samolotów.

Dzień przed atakiem w Engels stacjonowało sześć Tu-95 i trzy Tu-160.

Niezależnie od efektów ukraińskiej akcji, nocne zdarzenia poskutkowały serią medialnych doniesień, w których po raz pierwszy od wielu tygodni mowa była o Tu-95 i Tu-160. Bombowce zniknęły z tapetu wraz z zaniechaniem przez rosjan ostrzałów Ukrainy, prowadzonych przy użyciu pocisków manewrujących – co było głównym zadaniem Tupolewów w toczącej się wojnie.

—–

Dlaczego moskale w zasadzie odpuścili ten rodzaj aktywności? Czy ma to związek z jakimiś ich planami? „Tak, przygotowują się do wojny z NATO”, czytam na jednym z forów całkiem serio wyrażony pogląd. Teorio-spiskowy, a zarazem nie aż tak niedorzeczny. Pamiętajmy bowiem, że Tu-95 i Tu-160 są częścią rosyjskiej jądrowej triady, jej powietrzną „nóżką” (dwie pozostałe to okręty podwodne oraz naziemne wyrzutnie). Stanowią więc o potencjale odstraszania rosji, skądinąd mocno nadszarpniętym, gdy okazało się, czym jest konwencjonalna armia federacji.

Jakkolwiek bardzo istotne, Tu-95 i Tu-160 były przez ostatnie dwa lata intensywnie eksploatowane. Gdy rosjanom nie udało się wywalczyć przewagi powietrznej nad Ukrainą, zmuszeni byli atakować ją z oddali, znad terytorium rosji. Tupolewy dobrze się do tego nadawały, bo dla samolotu i załogi nie ma większego znaczenia, czy podwieszony pocisk wyposażono w głowicę jądrową czy konwencjonalną.

No więc latały bombowce do zadań w „specjalnej operacji wojskowej”, zarazem wciąż pełniąc dyżury w ramach sił strategicznych oraz strategii odstraszania. A zwłaszcza pierwszy typ samolotów ma już swoje lata, od dawna nie jest produkowany i istnieją ograniczone możliwości jego napraw i modernizacji. Nieco lepiej wygląda sytuacja z Tu-160, też już niemłodą konstrukcją, której produkcję wznowiono przed kilku lat, ale w bardzo ograniczonym zakresie (jedna sztuka rocznie).

Szacuje się, że rosja ma po 30 aktywnych maszyn obu typów, większość liczy sobie po 40 lat (a najstarsze egzemplarze 50; w przypadku bombowców strategicznych nie przesądza to o ich słabości, amerykańskie B-52 są nawet starsze – rzecz w tym, w jakim zakresie były modernizowane i w jakim reżimie kultury technicznej eksploatowane; tu między rosjanami i Amerykanami istnieje przepaść).

W Moskwie nie mają złudzeń, że tylko status atomowego mocarstwa gwarantuje rosji relatywną bezkarność. Ujmując rzecz nieco frywolnym językiem – wiedzą, że nikt im na chatę nie wjedzie, póki mają atomówki. Z tej perspektywy – wzmacnianej rosyjskimi lękami, nieufnością, a wręcz nienawiścią do Zachodu i NATO – żyłowanie cennych bombowców jawić się może jako igranie z ogniem. Najprawdopodobniej więc ktoś w rosyjskim dowództwie politycznym/wojskowym poszedł po rozum do głowy i wycofał – przynajmniej na jakiś czas, niezbędny dla odzyskania zdolności bojowych – Tupolewy z teatru działań.

Ponieważ nie ma jasności czy na stałe, bombowce nadal stanowią dla Ukraińców ważny cel.

—–

Inny powód nieobecności Tu-95 i Tu-160 może mieć związek z niedostatkiem rakiet. Optymistyczne dla rosjan szacunki przewidywały, że są oni w stanie wyprodukować miesięcznie 100 pocisków manewrujących i rakiet dalekiego zasięgu. Taka produkcja, przy uwzględnieniu wcześniejszych zapasów, pozwoliłaby na przeprowadzenie dwóch zmasowanych uderzeń w skali miesiąca – jak to miało miejsce podczas kampanii lotniczo-rakietowej z przełomu 2022 i 2023 roku. Tamta kampania nie powaliła ukraińskiej infrastruktury, ale i tak była dotkliwa – gdyby ją powtórzyć w takim samym wymiarze, Ukraina rzeczywiście mogłaby „zgasnąć i marznąć”. Tymczasem tej zimy nie wydarzyło się nic takiego. Ataki rosjan były niemrawe, rzadkie, niecelne.

Może więc wcale tych rakiet tyle nie wyprodukowali? Pamiętajmy, że wsad elektroniczny do tego rodzaju broni w dużej mierze nie pochodzi z rosji, a reżim sankcyjny miesza rosjanom szyki. Co prawda moskale nauczyli się zdobywać komponenty „na lewo”, ale czy w odpowiedniej ilości? I właściwej jakości? Może odpowiedzią na te pytania jest fatalna celność rosyjskich pocisków manewrujących z najświeższych partii produkcyjnych. Znaleziona we wrakach elektronika pochodziła z przemytu, ale – najoględniej rzecz ujmując – nie był to pełnowartościowy produkt.

—–

A propos rosjan-frajerów – parę tygodni temu wyszło na jaw, że płacą Irańczykom za drony szahid jak za zboże. Nawet 200 tys. dolarów za sztukę. Wspominam o tym także dlatego, że jedno z wyjaśnień niemrawej kampanii rakietowej (z użyciem Tupolewów jako nośników) sięgało po argumenty natury ekonomicznej. Po co słać warte nawet kilka milionów rakiety, skoro w ich miejsce można użyć dużo tańszych szahidów? – tak mieliby kalkulować rosjanie. Nim wypłynęły szczegóły kontraktów zawieranych przez Moskwę i Teheran, szacowano, że pojedynczy szahid kosztuje 40-50 tys. dolarów. W takim ujęciu rzeczywiście „zasypanie” nimi Ukrainy miałoby większy ekonomiczny sens, niż strzelanie wartymi milion dolarów pociskami Ch-22.

Tyle że powolne szahidy okazały się nieefektywną bronią. Nawet masowo użyte, nie czynią wielkich szkód. W miażdżącej większości – bywa że i w całości – są zestrzeliwane przez ukraińską obronę przeciwlotniczą, co istotne, za 40 proc. strąceń odpowiadają mało zaawansowane i tanie systemy, włącznie z bronią ręczną (choć nadużyciem jest stwierdzenie, że „na szahidy wystarczy kałach”).

Więc być może rzeczywiście rosjanie – z różnych powodów – postanowili zastąpić pociski manewrujące dronami kamikadze, ale – jak mawia młodzież – „nie pykło”.

—–

Cokolwiek stało za wycofaniem Tupolewów, nie zmienia to faktu, że rosyjska awiacja znacząco zintensyfikowała działania nad Ukrainą. Tyle że nie dotyczy to sił strategicznych, a lotnictwa taktycznego, frontowego wedle wschodniej nomenklatury. Pisałem już o tym kilka razy, wspomnę więc tylko, że chodzi o naloty z użyciem bomb szybujących. Od początku marca moskale wykonują po 30-40 operacji lotniczych dziennie, miażdżąca większość wiąże się ze zrzucaniem skrzydlatych FAB-ów na ukraińskie pozycje obronne.

A mówimy o bombach o wagomiarze od pół do półtorej tony – pojedyncza, jeśli dobrze trafi, może zabić nawet kilkudziesięciu żołnierzy. Przemnóżmy to przez dzienną liczbę zrzuconych bomb – 100-150 – by mieć obraz możliwych szkód wyrządzonych ukraińskiej armii.

Co przywodzi mnie do generalnego wniosku, w ramach którego mieści się też kolejne wyjaśnienie nieobecności Tu-95/160 na teatrze działań. Agresorzy z rozmysłem dali sobie spokój z intensywnym atakowaniem zaplecza i „dojeżdżaniem” cywilów. Prawdopodobnie uznali, że więcej osiągną bijąc w „siłę żywą” przeciwnika. Intensyfikując zabijanie ukraińskich żołnierzy na froncie. Sami przy tym ponoszą koszmarne straty – wszak działaniom z powietrza wciąż towarzyszy presja na lądzie – ale przecież „ludzi u nich dużo”. W Moskwie też widzą, że Ukraina ma coraz poważniejsze problemy z odtwarzaniem stanów osobowych armii. Że entuzjazm dla kolejnych fal mobilizacji mocno przygasł. Więc koncentrują działania na obiecującym kierunku…

—–

Szanowni, choć współpracuję z kilkoma redakcjami, piszę głównie dzięki wsparciu Czytelników. Tradycyjnie więc polecam Waszej uwadze moje konto na buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…lub profil na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Tu-95 w bazie Engels/fot. MOFR

PS. Przypominam o możliwości nabycia mojej ostatniej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” w specjalnej edycji z autografem – wystarczy kliknąć w ten link.

Kompromitacja

W rosyjskim Internecie w zasadzie nie pisze się już o poniedziałkowych atakach na bazy bombowców w głębi rosji. Wielkie wzmożenie opadło, zdaje się, że kremlowskie służby zapanowały nad nastrojami aktywnych w tematyce militarnej internautów. Co nie dziwi, zważywszy na fakt, że sprawa jest wybitnie kompromitująca dla rosyjskiej armii i władzy. Mieliśmy bowiem do czynienia z uderzeniem w najistotniejszy fragment systemu obronnego federacji, który winien być strzeżony jak przysłowiowe oko w głowie. Teoretycznie atak na bombowce będące częścią jądrowej triady (w jej skład, poza lotnictwem strategicznym, wchodzą jeszcze okręty podwodne oraz naziemne i podziemne wyrzutnie rakiet międzykontynentalnych), daje wystarczający pretekst do użycia broni atomowej. Czego moskwa nie zrobiła i nie zrobi, obawiając się reakcji przede wszystkim USA. Lepiej schować głowę w piasek, udając, że nic się nie stało (jak robiono po pierwszych ukraińskich atakach na Krym, które przecież też obciążone były rzekomym ryzykiem potężnej riposty). Niestety – patrząc z perspektywy Kremla – tutaj „kitów żenić się już nie da”. „Swoi” o atakach wiedzą – za sprawą rosyjskich militarnych blogerów, rozczarowanych słabością ojczyzny, wieści poszły w świat. Rosyjskiemu MON zostało jedynie przyznać się do ataków, zdezawuować ich wymiar oraz wyciszyć sprawę.

W tej drugiej kwestii przyjęto ciekawą taktykę. Jeszcze tego samego dnia przyznano, że drony dokonały jedynie niewielkich uszkodzeń dwóch samolotów – jednego Tu-95 w Engels i jednego Tu-22M w Diagilewie. Na kilku ujawnionych zdjęciach widać poharatanego Tu-22. Laik rzeczywiście może uznać, że bombowiec nieznacznie ucierpiał, ale fachowcy nie mają wątpliwości, że skala uszkodzeń statecznika, tylnych skrzydeł i dysz silnika, kwalifikuje „tutkę” co najmniej do bardzo poważnego remontu, a najpewniej skończy się na skasowaniu samolotu i jego kanibalizacji. Tu-95 miał zaliczyć „drobne uszkodzenia w poszyciu”, ale na dowód nie przedstawiono żadnych fotografii. Trzy ofiary śmiertelne i cztery osoby ranne to skutek spadających odłamków – stwierdziło rosyjskie MON. Wedle oficjalnej wersji, ukraiński atak nie powiódł się – drony nie uderzyły w samoloty, zestrzelono je nad lotniskiem. Co istotne, były to wywodzące się jeszcze z czasów radzieckich Tu-141 Striż, odrzutowe bezpilotowce pierwotnie zaprojektowane do misji rozpoznawczych na głębokim zapleczu przeciwnika. Ukraińcy mieli te 50-letnie konstrukcje przerobić w pociski manewrujące i posłać nad rosję. Nadal nie ma jasności czy wojsko ukraińskie rzeczywiście użyło striży (jeżyków). Przesądzające wypowiedzi rosjan na ten temat to element propagandowej zagrywki – z jednej strony próba ukazania desperacji wroga (który sięga po archaiczną broń), z drugiej, odwołanie się do sowieckich sentymentów wciąż żywych w rosji (chodzi tu o nieco pokrętną, ale typową dla kremlowskiej propagandy logikę, którą można wyrazić mniej więcej tak: „broń może i stara, ale na tyle dobra, że nadal jej używają. Dobra, bo radziecka, czyli rosyjska, i gdyby nie fakt, że mamy nowsze systemy przeciwlotnicze, mogłoby być krucho”).

Oczywiście, takie przedstawienie sprawy rodzi masę pytań, ale jak napisałem – tych w rosyjskiej infosferze już się nie zadaje. Ja zaś chętnie się nad wątpliwościami pochylę, ale najpierw warto podnieść kwestię rzekomej rosyjskości radzieckiej techniki. Tu-141 produkowano w Charkowie, po 1991 roku Ukraina przejęła nie tylko sporą liczbę tych dronów, ale przede wszystkim fabrykę, dokumentację i kadry. Co ma znaczenie symboliczne, dobrze bowiem ilustruje szerszy problem. Obecna słabość rosyjskiej armii jest konsekwencją nie tylko endemicznej korupcji czy niskiej kultury technicznej. To także skutek utraty ukraińskiego zaplecza technicznego i przede wszystkim intelektualnego, które w czasach ZSRR w istotnym stopniu decydowało o jakości sowieckiej nauki i przemysłu. W swych chorych rojeniach o „odzyskaniu” Ukrainy putinowi chodziło także o ten wymiar scalenia.

Wracając do ataków – zostańmy przez chwilę przy oficjalnej rosyjskiej wersji. Już ona implikuje pytanie o to, jakim cudem ukraińskie drony przedarły się kilkaset kilometrów w głąb rosji, rzekomo nasyconej solidną, wielowarstwową OPL? Dlaczego ich nie zestrzelono, gdy były 400, 300 km od celów? Co się wydarzyło, że nie zareagowały z odpowiednim wyprzedzeniem instalacje przeciwlotnicze samych baz, skoro strzelano już bezpośrednio nad bombowcami? Czy rosjanie w ogóle widzieli nadlatujące jeżyki? Przelotowa prędkość Tu-141 to 1000 km/h, co oznacza, że drony przebywały w rosyjskiej przestrzeni powietrznej przez kilkadziesiąt minut (do pokonania miały 600-700 km). Wydaje się, iż wniosek o potiomkinowskim charakterze rosyjskiej obrony przeciwlotniczej jest jak najbardziej poprawny. A jeśli wszystko w niej działa jak należy, to dlaczego nie zadziałało? Sabotaż?

Co więcej, rosyjska wersja „nie klei się” z dostępnym materiałem filmowym. Na jednym z filmów (prawdopodobnie zarejestrowanym przez kamerę przemysłową) oglądamy eksplozję w Engels. Nie poprzedzają jej obserwowalne efekty pracy systemów przeciwlotniczych. Do zwalczania obiektów na bliskiej odległości (co miało nastąpić w obu przypadkach) używa się artylerii lufowej – gdy jest ciemno, smugi prowadzonego ognia są aż nadto widoczne. Zaryzykuję twierdzenie, że rosjanie niczego nie zestrzelili – że ukraińskie drony zastały ich „ze spuszczonymi spodniami”. Kwestia skutków porażenia zostaje otwarta – niewykluczone, że straty poniesione przez rosjan są poważniejsze, a nawet jeśli uszkodzono tylko dwie maszyny, może to nie być efekt zestrzeleń dronów, a ich niecelności (tego, że nie trafiły bezpośrednio w samoloty).

Tak czy inaczej, ukraińskie uderzenie – poza demonstracją sił i możliwości – miało także inny cel. W poprzednim poście zasugerowałem, że atak rakietowy, jaki przypuszczono na ukraińskie miasta w poniedziałek, mógł być rosyjską zemstą za to, co wydarzyło się nad ranem na lotniskach. To błędny wniosek, bo rosjanie nie są w stanie tak błyskawicznie reagować przy użyciu strategicznego lotnictwa. Wojna z Ukrainą pokazała, że moskiewska armia potrzebuje mniej więcej dwóch tygodni na przygotowanie nalotu, w którym z pokładów samolotów „schodzi” 40-50 rakiet i pocisków manewrujących (i nieco mniej z pokładów okrętów). To skutek rozmaitych niewydolności rosyjskiego wojska: logistyki i odległości (między bazami lotniczymi a magazynami rakiet), ograniczonej dostępności tych ostatnich (wiele wystrzelono, bieżąca produkcja jest śladowa), ograniczonej dostępności samolotów, które podlegają technicznej degradacji, niewystarczającej liczby personelu lotniczego i kulawego rozpoznania. Pod uwagę należy też wziąć czynnik obiektywny – rosjanie rażą ostatnio system energetyczny Ukrainy, trzeba kilkunastu dni, by jego elementy „podniosły się” po poprzednim ataku; a to te „podniesione” stanowią cel kolejnych uderzeń. Przygotowania do ataków nie uchodzą uwadze natowskich i ukraińskich służb (głównie za sprawą zwiadu satelitarnego i nasłuchu rosyjskich sieci komunikacyjnych) – da się je przewidzieć z niezłą dokładnością. Poniedziałkowy ostrzał ukraińskiej infrastruktury nie był dla obrońców zaskoczeniem, a dronowa eskapada miała z wyprzedzeniem ograniczyć jego skutki. Na ujawnionym przez rosyjski MON zdjęciu uszkodzonego Tu-22M widzimy pod samolotem podwieszony pocisk manewrujący. Oznacza to, że tupolew był w ostatniej fazie przygotowań do startu (pociski mocuje się na kilka-kilkanaście godzin przed rozpoczęciem misji). Gdyby nie pożar maszyny, rakieta zostałaby wyniesiona w powietrze i wystrzelona.

Co dalej? Z nieoficjalnych informacji wynika, że rosjanie redukują ryzyko – część Tu-95 z bazy w Engels ma zostać przeniesiona daleko na północ, aż pod Murmańsk. Tam nie sięgną ich ukraińskie drony, ale nadal pozostaną w zasięgu natowskiego rozpoznania. Co oznacza, że Ukraińcy zyskają dodatkowy czas, by przygotować się na przyjęcie wystrzeliwanych z samolotów rakiet. Dobre i to, choć oczywiście idealnym rozwiązaniem byłoby fizyczne pozbycie się rosyjskich „nosicieli”.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Łukaszowi Kotale, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi. Ponadto: Marii Ryll, Dariuszowi Pietrzakowi, Juliuszowi Zającowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Sławkowi Romanowi, Czytelnikowi imieniem Piotr, Małgosi Król, Markowi Wasilewskiemu, Joannie Boj, Adamowi Orzołowi, Joannie Siarze, Danielowi Alankiewiczowi, Marii Cibickiej, Markowi Mozołowskiemu, Kamilowi Zemlakowi, Czytelnikowi posługującemu się inicjałem RS, Karolinie Kowalskiej-Staśkiewicz, Radosławowi Kotowi, Karolowi Woźniakowi i Stanisławowi Czarneckiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Tu-22M z widocznymi uszkodzeniami. W prawym dolnym rogu widać podwieszoną rakietę Ch-22/fot. MOFR