Kości

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Jest w najnowszej ekranizacji „Na zachodzie bez zmian” scena, w której zabłąkany artyleryjski pocisk eksploduje w pobliżu maszerujących na front żołnierzy. Nieopierzeni rekruci reagują panicznie, prowadzący ich oficer złorzeczy, po czym dodaje:

– Kajzer oczekuje od was, że przeżyjecie w okopach sześć tygodni – cynizm tych słów nijak nie przystaje do wyobrażeń o szybkiej zwycięskiej wojnie, którymi dotąd karmiono poborowych.

Te sześć tygodni nie jest literacko-filmową fikcją. To efekt kalkulacji niemieckich sztabowców – swoisty kompromis między realiami brutalnych zmagań, a możliwościami machiny administracyjno-szkoleniowej, przygotowującej kolejne „wsady” armatniego mięsa. Następne i następne…

42 dni to znacznie więcej niż dwanaście – a tyle wynosi obecnie średnia przeżywalność „mobika”. Żołnierza armii rosyjskiej, wcielonego podczas zakończonej rzekomo „częściowej mobilizacji”. Minister szojgu zameldował niedawno putinowi, że 300-tysięczny próg udało się osiągnąć i że nie ma już potrzeby powoływania nowych mężczyzn. Być może istotnie „złowiono” te 300 tys. osób, co nie zmienia faktu, że łapanki nadal trwają, choć nie są już tak spektakularne. Niewykluczone, że cel rosyjskiego MON był ambitniejszy. Znajomy relacjonował mi na bieżąco „przygody” rosyjskiego kolegi, który z unijnego kraju musiał wrócić do ojczyzny po nowy paszport. Odebrał go w Wołgogradzie, „po partyzancku”, korzystając ze znajomości w urzędzie – po czym BlaBlaCarem (z dala od transportu publicznego, gdzie „wyłapują”…) – przedostał się pod granicę z Finlandią. A wszystko to działo się już po deklaracji szojgu.

Raportując putinowi sukcesy mobilizacji, szef rosyjskiego MON przyznał, że niemal 90 tys. „mobików” trafiło już na front. Reszta zaś się szkoli.

W tych publicznych deklaracjach nie padło ani jedno zdanie poświęcone stratom pośród świeżo powołanych. Tymczasem mamy tu do czynienia z prawdziwą hekatombą. Wspomniane dwanaście dni to wyliczenie niezależnych rosyjskich dziennikarzy. Ukraińcy z kolei – ostrożniejsi w szacowaniu rosyjskich strat niż Amerykanie czy Brytyjczycy (to trwała tendencja, obserwowalna od wczesnego lata) – podają, że w październiku zabito aż 13 tys. rosjan. Średnio po 450 dziennie, najwięcej dziewięciuset. Armia rosyjska pozbyła się zatem ekwiwalentu jednej dywizji. Dla lepszego zobrazowania skali dramatu – to tak, jakby Polska straciła w tym czasie jedną trzecią swoich wojsk lądowych (operacyjnych).

Większość poległych agresorów to właśnie „mobiki”. Rzucane do walki bez należytego przeszkolenia. „Rekordzista” – spośród ujawnionych i znanych przypadków – w piątek otrzymał kartę powołania, w poniedziałek był już na froncie. Dwa dni później oddał się do niewoli – dlatego przeżył. Wielu jego kolegów, rzucanych do łatania linii obronnych bądź też – jak na doniecczyźnie – do „nierokujących”, lokalnych operacji zaczepnych, tyle szczęścia nie miało.

„Pewnie trudno ci w to uwierzyć, ale tracimy teraz dziesięć razy mniej ludzi”, pisze mi znajomy, oficer ukraińskiej armii. „Czasem nachodzą mnie wątpliwości, bo to wygląda jak polowanie”.

Na Kremlu wątpliwości nie mają…

—–

Cynizm i brutalność rosyjskiej władzy są mocno historycznie ugruntowane. Pisałem kilka dni temu o tym, że jako gatunek łagodniejemy, powołując się na amerykańskiego psychologa Stevena Pinkera. Dowodzi on, że odsetek ofiar gwałtownej przemocy z wieku na wiek maleje. Wniosek ów wyciąga m.in. z archeologicznych badań kości naszych przodków, które noszą ślady licznych – z biegiem czasu coraz rzadziej – brutalnych razów. Liczby rzeczywiste tego nie oddają, bo ludzka populacja wciąż rośnie, niemniej wojny stają się mniej krwawe. „Szczytowe osiągnięcie” w tej dziedzinie – oba konflikty światowe – pochłonęły 100 mln istnień ludzkich. Gdyby cechowała je brutalność i intensywność wojen plemiennych z pradawnych czasów, zabitych byłoby dużo więcej.

Pinker ma wielu krytyków, jednym z nich jest brytyjski filozof John N. Gray, który ogranicza zasadność tez Amerykanina do wąsko pojętego Zachodu (wspólnoty kulturowej rozłożonej po obu stronach Atlantyku). „Jeśli przemoc zmalała w rozwiniętych społeczeństwach, jednym z powodów może być to, że została przez Zachód wyeksportowana”, pisze w artykule dla „Guardiana”. Esej Graya pt. „Steven Pinker się myli co do przemocy i wojen” skupia się na kwestii kolonializmu i prowokowanych przez niego wojen „z dala od spokojnej, zasobnej Europy”. Nie czas i miejsce, by się nad tym pochylać – dla mojego wywodu istotna jest inna z generalnych konkluzji: owszem, rozszerzamy granice empatii, zwłaszcza na Zachodzie, ale agresja pozostaje, przybierając tylko inne postaci.

Weźmy Hołodomor – wielki głód w Ukrainie z lat 30., wywołany celową, ludobójczą polityką Stalina. Nie mieliśmy tam do czynienia z gwałtowną przemocą, wojennymi zmaganiami, ale i tak kilka milionów ludzi straciło życie (między 3 a 10; rozpiętość wynika z ukrywania dramatu przez Moskwę i z sowieckiego bałaganiarstwa). Szczątki ofiar tej okrutnej kampanii nie noszą śladów walki. Archeologowie, którzy będą je badać za 200 czy 300 lat, nie znajdą na kościach złamań, pęknięć, zrostów lub przestrzelin. Na tej podstawie nie da się stwierdzić, że mamy do czynienia ze skutkami zorganizowanej państwowej przemocy. A przecież tak właśnie było…

O czym wspominam, by wykazać, że „na wschodzie bez zmian”. Od Hołodomoru minął niemal wiek, a stosunek rosyjskiej władzy wobec Ukraińców wciąż cechuje agresja. Mój „ulubiony” prorosyjski aktywista medialny pisze o „boju o ukraińską energetykę”, mając na myśli uderzenia w elektrownie i sieci przesyłowe. Relacjonuje to w sposób sugerujący oczywistą-oczywistość tak prowadzonej wojny, jakby chodziło o zmagania dwóch armii w terenie przemysłowym. To zabieg mający na celu odklejenie od rosyjskich działań etykiety zbrodni wojennej. Dla mnie kulawy i nieskuteczny, ale niektórzy mogą się na to nabrać.

Skazywanie milionów cywilów na głód i chłód JEST zbrodnią wojenną – cywilizowany świat tak to zdefiniował po II wojnie światowej. Sparaliżowanie ukraińskiej energetyki – by nie mogła dostarczać prądu, gazu, ciepłej wody – nie przyniesie od razu spektakularnych efektów. Za frazą „pogorszenie warunków życia” kryje się postępujący w czasie dramat. Pozbawieni dostępu do szpitalnej aparatury pacjenci umrą szybko, osoby schorowane, psychicznie podatne na załamania pewnie również. Ale większość narażonych będzie się mierzyć z odroczonymi skutkami zdrowotnymi. Ich kości również nie będą nosić śladów fizycznej wojennej przemocy. Ale będą to szczątki ofiar wojny.

Ofiar rosyjskiej „niereformowalnej” brutalności.

—–

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Tama

Ppłk Borys Epow, wykładowca w akademii kształcącej saperów, mało nie przypłacił życiem realizacji rozkazu Józefa Stalina. Sowiecki wódz zlecił mu misję wysadzenia w powietrze tamy na Dnieprze, będącej częścią Hydroelektrowni Dnieproges w Zaporożu. Oficer zadanie wykonał wieczorem 18 sierpnia 1941 roku, po czym trafił w łapy kontrwywiadu, tak zwanego SMERSZ-u. Stalinowski rozkaz był tak tajny, że nawet najwyżsi rangą miejscowi przedstawiciele NKWD nie mieli o nim pojęcia. Wiedzieli, że Epow ma tamę przygotować do wysadzenia, czego zresztą ukryć się nie dało, bo do tego celu użyto 20 ton amonalu, kruszącego materiału wybuchowego stosowanego do wypełniania amunicji morskiej. Ale co innego „zabezpieczenie” obiektu, a co innego kompletna destrukcja jednej ze sztandarowych budowli pierwszej sowieckiej pięciolatki.

No więc przeszedł Epow mało subtelne przesłuchanie, podczas którego traktowano go jak zdrajcę, usiłując wyciągnąć informacje na temat zleceniodawców sabotażu. „Obróbka” trwała kilka godzin, a zakończył ją telefon z samego Kremla. Pułkownika przeproszono i odesłano samolotem do Moskwy. Na front już nie trafił, do końca „wielkiej wojny ojczyźnianej” pracował w biurze konstrukcyjnym, gdzie projektował nowe rodzaje min. Zaraz po wojnie uhonorowany Nagrodą Stalinowską, zmarł w godnym wieku 91 lat, w 1991 roku.

Czy żałował skutków wysadzenia tamy? Nie wiemy. Jakkolwiek wydarzenie było spektakularne, aż do rozpadu ZSRR nie wspominano o nim zbyt często. „W rezultacie wybuchu z korpusu zapory wyrwane zostało około 100 metrów z jej 600-metrowej długości”, czytamy w „Autobiografii” Epowa. Wybuch miał rozlać rzekę i utrudnić wojskom niemieckim przeprawę na lewy brzeg. I choć wywołał apokaliptyczną powódź w regionie, hitlerowcom specjalnie nie zaszkodził. Zginęło tysiąc pięciuset żołnierzy Wehrmachtu i ponad 100 tys. sowieckich cywilów. Front, w zależności od odcinka, zatrzymał się na kilka godzin do kilku dni. Marny zysk, potworne straty.

Dlaczego o tym wspominam? Ano znów pojawia się pomysł wykorzystania Dniepru jako broni masowego rażenia. rosjanie wprost mówią o ryzyku zerwania tamy, twierdząc przy tym, że oni to nie, ale Ukraińcy są gotowi do takiego sabotażu. Tyle że to rosjanie założyli ładunki i kontrolują teren…

U części odbiorców w Polsce panuje mylne przekonanie, że idzie o tamę w Zaporożu, odbudowaną na przełomie lat 40. i 50. Nie, chodzi o zaporę w Nowej Kachowce, bliżej ujścia rzeki, w sąsiedztwie Chersonia.

O Nowej Kachowce mówi się, zwracając uwagę na dziwne ruchy rosyjskiego wojska. Od kilku dni bowiem trwa ewakuacja ludności cywilnej Chersonia, najbardziej narażonego na efekt wielkiej fali. Troszczenie się o cywilów to zachowanie niepasujące do modus operandi rosyjskiej armii, zwłaszcza że wywożeni są nie tylko kolaboranci i ich rodziny, ale także obywatele Ukrainy, którzy w żaden sposób nie wspierali działań okupantów. Kwestie wizerunkowe (pozwalające widzieć rosję jako stronę prowadzącą działania zbrojne w sposób humanitarny), nie mają dla Moskwy większego znaczenia – ewentualne utopienie dziesiątek tysięcy ludzi mieściłoby się w logice postępowania rosyjskich wojskowych. Może zatem chodzić o wyludnienie Chersonia z przyczyn czysto pragmatycznych – by odciąć partyzantkę miejską od naturalnego zaplecza. Wywózka „wyekstraktuje” bojowników, będą bowiem jedynymi, którzy zostaną w mieście. Tym samym w jakiejś mierze – nie podejmę się oceny, na ile istotnej – pokrzyżuje szyki Ukraińcom, dla których odbicie Chersonia to wspólna operacja sił regularnych, atakujących „od czoła”, i partyzantki działającej na tyłach rosjan.

W tym ujęciu scenariusz wielkiej wody jest jedynie straszakiem – wobec cywilów, by nie sprzeciwiali się wywózce, oraz armii ukraińskiej na zasadzie „zintensyfikujcie działania, to was potopimy”. To element gry na czas, która ma pozwolić rosjanom lepiej przygotować się do obrony resztek zdobyczy w obwodzie chersońskim i samego miasta – jedynego obwodowego, które udało się okupantom zająć – którego z przyczyn prestiżowych utracić nie mogą.

Ale władze Ukrainy wskazują na jeszcze inne motywacje raszystów. Zniszczenie tamy to cios w zaplecze energetyczne kraju. rosjanie od kilkunastu dni systematycznie atakują elektrownie i inne elementy krytycznej infrastruktury – by złamać Ukraińców brakiem prądu, gazu i ogrzewania. Jednocześnie ponoszą na froncie porażki i wiedzą, że nie będą w stanie utrzymać pozycji w obwodach zaporoskim i chersońskim. Zamierzają zatem wytrzebić elektrownię zgodnie z taktyką spalonej ziemi. Liczą przy tym na zyski czysto wojskowe – jak liczył Stalin w 1941 roku – zakładając, że rozlewiska na jakiś czas wyhamują ukraińską presję. Schowanie się za wodą, niczym fosą, pozwoli wojsku wytchnąć, przegrupować się.

Jeśli to prawda, wkrótce powinniśmy być świadkami exodusu rosyjskich sił na południu, bo symulacje powodzi jasno pokazują, że zagrozi ona także najbardziej wysuniętym na zachód zdobyczom najeźdźców. Z pewnością wielka fala utopiłaby przyczółek na prawym brzegu Dniepru oraz pozycje obronne na obrzeżach Chersonia na lewym brzegu rzeki. Woda zakryłaby także około 80 innych miejscowości. A idzie zima…

I na koniec gwoli przypomnienia: stosowanie taktyki spalonej ziemi jest zabronione, ponieważ w znacznej mierze jej ofiarami zostaje ludność cywilna. Mówi o tym artykuł 54. protokołów dodatkowych do Konwencji genewskich z 1977 roku, poświęcony ochronie „dóbr niezbędnych dla przetrwania ludności cywilnej”. Czytamy tam m.in.:

„1. Zabronione jest stosowanie przeciwko osobom cywilnym głodu jako metody prowadzenia wojny. 2. Zabronione jest atakowanie, niszczenie, zabieranie lub czynienie nieużytecznymi dóbr niezbędnych dla przetrwania ludności cywilnej, takich jak środki żywnościowe i strefy rolnicze, które je wytwarzają, jak zbiory, bydło, urządzenia i zbiorniki z wodą do picia, urządzenia nawadniające (…)”. Gdy wszystko to na skutek celowo wywołanej powodzi znajdzie się pod wodą i zostanie skażone zanieczyszczeniami, mamy do czynienia ze zbrodnią wojenną.

—–

Nz. Zapora w Zaporożu. W najbardziej apokaliptycznych scenariuszach zakłada się, że i ona miałby stać się celem rosyjskiego ataku (z powietrza). Wówczas zalano by jeszcze większy obszar, włącznie ze znajdującą się kilkanaście kilometrów dalej elektrownią jądrową…/fot. własne; zrobiłem je w grudniu 2016 roku.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Motłoch

Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim wytraciła impet, przy czym nie jest to efekt działań armii rosyjskiej. Szalone tempo natarcia zużyło ludzi i środki materiałowe – odpoczynek i odbudowa zdolności bojowych stały się koniecznością. Nie znam dokładnych założeń planistów, ale wydaje się, że Ukraińcy zrealizowali najbardziej optymistyczny scenariusz. Analiza post factum wiedzie do wniosku, że pierwotnym celem było zajęcie Kupiańska – ważnego węzła logistycznego rosjan. W obliczu sypiącej się obrony – w wielu przypadkach panicznej ucieczki całych oddziałów – siły zbrojne Ukrainy poszły za ciosem. Skutkiem jest wyzwolenie niemal całości obwodu charkowskiego oraz liczne zdobycze sprzętowe (kilkadziesiąt czołgów, kilkaset innych pojazdów) i materiałowe (przede wszystkim amunicja). Wyeliminowano z walki półtora tysiąca rosjan i separatystów, z nieoficjalnych informacji wynika, że pojmano około tysiąca jeńców, w tym tuzin wyższych rangą oficerów.

Jednak największy sukces dokonał się w wymiarze symbolicznym i politycznym. Ukraina dowiodła, że jest w stanie przejąć inicjatywę operacyjną, skupiona wokół niej koalicja dostała czytelny sygnał, że pomoc wojskowa ma sens. Jak zauważają analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich, sukces operacji charkowskiej „można określić mianem sojuszniczego – decyzje sztabowe wypracowywane były w oparciu o amerykańskie dane rozpoznawcze, a główną siłę przełamania zapewniały otrzymane od Polski czołgi”. Porażka na froncie solidnie podmyła filary kremlowskiej narracji mówiącej o konsekwentnym zwyciężaniu w wojnie („operacji specjalnej”). Zdezorientowani i przerażeni propagandyści w mniejszym bądź większym stopniu skapitulowali przed faktami, przyznając, że nie jest dobrze. Trudno na razie ocenić, jakie będą tego długofalowe skutki, niemniej już dziś widać, że „ogień” dotarł i do Moskwy. Znamienna jest w tym kontekście postawa Margarity Siemonian, naczelnej Russia Today. Ta zjadliwie antyukraińska ulubienica putina, nagle zatęskniła za wspólnym śpiewaniem rosjan i Ukraińców. Jej wpis w medium społecznościowym przesiąknięty był tanim i zapewne fałszywym sentymentalizmem, tęsknotą za czasami dawnej (sowieckiej) wspólnoty. „Czy nie mogłoby tak być znów?”, pytała.

Wracając do kwestii ściśle wojskowych – ukraińska kontrofensywa obnażyła słabość służb wywiadowczych rosji. Uderzenie na kierunku charkowskim zastało rosyjskich generałów „ze spuszczonymi portkami”. Spodziewali się presji przeciwnika na południu, w okolicach Chersonia, tymczasem tamto kontrnatarcie było jedynie pomocniczym i odwracającym uwagę. Wielokrotne zapowiedzi Ukraińców, że ruszą na Chersoń oraz towarzyszące im ataki artylerii sprawiły, że rosyjskie dowództwo rzuciło na południe większość swoich sił. „Przegapiło” lub zignorowało ukraińskie przygotowania na północy i odsłoniło się zanadto na tym odcinku frontu. Dziś nie da się wykluczyć dalszych negatywnych dla rosjan konsekwencji, włącznie z posypaniem się kolejnych linii obronnych. Wirus defetyzmu łatwo się rozprzestrzenia, no i wciąż nie wiemy, co jeszcze planuje naczelny dowódca armii ukraińskiej gen. Walery Załużny. Ze szczątkowych informacji docierających z frontu można wyciągnąć wniosek o następującej pauzie operacyjnej w charkowszczyźnie, ale i o przeniesieniu działań zaczepnych do obwodów ługańskiego i donieckiego. „Mgła wojny” jest w tym obszarze i dla mnie nieprzenikniona.

*          *          *

Doskonale za to widzę upokorzone rosyjskie wojsko. I jakkolwiek Ukraińcy przyzwyczaili nas do myśli, że potrafią raszystom spuścić łomot, skala porażki w obwodzie charkowskim wciąż mnie zdumiewa. Nad przyczynami klęski okupantów rozwodzi się teraz wielu analityków, ja chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Jedna wiąże się z możliwościami technicznymi rosyjskiej armii i przemysłu, druga ma charakter kulturowy.

Najpierw jednak trochę statystyki i historii.

Tuż przed atakiem na Kupiańsk rozmawiałem z moim najlepszym ukraińskim źródłem. „Między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich”.

Czy to dużo? I tak, i nie. Nasz przemysł między 2014 a 2022 rokiem wyprodukował niespełna 40 tys. pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm. W marcu 2017 roku w Bałakliji – tej samej, od zajęcia której kilka dni temu zaczęła się operacja charkowska – doszło do wybuchu w składzie amunicji. Był to wówczas największy taki magazyn w Ukrainie, w którym (na 370 hektarach) zgromadzono 140 tys. (!) ton środków bojowych do armat i haubic o kalibrze powyżej 100 mm. Owe 140 tys. ton to w przybliżeniu 3,5 mln pocisków artyleryjskich. W gigantycznym pożarze zniszczeniu uległo 70 proc. zapasów, czyli jakieś 2,5 mln pocisków. W ocenie ukraińskich organów ścigania, w Bałakliji doszło do sabotażu – przyczyną pierwotnej eksplozji był dron-samobójca, który przyleciał zza pobliskiej granicy z rosją.

Na tym przykładzie widać, że pojedynczy atak może być dużo skuteczniejszy niż cała seria artyleryjskich napadów. Nie umniejsza to jednak skali osiągnięć Ukraińców, gdy zestawimy je z innymi danymi. Rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowane były na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów; ten ostatni rezerwuar jest przeogromny – dość wspomnieć, że inwentaryzacja z 2010 roku ujawniła w składach ponad 100 mln sztuk takiej amunicji. Lecz nie widnieje ona w bieżącej ewidencji środków bojowych, gdyż nie nadaje się do użycia „z automatu”, bez wcześniejszego czaso-i-kosztochłonnego uzdatnienia).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji.

Idźmy dalej. Na przełomie maja i czerwca br. rosjanie zużywali dziennie od 40 do 60 tys. pocisków. Uśredniając, mamy 1,5 mln na miesiąc, 3 mln we wspomnianym okresie. Wcześniej wojna nie miała tak artyleryjskiego charakteru, rosyjskie wielkokalibrowe lufy wyrzucały z siebie nie więcej niż 10 tys. pocisków. W lipcu – gdy raszyści zaczęli odczuwać pierwsze poważne skutki ukraińskich ataków na ich zaplecze – natężenie rosyjskiego ognia artyleryjskiego spadło do poziomu z zimy. W sierpniu pozostało takie samo, co znaczy, że rosjanie wystrzelali już ponad 4 mln sztuk amunicji artyleryjskiej. W połączeniu ze zniszczonym milionem daje nam to jedną trzecią przedwojennych zapasów. A Ukraińcy nie zinwentaryzowali jeszcze zdobyczy materiałowych, będących skutkiem kontrofensywy charkowskiej. Najprawdopodobniej to kolejne kilkaset tysięcy pocisków.

Zanim Ukraińcy przetrzepali rosjanom skórę pod Charkowem, amerykańskie media donosiły (powołując się na wywiad USA), że Moskwa zamierza kupować amunicję artyleryjską w Korei Północnej i Iranie. Teraz ten ruch wydaje się bardziej zrozumiały, zwłaszcza gdy mamy świadomość, jak niska jest kultura techniczna rosjan – w jak fatalnym warunkach magazynowany jest sprzęt wojskowy. Widzimy to chociażby po czołgach, które od później wiosny trafiają na front w miejsce wytraconych wozów z jednostek liniowych. Jeśli tak samo jak czołgi składowana jest amunicja, jakość szczególnie starszych partii może być problematyczna, a 10-milionowy zapas pozornym bogactwem.

A przecież Ukraińcy nie powiedzieli ostatniego słowa w kwestii niszczenia rosyjskiego zaplecza materiałowego.

*          *          *

Dlaczego to tak istotne? Najpierw musimy nieco odmitologizować twierdzenie, wedle którego istotą rosyjskiej sztuki wojennej jest tak zwany walec artyleryjski. Czyli zasypanie przeciwnika ogniem z dział, co ma służyć jego obezwładnieniu i ułatwić zadanie atakującej w następnym kroku piechocie (współcześnie – oddziałom zmechanizowanym). O walcu pisano w kontekście ostatniej wojny światowej, pisze się też w odniesieniu do zmagań w Ukrainie. Co mówią statystyki? W 1941 roku sowieci zużywali średnio 35 tys. pocisków artyleryjskich dziennie, w 1942 100 tys., w 1943 230 tys. Szczyt nastąpił w kolejnym roku – wówczas średnio-dzienne zużycie osiągnęło poziom 270 tys. sztuk. Niemcy w 1941 roku strzelali dziennie 210 tys. pocisków, dwa lata później 260 tys., w 1944 roku – będąc już w odwrocie – lufy ich dział „wypluwały” każdej doby 300 tys. pocisków.

Jest oczywistym, że artyleria odegrała w II wojnie ogromną rolę, niszcząc siłę żywą, broń i umocnienia. Ale czy zdecydowała o ostatecznym zwycięstwie sowietów, skoro poziom natężenia ich ognia artyleryjskiego ustępował, a pod koniec wojny zrównał się z niemieckim (pamiętam, że Niemcy walczyły na dwa, potem zaś na trzy fronty, ale 80 proc. ich sił było zaangażowanych na wschodzie)? Odpowiedź może nam przynieść bitwa o wzgórza Seelow z kwietnia 1945 roku. Przełamanie tej ostatniej naturalnej przeszkody na drodze do Berlina kosztowało armię czerwoną 33 tys. zabitych i trzy razy tyle rannych (niemieckie straty to 12 tys. zabitych). Czterodniowy bój obnażył po całości bezwzględność marszałka Gieorgija Żukowa i brak talentów dowódczych gwiazdy sowieckiej generalicji. Zwycięstwo nie było bowiem skutkiem wyrafinowanych manewrów, nie było też efektem artyleryjskiej nawały, choć armat użyto wówczas rekordowo dużo. Niemiecka obrona pękła na skutek powtarzanych co rusz ataków piechoty. Był to schemat znany z dotychczasowych działań – sowieccy dowódcy mieli za nic życie własnych żołnierzy. Pchali ich w ogień bez względu na straty, licząc, że po którymś ataku przeciwnik w końcu się załamie. Nie było zresztą innej opcji – we wspomnieniach wielu żołnierzy Wehrmachtu przewija się motyw otępienia po odparciu kolejnych sowieckich szturmów, skutkującego utratą zdolności bojowych. Zużywała się amunicja, lufy karabinów, ludzie – wojna w końcu to koszmarne doświadczenie sensoryczne. A tamci szli następną falą, i następną. Pozostając przy analogi walca, bardziej tworzyły go nie armatnie lufy, a organiczna ludzka tkanka.

Ta „wybitna” strategia kosztowała życie co najmniej 12,5 mln sowieckich żołnierzy.

Raz jeszcze podkreślę – nawała artyleryjska odgrywała istotną rolę w działaniach ofensywnych sowietów. Ale mimo rosnących możliwości – przede wszystkim większej liczby luf na froncie, co było efektem rozbudowy własnej bazy przemysłowej oraz amerykańskiej pomocy w ramach Lend-Lease – czerwoni dowódcy bez skrupułów sięgali po „argument ludzkiej masy”. I w ujęciu końcowym to on zdecydowała o sukcesie militarnym ZSRR.

*          *          *

Osiem dekad później wydawało się, że rosjanie już „z tego wyrośli”. Szybko jednak okazało się, że nadal opierają armię o stare wzorce. Z tym że teraz mierzyć się muszą z zasadniczą różnicą, decydującą o ich słabości – brakiem nieprzebranej ludzkiej masy. W 1945 roku armia czerwona miała na froncie 7 mln ludzi, w 2022 roku rosyjski kontyngent zaangażowany w wojnę z Ukrainą liczy 330-350 tys. osób (z czego połowa przebywa w strefie walk). Stalin zmobilizował 40 mln ludzi, dziś rosyjskie dowództwo nie jest w stanie w pełni zrekompensować utraty 80 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli po 24 lutego. Przymusowy i masowy pobór jest rozwiązaniem, którego Kreml się boi, dobrze wiedząc, że rosjanie nie chcą umierać w Ukrainie (powody tych postaw to temat na odrębny artykuł). Powszechna obstrukcja wymagałaby reakcji – Stalin nie miał z tym problemów. Stosował terror w takiej skali, że sowieckie społeczeństwo przełomu lat 30. i 40. nie potrafiło się zbuntować. Putinowski autorytaryzm nie dysponuje takimi narzędziami represji. Obnażenie słabości struktur państwowych mogłoby sprowokować obywateli federacji do buntów, lepiej więc nie ryzykować poboru, który się nie uda. Poza tym świat się zmienił – narzędzia i sposoby prowadzenia wojen udoskonalono, masą niewiele dziś da się wskórać. A drenaż nowoczesnych systemów uzbrojenia – wessanych bezpowrotnie przez ukraiński front – sprawia, że pomysł zmobilizowania miliona młodych mężczyzn (co postulują niektórzy propagandziści) mieści się w kategorii mrzonek.

Rosyjskim generałom pozostaje więc walczyć tym, co mają – wojskiem z ochotniczego i najemniczego zaciągu. Do czego wrócę za chwilę, najpierw poświęcając uwagę kwestii masowego użycia artylerii. Tygodnie, w trakcie których dzienne zużycie amunicji sięgało 60 tys. pocisków, nie różniły się specjalnie intensywnością ostrzałów od zmagań z lat 40. Być może nawet okresowo cechowały się większym nasyceniem „latającego żelastwa”, wziąwszy pod uwagę znacznie krótszą linię frontu i kilkunastokrotnie mniejsze siły zaangażowane w walkę (latem 1944 roku na froncie wschodnim stało naprzeciw siebie 11 mln żołnierzy, dziś jest to kilkaset tysięcy). W porównaniu z armią czerwoną, wojsku rosyjskiemu w Ukrainie przybyło dział (w przeliczeniu „na głowę”), do czasu „himarsowych nocy” najbardziej szalone tempo zużycia amunicji nie stanowiło problemu. W Donbasie więc rzeczywiście mieliśmy do czynienia z walcem artyleryjskim, który pozwalał rosjanom na zajmowanie kolejnych terenów. Ale był to walec powolny, a i tak nie obyło się bez „atrakcji” w postaci iście drugowojennego użycia piechoty. Na nieszczęście szeregowych gotowość dowódców do „rozpoznania bojem” jest mocno zakorzeniona w rosyjskiej tradycji wojskowej. Rozpoznania w najgorszym stylu, czyli pchania pozbawionych osłony ludzi pod lufy. Podczas zmagań o Łymań, Rubiżne, Siewierodonieck czy Lisiczańsk rosjanie wielokrotnie ponawiali ataki piechoty. Z raportów strony ukraińskiej wynika, że często były to natarcia samobójcze – bez należytego wsparcia, w otwartym terenie, przy użyciu kiepsko wyekwipowanego i taktycznie „zielonego” żołnierza. Co z tego, że poprzedzały je nawały artyleryjskie, skoro obrońcy – jeśli tylko była taka sposobność – na czas ostrzałów opuszczali pozycje, wracając na rubieże, gdy działa cichły (póki było do czego wracać; generalnie to nie straty osobowe, a dewastacje linii obronnych decydowały o tym, że Ukraińcy się cofali).

Te odcinki frontu szybko nazwano maszynkami do mielenia mięsa. „Wsad” stanowili żołnierze Rosgwardii, milicjanci z separatystycznych „armii” czy ochotnicy z naprędce skleconych oddziałów, lecz nie brakuje przykładów używania do frontalnych ataków elitarnych jednostek wojsk powietrznodesantowych. Niski poziom zabezpieczenia medycznego i jeszcze niższej jakości szkolenia z medycyny pola walki dla zwykłych żołnierzy, podbiły wskaźniki śmiertelności. Wprost przełożyło się to na spadek morale.

*          *          *

Które i bez tego nie mogło być szczególnie wysokie. „Czy zdajesz sobie sprawę, że to wszystko to szumowiny społeczne?”, pyta publicystkę „Nowej Gaziety” Paweł Łuzin, ekspert ds. rosyjskiej polityki zagranicznej i obronnej. „Mężczyzna w wieku 40 lat nagle chce iść na wojnę? No przecież nie po to, by bronić swojego kraju, swojej rodziny, ale po to, by walczyć, by zarabiać pieniądze. Jaką inną motywację mógłby mieć?”, Łuzin nie pozostawia złudzeń przeprowadzającej z nim wywiad dziennikarce Irinie Tumakowej. „Bo kocha swoją ojczyznę?”, słyszy. „Ta ‘miłość do ojczyzny’ w praktyce oznacza przede wszystkim, że nikt go nie potrzebuje, łącznie z żoną, dziećmi i starszymi rodzicami. Po drugie, nie osiągnął w życiu nic, więc chce udowodnić wszystkim, że wciąż jest do czegoś zdolny. Po trzecie, jest człowiekiem, który cierpi z powodu problemów materialnych i myśli, że rozwiąże je na wojnie”, Rosjanin twardo obstaje przy swoim. „Ale tacy ludzie też są potrzebni”, oponuje rodaczka. „Tacy ludzie nie mogą wygrać żadnej wojny”, kwituje rozważania ekspert.

Ta gorzka rozmowa nie ilustruje widzimisię wywiadowanego. Zacytowany fragment to rzetelna recenzja modelu rekrutacji, uruchomionego przez rosyjskie ministerstwo obrony, by uzupełnić straty poniesione w Ukrainie. Problem w tym, że system nie działa, tak jak powinien. Finansowe zachęty – pensje wielokrotnie wyższe od średnich (sięgające w przeliczeniu kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie) – nie przyciągają wartościowego materiału ludzkiego – młodych, zdrowych mężczyzn o stabilnej sytuacji życiowej, najlepiej po przeszkoleniu wojskowym. Doszło to tego, że masowo rekrutowani są więźniowie, także ci skazani za najpoważniejsze przestępstwa kryminalne. Ci ostatni zwykle nie trafiają do armii, a do Grupy Wagnera, firmy najemniczej, która na zlecenie Kremla działa w Ukrainie (nie ma to jednak większego znaczenia, bo wojsko i najemnicy ściśle współpracują, pod tym samym dowództwem). Niegdyś wagnerowcami zostawali byli żołnierze sił specjalnych, ale i ta jakość została wytracona – z nieoficjalnych informacji wynika, że dotąd zginęło w Ukrainie co najmniej 15 tys. najemników. Tymczasem Kreml ani myśli zrezygnować z usług firmy, ba, przekazuje jej coraz więcej kompetencji do tej pory zastrzeżonych dla armii (to sposób na jeszcze mniej transparentne prowadzenie „operacji specjalnej”; straty osobowe najemników łatwiej jest ukryć, gdyż oficjalnie to komercyjna działalność, poza kompetencjami i odpowiedzialnością urzędników ministerstwa obrony). W obliczu takiej presji dramatycznie obniżono kryteria rekrutacyjne. Słaby odzew społeczny na akcję formowania ochotniczych pułków jeszcze bardziej przesunął punkt ciężkości na Grupę Wagnera – stąd wziął się pomysł docelowego zmobilizowania nawet 50 tys. (!) więźniów.

A niskie morale nie wynika wyłącznie z faktu utraty „kwiatu armii”. Nawet w swym najlepszym składzie osobowym rosyjskie siły zbrojne pozostawały mocno zakorzenione we wschodniej tradycji wojskowej. Dla której charakterystyczna jest silnie zhierarchizowana struktura, z kompetencjami delegowanymi maksymalnie ku górze. Średni i niższy szczebel dowodzenia niewiele może, o wszystkim decyduje wyższe dowództwo. Model się sprawdza, jeśli najwyżsi rangą oficerowie dysponują technicznymi możliwościami zarządzania polem walki. Gdy ich zabraknie, bądź zabraknie dowódców, do głosu dochodzą negatywne skutki treningu kulturowego, osadzonego na braku poczucia sprawczości i odpowiedzialności – nieumiejętność podejmowania inicjatywy oraz (jak to się mówi w potocznym języku Wojska Polskiego) „a-chuj-mnie-to-obchodzizm”. „Nie wiem”, „nie potrafię” i wreszcie „boję się”; strach jest bowiem wzmacniany doświadczeniem, w którym zbytnia samodzielność niosła ryzyko kary. Równowaga w pionowo zorientowanych systemach zarządzania opiera się na wybitnie nierównomiernym dostępie do wiedzy i władzy. Ktoś z nieswojego, niższego poziomu traktowany jest jako intruz/uzurpator. W wojsku, gdzie system kar – oficjalnych i nieoficjalnych – jest zwykle bardziej dotkliwy niż w cywilu, „panoszenie się” to niebezpieczny proceder. Zwłaszcza w obliczu porażki. W praktyce oznacza to, że pozbawione dowództwa jednostki nie są w stanie podjąć sensownych działań. Dla przykładu, mimo informacji o nacierającym przeciwniku, ani się nie wycofują, ani nie przygotowują do obrony; żołnierze czekają, aż ktoś wreszcie wyda im jakiś rozkaz. Gdy ten nie nadchodzi, za to pojawia się wróg, opcje w zasadzie są już tylko trzy: można wiać, można się poddać, można też podjąć nierówną z powodu nieprzygotowania walkę (oczywiście, możliwy jest scenariusz realizujący w różnym stopniu wszystkie trzy postawy). Gdy wybór pada na walkę, jakkolwiek często nie ma w tym heroizmu a raczej fatalizm, post factum wojenna propaganda nadaje takim wydarzeniom hurrapatriotyczny charakter.

*          *          *

Armia ukraińska, mimo wspólnych organizacyjnych korzeni z rosyjską, po 2014 roku zaczęła rozwód z wojskowym „wschodniactwem”. Zmiany mentalności to zwykle długotrwały proces, ale w tym przypadku obserwujemy coś na wzór turbo-przyśpieszenia. W transformacji wojska niebagatelną rolę odegrało rosyjskie zagrożenie – to ono wymusiło przejście na bardziej efektywny, zachodni model zarządzania i dowodzenia armią. Dzięki niemu możliwe stało się częściowe zniwelowanie przewagi technicznej i technologicznej rosjan, co przed 24 lutego uchodziło za pusty frazes, dziś jest hasłem po korek wypełnionym treścią. Widać bowiem jak na dłoni, że delegowanie kompetencji i odpowiedzialności w dół – przede wszystkim na barki podoficerów i oficerów niższego szczebla, ale i do poziomu zwykłego żołnierza – skutkuje większą żywotnością oddziałów (nie idą tak łatwo w rozsypkę), sprzyja taktycznej inicjatywie, generując korzystne sytuacje, także wcześniej nie do przewidzenia. Ukraińskie chodzenie za ciosem z ostatnich dni to była również suma decyzji dowódców plutonów, kompani czy batalionów, którzy nie bali się wykorzystać otwierających się możliwości. Inna sprawa, że pomagała im nieosiągalna dla armii rosyjskiej świadomość sytuacyjna. Znacznie wydolniejsza łączność i sieciocentryczność pozwalająca na bieżącą wymianę informacji między nacierającymi jednostkami i dowództwem ułatwiała konsultowanie i podejmowanie decyzji.

rosjanie w obwodzie charkowskim zostali przed kontrofensywą skutecznie dekapitowani. Na południe pomaszerowały najlepsze oddziały, a wraz z nimi najwartościowsza kadra oficerska. Uwagę dowództwa „operacji specjalnej” przykuł Chersoń, ukraińscy komandosi i precyzyjna artyleria wyeliminowali kilka punktów dowodzenia. Gdy Ukraińcy ruszyli, jakościowo drugo-i-trzeciorzędne jednostki wroga wybrały ucieczkę – tylko w nielicznych przypadkach rosjanie byli w stanie stawić zorganizowany opór. Póki „jakoś szło” – do końca sierpnia – słabości raszystowskiej armii objawiały się w jej bandyckich praktykach wobec ludności cywilnej. Zdeprawowani żołnierze kradli, gwałcili, mordowali, w czym oficerowie im zbytnio nie przeszkadzali, świadomi, że taka jest cena dyspozycyjności uczestnika „operacji specjalnej”. Gdy iść zaczęło Ukraińcom, pozornie zorganizowana struktura zmieniła się w wojskowy motłoch.

Dalszy przebieg konfliktu zależy zatem od tego, w jakiej kondycji uda się rosjanom zachować własną armię. Motłochem walczyć się nie da, a dla utrzymania dyscypliny niezbędne jest odzyskanie inicjatywy operacyjnej. W realiach rosyjskiego wojska oznacza to konieczność powrotu do wojny artyleryjskiej, będącej jak dotąd jedyną skuteczną metodą raszystów na długotrwałe i wyczerpujące angażowanie sił ukraińskich. Z nadzieją, że może w końcu pękną.

Tyle że ukraiński sztab generalny świetnie zdaje sobie z tego sprawę. I zapewne nie zaprzestanie dalszych działań paraliżujących rosyjską logistykę i system dowodzenia.

—–

Nz. Ukraińskie czołgi/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Masa

Często słyszę pytanie o to, skąd we mnie wiara w ukraińskie zwycięstwo? Czy nie jest to przypadkiem hurraoptymizm, bo przecież „sam pan widzi, jak jest”.

Widzę, jak jest. Zerkam też w przeszłość i w oparciu o takie podstawy wywodzę swoje wnioski. Bieżącą sytuację znacie, z historii zaś jasno wynika, że rosyjskie/sowieckie zwycięstwa były efektem ilościowej przewagi. Zwykle miażdżącej. I towarzyszącego jej okrucieństwa wobec własnych żołnierzy, żołnierzy przeciwnika oraz ludności cywilnej, tak rodzimej, jak i wrogiej. To brutalna masa zmiażdżyła hitlerowskie Niemcy, masą pokonano w 1940 roku Finlandię. Rzeki czołgów wjechały w 1956 roku na Węgry, 12 lat później sterroryzowały Czechosłowację. W 1990 roku Związek Sowiecki miał w linii 55 tysięcy (!) tanków, a we łbach generalicji noszącej czerwone gwiazdy na mundurach nie było cienia złudzeń, że większość z nich spłonie w walce. Ale – kalkulowano – kilka, może kilkanaście tysięcy dojedzie do Kanału La Manche. „Ludzi u nas dużo”, mawiał Stalin, dezawuując alianckie wysiłki na Zachodzie. Dla dyktatora nie było problemu – poświęciłby życie jeszcze kilku milionów czerwonoarmistów, gdyby jednak nie otwarto drugiego frontu, a pokonanie Rzeszy wiązało się z koniecznością pójścia dalej za Wezerę i Ren.

Oczywiście, masy nie zawsze wystarczały. Liczna armia rosyjska z czasów I wojny i tak dostała wciry od Niemców. Bolszewicka nawała w 1920 roku wlała się aż pod Warszawę, ale ostatecznie popędzono ją daleko na wschód.

Gdy siły były bardziej wyrównane, rosjanom zdarzało się wygrać – wtedy jednak do głosu dochodził inny atut w postaci ogromnych przestrzeni i pogody, czego najdonioślejszym przykładem jest porażka kampanii napoleońskiej z 1812 roku. Gdy walka koncentrowała się na relatywnie małym obszarze – jak podczas wojny z Japonią w 1905 roku – kończyła się porażką. Trudno bowiem doszukiwać się w rosyjskiej/sowieckiej sztuce wojowania jakiegoś wyjątkowego kunsztu. Wiem, wiem, są tacy, których właśnie zjeżyłem. Obserwuję jednego takiego – niby dziennikarza, niby naukowca – co to przekonuje swoich czytelników do opinii o wyjątkowej rosyjskiej biegłości strategicznej, operacyjnej i taktycznej. Zimą dla przykładu opiewał sowieckiego marszałka Koniewa, którego rzekomo wybitny manewr z 1945 roku uratował przed zniszczeniem Kraków. Od kilkunastu lat mieszkam w Krakowie, dlatego o tym wspominam – my tu bowiem dobrze wiemy, czym ów manewr był. Wymysłem komunistycznej propagandy, nijak mającym się do rzeczywistości. Miasto przetrwało, bo Niemcy nie zamierzali go bronić, a za sprawą sowieckiego nieogaru udało im się z niego uciec. Ot i cały manewr.

Rzeczony piewca rosyjskiej myśli wojennej wchodzi teraz na wyżyny retorycznych zdolności, by wykazać, że to, co dzieje się w Ukrainie po rosyjskiej stronie, zasługuje na miano czegoś więcej niż bliadźkrieg. Znać w tym sznyt literatury propagandowej czasów komuny – a piszę to jako jej „dziecko”, wychowanek popularnej serii Tygrysów, zatem z pełnej autopsji. Radzieccy, których wynoszono na piedestały za wyzwolenie Polski spod hitlerowskiego jarzma, nic nie robili bez pomyślunku, gruntownego przygotowania, doskonałego rozpoznania i doskonałej anałoga-w-miru-niet broni w arsenale („najlepsze” czołgi II wojny T-34, „najlepsza” artyleria w postaci katiusz czy „najlepsze” szturmowce Ił-2; od podkreślania tej najlepszości puchły książki). Tylko skąd brały się te miliony zabitych krasnoarmiejców i dziesiątki tysięcy sztuk spalonego sprzętu?

Podczas bitwy kurskiej – uchodzącej za największe starcie pancerne w dziejach – w zmaganiach pod Prochorowką sowieci stracili kilkaset czołgów, Niemcy kilkanaście. Zmagania na łuku kurskim ostatecznie wygrała armia sowiecka, tak liczna, że hitlerowcy nie mieli szans przedrzeć się przez jej pozycje.

Gdy zaraz po wojnie jednostki Wojska Polskiego, tego ze Wschodu, przeniosły się do miejsc stałego stacjonowania, okazało się, że sprzęt, który trafił do oddziałów jeszcze podczas działań zbrojnych, nie wytrzymuje realiów czasu pokoju. Silniki stawały, lufy „kwitły”, spawy nie trzymały – czołgi, działa samobieżne czy samochody masowo się rozsypywały. Tak fatalnie zostały wykonane – na szybkości, byle były, w końcu i tak nie przewidziano dla nich (i dla załóg…) długiej żywotności. Liczyła się masa (podczas II wojny światowej z sowieckich fabryk wyjechało ponad 50 tysięcy czołgów T-34).

Wróćmy do teraźniejszości. O jakości rosyjskiego sprzętu napisałem już sporo – na potrzeby tego wpisu wystarczy stwierdzenie, że jest ona niska. Względnie niezłe typy broni – jak na przykład samoloty – tracą dużo swych atutów na skutek nieumiejętnego wykorzystania. Co przywodzi nas do kwestii jakości materiału ludzkiego, także jego kompetencji. Po pół roku widać jak na dłoni, że rosjanie nie potrafią w nowoczesną wojnę. Źle rozpoznali przeciwnika, nie mają trwałych zdolności do precyzyjnych uderzeń, nie są w stanie przeprowadzić kombinowanych (z jednoczesnym użyciem różnych komponentów sił zbrojnych) operacji wojskowych. Leży wyszkolenie taktyczne, bardziej niż kuleje medycyna pola walki. O terytorialnych sukcesach zadecydowały pierwsze momenty wojny, przy czym czynnik zaskoczenia wzmocniony został, a jakże, skoncentrowanym na kilku kierunkach masowym uderzeniem kolumn pancernych. Z kolei późniejsze – już bardzo mikre – zdobycze, to efekt artyleryjskiego walca. Potężnych ostrzałów, których natężenie było kilku-kilkunastokrotnie większe od możliwości artylerii obrońców. Zatem znów masa, tym razem latającego żelastwa.

Niemal wszystkie rosyjskie operacje, o których można by powiedzieć, że prezentowały coś więcej niż uderzenia brutalnej masy, skończyły się niepowodzeniem. Nieudany rajd wojsk powietrznodesantowych na lotnisko w Hostomelu najlepszym tego przykładem.

Dziś rosjanie stoją (na północy i w Donbasie), bądź się bronią (na południu). A będzie tylko gorzej, gdyż nie dysponują ilościową przewagą w ludziach. 200-tysięczny kontyngent okazał się za mały do pokonania Ukrainy, a sięgające 40 proc. straty kompensowane są wyjątkowo wolno i nieporadnie. Jeszcze w kwietniu Kreml zlecił sformowanie czterech korpusów (nazwa mocno na wyrost), po jednym w każdym okręgu wojskowym, które wysłano by na front. Szło jak po grudzie, skończyło się więc na jednym korpusie. Etatowo ma on liczyć 15 tys. ludzi, ale nawet tego pułapu nie udało się osiągnąć – w jednostce, która właśnie znajduje się w drodze do Ukrainy, służy niespełna 13 tys. żołnierzy. Teoretycznie 140-milionowa Rosja mogłaby zalać przeciwnika masą zmobilizowanych bojców. 200-milionowy ZSRR rzucił do walki podczas II wojny ponad 40 mln ludzi (13 mln poległo, 7 mln służyło w maju 1945 roku, reszta to jeńcy i ranni odesłani do domów). Stalin traktował żołnierzy jak bydło, racje poborowych nie miały znaczenia, sprzeciw wobec wcielenia każdorazowo spotykał się z brutalną reakcją. putin nie ma nawet połowy narzędzi opresji, jakimi dysponował jego idol. Stąd wabienie ochotników wysokimi pensjami, stąd lęk Kremla przed masową mobilizacją, która zapewne zakończyłaby się masową obstrukcją. Bo rosjanie za „rosyjską Ukrainę” umierać nie chcą.

Ale nawet gdyby chcieli i gdyby jakimś cudem putinowi udało się napełnić koszary ludźmi – w coś trzeba ich wyposażyć. Niesamowita skuteczność Ukraińców pozbawiła rosjan ogromnej części ich najlepszej broni. Teoretycznie wielkie zapasy okazują się pozornym bogactwem. Warunki przechowywania sprzętu, jego jakość degradująca się wraz z upływem czasu, powszechne złodziejstwo i korupcja sprawiają, że „nawis mobilizacyjny” w dużej mierze nie nadaje się do wykorzystania. Ewentualnie nadałby się, ale po wymagających czasu remontach i usprawnieniach.

Tak dochodzimy do kwestii możliwości przemysłu zbrojeniowego. Mało kto ma świadomość, że niemiecka produkcja zbrojeniowa osiągnęła swój szczyt w listopadzie 1944 roku – zaledwie na pół roku przed upadkiem III Rzeszy. W realiach niezwykle destrukcyjnej kampanii bombowej aliantów, potężnych braków surowcowych i kadrowych. A jednak Albert Speer dokonał cudu, a skoro jemu się udało, uda się też rosjanom. Ostatecznie „czym są sankcje wobec nalotów?”. Putin poczynił już przygotowania, można by rzec. W życie weszły odpowiednie rozporządzenia, przestawiające rosyjską gospodarkę na wojenne tory. I co z tego? Kilka lat temu w fabryce, która produkuje (trochę za mocne słowo, wiem…) czołgi T-14 Armata, na wiele miesięcy wstrzymano pracę części załogi, gdy wyszło na jaw, że dyrektor sprzedał za granicę suwnicę używaną w jednej z kluczowych hal. Sprzedał, by poprawić wynik finansowy. Dziś w tym samym przedsiębiorstwie nie pracuje 90 proc. nowoczesnych obrabiarek, bo są z Zachodu, nie są serwisowane, brakuje do nich części zamiennych, a software mówi „niet” przy próbach odpalenia. Praca na starych urządzeniach jest zaś skrajnie nieefektywna. Słabość „niemieckiej analogii” wynika choćby z faktu, że większość maszyn hitlerowskiej zbrojeniówki była w 1944 roku nowa, zaś rdzennie rosyjski park maszynowy pamięta czasu Sowietu.

A przecież to nie wszystko. Pisałem już wielokrotnie o zachodnich komponentach używanych w najlepszych rosyjskich rodzajach broni. Sankcje sprawiły, że rosjanie nie mają do nich dostępu – stąd na przykład desperackie w istocie sięganie po rakiety z lat 60. Jest ich zapewne sporo, ale i one się skończą.

I mógłbym tak dużo i długo, ale – sądzę – wystarczy. Nie ma masy i nie ma kunsztu, który mógłby jej brak skompensować. Jest bezwzględność wobec ukraińskich cywilów, lecz pozostaje – z perspektywy rosjan – kontrproduktywna, bo tylko nasila wolę oporu. Czas zaś nie działa na korzyść najeźdźców, bo armia obrońców – jakkolwiek ponosi dotkliwe straty – jednocześnie bardzo się zmienia. Idzie w jakość, której orki nigdy nie osiągną. I z braku której w końcu przegrają.

—–

Nz. Ukraiński moździerz na froncie/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Statystyki

W raportowaniu na temat strat osobowych często mierzymy się z fałszerstwami. Strony zaangażowane w konflikt najczęściej zaniżają ubytki własne, zawyżając jednocześnie straty nieprzyjaciela. Ma to rzecz jasna wymiar propagandowy – służy przede wszystkim podtrzymaniu wyobrażenia o skuteczności, bohaterstwie czy determinacji własnej armii, wpisując się tym samym w proces budowania morale. W historii najnowszych wojen z rzadka mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której straty własne byłyby zawyżane. W ten sposób postąpili sowieci po II wojnie światowej – po pierwsze, by jeszcze bardziej podkreślić skalę poświecenia „narodów radzieckich w wojnie z faszyzmem”, po drugie, by „statystyki się zgadzały”. Rzeczywiste straty ZSRR, poniesione na skutek konfliktu z Niemcami, nie pokrywały się w pełni z rozmiarami powojennego ubytku ludności. Wedle różnych relacji, sowieckim statystykom brakowało od kilku do kilkunastu milionów ludzi. Co się z nimi stało, skoro nie zabili ich Niemcy (nie zginęli/nie urodzili się w efekcie brutalnej hitlerowskiej okupacji)? Odpowiedzią była barbarzyńska polityka Józefa Stalina z lat 30. – wielki głód, masowe prześladowania, czystka w armii. Sytuacje, o których wszyscy wiedzieli, ale nikt nie mógł mówić. A już w żadnym razie oficjalnie raportować. I w takich okolicznościach „przyklepano” nazistom co najmniej kilka milionów dodatkowych ofiar, z których jedną trzecią stanowili żołnierze.

Dlaczego o tym wspominam? Ano czynię to w reakcji na działania władz tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej, które ujawniły dane o swoich ofiarach. W odróżnieniu od Rosjan, którzy raportowania zaprzestali (ostatnie oficjalne informacje pochodzą z 25 marca), „donieccy” – tak to przynajmniej wygląda – nie zaniżają poniesionych strat. Z czego wnioskuję? Według stanu na 16 czerwca, w 2022 roku poległo 2128 wojskowych, a 8897 zostało rannych (te dane obejmują również okres od 1 stycznia do 23 lutego, czyli nieliczne incydenty zbrojne sprzed pełnoskalowej inwazji), co odpowiada… 55 procentom całości sił DRL. Jeszcze raz to podkreślę – ponad połowie jednej z separatystycznych „armii”. Nazwać to „pogromem”, to jakby nic nie powiedzieć – stąd moje przypuszczenie, że nie doszło do celowego fałszerstwa „w dół”. Oczywiście, mogę się mylić – rzeczywiste straty mogą być na poziomie 70-80 procent, przy których 55 wydaje się „kompromisową” wielkością (na tyle dużą, by obywatele – świadomi zniknięcia i pogrzebania iluś tam bliskich i znajomych – uznali ją za prawdziwą, na tyle małą, by nie obnażać w pełni kompromitacji i nieudolności wojska, dowództwa, w tym rosyjskiej zwierzchności). Jednak moim zdaniem, te 55 procent to na tyle dużo, że podejrzewam ruch w drugą stronę – zawyżenia statystyk. W jakim celu? Kim są rzeczywiści adresaci takich działań?

Nim odpowiem na te pytania, warto podkreślić, że prorosyjscy separatyści w Donbasie to wojsko drugiej i trzeciej kategorii. Wyposażone zwykle w przestarzałą broń i sprzęt, źle wyszkolone, używane przez rosyjskie dowództwo jako mięso armatnie. Ci z Doniecka mocno wykrwawili się w Mariupolu, ci z Ługańska wciąż solidnie obrywają w Siewierodoniecku. Lektura pojawiających się i znikających (po interwencjach rosyjskich służb) profilów na Telegramie nie pozostawia złudzeń co do stanu i możliwości „separów”. Oraz ich dramatycznie pikującego morale. Jedno z moich źródeł twierdzi, że w kwaterze głównej NATO mówi się o separatystycznych milicjach (oraz o ochotnikach uzupełniających stany osobowe regularnych jednostek armii rosyjskiej) per bic-troops – od nazwy jednorazowych maszynek do golenia. „Jednorazowe wojsko (oddziały, żołnierze)”, których jedynym zadaniem jest pojawić się na linii frontu, zmusić obrońców do ujawnienia punktów oporu i… umrzeć. To ostatnie zresztą niekoniecznie od razu. Pisałem już o tym wcześniej, wczoraj pojawiły się „w temacie” kolejne doniesienia – „separy” mają opiekę medyczną jeszcze gorzej zorganizowaną niż Rosjanie, w związku z czym duża część zgonów następuje nie bezpośrednio w boju, a podczas niepotrzebnie wydłużonej i niefortunnie prowadzonej ewakuacji medycznej.

W Doniecku od początku inwazji trwają łapanki, których celem jest pozyskanie „ochotników”. Ale – sądząc po malejącej aktywności „poławiaczy dobrowolców” – możliwości w tym zakresie chyba się wyczerpują; rezerwuar zdolnych do wysłania na front mężczyzn nie jest przecież niewyczerpalny. Z pewnością trudno znaleźć prawdziwych ochotników, gotowych do narażania życia i zdrowia dla samozwańczej republiki (to samo dotyczy zresztą ŁNR). Co innego, gdy wojna w Donbasie miała „wygodny” pozycyjny charakter i niską intensywność – a za siedzenie w okopach można było otrzymywać przyzwoitą jak na lokalne warunki pensję. Co innego zaś, gdy front okazuje się piekłem. Denis Puszylin (premier DRL) i spółka mają tego świadomość i pewnie dlatego zdecydowali się na ujawnienie kompromitujących na pierwszy rzut oka danych o 55-procentowych stratach. „Staramy się, ale na więcej nas nie stać”, to sygnał przede wszystkim dla Moskwy, która wciąż domaga się kolejnych dostaw bic-troopsów. Sygnał, który ma dać kontrę zarzutom o nieudolność. Poza tym z perspektywy mafijnej kasty rządzącej DRL, trzeba zrównoważyć oczekiwania kremlowskiego protektora z własnymi potrzebami. Wydrenowanie republiki ze zdolnej do noszenia broni populacji niesie kilka ryzyk. Najważniejsze? Wolta w Moskwie, w wyniku której armia rosyjska wycofałaby się do domu, skazałaby DRL na łaskę Ukrainy, nie bez znaczenia jest też rola milicji w wewnątrz-donieckich stosunkach (kto ma wojsko, ten ma władzę).

Walka idzie zatem – w mojej ocenie – o zachowanie separatystycznej „armii” w skali niezbędnej dla utrzymania władzy w republice.

PS. Ukraińcy solidnie przeflancowali rosyjski garnizon na Wężowej Wyspie (wbrew twierdzeniom kremlowskiej propagandy, zgodnie z którymi wszystkie drony i rakiety udało się zestrzelić), a ich bezzałogowiec zaatakował dziś rafinerię Nowoszachtinskaja w obwodzie rostowskim (tak, tak, to już Rosja właściwa).

—–

Nz. Zdjęcie satelitarne pokazujące zniszczenia na Wężowej Wyspie/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to