(Nie)inność

rosja. Stu protestujących wieje przed jednym policjantem.

– Ej, a dlaczego my uciekamy? – reflektuje się niechętny mobilizacji demonstrant. – Przecież nas jest setka, a on jeden?

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli? – odpowiada mu kolega, równie niechętny wysyłce na front.

I uciekają dalej…

Prezentowałem już kiedyś dowcip oparty o ten schemat (ich stu – on jeden). Zaadaptowałem go do potrzeb teraźniejszości, by łatwiej mi było zilustrować pewną kwestię. Mam rzecz jasna świadomość niepoprawności politycznej, ale nie zamierzam za to przepraszać. Ostatecznie rosjanie zasługują na nasze drwiny, co i tak jest łagodnym potraktowaniem za setki lat egzystencjalnego zagrożenia, jakie nam tu zgotowali. Ale ja nie o tym.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało w rosji niemałą panikę. Pisałem o tym wczoraj, wspomnę więc dla porządku o tłumach na lotniskach i na granicach, które rosjanie jeszcze mogą przekraczać. Potencjalni poborowi wolą uciec niż dać się wcielić i trafić na front. Przy tej okazji mała historyczna dygresja. Tylko dwa procent żołnierzy armii czerwonej w 1945 roku stanowili weterani wcieleni do służby przed wybuchem wojny w czerwcu 1941 roku. Reszta poległa, została ranna lub trafiła do niewoli, co w większości przypadków i tak oznaczało śmierć. Między 1941 a 1945 rokiem zginęło co najmniej 12,5 mln czerwonoarmistów. Na 5 mln niemieckich żołnierzy zabitych podczas II wojny światowej, 4 mln ofiar przypada na front wschodni. Wschód (i „wschód”, bo przecież sowieci mieli nieco inną perspektywę geograficzną niż Niemcy) był przedsionkiem piekła. W relacjach rodzinnych – tej części mojej familii, która miała niemieckie korzenie – jeszcze długo po wojnie obecny był wątek bezbrzeżnego lęku przed posłaniem do rosji, z jakim mierzyli się męscy krewni. Babcia wspominała kiedyś o uldze – która spadła na rodzinę – gdy okazało się, że zmobilizowani brat i kuzyn zostali wysłani do Francji. Ten drugi i tak zginął, co jednak nie zmieniło wyobrażeń o piekielnym wschodzie. Sowieckie bestialstwo wobec cywilów – nieodłączny element towarzyszący przemarszowi armii czerwonej – tylko je ugruntowało.

Wróćmy do współczesności. Przez front ukraiński (z naszej perspektywy wschodni, dla rosjan raczej południowy), przewinęło się dotąd 400 tys. wojskowych z armii putina. 80 tys. zginęło, zostało rannych i kontuzjowanych, dostało się do niewoli. Innymi słowy, co piąty żołnierz został wyeliminowany z walki (przy czym jeńców jest tam garstka). Powiestki – wezwania mobilizacyjne – są zatem dla rosjan niczym zaproszenie do tańca z diabłem. Tak jak kiedyś były dla ich (pra)dziadków i (pra)dziadków dawnych wrogów. To wyroki śmierci lub kalectwa, obarczone ogromnym ryzykiem realizacji.

Nie dziwi mnie zatem „nie” dla mobilizacji, lecz na boga, stanowczo protestuję przed nazywaniem demonstrantów „obrońcami praw człowieka”. Zagotowało się we mnie, gdy po raz pierwszy – wczoraj wieczorem – zetknąłem się z tą frazą. Bo nie o prawa człowieka tu idzie, a prawo Andrieja czy innego Saszy do wygodnego życia. Gdzie byli ci wszyscy obrońcy do tej pory? Jakoś nie przeszkadzało im, że giną Ukraińcy, w tym kobiety i dzieci, a większość tych śmierci to efekt terrorystycznej kampanii oraz zwyczajnego łajdactwa. Obudzili się, gdy zawisło nad nimi, nad ich bliskimi, ryzyko wysyłki na śmierć. Ja to oczywiście rozumiem, bunt zaś wspieram (jak wszystko, co kruszy zręby tego pseudopaństwa), ale nazywajmy rzeczy po imieniu.

Z tego samego powodu (intelektualnej uczciwości) nie ulegajmy narracji o jakimś gwałtownym przebudzeniu – rosji/rosjan. To, co od wczoraj oglądamy, to reakcja zlęknionej wielkomiejskiej elity, która zdała sobie sprawę, że jej w miarę wygodne życie może zostać zaburzone. Dopóki ruchawki nie obejmą biednej prowincji, dopóty nie będzie to nic istotnego. Z dostępnych informacji wynika, że policja zatrzymała półtora tysiąca demonstrantów. Sporo? Cóż, to dziesięć procent protestujących, w 144-milionowym kraju…

Ale nie chcę utwierdzać Was w przekonaniu, że „ruskie są jakieś inne/dziwne”. Pozwólcie, że znów wspomogę się historią. Babcia mojej żony spędziła okupację w jednej z podkrakowskich wsi. Jako dziewczynka, potem nastolatka, przeżyła wojnę świadomie. Z jej wspomnień wyłania się obraz zupełnie inny od martyrologicznej wizji, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Niemców właściwie tam nie ma – od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał policjant na rowerze. Taki dobroduszny pierdoła z mauzerem niezdarnie przewieszonym przez plecy, co to może i kiedyś – podczas poprzedniej wojny – zdolny był do jakichś heroicznych czynów, ale jako chłop pod pięćdziesiątkę myślał tylko o tym, żeby mieć święty spokój. Co jakiś czas do wsi wbijała większa grupa okupantów – po kontrybucje – i wówczas już tak sielsko nie było, niemniej wciąż mówimy o świecie zupełnie innym niż realia wielkich miast. Gdzie okupacja równała się bezpardonowemu terrorowi na niespotykaną wcześniej skalę. Ale w percepcji bohaterki mojej opowieści te miasta były daleko, dalekie też wydawały się wsie, które poddano brutalnym pacyfikacjom. Okupacyjny nadzór realizował ów nieszczęśnik na rowerze (nieszczęśnik, bo w końcu utłukli go partyzanci) oraz „strażnik w głowach” wieśniaków, który „przypominał im”, że Niemcy dysponują atutem przemocy i chętnie po niego sięgają.

Polska była krajem przyfrontowym, przez cały okres okupacji zmierzały nią nieprzebrane masy wojska, lecz do służby okupacyjnej oddelegowano tylko nieznaczną część niemieckich sił zbrojnych i aparatu bezpieczeństwa. Przez większość tego czasu na jednego hitlerowskiego funkcjonariusza przypadło dosłownie – jak w zacytowanym dowcipie – stu Polaków. A jednak dali się zastraszyć. Oczywiście, powstało podziemie, prowadzono akcję zbrojną, lecz wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz (na nieszczęście byli to sowieci).

W czasach PRL-u tylko w okresie stalinowskim mieliśmy do czynienia z powszechnym terrorem – później opresyjność systemu była już tylko niższa. Ale trwał, dzięki strategii terroru selektywnego. Nie było konieczności masowego gnębienia ludzi – wystarczyło, że raz na jakiś czas milicja obtłukła komuś twarz, ktoś trafił do pudła za „działalność antysystemową”, kto inny miał kłopoty (z pracą, z otrzymaniem mieszkania, z dostępem do jakichś dóbr). Ludzie wiedzieli, i bez spektakularnych akcji typu rozpędzona demonstracja czy strajk, że władza ma narzędzia do stosowania przemocy. I to wystarczało, by „karawana toczyła się dalej”. Sprzyjał temu naturalny konformizm – potrzeba zorganizowania sobie życia niezależnie od okoliczności, a choćby i z bagnetem przy dupie.

Tak naprawdę rosjanie nie realizują jakiejś etnicznie swoistej strategii życiowej – robią to, co (robiliby) inni. Z tą różnicą, że oni żyją w warunkach okupacji/zniewolenia od dawna. „Był czas przywyknąć”, wchłonąć normy wiernopoddaństwa do tego stopnia, że niemożnością wydają się inne reguły.

Na szczęście putinowskie imperium ufundowane jest na kłamstwie. Wojna w Ukrainie pokazała, że rzekoma reforma armii rosyjskiej była jedną wielką ściemą. Oszukiwano się nawzajem, trudno w tej chwili ocenić, kto kogo bardziej i kto w tym wszystkim miał większą świadomość realiów. putin, zdaje się, uwierzył, że biliony rubli wyłożone na zbrojenia dały mu wojsko na miarę XXI wieku. No i się przejechał. A upadłych mitów może być więcej. Armia jest zwykle wzorcową instytucją, świadczącą o sprawności państwa – jeśli więc ona nie działa, uprawnionym są podejrzenia, że aparat represji jest w podobnej kondycji.

Czy jest? rosjanie chyba tego nie wiedzą, nie wiem, czy chcą wiedzieć. Czy chcą sprawdzić, co się stanie, jak wrzucą „pierdołę na rowerze” do studni. Będzie to (byłoby!) co najmniej tak ważne jak ukraińskie zwycięstwa na froncie. Bez wewnętrznej presji to obrzydliwe gmaszysko się nie przewali.

—–

Nz. „Sprawdzam!” w odniesieniu do rosyjskiej armii przynosi takie skutki…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Siła!

Druga wojna światowa rozpoczęła się atakiem lotniczym. Dziś to standard, wówczas nowa jakość, zapowiadająca erę powietrznej dominacji jako warunku zwycięstwa w konflikcie zbrojnym. Wczesnym rankiem 1 września 1939 roku 29 niemieckich sztukasów zbombardowało przygraniczny Wieluń. Pierwsze bomby spadły na szpital Wszystkich Świętych, zabijając 32 osoby. Później zbombardowano rynek pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia militarnego miasta, ostatecznie burząc je w 75 proc. Była to pierwsza z niemieckich zbrodni wojennych, wcale nieskrywana przez i wobec Niemców. W ówczesnej prasie można na przykład odnaleźć entuzjastyczne relacje mjr Oskara Dinorta, pilota Junkersa, odznaczonego za akcję nad Wieluniem Krzyżem Żelaznym.

Pięć lat temu z niesmakiem przyglądałem się publicznej dyskusji, wywołanej słowami Andrzeja Dudy, który powiedział, że nalot na Wieluń nazwalibyśmy dziś aktem terrorystycznym. AntyPiS orzekł, że prezydent „przesadza, odbiło mu”, pisowcy twierdzili, że ma rację – i tak młócono się od rana do wieczora w kolejną rocznicę wybuchu wojny, sięgając po coraz bardziej absurdalne argumenty. „K… mać!”, przeklinałem w duchu. „Co za idioci”, myślałem o politykach opozycji (zasmucony ich dyspozycją intelektualną, która nie wieszczyła rychłego pokonania PiS-u). Sprawa bowiem była oczywista – zbombardowanie śpiących cywilów (w tym pacjentów dobrze oznakowanego szpitala!), to terroryzm „najczystszej” wody. Niezależnie od tego, czy stoi za tym regularna armia czy jakieś bandyckie ugrupowanie. Uciekanie w zawiłości prawa nie ma tu najmniejszego sensu. Dziś – po wielokrotnych wyczynach rosyjskiego lotnictwa w Ukrainie – panuje w tej materii ponadpartyjny konsensus. Nazywania rosji państwem terrorystycznym unika w zasadzie tylko Konfederacja (tfu!), z oczywistych jak się wydaje powodów. Ale wtedy – te pięć lat temu – chodziło nie o poszanowanie faktów, a o to, by przywalić „pisiurom”.

Boże broń, żadnym niewinnym ofiarom nagonki – były to przecież czasy, kiedy armią trząsł Antoni Macierewicz. Z perspektywy czasu jego ówczesne dokonania jeszcze bardziej jeżą włos na głowie. Typ zafundował wojsku kadrową czystkę i karuzelę awansów niczym Stalin sowietom przed wybuchem II wojny. Skala była rzecz jasna nieporównywalna, bo i armia kilkudziesięciokrotnie mniejsza, zaś oficerowie nie stawali pod ścianą, czekając na strzał w tył głowy – ale nie, nie jest to żadna okoliczność łagodząca. Wojsko było bowiem osłabione jak nigdy po 1989 roku. A z tego mogli się cieszyć wyłącznie rosjanie…

„(…) Z wojen, zwłaszcza z przegranych kampanii, winniśmy wyciągać wnioski. Generalicja Wojska Polskiego w 1939 roku miała marne kompetencje; nasi w lampasach do pięt nie dorastali swoim doskonale wykształconym niemieckim przeciwnikom. Dezercja Rydza-Śmigłego stanowiła zwieńczenie całej serii kadrowych pomyłek, zapoczątkowanej wraz z nastaniem sanacji, wzmożonej po śmierci Piłsudskiego. Awanse na najważniejsze stanowiska – oparte o kryteria politycznej i towarzyskiej lojalności – były jednym z powodów wrześniowej klęski. Jednym z istotniejszych – należy podkreślić. Warto, by pamiętali o tym współcześni politycy, skorzy do czyszczenia szeregów wojska w oparciu o wydumane zarzuty, akceptujący pomysł przyspieszonych awansów i ceniący sobie ideologiczne oddanie nad dowódcze kompetencje. Historia lubi się powtarzać…”, pisałem trzy lata temu. W międzyczasie Amerykanie dopięli swego, „Macier” stracił stołek i realne wpływy na armię, pisowcy zaś się opamiętali. Mógłbym przyczepić się do zasadności części generalskich awansów, które nastąpiły po styczniu 2018 roku, ale wolę skupić się na tym, że lampasy otrzymało wielu solidnych rzemieślników w mundurach. Czy jest pośród nich jakiś współczesny Tadeusz Kutrzeba (ten oryginalny zasługuje na miano diamentu generalicji II RP)? – nie wiem. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”, głosi popularne powiedzenie, a nas – naszej armii, naszych możliwości obronnych – lepiej żeby nie sprawdzano.

„Nigdy więcej wojny!”, inne popularne hasło, jest tu jak najbardziej na miejscu. Ale pozostanie pustym i żałosnym wołaniem, jeśli rosjanom uda się pokonać Ukrainę. Dziś bowiem to rosja stanowi dla środkowo-wschodniej Europy takie samo zagrożenie, jak niegdyś nazistowskie Niemcy. Trzeba ją więc zgruchotać – co wybornie wychodzi Ukraińcom, gotowym do dalszej walki. Trzeba więc ich wspierać, tak długo, jak będzie to potrzebne. Do zwycięstwa.

Trzeba też inwestować we własną armię oraz dbać o sojusze. Kremlowska propaganda – w Polsce za pomocą sieci użytecznych idiotów – przez lata przekonywała, że zachodnie gwarancje bezpieczeństwa są tak naprawdę pustymi obietnicami. Więc gdy raszystowskie hordy ruszyły 24 lutego na Ukrainę, wielu z nas się przelękło. „Przyjdą i po nas”, wieszczono. Przyszli – sojusznicy. Swoisty młyn na naszym niebie stanowił najlepszy dowód, że nie ma mowy o żadnej powtórce z 1939 roku. Peryferyjna dotąd przestrzeń powietrzna RP zaroiła się od natowskich samolotów. I pozostaje gęsta do dziś. W 32. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku stacjonuje dla przykładu 12 amerykańskich F-22 Raptor. Dwanaście… – co czyni Łask najsilniejszą bazą sił powietrznych w Europie. Raptory to żadne tam sowieckie popierdółki, a odkurzacze nieba – wymiotą zeń wszystko, co tylko stanowić będzie jakiekolwiek zagrożenie. Impotentne taktycznie, pozbawione przetrenowanych procedur i biedne w kwestii zaawansowanego uzbrojenia precyzyjnego rosyjskie lotnictwo nie stanowi dla nich godnego przeciwnika.

„To jest taka siła, że ciężko sobie wyobrazić”, pisze mi Bartek Bera, autor trzech załączonych zdjęć, wykonanych kilka dni temu w Łasku, doskonale obeznany z tajnikami współczesnego lotnictwa wojskowego.

Szkoda tylko – dodam od siebie – że nie da się ich użyć nad Ukrainą. Byłoby już pozamiatane.

PS. Czołowe zdjęcie zrobił w 2016 roku towarzyszący mi fotoreporter Paweł Krawczyk, w przedszkolnym oddziale jednej ze szkół w powiecie izjumskim. Wieczorem 31 sierpnia, w przededniu kolejnego roku szkolnego. Placówka gotowa była na przyjęcie wychowanków. Nie wiem, czy dziś zainaugurowała kolejny rok, wiem, że ten rejon okupują rosjanie. Wierzę, że to ich ostatni 1 września na ukraińskiej ziemi. Że kolejne spędzą u siebie, albo W ukraińskiej ziemi – bo nikt ich tam nie zapraszał, jak i my nie zapraszaliśmy Niemców rankiem 1 września 1939 roku…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Skaza?

Etniczni Polacy w odniesieniu do Żydów mają mnóstwo za uszami – nigdy więc nie stanę po stronie bezkrytycznych apologetów, usiłujących wmówić nam, jak to wspaniałomyślnie zachowywaliśmy się podczas okupacji. Gówno prawda.

Ale…

Ale wspominam dziś jeden z wyjazdów na wschód Ukrainy, do Doniecka. Była piękna wiosna, po zajęciu przez separatystów i Rosjan portu lotniczego, miasto poczuło wyraźną ulgę. Linia frontu odsunęła się nieco od przedmieść, walki wyraźnie zelżały. Artyleria owszem, huczała, obie strony dokuczały sobie moździerzami, ostrzałami z broni maszynowej, snajperzy również nie próżnowali. Ale to działo się kilka kilometrów od centrum miasta, które właściwie pozostawało nietknięte i bezpieczne. Pociski spadały gdzieś na obrzeżach, wciąż ginęli ludzie, ale dało się żyć.

Dało na tyle, że lokalne kluby piłkarskie przeprowadzały rozgrywki (młodzików), a dzieci w jednej z podstawówek chodziły na zajęcia z baletu. Działa się też masa innych sytuacji, ale wspominam akurat te, które widziałem na własne oczy. Widziałem też ogródki piwne i ludzi przy stolikach spożywających trunek z pianką. Rozmawiających, śmiejących się, kłócących; byłem świadkiem całego spektrum zwyczajnych zachowań. Niezwyczajne były tylko dochodzące gdzieś z oddali wystrzały i wybuchy. Którymi nikt się już specjalnie nie przejmował.

Kilka miesięcy później, w samym środku lata, byłem w Mariupolu. Przyjechaliśmy z kolegami akurat w sobotę i poszliśmy na tamtejszą promenadę. Knajpy i dyskoteki działały w najlepsze, alkohol lał się strumieniami. Wypindrzone laski i odsztafirowani kolesie konsumowali młodość jakby kilkanaście kilometrów dalej, na wschód, nie rozciągała się linia frontu. Widoczne stamtąd rozbłyski traktowano niczym fajerwerki, świetlną oprawę gorączki sobotniej nocy.

A w Szyrokino ginęli ludzie.

Wspominam o tym dziś, w rocznicę wybuchu pierwszego z warszawskich Powstań – tego w getcie. Wspominam, bo znów tu i ówdzie pojawiają się oburzone głosy, że Polacy po „aryjskiej” stronie przychodzili pod mur getta, obserwować pożary. A potem wracali do swojego życia, jakby nic się nie stało. I że z czasem po prostu przywykli do dymów nad pacyfikowaną częścią miasta.

Otóż moi drodzy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic, co oznaczałoby jakąś etniczną/kulturową skazę, nic, co byłoby dowodem na odstępstwo od normy. Ludzie tak mają – widziałem to nie tylko na Ukrainie. Przyzwyczajamy się do otaczającego nas zła, ignorujemy je, trywializujemy, niekiedy wręcz zaprzeczamy jego istnieniu („pandemii nie ma” – brzmi znajomo, prawda?). Z czasem nawet staramy się dostrzec w nim jakieś dobre strony. Cieszymy się, że nas nie dotyczy, ba, potrafimy dać się ponieść fascynacji, widząc zło w działaniu. Gdy mnie ktoś pyta o wrażenia z wojen, opowiadam przede wszystkim o dramacie, lecz mówię też o złowieszczym pięknie. Pożar fascynuje nie tylko piromanów.

Mamy tak, bo to zupełnie naturalny mechanizm adaptacyjny. Coś, co pozwala nam przeżyć graniczne sytuacje. Nawet jeśli towarzyszy temu świadomość, że najpewniej będziemy następni. Ale jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz. Dziś mogę pójść na piwo, wstąpić do cukierni, urżnąć się do nieprzytomności. Bądź zrobić cokolwiek innego, co jest apoteozą normalnego życia, wyrazem tęsknoty do czasów, kiedy śmierć nie czyhała za rogiem.

W kwietniu 1943 roku ta potrzeba była nad wyraz silna.

—–

Fot. Plaża w Szyrokino, lato 2015 roku. Nawet w takim miejscu, kilkaset metrów od linii nieprzyjaciela, nie sposób oprzeć się potrzebie „chwilowej normalności”/Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Folksdojcz

Był na mojej dzielni starszy pan, woźny w kinie, o którego przeszłości wielu dorosłych mówiło z pogardą. „No, ten folksdojcz” – tego określenia używano zamiennie z nazwiskiem. Oczywiście my, dzieciaki, w swej młodzieńczej bezmyślności i okrucieństwie, nie raz i nie dwa starszego pana dojeżdżaliśmy. Zwłaszcza że tak naprawdę to on pilnował, by na seanse dla dorosłych nie wchodziły nielaty. Kto nasłuchał się, jak zajebistym filmem jest „Seksmisja”, „Interkosmos” czy „Obcy”, a potem nie mógł dostać się do kinowej sali, ten wie, o czym piszę. Nienawidziliśmy dziada…

Kiedyś – gdy pogonił mnie sprzed kasy – rozczarowany i wściekły zwyzywałem go, a jakże – od folksdojczy. Ostentacyjnie przy tym splunąłem i uciekłem jak na wczesnego nastolatka przystało.

Minęły może dwa dni. Wróciłem ze szkoły i zastałem wyraźnie poruszoną Babcię. A chwilę później stało się coś, co zdarzyło się raptem kilka razy – dostałem od niej tak koszmarną zjebę, że miałem ochotę zawinąć się w dywan i przeleżeć tam ze trzy doby. „A kim ty jesteś, gówniarzu, żeby oceniać ludzi za to, co robili w czasie wojny!?” – grzmiała Babcia. „Pojęcia nie masz, co może zrobić człowiek walczący o przeżycie!”.

Nie miałem; te nauki przyszły dużo później.

Gdy wybuchła wojna, Babcia była już dorosłą kobietą. Po ojcu, Niemcu, nosiła niemieckie nazwisko. Ale folkslisty nie podpisała, choć zdarzyły się w dalszej rodzinie takie przypadki. Mimo wszystko, owo twarde obstawanie przy polskości nie wyłączyło w niej empatii i zrozumienia dla wyborów innych.

Brakuje mi tej Babcinej mądrości – i we mnie samym, i w rzeczywistości, która nas otacza.

PS. Za namową Babci przeprosiłem woźnego. Kilka dni później oglądałem „Elektronicznego mordercę” (pod takim tytułem wyświetlano w Polsce „Terminatora”), siedząc w ostatnim rzędzie dzielnicowego kina. Miałem tylko 11 lat, ale pewien starszy pan uznał, że młodego „Ogdosia” gonić nie będzie.

—–

Warszawscy folksdojcze na wiecu, 1940 rok/fot. domena publiczna/zbiory NAC

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Godność

Gdy próbujemy zrozumieć, czy wytłumaczyć działania naszych przodków, niemal zawsze wpadamy w pułapkę kontekstu. Przeżyłem w komunie niemal jedną trzecią swojego życia, rozumiem istotę tego systemu, ale gdy przychodzi mi opowiadać nastoletniej córce o kłopotach codzienności czasów PRL, ta krzywi twarz i wymownie pyta: „cooo!?”. Mam wrażenie, że raczę ją historiami z innego wszechświata.

Z podobnym problemem mamy do czynienia, gdy usiłujemy dziś zrozumieć motywację młodzieży, idącej do Powstania. Kto nie zna wojska, nie czuje się usatysfakcjonowany wyjaśnieniem, że padł rozkaz. A żołnierz nie jest od tego, by rozkazy kwestionować. Zresztą, takie ujęcie nie wyczerpuje istoty zagadnienia. Co smutne, coraz częściej natykam się na opinie o zmanipulowanej młodzieży, która z gołymi rękoma poszła do walki. Naiwniakach, którzy dali się podejść szalonemu dowództwu. Mam krytyczny stosunek do tego ostatniego, niemniej taką interpretację uważam za mocno krzywdzącą. Dlaczego? Odpowiadając, spróbuję wynieść się ponad wspomniany kontekst, przenieść doświadczenie pokolenia Kolumbów w czasy nam współczesne.

Biegacie w parku, od lat ciesząc się efektami regularnego treningu. I któregoś ranka na waszej trasie pojawia się gość z bronią. I na waszych oczach zabija innego biegacza. Tylko za to, że ten biegał. Bo biegać NIE WOLNO. Władze, które nastały jakiś czas temu, uznały, że macie fizycznie skarleć. I już. Znacie brata zabitego, szybko poznajecie jego emocje. Poznajecie też innych, bowiem zabójstw w parkach, czy na siłkach (bo siłek też zakazano…), jest dużo, dużo więcej. „Jak można zakazywać coś tak oczywistego!?” – pytacie samych siebie. „Jak, kurwa, można nas zabijać z byle powodu!?”. Tak, mimo przerażenia, rodzi się bunt.

Teraz już rozumiecie?

Można krytykować zemstę, dostrzegać jej kontrproduktywność (często zwala na nas jeszcze większe kłopoty). Lecz kim będziemy, jeśli zrezygnujemy z prawa do elementarnej godności?

Dlatego zgadzam się z tezą, że Powstanie, po prostu, musiało wybuchnąć. Że było logicznym skutkiem nastrojów panujących pośród akowskiej (i nie tylko) młodzieży. Mającej dość wyjątkowo brutalnej polityki okupanta. Pozostając na gruncie przywołanej analogi – zgadza się, w wyniku buntu spłonął cały park. A w nim mnóstwo przypadkowych osób. Ale u licha, oceniając to wydarzenie nie zapominajmy, że to gość z bronią był tym złym. I że to on podkładał ogień.

PS. Zakaz aktywności fizycznej był jednym z pierwszych dekretów okupacyjnej władzy. A była to tylko jedna z tysięcy niedogodności, jakie Niemcy zafundowali Polakom.

—–

Nz. Uszkodzone drzewo gdzieś na linii frontu w Donbasie/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to