(Nie)pamięć

Kilka tygodni temu rozmawiałem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej – zjawiska, które podobnie jak liczebność czy uzbrojenie armii, współdecyduje o przetrwaniu danej wspólnoty. Rozmowa właśnie ukazała się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – zapraszam do saloników prasowych, gdzie znajdziecie majowy numer.

Papier to nie guma – z konieczności pierwsza część rozmowy nie weszła na łamy. A że owo wprowadzenie porusza bardzo ciekawą kwestię, podrzucam je w tym wpisie, licząc, że zachęci Was do lektury całego wywiadu.

Tymczasem sunę na północ, na spotkanie autorskie w Wolinie. Dobrego tygodnia Wam życzę!

*          *          *

– Zacznijmy od zjawiska, które zdaje się nie mieć związku z odpornością społeczną. Mam na myśli wyparcie z pamięci pandemii Covid-19. Nieodległego przecież dramatu, który Polskę kosztował ponad 200 tys. „nadmiarowych zgonów”. Mniej więcej tyle samo obywateli w twardym kinetycznym konflikcie straciła do tej pory Ukraina. Co się stało z naszymi wspomnieniami?

Wydaje mi się, że Ukraina „przykryła” doświadczenie pandemii. Płynnie przyszliśmy z jednego kryzysu w drugi, wybuch wojny na Wschodzie przekierował uwagę opinii publicznej. Ta koincydencja przypomina wydarzenia sprzed wieku – wtedy też konflikt zbrojny wyparł ze świadomości społecznej, na wiele kolejnych dekad, pandemię grypy hiszpanki. Jej niszczący przebieg został przyćmiony przez okrucieństwa I wojny światowej, śmierć milionów żołnierzy, fizyczne dewastacje, fakt, że trzeba było odbudowywać europejskie państwa i miasta.

– Więc Covid-19, jak hiszpanka, nie mógł zakorzenić się w pamięci z przyczyn od nas niezależnych. Ale chyba sami też w tym pomogliśmy?

– W moim przekonaniu nie przepracowaliśmy pamięci covidowej – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i instytucjonalnym. Nie ma w nas dostatecznej refleksji nad tym, co się wtedy działo, na poziomie państwa brakuje odpowiedzialnej polityki pamięci. Było-minęło, zajęliśmy się innymi sprawami.

– Czy to skomasowany efekt wyparcia? A może instytucjonalne zaniechania?

Sądzę, że jedno i drugie. Wielu z nas nie chce sobie przypominać, jak wyglądały pierwsze tygodnie pandemii. Ile było wówczas strachu, niepewności, chaosu. Łatwiej o to, gdy w przestrzeni publicznej panuje „cisza”. Nie ma wystaw, pomników, ogrodów pamięci ofiar Covid-19, jakie powstają w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech. Naturalna tendencja do wypierania nieprzyjemnych doświadczeń zostaje wzmocniona. W efekcie nikt nie zadaje niewygodnych pytań. A przecież państwo polskie nie spisało się w zarządzaniu kryzysowym w trakcie pandemii…

– Na początku byłyśmy prymusem, zwłaszcza we wprowadzaniu obostrzeń…

– …ale później było już coraz gorzej, a na końcu programu szczepień skandalicznie. Te wydarzenia stawiały w nienajlepszym świetle rządzących i moim zdaniem, to jeden z powodów, dla których nie skonstruowano polityki pamięci. Po co przypominać opinii publicznej o negatywnych rzeczach? A nuż pojawiłyby się niewygodne pytania – dlaczego nas tylu zginęło, dlaczego ochrona zdrowia tak kiepsko działała? Dlaczego nie podjęto pewnych działań prędzej? – itp., itd. No ale skoro my wypieramy, to takie pytania nie padają, co było politycznie wygodne.

– A może ta „niepamięć” to przejaw cynizmu? Covid zabrał głównie osoby starsze, w logice społecznego darwinizmu zbyteczne.

Jako społeczeństwo mamy ze starością problem, wypieramy ją, lekceważymy. Co jest pewnym paradoksem, zważywszy na konserwatywny rys naszej kultury, nastawionej na tożsamość i pamięć. No ale spójrzmy na poziom instytucjonalny – na kiepską kondycję Domów Pomocy Społecznej, na zapaść geriatrii, na brak polityki senioralnej. Na masę zaniedbań i niedobór regulacji, które przywodzą do wniosku, że państwo i społeczeństwo raczej nie myślą o potrzebach osób starszych. Co później przekłada się na sytuacje kryzysowe, w których cierpią ci najstarsi. Więc być może, gdybyśmy mieli do czynienia z innym wirusem, który atakuje inne grupy wiekowe, gdyby poczucie straty było dotkliwsze, to tego wyparcia byłoby mniej.

– Jest go tyle ile jest, porozmawiajmy o konsekwencjach.

– Zapominając o tym, że były, nie uczymy się na kryzysach. Kryzys nie tylko trzeba przetrwać, ale też dostosować instytucje, które go „przeżyły” i „pamiętają”, w taki sposób, by w przyszłości działały lepiej.

– Nie działają?

*          *          *

Odpowiedź wynika już wprost z tego, co do tej pory przeczytaliście, ale wywiad niesie też kilka optymistycznych wniosków, dotyczących kondycji naszego społeczeństwa. Jako się rzekło, przeczytacie go w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej” – zapraszam do lektury, bo warto!

—–

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

(De)mobilizacja

Ilość nie zawsze przechodzi w jakość, ale co do zasady, im większa armia, tym większe szanse na wojenne powodzenie. Wojny jednak kiedyś się kończą – i rzesze zmobilizowanych mężczyzn nagle pozostają bez zajęcia.

Ta sytuacja może przybrać pozytywny obrót, jak w przypadku „najwspanialszego pokolenia” – urodzonych w latach 20. XX wieku Amerykanów, których Waszyngton posłał na fronty II wojny światowej. Wróciwszy do domów, zdemobilizowani weterani zbudowali powojenną potęgę USA i własne, dobre życie.

Ale jest i scenariusz pesymistyczny, także znany z najnowszej historii. W tej opowieści miliony ocalonych z okopowego piekła mężczyzn trafiło w społeczną próżnię. Do przegranej ojczyzny, trawionej koszmarnym kryzysem i bezrobociem, gdzie dawnych bohaterów postrzegano jako darmozjadów.

„Stracone pokolenie” – tak ich nazywano, młodych Niemców, niepotrzebnych wojsku po 1918 roku. Frustracja, która w tym środowisku dojrzewała, kilka lat później znalazła tragiczne ujście. To pośród weteranów kajzerowskiej armii wykluł się faszyzm, to oni pchnęli Republikę Weimarską w objęcia zbrodniczego nazizmu.

—–

Dziś chyba możemy zaryzykować twierdzenie, że konflikt na Wschodzie zmierza do finału. Nie wierzę, by był to definitywny koniec, zakładam, że nastąpi nieco dłuższa, może nawet kilkuletnia pauza. Nie zacznie się ona jutro czy pojutrze, raczej w perspektywie najbliższych miesięcy. Tak czy inaczej, w obu armiach – rosyjskiej i ukraińskiej – służy obecnie niemal dwa i pół miliona ludzi; to o 150 proc. więcej niż przed 24 lutego 2022 roku. Jeśli podejść do sprawy racjonalnie, czas pokoju winien przynieść przynajmniej częściową demobilizację.

Co wówczas stanie się z weteranami? A może takie rozważania w ogóle nie mają racji bytu?

—–

Częściową odpowiedź przynosi nam kondycja rosyjskiej gospodarki. Parametry takie jak PKB czy bezrobocie mogą sugerować, że wszystko z nią w porządku, ale przyjrzyjmy się uważniej. Bezrobotnych jest niewielu, bo wojsko ściągnęło z rynku mnóstwo mężczyzn. Wojowanie to też robota, w rosji wyjątkowo opłacalna, tylko jaka jest wartość dodana tej pracy? Żołnierz tylko zużywa, nic nie produkuje. Z kolei wzrost PKB przede wszystkim wynika ze zwiększonej aktywności zakładów zbrojeniowych. Ale ich urobek w miażdżącej większości przepalany jest w Ukrainie. Dosłownie przepalany. Taki model gospodarowania jest skrajnie ekstensywny i uzależniony od występowania dwóch czynników.

Po pierwsze, wojny, bez której nie byłoby po co remontować i budować kolejnych partii sprzętu.

Po drugie, społecznej zgody na wyrzeczenia. Pracownicy zbrojeniówki zarabiają dwa-trzy razy więcej niż przed „spec-operacją”, ale pensje reszty obywateli nie rosną. Ba, spada jakość usług publicznych, zaniedbywane są inne gałęzie gospodarki, bo państwo połowę dochodów przeznacza na wojowanie. „Wszystko dla frontu, wszystko dla zwycięstwa!”. Patriotyczna retoryka jeszcze w rosji działa, ale po prawdzie nie ma dla niej alternatywy, tak jak nie ma alternatywy dla wojny. To znaczy byłaby, gdyby koniec konfliktu oznaczał natychmiastowy powrót do warunków wymiany gospodarczej sprzed inwazji. Co dałoby rosji sposobność zarabiania na eksporcie kopalin, dostęp do zachodnich rynków i technologii – a to z kolei tchnęłoby ducha w podupadłe przemysły i usługi. No ale na to się nie zanosi – na Zachodzie nie widać gotowości do drastycznych redukcji sankcji.

Jest więc rosja skazana na wojnę i dalsze przejadanie oszczędności. Przez kilka lat można w ten sposób funkcjonować, a przecież putin nie myśli w kategoriach długoterminowych, jest starcem. Chce utrzymać władzę teraz i w najbliższym czasie. Co będzie po nim, chyba niespecjalnie go zajmuje.

—–

No dobrze, tylko jak to się ma do perspektywy wygaszenia konfliktu, o której piszę kilka akapitów wyżej? Ano tak, że wojny nie będzie, ale wojenne wzmożenie owszem. Mobilizacja – ludzi i zasobów – bo przecież „wróg czuwa”, a dotychczasowe rozstrzygnięcia wymagają dogrywki. W takim scenariuszu koszary nadal będą pełne i choć to rozwiązanie drogie w utrzymaniu, to i tak tańsze niż regularne wojowanie. Co więcej, dające sposobność odbudowy utraconego parku sprzętowego armii, stworzenia zapasów, które teraz „przejada” front. Same korzyści…

Idźmy dalej. Płaca minimalna w rosji to odpowiednik naszych dziewięciuset złotych, przy cenach podobnych do polskich. Na „głubince” – rosyjskiej prowincji – takie wynagrodzenie to standard, nieliczni zarabiają więcej. Armia tymczasem oferuje kilkanaście razy wyższe pensje. Czy nawykli do takich zarobków weterani zgodzą się na powrót do starego – do marnych cywilnych pensji i równie marnej egzystencji? Kto im zapłacić porównywalne z żołdem pieniądze? Co zrobią, gdy armia się na nich wypnie?

Historycznie patrząc, bunty żołnierskich mas i w rosji miały moc obalania reżimów. Czy putin zaryzykuje gniew setek tysięcy zdemobilizowanych, nawykłych do przemocy mężczyzn? Zapewne wybierze opcję trzymania ich „pod parą”, w wojsku.

—–

Ukraina również płaci wojskowym więcej, niż zarabiają zwykli obywatele. W realiach pełnoskalowej wojny żołnierz ZSU otrzymuje przeciętnie pięciokrotność średniego wynagrodzenia (na nasze to ponad 10 tys. złotych). Więc i tam demobilizacja oznaczałaby materialną degradację weteranów, tym większą, jeśli ukraińska gospodarka nie ruszyłaby z kopyta. Po prawdzie, niewiele tu zależy od samej Ukrainy, a tego, ilu zagranicznych partnerów zdecyduje się pomóc w odbudowie poturbowanego kraju i w nim zainwestować. Prężny rozwój zagospodarowałby potencjał weteranów, marazm, recesja, życie w ruinach – dosłownie i w przenośni – mogłyby pchnąć zdemobilizowanych mężczyzn ku radykalizacji. Mniejsza jakiej, na pewno niebezpiecznej dla ukraińskiej demokracji.

Zresztą, nie trzeba jakiejś szczególnej obstrukcji – wystarczy, by masy byłych żołnierzy wyjechały z kraju (o co formalnie będzie łatwiej, gdy zniesiony zostanie stan wyjątkowy). Ukraina już straciła dużą część najcenniejszego potencjału demograficznego, byłby to zatem kolejny dotkliwy cios.

—–

Ale nie takiego ciosu najbardziej obawiają się w Kijowie. Fakt, iż ukraińskie władze nie rozważają drastycznej demobilizacji nawet jeśli uda się zawrzeć z rosjanami jakieś porozumienie, wynika z czego innego. Z nieufności i przekonania, że rosja – niezależnie od formalnych deklaracji – i tak spróbuje doprowadzić do terminacji ukraińskiej państwowości. Że ponownie zaatakuje.

To dlatego Kijów tak głośno protestuje przeciwko pomysłowi redukcji swoich sił zbrojnych, co miałoby być jednym z warunków pokoju. Dlatego nie godzi się na oddawanie bez walki Zaporoża, Chersońsczyzny i Doniecczyzny – by nie ułatwić rosjanom przyszłej inwazji. Dlatego wreszcie usilnie zabiega, by gwarancje bezpieczeństwa obejmowały mechanizmy, które zabezpieczą finansowanie wojska na co najmniej obecnym poziomie. Bo Ukraina sama wielkiej armii nie utrzyma, a bez niej zginie.

Nie tylko zresztą Ukraina…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane tytuły) znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst pierwotnie opublikowałem na łamach portalu Interia.pl

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. SzG ZSU

Rozdźwięk

A dziś zapraszam Was do lektury tekstu, który podsumowuje mój ostatni wyjazd do Ukrainy, jest też autorską konkluzją kilkudziesięciu rozmów, które odbyłem na przestrzeni ostatnich tygodni. Znajdziecie w nim kilka powtórzeń z poprzednich, krótszych materiałów; ten zabieg wynikał z konieczności zachowania ciągłości narracji. Ufam, że czeka Was satysfakcjonująca lektura.

Chersoń jest niczym Sarajewo z czasów serbskiego oblężenia (z lat 1992-1996). Podobnie jak w bośniackiej stolicy, w ukraińskim mieście żyje liczna populacja, tak jak wtedy, tak i dziś nękana selektywnym ostrzałem artylerii. Każdego dnia na chersońskiej tkance przybywają nowe blizny – kolejne zniszczone domy i obiekty publiczne – i tak jak w przypadku sarajewskiej rzeczywistości i tu nie ma mowy o poważnych remontach czy odbudowie. Miasto popada w ruinę…

Normalne życie zamarło (lub zeszło do podziemi), chersonianie do minimum ograniczają aktywność poza domem. W Sarajewie, obok armat i moździerzy, ryzyko dla mieszkańców stwarzali polujący snajperzy, w Chersoniu na miano najpodlejszych bandytów – atakujących kobiety, dzieci i starców, na ulicach, przystankach czy przed sklepami – pracują droniarze. „Ludzie ludziom zgotowali ten los”; znamienne, że w obu dramatach w role tych złych wcielili się Serbowie i rosjanie, przedstawiciele kulturowo blisko ze sobą związanych narodów. Nie wiem czy to przypadek.

Jedno z wielu chersońskich „dzieł” rosyjskich agresorów/fot. własne

Chersoń na mapie współczesnej Ukrainy jest miejscem wyjątkowym, doświadczenia jego mieszkańców istotnie odmienne. rosjanie stoją za wąską na tym odcinku wstęgą Dniepru. Wystarczy im zatem byle moździerz, by narobić szkód na drugim brzegu, drony zaś mogą posyłać rojami – te o najkrótszym zasięgu i tak dotrą na najgłębsze przedmieścia.

Innym miastom Ukrainy – w centrum i na zachodzie kraju – szkodzą „co najwyżej” rakiety i pociski manewrujące oraz irańskie Szahidy; amunicja kosztowna i stosunkowo nieliczna, używana więc przez rosjan w ograniczonym zakresie. I z ograniczoną skutecznością, bo ukraińska obrona przeciwlotnicza potrafi z tym zagrożeniem walczyć. Gdy zdamy sobie sprawę z tych uwarunkowań, łatwiej pojmiemy, dlaczego w Chersoniu – i szerzej, na całym poharatanym walkami i ostrzałami wschodzie – myślą inaczej niż w Kijowie czy Lwowie.

Inaczej, czyli jak? Z badań Instytutu Gallupa wynika, że wśród Ukraińców ze wschodu odsetek pragnących niezwłocznego końca wojny jest ponad dwa razy większy niż osób, które chciałyby kontynuacji walki (63 proc. vs. 27 proc.). W skali kraju już „tylko” 52 proc. obywateli życzy sobie, by Ukraina jak najszybciej wynegocjowała zakończenie wojny, a 38 proc. uważa, że państwo powinno walczyć do zwycięstwa. „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, głosi popularne powiedzenie. W nakreślonych realiach ów punkt to niewygodny fotel bądź krzesło elektryczne.

—–

Czymkolwiek jest, pozostaje sprzętem w ciemnym i zimnym pokoju. Ukraińcy do przerw w dostawach prądu przywykli, ale coś w ich postawach zaczyna się zmieniać. Kilka dni temu – po niemal tygodniowym blackoucie – na ulice wyszli mieszkańcy Odesy, w sumie kilkaset osób. Był to pierwszy tak otwarty i tak liczny protest zmęczonych obywateli, domagających się od władzy przywrócenia stałych dostaw energii. Rosnącą irytację widać też w Charkowie, gdzie normą są 6-10-godzinne wyłączenia – dość poczytać lokalne fora internetowe. Ba, narzeka nawet Kijów, gdzie prąd „być musi” przynajmniej kilkanaście godzin na dobę. „Jak tak dalej pójdzie, nie przetrwam zimy”, zwierza mi się znajomy, właściciel niewielkiego bistro. Kijowianin – skądinąd weteran, zwolniony ze służby z powodu trwałego kalectwa – wykosztował się na zakup generatora, w którym przepala teraz znaczną część przychodów.

Ukraiński system energetyczny „wisi na włosku”. Przed ostatnim dużym atakiem lotniczo-rakietowym z 28 listopada br. zapotrzebowanie na moc realizowano w 40 procentach. Najświeższych danych brak, ale z dużym prawdopodobieństwem kolejne zniszczenia elektrowni i sieci przesyłowych pogorszyły sprawę. A to może oznaczać, że rosjanom wystarczą dwa do czterech uderzeń z jednoczesnym użyciem kilkudziesięciu rakiet i pocisków manewrujących, by udało im się „wyłączyć Ukrainę”.

Skutki humanitarne w warunkach zimy nietrudno przewidzieć (szacunki mówią o fali kolejnych 4-6 mln uchodźców), a jest jeszcze kwestia energochłonnej produkcji zbrojeniowej. Prądu potrzebują duże państwowe zakłady wytwarzające pociski artyleryjskie i liczne wolontariackie manufaktury, drukujące na drukarkach 3D plastikowe elementy ładunków wybuchowych podczepianych pod drony. Jeśli to wszystko „padnie”, możliwości odtwarzania potencjału bojowego armii zostaną dramatycznie zredukowane.

Podczas ostatniego wyjazdu odwiedziłem jedną z wolontariackich manufaktur, drukujących w 3D elementy ładunków wybuchowych dla dronów/fot. własne

Tak mają się sprawy z perspektywy ogólnej i wielkomiejskiej, ale wróćmy na prowincję. Pierwsze akapity tekstu poświęciłem Chersoniowi, jednak źle jest też na pozostałych obszarach wyzwolonych spod rosyjskiej okupacji. Niedawno minęły dwa lata od spektakularnych sukcesów armii ukraińskiej, a zmian na lepsze – poza oswobodzeniem – zwykle nie widać. Wiele wsi wygląda niczym plan filmu postapo. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wraki aut, rozorane drogi. I często ani śladu żywej istotny, choćby zdziczałych psów, które na wschodzie kręcą się hordami. Wiele osad jest dosłownie martwych, w innych – w otoczeniu ruin domów dawnych sąsiadów – gnieżdżą się ukraińscy Robinsonowie.

Nawet „pokazuchy” – wsie przewidziane do odbudowy w pilotażowym programie pod patronatem Wołodymyra Zełenskiego – nie mają się czym (i jak) pochwalić. Do podcharkowskich Cyrkunów nie sposób wjechać, bo znów stały się strefą przyfrontową, a w podchersońskim Posad-Pokrowsku z zaplanowanych kilkudziesięciu domów udało się zbudować pięć. Reszta wioski pozostaje rumowiskiem, otoczonym za to solidnym metalowym płotem, na którym wymalowano sielskie obrazki osiedla przyszłości.

Brak wody, minimalnie przyzwoitej drogi, sklepu, lokalnego miejsca pracy – przedsiębiorstwa, które po zniszczeniu/rozszabrowaniu przez rosjan nie ponowiło działalności – takie są realia wyzwolonych terytoriów. Abdykacja państwa? Raczej dowód jego dramatycznej sytuacji. Bo jednak w niektórych miejscach odbudowano mosty, rozminowanie idzie pełną parą, a niewielkie, ale zawsze jakieś!, świadczenia są regularnie wypłacane. Trzy czwarte ukraińskiego budżetu pochłania prowadzenie wojny – takie są priorytety. Tuż za Posad Pokrowskiem (w stronę Chersonia) koparki, miast kopać doły pod fundamenty dla kolejnych domów, „robią przy okopach”. Miejscowi to rozumieją, ale i tak czują się porzuceni i oszukani. I coraz bardziej zmęczeni tym, jak żyją, zwłaszcza gdy znów nie ma prądu…

Posad-Pokrowskie/fot. własne

Tymczasem wojsko chce się bić dalej – co stwierdzam w oparciu o rozmowy toczone już od wielu tygodni, z wieloma mundurowymi różnego szczebla i specjalności. Nie jest to w każdym razie wniosek wywiedziony z ostatniego krótkiego wyjazdu do Ukrainy.

No więc armia chce się bić, choć po tym stwierdzeniu potrzebnych jest kilka zastrzeżeń.

Po pierwsze, w Ukrainie próżno szukać śladów patriotycznego wzmożenia z pierwszych miesięcy pełnoskalowej wojny. Obecnie istotą rekrutacji pozostaje przymusowy pobór, z którego wielu ukraińskich mężczyzn usiłuje się wykręcić, zabiegając o „odsroczki” (odroczenia).

Po drugie, armia nadal cieszy się wielkim społecznym szacunkiem. A zarazem nikt już nie ma złudzeń, że front to także dla Ukraińców „maszynka do mielenia mięsa”. Dodajmy do tego powszechne rozczarowanie, że „wróciło stare” – korupcja, prywata ludzi władzy – i towarzyszące mu przekonanie, że wojnę toczy się rękoma najbiedniejszych; innymi słowy, czynniki zdecydowanie niesprzyjające rekrutacji. W efekcie mamy sytuację, w której żołnierze są w oczach rodaków niczym gladiatorzy. Herosi, a jednocześnie życiowi pechowcy, wepchnięci w tryby śmiercionośnej maszynerii. Można darzyć ich uznaniem, szacunkiem czy nawet miłością, ale lepiej nie być na ich miejscu.

—–

Po trzecie, armia jest zmęczona i coraz bardziej sfrustrowana. Według danych ukraińskiej Prokuratury Generalnej, od stycznia do października 2024 roku wszczęto 40 tys. postępowań karnych dotyczących samowolnego opuszczenia oddziału oraz 20 tys. spraw o dezercję. To dwa i pół raza więcej niż w całym 2023 roku. Rzeczywista skala zjawiska może być większa, z drugiej strony musimy pamiętać, że miażdżąca większość łamiących prawo dobrowolnie wraca do jednostek. Nie chcą uciekać, tylko spotkać się z bliskimi, których często nie widzieli od miesięcy. Dramatyczne straty i problemy z mobilizacją z minionych miesięcy skutkowały „nadeksploatacją” żołnierzy w linii. Polityka „zero urlopów” musiała skończyć się masową niesubordynacją.

Ale do „rozkładu morale armii” wciąż droga daleka.

Choć z pewnością skraca ją wspomniana frustracja. Jak to ujął jeden z moich wojskowych rozmówców: „milion walczy, pięć milionów grzeje łóżka na tyłach; tak dłużej być nie może”. To uproszczone i często krzywdzące postrzeganie rzeczywistości – bo ktoś na ten milion i jego narzędzia musi pracować – tym niemniej nierównomierność rozłożenia wysiłku obronnego jest w Ukrainie faktem.

I po czwarte, dojrzeć należy charakterystyczną zmianę percepcji, do jakiej dochodzi, gdy cywil zostaje wcielony do wojska. Znikają wówczas wątpliwości co do sensowności prowadzenia wojny, górę bierze „logika armii” i lojalność wobec kolegów w mundurze. Zresztą więzi, szczególnie te okopowe, mają niebagatelne znaczenie dla trwałości struktury; to często one, a nie patriotyczne wzmożenie czy poczucie obowiązku, stoją za decyzjami o powrocie z samowolnego oddalenia. Cementujące armię koleżeństwo to nihil novi – historycznie obserwujemy je przy okazji innych wojen. Narastający rozdźwięk między oczekiwaniami społeczeństwa i wojska też nie jest czymś, czego byśmy nie znali z przeszłości. Mnie Ukraina coraz bardziej przypomina kajzerowskie Niemcy z ostatnich miesięcy I wojny światowej. Z czasów, kiedy wojsko ani myślało o rozejmie, ale zaplecze miało już dość ponoszonych kosztów.

—–

Nz. głównym – skwer w centrum Kehicziwki (obwód charkowski), poświęcony pamięci poległych mieszkańców miasteczka/fot. własne

Osoby zainteresowane nabyciem mojej najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku wcześniejszych pozycji (również z „bonusem”), zapraszam tu.

Niniejszy tekst zawiera fragmenty materiałów, które opublikowałem w portalach „Polska Zbrojna” i Interia.

Wsad

Na początku kwietnia br. pozycje ukraińskie na przedpolach Siewierska stały się celem specyficznego ataku. Zaczęło się prawilnie, od przygotowania artyleryjskiego, po którym jednak – miast pancernych pojazdów wspartych piechotą – do natarcia przystąpił oddział składający się z kilkunastu motocykli. Każdy jednoślad zabierał dwie osoby, uderzenie wykonano zatem w sile plutonu. Motocykliści przedarli się do ukraińskich okopów, gdzie wywiązała się krótka walka. Zaskoczeni Ukraińcy opuścili pozycje; szalona taktyka okazała się skuteczna.

W takich okolicznościach na froncie wschodnim zadebiutowały oddziały motocyklowe. Jakość wedle (pro)rosyjskich entuzjastów pomysłu porównywalna do niemieckich Sturmtruppen z czasów I wojny światowej. Czy słusznie? I tak, i nie, o czym w dalszej części tekstu, najpierw bowiem przyjrzyjmy się rzekomym protoplastom z kajzerowskiej armii.

W alianckich okopach Sturmtruppen cieszyły się złą i ponurą sławą – Francuzi nazywali ich członków „egzekutorami”, Brytyjczycy używali mniej wyszukanych określeń typu „diabły” czy „demony”. Zadaniem szturmowców było bowiem skryte przedostanie się przez ziemię niczyją, by zlikwidować wysunięte stanowiska karabinów maszynowych, wziąć jeńca czy po prostu zdezorganizować obronę przeciwnika w konkretnym miejscu. Często chodziło o odpowiednie przygotowanie gruntu (np. poprzez zniszczenie przeszkód terenowych) pod mający nastąpić atak piechoty.

Co do środków – subtelne nie były; efekty uzyskiwano poprzez zarzucenie przeciwnika granatami ręcznymi, których każdy szturmowiec zabierał ze sobą po kilkanaście. To żołnierze Sturmtruppen jako pierwsi otrzymali charakterystyczne stalowe hełmy, które przez jakiś czas – obok krótkich kawaleryjskich karabinków – stanowiły ich wyróżnik (Stahlhelmy z nakarczkiem z biegiem lat stały się standardem całej armii niemieckiej, a ich kształt wyznaczył trwający do dziś trend w projektowaniu sprzętu ochronnego).

Szturmowcy działali w małych grupach – 8-12-osobowych – wcześniej przechodzili żmudne szkolenie. W jego trakcie odsiewano niezdolnych do pełnienia służby, w której liczyła się siła, wytrzymałość i ponadprzeciętna zręczność. Trening miał też za cel maksymalne zgranie żołnierzy – tak, by w walce cały poddział funkcjonował niczym jedna sprawna maszyna. Wtórny efektem tego zgrywania (wtórnym, ale jak najbardziej pożądanym!) były silne więzi/poczucie braterstwa między członkami Sturmtruppen.

Ten model rekrutacji i przysposobienia znacząco odbiegał od standardu całej armii (nie tylko niemieckiej, ale wszystkich biorących udział w Wielkiej Wojnie). Skala zaangażowania wojska oraz wymogi frontu sprawiały, że zawieszono pokojowe normy „obróbki rekruta” – poborowi po krótkim, podstawowym szkoleniu trafiali w rejon walk. Reszty mieli się nauczyć od okopowych wiarusów – szczęściarzy, którym dane było przetrwać jatki. Uczyli się nieliczni (dołączając tym samym do grona starych, gdzie oczywiście również dochodziło do krwawej fluktuacji) – większość ginęła w ciągu kilku pierwszych dni.

Szturmowcy nie zmienili losu wojny – w ostatecznym rozrachunku było ich za mało. No i górę wzięły nawyki ujęte w czymś, co dziś ładnie nazywamy „kulturą strategiczną”. Dowódcy pierwszowojennych armii aż do samego końca nadrzędną skuteczność przypisywali masowym atakom piechoty i artyleryjskim nawałom. Niemcy się na tym przejechali, alianci mieli bowiem większe ludzkie zasoby.

Dość historii, wracamy do Ukrainy. Armia rosyjska już w początkowej fazie wojny wytraciła dużą część najlepszego personelu (pisałem o tym wielokrotnie, więc poprzestanę na tym stwierdzeniu). A uzupełnienia traktowano tak, jak w czasach I wojny (czy bliższej rosjanom „wielkiej wojny ojczyźnianej”) – krótkie szkolenie (albo i nie…) i hyc na front. Takie ad hoc formowane jednostki nie nadawały się do niczego innego, jak do frontalnych ataków. Pożytek z „jednorazowych żołnierzy” był taki, że wróg za ich sprawą ujawniał swe pozycje, zużywał zasoby, wreszcie sam się zużywał. Choć stosy trupów rosły – nadal rosną, a ostatnie dwa miesiące są w tym zakresie rekordowe – wielkich korzyści z tego nie ma. Front, nie licząc lokalnych korekt, stoi od jesieni 2022 roku.

Od tego czasu rosjanie chwytają się rozmaitych sposobów na przełamanie impasu, oddziały motocyklowe są jednym z nich.

Gwoli uczciwości zauważyć należy, że motocykle (w tym pojazdy elektryczne), nie są w armii rosyjskiej jakimś novum – co najmniej od  2017 roku jednośladów używają jednostki specjalne. Specnazowcy szkolą się w motocyklowym rozpoznaniu, w osłanianiu kolumn szturmowych czy w rajdach na tyły przeciwnika. Ba, jako pierwsi podczas tej wojny po jednoślady sięgnęli Ukraińcy – wiosną 2022 roku kilka oddziałów wyposażonych w elektryczne (a więc ciche w marszu) Delfasty wyspecjalizowało się w polowaniach na rosyjskie czołgi (do tego stopnia, że rosjanie oferowali „swoim” nagrody za schwytanie „mad-maksów”).

W takim szarpaniu przeciwnika łatwo dostrzec podobieństwo do tego, co robili niemieccy sturmtruppersi. Ale frontalne ataki to zupełnie inna historia, dziś – gdy element zaskoczenia bezpowrotnie minął – przywodząca skojarzenia z szalonymi szarżami kawaleryjskimi. Atut prędkości nie ma już znaczenia, Ukraińcy z brutalną skutecznością masakrują „mad-maksów” artylerią, coraz większą wprawę w zabijaniu załóg jednośladów mają droniarze. Odziały motocyklowe stały się więc koleiną odmianą armatniego mięsa…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Nz. Skutki ataku motocyklowego pod Wuhłedarem/fot. ZSU

Ofensywa?

Wielkość zajętego obszaru jest jednym z wyznaczników odniesionego zwycięstwa, strata zaś to miara porażki. Ale… Ale można przegrać wojnę nie utraciwszy terenów – własnych bądź wcześniej zdobytych.

Przykład armii niemieckiej z czasów I wojny światowej pasuje do tej sytuacji jak ulał. W listopadzie 1918 roku Niemcy panowały nad rozległymi obszarami należącymi niegdyś do rosji, ich wojska wciąż znajdowały się we Francji i Belgii (choć teren objęty okupacją znacząco zmniejszył się po alianckich ofensywach). A mimo to Berlin musiał prosić o rozejm – armia i społeczeństwo były bowiem zbyt wyczerpane czteroletnią wojną. Ten klimat potwornego zmęczenia doskonale oddaje „Na zachodzie bez zmian”, tak w klasycznej książkowej odsłonie, jaki i w najnowszej filmowej adaptacji z 2022 roku.

Analogicznie zatem brak zysków terytorialnych – lub ich mniejsza od założonej skala – nie musi przesądzać o niepowodzeniu działań zbrojnych. Zwłaszcza w konfliktach na wyniszczenie – jak I wojna światowa i zmagania toczone obecnie w Ukrainie.

To rosjanie tak zdefiniowali priorytet tej wojny. Wobec braku możliwości podbicia Ukrainy postanowili „uszczknąć” z niej ile się da, nade wszystko jednak ją wykrwawić. Ukarać, to jasne, ale też zmusić do ustępstw na etapie rozmów pokojowych, co łatwiej przychodzi, gdy przeciwnik jest wyczerpany. „Mamy więcej ludzi i zasobów”, kalkulują na Kremlu, przewidując powodzenie tej strategii.

Dlaczego o tym wspominam? Ano znów, wraz z nadejściem wiosny, pojawiają się zapowiedzi „wielkiej ofensywy” rosjan. Wieszczą ją politycy i analitycy – ukraińscy, zachodni, no i rzecz jasna rosyjscy. Kreślone scenariusze są najczęściej ponure, patrząc z perspektywy (pro)ukraińskiej. Niezależnie od źródeł tych sensacji, podchodzę do nich sceptycznie. I nie chodzi tylko o krytyczną ocenę potencjału armii rosyjskiej, ale właśnie o wspomniany priorytet.

Kreml konsekwentnie powtarza, że rosja dąży do całkowitego pokonania „kijowskiego reżimu” (w domyśle zajęcia Ukrainy) – ale to porządek propagandowy, na użytek „swoich”. Realny, ściśle militarny, jest nieco inny. Jestem przekonany, że generałowie federacji – znający możliwości sił zbrojnych, które nadal nie pozwalają na zawojowanie napadniętego kraju – mierzą bliżej. W wariancie optymistycznym mają nadzieję na ograniczoną, korzystną dla rosji korektę zdobyczy terytorialnych, w bardziej pesymistycznym, liczą na „dowiezienie” dotychczasowych łupów terenowych do momentu rozmów pokojowych.

A nim to nastąpi, zamierzają upuszczać Kijowowi krwi, by osłabić jego pozycję negocjacyjną.

Dosłownie upuszczać – w Moskwie dobrze wiedzą, że Ukraina ma problem z uzupełnianiem strat w ludziach, więc na froncie (…) prowadzi mało spektakularne, a zarazem dużo bezpieczniejsze działania niż poważna ofensywa. Jakie? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej” – aktywny link znajdziecie tu.

Nz. rosyjskie wojska pancerne/fot. MOFR

—–

Ps. Mam Wasze wsparcie nie za głoszenie „prawdy”, ale za mówienie o tym, jak jest. No więc w Raporcie Specjalnym mówię, jak jest. M.in. dostrzegam zaniechania nasze – Zachodu, ale i to, co dzieje się w samej Ukrainie. Która – choć brzmi to szokująco (a może nawet oburzająco) – najwyraźniej potrzebuje kolejnego wstrząsu. Dla powstrzymania rosji potrzebna jest korelacja – wysiłków Zachodu, ale i mobilizacji samych Ukraińców, za których w ostatecznym rozrachunku nikt do walki nie stanie.

Nie jest tak, że wieszczę jakiś nieunikniony dramat. Ale uczciwie opisuję kryzys, który można i trzeba pokonać.