Przewaga

– Mamy przytłaczającą przewagę nad rosją w powietrzu – mówił we wrześniu w Kijowie minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski. Co istotne, przekonywał, że przewaga ta istnieje nawet bez uwzględniania potencjału Stanów Zjednoczonych. Czyżby?

Najprościej byłoby więc policzyć samoloty. Tyle że takie porównanie więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Europejskie państwa NATO dysponują około 1,4 tys. samolotów bojowych: F-35, F-16, Eurofighterów, Rafale i Gripenów oraz starszych konstrukcji. rosja ma katalogowo niemal 1,5 tys. maszyn bojowych. W tej liczbie mieszczą się jednak zarówno nowoczesne Su-35S, Su-30SM czy Su-34, jak i starsze Su-24, Su-25 czy MiG-29.

Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że część tej floty musi zabezpieczać ogromne terytorium Federacji na wschód od Europy.

Tyle teoria. Znacznie więcej praktycznych informacji dostarcza nam wojna w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku rosyjskie lotnictwo miało nad ukraińskim ogromną przewagę liczebną i technologiczną. Dysponowało nowoczesnymi myśliwcami, samolotami uderzeniowymi, pociskami dalekiego zasięgu i rozbudowanym systemem walki radioelektronicznej. Pierwszego dnia rosjanie zaatakowali ukraińskie lotniska, radary, stanowiska dowodzenia i zestawy przeciwlotnicze. Teoretycznie robili więc dokładnie to, co należało zrobić przed rozpoczęciem intensywnej kampanii lotniczej.

Nie zrobili tego jednak wystarczająco skutecznie. Ukraińcy przed inwazją rozproszyli lotnictwo i część obrony przeciwlotniczej. Mobilne zestawy zmieniały stanowiska, radary włączano na krótko, a rosyjski system rozpoznania i dowodzenia zbyt wolno zamieniał wykryte cele w cele zniszczone. rosjanom nie udało się przeprowadzić skutecznej kampanii SEAD/DEAD – obezwładnienia i zniszczenia obrony przeciwlotniczej przeciwnika. W efekcie ukraińska OPL przetrwała pierwsze uderzenie.

To w dużej mierze przesądziło o dalszym przebiegu wojny w powietrzu. rosyjskie samoloty zeszły na małe wysokości, gdzie zaczęły ponosić straty od przenośnych zestawów przeciwlotniczych, a później coraz bardziej ograniczały loty w głąb Ukrainy. Niemal pięć lat później rosyjskie lotnictwo nadal nie może swobodnie operować nad większością terytorium przeciwnika.

Samolot to tylko czubek góry lodowej

Nie oznacza to, że lotnictwo federacji jest słabe albo że rosyjskie samoloty są kiepskie. Su-35 jest bardzo groźnym myśliwcem, MiG-31 może przenosić pociski powietrze–powietrze dużego zasięgu, a Su-34 stał się jednym z najważniejszych narzędzi rosyjskiej armii. Od 2023 roku maszyny te masowo wykorzystują bomby wyposażone w moduły szybujące. Zrzucane z dużej wysokości, często kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, pozwalają niszczyć ukraińskie pozycje bez wlatywania w najbardziej niebezpieczną część ukraińskiej obrony.

To zarazem znakomita ilustracja ograniczeń rosjan. Su-34 może zrzucić bombę z bezpiecznej odległości, ale rosyjskie lotnictwo nadal nie potrafi systematycznie „otworzyć” przestrzeni powietrznej nad Ukrainą dla dużych ugrupowań samolotów. W głębi kraju zadania uderzeniowe wykonują przede wszystkim pociski manewrujące i balistyczne oraz drony.

To właśnie tu leży jedna z zasadniczych różnic między rosyjskim a zachodnim sposobem prowadzenia wojny powietrznej. rosjanom nie brakuje groźnych samolotów ani skutecznego uzbrojenia. Problemem pozostaje połączenie rozpoznania, dowodzenia, walki radioelektronicznej, zwalczania obrony przeciwlotniczej i lotnictwa w system zdolny do prowadzenia dużych, złożonych operacji nad bronionym terytorium.

NATO budowało swój model wojny powietrznej właśnie jako taki system. Samolot bojowy jest w nim tylko jednym z elementów. Myśliwiec otrzymuje dane z radarów naziemnych, innych samolotów i maszyn wczesnego ostrzegania. Tankowce pozwalają mu pozostawać długo w powietrzu i działać daleko od macierzystej bazy. Środki walki radioelektronicznej zakłócają radary przeciwnika, a wyspecjalizowane uzbrojenie pozwala je atakować. Nad całością pracuje system dowodzenia, który ma sprawić, by informacja o wykrytym celu jak najszybciej trafiła do tego, kto może go zniszczyć.

Dobrym symbolem tej przewagi są AWACS-y. NATO posiada 14 własnych E-3A, zdolnych do wykrywania celów na dużych odległościach i kierowania walką myśliwców. Europejskie państwa dysponują dodatkowo własnymi samolotami wczesnego ostrzegania. Sojusz ma również wielonarodową flotę dziesięciu A330 MRTT, a kolejne tankowce znajdują się w siłach narodowych.

Skala i złożoność takiego współdziałania były dobrze widoczne podczas tegorocznych ćwiczeń Ramstein Flag. NATO zebrało ponad 200 samolotów i innych statków powietrznych z nawet 18 państw, operujących z 20 lokalizacji od północnej Norwegii po Hiszpanię. Ćwiczono m.in. przełamywanie systemów ograniczających dostęp do przestrzeni powietrznej, zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową, szybką wymianę informacji oraz rozproszenie samolotów na wiele lotnisk. Innymi słowy: nie trenowano pojedynków jednego typu myśliwca z drugim, lecz działanie całego organizmu.

rosjanie też się uczą

Byłoby jednak błędem wyciągać z Ukrainy wniosek, że rosyjskie lotnictwo poniosłoby w starciu z NATO błyskawiczną klęskę. rosjanie od 2022 roku nauczyli się bardzo dużo.

Zmniejszyli ekspozycję załogowych samolotów, rozwinęli bomby szybujące i udoskonalili wielowarstwowe uderzenia dalekiego zasięgu. Dziś atak na Ukrainę może rozpoczynać fala setek Geranów i wabików, które mają wykryć i przeciążyć obronę. Za nimi nadlatują pociski manewrujące, a także trudniejsze do przechwycenia pociski balistyczne. Lotnictwo działa przy tym bezpieczniej niż w pierwszych miesiącach wojny i zachowuje zdolność do intensywnego wspierania wojsk na froncie.

rosja pozostaje również wyjątkowo trudnym przeciwnikiem z powodu naziemnej obrony powietrznej. S-400, S-300 różnych wersji, Buk, Tor i Pancyr tworzą wielowarstwowy system, uzupełniany przez radary i środki walki radioelektronicznej. Jest on daleki od niezniszczalności – Ukraińcy regularnie niszczą jego elementy – lecz właśnie wojna dowodzi, jak trudno całkowicie wyeliminować mobilną OPL.

I tutaj pojawia się najważniejsze zastrzeżenie wobec prostego odczytania słów Sikorskiego. Europejskie NATO dysponuje dużą liczbą nowoczesnych myśliwców, rosnącą flotą F-35, samolotami wczesnego ostrzegania, tankowcami i precyzyjnym uzbrojeniem dalekiego zasięgu. Nie posiada jednak zdolności równie rozwiniętych jak amerykańskie do prowadzenia na wielką skalę najbardziej wymagającej części kampanii powietrznej – systematycznego wykrywania, obezwładniania i niszczenia gęstej, mobilnej obrony przeciwlotniczej.

Europejczycy mają elementy takiego systemu. Włosi dysponują Tornadami ECR i pociskami przeciwradiolokacyjnymi AARGM, Niemcy przygotowują Eurofightera EK, a coraz liczniejsze F-35 mają ogromną wartość jako trudno wykrywalne sensory i platformy uderzeniowe. Brakuje jednak części wyspecjalizowanych zdolności walki radioelektronicznej, skali zapasów odpowiedniego uzbrojenia oraz masy, którą wnoszą Amerykanie. Dlatego „NATO kontra rosja” i „europejskie NATO kontra rosja” nadal nie są identycznymi równaniami.

Kto otworzy niebo? – zastanawiam się w dalszej części tekstu, opublikowanego w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

„Okno”

Pytanie „czy Polska obroniłaby się przed rosją?” jest źle postawione. Sugeruje bowiem, że należałoby porównać potencjały obu państw i na tej podstawie wskazać silniejszego. Tymczasem rosyjski atak na Polskę oznaczałby konflikt z NATO, a o jego przebiegu nie decydowałyby sumy czołgów, samolotów i żołnierzy. Liczyłby się potencjał, który każda ze stron mogłaby w określonym czasie skoncentrować na polskim teatrze działań, zaopatrywać, osłaniać i skutecznie używać.

rosja miałaby przy tym istotną przewagę początkową: sama wybrałaby moment agresji i mogłaby wcześniej przygotować środki uderzeniowe oraz skoncentrować część sił. NATO dysponowałoby nieporównanie większym potencjałem, ale rozproszonym pomiędzy wiele państw i baz. rosyjski plan nie musiałby więc zakładać pokonania całego Sojuszu, lecz uzyskanie i wykorzystanie chwilowej przewagi na polskim teatrze działań, zanim znacznie większy potencjał militarny NATO zacząłby rozstrzygać sytuację.

Taki scenariusz zawiera jednak sprzeczność. Im ambitniejszy byłby cel rosyjskiej operacji lądowej, tym większych sił wymagałoby jego osiągnięcie, a dużej koncentracji wojsk nie sposób przygotować bez pozostawienia śladów. Brygady i dywizje potrzebują paliwa, amunicji, transportu, zabezpieczenia medycznego, rozwiniętego dowodzenia i osłony przeciwlotniczej. rosja mogłaby ukrywać zamiary, termin ataku albo kierunek głównego wysiłku, ale wraz ze wzrostem skali operacji malałaby możliwość osiągnięcia pełnego zaskoczenia. Moskwa może relatywnie łatwo zaskoczyć NATO salwą rakietową, znacznie trudniej armią zdolną natychmiast wykorzystać jej skutki.

Dlatego pierwsza faza konfliktu musiałaby służyć nie tyle zadaniu Polsce możliwie dużych strat, ile stworzeniu warunków do dalszego prowadzenia operacji. rosyjskie uderzenie powinno ograniczyć zdolność polskich i sojuszniczych wojsk do działania oraz opóźnić rozwinięcie sił NATO. Właściwą miarą jego powodzenia nie byłaby więc liczba zniszczonych obiektów, lecz to, ile czasu pierwsza salwa kupiłaby rosji i ile odebrałaby NATO.

—–

To trudniejsze, niż sugeruje proste zestawienie rosyjskich rakiet z polskimi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia wojny w Ukrainie pozwoliły rosji udoskonalić masowe ataki: bezzałogowce i wabiki absorbują uwagę obrony, pociski manewrujące atakują z innych kierunków i na innych wysokościach, a rakiety balistyczne stawiają obrońcę przed jeszcze innym problemem. Salwy mogą być rozciągane w czasie i prowadzone z wielu stron, tak by przeciążać nie pojedynczą baterię, lecz cały proces wykrywania, klasyfikacji celów i prowadzenia ognia.

Polska ma dziś dwie baterie Wisły z Patriotami, dwie jednostki ogniowe Małej Narwi oraz systemy krótszego zasięgu. Docelowa architektura obrony powietrznej nadal jednak powstaje, nie ma więc mowy o szczelnej osłonie kraju. Nie oznacza to jednak, że rosja mogłaby swobodnie wybierać cele i koncentrować na nich środki rażenia. Przeciwnie – pierwsza salwa musiałaby realizować kilka zadań jednocześnie. Jeśli Moskwa chciałaby ograniczyć możliwości działania polskiego lotnictwa, musiałaby atakować jego infrastrukturę. Jeśli chciałaby zwiększyć skuteczność następnych salw – radary i OPL. Jeśli zamierzałaby dezorganizować reakcję – dowodzenie i łączność. A jeśli za priorytet uznałaby utrudnianie napływu sojuszniczych wojsk – logistykę i infrastrukturę transportową. Wszystkie te cele konkurowałyby o tę samą pulę najcenniejszych środków rażenia.

W tym właśnie tkwi znaczenie polskiej OPL. Patriot nie musi zestrzelić wszystkiego, żeby wpłynąć na rosyjski plan. Jeśli określony obiekt jest kluczowy dla powodzenia operacji, napastnik musi uwzględnić możliwość przechwycenia części pocisków i skierować przeciw niemu odpowiednio większą salwę. Obrona powietrzna nie musi więc uczynić rosyjskiego uderzenia nieskutecznym. Wystarczy, że podniesie koszt ataku na najważniejsze cele i zwiększy niepewność jego rezultatu.

Nie można przy tym mierzyć powodzenia obrony procentem zestrzelonych pocisków. Może ona przechwycić większość z nich i ponieść operacyjną porażkę, jeśli kilka pozostałych wyłączy elementy krytyczne. Może też przepuścić więcej, ale zachować zdolność działania. rosja potrzebowałaby bowiem efektu kaskadowego, w którym uszkodzenie jednych elementów zwiększa podatność kolejnych, a suma lokalnych zakłóceń zaczyna prowadzić do paraliżu całego systemu.

Dobrym przykładem jest lotnictwo. rosja nie musiałaby zniszczyć większości polskich F-16 i F-35. Wystarczyłoby ograniczyć liczbę wykonywanych przez nie lotów – uszkodzić infrastrukturę, zakłócić dostawy paliwa i uzbrojenia. NATO przygotowuje się na taki scenariusz, rozwijając koncepcję Agile Combat Employment, czyli operowania z wielu baz i lokalizacji zapasowych. Podczas Ramstein Flag 2026 ponad 200 statków powietrznych operowało z 20 miejsc, w tym z drogowych odcinków lotniskowych. Takie rozproszenie nie daje lotnictwu odporności na uderzenia, ale znacząco komplikuje zadanie napastnika: zamiast skupiać się na kilku bazach, musiałby on stale oddziaływać na całą sieć miejsc, z których mogą operować samoloty.

—–

Jeżeli pierwsze uderzenie nie sparaliżowałoby polskiego systemu, z każdą kolejną dobą problem rosji stawałby się większy. NATO nie rozpoczynałoby wojny od zera. Część sił już znajduje się na wschodniej flance, kolejne mają wcześniej przypisane zadania w regionalnych planach obronnych, a system wzmocnienia obejmuje zarówno szybko dostępne posiłki, jak i ciężkie siły kolejnych rzutów.

Nie znaczy to, że cały potencjał Sojuszu pojawiłby się w Polsce natychmiast. Najszybciej można zwiększyć aktywność lotnictwa operującego również z baz poza Polską. Inaczej wygląda przerzut personelu do wcześniej rozmieszczonego sprzętu, a jeszcze inaczej ruch ciężkich związków taktycznych wraz z logistyką. Ten pierwszy mechanizm można wykorzystać dzięki kompleksowi Army Prepositioned Stocks-2 w Powidzu, który przy pełnym wyposażeniu może mieścić ponad pięć tysięcy głównych elementów sprzętu, w tym Abramsy, Bradleye i haubice Paladin. Personel można przerzucić drogą powietrzną znacznie szybciej niż czołgi, bojowe wozy piechoty, artylerię i pozostałe wyposażenie. Napływ sojuszniczych sił byłby więc procesem rozłożonym w czasie, ale rozpoczynającym się na długo przed przybyciem do Polski pierwszych ciężkich jednostek przewożonych z zachodu Europy.

rosja musiałaby zatem nie tyle zatrzymać ten proces, ile dostatecznie go spowolnić. Dlatego tak duże znaczenie miałaby infrastruktura. Nie trzeba trwale zniszczyć kolei, żeby osiągnąć efekt wojskowy – wystarczy opóźnić transporty. Nie trzeba zniszczyć wszystkich lotnisk – wystarczy zmniejszyć liczbę wykonywanych lotów. Im więcej jednak tras alternatywnych, zapasowych lokalizacji i możliwości naprawy, tym więcej wysiłku potrzeba do utrzymania tego samego efektu. Pociski przeznaczone na kolejne uderzenia w transport i logistykę nie mogą w tym samym czasie atakować OPL, dowodzenia czy wojsk na froncie.

Nie sposób uczciwie powiedzieć, czy rosyjskie „okno możliwości” trwałoby dobę, trzy dni czy tydzień. Zależałoby to od wcześniejszego ostrzeżenia, gotowości NATO, rezultatów pierwszych uderzeń i skali rosyjskiej koncentracji. Wiadomo natomiast, co stopniowo by je zamykało: kolejne sojusznicze samoloty, systemy OPL, rozwijane dowództwa, uruchamiane zapasy sprzętu i napływające związki lądowe. Każdy kolejny element zwiększałby siłę dostępną NATO na polskim teatrze działań i zmniejszał znaczenie przewagi, jaką rosji dawały wybór momentu ataku oraz wcześniejsza koncentracja sił.

Jeśli pierwsza faza nie przyniosłaby rozstrzygnięcia, początkowa premia za inicjatywę zaczęłaby maleć – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wojsko Polskie podczas ćwiczeń na poligonie w Nowej Dębie/fot. własne

Łucznik

Nawet najnowocześniejsza obrona powietrzna dysponuje ograniczoną liczbą zestawów, radarów i pocisków przechwytujących. Problem nie sprowadza się przy tym do pieniędzy, choć te mają ogromne znaczenie – wszak jeden pocisk PAC-3 MSE używany przez system Patriot kosztuje około 4 mln dolarów. Równie istotne jest to, że produkcji tak skomplikowanego uzbrojenia nie da się zwiększyć w dowolnym tempie tylko dlatego, że wzrosło zapotrzebowanie. Potrzebne są specjalistyczne komponenty, linie montażowe i urządzenia testowe, wykwalifikowani pracownicy oraz sieć dostawców. I czas – mnóstwo czasu.

Dobrze pokazuje to skala obecnych wysiłków Amerykanów. Lockheed Martin wytwarza obecnie około 600 pocisków PAC-3 MSE rocznie, a gwałtownie rosnący popyt skłonił koncern i Pentagon do inwestycji w znaczące zwiększenie produkcji. Tyle że rozbudowa fabryk i całego łańcucha dostaw wymaga lat, nie miesięcy – poziom 2 tys. rakiet uda się osiągnąć w 2030 roku.

Nie można więc rozwiązać problemu masowych ataków prostym poleceniem: kupmy więcej pocisków. Owa niemożność dotyczy również Polski, która od kilku lat usiłuje nadrobić sięgające kilku dekad zaniedbania w zakresie OPL. Już wiemy, że szybko i łatwo tego nie zrobimy. Nie oznacza to jednak, że do czasu zbudowania odpowiednio silnej tarczy pozostaje nam wyłącznie czekać na to, co przeciwnik w naszą stronę wystrzeli. Istnieje bowiem jeszcze inny sposób ograniczenia zagrożenia z powietrza. Zamiast wyłącznie zestrzeliwać strzały, można spróbować zabić łucznika.

—–

(…) Obrona przed Iskanderem nie musi zaczynać się wtedy, gdy rosyjska rakieta wznosi się już nad wyrzutnią. Może rozpocząć się wcześniej – od próby znalezienia i zniszczenia samej wyrzutni. „Łucznikiem” nie musi być zresztą wyłącznie ona. System uderzeniowy potrzebuje magazynów amunicji, stanowisk dowodzenia, łączności, rozpoznania i logistyki. Pociski manewrujące mogą być przenoszone przez samoloty operujące z lotnisk. Każdy z tych elementów może stać się celem. Im więcej z nich zostanie wyeliminowanych, tym mniej środków napadu będzie później musiała przechwycić własna obrona (…).

Jednym z potencjalnych źródeł zagrożenia podczas konfliktu NATO z rosją byłby obwód królewiecki. To niewielki obszar wciśnięty między Polskę i Litwę, ale jednocześnie silnie zmilitaryzowany. rosja rozmieściła tam m.in. systemy rakietowe Iskander, zdolne razić znaczą część naszego kraju.

O wynikłym z tego faktu zagrożeniu mówi się u nas od lat, na długo przed doświadczeniami obecnej wojny w Ukrainie. Przy czym armia nie stała z założonymi rękoma. Już dekadę temu autor tego tekstu słyszał od ludzi związanych z wojskiem, że jednym z zadań przewidywanych na wypadek gwałtownej eskalacji między Polską a rosją miało być wysłanie żołnierzy pułku komandosów z Lublińca do obwodu królewieckiego.

Mieli przeniknąć tam jeszcze przed rozpoczęciem wojny – oficjalnymi i nieoficjalnymi kanałami, bez ujawniania swojej wojskowej tożsamości. Broń, wyposażenie i mundury miały czekać na miejscu. Po rozpoczęciu operacji komandosi mieli działać już jako polscy żołnierze. Według informacji przekazywanych wówczas autorowi jednym z ich najważniejszych celów miały być namierzone rosyjskie wyrzutnie Iskanderów. Operacja miała mieć charakter wyprzedzający w sensie wojskowym, ale nie oznaczało to samowolnego ataku przed rozpoczęciem konfliktu. Decyzja o rozpoczęciu działań miała zapaść dopiero po potwierdzeniu wrogich działań strony rosyjskiej i wydaniu odpowiednich rozkazów.

Nie wiadomo, czy podobny scenariusz pozostaje elementem aktualnych polskich planów operacyjnych. Te z oczywistych powodów są tajne. Sam pomysł pokazuje jednak, że logika zwalczania łucznika nie jest dla polskiego wojska czymś nowym. I wcale nie musi być domeną wojsk specjalnych.

—–

Polskie wojsko już dziś ma narzędzia pozwalające sięgać daleko poza linię frontu. F-16 mogą przenosić pociski manewrujące AGM-158 JASSM, a także ich wersję o wydłużonym zasięgu – JASSM-ER. To broń pozwalająca atakować ważne cele bez konieczności wlatywania głęboko w przestrzeń bronioną przez przeciwnika. W grę wchodzą stanowiska dowodzenia, lotniska, magazyny, węzły logistyczne czy inne elementy zaplecza, od których zależy zdolność do prowadzenia kolejnych uderzeń.

Do tej „długiej ręki” dochodzi artyleria rakietowa. Homar-A, czyli polska wersja amerykańskiego HIMARS-a, może wykorzystywać pociski ATACMS o zasięgu około 300 km. Wojska lądowe zyskują więc możliwość rażenia celów położonych daleko poza bezpośrednim zapleczem frontu.

Wchodzący do służby F-35 rozszerza te możliwości o coś jeszcze. Przewaga Husarza nie polega bowiem wyłącznie na właściwościach stealth. F-35 zbiera dane z wielu sensorów, łączy je w jeden obraz sytuacji i może przekazywać informacje innym uczestnikom operacji. Cel znaleziony przez F-35 może zostać zaatakowany przez F-16 z JASSM-em, artylerię rakietową albo inny środek rażenia. Współczesna wojna coraz rzadziej wymaga bowiem, żeby ten sam żołnierz czy ta sama platforma zarówno znalazły cel, jak i go zniszczyły. Znacznie ważniejsze jest to, by informacja o celu szybko trafiła do tego, kto w danym momencie może uderzyć najskuteczniej.

A samoloty nie są jedynymi oczami polskiej armii. Jeszcze kilka lat temu wskazanie obiektu położonego setki kilometrów od własnych wojsk byłoby jednym z najsłabszych elementów polskiej układanki. To właśnie w tej dziedzinie zachodzi jednak obecnie jedna z największych zmian.

W maju Siły Zbrojne RP otrzymały system MikroSAR. Tworząca go wojskowa konstelacja radarowa POLSARIS liczy obecnie cztery satelity, a docelowo może zostać powiększona do sześciu. Radar ma w takim zastosowaniu ogromną zaletę. W przeciwieństwie do klasycznej optyki może prowadzić obrazowanie także w nocy i przez zachmurzenie. Pozwala więc obserwować interesujący obszar niezależnie od pogody czy pory dnia. Polska nie musi przy tym prosić sojusznika o wykonanie każdego zdjęcia. System został przekazany Siłom Zbrojnym RP, a MON podkreśla również znaczenie krótkiego interwału rewizyt, czyli czasu między kolejnymi możliwościami obserwowania tego samego obszaru.

POLSARIS nie jest jedynym źródłem informacji z orbity. Polska ma również dostęp do wysokorozdzielczych danych z włoskich satelitów radarowych COSMO-SkyMed. Równolegle rozwijane są możliwości optoelektroniczne.

W praktyce powstaje więc system, w którym różne rodzaje rozpoznania mogą się uzupełniać. Radar satelitarny pozwala obserwować teren mimo chmur i ciemności. System optyczny dostarcza innego rodzaju zobrazowania. Informację może uzupełnić rozpoznanie radioelektroniczne, samolot, bezzałogowiec albo źródło działające na ziemi. Im więcej takich sensorów patrzy na interesujący obszar, tym trudniej przeciwnikowi zniknąć.

Oczywiście, nie każdego łucznika uda się znaleźć, zanim wypuści strzałę. Ale jeśli rosyjskie załogi Iskanderów będą musiały liczyć się z tym, że same mogą stać się celem, zmieni się również ich sposób działania. A to oznacza mniej swobody dla napastnika i więcej bezpieczeństwa po naszej stronie.

Ten tekst, w istotnie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Obietnica

Gdy w ubiegłym tygodniu pod Moskwą rozbił się Su-57, rosja straciła nie tylko jeden z najnowocześniejszych samolotów bojowych. Katastrofa po raz kolejny przypomniała historię programu, który miał być dowodem technologicznej potęgi Kremla. Zamiast tego stał się symbolem ambicji, których rosyjski przemysł nigdy nie zdołał zrealizować.

Historia Su-57 rozpoczęła się na początku XXI wieku, kiedy rosja uruchomiła program PAK FA (Perspektywny Kompleks Lotnictwa Frontowego). Maszyna miała stać się odpowiedzią na amerykańskie F-22 Raptor, a później również F-35 Lightning II, zapewniając rosyjskiemu lotnictwu przewagę na kolejne dekady.

Prototyp wzbił się w powietrze w 2010 roku, a przedstawiciele rosyjskich władz oraz koncernu Suchoj zapowiadali, że seryjna produkcja ruszy już w połowie następnej dekady. Program miał przynieść również znaczące sukcesy eksportowe. Kluczowym partnerem miały zostać Indie, które planowały wspólnie z rosją opracować własną wersję myśliwca.

Su-57 miał dysponować wszystkimi cechami przypisywanymi samolotom piątej generacji: obniżoną wykrywalnością radiolokacyjną (stealth), zdolnością do długotrwałego lotu z prędkością naddźwiękową bez użycia dopalaczy (supercruise), nowoczesnym radarem z aktywnym skanowaniem elektronicznym (AESA), rozbudowanym zestawem sensorów oraz całkowicie nowym silnikiem, który miał zapewnić osiągi porównywalne z najlepszymi konstrukcjami amerykańskimi.

Problem w tym, że niemal żaden z tych ambitnych planów nie został zrealizowany, tworząc historię rozczarowania, która trwa do dziś.

Niszowa konstrukcja

Pierwszym i chyba najbardziej symbolicznym problemem okazał się silnik. Su-57 od początku projektowano z myślą o zupełnie nowej jednostce napędowej, znanej jako „Izdielije 30”. To ona miała zapewnić maszynie możliwość długotrwałego lotu z prędkością naddźwiękową bez użycia dopalaczy, lepszą ekonomikę pracy oraz większy ciąg. Innymi słowy – miała uczynić z Su-57 pełnoprawny myśliwiec piątej generacji.

Tyle że nowy silnik przez lata pozostawał bardziej obietnicą niż rzeczywistością. Prace nad nim wielokrotnie się opóźniały, dlatego większość wyprodukowanych dotąd Su-57 wyposażono w zmodernizowane silniki AL-41F1, wywodzące się z konstrukcji opracowanej jeszcze dla Su-35. Nie oznacza to, że są to jednostki złe – przeciwnie, należą do bardzo udanych – jednak nie zapewniają osiągów, które od początku zakładano dla nowej generacji rosyjskiego myśliwca. Paradoksalnie więc samolot, który miał symbolizować technologiczny skok, przez większą część swojej historii korzystał z napędu będącego rozwinięciem rozwiązań poprzedniej generacji.

Problemy z silnikiem były jednak tylko początkiem. Jeszcze większym wyzwaniem okazało się uruchomienie produkcji seryjnej. W pierwszych latach programu rosyjskie władze mówiły o zakupie ponad dwustu maszyn. Później plany stopniowo ograniczano – najpierw do około 150 egzemplarzy, a następnie do 76, które miały zostać dostarczone siłom powietrznym do końca dekady. Nawet ten znacznie skromniejszy cel pozostaje jednak trudny do osiągnięcia. Szacuje się, że do tej pory powstało zaledwie około 40–50 Su-57, przy czym część z nich to prototypy lub egzemplarze przedseryjne wykorzystywane do badań i prób. W efekcie samolot, który miał stać się nowym filarem rosyjskiego lotnictwa, nadal pozostaje konstrukcją niszową.

Zniechęcony partner

Źródeł tych problemów należy szukać znacznie głębiej niż w samym zakładzie produkcyjnym w Komsomolsku nad Amurem. Program Su-57 od początku wymagał dostępu do zaawansowanej elektroniki, nowoczesnych materiałów kompozytowych oraz precyzyjnych obrabiarek. rosyjski przemysł w wielu z tych obszarów był uzależniony od importu, a po 2022 roku dostęp do zachodnich technologii został dodatkowo ograniczony przez sankcje. Owszem, Moskwa wciąż pozyskuje część komponentów za pośrednictwem państw trzecich, jednak taki system dostaw jest znacznie droższy, mniej wydajny i trudniejszy do utrzymania przy produkcji skomplikowanego uzbrojenia. W przypadku samolotu piątej generacji nawet pozornie niewielkie opóźnienia w dostawach pojedynczych podzespołów mogą spowolnić montaż całej maszyny.

Nie spełniły się również nadzieje na sukces eksportowy, który miał obniżyć koszty programu i zapewnić środki na jego dalszy rozwój. Przez wiele lat za najważniejszego partnera uchodziły Indie. Wspólny program FGFA miał doprowadzić do powstania eksportowej odmiany Su-57 i otworzyć rosyjskiej konstrukcji drogę na światowe rynki. Ostatecznie jednak New Delhi wycofało się z projektu, wskazując między innymi na niezadowalające parametry maszyny oraz zbyt wolne tempo prac.

To właśnie ta kumulacja problemów sprawiła, że program coraz bardziej rozmijał się z pierwotnymi założeniami. Nie zawiódł jeden element – silnik, radar czy elektronika – lecz cały mechanizm, który miał zamienić obiecujący prototyp w nowoczesny system uzbrojenia produkowany na dużą skalę. I właśnie tę słabość najdobitniej obnażyła wojna w Ukrainie.

…o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Osobliwości

W historii wojskowości ostatnia doba zapisze się jako czas wyjątkowych wydarzeń. Pozwólcie, że Wam o nich napiszę.

W nocy z 3 na 4 marca br. zatopiona została irańska fregata IRIS Dena. Co ciekawe, do zdarzenia nie doszło na Bliskim Wschodzie, ale na Oceanie Indyjskim, około 40–44 mil morskich na południe od Galle na Sri Lance. Pentagon potwierdził, że jednostka została trafiona przez amerykański atomowy okręt podwodny.

Fregata – z załogą liczącą około 140–180 marynarzy – wracała z Indii, gdzie uczestniczyła w międzynarodowym przeglądzie flot oraz ćwiczeniach morskich MILAN w Visakhapatnam. Po trafieniu okręt wysłał sygnał alarmowy, a następnie zatonął; na miejsce skierowano siły ratownicze Sri Lanki. Według wstępnych danych uratowano kilkudziesięciu marynarzy (m.in. 32 przewieziono do szpitala w Galle), natomiast ponad 100 członków załogi uznano za zaginionych, a część ciał odnaleziono podczas akcji poszukiwawczej.

Amerykański sekretarz obrony potwierdził, że okręt został zatopiony torpedą, podkreślając, że był to pierwszy przypadek bojowego zatopienia wrogiej jednostki przez amerykański okręt podwodny od czasów II wojny światowej, a zarazem pierwsze na świecie takie zdarzenie od momentu zatopienia argentyńskiego krążownika ARA General Belgrano przez brytyjski okręt podwodny w 1982 roku (podczas wojny o Falklandy).

—–

Drugim wydarzeniem o wyjątkowym charakterze była walka powietrzna nad Teheranem, podczas której izraelski myśliwiec F-35I „Adir” zestrzelił irański samolot szkolno-bojowy Jak-130.

Do incydentu doszło dziś nad ranem, gdy izraelskie lotnictwo prowadziło kolejną falę uderzeń na cele wojskowe w stolicy Iranu i jej okolicach. Według komunikatu izraelskich sił zbrojnych maszyna irańska próbowała przechwycić jedną z formacji uderzeniowych; została jednak zestrzelona przez F-35I jeszcze nad obszarem metropolitalnym Teheranu.

Wydarzenie ma znaczenie historyczne z kilku powodów. Po pierwsze, jest to pierwsze w historii bojowe zestrzelenie załogowego samolotu przez myśliwiec F-35, który dotąd używany był głównie do uderzeń na cele naziemne i misji uderzeniowo-rozpoznawczych. Po drugie, był to pierwszy przypadek od około czterech dekad, gdy izraelskie lotnictwo zestrzeliło w powietrzu załogowy samolot przeciwnika – poprzednio miało to miejsce w 1985 roku, gdy izraelskie F-15 strąciły syryjskie MiG-23 nad Libanem.

Sam Jak-130 jest rosyjskim samolotem szkolno-bojowym zdolnym do przenoszenia uzbrojenia i wykonywania zadań lekkiego wsparcia, ale w konfrontacji z myśliwcem piątej generacji jego możliwości bojowe są wyraźnie ograniczone.

—–

Na marginesie tych wydarzeń pojawiła się jeszcze jedna historia, która – jeśli się potwierdzi – dobrze pokazuje specyfikę sił zbrojnych państw Zatoki Perskiej. Gdy przed dwoma dniami nad Kuwejtem utracono trzy amerykańskie F-15, pierwsze doniesienia wskazywały, że maszyny padły ofiarą kuwejckich baterii Patriot.

Dziś zaczęły pojawiać się informacje sugerujące inny przebieg zdarzeń – według nich amerykańskie samoloty miały zostać omyłkowo zestrzelone przez kuwejckiego F/A-18. W części relacji pojawia się informacja, że pilot „Horneta” był Amerykaninem służącym kontraktowo w kuwejckim lotnictwie, wcześniej pilotem US Navy. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego: armie takich państw jak Kuwejt, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie od lat w dużym stopniu opierają się na zagranicznych specjalistach – zarówno instruktorach, jak i pilotach – ponieważ niewielkie społeczeństwa tych krajów mają ograniczone zasoby kadrowe, a jednocześnie dysponują bardzo nowoczesnym sprzętem wymagającym wysokich kwalifikacji. W przeszłości w siłach powietrznych państw Zatoki latali m.in. Amerykanie, Brytyjczycy czy Australijczycy, często byli piloci wojskowi zatrudniani na kontraktach szkoleniowych lub operacyjnych.

A ta historia – jeśli się potwierdzi – ma dodatkowy smaczek. Piloci sił powietrznych (USAF) „od zawsze” rywalizują z lotnikami marynarki wojennej. Trójka zestrzelonych przedwczoraj Amerykanów była z tej pierwszej formacji, co w branży stało się powodem do żartów. „Oto US Nawy wysuwa się na prowadzenie”, orzekli złośliwcy. Inni dostrzegli, że skoro wszyscy uczestnicy niefortunnej walki powietrznej byli Amerykanami, „sprawa zostaje w domu, więc tak jakby jej nie było…”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Irańska fregata widziana z amerykańskiego okrętu. To screen z udostępnionego filmu, na którym widać też moment trafienia okrętu.