(De)stabilizacja

„Koniec historii” miał przynieść świat bez wielkich konfliktów. Niemal trzy dekady później glob pogrąża się w największej fali przemocy od zakończenia II wojny światowej. W europejskich mediach widzimy głównie Ukrainę, Iran i – jeszcze niedawno – Strefę Gazy. Ale poza mainstreamowym kadrem płoną Sudan, Myanmar, Sahel, Kongo i dziesiątki innych miejsc, gdzie wojna przestała być wyjątkiem, a stała się codziennością.

Według danych Uppsala Conflict Data Program (UCDP) w 2024 roku na świecie trwało 61 konfliktów z udziałem państw – najwięcej od zakończenia II wojny światowej. Jedenaście z nich osiągnęło poziom pełnoskalowej wojny, czyli pochłaniało ponad tysiąc ofiar śmiertelnych rocznie. Z kolei organizacja ACLED, monitorująca przemoc polityczną i konflikty zbrojne, odnotowała w ubiegłym roku ponad 200 tys. incydentów związanych z walkami, terroryzmem, zamachami i starciami zbrojnymi.

Równolegle rośnie liczba ludzi uciekających przed wojną i przemocą. Według danych UNHCR, w 2025 roku liczba uchodźców oraz osób zmuszonych do opuszczenia swoich domów przekroczyła 122 mln. To najwięcej od czasu prowadzenia takich statystyk – więcej niż wynosi populacja Niemiec i Polski razem wziętych. Coraz liczniejszą część tej grupy stanowią ludzie, którzy nie wyjeżdżają za granicę, lecz uciekają w obrębie własnego państwa. Internal Displacement Monitoring Centre szacuje, że tylko w 2025 roku konflikty i przemoc zmusiły do takiej ucieczki ponad 30 mln osób, łącznie jest ich ponad 70 mln.

I mimo tych koszmarnych statystyk wiele konfliktów nie znajduje zainteresowania wiodących światowych mediów. Sudan nie stał się osią globalnej debaty i nie wywołuje emocji porównywalnych z tymi, które budzą Ukraina czy Bliski Wschód. Tymczasem konflikt między sudańską armią a paramilitarnymi Siłami Szybkiego Wsparcia (RSF), który wybuchł w kwietniu 2023 roku, przerodził się w jedną z największych katastrof humanitarnych XXI wieku. Według danych ONZ z domów uciekło ponad 12 mln ludzi, a ogromna część kraju pogrążyła się w chaosie, głodzie i przemocy etnicznej, które pochłonęły nawet 400 tys. ofiar.

—–

A Sudan wcale nie jest wyjątkiem – niejako w cieniu „najpopularniejszych” kryzysów geopolitycznych trwa dziś cała seria konfliktów, które pochłaniają tysiące ofiar, destabilizują całe regiony i zmieniają życie milionów ludzi. W tekście dla TVP.Info wymieniam kilka z nich, piszę tam również o tym, jak bardzo współczesna wojna nie przypomina tej z XX wieku. Zainteresowanych odsyłam do lektury – oto link do tego materiału.

Zaś na potrzeby tego wpisu wróćmy do kwestii „widzialności” wojny. O tym, które konflikty trafiają do globalnej świadomości, decyduje nie tylko ich skala, ale także polityczne znaczenie, medialna atrakcyjność i mechanizmy cyfrowej uwagi. Ukraina pozostaje dla uprzywilejowanego informacyjnie Zachodu konfliktem egzystencjalnym – bo dotyczy bezpieczeństwa Europy i przyszłości NATO. Kryzys wokół Iranu oddziałuje na ceny surowców, stabilność Bliskiego Wschodu i politykę USA. To naturalnie przyciąga uwagę opinii publicznej w najbardziej wpływowych krajach na świecie.

Znacznie trudniej przebić się wojnom, które nie wpływają bezpośrednio na zachodnią politykę czy gospodarkę. W dodatku Sudan, Sahel czy Myanmar są dla europejskiego i amerykańskiego odbiorcy konfliktami odległymi geograficznie i kulturowo, pozbawionymi prostego podziału na „dobrych” i „złych”, a często także czytelnej narracji politycznej. No i wiele z tych wojen jest niezwykle skomplikowanych – z dziesiątkami lokalnych aktorów, zmieniającymi się sojuszami i trudnym do wyjaśnienia tłem etnicznym, religijnym lub ekonomicznym; trudno to ogarnąć.

Znaczenie ma również zmęczenie odbiorców. Po latach nieustannego napływu dramatycznych informacji uwaga opinii publicznej staje się coraz bardziej ograniczonym zasobem. Media konkurują o emocje i czas odbiorcy, a algorytmy premiują konflikty generujące największe zaangażowanie. W praktyce oznacza to, że część wojen zostaje niemal całkowicie wypchnięta poza globalny obieg informacji, nawet jeśli pod względem liczby ofiar należą do największych katastrof humanitarnych świata.

Najbardziej niepokojące może być jednak coś innego: stopniowe oswajanie się z permanentną przemocą. Jeszcze dwie dekady temu kolejne wojny wywoływały przekonanie, że mamy do czynienia z wyjątkowym kryzysem międzynarodowym. Dziś konflikty nakładają się na siebie niemal bez przerwy – Ukraina, Gaza, Sudan, Sahel, Myanmar, Kongo – tworząc wrażenie globalnego stanu ciągłej destabilizacji. Wojna coraz rzadziej jest postrzegana jako alarmujący wyjątek od światowego porządku, a coraz częściej jako jego trwały element. Kolejne konflikty przestają szokować, a wraz z tym maleje presja na polityków i społeczność międzynarodową, by angażowali się w rozwiązywanie kryzysów, które nie wpływają bezpośrednio na interesy największych państw i ich społeczeństw. Grunt, że nasza chata z kraja…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

(Nie)wygrana

Rozejm między Stanami Zjednoczonymi a Iranem jest kruchy – i to w sposób aż demonstracyjny. Jeszcze dobrze nie zaczął obowiązywać, a już pojawiają się oskarżenia o jego naruszanie, spory o interpretację zapisów, niejasności co do zakresu. To nie wygląda jak zakończenie wojny, a jak pauza, którą obie strony wykorzystują, żeby złapać oddech.

A mimo to Donald Trump orzekł już, że wygrał. I to bezdyskusyjnie. Czyżby?

Faktem jest, że Ameryka zrobiła wszystko to, co robi od dekad: weszła w konflikt z ogromną przewagą militarną, zdominowała przestrzeń operacyjną, była w stanie razić cele w całym Iranie, niszczyć infrastrukturę, eliminować dowódców. Na poziomie wojskowym zapewnić sobie niemal pełną kontrolę.

A mimo to USA nie były w stanie przełożyć tej przewagi na rozstrzygnięcie polityczne.

Ameryka nie wymusiła zmiany zachowania Teheranu. Nie zamknęła irańskiego programu nuklearnego. Nie rozbiła regionalnej sieci wpływów Iranu. Ba, nawet nie narzuciła warunków zakończenia konfliktu. Rozejm nie jest amerykańskim dyktatem, a efektem negocjacji, presji zewnętrznej, gry wielu aktorów. To nie Waszyngton zdecydował, kiedy i na jakich warunkach konflikt się zatrzymuje.

Ta wojna pokazała granice odstraszania. Jeśli państwo średniej wielkości jest w stanie przyjąć uderzenia, ponieść ogromne straty – i mimo to nie ulec, nie zmienić zasadniczo swojej polityki, nie wycofać się z kluczowych projektów – to znaczy, że klasyczna logika presji przestaje działać. A jeśli przestaje działać wobec Iranu, to trudno oczekiwać, że będzie działać wobec innych.

Ten konflikt przyspiesza proces, który i tak jest w toku: rozchodzenie się świata w stronę większej wielobiegunowości. Im wyraźniej widać ograniczenia USA, tym więcej aktorów jest gotowych je testować. To nie jest spektakularny „upadek” – to erozja. Ale erozja, która działa kumulatywnie.

Równocześnie warto powiedzieć jasno: to nie jest historia o irańskim triumfie. Iran zapłacił za tę wojnę bardzo wysoką cenę. Jego infrastruktura wojskowa została poważnie uszkodzona, systemy obrony powietrznej i część zdolności rakietowych – osłabione, kadra dowódcza – przetrzebiona. Straty ludzkie są poważne, gospodarka – już wcześniej licha – jeszcze bardziej nadwyrężona. To państwo wychodzi z tego konfliktu słabsze niż do niego wchodziło.

Tyle że w geopolityce można przegrać wojnę – i jednocześnie nie dać wygrać jej przeciwnikowi.

Ale dla mnie najciekawsze jest to, jak bardzo Trump przegrał na płaszczyźnie ideologicznej. I nie chodzi tylko o upadek mitu „Ameryki (znów) wielkiej”. Wojna z Iranem uwypukliła wszystkie negatywne cechy amerykańskiego prezydenta – jego nieprzewidywalność, małostkowość, złośliwość, chwiejność. A Stany to taka trochę monarchia, gdzie cechy lidera szybko stają się cechami państwa. I tak kraj, który przez dekady sprzedawał się światu jako synonim stabilności, zaczął być postrzegany jako źródło ryzyka.

I to jest zmiana dużo głębsza niż wynik jednej wojny.

Bo w polityce międzynarodowej nie chodzi tylko o siłę, ale o przewidywalność jej użycia. Sojusznicy muszą wiedzieć, czego się spodziewać. Przeciwnicy – gdzie są granice. Tymczasem w tej wojnie granice były ruchome, deklaracje sprzeczne, a eskalacja – momentami sprawiała wrażenie improwizowanej.

Na tym tle rośnie konkurent USA – Chiny. Nie dlatego, że są bardziej atrakcyjne ideologicznie, ale dlatego, że wydają się bardziej przewidywalne. A w świecie permanentnego kryzysu przewidywalność zaczyna być walutą cenniejszą niż wartości. To być może najważniejszy efekt tej wojny: przesunięcie punktu odniesienia. Już nie między demokracją a autorytaryzmem, tylko między chaosem a stabilnością.

I jeśli taki wybór zaczyna się rysować w głowach elit politycznych na świecie, to nie jest to problem Iranu. To jest problem Ameryki, która zamiast znów stać się wielka, skarleje.

Zwłaszcza że kryzys wokół cieśniny Ormuz działa jak przypomnienie, że globalna gospodarka wciąż ma wąskie gardła, które można zablokować jednym konfliktem. Dla wielu państw to nie będzie argument za „większą obecnością USA”, tylko za uniezależnieniem się – od regionu, od surowców, od samej logiki tej zależności. Przyspieszenie inwestycji w energetykę jądrową i odnawialną – zwłaszcza odnawialną – nie będzie efektem ideologii, tylko kalkulacji ryzyka. Trump chcący powrotu do świata kopalin, tylko przyśpieszy proces dekarbonizacji.

I wreszcie Europa. Dla niej to kolejny sygnał, że zależność od amerykańskiej projekcji siły ma swoje granice – nie tylko polityczne, ale i praktyczne. Proces uniezależniania się – powolny, pełen napięć – dostaje właśnie kolejny argument.

To wszystko nie wydarzy się jutro. Ale będzie się wydarzać.

Dlatego ta wojna nie zapisze się w historii jako spektakularna porażka ani jako zwycięstwo. Zostanie zapamiętana jako moment, w którym coraz więcej państw zaczęło zachowywać się tak, jakby Ameryka nie była już w stanie narzucać reguł gry.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Chłopiec

Pięć tygodni intensywnych działań zbrojnych na Bliskim Wschodzie przyniosło obraz konfliktu inny, niż sugerowałyby klasyczne porównania potencjałów militarnych. USA i ich sojusznicy dysponują przytłaczającą przewagą technologiczną, operacyjną i logistyczną. A jednak wojna nie została rozstrzygnięta po myśli Waszyngtonu, a Iran – mimo strat – nie utracił zdolności do prowadzenia działań ofensywnych.

To zasadniczy punkt wyjścia: Teheran nie prowadzi wojny, której celem byłoby pokonanie przeciwnika w klasycznym, symetrycznym starciu. Od lat buduje raczej zdolność do przetrwania pierwszego uderzenia, utrzymania ograniczonej projekcji siły oraz stopniowego podnoszenia kosztów konfliktu do poziomu politycznie trudnego do zaakceptowania przez przeciwnika.

W tym sensie obecna wojna nie tyle obala mit amerykańskiej dominacji militarnej, ile pokazuje jej ograniczenia w starciu z państwem przygotowanym na konflikt długotrwały, rozproszony i prowadzony wielodomenowo. Iran nie jest równorzędnym rywalem dla USA – ale nie jest też przeciwnikiem, którego można szybko „wyłączyć” za pomocą kampanii powietrznej i uderzeń precyzyjnych.

To właśnie ta zdolność – przetrwania, adaptacji i selektywnego zadawania strat – stanowi fundament irańskiej strategii. I to ona pozwala zrozumieć, dlaczego po kilku tygodniach wojny Teheran nadal pozostaje aktywnym uczestnikiem konfliktu. Przyjrzyjmy się jej dokładniej.

—–

Najbardziej oczywistym, ale wciąż kluczowym filarem irańskich zdolności militarnych pozostaje rozbudowany arsenał rakietowy. Teheran od lat inwestuje w środki rażenia zdolne do uderzeń na dystansach obejmujących całe terytorium Bliskiego Wschodu – od baz amerykańskich w rejonie Zatoki Perskiej po Izrael. Co istotne, nie chodzi wyłącznie o parametry techniczne pojedynczych systemów, lecz o skalę i strukturę całego potencjału.

Irańska doktryna zakłada użycie rakiet w sposób masowy i zróżnicowany – od pocisków balistycznych po manewrujące – tak, aby przeciążyć systemy obrony przeciwrakietowej przeciwnika. W praktyce oznacza to zdolność do prowadzenia uderzeń saturacyjnych, w których skuteczność nie wynika z precyzji każdego pojedynczego trafienia, lecz z liczby środków ataku i trudności ich jednoczesnego przechwycenia.

Dotychczasowy przebieg wojny potwierdza, że potencjał ten nie został zneutralizowany mimo intensywnych nalotów. Nawet jeśli część infrastruktury i zapasów została zniszczona, Iran nadal dysponuje zdolnością do przeprowadzania ograniczonych, ale powtarzalnych uderzeń. To z kolei oznacza, że przeciwnik nie osiągnął jednego z kluczowych celów kampanii powietrznej – trwałego „wyzerowania” zdolności ofensywnych Teheranu.

Utrzymanie tych zdolności nie byłoby jednak możliwe bez drugiego, mniej widowiskowego, lecz równie istotnego elementu – rozbudowanej infrastruktury podziemnej. Iran od dekad rozwija sieć tuneli, ukrytych magazynów i stanowisk startowych, często ulokowanych w terenach górzystych. Ich funkcją jest nie tylko ochrona sprzętu przed uderzeniami z powietrza, ale również zapewnienie możliwości jego rozproszenia i przetrwania pierwszej fazy konfliktu.

W efekcie nawet wysoce skuteczna kampania lotnicza nie jest w stanie jednorazowo zniszczyć całego potencjału przeciwnika. Część wyrzutni pozostaje ukryta, część może być relokowana, a część – odtwarzana w krótkim czasie. Taki model znacząco wydłuża konflikt i zmusza stronę dominującą technologicznie do prowadzenia kosztownej, wieloetapowej operacji zamiast szybkiego, decydującego uderzenia.

Połączenie masowego arsenału rakietowego z jego rozproszeniem i ukryciem tworzy efekt, który można określić jako odporność operacyjną. Iran nie musi utrzymywać pełnej sprawności wszystkich systemów – wystarczy, że zachowa ich część, zdolną do regularnego zadawania strat i podtrzymywania presji. To z kolei wpisuje się w szerszą logikę tej wojny: nie chodzi o dominację na polu walki, lecz o uniemożliwienie przeciwnikowi osiągnięcia szybkiego i jednoznacznego rozstrzygnięcia.

—–

Uzupełnieniem potencjału rakietowego są bezzałogowe statki powietrzne, które stały się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów irańskiej projekcji siły. Ich znaczenie wynika przede wszystkim z relacji koszt–efekt. Iran rozwija systemy relatywnie tanie, proste i możliwe do produkcji w dużych liczbach, co przekłada się na zdolność do prowadzenia ataków saturacyjnych. Ich celem nie zawsze jest bezpośrednie niszczenie obiektów, lecz zmuszanie przeciwnika do zużywania znacznie droższych środków obrony.

I tak dochodzi do odwrócenia klasycznej logiki przewagi technologicznej. Zaawansowane systemy obrony pozostają skuteczne, ale ich użycie jest kosztowne, podczas gdy strata pojedynczego drona ma dla Iranu znaczenie marginalne. W dłuższej perspektywie wciąga to przeciwnika w kosztowną wojnę na wyniszczenie.

Drony pełnią przy tym nie tylko funkcję uderzeniową, ale również rozpoznawczą – pozwalają wskazywać cele, testować reakcje obrony i identyfikować słabe punkty systemu. To właśnie na tej podstawie możliwa jest koncentracja na celach wysokiej wartości. Teheran nie dąży do maksymalizacji zniszczeń, lecz do uderzeń w elementy kluczowe dla funkcjonowania całego systemu – rozpoznania, dowodzenia i łączności.

Przykładem takiego podejścia jest zniszczenie amerykańskiego samolotu typu AWACS – powietrznego centrum zarządzania walką i jednego z kluczowych elementów systemu dowodzenia. Tego typu uderzenia nie muszą być częste, by znacząco obniżyć efektywność operacyjną przeciwnika, wydłużyć czas reakcji i zwiększyć ryzyko błędów.

W tę samą logikę wpisuje się także irańskie „polowanie” na latające cysterny. Bez nich lotnictwo USA, operujące na dużych dystansach, traci zdolność do utrzymania wysokiej intensywności działań.

To przykład walki systemowej, w której celem nie jest fizyczne zniszczenie przeciwnika, lecz zakłócenie jego działania – „oślepienie” i ograniczenie zdolności do prowadzenia operacji. W warunkach ograniczonych zasobów taka strategia pozwala Iranowi generować efekty niewspółmierne do skali użytych środków.

—–

Jednym z kluczowych elementów irańskiej strategii jest zdolność do rozszerzania konfliktu poza bezpośrednie pole walki. Teheran od lat rozwija koncepcję tzw. eskalacji poziomej, polegającej na przenoszeniu napięcia i działań zbrojnych na inne obszary regionu.

Z tym mechanizmem ściśle powiązana jest zdolność Iranu do prowadzenia działań pośrednich, z wykorzystaniem powiązanych aktorów w regionie. Sieć relacji polityczno-wojskowych, budowana przez lata, pozwala Teheranowi oddziaływać na sytuację bezpieczeństwa bez konieczności bezpośredniego angażowania wszystkich własnych sił.

W praktyce oznacza to, że konflikt nie ogranicza się do wymiany uderzeń między dwoma państwami. Może obejmować zarówno cele wojskowe, jak i infrastrukturę energetyczną, szlaki transportowe czy instalacje o znaczeniu gospodarczym w różnych częściach Bliskiego Wschodu. Nawet incydentalne ataki na tego typu cele wywołują efekt wykraczający poza wymiar militarny – wpływają na rynki surowcowe, bezpieczeństwo żeglugi i stabilność regionu jako całości. To dlatego proirańskie milicje w Iraku atakują bazy i personel amerykański, a ruch Huti w Jemenie uderza w żeglugę na Morzu Czerwonym.

Z perspektywy operacyjnej oznacza to, że przeciwnik – mimo przewagi militarnej – musi działać na wielu kierunkach jednocześnie. Ochrona baz, infrastruktury krytycznej i linii komunikacyjnych zaczyna pochłaniać znaczną część dostępnych zasobów, ograniczając możliwość koncentracji siły w jednym, decydującym miejscu.

Jakie jeszcze czynniki mają wpływ na to, że Iran – wbrew zapowiedziom części amerykańskich komentatorów – nie okazał się chłopcem do bicia? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Oślepianie

Wbrew oczekiwaniom Donalda Trumpa, Iran dalej walczy. A irańskie uderzenia rakietowe i dronowe coraz częściej wymierzone są w krytyczną amerykańską infrastrukturę wojskową.

Najpoważniejszym incydentem z ostatnich dni pozostaje atak na bazę Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej z 27 marca. Według informacji pochodzących z amerykańskich źródeł wojskowych oraz analiz materiałów satelitarnych, uderzenie miało charakter złożony i obejmowało zarówno pociski balistyczne, jak i bezzałogowce. Trafiona została infrastruktura lotnicza oraz płyta postojowa, gdzie znajdowały się samoloty wsparcia. W wyniku ataku zniszczeniu uległ samolot wczesnego ostrzegania E-3 Sentry, a uszkodzone zostały również inne maszyny, w tym tankowce KC-135. Rannych zostało kilkunastu żołnierzy amerykańskich.

Utrata E-3 Sentry ma znaczenie wykraczające daleko poza sam wymiar sprzętowy. To jedna z kluczowych platform systemu dowodzenia i kontroli operacji powietrznych – powietrzne stanowisko kierowania, które zapewnia rozpoznanie radiolokacyjne dalekiego zasięgu, koordynację działań lotnictwa oraz integrację obrony powietrznej. Flota tych maszyn jest przy tym bardzo ograniczona – siły powietrzne USA dysponują obecnie kilkunastoma egzemplarzami (około 15–16), z czego tylko część pozostaje w stałej gotowości operacyjnej. W praktyce oznacza to, że utrata choćby jednej maszyny realnie zmniejsza zdolność do utrzymania ciągłej świadomości sytuacyjnej nad rozległym obszarem Zatoki Perskiej.

Nie jest to zresztą incydent odosobniony. W poprzednich dniach irańskie uderzenia doprowadziły również do uszkodzenia kilku samolotów tankowania powietrznego KC-135, które stanowią niezbędne zaplecze dla operacji lotniczych na dużych dystansach. Bez nich amerykańskie lotnictwo traci możliwość długotrwałego utrzymywania obecności nad teatrem działań i prowadzenia intensywnych operacji uderzeniowych.

Zestawienie tych strat nie pozostawia większych wątpliwości co do logiki działań Iranu. Teheran nie koncentruje się na niszczeniu samolotów bojowych, lecz uderza w elementy, które umożliwiają ich skuteczne użycie – systemy rozpoznania, dowodzenia i wsparcia. To strategia ukierunkowana na stopniowe „oślepianie” i „unieruchamianie” przeciwnika.

Zamiast prób bezpośredniej konfrontacji z przewagą technologiczną Stanów Zjednoczonych, Iran prowadzi działania wymierzone w fundamenty tej przewagi. Uderzenia w systemy rozpoznania i wsparcia nie przynoszą spektakularnych efektów w krótkim czasie, ale stopniowo ograniczają zdolność przeciwnika do prowadzenia operacji na dużą skalę. Jeśli ten trend się utrzyma, może to oznaczać, że amerykańska dominacja powietrzna w regionie – dotąd uznawana za bezdyskusyjną – stanie się znacznie bardziej warunkowa.

Bardziej rozbudowany irański update – który przygotowałem dla portalu „Polska Zbrojna” –  znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony E-3 Sentry/fot. za OSINTtechnical

Mobilni

Na Bliski Wschód kierowane są kolejne siły Stanów Zjednoczonych – tym razem chodzi o elitarną 82. Dywizję Powietrznodesantową. Według dostępnych informacji, do regionu wkrótce trafi od dwóch do trzech tysięcy żołnierzy, przede wszystkim z brygady szybkiego reagowania, czyli tzw. Immediate Response Force. Docelowa skala przerzutu pozostaje niejasna – część źródeł mówi o wariancie ograniczonym, inne dopuszczają rozwinięcie większego komponentu – ale w każdym przypadku chodzi o siły zdolne do działania niemal natychmiast po dotarciu w rejon operacji.

Kluczowe znaczenie ma charakter tej jednostki. 82. Dywizja Powietrznodesantowa to jedna z najbardziej rozpoznawalnych formacji US Army – lekka, mobilna i zaprojektowana do działania w trybie ekspresowym. Jej elementy są w stanie znaleźć się w dowolnym miejscu świata w ciągu kilkunastu–kilkudziesięciu godzin od wydania rozkazu. Nie jest to jednak dywizja przeznaczona do prowadzenia klasycznej wojny lądowej na dużą skalę – jej domeną pozostają operacje punktowe: zajmowanie kluczowych obiektów, zabezpieczanie infrastruktury, szybkie rajdy czy wsparcie działań specjalnych.

Z dostępnych informacji wynika, że przerzucane są przede wszystkim elementy 1. Brygady Bojowej wraz z komponentem dowódczym dywizji. Całością operacji ma kierować dowódca 82 DPD, gen. mjr Brandon Tegtmeier, którego sztab również ma zostać wysunięty w rejon działań. Oficjalnie nie podano dokładnego terminu osiągnięcia gotowości operacyjnej na miejscu, ale biorąc pod uwagę charakter jednostki, można zakładać, że mówimy o czasie liczonym w godzinach, nie dniach.

Nie oznacza to jednak, że USA przygotowują się do pełnoskalowej inwazji na Iran. Skala przerzucanych sił jest zbyt mała, by mówić o operacji przeciwko państwu tej wielkości, a brak ciężkiego komponentu – czołgów, artylerii i rozbudowanej logistyki – wyklucza prowadzenie długotrwałych działań lądowych. Taki scenariusz oznaczałby zresztą ogromne ryzyko polityczne i gospodarcze, w tym groźbę globalnego kryzysu energetycznego.

Znacznie bardziej prawdopodobne są scenariusze ograniczone – włącznie z takim, w którym spadochroniarze w ogóle nie wejdą do walki. W tym ujęciu przerzut 82 DPD można odczytywać przede wszystkim jako element nacisku i demonstrację gotowości do szybkiej eskalacji.

82 DPD daje decydentom w Waszyngtonie bardzo konkretną możliwość: przeprowadzenia punktowego uderzenia w krótkim czasie, bez konieczności rozwijania wielkich sił inwazyjnych. W praktyce oznacza to kilka potencjalnych zastosowań. Po pierwsze, klasyczne operacje zabezpieczające – ochrona placówek dyplomatycznych czy ewakuacja obywateli w razie dalszej destabilizacji regionu. Po drugie, działania o charakterze rajdowym, wymierzone w konkretne cele wojskowe o wysokiej wartości. Po trzecie wreszcie, wsparcie operacji specjalnych, które wymagają szybkiego wprowadzenia większego komponentu wojskowego po wykonaniu zasadniczego uderzenia.

Ten ostatni wątek jest szczególnie istotny, bo przerzutowi 82 DPD towarzyszy również wzmożona aktywność amerykańskich sił specjalnych, takich jak Delta Force czy Rangersi. Taki zestaw sił jest typowy dla operacji najwyższego ryzyka – w tym działań wymierzonych w infrastrukturę strategiczną przeciwnika. W tym kontekście pojawia się scenariusz, który od dawna funkcjonuje w analizach dotyczących Iranu: przejęcie lub zabezpieczenie materiałów rozszczepialnych oraz elementów programu nuklearnego.

Operacje tego typu wymagają ścisłej współpracy sił specjalnych i jednostek konwencjonalnych. Pierwsze odpowiadają za uderzenie i neutralizację celu, drugie – za utrzymanie i zabezpieczenie terenu. I właśnie tu pojawia się rola spadochroniarzy z 82 DPD.

Konkludując, Stany Zjednoczone nie przygotowują się do klasycznej wojny lądowej z Iranem, lecz budują zestaw elastycznych opcji wojskowych – od demonstracji siły, przez operacje punktowe, aż po działania specjalne o dużej skali. Przerzut 82. Dywizji Powietrznodesantowej wpisuje się w tę logikę. To sygnał, że Waszyngton chce mieć narzędzia pozwalające działać szybko – jeśli uzna to za konieczne. Wszystko w myśl zasady: mieć młotek w ręku, ale niekoniecznie go użyć.

Ten tekst, w rozbudowanej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 82 DPD stacjonowali również w Polsce. W 2016 roku brali udział w ćwiczeniach „Anakonda”/fot. Darek Prosiński