Biznesplan

Wielu z nas zastanawia się obecnie, o co chodzi Niemcom, skąd ich kunktatorstwo, niechęć do poważnego zaangażowania się w pomoc Ukrainie. Kuglarskie sztuczki – sumujące wsparcie militarne i humanitarne, to, co już poszło, z tym, co zostało dopiero zadeklarowane – na papierze czynią z Republiki Federalnej jednego z wiodących darczyńców. Fakty zaś są takie, że Niemcom łatwiej zarzuć sabotowanie niż podziękować za wspieranie wysiłków na rzecz budowania ukraińskich możliwości obronnych. Sprawa leopardów najlepszym tego przykładem.

Nie trafia do mnie opinia o rozbudowanej rosyjskiej agenturze na szczytach władzy w Berlinie, która paraliżuje działania Niemiec. Opiera się ona na błędnym przekonaniu o jakości rosyjskich służb specjalnych. Konflikt w Ukrainie sfalsyfikował nie tylko mit „drugiej armii świata”, ale i obnażył niekompetencje agencji (kontr)wywiadowczych rosji. To nieco ułomna metoda wnioskowania dedukcyjnego, ale w mojej ocenie właściwa – nie wierzę, by gamonie, którzy tak dramatycznie pomylili się w ocenie ukraińskiego potencjału, mając na miejscu stada współpracowników, byli zdolni do rozbudowania i utrzymania siatki wpływowych agentów na terenie Niemiec.

Moskwa ma na Berlin argumenty, ale nie są one wynikiem zakulisowych rozgrywek.

Rzecz w tym, że powojenni Niemcy – wytrzebieni z militaryzmu – przekształcili swoje państwo-armię w państwo-przedsiębiorstwo, po 1990 roku rozszerzając ów wzór zachowań na wschodnie landy. Spółka o nazwie RFN działała i działa w oparciu o kalkulacje biznesowe. W relacjach międzynarodowych tak dobierając partnerów, by przynosiło to przede wszystkim ekonomiczne zyski. Ta strategia – jakkolwiek uwzględnia również rację stanu (wszak dobrobyt obywateli to jeden z nadrzędnych celów powoływania państwa) – nie jest z nią w pełni tożsama. Niespójności czy wręcz sprzeczności pojawiają się wszędzie tam, gdzie wysiłek finansowy nie przynosi szybkich zysków i przekłada się na nieco abstrakcyjne wartości, jak na przykład bezpieczeństwo sojuszników (które ostatecznie jest związane z bezpieczeństwem Niemców, ale widać to dopiero w dłuższej perspektywie czasowej, wymykającej się bieżącym „biznesplanom”; pokonana Ukraina to rosja na granicy z Polską, co nadal nie stanowi śmiertelnego zagrożenia dla Niemiec, ale je do niego przybliża). Mięta, jaką Berlin czuje do Moskwy, bierze się przede wszystkim z ekonomicznej atrakcyjności tej drugiej. I wcale nie chodzi o ogromny rynek zbytu, gdyż większość rosjan żyje na poziomie typowym dla krajów trzeciego świata, a o tanią energię, głównie gaz, która płynęła ze wschodu na zachód, pozwalając niemieckiemu przemysłowi na redukcję kosztów i utrzymywanie konkurencyjności.

Sankcje, jakie kolektywny Zachód wprowadził na rosję, postawiły ten model gospodarczy przed nie lada wyzwaniem. Niemieckie państwo i niemiecki biznes zakumulowały dość oszczędności, by trudny okres przeczekać bez większych perturbacji, ale przy założeniu, że wojna w Ukrainie nie potrwa długo. Niestety – patrząc z punkty widzenia Berlina – rosja okazała się słabo-silna: za słaba, by pokonać Ukrainę, za silna, by przegrać i zakończyć konflikt. Ten sam dualizm – choć w odwróconym porządku – jest też udziałem Ukrainy, co stawia niemiecki „biznesplan” przed perspektywą niewykonalności. Dla dobra wyniku finansowego „Deutschland GmbH” wojnę na wschodzie należy niezwłocznie zakończyć. Z analiz potencjałów obu stron wynika, że więcej atutów ma rosja i choć można ją pokonać, szybciej będzie pozwolić przegrać Ukrainie. Nie totalnie; Berlin nie chce rosyjskiej aneksji całej Ukrainy, ale na utratę wschodnich obszarów kraju chętnie przystanie. Byleby wrócić do „business as usual”.

—–

Ale analogia z przedsiębiorstwem nie wyjaśnia całej złożoności problemu. Mimo „ubiznesowienia” państwa, Niemcy przez dekady prowadziły coś na wzór działalności dobroczynnej. To sformułowanie nie jest zbyt fortunne, lecz narzuca je wspomniana analogia, bo mówimy o aktywności niezorientowanej na zysk. Powojennym Niemcom udało się zaszczepić poczucie winy za zbrodnię Holocaustu, którego konsekwencją były i są nadzwyczajne stosunki z Izraelem. Oparte w istotnej mierze o współpracę wojskową, której początek sięga 1957 roku. To wówczas doszło do potajemnego spotkania Szymona Peresa, odpowiedzialnego za zakupy broni dla Izraela, z Franzem Josefem Straussem, ministrem obrony RFN. Młode żydowskie państwo na gwałt potrzebowało broni i wyposażenia wojskowego – kolejna wojna z arabskimi sąsiadami, zapowiadającymi „wrzucenie syjonistów do morza”, wisiała na włosku. Żydom tymczasem brakowało gotówki, a stosunki z Ameryką Eisenhowera znajdowały się w krytycznym momencie. Peres poprosił więc Straussa o darmowe dostawy sprzętu z zasobów Bundeswehry. I Niemiec się zgodził – przy pełnym, choć nieformalnym poparciu całego rządu. Odtąd, przez kilka lat, do Izraela trafiały statki po brzegi wyładowane czołgami, samolotami, działami, amunicją i częściami zamiennymi (głównie amerykańskimi, zakupionymi wcześniej na potrzeby Bundeswehry). Gdyby nie te dostawy, Izraelczycy prawdopodobnie przegraliby wojnę sześciodniową z 1967 roku.

Z czasem współpraca wojskowa Niemiec i Izraela stała się jawna, choć – z uwagi na rosnące zagrożenie palestyńskim terroryzmem – raczej dyskretna. Pomogło temu nawiązanie stosunków dyplomatycznych między oboma krajami w 1965 roku. Obecnie w arsenale armii izraelskiej znajduje się sporo broni rodzimej konstrukcji, mnóstwo amerykańskiej, ale nie brakuje też produktów made in Germany. To w niemieckich stoczniach zbudowano okręty podwodne klasy Dolphin i Dolphin II. Jedne z najlepszych na świecie (jeśli nie najlepsze) czołgi Merkawa Mk IV napędzane są niemieckimi silnikami i strzelają z armat Rheinmetall, produkowanych na niemieckiej licencji. Izraelskie ministerstwo obrony wybrało niedawno amerykańsko-niemiecką przekładnię automatyczną dla nowego kołowego transportera piechoty Eitan. Przykładów można by mnożyć, choć żaden system uzbrojenia i rozwiązanie technologiczne nie będą tak istotne, jak wspomniane okręty Dolphin. Pierwszy z nich trafił do służby w 1999 roku, ostatni, szósty, w 2019. Budowę dwóch pierwszych jednostek sfinansowali Niemcy, kosztami trzeciej oba kraje podzieliły się po połowie. W 2006 roku Izrael zamówił dwa okręty Dolphin II warte po około 500 mln euro każdy, z czego Niemcy zapłaciły 1/3 tej kwoty. Pięć lat później podpisano kontrakt na szósty okręt, w ramach którego niemiecka subwencja zamknęła się w kwocie 135 mln euro. Kilka lat temu rząd Angeli Merkel zgodził się na sprzedaż kolejnych trzech okrętów (mają wejść do linii do końca bieżącej dekady). Tym razem Niemcy pokryją 30 proc. kosztów, wyliczonych na 540 mln euro.

Co istotne, mówimy o okrętach dostosowanych do przenoszenia pocisków manewrujących, uzbrojonych w głowice jądrowe o mocy 200 kT (dla porównania, moc bomby zrzuconej na Hiroszimę wynosiła 16 kT). Izrael nigdy oficjalnie nie potwierdził, że posiada broń jądrową, ale zakulisowo wielokrotnie dawał do zrozumienia swoim wrogom, że próba zniszczenia państwa żydowskiego spotka się ze srogą ripostą. Najważniejszym elementem tej strategii odstraszania są dziś dyżury „stalowych delfinów”, z których każdorazowo dwa przebywają gdzieś w morzu, gotowe do śmiercionośnego kontrataku. Dodajmy, że rozwijanie izraelskich technologii atomowych również odbyło się za pieniądze z RFN. W 1960 roku jeden z zachodnioniemieckich banków w większości kontrolowanych przez państwo, przekazał 2 mld marek na humanitarny projekt przekształcenia pustyni Negew w grunty rolne. Pieniądze trafiły tam, gdzie zapowiadano, ale – za zgodą Niemców – użyto ich do zgoła innego celu – rozbudowy Nuklearnego Centrum Badawczego.

Tych pieniędzy i tego wsparcia z pewnością by nie było, gdyby nie niemieckie poczucie winy.

Mówiła o nim w 2008 roku, podczas słynnego przemówienia w Knesecie, poruszona Angela Merkel. „Właśnie w tym miejscu chcę wyraźnie podkreślić: każdy rząd Niemiec i każdy kanclerz przede mną, byli świadomi historycznej odpowiedzialności Niemiec za bezpieczeństwo Izraela. Ta odpowiedzialność jest elementem racji stanu naszego państwa. (…) bezpieczeństwo Izraela jest dla mnie, jako niemieckiej kanclerz, czymś niepodlegającym dyskusji”, zapewniała polityczka, która podczas 16 lat urzędowania odwiedziła Izrael aż siedem razy.

—–

Poczucie winy wynikające ze zbrodni popełnionych podczas II wojny światowej miało, i nadal ma, wpływ również na relacje niemiecko-sowieckie i niemiecko-rosyjskie. Berlin wybaczał Moskwie masę niegodziwości, tłumacząc, że mu „nie wypada” łajać, karać, pouczać. Problem w tym, że po 1991 roku rosja zawłaszczyła sobie historię ZSRR (przy obojętności części dawnych republik, w tym Ukrainy, które chciały zerwać z sowieckim dziedzictwem), a wielka wojna ojczyźniana stała się jej „własnością”. Jej zwycięstwem, ale i jej koszmarnym doświadczeniem, wynikłym z niemieckich zbrodni. A Zachód kupił tę narrację, tym łatwiej, że już wcześniej – w czasach zimnej wojny – w językach potocznych obywateli wolnego świata „sowieci” funkcjonowali zamiennie z „rosjanami”, a „Związek Radziecki” z „rosją”.

Skutek? Niemcy nie czują dziś żadnych moralnych zobowiązań wobec Ukrainy. A powinny, na co rok temu – jeszcze przed rosyjską inwazją – zwrócił uwagę ówczesny ambasador Ukrainy w RFN Andrij Melnyk. Powiedział on wprost, że Niemcy „ponoszą za Ukrainę taką samą historyczną odpowiedzialność, jak za Izrael”. W efekcie działań wojennych z lat 1941-45 i niemieckiej okupacji ukraińskich terenów ZSRR, śmierć poniosło co najmniej 7 mln Ukraińców, co szósta osoba o takim etnicznym pochodzeniu. To więcej niż 6 mln ofiar Holocaustu, który stał się podstawą dla specyficznych kontaktów między RFN a Izraelem.

Polityka to cynizm, ale i powinności, na które jest miejsce także w państwie przerobionym w przedsiębiorstwo. Należy to Niemcom przypominać na każdym możliwym kroku. Wybijając wielkimi literami, że wsparcie dla Ukrainy to ich psi obowiązek.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmut i budynek o symbolicznej nazwie…/fot. Marcin Ogdowski

Ewakuacja

Na froncie bez zmian – trwa bezkompromisowa obróbka „mobików”. Najświeższe doniesienia rosyjskiej opozycyjnej prasy mówią na przykład o zagładzie całego batalionu świeżo powołanych rekrutów, posłanego na ługańszczyznę. Do „rzeźni” (dosłowny cytat) doszło w pobliżu miejscowości Makijiwka, o czym opowiadał dziennikarzom redakcji „Wiorstka” Aleksiej Agafonow, jeden z ocalałych.

Poborowych z Woroneża i okolic wysłano na front w nocy z 1 na 2 listopada. Żołnierzom rozkazano się okopać.

– Na cały batalion dostaliśmy trzy łopaty i żadnego zaopatrzenia. Do świtu jak mogliśmy, tak zaryliśmy się w ziemię – relacjonuje Agafonow.

Nad ranem zagrzmiała ukraińska artyleria, której ostrzał sprowokował oficerów do… ucieczki (porzucanie oddziału w obliczu nawały to powtarzający się w wielu relacjach „mobików” motyw, fatalnie świadczący o jakości rosyjskiej kadry dowódczej). W ciągu kilku godzin z 570 ludzi przy życiu pozostało 41. Resztki batalionu rozpierzchły się, Agafonow uciekł do pobliskiego Swatowa. Z jego opowieści wynika, że po drodze natknął się na wiele grup maruderów z kolejnych zdziesiątkowanych oddziałów. Z innych doniesień wiadomo, że w okolicy, w podobnych okolicznościach, rosjanie stracili wcześniej co najmniej dwa bataliony.

Część uciekinierów się ukrywa, lokalne dowództwo bowiem skleca naprędce nowe oddziały, składające się z żołnierzy z rozbitych jednostek – i posyła je na front, do łatania dziur.

Zdesperowani wojskowi alarmują rodziny – ci z Woroneża skłonili bliskich do protestu przed miejscową prokuraturą. Matki i żony domagały się informacji o losie swoich mężczyzn.

– Przez telefon wojenkomitet opowiada, że chłopcy są cali i zdrowi. Jacy u licha zdrowi, jak ich tam wszystkich pozabijało! – „Wiorstka” cytuje Oksanę Chołodową, matkę jednego z żołnierzy.

Tymczasem z danych ukraińskiej armii wynika, że tylko podczas minionej doby zginęło kolejnych 490 rosjan…

—–

Ale i z Kijowa płyną hiobowe wieści – władze 3-milionowej metropolii mówią o coraz bardziej prawdopodobnej ewakuacji mieszkańców. Kreml wetuje sobie porażki na froncie atakowaniem ukraińskiej infrastruktury energetycznej. Nie licząc broni jądrowej, obecnie to w zasadzie jedyna rosyjska przewaga – możliwość uderzenia rakietowego z głębokiego zaplecza, nośnikami (samolotami, okrętami) będącymi poza zasięgiem Ukraińców. To również – o czym nie raz już pisałem – wojenna zbrodnia, skutkiem takich ataków jest bowiem pozbawienie ludności cywilnej dostępu do elektryczności, ogrzewania i wody. Przysłowiowe „branie głodem i chłodem” ma rzecz jasna złamać Ukraińców, kalkulują na Kremlu.

W kijowskim merostwie nie zasypiają gruszek w popiele. „W związku ze zniszczeniem w wyniku rosyjskich nalotów 40 proc. infrastruktury energetycznej kraju, zaczęto planować ewakuację”, donosi „New York Times”. Wedle ustaleń renomowanej gazety, urzędnicy w Kijowie dowiedzą się z 12-godzinnym wyprzedzeniem, że sieć energetyczna jest na skraju awarii.

– Jeśli dojdzie do tego punktu, zaczniemy ewakuację – mówi NYT Roman Tkaczuk, dyrektor do spraw bezpieczeństwa kijowskiego urzędu miasta. Tkaczuk zaznaczył, że obecnie sytuacja jest opanowana, może się to jednak szybko zmienić, jeśli podstawowe usługi przestaną być dostępne. Dodał, że jeśli nie będzie prądu, nie będzie też wody.

—–

Wizja exodusu mieszkańców Kijowa paraliżuje wyobraźnię. Warto podkreślić, że mówimy o stolicy, gdzie funkcjonują państwowe urzędy, niezbędne do zarządzania krajem w stanie wojny – ich pracownicy z pewnością nigdzie się nie ruszą (a system kierowania państwem dysponuje odpowiednim techniczno-infrastrukturalnym zapleczem). To samo tyczy się dowództw. W mieście funkcjonują strategiczne przedsiębiorstwa – póki będą mogły pracować, póty ich personel zostanie na miejscu. Z przyczyn oczywistych nigdzie nie ruszy się kijowski garnizon, zostaną też policjanci (ktoś musi pilnować pozostawionego dobytku). Wykluczeń zapewne byłoby znacznie więcej, zatem apokaliptyczne wizje całkiem wyludnionego miasta nie mają szansy się spełnić.

W przeszłości mieliśmy do czynienia z podobnymi sytuacjami. 1 września 1939 roku (a więc na dwa dni przed wypowiedzeniem przez Wielką Brytanię wojny Niemcom), na Wyspach rozpoczęła się masowa ewakuacja ludności cywilnej, przede wszystkim dzieci. W ciągu zaledwie czterech dni (!) z największym miast – głównie z Londynu – wywieziono na wieś prawie dwa milionów osób. Metropolie – zakładano – znajdą się w zasięgu niemieckiego lotnictwa, co zresztą potwierdziło się wiosną kolejnego roku. Gdy zaczęła się bitwa o Anglię, ruszyła następna fala ewakuacji, ostatnia miała miejsce w końcowym okresie wojny, gdy brytyjska stolica stała się celem ostrzałów przy użyciu hitlerowskich „cudownych broni”.

Znamy też przypadki zaniechań, jak choćby postępowanie sowieckich władz z czasów niemieckiej blokady Leningradu z lat 1941-44. Na skutek działań wojennych w potrzasku znalazło się około 2,8 mln cywilów (2,5 mln w samym mieście). Według prof. Nikity Łomagina z Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego, znawcy tematu blokady, leningradczyków pozostawiono samych sobie, a władze „nie przewidziały, nie przekonały, nie zorganizowały, w końcu nie zmusiły najsłabszych mieszkańców – kobiety, dzieci, osoby w podeszłym wieku – do opuszczenia miasta” (cytat za miesięcznikiem Focus). Powodów zaniechania było mnóstwo, wiodące zaś – typowo sowieckie bałaganiarstwo i zła wola Stalina, który nie chciał poddawać Leningradu – miejsca narodzin rewolucji – ewakuację postrzegając jako wstęp do kapitulacji. Powszechny głód i paskudny chłód z zimy 1941-42 roku sprawiły, że wiosną, po niewczasie, sowieci rozpoczęli wywózkę cywilów. Tym niemniej setki tysięcy ludzi jej nie doczekało (w trakcie całej blokady zginęło milion mieszkańców, wedle oficjalnych danych 650 tys. Tylko 16,5 tys. zmarło na skutek bombardowań i ostrzału artyleryjskiego; resztę „strawił” głód i choroby).

Oczywiście, Kijowowi nie grozi los Leningradu, lecz widmo katastrofy humanitarnej sprawia, że trzeba myśleć o „planie B”.

—–

Jak uniknąć ewakuacji? Uszczelnienie ukraińskiej obrony przeciwlotniczej – co sukcesywnie następuje – to zaledwie półśrodek. Wyeliminować należy przyczyny – w tym przypadku zmusić rosjan do zaniechania ostrzałów i niszczenia infrastruktury krytycznej. Możliwości Ukraińców są tu mocno ograniczone, piłeczka de facto jest po stronie Zachodu. Chyba nadszedł czas skorzystania z innej niż sankcje, ekonomicznej formy nacisku. Każdy atak winien się spotkać ze znaczącym przepadkiem – oczywiście na rzecz Ukrainy – części rosyjskich aktywów zamrożonych w zachodnich instytucjach finansowych. Jest ich tam co najmniej 300 mld dol., byłoby więc z czego kroić.

Ale trzeba też Ukraińcom dać odpowiednie narzędzia militarne. Pora skończyć z „polityką krótkiego zasięgu” i dostarczyć armii ukraińskiej systemy rakietowe zdolne do rażenia celów w głębi rosji. Nie namawiam do odwetowych ostrzałów miast; Ukraińcy cywilów nie zabijają i niech tak pozostanie. Ale przekopanie infrastruktury militarnej na głębokim zapleczu mogłoby mieć daleko idące skutki psychologiczne. Jak pokazują historie żon i matek „mobików”, oddech wojny mobilizuje rosjan do działania. Nie wiem, czy ten protest nabierze odpowiedniej masy krytycznej. Wiem za to, że rosja to państwo z kartonu i że obnażenie kolejnej słabości tego niby-mocarstwa może uruchomić efekt domina. W rosyjskim pasie przygranicznym – póki co symbolicznie atakowanym przez ukraińskie rakiety i drony – nastroje już dziś są fatalne. Pociski na bloki nie spadają, a na obiekty wojskowe, lecz i tak ludzie zwyczajnie się boją. I są źli, że muszą się bać. A niechby ta fala poszła wyżej, w głąb rosji…

—–

Nz. Zniszczona w rosyjskim ataku rakietowym kamienica w Kijowie/fot. Witalij Kliczko

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

– wystarczy kliknąć TUTAJ –

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pomniki

Zrobiłem kiedyś raban (bardzo skuteczny), gdy natknąłem się na zaniedbany cmentarz wojskowy, gdzie leżeli czerwonoarmiści. I dziś zrobiłbym dokładnie to samo, choć moje przekonanie o rosji jako złu tego świata zostało zwielokrotnione po 24 lutego. Zrobiłbym z dwóch powodów: po pierwsze, bo chodziło o groby. Minąłem się z religią o wiele przecznic, ale bliska jest mi idea sacrum w odniesieniu do ludzkich szczątek. Nic w tym wyjątkowego, mówimy bowiem o kulturowym powszechniku, zdefiniowanym jako powinność – jedna z tych, która „czyni nas ludźmi”. Tym bardziej więc czułbym się zobligowany. Po drugie zaś, w tym konkretnym przypadku – nekropolii w podtoruńskich Glinkach – były to groby jeńców. Bestialsko zamordowanych przez Niemców. Jako dzieciak chodziłem po fortach, w których trzymano tych więźniów. Oglądałem ich rysunki na ścianach, uczyłem się rosyjskiego na notatkach i napisach tam zostawionych. Kiedyś zerwałem fragment otynkowania; nie mam pojęcia dlaczego. Kruchy dowód czyjejś historii zmienił się w proszek i pył. A mnie poraziło – poczułem, że krzywdzę jakiegoś Saszę czy Aloszę. Pozbawiam go istnienia. I właśnie ten lęk, niechęć przed wtórną wiktymizacją, nie pozwoliły i nie pozwoliłyby mi przejść do porządku dziennego nad bezczeszczeniem sowieckich grobów.

Ale moje „nie” nie obejmuje pomników – monumentów poświęconych armii czerwonej. Pierwotna symboliczna funkcja tych obiektów – wyrazów wdzięczności za pokonanie nazistów – uległa zatarciu. Od wielu lat stanowią one jedynie dowód dawnej dominacji. Mają przypominać Polakom o ich podległości wobec rosjan. rosja ma swoich poległych w dupie; do dziś nie pogrzebała w godny sposób milionów własnych obywateli, których szczątki walają się na obszarach postsowietu, gdzie toczyły się drugowojenne boje. Dbałość o „pamięć” jest przez Moskwę okazywana wyłącznie w specyficznych okolicznościach – gdy tyczy się podbitych niegdyś terytoriów. Wtedy „naszych grobów i pomników ani rusz!”. Grobów zgoda (choć znam rosyjskie motywy, przepraszam za każdy wjazd koparą na miejsca pochówku). Ale pomniki out! Wszystkie – a zostało ich w Polsce jeszcze ponad 30. Po prawdzie to wstyd, że gdy rosja znów morduje, w naszej przestrzeni symbolicznej hołubi się jej militarne atrybuty…

Chyba że zmienimy te monumenty w taki sposób, jak Czesi; wtedy część z nich może zostać…

—–

Nz. Uporządkowany już cmentarz w podtoruńskich Glinkach/fot. UG Wielka Nieszawka

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)inność

rosja. Stu protestujących wieje przed jednym policjantem.

– Ej, a dlaczego my uciekamy? – reflektuje się niechętny mobilizacji demonstrant. – Przecież nas jest setka, a on jeden?

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli? – odpowiada mu kolega, równie niechętny wysyłce na front.

I uciekają dalej…

Prezentowałem już kiedyś dowcip oparty o ten schemat (ich stu – on jeden). Zaadaptowałem go do potrzeb teraźniejszości, by łatwiej mi było zilustrować pewną kwestię. Mam rzecz jasna świadomość niepoprawności politycznej, ale nie zamierzam za to przepraszać. Ostatecznie rosjanie zasługują na nasze drwiny, co i tak jest łagodnym potraktowaniem za setki lat egzystencjalnego zagrożenia, jakie nam tu zgotowali. Ale ja nie o tym.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało w rosji niemałą panikę. Pisałem o tym wczoraj, wspomnę więc dla porządku o tłumach na lotniskach i na granicach, które rosjanie jeszcze mogą przekraczać. Potencjalni poborowi wolą uciec niż dać się wcielić i trafić na front. Przy tej okazji mała historyczna dygresja. Tylko dwa procent żołnierzy armii czerwonej w 1945 roku stanowili weterani wcieleni do służby przed wybuchem wojny w czerwcu 1941 roku. Reszta poległa, została ranna lub trafiła do niewoli, co w większości przypadków i tak oznaczało śmierć. Między 1941 a 1945 rokiem zginęło co najmniej 12,5 mln czerwonoarmistów. Na 5 mln niemieckich żołnierzy zabitych podczas II wojny światowej, 4 mln ofiar przypada na front wschodni. Wschód (i „wschód”, bo przecież sowieci mieli nieco inną perspektywę geograficzną niż Niemcy) był przedsionkiem piekła. W relacjach rodzinnych – tej części mojej familii, która miała niemieckie korzenie – jeszcze długo po wojnie obecny był wątek bezbrzeżnego lęku przed posłaniem do rosji, z jakim mierzyli się męscy krewni. Babcia wspominała kiedyś o uldze – która spadła na rodzinę – gdy okazało się, że zmobilizowani brat i kuzyn zostali wysłani do Francji. Ten drugi i tak zginął, co jednak nie zmieniło wyobrażeń o piekielnym wschodzie. Sowieckie bestialstwo wobec cywilów – nieodłączny element towarzyszący przemarszowi armii czerwonej – tylko je ugruntowało.

Wróćmy do współczesności. Przez front ukraiński (z naszej perspektywy wschodni, dla rosjan raczej południowy), przewinęło się dotąd 400 tys. wojskowych z armii putina. 80 tys. zginęło, zostało rannych i kontuzjowanych, dostało się do niewoli. Innymi słowy, co piąty żołnierz został wyeliminowany z walki (przy czym jeńców jest tam garstka). Powiestki – wezwania mobilizacyjne – są zatem dla rosjan niczym zaproszenie do tańca z diabłem. Tak jak kiedyś były dla ich (pra)dziadków i (pra)dziadków dawnych wrogów. To wyroki śmierci lub kalectwa, obarczone ogromnym ryzykiem realizacji.

Nie dziwi mnie zatem „nie” dla mobilizacji, lecz na boga, stanowczo protestuję przed nazywaniem demonstrantów „obrońcami praw człowieka”. Zagotowało się we mnie, gdy po raz pierwszy – wczoraj wieczorem – zetknąłem się z tą frazą. Bo nie o prawa człowieka tu idzie, a prawo Andrieja czy innego Saszy do wygodnego życia. Gdzie byli ci wszyscy obrońcy do tej pory? Jakoś nie przeszkadzało im, że giną Ukraińcy, w tym kobiety i dzieci, a większość tych śmierci to efekt terrorystycznej kampanii oraz zwyczajnego łajdactwa. Obudzili się, gdy zawisło nad nimi, nad ich bliskimi, ryzyko wysyłki na śmierć. Ja to oczywiście rozumiem, bunt zaś wspieram (jak wszystko, co kruszy zręby tego pseudopaństwa), ale nazywajmy rzeczy po imieniu.

Z tego samego powodu (intelektualnej uczciwości) nie ulegajmy narracji o jakimś gwałtownym przebudzeniu – rosji/rosjan. To, co od wczoraj oglądamy, to reakcja zlęknionej wielkomiejskiej elity, która zdała sobie sprawę, że jej w miarę wygodne życie może zostać zaburzone. Dopóki ruchawki nie obejmą biednej prowincji, dopóty nie będzie to nic istotnego. Z dostępnych informacji wynika, że policja zatrzymała półtora tysiąca demonstrantów. Sporo? Cóż, to dziesięć procent protestujących, w 144-milionowym kraju…

Ale nie chcę utwierdzać Was w przekonaniu, że „ruskie są jakieś inne/dziwne”. Pozwólcie, że znów wspomogę się historią. Babcia mojej żony spędziła okupację w jednej z podkrakowskich wsi. Jako dziewczynka, potem nastolatka, przeżyła wojnę świadomie. Z jej wspomnień wyłania się obraz zupełnie inny od martyrologicznej wizji, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Niemców właściwie tam nie ma – od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał policjant na rowerze. Taki dobroduszny pierdoła z mauzerem niezdarnie przewieszonym przez plecy, co to może i kiedyś – podczas poprzedniej wojny – zdolny był do jakichś heroicznych czynów, ale jako chłop pod pięćdziesiątkę myślał tylko o tym, żeby mieć święty spokój. Co jakiś czas do wsi wbijała większa grupa okupantów – po kontrybucje – i wówczas już tak sielsko nie było, niemniej wciąż mówimy o świecie zupełnie innym niż realia wielkich miast. Gdzie okupacja równała się bezpardonowemu terrorowi na niespotykaną wcześniej skalę. Ale w percepcji bohaterki mojej opowieści te miasta były daleko, dalekie też wydawały się wsie, które poddano brutalnym pacyfikacjom. Okupacyjny nadzór realizował ów nieszczęśnik na rowerze (nieszczęśnik, bo w końcu utłukli go partyzanci) oraz „strażnik w głowach” wieśniaków, który „przypominał im”, że Niemcy dysponują atutem przemocy i chętnie po niego sięgają.

Polska była krajem przyfrontowym, przez cały okres okupacji zmierzały nią nieprzebrane masy wojska, lecz do służby okupacyjnej oddelegowano tylko nieznaczną część niemieckich sił zbrojnych i aparatu bezpieczeństwa. Przez większość tego czasu na jednego hitlerowskiego funkcjonariusza przypadło dosłownie – jak w zacytowanym dowcipie – stu Polaków. A jednak dali się zastraszyć. Oczywiście, powstało podziemie, prowadzono akcję zbrojną, lecz wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz (na nieszczęście byli to sowieci).

W czasach PRL-u tylko w okresie stalinowskim mieliśmy do czynienia z powszechnym terrorem – później opresyjność systemu była już tylko niższa. Ale trwał, dzięki strategii terroru selektywnego. Nie było konieczności masowego gnębienia ludzi – wystarczyło, że raz na jakiś czas milicja obtłukła komuś twarz, ktoś trafił do pudła za „działalność antysystemową”, kto inny miał kłopoty (z pracą, z otrzymaniem mieszkania, z dostępem do jakichś dóbr). Ludzie wiedzieli, i bez spektakularnych akcji typu rozpędzona demonstracja czy strajk, że władza ma narzędzia do stosowania przemocy. I to wystarczało, by „karawana toczyła się dalej”. Sprzyjał temu naturalny konformizm – potrzeba zorganizowania sobie życia niezależnie od okoliczności, a choćby i z bagnetem przy dupie.

Tak naprawdę rosjanie nie realizują jakiejś etnicznie swoistej strategii życiowej – robią to, co (robiliby) inni. Z tą różnicą, że oni żyją w warunkach okupacji/zniewolenia od dawna. „Był czas przywyknąć”, wchłonąć normy wiernopoddaństwa do tego stopnia, że niemożnością wydają się inne reguły.

Na szczęście putinowskie imperium ufundowane jest na kłamstwie. Wojna w Ukrainie pokazała, że rzekoma reforma armii rosyjskiej była jedną wielką ściemą. Oszukiwano się nawzajem, trudno w tej chwili ocenić, kto kogo bardziej i kto w tym wszystkim miał większą świadomość realiów. putin, zdaje się, uwierzył, że biliony rubli wyłożone na zbrojenia dały mu wojsko na miarę XXI wieku. No i się przejechał. A upadłych mitów może być więcej. Armia jest zwykle wzorcową instytucją, świadczącą o sprawności państwa – jeśli więc ona nie działa, uprawnionym są podejrzenia, że aparat represji jest w podobnej kondycji.

Czy jest? rosjanie chyba tego nie wiedzą, nie wiem, czy chcą wiedzieć. Czy chcą sprawdzić, co się stanie, jak wrzucą „pierdołę na rowerze” do studni. Będzie to (byłoby!) co najmniej tak ważne jak ukraińskie zwycięstwa na froncie. Bez wewnętrznej presji to obrzydliwe gmaszysko się nie przewali.

—–

Nz. „Sprawdzam!” w odniesieniu do rosyjskiej armii przynosi takie skutki…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Siła!

Druga wojna światowa rozpoczęła się atakiem lotniczym. Dziś to standard, wówczas nowa jakość, zapowiadająca erę powietrznej dominacji jako warunku zwycięstwa w konflikcie zbrojnym. Wczesnym rankiem 1 września 1939 roku 29 niemieckich sztukasów zbombardowało przygraniczny Wieluń. Pierwsze bomby spadły na szpital Wszystkich Świętych, zabijając 32 osoby. Później zbombardowano rynek pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia militarnego miasta, ostatecznie burząc je w 75 proc. Była to pierwsza z niemieckich zbrodni wojennych, wcale nieskrywana przez i wobec Niemców. W ówczesnej prasie można na przykład odnaleźć entuzjastyczne relacje mjr Oskara Dinorta, pilota Junkersa, odznaczonego za akcję nad Wieluniem Krzyżem Żelaznym.

Pięć lat temu z niesmakiem przyglądałem się publicznej dyskusji, wywołanej słowami Andrzeja Dudy, który powiedział, że nalot na Wieluń nazwalibyśmy dziś aktem terrorystycznym. AntyPiS orzekł, że prezydent „przesadza, odbiło mu”, pisowcy twierdzili, że ma rację – i tak młócono się od rana do wieczora w kolejną rocznicę wybuchu wojny, sięgając po coraz bardziej absurdalne argumenty. „K… mać!”, przeklinałem w duchu. „Co za idioci”, myślałem o politykach opozycji (zasmucony ich dyspozycją intelektualną, która nie wieszczyła rychłego pokonania PiS-u). Sprawa bowiem była oczywista – zbombardowanie śpiących cywilów (w tym pacjentów dobrze oznakowanego szpitala!), to terroryzm „najczystszej” wody. Niezależnie od tego, czy stoi za tym regularna armia czy jakieś bandyckie ugrupowanie. Uciekanie w zawiłości prawa nie ma tu najmniejszego sensu. Dziś – po wielokrotnych wyczynach rosyjskiego lotnictwa w Ukrainie – panuje w tej materii ponadpartyjny konsensus. Nazywania rosji państwem terrorystycznym unika w zasadzie tylko Konfederacja (tfu!), z oczywistych jak się wydaje powodów. Ale wtedy – te pięć lat temu – chodziło nie o poszanowanie faktów, a o to, by przywalić „pisiurom”.

Boże broń, żadnym niewinnym ofiarom nagonki – były to przecież czasy, kiedy armią trząsł Antoni Macierewicz. Z perspektywy czasu jego ówczesne dokonania jeszcze bardziej jeżą włos na głowie. Typ zafundował wojsku kadrową czystkę i karuzelę awansów niczym Stalin sowietom przed wybuchem II wojny. Skala była rzecz jasna nieporównywalna, bo i armia kilkudziesięciokrotnie mniejsza, zaś oficerowie nie stawali pod ścianą, czekając na strzał w tył głowy – ale nie, nie jest to żadna okoliczność łagodząca. Wojsko było bowiem osłabione jak nigdy po 1989 roku. A z tego mogli się cieszyć wyłącznie rosjanie…

„(…) Z wojen, zwłaszcza z przegranych kampanii, winniśmy wyciągać wnioski. Generalicja Wojska Polskiego w 1939 roku miała marne kompetencje; nasi w lampasach do pięt nie dorastali swoim doskonale wykształconym niemieckim przeciwnikom. Dezercja Rydza-Śmigłego stanowiła zwieńczenie całej serii kadrowych pomyłek, zapoczątkowanej wraz z nastaniem sanacji, wzmożonej po śmierci Piłsudskiego. Awanse na najważniejsze stanowiska – oparte o kryteria politycznej i towarzyskiej lojalności – były jednym z powodów wrześniowej klęski. Jednym z istotniejszych – należy podkreślić. Warto, by pamiętali o tym współcześni politycy, skorzy do czyszczenia szeregów wojska w oparciu o wydumane zarzuty, akceptujący pomysł przyspieszonych awansów i ceniący sobie ideologiczne oddanie nad dowódcze kompetencje. Historia lubi się powtarzać…”, pisałem trzy lata temu. W międzyczasie Amerykanie dopięli swego, „Macier” stracił stołek i realne wpływy na armię, pisowcy zaś się opamiętali. Mógłbym przyczepić się do zasadności części generalskich awansów, które nastąpiły po styczniu 2018 roku, ale wolę skupić się na tym, że lampasy otrzymało wielu solidnych rzemieślników w mundurach. Czy jest pośród nich jakiś współczesny Tadeusz Kutrzeba (ten oryginalny zasługuje na miano diamentu generalicji II RP)? – nie wiem. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”, głosi popularne powiedzenie, a nas – naszej armii, naszych możliwości obronnych – lepiej żeby nie sprawdzano.

„Nigdy więcej wojny!”, inne popularne hasło, jest tu jak najbardziej na miejscu. Ale pozostanie pustym i żałosnym wołaniem, jeśli rosjanom uda się pokonać Ukrainę. Dziś bowiem to rosja stanowi dla środkowo-wschodniej Europy takie samo zagrożenie, jak niegdyś nazistowskie Niemcy. Trzeba ją więc zgruchotać – co wybornie wychodzi Ukraińcom, gotowym do dalszej walki. Trzeba więc ich wspierać, tak długo, jak będzie to potrzebne. Do zwycięstwa.

Trzeba też inwestować we własną armię oraz dbać o sojusze. Kremlowska propaganda – w Polsce za pomocą sieci użytecznych idiotów – przez lata przekonywała, że zachodnie gwarancje bezpieczeństwa są tak naprawdę pustymi obietnicami. Więc gdy raszystowskie hordy ruszyły 24 lutego na Ukrainę, wielu z nas się przelękło. „Przyjdą i po nas”, wieszczono. Przyszli – sojusznicy. Swoisty młyn na naszym niebie stanowił najlepszy dowód, że nie ma mowy o żadnej powtórce z 1939 roku. Peryferyjna dotąd przestrzeń powietrzna RP zaroiła się od natowskich samolotów. I pozostaje gęsta do dziś. W 32. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku stacjonuje dla przykładu 12 amerykańskich F-22 Raptor. Dwanaście… – co czyni Łask najsilniejszą bazą sił powietrznych w Europie. Raptory to żadne tam sowieckie popierdółki, a odkurzacze nieba – wymiotą zeń wszystko, co tylko stanowić będzie jakiekolwiek zagrożenie. Impotentne taktycznie, pozbawione przetrenowanych procedur i biedne w kwestii zaawansowanego uzbrojenia precyzyjnego rosyjskie lotnictwo nie stanowi dla nich godnego przeciwnika.

„To jest taka siła, że ciężko sobie wyobrazić”, pisze mi Bartek Bera, autor trzech załączonych zdjęć, wykonanych kilka dni temu w Łasku, doskonale obeznany z tajnikami współczesnego lotnictwa wojskowego.

Szkoda tylko – dodam od siebie – że nie da się ich użyć nad Ukrainą. Byłoby już pozamiatane.

PS. Czołowe zdjęcie zrobił w 2016 roku towarzyszący mi fotoreporter Paweł Krawczyk, w przedszkolnym oddziale jednej ze szkół w powiecie izjumskim. Wieczorem 31 sierpnia, w przededniu kolejnego roku szkolnego. Placówka gotowa była na przyjęcie wychowanków. Nie wiem, czy dziś zainaugurowała kolejny rok, wiem, że ten rejon okupują rosjanie. Wierzę, że to ich ostatni 1 września na ukraińskiej ziemi. Że kolejne spędzą u siebie, albo W ukraińskiej ziemi – bo nikt ich tam nie zapraszał, jak i my nie zapraszaliśmy Niemców rankiem 1 września 1939 roku…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to