Fasada

Po kilkunastodniowym pościgu na Atlantyku Stany Zjednoczone przejęły tankowiec „Marinera” (wcześniej „Bella-1”), będący częścią tzw. floty cieni, pracującej dla rosji.

Według ustaleń amerykańskich władz, statek był wcześniej objęty sankcjami jako „Bella-1”. Jednostka miała uczestniczyć w przewozach ropy realizowanych z naruszeniem restrykcji, a w trakcie rejsu zmieniła nazwę i banderę na rosyjską, co – w ocenie Waszyngtonu – miało utrudnić identyfikację i egzekwowanie prawa. Gdy amerykańskie służby podjęły próbę kontroli, załoga przez pewien czas odmawiała podporządkowania się poleceniom, co zapoczątkowało pościg trwający ponad dwa tygodnie.

Do przejęcia doszło na wodach międzynarodowych. Strona amerykańska podkreśla, że działania były zgodne z prawem: oparto je na nakazie sądowym i przepisach dotyczących egzekwowania sankcji. Po wejściu na pokład ekipy abordażowej, jednostka została zabezpieczona i skierowana do USA. Amerykańscy urzędnicy wskazują, że ładunek oraz dokumentacja przewozowa będą przedmiotem dalszego postępowania.

Sprawa ma także wymiar polityczno-wojskowy. Media odnotowały sygnały o obecności rosyjskich jednostek w rejonie trasy tankowca, jednak – według dostępnych informacji – nie doszło do bezpośredniej interwencji w momencie przejęcia. Moskwa krytycznie odniosła się do działań USA, argumentując, że statek pływał pod rosyjską banderą i znajdował się poza wodami terytorialnymi. Waszyngton odpowiada, że zmiana bandery nie znosi odpowiedzialności za naruszenie sankcji.

Operacja wobec „Marinery” wpisuje się w szerszą kampanię USA przeciwko tzw. „flocie cieni” – sieci starszych tankowców, które zmieniają nazwy, bandery i właścicieli, by przewozić ropę z krajów objętych restrykcjami (jak rosja czy Wenezuela). Amerykańska administracja sygnalizuje, że podobne działania będą kontynuowane, a przypadek „Marinery” ma być sygnałem odstraszającym wobec podmiotów próbujących omijać sankcje.

Tyle, jeśli idzie o warstwę informacyjną. Sprawa jest jednak na tyle ciekawa, że wymaga pogłębionego komentarza.

—–

Amerykanie nie przejęli się ewentualną reakcją rosyjskiej floty wojennej. Waszyngton (przy dyskretnym, ale czytelnym wsparciu Londynu) wykonał swoje zadanie spokojnie, metodycznie i bez nerwowych gestów. Tak postępuje państwo, które nie traktuje przeciwnika jako równorzędnego.

To zresztą kolejne – po wenezuelskiej kompromitacji – upokorzenie władimira putina w tym roku, i to takie, które boli szczególnie. Nie chodzi o sankcje, dyplomatyczne połajanki czy medialne docinki, lecz o demonstrację siły na morzu, czyli w domenie, którą Kreml od dekad próbuje sprzedawać jako jeden z filarów swojego „mocarstwowego” statusu. Przejęcie tankowca pod rosyjską banderą wpisuje się w dłuższą serię zdarzeń, które obnażają fasadowość rosyjskiej potęgi.

Amerykanie i Brytyjczycy mogą sobie na takie operacje pozwolić, bo rosyjska flota nie jest dla nich przeciwnikiem. I – co warto powiedzieć wprost – nigdy nim nie była. Nawet w czasach Związku Radzieckiego, gdy liczby wyglądały imponująco, a propagandowe parady robiły wrażenie, flota nawodna Moskwy nie stanowiła realnej przeciwwagi dla morskiej potęgi NATO. Była głośna, liczna na papierze i kosztowna, ale technologicznie oraz doktrynalnie zawsze krok (albo dwa) za Zachodem.

Wyjątkiem była atomowa flota podwodna końca lat 80. – w momencie, w którym ZSRR rzeczywiście zbliżył się do Amerykanów pod względem technologii i możliwości bojowych. To właśnie wtedy powstała aura grozy wokół radzieckich atomowych okrętów podwodnych, a jej kulturowym echem stało się „Polowanie na Czerwony Październik” – ikona zimnowojennej wyobraźni, w której radziecka technologia na moment dorównuje, a nawet wyprzedza zachodnią. Był to jednak krótki moment historyczny, nie trwały trend.

Potem przyszedł rozpad ZSRR, a wraz z nim powolne gnicie floty podwodnej: brak pieniędzy, odpływ kadr, zapaść infrastruktury i chaos organizacyjny. Symbolicznym, tragicznym domknięciem tej epoki była katastrofa „Kurska” – wydarzenie, które pokazało nie tylko techniczne zaniedbania, ale też systemową niezdolność państwa do ratowania własnych marynarzy (i mówienia prawdy).

Flota nawodna wchodziła w XXI wiek w stanie nie mniejszego kryzysu. Przedłużające się, często groteskowe remonty największych jednostek, chroniczne problemy logistyczne i finansowe oraz serialowe perypetie jedynego lotniskowca – „Admirała Kuzniecowa” – stały się symbolem tej degrengolady. Ostatecznym, niemal podręcznikowym przykładem była historia „odpicowanej po wierzchu” „Moskwy”, flagowego krążownika floty czarnomorskiej, spuszczonego na dno przez Ukraińców. Kolejne porażki tej floty w wojnie z krajem, który nawet nie posiada marynarki wojennej z prawdziwego zdarzenia, tylko podbiły skalę rosyjskiej kompromitacji.

Dlatego obecność rosyjskich okrętów podczas amerykańskiej operacji nie zmieniła(by) niczego. rosyjska flota pozostaje fasadowym atrybutem mocarstwowości, użytecznym w paradach i propagandowych narracjach, lecz bez znaczenia w konfrontacji z państwami, które naprawdę panują na morzach.

Cieszmy mnie, że USA Trumpa znów zademonstrowały swoją siłę wobec rosji i jej sojuszników. Martwi, a raczej smuci, że czynią to tak selektywnie. To jak chodzenie na palcach wokół trupa…

Ps. Amerykańskie wojsko przejęło także drugi tankowiec powiązany z flotą cieni, tym razem na Karaibach. „Przechwycony statek M/T Sophia, operował na wodach międzynarodowych i prowadził nielegalne działania na Morzu Karaibskim” – czytamy w oświadczeniu Pentagonu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. niesławny, kopcący „Admirał Kuzniecow”/fot. mofr

Wyłączony

15 grudnia 2025 roku Ukraińcy przeprowadzili jedno z najbardziej zuchwałych uderzeń tej wojny. Na cel wzięto rosyjski okręt podwodny klasy Warszawianka (Projekt 636.3, szerzej znany jako „Kilo”), cumujący w porcie Noworosyjsk nad Morzem Czarnym. Do ataku użyto podwodnego drona kamikadze.

Operację przeprowadziła Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), uprzednio hackując portowy system monitoringu. To dzięki temu Ukraińcom udało się nagrać i upublicznić film, na którym widzimy moment podwodnej eksplozji. Wedle źródeł ukraińskich, w ataku wykorzystano dron typu „Sub Sea Baby” – niestety, nie ujawniono jego dokładnych parametrów. Wiadomo, że SBU rozwija projekt morskich bezzałogowców od początku pełnoskalowej wojny, mając dziś w arsenale jednostki autonomiczne lub półautonomiczne, jednorazowego lub wielokrotnego użytku, przenoszące głowice o masie od stu do tysiąca kilogramów. Dron operujący w Noworosyjsku musiał wykonać precyzyjną nawigację w ograniczonej przestrzeni portowej, omijając przeszkody i bariery ochronne, co wskazuje na rosnący poziom techniczny ukraińskich systemów bezzałogowych.

Zakres uszkodzeń okrętu pozostaje przedmiotem rozbieżnych ocen. Strona ukraińska, w tym analitycy powiązani z SBU, wskazuje na poważne skutki eksplozji podwodnego drona, sugerując możliwość uszkodzenia elementów newralgicznych dla eksploatacji okrętu – przede wszystkim układu napędowego, sterów lub poszycia w rejonie rufy. W takim scenariuszu nawet brak przebicia kadłuba sztywnego mógłby oznaczać długotrwałe wyłączenie jednostki z działań operacyjnych.

Z kolei część analityków zachodnich zwraca uwagę, że dostępne zobrazowania satelitarne nie pozwalają jednoznacznie potwierdzić bezpośredniego trafienia w kadłub okrętu. Bardziej prawdopodobne jest, że eksplozja nastąpiła przy nabrzeżu lub w bezpośredniej bliskości jednostki. Jak podkreśla jeden z czołowych ukraińskich OSINT-owców, Ołeksandr Kowalenko, nawet taki wariant nie wyklucza poważnych konsekwencji technicznych – fala uderzeniowa w ograniczonej przestrzeni portowej mogła doprowadzić do mikrouszkodzeń, rozszczelnień instalacji lub deformacji elementów napędu, które w przypadku okrętu podwodnego mają kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa i dalszej służby. Co więcej, sam fakt przeprowadzenia skutecznego ataku w chronionej bazie oraz potencjalna konieczność długotrwałych inspekcji i napraw oznaczają realne, operacyjne osłabienie rosyjskich zdolności podwodnych na Morzu Czarnym.

rosjanie oficjalnie zaprzeczają, by ich jednostka ucierpiała. Na dowód opublikowali film, na którym widać zacumowaną jednostkę. Obraz jest jednak mocno wykadrowany, to po pierwsze. Po drugie, okręt wciąż pozostaje w tym samym miejscu. 15 grudnia w pobliżu zacumowany był także inny okręt klasy Kilo – po ataku tę jednostkę przebazowano w inną część portu. Stąd przypuszczenie, że zaatakowany okręt nie nadaje się nawet do manewrów wewnątrz względnie bezpiecznego basenu portowego.

Reasumując: Jeśli zaatakowany okręt jest cały, niebawem wyjdzie w morze i znów zostanie użyty do ostrzału ukraińskich miast przy użyciu rakiet Kalibr. Jeśli solidnie oberwał, jego remont w Noworosyjsku – gdzie nie ma odpowiedniego zaplecza – jest mało prawdopodobny. W taki scenariuszu konieczne będzie odholowanie jednostki do którejś ze stoczni naprawczych. Najbliższy suchy dok znajduje się w Sewastopolu, co oznacza ryzykowny „marsz” przez obszar, w którym zaroi się od ukraińskich dronów…

Ten komentarz, w znacznie rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Oryginalny kadr z rosyjskiego filmiku, który ma udowodnić, że okręt z Noworosyjska jest cały. Cóż, cała jest z pewnością część widoczna na zdjęciu…/fot. mofr

Pieniądze

Sądząc po tym, co do nas dociera z Moskwy, raczej nie ma opcji na szybkie zakończenie wojny. Co oznacza, że Ukraina wciąż powinna otrzymywać zachodnie wsparcie. Jakie? Czego najbardziej jej trzeba?

W basenie Morza Czarnego inicjatywa strategiczna należy do obrońców i nic nie wskazuje na to, by sytuacja się zmieniła. rosjanie – utraciwszy (bezpowrotnie lub czasowo) ponad 30 okrętów, ale też sporo portowej infrastruktury i instalacji wojskowych jak radary czy naziemne wyrzutnie – nadal wykazują taktyczną impotencję. Zdaje się, że na Kremlu niczego ambitnego od marynarki już nie oczekują – ma pilnować mostu krymskiego i od czasu do czasu słać z morza pociski rakietowe Kalibr na ukraińskie miasta.

W Moskwie zapewne liczą, że wojnę uda się rozstrzygnąć na lądzie i w gabinetach polityków, co posiada też i swoje plusy, pozwala bowiem Ukraińcom koncentrować wysiłki gdzie indziej. Taki stan rzeczy ma również znaczenie w kontekście zachodniej pomocy. Ukraina nie potrzebuje od sojuszników dostaw sprzętu niezbędnego do prowadzenia wojny morskiej. Jest tu w istotnej mierze samowystarczalna, a i przeciwnik nie stwarza poważnego wyzwania.

—–

Inaczej mają się sprawy w domenie powietrznej. Ukraina weszła do wojny z lotnictwem załogowym kilkunastokrotnie mniejszych od rosyjskiego; kilka razy mniejszym, wziąwszy pod uwagę realny potencjał rzucony do walki przez rosję. Przez trzy lata obie strony zestrzeliły sobie porównywalną liczbę samolotów (po około 150), ale dla Ukraińców te straty były dotkliwsze. rosja częściowo ubytki odtworzyła, produkując nowe maszyny, no i dysponuje większymi rezerwami. Ukraina samolotów bojowych nie wytwarza, kompensacja obywała się poprzez przywracanie do służby maszyn dawno wycofanych (często na zasadzie składania jednego egzemplarza z kilku różnych samolotów) oraz dzięki dostawom z zagranicy. Początkowo Ukraińcy otrzymywali odrzutowce radzieckiej proweniencji, na przykład MiG-i-29 z Polski i Słowacji, od zeszłego roku nad Dniepr trafiają zachodnie konstrukcje – pochodzące z europejskich dostaw amerykańskie F-16 oraz francuskie Mirage 2000-5F.

Dziś siły powietrzne Ukrainy dysponują około dwudziestoma „efami” i co najmniej ośmioma francuskimi maszynami, w służbie jest jeszcze około 40 odrzutowców sowieckiego pochodzenia. Dla Kijowa nie ma już odwrotu od pełnej westernizacji lotnictwa. Zważywszy na rozmaite przewagi zachodnich konstrukcji, idealną byłaby sytuacja, gdyby ów proces nastąpił jak najszybciej. Niestety, nie jest to możliwe z co najmniej trzech powodów.

Po pierwsze, długości procesu szkoleniowego (co dotyczy nie tylko pilotów, ale i mechaników). Po drugie, ograniczonej podaży maszyn. Bez Stanów, które nie są skore do przekazywania „efów szesnastych” z własnych zapasów, realnie dostępnych dla Ukraińców jest kilkadziesiąt maszyn – a i one w większości nie są na „tu i teraz”. Belgia, która obiecała wysłać na Wschód kilkanaście samolotów, odsunęła realizację pomysłu na przyszły rok z uwagi na opóźnienia w dostawie następców (maszyn F-35 z USA). Francuskie możliwości dotyczące Miragów są jeszcze skromniejsze (cała pomoc zapewne skończy się na przekazaniu 16-18 myśliwców).

Ale jest i trzeci „hamulcowy” – sami Ukraińcy nie są w stanie wysłać na szkolenia dużej liczby pilotów i personelu technicznego. Jednym z głównych problemów jest słaba znajomość języka angielskiego wśród kandydatów. W efekcie proces przechodzenia na zachodnie konstrukcje następuje powoli, a bieżące uzupełnianie strat musi odbywać się w oparciu o sprzęt poradziecki. Problem w tym, że zasoby własne (magazynowe) oraz sojuszników zostały już istotnie wydrenowane. Pośród partnerów Ukrainy niewiele jest krajów, które mają jeszcze Migi i Suchoje „na chodzie”. Około tuzinem sprawnych MiG-ów-29 dysponuje Polska – z deklaracji władz RP wynika, że maszyny te trafią na Wschód. Realnie będzie to możliwe w drugiej połowie br.

—–

Jeśli idzie o lotnictwo bezzałogowe, Ukraina dobrze opanowała technologię produkcji dronów bojowych, włącznie z maszynami dalekiego zasięgu. Ukraińskie „bezpilotniki” rażą cele w głębi rosji nawet na dystansie do tysiąca kilometrów. Czy Zachód mógłby się tu jakoś zaangażować? Od strony technicznej – inżynierskiej i produkcyjnej – nie jest to pomoc niezbędna, koniecznym za to jest wsparcie finansowe ukraińskich wysiłków w tym zakresie.

Ale w domenie powietrznej mamy też obronę przeciwlotniczą (OPL) – i tutaj bez pomocy sojuszników ani rusz. Obecnie kluczowe obiekty w Ukrainie chronione są przez pięć baterii Patriot i jedną baterię SAMP/T, będącą europejskim odpowiednikiem Patriotów. Oba systemy mają zasięg ponad 100 km, doskonale spisują się w walce z rosyjskimi samolotami i pociskami manewrującymi. Rzecz w tym, że jest ich trzy razy mniej niż wynika z ukraińskich potrzeb.

Włosko-francuski SAMP/T nie jest dostępny „na już”, z Patriotami byłoby łatwiej, ale na przeszkodzie stoi amerykańska niechęć do przekazywania Ukrainie wyrzutni i radarów (z pięciu baterii Patriotów, które znalazły się nad Dnieprem, trzy podarowały Ukrainie Niemcy, jedną Rumunia; tylko jednak pochodziła ze Stanów). Świadom nastawienia donalda trumpa, Wołodymyr Zełenski stwierdził niedawno, że jego kraj gotów byłby kupić od USA dziesięć baterii. Na komercyjnych warunkach, co oznacza wydatek rzędu 20-25 mld dolarów. Dla Ukrainy to niebotyczna suma, stąd zastrzeżenie, że transakcję sfinalizowaliby europejscy partnerzy Kijowa. Co podkreśla najistotniejszy, finansowy element wsparcia Europy dla Ukrainy. W każdym razie trump nie odniósł się do propozycji Zełenskiego. To znaczy drwił z niej na użytek mediów, ale oficjalnych reakcji Waszyngtonu w tej sprawie nie znamy.

Lecz Patrioty to nie wszystko – do obrony na bliższych dystansach (do 40 km) potrzebne są inne systemy. Poprzestańmy na tym stwierdzeniu i na moment przenieśmy uwagę na Niemcy. Kilkanaście dni temu do tamtejszych mediów wyciekł protokół z wystąpienia attaché z ambasady RFN w Kijowie. Dokument opisywał ukraińskie doświadczenia z bronią „made in Germany”. Generalny wniosek był taki, że uzbrojenie to oceniane jest przez ukraińską armię jako skomplikowane, podatne na usterki, zbyt drogie i trudne do naprawienia w warunkach frontowych. Pośród krytykowanych systemów znalazł się zestaw obrony powietrznej Iris-T. Media doszukiwały się jego technicznych słabości, a to ślepa ścieżka. Iris-T spisuje się świetnie, a jego jedyną słabą stroną jest ograniczona podaż pocisków – do końca lutego br. Niemcy przekazały Ukrainie 650 sztuk (przez 2,5 roku). Jeden kosztuje ponad pół miliona euro, roczna produkcja oscyluje w granicach pięciuset pocisków. Roczne zapotrzebowanie armii ukraińskiej, biorąc pod uwagę intensywność konfliktu, szacowane jest na minimum tysiąc pięćset sztuk.

—–

Równie ograniczone są europejskie możliwości dotyczące broni pancernej – niezbędnej do prowadzenia wojny w domenie lądowej. Kontynentalni sojusznicy Ukrainy nadal mają trochę posowieckich czołgów (najwięcej Polska), ale „nawis” nowocześniejszych zachodnich konstrukcji został zużyty. Tymczasem po wyczerpujących walkach z ubiegłego roku ukraińskie siły zbrojnie zaczynają odczuwać krytyczny brak broni pancernej. I tylko USA mają odpowiedni zapas – czołgów i mocy produkcyjnych, potrzebnych do „wyszykowania” zmagazynowanych maszyn – by w miarę szybko wysłać do Ukrainy niesymboliczną partię Abramsów.

Ukraińcom brakuje też bojowych wozów piechoty. Europejskie konstrukcje (jak choćby nasz Rosomak) nie zawodzą na polu bitwy, ale dużo i szybko tego rodzaju sprzętu mogą dostarczyć tylko Amerykanie. Idzie przede wszystkim o Bradleye, które z uwagi na trakcję gąsienicową lepiej niż pojazdy kołowe sprawdzają się w ukraińskich warunkach terenowych.

I można by tak długo wymieniać kolejne rodzaje potrzebnego uzbrojenia – dość stwierdzić, że bez USA ani rusz. Ale co w sytuacji, w której Waszyngton nie kwapi się do dalszej pomocy Kijowowi? W zeszłym tygodniu pisałem o raporcie Instytutu Gospodarki Światowej (IfW) z Kilonii. Nie mam sensu przytaczać ponownie tego omówienia, dość przypomnieć najważniejsze konkluzje. A są one takie, że to Europa pomogła Ukrainie bardziej niż USA (138 mld euro vs. 115). Co więcej, ma europejska wspólnota wciąż spore „luzy” w zakresie tej pomocy, zwłaszcza Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania i Niemcy. „Gdyby «wielka piątka» krajów europejskich zrobiła choć tyle, co kraje nordyckie i bałtyckie, Europa mogłaby w dużej mierze zrekompensować wszelkie niedobory USA, zwłaszcza jeśli chodzi o pomoc finansową”, stwierdza Christoph Trebesch z IfW.

Trudno się z tą konkluzją nie zgodzić, ale przecież pieniądze nie strzelają. Można jednak kupować za nie amerykańską broń i amunicję dla Ukrainy. Robić to do czasu, aż europejskie moce produkcyjne osiągną taki poziom, by możliwe było jednoczesne budowanie większych zdolności obronnych wspólnoty oraz wspieranie Kijowa.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef FizzlewickArkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Marcie Müller-Reczek, Annie Waludzie (za „wiadro kawy”!) oraz Łukaszowi Podsiadło.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Niby-rozjem

Prezydent trump nie traci dobrego humoru. Wciąż uważa, że uda mu się zakończyć wojnę w Ukrainie i nie szczędzi superlatyw członkom swojej administracji, którzy prowadzą rozmowy z Ukraińcami i rosjanami. I tak wysłannicy z Waszyngtonu wykonują „świetną robotę”, a „rezultaty są obiecujące”. W tej erupcji samozachwytu nie ma miejsca na krytyczną refleksję i przyznanie, że wynegocjowany rozejm (a właściwie rozejmy…), to fikcja – na kilku płaszczyznach.

Przyjrzyjmy się pierwszemu porozumieniu, przewidującemu 30-dniowe zawieszenie ataków na obiekty infrastruktury energetycznej. Miało być ono skutkiem rozmowy telefonicznej trumpa z władimirem putinem, do której doszło 18 marca br. Panowie ledwie zdołali odłożyć słuchawki, a rosyjskie drony zaatakowały m.in. elektrownię w Słowiańsku. „Wysłaliśmy je zanim prezydenci się umówili, potem nie zdołaliśmy zestrzelić”, żartował w niewybredny sposób jeden z czołowych rosyjskich mil-blogerów.

—–

Oczywiście, oficjalne źródła w Moskwie utrzymywały – i nadal utrzymują – że siły zbrojne federacji przestrzegają rozejmu. Jako tych złych Kreml maluje Ukraińców, którzy jeszcze tej samej nocy przypuścili nalot na jedną z rosyjskich rafinerii. Fakt, iż była to riposta na rosyjski atak, skrzętnie został przemilczany.

Zarazem wciąż mamy do czynienia z kolejnymi rosyjskimi nalotami rakietowo-dronowymi na ukraińskie miasta. Rzekomym celem mają być obiekty militarne, ale rosjanie uderzają w zamieszkałe kwartały. 26 marca wyprowadzili ciężki nalot na Charków i Dnipro, dwa dni wcześniej bezpardonowo zaatakowali Odesę. Nieco wcześniej drony i rakiety spadły również na Sumy (…).

„Realista” lubujący się w cynizmie (a sporo takich komentatorów objawiło się przy okazji wojny na Wschodzie), mógłby „trzeźwo” zauważyć, że przecież na zawieszenie nalotów „tak w ogóle” nikt się nie umawiał; rosjanie więc nie łamią porozumienia. Rzecz w tym, że Moskwa nieustannie podkreśla dobrą wolę, zapewniając, że nie będzie atakować cywilów. No więc nie atakuje – tak jak przestrzega reguły dotyczącej nieuderzania w infrastrukturę energetyczną.

—–

Pod warstwą zakłamania mamy jeszcze jedną odsłonę rozejmowej fikcji. Na skutek rosyjskich ataków z przełomu 2022-2023 roku i uderzeń z wiosny 2024 roku, ukraińska energetyka utraciła dwie trzecie przedwojennych mocy. Obecnie produkowana energia w ponad 60 proc. pochodzi z siłowni jądrowych. A tych rosjanie zniszczyć nie mogą, sprowadziliby bowiem, także na siebie, gigantyczny ekologiczny kataklizm. I kataklizm geopolityczny, wszak po czymś takim od Moskwy odwróciliby się jej sojusznicy, zwłaszcza Chiny. Owa nietykalność elektrowni jądrowych ma jeszcze inny aspekt. Bez wchodzenia w zbędne techniczne szczegóły – siłownia musi gdzieś wysyłać wyprodukowaną energię, w przeciwnym razie dojdzie do katastrofy. Co oznacza, że rosjanie mają ograniczone możliwości niszczenia sieci przesyłowych. Konkludując wątek, rosja istotną część ukraińskiej energetyki już zniszczyła, a z tego, co zostało, zniszczyć może niewiele. Trudno zatem mówić o wielkim ustępstwie ze strony Moskwy.

Za to do ocalenia rosjanie mają całkiem sporo. Ukraina już od kilku miesięcy „grilluje” rosyjskie rafinerie i składy paliw, każdy taki atak – a tylko od września ub.r. do końca lutego 2025 roku było ich dwadzieścia pięć – przynosi szkody idące w dziesiątki milionów dolarów. Z wyliczeń niezależnych analityków OSINT wynika, że rosyjska gospodarka straciła na tych uderzeniach przeszło 650 mln dolarów. A licznik bije dalej. Nie dziwi więc, że na opublikowanej przez Kremlu liście obiektów, które powinny zostać objęte energetycznym rozejmem, na pierwszym miejscu znalazły się rafinerie, a dalej rurociągi naftowe i gazowe oraz magazyny paliw.

Ukraińcy znają wartość tej infrastruktury, więc gdy się „odgryzają”, na cel biorą takie właśnie obiekty. Kreml chciałby tego „odgryzania” uniknąć, w zamian nie oferując nic. Licząc przy tym, że Waszyngton powściągnie Kijów – co byłoby naiwnym założeniem, gdyby nie wyraźna słabość do putina i rosji, jaką żywią amerykańscy negocjatorzy z donaldem trumpem na czele.

—–

Obok nieobowiązującego rozejmu energetycznego mamy jeszcze inny „sukces” amerykańskiej dyplomacji – zawieszenie broni na Morzu Czarnym.

Załóżmy na chwilę, że to rzeczywiste i respektowane ustalenie – i spójrzmy na nie z ukraińskiej perspektywy. Morski rozejm jawi się tu niczym niepotrzebny i niechciany prezent, takie „piąte koło u wozu”. Inicjatywa strategiczna na czarnomorskim akwenie należy bowiem do Ukraińców. Wyeliminowali oni ryzyko desantu na Odesę, zerwali blokadę portów i zmusili flotę czarnomorską do przesunięcia większości jednostek z Krymu do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg. Uczynili to mimo iż nie posiadają floty, zręcznie wykorzystując kombinacje dostępnych rodzajów broni, przede wszystkim dronów morskich i powietrznych, ale też pocisków przeciwokrętowych i lotniczych pocisków manewrujących.

Inaczej mówiąc, Ukraińcy zaszachowali agresorów – poza jednym wyjątkiem. rosjanie, nie tak często jak kiedyś, ale nadal wykorzystują okręty do ostrzałów rakietowych ukraińskich miast. Robią to przede wszystkim przy użyciu okrętów podwodnych, wyposażonych w rakiety Kalibr. Cechy tych jednostek sprawiają, że Ukraińcom trudno je namierzyć i trafić w ruchu. Ale Kalibry da się zestrzelić, a ukraińska obrona przeciwlotnicza radzi sobie z tym całkiem nieźle, nade wszystko zaś ostrzał z morza stał się rzadkością. Po raz ostatni doszło do niego 7 marca br. i był to pierwszy od wielu tygodni atak z udziałem okrętów. Nie wiadomo, czy rosjanom brakuje Kalibrów czy problemem jest dostępność sprawnych okrętów. Za tym drugim przemawia fakt, że opuszczając krymski Sewastopol, rosyjska flota pozbawiła się dostępu do zaplecza naprawczo-remontowego (baza w Noworosyjsku jest w tym zakresie znacznie skromniej wyposażona).

A więc rozejm na Morzu Czarnym byłby korzystny przede wszystkim dla rosjan, których flota mogłaby wrócić na Krym. Byłby, gdyby był – bo w istocie mówimy o medialnym i politycznym artefakcie, istniejącym w głowie trumpa, jego negocjatorów, przychylnych mediów i zwolenników. Realnie nie ma żadnego rozejmu, choć jest ukraińska gotowość do powstrzymania się od operacji zbrojnych na morzu. Ale są też rosyjskie warunki wprowadzenia moratorium – zaporowe, Moskwa chciałaby bowiem w zamian zniesienia dużej części sankcji. Dopiero wtedy zgodziłaby się nie walczyć na morzu. Ale de facto i tak nie walczy, więc mamy co mamy – niby-rozejm, będący miażdżącym dowodem nieefektywności amerykańskiej dyplomacji pod wodzą trumpa…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten felieton opublikowałem na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto aktywne przekierowanie.

Rozejm

„Ukraina i rosja zgodziły się na zapewnienie bezpiecznej żeglugi i powstrzymanie się od użycia siły na Morzu Czarnym”, oświadczenie tej treści opublikował dziś Biały Dom. Czytamy w nim, że porozumienie zostało wypracowane w trakcie oddzielnych spotkań przedstawicieli administracji donalda trumpa z dyplomatami z Ukrainy i rosji. Doszło do nich w saudyjskim Rijadzie 23 i 24 marca br.

Informacje zawarte w komunikacie Białego Domu potwierdził Rustem Umerow, minister obrony Ukrainy. Z jego słów wynika, że Kijów zaakceptował propozycję wstrzymania działań wojennych na Morzu Czarnym, zaznaczając jednak, że porozumienie powinno być monitorowane przez kraje partnerskie.

Umerow stwierdził także, że ewentualne ruchy rosyjskich jednostek poza wschodnią częścią czarnomorskiego akwenu będą uznawane za naruszenie umowy. „W takim przypadku Ukraina będzie miała pełne prawo do skorzystania ze środków samoobrony”, zapowiedział.

Głos w sprawie zabrał także Wołodymyr Zełenski. Prezydent Ukrainy poinformował, że „rozejm obejmujący Morze Czarne i infrastrukturę energetyczną wchodzi w życie natychmiast”. To jasna deklaracja dobrej woli strony ukraińskiej, choć towarzyszy jej zastrzeżenie, że Kijów będzie domagał się od Waszyngtonu „dodatkowych dostaw broni i sankcji wobec rosji, jeśli Moskwa zerwie porozumienia”.

Z sygnałów płynących z rosji wynika, że „Inicjatywa Czarnomorska” wejdzie w życie po uwzględnieniu kilku warunków. Chodzi m.in. o uwolnienie rosyjskiego eksportu produktów rolnych i nawozów, podłączenie do systemu SWIFT, czy zniesienie ograniczeń w zakresie importu maszyn i towarów rolniczych na obszar federacji. By do tego doszło, potrzebna jest zgoda innych podmiotów, których działania podtrzymują reżim sankcyjny – same porozumienia z USA i Ukrainą nie wystarczą. Według Kremla, Stany Zjednoczone zgodziły się pomóc rosji w osiągnięciu tych celów. Kiedy i jak? – informacji na ten temat nie udziela żadna ze stron.

Wojna w Ukrainie ma głównie charakter lądowy, co nie zmienia faktu, że czarnomorski akwen to – obok zachodnich granic kraju – ukraińskie „okno na świat”. rosjanie zamierzali je zamknąć – w przededniu pełnoskalowej inwazji flocie czarnomorskiej postawiono dwa zadania. Miała założyć blokadę morską ukraińskich portów i szlaków żeglugowych oraz umożliwić i przeprowadzić desant morski, w wyniku którego (przy współpracy z wojskami lądowymi), zajęto by Odesę. To w tym celu ściągnięto z Bałtyku dodatkowe duże okręty desantowe.

Co z tego wyszło – wiemy; szerzej piszę o tym w tekście dla „Polski Zbrojnej” (oto link do tego materiału). Na potrzeby tego wpisu dość stwierdzić, że Ukraińcy zaszachowali rosjan na Morzu Czarnym. Wypędzili ich z zachodnich akwenów i półwyspu krymskiego do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg. Uczynili to mimo iż nie posiadają floty, zręcznie wykorzystując kombinacje dostępnych rodzajów broni, przede wszystkim dronów morskich i powietrznych, ale też pocisków przeciwokrętowych i lotniczych pocisków manewrujących.

Patrząc z tej perspektywy, rozejm na Morzu Czarnym byłby korzystny przede wszystkim dla rosjan, których flota mogłaby wrócić na Krym. Ale skorzystaliby również Ukraińcy, wszak rosjanie, nie tak często jak kiedyś, ale nadal wykorzystują okręty do ostrzałów rakietowych ukraińskich miast. Robią to głównie przy użyciu okrętów podwodnych, wyposażonych w rakiety Kalibr. Cechy tych jednostek sprawiają, że Ukraińcom trudno je namierzyć i trafić w ruchu.

—–

Szanowni, moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Wam. Dziękuję i proszę o kolejne „kawy” i subskrypcje.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Tonący krążownik rakietowy „Moskwa” – zapowiedź rosyjskich kłopotów na Morzu Czarnym, kwiecień 2022 roku/fot. anonimowe źródło rosyjskie