„Pacyfik”

Weekend, więc będzie dziś nieco lżej – choć nie do końca. Zresztą sami oceńcie.

Kilka dni temu – po panelu, w którym brałem udział – podszedł do mnie mężczyzna deklarujący się jako stały czytelnik i obserwator. „Widziałem w pańskich relacjach, że kilka miesięcy temu ponownie oglądał pan ‘Pacyfik’, a niedawno ‘Kompanię braci’”, zaczął. „Ja jestem fanem tego drugiego serialu, a pan to ‘team Pacyfik’ czy ‘team Kompania’?”, zapytał.

„Oczywiście, że ‘team Pacyfik’”, odparłem z przekonaniem.

„Hmm”, zafrasował się mój rozmówca. „Nie sądziłem, że wskaże pan opowieść o egzotycznej wojnie”, przyznał.

Cóż, po prawdzie to mój wybór nie był od razu oczywisty – nie wystarczyło mi pojedyncze obejrzenie każdej z serii. Minęło kilka lat, nim doszło do sytuacji, w której – chcąc odświeżyć sobie oba filmy – najpierw sięgałem po ten opowiadający o pacyficznych zmaganiach Amerykanów i Japończyków. Historia „amerykańsko-niemiecka” – jakkolwiek geograficznie, kulturowo i mentalnie bliższa – nie grzała mnie aż tak bardzo.

Żeby nie było wątpliwości – oba seriale są znakomite. Po ćwierć wieku od premiery „Kompanii…” i 16 latach od ukazania się „Pacyfiku”, to wciąż niedoścignione wzorce batalistycznego widowiska. Skręconego „jak żywo”, jakby nie w konwencji fabuły a dokumentu. Nadal ogląda się je z dupą wbitą w fotel, a świadomość, że widzimy na ekranie losy prawdziwych ludzi tylko potęguje owo poczucie realizmu.

Nieodmiennie czapki z głów wobec ekip, które zrealizowały oba przedsięwzięcia.

Lecz jako się rzekło, „Pacyfik” jest dla mnie ciut wyżej. Zastanawiałem się, z czego to wynika, i doszedłem do wniosku, że chodzi o sympatie do głównych bohaterów. A źródłem tejże jest przekonanie, że chłopcy na Pacyfiku przeżyli więcej niż ci w Europie. Ich wojna była dużo bardziej intensywna, okrutniejsza, prowadzona w koszmarnych warunkach klimatycznych. Co widać przez wszystkie epizody obu seriali, a czego symbolicznym zwieńczeniem są ostatnie sekwencje ostatnich odcinków. Z nich bowiem dowiadujemy się, że weterani pacyficznej młócki żyli krócej o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, niż ich koledzy, którzy lądowali na naszym kontynencie.

Przypadek – mógłby rzec ktoś – nie sprowadzajmy doświadczeń pojedynczych osób do historii całej generacji. Czyżby?

Zacznijmy od charakteru samych walk. Na Pacyfiku Amerykanie mierzyli się z przeciwnikiem, dla którego kapitulacja była hańbą, a śmierć w boju – spełnieniem żołnierskiego obowiązku. Japończycy potrafili bronić beznadziejnych pozycji niemal do ostatniego człowieka, przeprowadzać samobójcze ataki, walczyć mimo odniesionych ran. Nie oznacza to, że żaden z nich nie składał broni, ale w porównaniu z frontem europejskim takie sytuacje zdarzały się znacznie rzadziej. Amerykanie szybko nauczyli się, że nawet pokonany przeciwnik może być śmiertelnie niebezpieczny. Odpowiadali na to własną bezwzględnością, nierzadko odmawiając Japończykom możliwości poddania się. Wojna przybierała charakter walki na wyniszczenie, w której coraz mniej było miejsca na jakiekolwiek reguły.

Ta brutalność przekładała się na intensywność starć. Na Tarawie, Peleliu, Iwo Jimie czy Okinawie amerykańskie oddziały ponosiły ogromne straty, niekiedy w ciągu zaledwie kilku dni. Japończycy wykorzystywali naturalne ukształtowanie terenu, budowali rozległe systemy umocnień, ukrywali stanowiska ogniowe w jaskiniach i bunkrach. Marines musieli zdobywać kolejne pozycje metr po metrze, wiedząc, że za następnym wzgórzem czeka ich dokładnie to samo. Na Peleliu operacja, która miała potrwać kilka dni, zamieniła się w wielotygodniową rzeź. Na Okinawie walki ciągnęły się niemal trzy miesiące, a żołnierze tygodniami żyli pośród błota, rozkładających się ciał i nieustannego ostrzału. Oczywiście, podobne piekło znali Amerykanie walczący w Normandii, Ardenach czy lesie Hürtgen. Tyle że na Pacyfiku do bezwzględności przeciwnika dochodziły jeszcze inne czynniki.

Przede wszystkim klimat. Upał, wilgoć i tropikalne ulewy potrafiły doprowadzić człowieka do skrajnego wyczerpania, nawet jeśli akurat nie musiał walczyć. Mundury nie wysychały, skóra pokrywała się bolesnymi zmianami, drobne skaleczenia łatwo ulegały zakażeniom. W dżungli roiło się od owadów, woda bywała niezdatna do picia, a utrzymanie elementarnej higieny stanowiło nie lada wyzwanie. Do tego dochodziły choroby – malaria, czerwonka, denga czy rozmaite zakażenia pasożytnicze. Potrafiły wyłączyć z walki całe grupy żołnierzy, a niektórym pozostawiały dolegliwości także po zakończeniu służby. Europa również dawała Amerykanom w kość, zwłaszcza podczas mroźnej zimy, ale na wielu pacyficznych wyspach nieprzyjazne środowisko było wrogiem równie uporczywym jak japońska armia.

Nie bez znaczenia pozostawała izolacja. Żołnierze walczący w Europie, nawet jeśli tkwili na pierwszej linii, funkcjonowali w przestrzeni, w której istniały drogi, miasta, szpitale i rozbudowane zaplecze. Na Pacyfiku wszystko to trzeba było często stworzyć od podstaw. Ewakuacja rannych, dostarczanie zaopatrzenia, zapewnienie odpoczynku – każda z tych czynności mogła stanowić ogromne przedsięwzięcie logistyczne. A kiedy wreszcie udało się zdobyć wyspę, wcale nie oznaczało to końca wojny. Po okresie odtwarzania sił przychodził rozkaz kolejnego desantu. I znów trzeba było przedzierać się przez plaże, dżunglę i umocnienia, patrzeć na śmierć kolegów, samemu próbując przeżyć.

Wszystko to musiało pozostawiać ślady, których nie dało się pozbyć wraz ze zdjęciem munduru. Dziś powiedzielibyśmy, że wielu weteranów zmagało się z zespołem stresu pourazowego, choć w latach czterdziestych nie posługiwano się jeszcze takim rozpoznaniem. Koszmary, bezsenność, drażliwość, trudności z powrotem do zwyczajnego życia, ucieczka w alkohol – były doświadczeniem wielu byłych żołnierzy. A przewlekły stres, jak wiemy ze współczesnych badań, może zwiększać ryzyko chorób układu krążenia i innych problemów zdrowotnych. Nie chodzi więc wyłącznie o psychiczne wspomnienia wojny. Jej konsekwencje mogą być jak najbardziej fizyczne.

I tu dochodzimy do rzeczy najciekawszej. W 2009 roku na łamach naukowego czasopisma „Research on Aging” opublikowano wyniki wieloletniego badania, w którym analizowano między innymi losy amerykańskich uczestników II wojny światowej. Okazało się, że w badanej grupie weterani służący na Pacyfiku byli obciążeni o około 50 procent wyższym względnym ryzykiem zgonu niż ci, którzy służyli na innych zagranicznych teatrach działań. Co istotne, różnicy tej nie dało się w pełni wyjaśnić samym uczestnictwem w walkach.

Oczywiście, nie znaczy to, że każdy weteran Pacyfiku żył krócej od kolegi walczącego w Europie. Badanie obejmowało stosunkowo niewielką i niereprezentatywną grupę, a jego autorzy nie ustalili, jakie dokładnie mechanizmy odpowiadały za zaobserwowaną różnicę. Nie sposób więc naukowo rozstrzygnąć, ile lat życia odbierały żołnierzom malaria, tropikalny klimat czy wspomnienia wyjątkowo brutalnych starć. Niemniej sam wynik jest wymowny. Sugeruje bowiem, że miejsce, w którym przyszło człowiekowi walczyć, mogło wpływać na jego los jeszcze długo po zakończeniu wojny.

A propos tychże – jest w ostatnim odcinku „Pacyfiku” scena, w której Eugene Sledge (grany przez Josepha Mazzello) – po powrocie do domu – wyrusza z ojcem na polowanie na ptaki. Idąc wzdłuż strumienia przysiada, odkłada strzelbę i zaczyna płakać. „Przepraszam. Nie mogę”, wydusza z siebie. Starszy mężczyzna tuli młodszego i mówi: „W porządku. Nie musisz mnie przepraszać, Eugene. Myślę, że populacja gołębi będzie dziś bardzo szczęśliwa”. Dla mnie to najmocniejsza sekwencja w serialu, nie znam lepszej filmowej ilustracji (po)wojennej traumy – tak oszczędnej w słowach i obrazie, a zarazem tak przejmującej. Wzrusza mnie za każdym razem.

W rzeczywistości to zdarzenie wyglądało nieco inaczej, co wiemy ze wspomnień Sledga, który podczas polowania dobił rannego ptaka, skręcając mu kark. Wtedy się załamał. Powiedział ojcu, że nie może już znieść widoku cierpienia kolejnej żywej istoty. Ten zasugerował mu, żeby zamiast polować, zajął się obserwowaniem ptaków.

I rzeczywiście Sledge został później biologiem, zajmował się m.in. ornitologią.

Umarł w wieku 77 lat. Robert Leckie – inny bohater „Pacyfiku” – odszedł, mając 81 lat. Richard Winters – jedna z głównych postaci „Kompanii Braci” – dożył 92 lat. Frank Perconte i Donald Malarkey – żołnierze walczącej w Europie kompanii E – przeżyli 96 lat.

Oczywiście, to tylko kilka metryk. Ale ilekroć oglądam oba seriale, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że dla chłopaków z Pacyfiku wojna trwała dłużej. Nie ta z karabinami, artylerią i japońskimi bunkrami. Ta, którą zabrali ze sobą do domów. I właśnie dlatego ich historia porusza mnie bardziej.

Stąd „team Pacyfik”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr z „Pacyfiku” – opisana powyżej scena.

Hurra-optymizm

Krym coraz mocniej odczuwa skutki ukraińskich ataków i blokady, rosyjska armia naciera w Donbasie, a ukraińskie drony regularnie docierają do celów położonych setki kilometrów od frontu. Mimo to ani Ukraina nie stoi u progu odzyskania okupowanych terytoriów, ani rosja nie jest bliska rozstrzygnięcia wojny na swoją korzyść. Medialne hurra-optymistyczne narracje obu stron, wieszczące rychły przełom, nijak mają się do rzeczywistości.

We wrześniu 1941 roku niemieckie wojska zamknęły pierścień oblężenia wokół Leningradu. Rozpoczęła się blokada, która trwała niemal 900 dni i pochłonęła życie setek tysięcy mieszkańców miasta. Mimo katastrofalnej sytuacji Stalin ani przez moment nie rozważał kapitulacji. Powodów było kilka. Leningrad pozostawał ważnym ośrodkiem przemysłowym i bazą Floty Bałtyckiej, ale przede wszystkim miał znaczenie symboliczne. To właśnie tam narodziła się rewolucja bolszewicka. Utrata miasta byłaby dla Kremla nie tylko porażką wojskową, lecz także polityczną i ideologiczną katastrofą.

—–

Historia, choć nie wprost, lubi się powtarzać. Dziś, obserwując Krym, trudno nie dostrzec pewnych podobieństw. Ukraińskie ataki sprawiają, że półwysep staje się coraz bardziej odizolowany od rosji. Drony i pociski regularnie uderzają w mosty, linie kolejowe i stacje energetyczne. Równolegle pod ostrzałem znajdują się magazyny paliw, lotniska wojskowe i systemy obrony przeciwlotniczej. W efekcie ukraińskich ataków na półwyspie brakuje paliwa, występują poważne problemy z dostawami prądu i wody.

Każde ukraińskie uderzenie natychmiast rodzi spekulacje o rychłym odzyskaniu półwyspu. Tymczasem między skutecznym atakowaniem infrastruktury a odbiciem terytorium istnieje ogromna różnica. Aby odzyskać Krym, Ukraina musiałaby przełamać rosyjskie pozycje na południu, pokonać rozbudowane systemy umocnień, zapewnić sobie przewagę w powietrzu oraz utrzymać wielką operację logistyczną. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości dysponowała takimi możliwościami.

No i jest jeszcze jeden element tej układanki. Dla Kremla – zwłaszcza samego putina – Krym jest fundamentem politycznej narracji. W rosyjskiej propagandzie półwysep przedstawiany jest nie jako zdobyte terytorium, lecz jako „odzyskana” część ojczyzny. Z tego powodu jego utrata byłaby dla obecnych władz znacznie większym ciosem niż wycofanie się z wielu innych okupowanych obszarów Ukrainy. I właśnie dlatego rosja będzie bronić Krymu za wszelką cenę, a już na pewno nie będzie się liczyć z trudami życia jego mieszkańców.

Nie oznacza to, że ukraińska strategia jest nieskuteczna. Krym pełni dziś funkcję wielkiej bazy wojskowej. Stacjonują tam samoloty, śmigłowce, systemy przeciwlotnicze, centra dowodzenia i zaplecze logistyczne obsługujące działania na południowym odcinku frontu. Im trudniej utrzymać sprawne połączenia z półwyspem, tym mniejsza staje się jego użyteczność militarna.

Więc tak naprawdę Ukraina wcale nie musi zdobywać Krymu, by sprawiać rosji coraz większe problemy. A ponieważ rosja nie może sobie pozwolić na jego utratę, sytuacja bardziej przypomina długotrwałe zmaganie na wyniszczenie niż zapowiedź szybkiego i spektakularnego przełomu.

—–

O takim przełomie nie możemy też mówić w Donbasie, który pozostaje głównym teatrem działań wojennych. Obecnie szczególnie zacięte walki toczą się wokół Konstantynówki, miasta stanowiącego południową bramę do rozległego ukraińskiego systemu obronnego obejmującego również Drużkiwkę, Kramatorsk i Słowiańsk. W praktyce jest to ostatni duży pas silnie zurbanizowanych terenów pozostających pod kontrolą Kijowa w obwodzie donieckim.

rosjanie wywierają presję na Konstantynówkę z kilku kierunków jednocześnie. Po opanowaniu Czasiw Jaru i zajęciu znacznej części Torećka poprawili pozycje wyjściowe do dalszych działań, a w ostatnich tygodniach kontynuowali natarcia zarówno na południe, jak i na wschód od miasta. Równolegle próbują utrudnić Ukraińcom logistykę. Coraz częściej pojawiają się nagrania pokazujące ataki dronów na samochody poruszające się po drogach prowadzących do Konstantynówki, niekiedy wiele kilometrów od linii styczności wojsk.

rosjanie zachowują inicjatywę operacyjną, dysponują przewagą liczebną i są w stanie utrzymywać wysoką intensywność działań bojowych. Ukraińcy pozostają pod silną presją, a kolejne utracone połacie terenu ograniczają ich swobodę manewru. Rosyjskie kanały telegramowe – a za nimi część mediów, także na Zachodzie – kreślą wizję rychłego załamania ukraińskiego frontu. Czy realną? Dość napisać, że podobne prognozy słyszeliśmy już przy okazji walk o Bachmut, Awdijiwkę czy Pokrowsk. Za każdym razem rosyjskie sukcesy przedstawiano jako zapowiedź nieuchronnego rozpadu ukraińskiej obrony. Tymczasem front, choć stopniowo przesuwał się na zachód, nie uległ załamaniu. Ukraińska armia wielokrotnie udowadniała, że potrafi prowadzić działania opóźniające, wycofywać się na kolejne linie obrony i stabilizować sytuację nawet po utracie ważnych pozycji.

Konkludując wątek – droga od obecnych rosyjskich sukcesów pod Konstantynówką do pełnego opanowania Donbasu pozostaje bardzo długa. Nawet jeśli rosjanom uda się sforsować kolejne linie obronne, czeka ich walka o rozległą aglomerację słowiańsko-kramatorską, której zdobycie wymagałoby czasu, ludzi i sprzętu w ilościach znacznie większych niż te potrzebne do zajmowania mniejszych miejscowości. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec narracji zapowiadających szybki i spektakularny przełom.

—–

Osobnym wątkiem pozostają ukraińskie ataki na cele położone głęboko w rosji. W ostatnich miesiącach pod ostrzałem znalazły się rafinerie, magazyny paliw, zakłady przemysłowe, lotniska wojskowe i infrastruktura transportowa, w tym obiekty znajdujące się w Moskwie i Petersburgu. W tym kontekście warto wspomnieć niedawny atak na Centrum Łączności Kosmicznej w podmoskiewskiej Dubnej, kluczową infrastrukturę wykorzystywaną przez siły zbrojne rosji. Sam fakt skutecznego dotarcia do takiego celu pokazuje, jak bardzo rozwinęły się ukraińskie zdolności prowadzenia działań dalekiego zasięgu.

Sukcesy te coraz częściej interpretowane są jako zapowiedź strategicznego przełomu. W mediach – zwłaszcza społecznościowych – regularnie pojawiają się opinie, że seria podobnych uderzeń doprowadzi do załamania rosyjskiego przemysłu, paraliżu zaplecza wojskowego lub kryzysu społecznego, który zmusi Kreml do zakończenia wojny.

Historia podpowiada jednak ostrożność. Aby osiągnąć taki efekt, potrzebna jest długotrwała i niezwykle intensywna kampania lotnicza. Podczas II wojny światowej alianci przez lata bombardowali niemieckie miasta, zakłady przemysłowe i infrastrukturę transportową. Mimo gigantycznej skali nalotów III Rzesza walczyła aż do momentu zajęcia jej terytorium przez wojska lądowe. Wymowny jest przykład samej Ukrainy. Od ponad czterech lat rosyjskie rakiety, bomby i drony regularnie uderzają w ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Państwo ukraińskie poniosło ogromne straty, ale nie utraciło zdolności do prowadzenia wojny. Wszak między zadawaniem przeciwnikowi bolesnych strat a złamaniem jego zdolności do dalszej walki istnieje ogromna różnica.

Nie oznacza to, że ataki na rosyjskie zaplecze są bez sensu. Zmuszają rosjan do rozpraszania obrony przeciwlotniczej, zwiększają koszty funkcjonowania przemysłu i komplikują pracę części instytucji wojskowych. Pamiętajmy jednak, że rosja nie pozostaje bierna i wciąż szuka sposobów odpowiedzi na ukraińskie działania. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec prognoz zapowiadających szybki przełom.

Ten tekst, w istotnie rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. SzG ZSU

Przestrzeń

rosja „od zawsze” była przekonana, że ma coś, co gwarantuje jej przetrwanie – przestrzeń. Ogromne terytorium miało amortyzować uderzenia przeciwnika, rozciągać jego linie zaopatrzenia i kupować czas potrzebny na mobilizację. W tej logice nawet najdotkliwszy cios nie był rozstrzygający, bo zanim agresor dotarł do kluczowych ośrodków, jego potencjał zdążył się wyczerpać. Dziś ten sposób myślenia coraz wyraźniej zderza się z rzeczywistością.

Ukraińskie uderzenia dronowe na infrastrukturę w Tuapse nad Morzem Czarnym czy w Permie – setki, a nawet ponad tysiąc kilometrów od linii frontu – pokazują, że „bezpieczne zaplecze” przestaje istnieć. Zwłaszcza że to już nie są incydentalne rajdy, lecz element systematycznej kampanii, która sięga w głąb rosyjskiego terytorium. W efekcie dystans, przez lata uznawany za strategiczny bufor, traci swoją ochronną funkcję. Głębia przestaje być tarczą – staje się iluzją.

—–

Jeszcze niedawno rosyjskie zaplecze przemysłowe uchodziło za względnie bezpieczne. Kluczowe instalacje – rafinerie, zakłady zbrojeniowe, węzły logistyczne – znajdowały się setki, a często tysiące kilometrów od potencjalnego przeciwnika. W praktyce oznaczało to, że ich neutralizacja wymagałaby użycia najbardziej zaawansowanych i kosztownych środków rażenia, dostępnych tylko dla największych potęg militarnych. Dla Ukrainy, pozbawionej tych technologii, był to scenariusz czysto teoretyczny.

Sytuacja zmieniła się wraz z upowszechnieniem bezzałogowych systemów uderzeniowych dalekiego zasięgu. Drony nie oferują siły niszczenia porównywalnej z pociskami manewrującymi czy lotnictwem strategicznym, ale nadrabiają to dostępnością, skalą użycia i elastycznością. Mogą być wysyłane falami, atakować z różnych kierunków i zmuszać obronę powietrzną do ciągłego reagowania. W efekcie nawet dobrze chronione obiekty przestają być w pełni bezpieczne.

Właśnie ta zmiana – z uderzeń punktowych na ciągłą presję – ma dziś kluczowe znaczenie. Ukraińskie ataki na infrastrukturę energetyczną i przemysłową rosji nie muszą prowadzić do spektakularnych zniszczeń, by przynosić wymierne efekty. Wystarczy, że powodują przerwy w pracy zakładów, wymuszają kosztowne naprawy i angażują zasoby, które w innym przypadku mogłyby zostać wykorzystane na froncie. Wojna zaczyna w ten sposób obejmować całe terytorium państwa, a nie tylko jego strefę przyfrontową.

To z kolei rodzi problem, którego rosja nie doświadczała na taką skalę od dekad. Ochrona ogromnego obszaru staje się zadaniem skrajnie kosztownym i organizacyjnie trudnym. Każdy dodatkowy obiekt wymagający zabezpieczenia oznacza konieczność rozproszenia systemów obrony powietrznej, a więc osłabienia ich skuteczności. W praktyce nie sposób stworzyć szczelnej tarczy nad całym państwem – można jedynie wybierać, co chronić w pierwszej kolejności.

W efekcie zmienia się sama logika bezpieczeństwa. Dystans przestaje gwarantować ochronę, a zaczyna generować nowe ryzyka. Im dalej od frontu znajduje się dany obiekt, tym większe było dotąd przekonanie o jego bezpieczeństwie – i tym większe są dziś konsekwencje jego trafienia. Uderzenia w głębi kraju mają więc znaczenie nie tylko operacyjne, ale i symboliczne: podważają poczucie kontroli nad własnym terytorium i pokazują, że wojna nie ma już wyraźnej linii oddzielającej „front” od „zaplecza”.

—–

Tym bardziej uderzający jest kontrast z doświadczeniem II wojny światowej. W 1941 roku, po niemieckiej inwazji, Związek Sowiecki stanął w obliczu katastrofy – utraty ogromnych obszarów, w tym najważniejszych regionów przemysłowych. Odpowiedzią była operacja na niespotykaną skalę: ewakuacja setek zakładów na wschód, przede wszystkim za Ural. Fabryki demontowano, przewożono tysiące kilometrów i wznawiano produkcję w nowych lokalizacjach, poza zasięgiem niemieckiego lotnictwa.

Ten wysiłek nie tylko uratował potencjał przemysłowy państwa, ale stał się jednym z fundamentów sowieckiego zwycięstwa. Produkcja uzbrojenia – czołgów, dział, amunicji – mogła być kontynuowana mimo dramatycznej sytuacji na froncie. Przestrzeń działała jak realna tarcza: oddzielała zaplecze od wojny, dawała czas i pozwalała odbudowywać zdolności.

Dziś taki scenariusz jest w praktyce nie do powtórzenia. Nie dlatego, że rosja utraciła swoją rozległość – lecz dlatego, że przestała ona pełnić dawną funkcję ochronną. W warunkach, w których środki rażenia są w stanie pokonać setki i tysiące kilometrów, nie istnieje już oczywista linia oddzielająca „bezpieczne tyły” od strefy zagrożenia.

Oznacza to fundamentalną zmianę: państwo nie może już zakładać, że jego kluczowe zdolności da się po prostu „odsunąć” od przeciwnika. Zaplecze przemysłowe, infrastruktura energetyczna czy system logistyczny pozostają w zasięgu oddziaływania – niezależnie od tego, jak daleko znajdują się od frontu. To nie tylko problem militarny, ale strukturalny: wymusza zupełnie inne myślenie o organizacji państwa w warunkach wojny.

W praktyce rosja musi mierzyć się z problemem, który wcześniej dotyczył raczej państw mniejszych i bardziej narażonych na presję militarną: jak chronić całe swoje terytorium, a nie tylko linię frontu. Oznacza to konieczność rozbudowy systemów obrony powietrznej, ochrony infrastruktury krytycznej oraz tworzenia zapasowych rozwiązań w kluczowych sektorach gospodarki. Każde z tych działań generuje jednak ogromne koszty i wymaga zasobów, które jednocześnie są potrzebne do prowadzenia działań bojowych.

—–

Tu ujawnia się paradoks rosyjskiej sytuacji. Im większe państwo, tym więcej obiektów wymaga ochrony – a więc tym trudniej zapewnić im skuteczną osłonę. Rozproszenie systemów obronnych obniża ich efektywność, koncentracja – zostawia luki w innych miejscach. W efekcie nie da się uniknąć ryzyka: można je jedynie ograniczać i zarządzać jego skutkami.

To z kolei wpływa na sposób prowadzenia wojny. Zasoby, które mogłyby zostać przeznaczone na działania ofensywne, są kierowane na zabezpieczanie zaplecza. rosja musi angażować środki w obronę rafinerii, baz paliwowych, zakładów przemysłowych czy węzłów transportowych – czyli elementów, które dotąd funkcjonowały względnie spokojnie, poza bezpośrednim zasięgiem przeciwnika. W ten sposób wojna zaczyna „zużywać” potencjał państwa na znacznie większą skalę niż wcześniej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja traci wszystkie atuty wynikające ze swojej wielkości. Wciąż dysponuje znaczącymi zasobami, rozbudowanym przemysłem i możliwością rozproszenia produkcji. Jednak sama przestrzeń przestaje być wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa. Coraz większe znaczenie ma zdolność do funkcjonowania pod uderzeniami – utrzymania ciągłości produkcji, naprawy uszkodzeń, adaptacji systemu do warunków ciągłego zagrożenia.

W tym sensie rosyjskie doświadczenia z wojny w Ukrainie mają wymiar szerszy niż tylko regionalny. Pokazują, że w XXI wieku granica między frontem a zapleczem zaciera się. Głębia strategiczna nie znika – ale przestaje być kwestią kilometrów. Staje się sprawdzianem odporności państwa: jego zdolności do przetrwania, działania i odtwarzania strat mimo ciągłych uderzeń przeciwnika.

—–

O nowoczesnym pojmowaniu „głębi strategicznej” napisałem oddzielny tekst, który ukaże się w majowym numerze „Polski Zbrojnej” – już dziś zapraszam Was do lektury.

Szanowni, zmykam na 10-dniowy urlop – potrzebuję go jak sucha ziemia wody, bo zwłaszcza w ostatnich dniach chodzę już na rzęsach. Tak więc odmeldowuję się i do zobaczenia na łączach po 10-tym maja. Gdybyście w tym czasie zechcieli wesprzeć moją publicystkę – wszak piszę także dzięki Wam! – polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Zwłaszcza ten „kawowy”, bo tam ostatnio niemal nic się nie dzieje.

No więc tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Grafika ilustracyjna – poprosiłem o pomoc AI, bo nie mam własnego, stosownego zdjęcia.

Supremacja?

Amerykańska potęga militarna pozostaje bezdyskusyjna, jednak wojna z Iranem pokazuje, że sama przewaga nie gwarantuje szybkiego rozstrzygnięcia. Model oparty na dominacji powietrznej i precyzyjnych uderzeniach, sprawdzony w konfliktach z przeciwnikami słabszymi i mniej elastycznymi, w starciu z państwem przygotowanym na długotrwałą konfrontację traci swoją „automatyczną” skuteczność.

Kampanie powietrzne nadal pozwalają niszczyć kluczowe cele, ale coraz rzadziej przynoszą trwały efekt. Przeciwnik zdolny do rozproszenia zasobów, ukrycia infrastruktury i jej szybkiego odtwarzania jest w stanie utrzymywać ciągłość działań mimo ponoszonych strat. W praktyce oznacza to konieczność powtarzania uderzeń i prowadzenia stałej presji zamiast jednorazowego przełamania. Współczesna wojna coraz częściej polega nie na „wyłączeniu” przeciwnika, lecz na długotrwałym ograniczaniu jego zdolności – procesie kosztownym i rozciągniętym w czasie. Doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują, że nawet intensywne kampanie uderzeń mogą nie przynieść szybkiego efektu i wymuszają działania rozpisane na lata.

Jednocześnie rośnie znaczenie ekonomiki działań. Amerykańska przewaga opiera się na systemach zaawansowanych i kosztownych, podczas gdy przeciwnik wykorzystuje środki tanie i masowe – drony, amunicję krążącą czy proste rakiety. Powstaje asymetria, w której utrzymanie przewagi generuje wysokie koszty, a szczególnie widoczne jest to w obronie powietrznej, gdzie neutralizacja tanich środków napadu wymaga użycia znacznie droższych systemów.

Dodatkowym wyzwaniem jest charakter samego systemu operacyjnego USA. Jego siłą pozostaje integracja – zdolność do działania jako spójna całość obejmująca rozpoznanie, dowodzenie i logistykę. Ta sama cecha staje się jednak źródłem podatności. Zakłócenie pojedynczych, kluczowych elementów – takich jak systemy wczesnego ostrzegania czy komponenty wsparcia – może wyraźnie obniżyć efektywność całego systemu i wymuszać dodatkowe zaangażowanie zasobów w ich ochronę.

W efekcie przewaga technologiczna nie znika, ale coraz rzadziej ma charakter rozstrzygający. Coraz większe znaczenie mają odporność systemu, zdolność do działania w warunkach długotrwałej presji oraz relacja koszt–efekt.

—–

Wnioski z tej wojny są dla USA dość oczywiste – pytanie brzmi, czy zostaną przełożone na praktykę.

Po pierwsze, konieczna jest budowa najniższego piętra obrony powietrznej, zdolnego do zwalczania tanich i licznych środków napadu. Oznacza to rozwój systemów działających masowo i przy zachowaniu korzystnej relacji koszt–efekt – od tanich interceptorów po broń energetyczną.

Po drugie, zmiany wymaga sama ekonomika prowadzenia działań. Amerykański model opiera się dziś w dużej mierze na niewielkiej liczbie bardzo zaawansowanych, a więc kosztownych platform i systemów uzbrojenia. W warunkach konfliktu o wysokiej intensywności i dużej skali oznacza to ograniczoną „gęstość” siły oraz wysoką wrażliwość na straty.

Coraz wyraźniej widać, że konieczne jest uzupełnienie tego modelu o komponent masowy – większą liczbę prostszych, tańszych środków, które mogą być używane w sposób ciągły i odtwarzane bez istotnego wpływu na całość potencjału. Dotyczy to zarówno bezzałogowców, jak i amunicji precyzyjnej czy systemów obronnych.

Nie oznacza to rezygnacji z przewagi technologicznej, lecz jej uzupełnienie. Przyszłe pole walki będzie premiowało nie tylko jakość, ale również skalę – zdolność do działania w sposób długotrwały i odporny na zużycie.

Po trzecie, konieczne jest zmniejszenie zależności od pojedynczych, kluczowych elementów systemu. Dziś utrata jednego samolotu wczesnego ostrzegania może wyraźnie ograniczyć możliwości prowadzenia operacji.

Rozwiązaniem jest większe rozproszenie zdolności – więcej platform, większa liczba sensorów i alternatywnych kanałów dowodzenia. Chodzi o to, by utrata jednego elementu nie przekładała się na spadek efektywności całego systemu.

Wreszcie, zmiany wymaga także sposób myślenia o wojnie. Model oparty na szybkim przełamaniu i decydującym uderzeniu coraz rzadziej znajduje zastosowanie. W jego miejsce pojawia się potrzeba prowadzenia działań długotrwałych, rozproszonych i nastawionych na stopniowe ograniczanie zdolności przeciwnika.

Oznacza to konieczność przygotowania państwa i sił zbrojnych na konflikt o innym charakterze: zdolność do utrzymania wysokiego tempa operacji przez długi czas, większe zapasy uzbrojenia i amunicji, sprawnie działający przemysł zdolny do ich szybkiego uzupełniania oraz system dowodzenia przystosowany do działania w warunkach ciągłych zakłóceń. Innymi słowy, wojna przestaje być krótkim wysiłkiem ekspedycyjnym, a staje się testem trwałości całego systemu państwa.

To jest lekcja z Iranu, którą muszą odrobić w Waszyngtonie.

USA nie stoją wobec wyzwania bez precedensu – podobnej transformacji dokonały już w czasie II wojny światowej, gdy o wyniku konfliktu decydowała nie tylko bieżąca siła armii, lecz zdolność państwa do jej długotrwałego utrzymania.

Rozważania na ten temat, w bardziej rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego tekstu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański bombowiec strategiczny B-52, symbol militarnej potęgi USA/fot. USAF, domena publiczna

Zawłaszczenie

Dziś krótko (wybaczcie, inne obowiązki), z intencją uzupełnienia wczorajszego wpisu. Ten był o rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz, ale finalnie poruszył kwestię zawłaszczenia, którego dopuściła się rosja.

Jakiego zawłaszczenia? Istotę problemu oddaje wypowiedź putina z 2010 roku. Podczas obchodów dnia pabiedy stwierdził on, że zwycięstwo w II wojnie „zostało osiągnięte kosztem zasobów ludzkich i przemysłowych rosji”. „Zapomniał”, że pośród 27 mln radzieckich ofiar było 5,7 mln rosjan, a resztę stanowili przedstawiciele innych narodów ZSRR.

No więc rosji udało się „przepisać” historię ZSRR tak, by uchodziła ona za wyłącznie rosyjską. W odniesieniu do ofiar hitlerowskiej agresji, doprowadzić do sytuacji, w której „znikło” ich etniczne zróżnicowanie. A skoro wszyscy byli rosjanami, to rosji przypadają zasługi z tego tytułu – w tym status wyzwolicieli. To przekaz zarówno na użytek wewnętrzny, jak i zewnętrzny. Ślad oddziaływania tej narracji znajdziemy na przykład u Donalda Trumpa, który kilka dni temu pisał na dawnym Twitterze: „Nie możemy zapominać, że to rosja pomogła nam wygrać II wojnę światową, straciła w niej 60 mln ludzi”.

Nie mam pojęcia, skąd amerykański prezydent wziął te 60 mln, ale istota (tej części) wpisu sprowadza się do zrównania sowiecji z rosją.

A i tak ów fragment zirytował rosyjskich propagandystów. Bo owszem, wpisuje się w ich narrację o „rosyjskości” wojennego wysiłku, zarazem jednak nadaje rosji (ZSRR!) pomocniczą rolę. A przecież w rosyjskiej opowieści o II wojnie (wielkiej wojnie ojczyźnianej), akcenty rozłożone są całkiem na odwrót – nie ma w niej miejsca na podkreślanie zasług zachodnich aliantów, jedynym zwycięzcą była i jest rosja.

Jak to się ma do faktów?

Próba umniejszenia roli sowietów w pokonaniu III Rzeszy byłaby karkołomnym wysiłkiem. 90 proc. żołnierzy Wehrmachtu poległo na froncie wschodnim, to tam złamano kręgosłup armii niemieckiej. Ale front zachodni i włoski angażowały – w różnych okresach – od 1,5 do 2,5 mln żołnierzy Hitlera, często z najbardziej elitarnych formacji, nierzadko w momentach, w których na wschodzie ich obecność mogłaby pomieszać sowietom szyki (jak w końcowej fazie operacji „Cytadela” na łuku kurskim, którą zwinięto m.in. po to, by przerzucić część oddziałów do Włoch). Trudno powiedzieć, co osiągnięto by taką masą bitnego wojska, dość zauważyć, że tajne niemiecko-radzieckie rozmowy na temat separatystycznego pokoju trwały do początków 1944 roku.

Odrębna kwestia to alianckie wysiłki zmierzające do osłabienia niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. I choć tutaj efekt był nieoczywisty, faktem jest, że brytyjsko-amerykańska kampania bombowa zmusiła sztabowców Hitlera do zaangażowana istotnej części wojska (armatnich luf i amunicji!) do obrony nieba i kluczowych instalacji.

Dodajmy do tego dostawy Lend-Lease, w ramach których do ZSRR wysłano m.in. 427 tys. samochodów, 22 tys. samolotów, 13 tys. czołgów, 9 tys. traktorów, 2 tys. lokomotyw, 11 tys. wagonów. Dostawy 142 tys. ton stali, 13,8 tys. ton niklu i 16,9 tys. ton koncentratu molibdenu pozwoliły sowietom na wyprodukowanie około 45 tys. czołgów i dział samobieżnych (połowy z łącznej produkcji czasów wojny). Dla porównania, od połowy 1941 do połowy 1945 roku produkcja własna ZSRR wyniosła ok. 265,6 tys. samochodów. Produkcja parowozów: w 1940 roku – 914 sztuk, w 1941 roku – 708 sztuk, w 1942 roku – 9 sztuk, w 1943 roku – 43 sztuk, w 1944 roku – 32 sztuk, w 1945 roku – 8 sztuk. Produkcja wagonów towarowych w latach 1942–1945 zamknęła się w liczbie 1087 sztuk [1].

Potraficie wyobrazić sobie marsz armii czerwonej na zachód bez sprawnej i odpowiednio licznej logistyki? Bo ja nie.

[1] Dane za: Borys Sokołow: „Prawdy i mity Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945”, Wydawnictwo Arkadiusz Wingert, Kraków 2015.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Symboliczny triumf sowietów – zawieszenie flagi na berlińskim Reichstagu. Skądinąd autorem tej fotografii jest Jewgienij Chałdiej, sowiecki żołnierz żydowsko-ukraińskiego pochodzenia/fot. domena publiczna