Osobliwości

W historii wojskowości ostatnia doba zapisze się jako czas wyjątkowych wydarzeń. Pozwólcie, że Wam o nich napiszę.

W nocy z 3 na 4 marca br. zatopiona została irańska fregata IRIS Dena. Co ciekawe, do zdarzenia nie doszło na Bliskim Wschodzie, ale na Oceanie Indyjskim, około 40–44 mil morskich na południe od Galle na Sri Lance. Pentagon potwierdził, że jednostka została trafiona przez amerykański atomowy okręt podwodny.

Fregata – z załogą liczącą około 140–180 marynarzy – wracała z Indii, gdzie uczestniczyła w międzynarodowym przeglądzie flot oraz ćwiczeniach morskich MILAN w Visakhapatnam. Po trafieniu okręt wysłał sygnał alarmowy, a następnie zatonął; na miejsce skierowano siły ratownicze Sri Lanki. Według wstępnych danych uratowano kilkudziesięciu marynarzy (m.in. 32 przewieziono do szpitala w Galle), natomiast ponad 100 członków załogi uznano za zaginionych, a część ciał odnaleziono podczas akcji poszukiwawczej.

Amerykański sekretarz obrony potwierdził, że okręt został zatopiony torpedą, podkreślając, że był to pierwszy przypadek bojowego zatopienia wrogiej jednostki przez amerykański okręt podwodny od czasów II wojny światowej, a zarazem pierwsze na świecie takie zdarzenie od momentu zatopienia argentyńskiego krążownika ARA General Belgrano przez brytyjski okręt podwodny w 1982 roku (podczas wojny o Falklandy).

—–

Drugim wydarzeniem o wyjątkowym charakterze była walka powietrzna nad Teheranem, podczas której izraelski myśliwiec F-35I „Adir” zestrzelił irański samolot szkolno-bojowy Jak-130.

Do incydentu doszło dziś nad ranem, gdy izraelskie lotnictwo prowadziło kolejną falę uderzeń na cele wojskowe w stolicy Iranu i jej okolicach. Według komunikatu izraelskich sił zbrojnych maszyna irańska próbowała przechwycić jedną z formacji uderzeniowych; została jednak zestrzelona przez F-35I jeszcze nad obszarem metropolitalnym Teheranu.

Wydarzenie ma znaczenie historyczne z kilku powodów. Po pierwsze, jest to pierwsze w historii bojowe zestrzelenie załogowego samolotu przez myśliwiec F-35, który dotąd używany był głównie do uderzeń na cele naziemne i misji uderzeniowo-rozpoznawczych. Po drugie, był to pierwszy przypadek od około czterech dekad, gdy izraelskie lotnictwo zestrzeliło w powietrzu załogowy samolot przeciwnika – poprzednio miało to miejsce w 1985 roku, gdy izraelskie F-15 strąciły syryjskie MiG-23 nad Libanem.

Sam Jak-130 jest rosyjskim samolotem szkolno-bojowym zdolnym do przenoszenia uzbrojenia i wykonywania zadań lekkiego wsparcia, ale w konfrontacji z myśliwcem piątej generacji jego możliwości bojowe są wyraźnie ograniczone.

—–

Na marginesie tych wydarzeń pojawiła się jeszcze jedna historia, która – jeśli się potwierdzi – dobrze pokazuje specyfikę sił zbrojnych państw Zatoki Perskiej. Gdy przed dwoma dniami nad Kuwejtem utracono trzy amerykańskie F-15, pierwsze doniesienia wskazywały, że maszyny padły ofiarą kuwejckich baterii Patriot.

Dziś zaczęły pojawiać się informacje sugerujące inny przebieg zdarzeń – według nich amerykańskie samoloty miały zostać omyłkowo zestrzelone przez kuwejckiego F/A-18. W części relacji pojawia się informacja, że pilot „Horneta” był Amerykaninem służącym kontraktowo w kuwejckim lotnictwie, wcześniej pilotem US Navy. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego: armie takich państw jak Kuwejt, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie od lat w dużym stopniu opierają się na zagranicznych specjalistach – zarówno instruktorach, jak i pilotach – ponieważ niewielkie społeczeństwa tych krajów mają ograniczone zasoby kadrowe, a jednocześnie dysponują bardzo nowoczesnym sprzętem wymagającym wysokich kwalifikacji. W przeszłości w siłach powietrznych państw Zatoki latali m.in. Amerykanie, Brytyjczycy czy Australijczycy, często byli piloci wojskowi zatrudniani na kontraktach szkoleniowych lub operacyjnych.

A ta historia – jeśli się potwierdzi – ma dodatkowy smaczek. Piloci sił powietrznych (USAF) „od zawsze” rywalizują z lotnikami marynarki wojennej. Trójka zestrzelonych przedwczoraj Amerykanów była z tej pierwszej formacji, co w branży stało się powodem do żartów. „Oto US Nawy wysuwa się na prowadzenie”, orzekli złośliwcy. Inni dostrzegli, że skoro wszyscy uczestnicy niefortunnej walki powietrznej byli Amerykanami, „sprawa zostaje w domu, więc tak jakby jej nie było…”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Irańska fregata widziana z amerykańskiego okrętu. To screen z udostępnionego filmu, na którym widać też moment trafienia okrętu.

Biadolenie

Rosyjskie samoloty wojskowe naruszyły estońską przestrzeń powietrzną. Chodzi o trzy ciężkie myśliwce MiG-31. Informację na ten temat podał szef MSZ Estonii, potwierdzają ją również źródła NATO-wskie.

W polskich mediach typowa histeryczna reakcja – co obserwuję z rosnącym niesmakiem. Nie zrozumcie mnie źle, nie umniejszam wagi incydentu, ale spójrzmy na sprawy rzeczowo.

Pilotowane przez roSSjan samoloty zostały przechwycone przez włoskie F-35, które pełnią dyżur bojowy w krajach nadbałtyckich. Do przechwycenia doszło nad estońskimi wodami.

Przy czym owo przechwycenie w języku polskim „waży” znacznie więcej niż procedura, jaką opisuje. Ta zaś jest banalna. Zadaniem pary dyżurnej jest dotarcie do „intruza” i jego wizualna identyfikacja. To pierwsza część misji, o drugiej dalej.

rosjanie nad Bałtykiem latają nad wodami międzynarodowymi (zwykle w drodze z i do obwodu królewieckiego, z lub do bazy pod Petersburgiem), a naruszenia przestrzeni należą do rzadkości, trwają zwykle kilka sekund i najczęściej nie są intencjonalne (ten rejon usiany jest maleńkimi wyspami, należącymi do krajów nadbałtyckich, łatwo nad nie wlecieć). Mimo to trzeba ich przechwytywać – dlaczego? Ano dlatego, że moskale od lat ignorują obowiązek składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem. Wojskowe radary widzą ich maszyny, ale dla cywilnych systemów pozostają one niewidzialne. A to stwarza potencjalne zagrożenie dla ruchu lotniczego. Przechwycenie jest więc nade wszystko dalszym lotem w towarzystwie rosjan, aż opuszczą naszą i międzynarodową strefę. W tym czasie transpondery pary dyżurnej niejako w zastępstwie wskazują lokalizację „niewidzianego” samolotu.

Media piszą o 12-minutowej obecności roSSjan w estońskiej przestrzeni. W większości relacji brakuje określania „łącznej”. A to słowo-klucz. Obejrzyjcie sobie linię brzegową Estonii – na dużym przybliżeniu googlowskiej mapy widzimy tam wyspę na wyspie. Lecąc wzdłuż brzegu, ruskie wpadały, wypadały, wpadały, wypadały z estońskiej przestrzeni. Tak uzbierało się te 12 minut, a nie ze stałej obecności nad estońskim interiorem.

„Samoloty zbliżyły się do stolicy Estonii”, alarmują media; i to już brzmi naprawdę poważnie. Oczyma wyobraźni – przekładając sprawy na realia polskie – widzimy ruskie maszyny gdzieś nad Mińskiem Mazowieckim, co oznaczałoby głębokie wtargnięcie. No ale pamiętajmy, że Tallin to miasto portowe.

Nie wiem, czy incydent był celowy, choć media orzekły już, że tak. Zapewne był – w mojej ocenie, słaba reakcja Amerykanów na prowokację z dronami zachęci Moskwę do kolejnych tego typu akcji. Będą testować nasze natowskie czerwone linie w różnych miejscach wschodniej flanki. W tym przypadku dostali po łapach – ich MiG-i dały dyla, gdy tylko włoskie F-35 znalazły się w pobliżu. W gruncie rzeczy nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę różnice w poziomach wyszkolenia i przewagę techniczną zachodniego lotnictwa – ruski pilot może być bezczelny, ale samobójcą nie jest.

Jednak w mojej ocenie, tę bezczelność też trzeba ukrócić – i strzelać do łobuzów, nie tylko ich odpędzać. Tym na kremlowskim stolcu może się bowiem wydawać, że nieużycie broni to wyraz słabości.

Ps. Ten incydent to kolejny dowód na istnienie europejskiej wspólnoty obronnej; nie pozwólmy, by w tym medialnym biadoleniu („olaboga, te bezczelne ruskie…”) nam to umknęło.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

(Nie)winna

Na szybciutko.

Wtargnięcie rosyjskich dronów mogło być efektem:

a. świadomej akcji Moskwy, mającej na celu przetestowanie naszego systemu; prowokacji poniżej progu kinetycznej wojny, dla której istnieje wygodne usprawiedliwienie „nie chcieliśmy, ale tak wyszło”.

b. grubszej awarii technicznej sprzętu (wtedy rzeczywiście by nie chcieli).

c. skutkiem porażenia dronów przez ukraińską obronę przeciwlotniczą przy użyciu systemów WRE (walki radiowo-elektronicznej). W takim ujęciu „ogłupiałe” maszyny poleciały dalej – i wleciały do nas.

Nie będę teraz rozważał prawdopodobieństwa tych scenariuszy, bo za mało wiem. Ale chciałbym się odnieść do trzeciego, który już stał się amunicją dla wszelkiej maści użytecznych idiotów i skarpetkosceptyków; amunicją wykorzystywaną do walenia w Ukrainę i Ukraińców rzecz jasna. Bo to „ich wina”.

Nosz k…

Pozwólcie, że ujmę sprawy łopatologicznie. Atakuje mnie łobuz nożem, odparowuję jego cios, narzędzie wypada bandycie z ręki, a ostrze kaleczy przypadkową osobę – czy ja za to odpowiadam? A może jednak ten ancymon, który chciał mi zrobić krzywdę? Nie musiałbym się bronić, gdybym nie został zaatakowany – to jest istota tej analogii.

Ukraina nie musiałaby unieszkodliwiać szahedów, gdyby nad nią nie przylatywały. Ale przylatują, bo ma bandytę za sąsiada. I co, ma mu ulec?

Uważajcie, błagam. Nie dajcie się wciągnąć w roSSyjski schemat narracyjny użyty już po tragedii w Przewodowie. To nie jest/nie byłaby nawet pośrednia wina Ukrainy.

Owszem, zło czai się na wschodzie, ale nieco dalej…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Pobudka

„Niemcy się zbroją”, donoszą rodzime media, jedne w tonie alarmistycznym, podbijając kwestię zagrożenia dla Polski, inne z ulgą, podkreślając potencjał gospodarczy i ludnościowy RFN. W obu perspektywach Niemcy są niczym budzący się olbrzym. Czy znów będzie zbójem? A może wybierze rolę obrońcy zachodniej wspólnoty?

W dniu zjednoczenia Niemiec Bundeswehra liczyła 585 tys. żołnierzy – ponad trzy razy więcej niż obecnie. Dysponowała silnym lotnictwem i potężnymi wojskami pancernymi. Ale wraz z końcem zimnej wojny niemieckie siły zbrojne zaczęto poddawać redukcjom, zmieniono też ich charakter. Zwłaszcza po 2001 roku Bundeswehrę zaczęto przekształcać w formację w większym stopniu ekspedycyjną, lekko uzbrojoną. I cały czas obcinano jej budżet.

Kilka lat później stało się to przedmiotem międzynarodowych kontrowersji, prezydent donald trump mówił wprost: „Niemcy są nieuczciwe w swoim finansowym wkładzie w NATO, bo przeznaczają tylko jeden procent PKB na obronność, a powinni przeznaczać dwa. A nawet te dwa to mało. (…) Oszukują nas na miliardy dolarów już od lat”.

trump nie był i nie jest wzorem powściągliwości, ale wtedy – podczas swojej pierwszej prezydentury – miał sporo racji. W świecie dyplomacji problem niemieckiej armii definiowano jako „jazda na gapę”. „Niemcy czerpią z dywidendy pokoju”, mówiono w NATO, oczekując od Berlina większego wkładu we wspólne wysiłki obronne. Wspomniane 2% PKB ustalono jako wymóg w 2014 roku, po rosyjskiej agresji na Krym i wschodnią Ukrainę. Działania Moskwy – jakkolwiek nie zagroziły bezpośrednio żadnemu z krajów Sojuszu – zinterpretowano jako powrót na ścieżkę zimnowojennej konfrontacji. „NATO musi się obudzić i ponownie uzbroić” – zadeklarowano na szczycie państw członkowskich w Walii.

Niemcy otworzyły jedno oko – wydatki zaczęły rosnąć, lecz masę pieniędzy przeznaczano na zakup nowego sprzętu – samolotów Eurofighter, wielozadaniowych okrętów MKS-180 czy śmigłowców NH-90. Koszty tych programów były na tyle wysokie, że Bundeswehra na kilka lat zrezygnowała z nabywania części zamiennych, niezbędnych do utrzymania już posiadanego wyposażenia. „Armia jest w złym stanie” – alarmował w 2017 roku Jochen Both, emerytowany niemiecki generał. „Czy dalibyśmy radę obronić własny kraj i sojuszników? Oczywiście, że nie. W przypadku rosyjskiego ataku, bez ogromnego wsparcia Amerykanów, nie przetrwalibyśmy” – przekonywał w magazynowym wydaniu „Bilda”.

A potem nadszedł rok 2022 i rosyjska pełnoskalowa inwazja na Ukrainę. Niemcy nie od razu, powoli, zaczęły otwierać drugie oko. Nie działo się to bez społecznej presji, którą dobrze ilustrują sondaże. Jak podają autorzy Barometru Polsko-Niemieckiego, reprezentatywnego badania postaw obywateli obu krajów, w 2024 roku aż 60% Niemców (i 68% Polaków), postrzegało rosję jako zagrożenie militarne dla swojego kraju. Władze w Berlinie musiały reagować, zwłaszcza że w publicznej debacie często podnoszono argument kiepskiej kondycji Bundeswehry. I wyliczano, jak bardzo jest mniejsza i słabsza.

—–

Ciekawy z naszej perspektywy był polski wątek tej debaty, w ramach którego omawiano imponującą skalę zbrojeń podejmowanych nad Wisłą. Ze zdziwieniem i nutą zażenowania komentując, że o połowę mniejsza i znacznie uboższa Polska buduję armię, która pokonałaby Bundeswehrę.

Oczywiście, nikt u nas o wyprawianiu się na Niemcy nie myślał, co nie zmienia faktu, że w wielu kategoriach uzbrojenia, zwłaszcza w ostatnim roku, uzyskaliśmy nad Niemcami istotną przewagę (dotyczy to na przykład czołgów czy samobieżnych systemów artyleryjskich). Ale to wkrótce się zmieni – tak przynajmniej wynika z zapowiedzi władz w Berlinie. Już w 2024 roku budżet niemieckiego MON wyniósł 52 mld euro, zaś uwzględniając blisko 20 mld euro ze specjalnego funduszu na uzbrojenie Bundeswehry wydatki na obronność przekroczyły próg 72 mld euro. A mają być tylko wyższe. Uchwalona jeszcze w czasie poprzednich rządów likwidacja tzw. hamulca budżetowego daje kanclerzowi Friedrichowi Merzowi niemal wolną rękę w wydatkach na zbrojenia. Kraje NATO zgodziły się niedawno podnieść próg rekomendowanych wydatków do 5% PKB. Niemcy aż tak ambitnych planów nie mają – chcą na razie poprzestać na 3,5%. Lecz i tak oznacza to ponad 150 mld euro rocznie – znacznie więcej niż wydaje putinowska rosja.

Co za te pieniądze chcą zbudować i kupić Niemcy? Berlin zamierza zwiększyć liczności Bundeswehry z obecnych około 171 tys. żołnierzy do docelowo 260 tys. Do końca dekady powiększyć też rezerwuar dostępnych rezerwistów o 400 tys. Minister obrony Niemiec Boris Pistorius planuje zamówić niemal tysiąc czołgów Leopard 2 oraz. 2,5 tys. transporterów opancerzonych GTK Boxer. Rząd rozważa również zakup dodatkowych 15 myśliwców F-35, zwiększając flotyllę tych maszyn do 50.

F-35 w niemieckiej strategii przewidziane są do obsługi programu Nuclear Sharing – to nośniki bomb nuklearnych, oddanych do dyspozycji NATO przez Amerykanów. Przewidziane są także duże zakupy m.in. dronów, systemów walki radio-elektronicznej oraz remonty i rozbudowa zaniedbanej w ostatnich dekadach infrastruktury logistyczno-szkoleniowej.

—–

Czy ta ewidentna remilitaryzacja stanowi zagrożenie dla Polski? Sprawdźmy najpierw, ja to widzą zwykli Polacy i Niemcy. W tym celu posłużmy się cytowanymi już badaniami Barometru Polsko-Niemieckiego. Wynika z nich, że obywatele Polski i Niemiec są zgodni w ocenach stanu wzajemnych relacji – dwie trzecie badanych po obu stronach granicy twierdzi, że jest dobry (co piąty ankietowany uważa, że stosunki są złe). Osoby uznające relacje za dobre podzielają także opinię, że wynikają one przede wszystkim z łączących nasze kraje interesów gospodarczych oraz z bezpośrednich kontaktów obu społeczeństw. Idźmy dalej – nieco ponad połowa Polaków (51%) uważa, że wzmocnienie niemieckiej armii zwiększy także bezpieczeństwo Polski (odmiennego zdania jest 25% naszych rodaków). W Niemczech z kolei przekonanych o tym, że silniejsza Bundeswehra wzmocni także bezpieczeństwo sojuszników, w tym polskie, jest prawie dwie trzecie badanych (65%).

Skąd się biorą takie przekonania? I w Polsce, i w Niemczech dojrzewa świadomość, że Europa musi w znacznie większym stopniu liczyć na siebie. Stany Zjednoczone nie są już „pewniakiem” jeśli idzie o gwarancje bezpieczeństwa i koniec prezydentury trumpa zapewne tego nie zmieni. Zresztą nawet gdyby USA wróciły na ścieżkę bliskich relacji transatlantyckich, warto mieć z tyłu głowy, że to nie jest „na zawsze”. A gdy ceną jest bezpieczeństwo całych narodowych wspólnot, ryzyko trzeba minimalizować ile się da. Taki stan rzeczy oznacza, że Niemcy – bardzo liczne i bardzo bogate – muszą w większym stopniu niż inne kraje Europy, wypełnić lukę po Amerykanach.

W kontekście niwelowania zagrożeń ze strony rosji, owo wypełnianie luki ma wymiar dosłowny. Z natowskich gier sztabowych wynika, że do skutecznej obrony państw nadbałtyckich trzeba 10 sojuszniczych brygad ciężkich. Dodatkowych 40-50 tysięcy żołnierzy ponad siły, którymi dysponują Litwa, Łotwa i Estonia. Do tej pory sądzono, że większość tego kontyngentu – ekwiwalent siedmiu brygad – wystawią w razie narastającej eskalacji Amerykanie. Resztę „dozbiera” Europa. W warunkach, jakie tworzy donald trump, trzeba mieć plan B.

I Berlin zdaje się ów plan wdrażać w życie – nie bez powodu rozrost Bundeswehry, liczbowy, sprzętowy i organizacyjny, tożsamy jest z potencjałem siedmiu brygad. Dla Polski to dobra wiadomość, bo nasze wojsko się „nie rozdwoi”. Ma i będzie mieć „za krótką kołderkę”, by ekspediować do państw nadbałtyckich silny kontyngent, zachowując jednocześnie zdolność do ochrony własnej granicy z rosją, Białorusią i nie daj boże pokonaną przez rosjan Ukrainą. Niemcy taki komfort będą miały, bo poza większymi możliwościami, nade wszystko mają bufor w postaci Rzeczypospolitej, ich kraj nie jest bezpośrednio zagrożony rosyjskim uderzeniem.

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na kolejną korzyść dla Polski – o ile nasz kraj jest dla Niemców potencjalną strefą zgniotu, o tyle RFN jest dla nas głębią strategiczną. Miejscem, gdzie będziemy mogli odtwarzać zdolności naszej armii, gdyby rzeczywiście doszło do wojny „na całego” z rosją. Niezbędnym warunkiem dla tego odtwarzania będą nie tylko rozkręcone niemieckie zdolności w zakresie produkcji wojennej, ale też cała infrastruktura logistyczno-szkoleniowa Bundeswehry. To oczywiście bardzo pesymistyczny i mało prawdopodobny scenariusz, ale właśnie na taki szykują się i Niemcy, i Polska, rozbudowując własne potencjały militarne.

—–

Szanowni, do spraw okołoukraińskich wracam po weekendzie. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni – Kasi Byłow i Wiktorowi Łanosze.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Pełną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu TVP Info – oto link do materiału.

„Suczki”

Rozkaz szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego nie pozostawia wątpliwości – legendarne Su-22 zakończą służbę w 2025 roku. Popularne „suczki” z biało-czerwoną szachownicą latają od 41 lat – to najdłużej utrzymywane w linii samoloty bojowe naszego lotnictwa. Co myślą o nich ludzie, którym przyszło na Suchojach pracować? Oddajmy im głos.

Pułkownik Michał Erdmański w kabinie Su-22 zasiadł po raz pierwszy w czerwcu 1986 roku. Jako młody podporucznik trafił do Powidza tuż po szkole, wcześniej latał na Limach.

„Jakbym przesiadł się z roweru do mercedesa”, mówi. „Ta wielkość, ten silnik, to przyśpieszenie. Mijało 40 sekund i samolot pędził 600 km na godzinę”.

„Palił przy tym jak smok…”, zauważam.

„Ano palił”, potwierdza płk Erdmański. „Radzieckie konstrukcje tak miały. »Suczka« przepalała trzy i pół tony paliwa w godzinę. Ale jej silnik był jednym z lepszych, jakie wyprodukowano w ZSRR. W naszym lotnictwie katastrofy na tym typie maszyny były powodowane czynnikiem ludzkim lub kwestiami technicznymi, ale spoza samolotu. W tym wymiarze Su-22 był niezawodny”.

Pułkownik potwierdza tę opinię własnym doświadczeniem – za sterami Suchoja spędził prawie 2100 godzin (z dwóch tysięcy ośmiuset całkowitego nalotu).

„Dobrze się na Su-22 latało?”, dopytuję.

„Przy startach i lądowaniach był bardzo wdzięczny. I wyrozumiały”, podkreśla mój rozmówca, po czym wyjaśnia. „Cała filozofia dobrego lądowania to właściwa ocena wzrokowa wysokości. Ale jak się człowiek trochę pomylił, to dramatu nie było. Su-22 miały porządne golenie, one naprawdę dużo znosiły”.

—–

Jednak ogólnie rzecz biorąc, pilotaż „suczek” do łatwych nie należy, o czym mówi płk pil. Roman Stefaniak, dowódca 21 Bazy Lotnictwa Taktycznego (BLT) w Świdwinie, gdzie na co dzień stacjonują Su-22.

„Ta maszyna uczy pokory i potrafi dać w kość. Dopiero po 300–400 godzinach nalotu można się w niej poczuć pewniej”, przyznaje. „Suchoj to samolot, na którym ciągle się pracuje. Ładnie reaguje na stery, ale jest oldskulowy, pilota nie wyręcza żaden komputer. Tymczasem w lotach na małych wysokościach i przy dużych prędkościach ciągle mierzymy się z deficytem czasu. Na przykład na przeprowadzenie procesu celowania mamy raptem trzy–pięć sekund, zwłaszcza przy atakach z lotu nurkowego”, opowiada dowódca 21 BLT.

Dodajmy dla porządku – Su-22 nie jest maszyną wielozadaniową. Zgodnie z sowiecką filozofią operacji lotniczych miał wykonywać uderzenia na cele naziemne w ramach izolacji pola walki, a więc z zasady latać nisko i przy dużych prędkościach. Wygląda to efektownie, lecz w praktyce przekłada się na minimalny margines błędu – dlatego tak ważne były, nadal są, odpowiednio wypracowane nawyki. „Rozmieszczenia poszczególnych elementów w kabinie uczyliśmy się »na ślepo«, z zasłoniętymi oczami”, wspomina płk pil. Stefaniak.

Zanim usiadł za sterami „suczki”, Stefaniak latał na Iskrze. „W szkole zrobiłem na TS-11 360 godzin nalotu, to był naprawdę solidny trening. Ale przeskok z Iskry na Su-22… Trudno to do czegokolwiek porównać, szczególnie tę zdwojoną prędkość”, pułkownik wraca wspomnieniami do 1994 roku. Zapytany, co jeszcze zrobiło na nim wrażenie, odpowiada: „Dużo miejsca i ergonomiczny kokpit. Kto wysiadł z Iskry, ten w Su-22 czuł się jak na wygodnej kanapie w salonie”, żartuje mój rozmówca, który na Suchojach wylatał ponad 1700 godzin (z ogólnych 2100).

—–

Nie byłoby tych lotów, gdyby nie tacy ludzie jak płk Andrzej Górnicki, w 1987 roku świeżo upieczony absolwent WAT, po przeszkoleniu na samolot Su-22 w Centralnym Ośrodku Szkolenia Specjalistów Technicznych Wojsk Lotniczych w Oleśnicy.

„To był mój pierwszy samolot obsługiwany w ramach służby czynnej, potem doszła Iskra i Su-20”, opowiada Górnicki, osprzętowiec, odpowiedzialny za elektrykę, awionikę, instalację tlenową i czarne skrzynki „suk”. „Na tamte czasy Su-22 to była supertechnika. Dość powiedzieć, że na rejestratorze lotu Tester U3Ł zapisywało się około 273 parametrów. Dla porównania, na Su-20 było ich tylko 12, a na Iskrze dwa”.

Górnicki nie szczędzi Suchojom dobrych ocen, lecz jak każdy technik poznał też ich gorsze strony. Gdy pytam o wady, słyszę o uciążliwości wykonywania tzw. „wystawki 15-minutowej”, związanej z koniecznością przygotowania systemu nawigacyjnego do lotu. „To była specyfika Su-22, jego pięta achillesowa, choć tę procedurę w razie potrzeby można było skrócić do pięciu minut”, zapewnia pułkownik.

„No i Su-22 wymagał czyściutkiego pasa i stanowiska postojowego”, słowa Górnickiego sprawiają, że się uśmiecham. Gdy Polska kupiła F-16, przeciwnicy tej decyzji podkreślali, że amerykańska maszyna jest wyjątkowo delikatna w porównaniu z niewymagającymi tak sterylnych warunków sowieckimi konstrukcjami… „Kamyczki należało zbierać skrupulatnie, bo silnik miał diabelne ssanie. U siebie łatwiej było o to dbać, gorzej w czasie zagranicznych wypraw. Kiedyś podczas międzynarodowych ćwiczeń kazano nam ustawić nasze maszyny niemalże na żwirze”, pułkownik nie kryje dezaprobaty. „Ale myśmy naprawdę dbali o »suczki« i przypadków zassania jakoś dużo nie było”.

—–

Su-22 przylatywały do Polski na pokładach transportowych Iłów-76. Dopiero tu składali je radzieccy mechanicy.

„Naszych do tego nie dopuszczali, tak samo jak do napraw w okresie gwarancyjnym”, mówi płk Erdmański.

„Minął mi rok służby, gdy Rosjanie wyjechali i zyskaliśmy pełen dostęp do maszyn. Bez przeszkód przeszliśmy »na swoje«, jeśli idzie o obsługę”, uzupełnia płk Górnicki.

Nieufność związana z dostępem do „supertechniki” miała też inne oblicze. „Do Powidza przyjechał dowódca dywizji i oznajmił, że niepewnych ludzi do latania na Su-22 nie dopuścimy”, wspomina Michał Erdmański. Niepewnych, czyli niepartyjnych, co oznaczało, że ceną za dostęp do drogocennych maszyn było członkostwo w PZPR. „Tak to wtedy wyglądało”, komentuje emerytowany pilot.

Jednak Suchoje szybko zaczęły tracić status „supertechniki” – już po kilkunastu latach ich wyposażenie dramatycznie się zestarzało. Brak stacji radiolokacyjnej i słabości systemu celowniczo-nawigacyjnego sprawiły, że na Zachodzie Su-22 zyskał przydomek „ślepy bokser”. Potem doszły konsekwencje zmian geopolitycznych po 1989 roku – zarówno w wymiarze ekonomicznym, jak i ściśle wojskowym. Państwo borykało się z kryzysem finansowym, zaczęły się problemy z dostępem do części zamiennych i uzbrojenia, dotychczasowa koncepcja użycia wyspecjalizowanych typów maszyn zaczęła przegrywać z zachodnią ideą wielozadaniowości lotnictwa taktycznego. Skutkiem tych procesów była kurcząca się flotylla Su-22. Na początku tego wieku mniejsza niemal o dwie trzecie, z zastrzeżeniem, że sprawność wielu maszyn była efektem kanibalizacji.

—–

Nie zmienia to faktu, że Suchoje przez lata pozostawały końmi roboczymi polskiego lotnictwa. I że to one wprowadziły Siły Powietrzne RP do NATO.

„To samolot trzeciej generacji, ma swoje ograniczenia”, zastrzega płk pil. Stefaniak. „Ale nie był bezużyteczny. Dawał możliwość szkolenia pilotów, współpracy z marynarką wojenną, z obroną przeciwlotniczą, z wojskami lądowymi w zakresie misji bliskiego wsparcia pola walki. No i była grupa pokazowa „Suchoj Demo Team”, która zaskarbiła »suczkom« rzesze fanów pośród cywilów, zarówno w Polsce, jak i za granicą”.

W tym kontekście warto wspomnieć popisowy numer załóg Su-22 – wyjście eskadry spod uderzenia, czyli jednoczesny start wielu samolotów z zagrożonego atakiem lotniska. „Startowano w dwóch kierunkach, z zachodu na wschód i odwrotnie, jednocześnie robiło to kilkanaście maszyn. Cały manewr trwał niewiele więcej niż kilka minut. Niesamowite przeżycie…”, dzieli się wrażeniami Andrzej Górnicki.

„Kiedy Pan poczuł, że Su-22 to coś wspaniałego?”, pytam Romana Stefaniaka.

„Wielokrotnie. Ale pamiętam taką historię sprzed pięciu lat. Od zawsze dojeżdżam do miejsca pracy, po latach poczułem się zmęczony, w głowie pojawiły się myśli o odejściu. I w takim nastroju wsiadłem do samolotu. Był wschód słońca, lecieliśmy nad chmurami. Widziałem maszynę mojego prowadzącego w tym cudownym anturażu i zdałem sobie sprawę, jak wielki mnie spotykał zaszczyt, że coś takiego mogę oglądać. Su-22 to doskonały lek na niedogodności służby wojskowej”.

„Mnie cztery razy trafił piorun”, śmieje się Michał Erdmański. „Raz nawet miałem dziurę w stateczniku, ale zwykle kończyło się na awarii elektroniki. Tak czy inaczej, »suczka« mnie nigdy nie zawiodła. A z tych czterech trafień, trzy zdarzyły się w okolicach konińskich elektrowni, na co mam swoją prywatną teorię. Taką mianowicie, że to oddziaływanie pola elektromagnetycznego ściągało pioruny. Ale mojej »suki« nic nie ściągnęło”.

Siły powietrzne dysponują obecnie kilkunastoma maszynami Su-22, kiedyś było ich aż 110. Jak będzie wyglądał koniec służby „suczek”, co myślą o tym cytowani rozmówcy? O tym przeczytacie w papierowym wydaniu miesięcznika „Polska Zbrojna”. Tekst pt.: „Umarł król, niech żyje król!” ilustrują piękne zdjęcia „suczek” oraz wizerunki moich wspaniałych rozmówców. Zachęcam zatem do odwiedzin w dobrych salonikach prasowych.

Szanowni, w e-sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Su-22 Polskich Sił Powietrznych, zdjęcie z 2019 roku/fot. Bartek Bera