„Okno”

Pytanie „czy Polska obroniłaby się przed rosją?” jest źle postawione. Sugeruje bowiem, że należałoby porównać potencjały obu państw i na tej podstawie wskazać silniejszego. Tymczasem rosyjski atak na Polskę oznaczałby konflikt z NATO, a o jego przebiegu nie decydowałyby sumy czołgów, samolotów i żołnierzy. Liczyłby się potencjał, który każda ze stron mogłaby w określonym czasie skoncentrować na polskim teatrze działań, zaopatrywać, osłaniać i skutecznie używać.

rosja miałaby przy tym istotną przewagę początkową: sama wybrałaby moment agresji i mogłaby wcześniej przygotować środki uderzeniowe oraz skoncentrować część sił. NATO dysponowałoby nieporównanie większym potencjałem, ale rozproszonym pomiędzy wiele państw i baz. rosyjski plan nie musiałby więc zakładać pokonania całego Sojuszu, lecz uzyskanie i wykorzystanie chwilowej przewagi na polskim teatrze działań, zanim znacznie większy potencjał militarny NATO zacząłby rozstrzygać sytuację.

Taki scenariusz zawiera jednak sprzeczność. Im ambitniejszy byłby cel rosyjskiej operacji lądowej, tym większych sił wymagałoby jego osiągnięcie, a dużej koncentracji wojsk nie sposób przygotować bez pozostawienia śladów. Brygady i dywizje potrzebują paliwa, amunicji, transportu, zabezpieczenia medycznego, rozwiniętego dowodzenia i osłony przeciwlotniczej. rosja mogłaby ukrywać zamiary, termin ataku albo kierunek głównego wysiłku, ale wraz ze wzrostem skali operacji malałaby możliwość osiągnięcia pełnego zaskoczenia. Moskwa może relatywnie łatwo zaskoczyć NATO salwą rakietową, znacznie trudniej armią zdolną natychmiast wykorzystać jej skutki.

Dlatego pierwsza faza konfliktu musiałaby służyć nie tyle zadaniu Polsce możliwie dużych strat, ile stworzeniu warunków do dalszego prowadzenia operacji. rosyjskie uderzenie powinno ograniczyć zdolność polskich i sojuszniczych wojsk do działania oraz opóźnić rozwinięcie sił NATO. Właściwą miarą jego powodzenia nie byłaby więc liczba zniszczonych obiektów, lecz to, ile czasu pierwsza salwa kupiłaby rosji i ile odebrałaby NATO.

—–

To trudniejsze, niż sugeruje proste zestawienie rosyjskich rakiet z polskimi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia wojny w Ukrainie pozwoliły rosji udoskonalić masowe ataki: bezzałogowce i wabiki absorbują uwagę obrony, pociski manewrujące atakują z innych kierunków i na innych wysokościach, a rakiety balistyczne stawiają obrońcę przed jeszcze innym problemem. Salwy mogą być rozciągane w czasie i prowadzone z wielu stron, tak by przeciążać nie pojedynczą baterię, lecz cały proces wykrywania, klasyfikacji celów i prowadzenia ognia.

Polska ma dziś dwie baterie Wisły z Patriotami, dwie jednostki ogniowe Małej Narwi oraz systemy krótszego zasięgu. Docelowa architektura obrony powietrznej nadal jednak powstaje, nie ma więc mowy o szczelnej osłonie kraju. Nie oznacza to jednak, że rosja mogłaby swobodnie wybierać cele i koncentrować na nich środki rażenia. Przeciwnie – pierwsza salwa musiałaby realizować kilka zadań jednocześnie. Jeśli Moskwa chciałaby ograniczyć możliwości działania polskiego lotnictwa, musiałaby atakować jego infrastrukturę. Jeśli chciałaby zwiększyć skuteczność następnych salw – radary i OPL. Jeśli zamierzałaby dezorganizować reakcję – dowodzenie i łączność. A jeśli za priorytet uznałaby utrudnianie napływu sojuszniczych wojsk – logistykę i infrastrukturę transportową. Wszystkie te cele konkurowałyby o tę samą pulę najcenniejszych środków rażenia.

W tym właśnie tkwi znaczenie polskiej OPL. Patriot nie musi zestrzelić wszystkiego, żeby wpłynąć na rosyjski plan. Jeśli określony obiekt jest kluczowy dla powodzenia operacji, napastnik musi uwzględnić możliwość przechwycenia części pocisków i skierować przeciw niemu odpowiednio większą salwę. Obrona powietrzna nie musi więc uczynić rosyjskiego uderzenia nieskutecznym. Wystarczy, że podniesie koszt ataku na najważniejsze cele i zwiększy niepewność jego rezultatu.

Nie można przy tym mierzyć powodzenia obrony procentem zestrzelonych pocisków. Może ona przechwycić większość z nich i ponieść operacyjną porażkę, jeśli kilka pozostałych wyłączy elementy krytyczne. Może też przepuścić więcej, ale zachować zdolność działania. rosja potrzebowałaby bowiem efektu kaskadowego, w którym uszkodzenie jednych elementów zwiększa podatność kolejnych, a suma lokalnych zakłóceń zaczyna prowadzić do paraliżu całego systemu.

Dobrym przykładem jest lotnictwo. rosja nie musiałaby zniszczyć większości polskich F-16 i F-35. Wystarczyłoby ograniczyć liczbę wykonywanych przez nie lotów – uszkodzić infrastrukturę, zakłócić dostawy paliwa i uzbrojenia. NATO przygotowuje się na taki scenariusz, rozwijając koncepcję Agile Combat Employment, czyli operowania z wielu baz i lokalizacji zapasowych. Podczas Ramstein Flag 2026 ponad 200 statków powietrznych operowało z 20 miejsc, w tym z drogowych odcinków lotniskowych. Takie rozproszenie nie daje lotnictwu odporności na uderzenia, ale znacząco komplikuje zadanie napastnika: zamiast skupiać się na kilku bazach, musiałby on stale oddziaływać na całą sieć miejsc, z których mogą operować samoloty.

—–

Jeżeli pierwsze uderzenie nie sparaliżowałoby polskiego systemu, z każdą kolejną dobą problem rosji stawałby się większy. NATO nie rozpoczynałoby wojny od zera. Część sił już znajduje się na wschodniej flance, kolejne mają wcześniej przypisane zadania w regionalnych planach obronnych, a system wzmocnienia obejmuje zarówno szybko dostępne posiłki, jak i ciężkie siły kolejnych rzutów.

Nie znaczy to, że cały potencjał Sojuszu pojawiłby się w Polsce natychmiast. Najszybciej można zwiększyć aktywność lotnictwa operującego również z baz poza Polską. Inaczej wygląda przerzut personelu do wcześniej rozmieszczonego sprzętu, a jeszcze inaczej ruch ciężkich związków taktycznych wraz z logistyką. Ten pierwszy mechanizm można wykorzystać dzięki kompleksowi Army Prepositioned Stocks-2 w Powidzu, który przy pełnym wyposażeniu może mieścić ponad pięć tysięcy głównych elementów sprzętu, w tym Abramsy, Bradleye i haubice Paladin. Personel można przerzucić drogą powietrzną znacznie szybciej niż czołgi, bojowe wozy piechoty, artylerię i pozostałe wyposażenie. Napływ sojuszniczych sił byłby więc procesem rozłożonym w czasie, ale rozpoczynającym się na długo przed przybyciem do Polski pierwszych ciężkich jednostek przewożonych z zachodu Europy.

rosja musiałaby zatem nie tyle zatrzymać ten proces, ile dostatecznie go spowolnić. Dlatego tak duże znaczenie miałaby infrastruktura. Nie trzeba trwale zniszczyć kolei, żeby osiągnąć efekt wojskowy – wystarczy opóźnić transporty. Nie trzeba zniszczyć wszystkich lotnisk – wystarczy zmniejszyć liczbę wykonywanych lotów. Im więcej jednak tras alternatywnych, zapasowych lokalizacji i możliwości naprawy, tym więcej wysiłku potrzeba do utrzymania tego samego efektu. Pociski przeznaczone na kolejne uderzenia w transport i logistykę nie mogą w tym samym czasie atakować OPL, dowodzenia czy wojsk na froncie.

Nie sposób uczciwie powiedzieć, czy rosyjskie „okno możliwości” trwałoby dobę, trzy dni czy tydzień. Zależałoby to od wcześniejszego ostrzeżenia, gotowości NATO, rezultatów pierwszych uderzeń i skali rosyjskiej koncentracji. Wiadomo natomiast, co stopniowo by je zamykało: kolejne sojusznicze samoloty, systemy OPL, rozwijane dowództwa, uruchamiane zapasy sprzętu i napływające związki lądowe. Każdy kolejny element zwiększałby siłę dostępną NATO na polskim teatrze działań i zmniejszał znaczenie przewagi, jaką rosji dawały wybór momentu ataku oraz wcześniejsza koncentracja sił.

Jeśli pierwsza faza nie przyniosłaby rozstrzygnięcia, początkowa premia za inicjatywę zaczęłaby maleć – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wojsko Polskie podczas ćwiczeń na poligonie w Nowej Dębie/fot. własne

„Złomy”?

Ukraińcy rzekomo sami odmówili przyjęcia naszych MiG-ów, uznając, że są w fatalnym stanie – donosi jeden z portali.

Bzdura, która nie wiem czemu służy – oczernieniu Polaków (którzy oferują złom), oczernieniu Ukraińców (którzy wybrzydzają)? Licho wie, kto tam, i w jakim celu zainspirował redaktorów. Faktem jest, że mamy kolejne grzmoty w polsko-ukraińskiej gówno-burzy, bo po lekturze każda ze stron ma się o co oburzać.

A jakie są fakty?

Najpierw odrobina historii. Polska pozyskała MiG-i-29 z trzech źródeł: kupując je bezpośrednio z ZSRR/rosji, wymieniając się z Czechami za śmigłowce Sokół oraz nabywając maszyny poenerdowskie, za symboliczną sumę, od RFN.

Myśliwce z pierwszej puli oraz maszyny poczeskie przeszły gruntowne modernizacje – nie będę Was zanudzał szczegółami technicznymi, generalnie chodziło o możliwie najpełniejsze zbliżenie do standardów NATO. „Ex-niemce” takich zabiegów nie przeszły – do końca służby w Siłach Powietrznych RP pozostając posowieckim analogowym myśliwcem z drobnymi modyfikacjami.

Dlaczego tak się stało? Ex-czeskie maszyny pozyskaliśmy jako „żylety” – małoużywane, w świetnym stanie technicznym. Naszych MiG-ów używaliśmy oszczędnie – samoloty docierały do nas na przełomie lat 80. i 90, kiedy armia weszła w czas ogromnych redukcji i cięcia kosztów – dla lotnictwa oznaczało to m.in. mniej latania. Tymczasem niemieckie MiG-i, po zjednoczeniu przejęte przez Luftwaffe, były przez kilka lat zarzynane aż do kości. Zachód chciał poznać możliwości sowieckich/rosyjskich konstrukcji, nauczyć się z nimi walczyć; grzechem byłoby nie wykorzystać legalnego dostępu do tej broni. W dodatku traktowanej przez Berlin jako tymczasowe rozwiązanie, nikt bowiem na poważnie nie myślał tam o budowaniu własnego potencjału w oparciu o technologię z ZSRR/rosji.

No więc wyciśnięto szwabskie MiG-i niczym cytryny – i właśnie takie „padełka” zaoferowano Polsce. Myśmy byli wtedy królami „rozwiązań pomostowych”, więc chętnie wzięliśmy poniemieckie maszyny za symboliczne euro od sztuki. Część maszyn od razu przeznaczono na części, kilkanaście – po niezbędnych remontach – wcielono do służby. Od razu wszak z założeniem, że inwestować w te samoloty nie warto; chodziło o utrzymanie minimum zdolności i czekanie na lepsze czasy, czytaj, kolejne zakupy nowych zachodnich maszyn.

Te lepsze czasy długo nie nachodziły, a samymi F-16 wojsko nie było w stanie realizować wszystkich zadań. Wzięto więc na warsztat najlepiej zachowane „dwudziestki-dziewiątki” i poddano wspomnianej modernizacji.

W takich okolicznościach przyrody doczekaliśmy pełnoskalowej wojny rosji z Ukrainą. I politycznej decyzji o przekazaniu części naszych MiG-ów na Wschód. Poszły poniemieckie i najbardziej wyeksploatowane „polskie”. Dla Ukraińców i tak był to solidny zastrzyk, wszak lepszych samolotów nie mieli.

Najlepsze MiG-i zostały i nadal pozostają w Polsce. Kończą im się resursy, ale stan techniczny większości maszyn wciąż jest dobry. Kilka samolotów – co najmniej sześć – mogłoby w każdej chwili wejść do walki, prezentując możliwości lepsze niż wszystko, co posowieckie, będące w dyspozycji lotnictwa Ukrainy. Reszta mogłaby stać się cennym rezerwuarem części zamiennych.

A Ukraina MiG-ów-29 nadal potrzebuje, bo efów szesnaście i miraży ma po prostu za mało.

Więc nie o technikalia tu idzie, bo jest co przekazać. I są potrzeby. Trzeba się tylko dogadać…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. MiG-29 z Malborka; to maszyny stamtąd trafiły do Ukrainy/fot. Bartek Bera

Gripeny

Premier Szwecji Ulf Kristersson i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosili dziś porozumienie obronne, w ramach którego Ukraina otrzyma m.in. myśliwce Saab JAS 39 Gripen. Według ujawnionych informacji na przełomie tego i przyszłego roku nad Dniepr trafi 16 używanych Gripenów wersji C/D, a równolegle Kijów chce kupić 20 nowych Gripenów E/F – z dostawą do 2030 roku. Docelowo ukraińskie siły powietrzne chciałyby pozyskać flotę liczącą ponad sto takich maszyn.

To nie jest przypadkowy wybór. Wojna w Ukrainie brutalnie zweryfikowała wiele wcześniejszych wyobrażeń o nowoczesnym konflikcie – ale wbrew obiegowym opiniom nie udowodniła, że lotnictwo straciło znaczenie. Przeciwnie. Samoloty nadal pozostają jednym z kluczowych narzędzi wojny, tyle że używanym inaczej niż podczas amerykańskich operacji przeciw słabszym przeciwnikom.

rosja do dziś nie zdobyła przewagi w powietrzu, co samo w sobie jest jedną z największych porażek Kremla. Jednocześnie jednak rosyjskie lotnictwo nadal odgrywa ważną rolę – przede wszystkim jako nosiciel uzbrojenia dalekiego zasięgu. Najlepiej pokazuje to użycie bomb szybujących FAB z modułami UMPK. rosyjskie samoloty nie muszą wlatywać nad cele. Wystarczy, że zbliżą się do linii frontu, zrzucą bombę spoza zasięgu części ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i zawrócą. Ładunek doszybuje we wskazane miejsce – a zwykle jest to cel, którego nie da się zniszczyć przy użyciu dronów, taki jak solidnie okopany schron czy bunkier.

I m.in. dlatego Ukraina tak mocno naciska na nowe myśliwce. Nie po to, by urządzać efektowne pojedynki powietrzne, lecz by odsuwać rosyjskie samoloty od linii frontu i utrudniać bombardowania FAB-ami. Samoloty są też potrzebne do wzmocnienia własnej obrony przeciwlotniczej, by chronić logistykę i miasta. Wielu z nas umyka fakt, że duża część rosyjskich rakiet i pocisków manewrowych jest dziś zestrzeliwana przez samoloty bojowe. I wreszcie maszyny tego typu są potrzebne do ataków na wysokowartościowe cele na rosyjskich tyłach, przy użyciu pocisków powietrze-ziemia (takich jak Storm Shadow), wciąż znacznie bardziej efektywnych niż najcięższe, najszybsze i mające największy zasięg drony.

I tu pojawia się problem – poradziecka flotylla już Ukraińcom w dużej mierze „wyszła” – zużyła się, została stracona. A pozyskane z Zachodu F-16 (i nieliczne francuskie Mirage) nie wystarczą. Większość przekazywanych Ukrainie maszyn to używane egzemplarze z Danii, Holandii, Belgii czy Norwegii. To samoloty wielokrotnie modernizowane, ale jednocześnie mające za sobą dekady służby i duży nalot. W czasie pokoju mogłyby latać jeszcze długo. Jednak wojna oznacza zupełnie inne tempo eksploatacji: częste alarmowe starty, loty na małych wysokościach, wysokie przeciążenia, no i trudniejsze (zaimprowizowane!) warunki serwisowania. To wszystko błyskawicznie zużywa płatowce, silniki i awionikę.

Do tego dochodzi problem skali. Nawet jeśli Ukraina otrzyma już wszystkie z ponad 80 obiecanych F-16, realnie liczba gotowych do walki maszyn zawsze będzie niższa. Część samolotów będzie używana do szkolenia, część trafi do remontów, część zostanie utracona lub rozebrana na części zamienne. Tymczasem wojna trwa, a ukraińskie lotnictwo musi myśleć nie tylko o najbliższych miesiącach, ale i o kolejnych latach. A mając w perspektywie zapewne niespokojne powojnie – także i dekadach.

Gripen jest dla Ukrainy atrakcyjny właśnie dlatego, że projektowano go z myślą o wojnie z rosją. Szwedzi zakładali scenariusz, w którym lotniska będą regularnie atakowane rakietami, a lotnictwo będzie zmuszone do działania z rozproszonych baz i prowizorycznych pasów startowych. Dlatego Gripen jest relatywnie tani w eksploatacji, wymaga mniejszego zaplecza technicznego, bez trudu może operować z dróg i improwizowanych lotnisk, ma bardzo krótki czas obsługi między lotami. Dla Ukrainy to cechy bezcenne.

Nie bez znaczenia pozostaje też kwestia uzbrojenia. Ukraińcy liczą szczególnie na integrację Gripenów z pociskami MBDA Meteor, uznawanymi dziś za jedne z najgroźniejszych rakiet powietrze–powietrze dalekiego zasięgu. Tego rodzaju uzbrojenie mogłoby zmusić rosyjskie lotnictwo do jeszcze większego odsunięcia się od frontu, utrudniając ataki bombami szybującymi.

W praktyce Ukraina zaczyna więc budować nie „tymczasowe lotnictwo na czas wojny”, ale przyszłe zwesternizowane siły powietrzne. W takim ujęciu F-16 są „szybkim pomostem” i natychmiastowym wzmocnieniem. Gripeny – bardziej odporną i tańszą w utrzymaniu platformą do działania w realiach obecnej, ale i przyszłej wojny z rosją.

Nie zżymajmy się więc, że Ukraińcy „także w lotnictwie idą w sprzętowy misz-masz”, bo z ich perspektyw to bardzo logiczne wyjście.

Aha, i nie dajmy się zwieść ukrainosceptykom, którzy podnoszą argument finansowy, prowokacyjnie pytając, kto za to zapłaci. No my zapłacimy, drodzy państwo – Ukraina zakup Gripenów chce sfinansować ze środków pozyskanych od europejskich sojuszników, a więc również i od nas. Tyle że to żaden gest czy marnotrawstwo, a inwestycja – nie ma obecnie bowiem, i zapewne długo jeszcze nie będzie, dla Polski lepszego gwaranta bezpieczeństwa niż ukraińska armia. To ona trzyma rosję za gardło…

PS. Ukraińscy piloci i personel techniczny od dawna szkolą się w Szwecji, zatem pozyskane za kilka miesięcy maszyny szybko wejdą do walki.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Gripen/fot. Saab

Wina

„Bachmut by ocalał, gdyby nie był tak zażarcie i bezsensownie broniony. Każdy zniszczony budynek w tym mieście to także zasługa armii ukraińskiej”, komentarz tej treści ukazał się pod moim wpisem, gdzie relacjonowałem wyprawę do miasta, o które wówczas – w styczniu 2023 roku – toczyły się zacięte walki. Materiał ilustrowały zdjęcia zrujnowanych przedmieść Bachmutu (centrum pozostawało wtedy w miarę nietknięte) – i to one przede wszystkim sprowokowały ów wysryw.

Nie był to pojedynczy eksces – z podobnymi opiniami podważającymi sens ukraińskiego oporu oraz znoszącymi odpowiedzialność rosjan za wyrządzone szkody, zetknąłem się wcześniej, później, stykam się i obecnie, przy różnych sytuacjach. Generalnie tego typu „refleksja” jest stale obecna w naszych mediach społecznościowych, inspirowana przez rosjan i roznoszona przez rzesze użytecznych idiotów.

Dziś – zapewne nie tylko ja – zderzyłem się z kolejną jej odmianą.

Okazuje się, że dom w Wyrykach – uszkodzony podczas „wizyty” rosyjskich dronów sprzed tygodnia – ucierpiał nie z powodu upadku bezzałogowca, a rakiety wystrzelonej przez nasz samolot. Pocisk miał awarię, szczęśliwie zadziałały zabezpieczenia i nie doszło do eksplozji; szkody wyrządziła sama „kinetyka” zdarzenia. To nadal nieoficjalne ustalenia, ale gra nimi już „cała Polska”. Grają też ruSSkie i ich mniej lub bardziej świadome przydupasy. To wina naszego lotnictwa (wojska, państwa, Tuska; opcji jest wiele, istotą jest wskazanie, że samiśmy sobie zrobili krzywdę). Do tego obowiązkowe heheszki z kompetencji i wniosek ogólny pod tytułem: gdybyśmy się nie angażowali w pomoc Ukrainie, nic by tu nie przyleciało – vide chałupa w Wyrykach by nie ucierpiała.

Zaśmiałbym się, gdyby nie fakt, że ta odwrócona logika ma tak wielu zwolenników…

Znów dzieje się historia, jak z Przewodowem, gdzie w 2022 roku zginęły dwie osoby, po upadku ukraińskiej rakiety przeciwlotniczej, wcześniej wystrzelonej w kierunku rosyjskiego pocisku manewrującego. Co poniektórzy orzekli wówczas, że winna jest Ukraina. Bo przecież gdyby Ukraińcy nie strzelali do rosyjskich rakiet, nic by do nas nie przyleciało.

W głowie się nie mieści, że takie rzeczy trzeba tłumaczyć i rozpisywać na kawałki.

Więc po kolei. Awarie amunicji przeciwlotniczej się zdarzają (każdej amunicji). Po to wymyśla się samolikwidatory i inne techniczne rozwiązania, które mają ograniczyć szkody. Nie zmienia to faktu, że sam upadek takiego pocisku bywa niebezpieczny, ba, może zabić. W każdym rosyjskim nalocie część zniszczeń, pożarów i ofiar to „efekt” działalności ukraińskiej obrony przeciwlotniczej – i ten przykład (po uprzedniej wymianie podmiotów) możemy rozszerzyć na wszystkie konflikty zbrojne, w których używano i używa się środków napadu powietrznego. Na ziemię – obok intencjonalnie zrzucanych przez napastnika ładunków – spadają też wraki, wystrzelona amunicja, niedoloty. Jeśli bitwa toczy się nad obszarem zurbanizowanym, śmieci trafiają w domy. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, niestety.

Kto jest temu winien? No właśnie…

Wspomniany na wstępie Bachmut nie musiałby się bronić, gdyby rosjanie go nie atakowali. Ukraińcy nie wysłaliby w powietrze żadnej rakiet S-300, gdyby nie musieli strącać rosyjskich pocisków. Nasz F-16 nie oddałby strzału, gdyby w naszej przestrzeni powietrznej nie było intruzów. Są, bo jest rosja – postimperialny twór państwowopodobny, który sens swojego istnienia sprowadza do agresywnych poczynań wobec własnych sąsiadów. To rosja jest winna, w całości, bez wyjątku, w każdym ze wskazanych tu przykładów i we wszystkich innych dramatach będących skutkiem rosyjskiej agresji. Koniec, k…, kropka. Kto tego nie rozumie jest albo idiotą, albo zdrajcą.

Ps. Stawiam sprawy bezalternatywnie? A jak je postawić, skoro niebronienie się, uleganie, niepomaganie sąsiadom, którzy się bronią, to pozwolenie, by ruSSkomirski raj się do nas przybliżył czy wręcz objął nas swoimi mackami?

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Bachmut, dom na przedmieściach. Zrobiłem to zdjęcie w styczniu 2023 roku.

(Nie)winna

Na szybciutko.

Wtargnięcie rosyjskich dronów mogło być efektem:

a. świadomej akcji Moskwy, mającej na celu przetestowanie naszego systemu; prowokacji poniżej progu kinetycznej wojny, dla której istnieje wygodne usprawiedliwienie „nie chcieliśmy, ale tak wyszło”.

b. grubszej awarii technicznej sprzętu (wtedy rzeczywiście by nie chcieli).

c. skutkiem porażenia dronów przez ukraińską obronę przeciwlotniczą przy użyciu systemów WRE (walki radiowo-elektronicznej). W takim ujęciu „ogłupiałe” maszyny poleciały dalej – i wleciały do nas.

Nie będę teraz rozważał prawdopodobieństwa tych scenariuszy, bo za mało wiem. Ale chciałbym się odnieść do trzeciego, który już stał się amunicją dla wszelkiej maści użytecznych idiotów i skarpetkosceptyków; amunicją wykorzystywaną do walenia w Ukrainę i Ukraińców rzecz jasna. Bo to „ich wina”.

Nosz k…

Pozwólcie, że ujmę sprawy łopatologicznie. Atakuje mnie łobuz nożem, odparowuję jego cios, narzędzie wypada bandycie z ręki, a ostrze kaleczy przypadkową osobę – czy ja za to odpowiadam? A może jednak ten ancymon, który chciał mi zrobić krzywdę? Nie musiałbym się bronić, gdybym nie został zaatakowany – to jest istota tej analogii.

Ukraina nie musiałaby unieszkodliwiać szahedów, gdyby nad nią nie przylatywały. Ale przylatują, bo ma bandytę za sąsiada. I co, ma mu ulec?

Uważajcie, błagam. Nie dajcie się wciągnąć w roSSyjski schemat narracyjny użyty już po tragedii w Przewodowie. To nie jest/nie byłaby nawet pośrednia wina Ukrainy.

Owszem, zło czai się na wschodzie, ale nieco dalej…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.