Pieniądze

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Podczas wyjazdów reporterskich do Iraku i Afganistanu wielokrotnie rozmawiałem z naszymi wojskowymi na temat pieniędzy. „Pojechałem na misję, bo taki był rozkaz, bo jechali koledzy, bo kariera, przygoda, chęć sprawdzenia się”, słyszałem. Bo wreszcie – nikt nigdy nie mydlił mi oczu, bagatelizując ów argument czy nie wspominając o nim – „niezła kasa”. Jaka? Zakładając maksymalne stawki – od 10 tys. zł w przypadku szeregowca do ponad 21 tys. zł dla generała. Do tego pensja w kraju oraz darmowy wikt, opierunek i kwaterunek. Porównując do średnich zarobków w Polsce sprzed kilkunastu lat – dużo. Czy jednak dość dużo? Na wojnie płaci się za ryzyko. W Afganistanie – w okresie największego nasilenia walk – obecne na każdym patrolu, na każdym metrze potencjalnie zaminowanego terenu, w każdej wiosce, w której czaić się mogła zasadzka. Z tej perspektywy te 10 tys. zł dla zwykłego „Indianina” (jak nazywało się pierwszoliniowych żołnierzy) szału nie robiło. A dodać trzeba, że mowa o kwotach maksymalnych – realne zwykle były o kilkaset złotych niższe.

Kiedy latem 2003 roku Polska wysłała swój pierwszy kontyngent do Iraku, żołnierzy ubezpieczono na żenująco niską kwotę 50 tys. zł. Pod koniec naszego zaangażowania w Afganistanie ubezpieczenie NNW zwiększono do sumy 250 tys. Plus świadczenia wypłacane rodzinie w takim trybie, jakby żołnierz odchodził ze służby – odprawa, ekwiwalent za niewykorzystane urlopy itp. – celowo zawyżane pośmiertnym awansem poległego. Do tego jednorazowa wypłata w wysokości 18 średnich pensji krajowych, prawo do renty rodzinnej, zapomóg, stypendiów dla dzieci oraz dodatkowego odszkodowania, przyznawanego (uznaniowo) przez szefa MON. Sporo, ale czy dość za utratę męża, ojca, syna, jedynego żywiciela rodziny? Utratę nie na miesiące czy lata, lecz na zawsze.

– I co, warto było? – tymi słowami przywitano w Polsce wracającego z Ramstein żołnierza. W Niemczech po wielotygodniowej rekonwalescencji amerykański personel medyczny w uznaniu za służbę w Afganistanie żegnał go z pełnymi honorami. Chłopak czuł się kimś ważnym aż do momentu, gdy wylądował w kraju. I trafił pod opiekę pielęgniarki, która miała mu towarzyszyć w drodze do jednego z najważniejszych szpitali wojskowych. W samej placówce było jeszcze gorzej – personel co rusz dawał do zrozumienia, że uważa rekonwalescenta za… najemnika.

Opisana historia wydarzyła się na przełomie 2009 i 2010 roku. I niestety, nie była odosobnionym przypadkiem. Wielu rannych żołnierzy – w licznych sytuacjach, które spotkały ich po powrocie do kraju – miało do czynienia z komentarzami typu: „A po coś tam pojechał?”, „Zrobiłeś to dla kasy, najemniku, to teraz masz”. Pomijam fakt obrzydliwej psychicznej tortury, jaką jest wygłaszanie tego rodzaju opinii wobec rekonwalescentów, a nierzadko ludzi będących już do końca życia inwalidami. Wątek domniemanego najemnictwa – popularny zwłaszcza w komentarzach internetowych pod artykułami poświęconymi polskim działaniom w Afganistanie (a wcześniej w Iraku) – był po prostu oderwany od rzeczywistości. Na obie misje jechało Wojsko Polskie, realizując zadnia w ramach polityki zagranicznej, prowadzonej przez legalny rząd. I czy sam fakt zaangażowania Polski w oba konflikty komuś się podoba czy nie, armia jest narzędziem państwa, zaś wojskowi nie definiują jego polityki. Taki rodzaj porządku społecznego wybraliśmy, decydując się na demokrację.

—–

 „Dajcie spokój z tym ukraińskim oddaniem! Większość walczy tam dla kasy, nie z miłości do… (i tu padła nazwa Ukrainy, zniekształcona na modłę raszystowską)”, czytam u jednego z wielbicieli ruskiego miru, z polskim (prawdopodobnie) paszportem. Jak żywo przypomina to wstawki hejterów, ładujących przed laty po żołnierzach WP. Swoją drogą, dziś już nie da się tego ustalić, ale dałbym sobie rękę uciąć, że rosja maczała palce w kreowaniu tego „antynajemniczego wzmożenia”, czy szerzej, w wewnątrzkrajowej dyskusji o „niegodnym” i „awanturniczym” zachowaniu Polski, posyłającej wojsko na Bliski Wschód i do Azji.

Wróćmy do Ukrainy. Najpierw dla porządku trochę liczb. Projekt ustawy budżetowej na 2021 rok przewidywał, że Ukraina wyda na obronność 267 mld hrywien, co wówczas odpowiadało kwocie 9,2 mld dol. Było to ponad 20% budżetu (i niemal 6% PKB). Założenie to w zasadzie w całości zrealizowano. Po rosyjskiej inwazji struktura wydatków państwa uległa diametralnej zmianie – obecnie trzy czwarte z nich idzie na wojsko. Średnio to 130 mld hrywien miesięcznie, co dziś oznacza 3,5 mld dol. Pozostając przy przeliczniku dewizowym – Kijów wydaje na utrzymanie armii niemal trzy razy tyle (265%) co w zeszłym roku. Oto księgowa cena wojny.

Znaczna część tych wydatków przeznaczana jest na wynagrodzenia dla żołnierzy. Jak duża konkretnie? – nie wiem. Jakiś obraz może nam dać następujący trop: przez ostatnie 20 lat koszty osobowe pochłaniały od 40 do 50% budżetu naszego MON, co odpowiadało strukturom wydatków w wielu innych państwach na dorobku.

Ile dostaje pojedynczy ukraiński żołnierz? To zależy, gdzie służy. Po wprowadzeniu stanu wojennego wszyscy ukraińscy wojskowi otrzymują dodatkowe wynagrodzenie w wysokości od 10 do 30 tys. hrywien (ok. 1,3-3,9 tys. zł) – co w maksymalnym scenariuszu przekłada się na więcej niż podwojenie „bazowej” pensji. Wielkość dodatku zależy od miejsca stacjonowania i jest najwyższa na terytoriach objętych działaniami zbrojnymi. W uproszczeniu (przelicznik jest dość skomplikowany, uwzględniający stopnie, specjalizacje, wysługę itp.) w obwodach wojennych personel sił zbrojnych dostaje po tysiąc hrywien za każdy dzień. Dodatek wzrasta do trzech tysięcy za dobę dla wojskowych bezpośrednio zaangażowanych na pierwszej linii walk. Innymi słowy, za miesiąc przebywania na froncie można otrzymać niemal 100 tys. dodatkowego uposażenia. Teoretycznie, bo dowództwo zwykle rotuje oddziały w rytmie 2-3 tygodniowym. Realnie, w przypadku zwykłego strzelca – czasowo angażowanego w operacje bojowe – mówimy o jakichś 80 tys. hrywien (nieco ponad 10 tys. zł) plus pensja bazowa, co w sumie daje mniej więcej 12,5 tys. zł.

Dużo? Biorąc pod uwagę ukraińskie realia – tak. Lecz skoro o realiach mowa – mówimy o wojnie, której intensywność znacząca przerasta to, co działo się w Iraku czy Afganistanie. Generalnie miażdżącą większość wojen, które wydarzyły się po ustaniu ostatniego światowego konfliktu. Gdzie ryzyko śmierci czy zranienia jest ogromne (do tej pory poległ lub odniósł rany co dziewiąty członek personelu sił zbrojnych Ukrainy). Marnieją te pieniądze w obliczu takich faktów, zwłaszcza gdy zwrócimy uwagę na to, kim są ukraińscy żołnierze.

Nim o tym napiszę, jeszcze jedna istotna informacja. Rodzina poległego dostaje 15 mln hrywien – to niemal dwa miliony zł, kwota, która robi wrażenie nawet w znacznie zasobniejszej Polsce. Co więcej, te pieniądze są wypłacane, co podkreślam, bo w rosji, teoretycznie, sprawy mają się podobnie, odszkodowania są równie hojne. Tyle że wciąż dochodzą z kraju putina głosy o kolejnych oszukanych rodzinach, którym urzędnicy kazali spadać na drzewo. Regułą są dużo niższe wypłaty oraz upadlające „dowody wdzięczności za służbę syna/ojca” w postaci np. reklamówki produktów spożywczych.

Tym niemniej – aż do czasu ogłoszenia mobilizacji – istotą rosyjskiej kampanii rekrutacyjnej były obietnice finansowe. Ponadprzeciętnych zarobków i bonusów, którymi zresztą mami się i teraz, obiecując zmobilizowanym odroczenia spłat czy anulowanie kredytów. Do tego dochodziła – wciąż dochodzi – obietnica bezkarności, pozwolenie na rabowanie ukraińskich cywilów. Zauważmy zatem hipokryzję zwolenników ruskiego miru – zarzucających Ukraińcom „walkę za kasę” – którym jednocześnie nie przeszkadza materialna motywacja u rosjan.

Ale pal licho gamoni – wróćmy do kwestii profilu poległych. W Ukrainie popularne jest dziś stwierdzenie: „my tracimy najlepszych, oni najgorszych”. To rzecz jasna uproszczenie, celowo dehumanizujące wroga, ale niepozbawione racji. W lutym i marcu po stronie rosyjskiej ginęli przede wszystkim poborowi – młodzi chłopcy, przed którymi było jeszcze całe życie. Choć wielu z nich pochodziło z nizin społecznych, mogli w przyszłości okazać się wartościowymi z perspektywy społeczeństwa jednostkami. Okres kwiecień-czerwiec to „mielenie” elity putinowskiej armii – zawodowych i kontraktowych żołnierzy, wielokrotnie niezłych rzemieślników, a w wymiarze społecznym, funkcjonalnym – „wydolnych” ojców, synów, głowy rodzin. Lato to „obróbka ochotnika”, o którym Paweł Łuzin (rodak…), ekspert ds. rosyjskiej polityki zagranicznej i obronnej, mówił tak: nikt go nie potrzebuje, łącznie z żoną, dziećmi i starszymi rodzicami. Po drugie, nie osiągnął w życiu nic, więc chce udowodnić wszystkim, że wciąż jest do czegoś zdolny. Po trzecie, jest człowiekiem, który cierpi z powodu problemów materialnych i myśli, że rozwiąże je na wojnie” (cytat za: „Nowaja Gazieta”). Do tego grona zaliczyć należy również „zeków” – więźniów, w tym tych z najcięższymi wyrokami, wcielanych do wspierającej armię Grupy Wagnera. Obecnie zaś giną przede wszystkim „mobiki” (polecam mój wczorajszy tekst) – przekrój społeczny tego towarzystwa jest dość szeroki, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mobilizacja była polowanie na tych, którym zabrakło kompetencji (inteligencji, sprytu, kontaktów, pieniędzy), by się z niej wywinąć.

Tymczasem po stronie ukraińskiej ginie kwiat młodzieży i pokoleń średniego wieku. W armii służy wielu ochotników, lecz opiera się ona o obowiązkowy pobór (co też warto podkreślić w odniesieniu do zarzutów „walki za kasę”). Istnieją kryteria wyłączenia/zwolnienia (np. posiadanie trójki dzieci), tym niemniej do wojska idą wszyscy, od przysłowiowego profesora po niewykwalifikowanego robotnika. Śmierć żołnierza – poza kontekstem rodzinnego dramatu – należy też rozpatrywać w kontekście strat społecznych. Niewypracowanego dochodu, niestworzonych dzieł (naukowych, literackich, jakichkolwiek), niespłodzonych dzieci itp., czegoś, co stanowi wartość dodaną do ludzkiej egzystencji. Polityczna poprawność sekuje nas za tego rodzaju gradację, ale fakt jest faktem: życie wziętego pedagoga jest więcej warte niż żywot wielokrotnego mordercy z dożywotnim wyrokiem. Śmierć zdolnego programisty, świeżo upieczonego męża i ojca, to coś gorszego niż zgon pogardzanego przez bliskich życiowego wykolejeńca.

Żadne pieniądze tego nie zmienią…

—–

Nz. Zawieszanie ukraińskiej flagi w jednej z wyzwolonych miejscowości obwodu chersońskiego, wrzesień br./fot. MON Ukrainy

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Patronite

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

– Powiem prosto z mostu – przełożony zajął krzesło naprzeciwko, starając się nie patrzeć Wojtkowi w oczy. – Mam złą wiadomość.

– Chcecie mnie spuścić? – Wojtek powiedział to bez większych emocji. Rynek mediów kurczył się nieubłaganie od kilkunastu lat, czyniąc ze zwolnienia raczej nieuchronną perspektywę. Laudański już dawno pogodził się z taką możliwością – nieprzyjemną, ale nie na tyle, by uznawać wyrzucenie z pracy za wielką tragedię. (…).

– Nie, skąd! Za dobry jesteś, by cię oddawać konkurencji – mężczyzna zdjął okulary i zaczął przecierać szkła. – Chodzi o to, że na koniec afgańskiego projektu powinienem ci dać solidną premię. W podziękowaniu za te wszystkie lata dobrej roboty. Naprawdę dobrej…

– Ale nie możesz – Laudański wcale nie spodziewał się jakiejś wielkiej gratyfikacji, ale nie zamierzał tego ujawniać. Udał więc zawiedzionego.

– Mogę dać ci symboliczną premię, jeśli się nie obrazisz.

Wojtek prychnął.

– Głupio mi – zapewnił szef wydawnictwa. – W zeszłym tygodniu rozmawialiśmy o tym na zarządzie, ale dupa blada. Może na wiosnę…

Milczeli przez chwilę.

– Co chcesz teraz robić? – zapytał prezes. – Zostaniesz przy tematyce wojskowej czy myślałeś o czymś innym?

Laudański westchnął.

– Nie mam pojęcia – powiedział, wzruszając ramionami. Spuścił wzrok na blat stolika i przygryzł dolną wargę. – Naprawdę nie wiem – odezwał się po kilku sekundach, czując w głowie ogromną pustkę.

—–

To fragment „(Nie)potrzebnych”, powieści, którą wydałem w 2014 roku, gdy kończyła się dla polskiej armii wojna w Afganistanie. Tytułowi bohaterowie to weterani – przede wszystkim dotkliwie poraniony żołnierz, ale też wspomniany Laudański, dziennikarz, który spędził u podnóża Hindukuszu mnóstwo czasu. Obdarzyłem Wojtka wieloma swoimi cechami i doświadczeniami, cytowany dialog jest drobiazgowym zapisem rozmowy, którą sam odbyłem z ówczesnym szefem. Gorzka to była piguła…

Gdy zaczęła się wojna w Ukrainie, w 2014 roku, przyglądałem się jej z daleka. Pauzowałem po Afganistanie, ale i nie potrafiłem przekonać przełożonych, że TO JEST temat. Odbiwszy się kilka razy od drzwi najwyższej zwierzchności, machnąłem ręką. „Pierdolę…” – uznałem, wychodząc z założenia, że rozwód z wojną dobrze mi zrobi.

Ale ciągnęło. Do tego stopnia, że w którymś momencie rzuciłem urlopowym kwitem i z grupą kolegów pojechałem na wschód Ukrainy „za swoje”. Był przełom stycznia i lutego 2015 roku, pod Debelcewem kotłowało się jak diabli. Reporterskie szczęście (które z „podręcznikowym” szczęściem zwykle niewiele ma wspólnego) znów mnie nie zawiodło. Znów byłem w samym środku wojennej zawieruchy, skąd przywiozłem naprawdę dobre materiały. Gdy je opublikowałem – i spotkały się z szerokim odzewem Czytelników – prezes firmy zwrócił mi koszty podróży i coś tam jeszcze dorzucił.

Później jednak było już tylko pod górkę – zainteresowanie tematem ukraińskim spadało, a wszechobecna w mediach „słupkoza” („musi się klikać!”) sprawiała, że gdy tylko szedłem z pomysłem na delegację, słyszałem: „Marcin, wiem, że napiszesz dobre teksty. Ale one nam oglądalności nie zrobią. Sam wiesz, czego chcą ludzie…”. Wiedziałem. Dzień przed jednym z takich spotkań niemal serwery nam rozwalił ruch sprowokowanym „artykułem” o Dodzie, co to świeciła półgołym tyłkiem przed prezydentem Dudą. Wzdychałem i kombinowałem. Cuda na kiju robiłem, by zdobyć pieniądze na wyjazdy. Nie zawsze się udawało i wtedy znów dokładałem albo jechałem „za swoje”.

Ktoś może spytać – po co? Kto inny stwierdzić, że pasje kosztują. Można się ze mnie śmiać, że dokładałem do działalności, która wiązała się z ryzykowaniem zdrowia i życia. A ja po prostu chciałem robić coś wartościowego. Korespondencja wojenna była dla mnie – funkcyjnego redaktora w wielkim internetowym portalu – „wentylem bezpieczeństwa”. Nadawała pracy sens, leczyła też poczucie winy wynikające z tego, że na co dzień moja firma – jak miażdżąca większość innych redakcji – serwowała Czytelnikom informacyjny ściek. I przez lata takiego funkcjonowania, od ścieku „użytkowników” uzależniła.

—–

Gdy zaczęła się pełnoskalowa inwazja rosji na Ukrainę, od roku już byłem freelancerem. Właściwie to realizowałem plan, zgodnie z którym, docelowo, chciałbym żyć z pisania książek. Kilka miesięcy wcześniej wydałem „Stan wyjątkowy”, pracowałem nad kolejną powieścią, osadzoną w historii alternatywnej (w której III Rzesza wygrywa II wojnę światową). Z nawyku, ale i finansowej konieczności, współpracowałem z jednym z tygodników. Jakoś to wszystko się kręciło – bez fajerwerków, ale przynajmniej z dala od ogłupiającej redakcyjnej codzienności.

24 lutego dostałem cios w splot słoneczny. Znacie mój stosunek do Ukrainy – to on przede wszystkim odpowiadał za mój stan. Lecz było coś jeszcze – nigdy wcześniej nie czułem się tak nieużyteczny. W 2018 roku obiecałem sobie i bliskim, że już nigdy na wojnę nie pojadę. „To co ja mam robić…?” – zastanawiałem się, przeglądając apokaliptyczne newsy zza wschodniej granicy. Napisałem jeden post – korzystając ze znajomości tematu, kontaktów, historii konfliktu – potem drugi, trzeci. Następnego dnia zrobiłem to samo. Zanurzyłem się w ukraińską i rosyjską info-sferę, wypisywałem, wydzwaniałem do znajomych, do ludzi, którzy coś wiedzieli, w czymś mogli pomóc – i przelewałem to wszystko „na papier” (wiecie, że do pisania używam szablonu wiadomości w programie pocztowym? To już wiecie). Posty na Facebooku, wpisy na blogu – tak powstało coś, co jeden z Czytelników określił mianem „Ogdowski daily”. Ależ mi się ta fraza spodobała…

Chwyciło. Grono Czytelników wzrosło, liczba i jakość interakcji – tych wszystkich merytorycznych komentarzy i opinii – złożyły się na istotną wartość dodaną. A ja znów miałem – i mam! – poczucie, że robię coś wartościowego.

I zamierzam robić to dalej. Bez presji innej niż czas (z którą jestem zaprzyjaźniony), bez dręczącej myśli, że zaniedbuję inne obowiązki, bez „dobrych rad” typu: „ale znajdź jakiś inny temat, bo Ukraina już ludzi nie interesuje. Od wojska też pozwól im odpocząć”. Poznałem „DNA wojny”, specjalizuję się w polityce obronnej, rzucam na to wszystko refleksję socjologiczną; wiem, że na dłuższą metę nie jest to oferta dla masowego Czytelnika, ale dla osób z mojej społeczności już owszem. Będą więc kolejne artykuły, będzie książka, potem zapewne następna (chciałbym dokończyć wspomnianą powieść), na poważnie rozważam pracę głosem i obrazem. Ale potrzebuję w tym Waszej pomocy, Was jako Patronów. Tych, którzy chcą mnie wspierać sporadycznie, zachęcam do dalszego wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite (wystarczy kliknąć w widget na początku tekstu). Pięknie dziękuję za wszystkie donacje i obiecuję (słowami jednego z moich dobrych kolegów): będzie furczeć!

Kraków, listopad 2022

Ubytki

Dziś będzie o żałobie i ubytkach w społecznej tkance.

Mój dobry znajomy z Ukrainy stracił w Donbasie córkę. Poległa latem, była ochotniczką, która przed lutym tego roku ani myślała zakładać mundur. Iść śladem ojca, zawodowego żołnierza. „Nie zabijam ich bezpośrednio, ale przykładam do tego ręce. I tylko to, zemsta na okupantach, nadaje teraz mojemu życiu sens”, przyznał niedawno ów oficer. „Nie wiem, co będzie, gdy skończy się wojna…”, dodał.

—–

Znam wiele osób, które straciły na wojnie kogoś bliskiego. Rozmawiałem kiedyś z ojcem Sylwestra, spadochroniarza poległego w Iraku w 2004 roku, zapalonego rowerzysty.

– Na swój ostatni rower wydał sześć tysięcy złotych, wtedy to była masa pieniędzy – mówił ojciec poległego. – A i tak godzinami siedział w piwnicy, dorabiał, przerabiał, coś tam ulepszał. Skończył techniku mechaniczne, więc miał smykałkę do takiej roboty. Przed wyjazdem do Iraku zamówił nawet specjalną ramę, kolejne dwa tysiące na to wydał. Przyszła już po jego śmierci…

– Niechciana pamiątka po hobby syna.

– Wie pan – mężczyzna uśmiechnął się lekko. – Sylwek, zanim pojechał, położył ten swój rower na szafie. Zdjąłem go tylko raz, wziąłem na cmentarz i zrobiłem zdjęcie przy grobie. A potem odłożyłem na miejsce. Leżał tam, w jego pokoju, przez dwanaście lat. Nie miałem odwagi, by cokolwiek z nimi zrobić.

Mama Grzegorza – który zginął razem z Sylwestrem – przyznała z kolei:

– W domu mamy taki ołtarzyk, gdzie palimy świeczki, kładziemy kwiaty. I żyjemy dalej, uznając, że tak widocznie musiało być – mówiła dwanaście lat po utracie syna. Sprawiała wrażenie pogodzonej z rzeczywistością, lecz gdy poprosiłem o zdjęcia (które zamierzałem wykorzystać we wspominkowym artykule), rozpadła się na kawałki. Dowody dorastania, w połączeniu ze świadomością, że nie będzie już ciągu dalszego, zwróciły ból i wywołały łzy.

Rodzice Marcina – sapera poległego w Afganistanie – podporządkowali życie pielęgnowaniu pamięci o synu. Stał się on miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, a raz do roku – w rocznicę śmierci – koledzy z feralnego patrolu.

– Trwamy od jednej takiej wizyty do drugiej – usłyszałem kiedyś.

Żona zabitego przez irackich rebeliantów żołnierza nie chciała być wdową. Wyszła ponownie za mąż, została matką.

– Wspomnienia z tamtego życia są coraz mniej wyraźne, odchodzą – opowiadała mi przed laty. – Żegnam się z nimi stopniowo, tak jak kiedyś, powoli, żegnałam się z nienawiścią do ludzi, którzy zabili mi ukochanego mężczyznę.

—–

Są różne miary wojennych spustoszeń – jedna z nich dotyczy traumy. Da się ją nawet chwycić w statystyki. Z dotychczasowej praktyki medycznej wynika, że stres pourazowy dotyka średnio jedną czwartą posłanych na wojnę mundurowych. Mierzą się z nim również rodziny poległych i ciężej rannych. Wiemy, że jest chorobą rozszerzoną – że jej skutki (w postaci przemocy, alkoholizmu, rozpadu więzi rodzinnych) doskwierają też najbliższym żołnierza. Z danych ministerstwa obrony wynika, że przez misje w Iraku i Afganistanie przewinęło się 50 tys. naszych wojskowych – poległo 66, poważne rany odniosło około 300. Na tej podstawie możemy oszacować (przy całej świadomości ułomności metody), że trauma będąca efektem udziału Polski w obu tych wojnach dotyczy kilkudziesięciu tysięcy osób. Małego miasteczka. Problem społeczny? W szerszej skali nie.

Tymczasem między 2014 a początkiem 2022 roku przez front w Donbasie przewinęło się ponad 400 tys. Ukraińców. Od lutego ta liczba została co najmniej podwojona, niewykluczone, że doszła już do miliona. Każda kolejna rotacja na linii frontu – następująca w rytmie co dwa-trzy tygodnie – to kolejne tysiące przyszłych weteranów. I ofiar PTSD.

A przecież trauma nie ograniczy się tylko do wojskowych i ich rodzin. Nie jest tak, że jedynym naturalnym żerowiskiem pozostaną bliscy kilkudziesięciu tysięcy poległych i zabitych (na dziś jest to ok. 80 tys. Ukraińców – 30 tys. mundurowych, 50 tys. osób cywilnych). Trauma rozpleni się pośród setek tysięcy cywilów, którzy znaleźli się w potrzasku w rejonach walk. Upomni się o swoje w wielomilionowej masie mieszkańców miast narażonych na ataki rakietowe. Dopadnie część spośród przymusowych uchodźców.

To już nie będzie „małe miasteczko”, a „kawał kraju”. Problem społeczny w skali makro.

—–

„Boję się, że odejdą najlepsi”, martwi się Czytelniczka, Polka, żyjąca między Kijowem a Warszawą. Chodzi jej o straty pośród personelu wojskowego, „ubytki w społecznej tkance, odczuwalne przez następne dekady”, jak sama pisze. „Zdolni do kontrolowanej przemocy, a jednocześnie moralnie poukładani i troskliwi. Na razie, nawet z wojną w tle, to oni nadają wszystkiemu ton. A chamy i trutnie nie śmią im podskakiwać. Mierzą do wzorca, zamiast bezczelnie promować swoją nicość”.

Nie podzielam tego pesymizmu. Bo oczywiście, zginęło i jeszcze zginie mnóstwo wartościowych ludzi. Z perspektywy ich rodzin to straty nie do powetowania, z poziomu lokalnych społeczności czy grup zawodowych – podobnie. Ale musimy pamiętać, że sytuacje graniczne – jak wojna – tworzą też „nowych ludzi”. To zbanalizowany przez literaturę fakt, ale fakt. To, jakie cechy tej nowej jakości wezmą górę, zależy od tego, jak skończy się wojna. Pozostańmy przy żołnierzach. Czy będą skazani na pofrontową zgorzkniałość czy porwie ich optymizm odbudowy? Czy Ukraina podzieli los Niemiec po I wojnie światowej, gdzie tłumy zdemobilizowanych mężczyzn stały się bazą dla niebezpiecznej ideologii, czy dajmy na to USA po II wojnie, gdzie weterani rzucili się do życia, generując nieprawdopodobny wzrost gospodarczy i skok demograficzny?

Prawdę mówiąc, niewiele tu zależy od Ukrainy, a od Zachodu – od tego, czy ją porzuci czy pomoże stanąć na nogi.

Jak na razie pozostaję optymistą.

—–

Nz. Ściana z wizerunkami poległych ukraińskich żołnierzy/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wytrwają?

– Lód u nas twardy jak chuj – umorusany ukraiński żołnierz zaśmiał się rubasznie. – Nie tak łatwo go skruszyć.

Odwzajemniłem uśmiech. Staliśmy na brzegu jeziora, przy którym zbudowano umocnienia. Tuż obok nas – w miejscu, gdzie zbiornik zwężał się do kilkunastu metrów – znajdował się most, będący częścią tak zwanej „drogi życia”. Prowadzącej na północ szosy, łączącej nieodległe Debalcewe z zasadniczym terytorium Ukrainy. Na zachodzie, południu i wschodzie rozciągały się pozycje rebeliantów i rosjan, których artyleria grzmiała teraz złowrogo.

Lód rzeczywiście był twardy. Dopiero seria kilku rakiet, które upadły obok siebie, skruszyła zamarzniętą skorupę. A i tak krater sprawiał niepozorne wrażenie – aż trudno było uwierzyć, że stworzyły go siejące spustoszenie Grady.

– Lód twardy jak chuj – powtórzył żołnierz. – Jak my – dodał.

Skrzywiłem usta i nic nie powiedziałem. A kilkadziesiąt minut później – gdy na posterunku zjawiła się kolejna zmiana – zapytałem jednego z wojskowych:

– Wytrzymacie?

– Widzisz brat, zmobilizowali nas na wiosnę, mają zwolnić w marcu, może kwietniu – żołnierz imieniem Walery westchnął głośno. – To jeszcze parę tygodni, a my jesteśmy tak bardzo zmęczeni…

Działo się to zimą 2015 roku. Czym innym była wówczas ukraińska armia, inne też było ukraińskie państwo. Słabsze, dużo słabsze.

Lecz obawy związane z tym, ile Ukraina i jej siły zbrojne jeszcze wytrwają, obecne są i dziś, a w ostatnim czasie – sądząc także po Waszych komentarzach – jest ich coraz więcej. „Bo ileż można…?”, konstatujecie ze smutkiem.

Nie znam konkretnej odpowiedzi na to pytanie. Odwołując się do swojej wiedzy i doświadczenia mogę tylko stwierdzić, że straty na poziomie 30 tys. zabitych, 60 tys. rannych – jakkolwiek są znaczące – nie powinny zagrozić dalszemu funkcjonowaniu ukraińskiej armii. We wszystkich formacjach mundurowych służy tam niemal milion ludzi, mówimy zatem o utracie 10 proc. personelu. To nie jest poziom, przy którym winny się odpalić „czerwone lampki”, o początkach zapaści moglibyśmy mówić, gdyby straty były trzykrotnie wyższe. Gwoli ciekawostki, gdy Polacy ruszali do Iraku w 2003 roku, przygotowujący założenia operacji gen. Mieczysław Cieniuch, założył straty na poziomie 2,5 proc. – w misji formalnie stabilizacyjnej, którą zresztą przez większość czasu była. W Ukrainie tymczasem mamy do czynienia z pełnoskalową wojną.

Co istotne, ukraińskie dowództwo wyciągnęło wnioski z doświadczeń na Donbasie. Nie ma mowy o trzymaniu miesiącami żołnierzy na pierwszej linii. Co do zasady obowiązuje mechanizm rotacji – oddziały wymieniają się co kilka tygodni. To jedna z zasadniczych przewag armii ukraińskiej nad rosyjską – ta druga walczy tak źle także dlatego, że zbyt wielu żołnierzy tkwi na froncie po trzy-cztery miesiące. A przy takim natężeniu walk to niszczące dla psychiki.

Więc jeśli pytacie mnie o perspektywy ukraińskiego oporu… – sądzę, że podwładni gen. Załużnego jeszcze długo będą w stanie nie tylko podejmować zbrojny opór, ale też kontynuować działania zaczepne. Nie czynnik ludzki mnie martwi, a materiałowy. I, umownie rzecz ujmując, polityczny.

Lecz rzeczywistość daje nadzieję. Spójrzmy bowiem na kwestię irańskich bieda-dronów. Szahidy miały zasypać Ukrainę, najpierw kluczowe elementy systemu obronnego, później infrastrukturę. I co? I podziały się ciekawe historie, w efekcie których dronów wcale już tak dużo nie przylatuje, a w ostatnim czasie trzy czwarte z nich zostaje strąconych. Ukraińcy nauczyli się z Szahidami walczyć, to raz. Pomogły w tym informacje wywiadowcze z Izraela, który był pierwotnym celem irańskich maszyn, i który – z typową dla siebie zapobiegliwością – rozpracował możliwości tej broni; to dwa. Trzy, Zachód zintensyfikował dostawy nowoczesnych systemów przeciwlotniczych, ba, nawet Izrael – choć milczy jak grób – posłał do Ukrainy dedykowane do strącania dronów zestawy. Cztery, rosjanie mają kłopot z kolejnymi dostawami Szahidów – i tu znów kłania się Izrael, który przeflancował montownię tego badziewia w Syrii. Dlaczego w Syrii?, spytacie. Ano Szahidy szły do rosji przez Syrię właśnie. Moskwa obsesyjnie zaprzecza, że bierze drony od Iranu – Szahidy mają być rosyjskiej produkcji. Powody są dwa – prestiżowy (no jak to, wielka rosja kupuje broń w Iranie…?) oraz prawny, tego typu zakupy są bowiem złamaniem embarga narzuconego Teheranowi. No więc nic z Iranu bezpośrednio do rosyjskiej armii nie trafiało, ale przez Syrię – do której rosja utrzymuje most powietrzny, a gdzie Irańczycy panoszą się jak u siebie – to i owszem. Do czasu, aż do gry weszło (w zeszłym tygodniu) izraelskie lotnictwo. I zniszczyło 80 proc. irańskiej infrastruktury wojskowej w Syrii.

Wróćmy do wyliczanki i punktu numer pięć – kilkanaście dni temu Ukraińcy zabili irańskich instruktorów, szkolących rosyjskich operatorów. Śniadolicych panów trafiła rakieta; w precyzji ostrzału zapewne również maczali palce Żydzi, którzy speców od ajatollaha starają się nie spuszczać z oczu. A już z pewnością to Mossad zabił przedwczoraj dwóch irańskich oficerów odpowiedzialnych za dostawy Szahidów do rosji (panowie zginęli w Iranie, zastrzeleni przez „nieznanych sprawców”).

Tak oto irańskie drony przestają być rosyjskim atutem w wojnie z Ukrainą. W czym pomagają także zewnętrzni gracze. Póki Ukraińcy mają takich sojuszników – dzielących się sprzętem, know-how i danymi wywiadowczymi, czasem też robiących coś ekstra – póty wytrzymają. I pokonają to ruskie zło, które wbrew utartym schematom, wcale nie jest twarde jak… lód.

—–

Nz. Wspomniane jezioro i krater. No i mój rozmówca od twardego lodu/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Poświęcenie

12 września 2004 roku w Iraku poległo trzech żołnierzy Wojska Polskiego – podporucznicy Piotr Mazurek i Daniel Różyński oraz starszy szeregowy Grzegorz Nosek. Nie było mnie wtedy na miejscu, znam tę historię wyłącznie z relacji innych. Uważam jednak, że warta jest opowiedzenia. Sześć lat temu spotkałem się z rodzinami i kolegami Różyńskiego i Noska, po czym napisałem dwa reportaże, zamieszczone w książce „Irak, Afganistan. W naszej pamięci”. To niskonakładowe wydawnictwo, powstałe na zlecenie Centrum Weterana, głównie z myślą o rodzinach poległych w obu misjach żołnierzy. Trudno je dziś dostać, zatem pozwolę sobie opublikować obszerne fragmenty tych tekstów. Jest bowiem ta opowieść doskonałą ilustracją żołnierskiego poświęcenia. Widzimy je na co dzień, w Ukrainie, ale warto mieć świadomość, że i w naszej najnowszej historii można odnaleźć takie postawy. Osiemnasta rocznica (mój boże, urodzone wówczas dzieci są dziś dorosłe…) to dobry pretekst.

—–

Podporucznik Daniel Różyński, żołnierz III zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku. Dowódca plutonu szturmowego w 1 Brygadowej Grupie Bojowej Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe. Służbę wojskową rozpoczął w 1999 roku (jako student Wyższej Szkoły Oficerskiej we Wrocławiu), w kraju służył w 6 Brygadzie Desantowo-Szturmowej w Krakowie. Poległ 12 września 2004 roku, miał 24 lata. Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego pośmiertnie odznaczony Krzyżem Zasługi za Dzielność. Decyzją ministra obrony narodowej Jerzego Szmajdzińskiego awansowany na stopień porucznika. Wyróżniony wpisaniem zasług do „Księgi Honorowej Wojska Polskiego”.

Starszy szeregowy Grzegorz Nosek, żołnierz III zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku. Kierowca-radiotelefonista w 1 Brygadowej Grupie Bojowej Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe. Służbę wojskową rozpoczął w 1999 roku, w kraju służył w 6 Brygadzie Desantowo-Szturmowej w Krakowie. Poległ 12 września 2004 roku, miał 28 lat. Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego pośmiertnie odznaczony Krzyżem Zasługi za Dzielność. Decyzją ministra obrony narodowej Jerzego Szmajdzińskiego awansowany na stopień kaprala. Wyróżniony wpisaniem zasług do „Księgi Honorowej Wojska Polskiego”.

*          *          *

Daniel zdawał do Wyższej Szkoły Oficerskiej we Wrocławiu (późniejsza WSO Wojsk Lądowych) oraz na Politechnikę Gdańską, na wydział informatyki. Zakwalifikował się na obie uczelnie – wybrał wojsko. Na studiach został mężem zaufania swojego rocznika. Mimo ciężkiej pracy znajdował czas, by brać udział w maratonach, doskonalić jeżdżenie na nartach i umiejętności wspinaczkowe. Te ostatnie do tego stopnia, że Różyński zdobył uprawnienia instruktora wspinaczki. W 2002 roku – razem z kolegami z roku – z powodzeniem wziął udział w zawodach patroli rozpoznawczych „Cambrian Patrol 2002” w Wielkiej Brytanii.

Co więcej, już po pierwszym roku na WSO, Daniel rozpoczął równoległe studia na wrocławskiej Akademii Ekonomicznej. Wybrał stosunki międzynarodowe, specjalność – integracja europejska.

23 czerwca 2003 roku, jako najlepszy z 378 studentów, ukończył naukę w WSOWL. Na stopień podporucznika mianował go dowódca Wojsk Lądowych, generał Edward Pietrzyk – jako pierwszego z rocznika. Prezydent Aleksander Kwaśniewski podarował Różyńskiemu szablę ze specjalną dedykacją, a komendant szkoły – złoty sygnet.

Po kilkutygodniowym urlopie, 3 sierpnia 2003 roku, Daniel rozpoczął służbę jako dowódca plutonu w 16 batalionie powietrznodesantowym.

*          *          *

– To był poukładany gość – mówi kapitan Marcin Gil, wówczas dowódca kompanii, w której służył Daniel. – Jego pluton chodził jak przemyślana do ostatniej śrubeczki i dobrze utrzymana maszynka.

– W wojsku po wykonaniu zadania winno się o tym zameldować – dodaje chorąży Rafał Dębicki, szef wspomnianej kompanii. – W przypadku „Róży” ta czynność była formalnością. Bo już na etapie stawiania zadania jasne było, że zostanie ono wykonane na pięć.

*          *          *

– Zanim ekipa z 16 batalionu wyruszyła do Iraku, do dowództwa przyszła informacja, że jest miejsce na kursie dla młodych oficerów w Stanach Zjednoczonych – wspomina kapitan Gil. – Zaczęto sprawdzać dokumenty i okazało się, że potwierdzoną odpowiednimi certyfikatami znajomość angielskiego ma tylko Różyński. Daniel został wezwany do dowódcy, który postawił sprawę tak: „możesz jechać do USA, albo do Iraku. Wybór należy do ciebie”. Różyński wybrał Irak.

Podporucznik wyjechał na misję 13 lipca 2004 roku.

– Gdy wcześniej nam o tym Iraku powiedział, zadowoleni nie byliśmy – opowiada Stanisław Różyński, ojciec. – Ale też wiedzieliśmy, że to decyzja przemyślana. Że Daniel wie, co robi.

Już na miejscu „Róża” podszedł do zadań w typowy dla siebie sposób – zaczął między innymi uczyć się języka arabskiego. Kilka tygodni później był w stanie porozumiewać się z miejscowymi przy użyciu prostych zdań.

*          *          *

12 września 2004 roku „Róża” dowodził patrolem w zastępstwie oficera, który pojechał na pogrzeb zabitego wcześniej żołnierza.

– Dostali wezwanie do ajdików, które znaleziono w ich strefie odpowiedzialności – opowiada Marcin Gil. – Pojechali i, niestety, mieli pecha. Częstego w tamtych czasach.

Kapitan ma na myśli pękające dętki.

– Dopiero po trzeciej zmianie zaczęto wprowadzać opony bezdętkowe do pojazdów naszego kontyngentu w Iraku – tłumaczy Gil. – Ale wcześniej to było paskudne utrapienie, wozy łapały gumy jeden za drugim.

W patrolu Różyńskiego trafiło na „bombowóz” – Stara wiozącego podjęte wcześniej miny-pułapki.

– Zmiana opon zajęła naszym trochę czasu – mówi kapitan Gil. – Ludzie, którzy później zaatakowali patrol, mieli możliwość, by się dobrze zorganizować.

Atak zaczął się od eksplozji miny, do której doszło przed „bombowozem”. Zgodnie z procedurami, Różyński, który jechał z przodu, podał komendę, żeby wyjechać z zagrożonego rejonu. W tym momencie cztery pojazdy – w tym Honker dowódcy – były już poza strefą rażenia.

I wówczas granat RPG trafił pechowego Stara, który wciąż znajdował się w rejonie zasadzki. Ranna załoga pojazdu nie była w stanie kontynuować ucieczki. Różynski nie zastanawiał się długo – wrócił, by zorganizować obronę.

*          *          *

Gdy silny ogień zmusił Polaków do opuszczenia wozów, Różyński uznał, że oprze obronę na linii biegnącego wzdłuż drogi wału. Rozkazał, by żołnierze przeskakiwali wzniesienie parami – jako pierwszy ruszył on i Grzegorz Nosek. Niestety, po drugiej stronie czekali na Polaków kolejni rebelianci – gdy tylko dostrzegli biegnącą dwójkę, otworzyli ogień.

Pierwszy dostał „Róża”. Upadł.

Nosek nie opuścił dowódcy, mimo iż ciężki ostrzał uniemożliwił pozostałym spadochroniarzom jakikolwiek ruch.

Z protokołu powypadkowego: „(…) znaleźliśmy ich kilkanaście metrów od płonącego Honkera. (…) Różyński miał rozpiętą kamizelkę, Grzesiek leżał na plecach z podgiętymi nogami. Wyglądało to tak, jakby wcześniej klęczał, udzielając pomocy porucznikowi”. Szczegółowe analizy potwierdziły wersję, zgodnie z którą Nosek otrzymał śmiertelny postrzał podczas próby reanimacji dowódcy.

*          *          *

– Jak dotarła do ciebie informacja o śmierci męża? – pytam Monikę Nosek.

– Siedziałam w domu i oglądałam wiadomości, tradycyjnie na wszystkich kanałach – wspomina wdowa. – Zatrzymałam się na jednym z nich, gdy usłyszałam, że zginęło trzech żołnierzy. Dziwnie się poczułam i od razu chwyciłam za telefon. Zadzwoniłam do kolegi Grześka, żołnierza, z którym mąż dojeżdżał do pracy. No i on powiedział mi, że już dzwonili do niego z jednostki, i że wśród zabitych nie ma Grzegorza. Odetchnęłam z ulgą.

Pół godziny później do drzwi mieszkania Nosków zapukała delegacja.

– Przyjechał dowódca kompanii, lekarz, psycholog, kapelan – opowiada Monika. – Gdy zobaczyłam tego ostatniego, wiedziałam, o co chodzi.

*          *          *

W Iraku Grzegorz zdołał napisać tylko jeden list do żony. „Cześć kochanie” – zaczął. „Nie jest źle. Na razie nasz pluton obstawia służby, ale mamy dostać samochody i zacząć jeździć. Masz myśleć pozytywnie, że wszystko będzie dobrze, bo ja nie przewiduję inaczej. Mówią o nas, że jesteśmy kuloodporni. Bardzo cię kocham i bardzo za tobą tęsknię. Nie mogę się doczekać, kiedy cię przytulę i pocałuję”.

Nosek nie zdążył wysłać tego listu. Koperta przyleciała do Polski razem z innymi rzeczami z Iraku.

– Ile czasu trwało nim poczułaś, że czas żyć na nowo? – pytam wdowę.

– Dwa lata – słyszę w odpowiedzi. – Dwa lata codziennego jeżdżenia na cmentarz. Wspomnień. Łez. Rozmów przy pomniku.

– Z mężem? – dopytuję.

– Często z nim rozmawiam w wyobraźni – przyznaje Monika.

– Jak wytłumaczyłaś sobie jego śmierć?

– Nie wytłumaczyłam. Po prostu przyjęłam do wiadomości, że tak się stało.

—–

Nz. Patrol na Honkerach, gdzieś w okolicach Diwaniji, jesień 2005 roku/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to