Zasoby

Rosyjskie rakiety spadają dziś na ukraińskie węzły kolejowe. Jeśli coś w tym zaskakuje, to fakt, że Rosjanie wzięli się za tego rodzaju akcje po dłuższej przerwie, a i tak czynią to w zakresie, który trudno nazwać masowym. Ku wściekłości telewizyjnych ekspertów, chadzających na pasku Kremla, którzy nie mogą zrozumieć – i dają temu wyraz na wizji – „dlaczego armia tak cacka się z Ukrainą!?”. „Przecież przez te węzły idzie zachodnia pomoc!”, grzmią, świadomi, że pozycja eksperta w państwowej telewizji pozwala na łajanie generalicji (byle nie po nazwisku!). Tak putinowcy budują pośród zwykłych Rosjan przekonanie, że niepowodzenia w Ukrainie wynikają z samoograniczającego się charakteru „operacji specjalnej”, co zostawia furtkę dla argumentacji typu „ale jak już NAPRAWDĘ zaczniemy…”. Jednocześnie w takich okolicznościach Kreml tworzy dodatkową presję na wojskowych („widzicie, co o was mówią w telewizji…?”), dopingując ich do bardziej zdecydowanych działań.

Rzecz w tym, że generałowie (zwykle) głupi nie są – i nie trzeba im porad czy drwin. Mają za to związane ręce. Bo po pierwsze, Ukraińcy wykazują się niesamowitą determinacją, jeśli idzie o odbudowę uszkodzonej infrastruktury transportowej. Zniszczone węzły kolejowe reaktywowane są w ekspresowym tempie (tak samo zresztą jak uszkodzona infrastruktura komunalna; służby miejskie robią wszystko, by jak najszybciej przywracać dostawy energii i podstawowych usług). Po drugie, w rosyjskim arsenale rakietowym na dobre rozhulał się wiatr. O brakach w rakietach i pociskach manewrujących, zdolnych do precyzyjnych rażeń dużych obiektów z dużej odległości, najlepiej świadczy fakt, że armia najeźdźcza zaczęła używać pocisków morskich do ataków na cele lądowe. Odpowiedników słynnych ukraińskich Neptunów, zaprojektowanych do odnalezienia i trafienia poruszających się po wodzie obiektów. Amunicja tego typu jest znacznie droższa od Iskanderów czy Kalibrów, które lecą „po sznurku”; fakt, iż cel się nie przemieszcza, eliminuje konieczność zainstalowania dodatkowych, kosztownych systemów celowniczych/manewrujących. Teoretycznie Rosjanie mają wszystko, żeby uzupełnić magazyny i nie strzelać z arcydrogich rakiet, w praktyce wygląda to dużo gorzej. Cała elektronika tych systemów uzbrojenia jest bowiem zachodnia i w tym momencie niedostępna z uwagi na sankcje. Rosjanie zatem nie są w stanie odtworzyć zapasów „inteligentnej amunicji”, a tym, co mają, gospodarzą oszczędnie. Co ostatecznie i tak zmusza ich do rozrzutności, gdy warta kilka milionów dolarów rakieta, z mniejszą niżby tego wymagały okoliczności głowicą (bo wspomniane dodatkowe oprzyrządowanie pakuje się do kadłuba kosztem wielkości ładunku bojowego), niszczy rampę i skupisko torów o wielokrotnie niższej wartości. I to niszczy na kilkanaście-kilkadziesiąt godzin, potrzebnych ekipom remontowym na odbudowę uszkodzonego węzła. Krew w piach.

Dużo większe efekty mogą przynieść ataki na obiekty cywilne, bo dają nadzieję na złamanie woli oporu obrońców – kalkulują rosyjscy dowódcy. Rażona rakietami Odessa to najnowszy przykład tego typu zbrodniczych założeń.

I tylko Ukraińcy ani myślą się poddać. Co więcej, właśnie realizują zapowiadaną natowskim partnerom już jakiś czas temu strategię „podpalania Rosji”. Nie wiem, czy wysiłki białoruskich „kolejowych partyzantów” – którym udało się mocno pokrzyżować rosyjskie plany wykorzystania białoruskich kolei do przerzutu wojska – były w jakiś sposób koordynowane z Kijowa. W mojej ocenie mieliśmy tu do czynienia z „braterskim wsparciem” dla Ukraińców ze strony lokalnych przeciwników Putina i Łukaszenki. Ale za tym, co od kilku dni dzieje się w Rosji, bez wątpienia stoją sami Ukraińcy. Pożary w instytucjach naukowych pracujących na rzecz armii, ataki na mosty i wreszcie płonące składy paliw i amunicji (jak dziś w Briańsku), to efekty twardych kinetycznych uderzeń (ataków lotniczych/rakietowych) oraz bardziej skrytych działań grup dywersyjnych. Ukraińcy mają w prowadzeniu takich operacji spore doświadczenie – SBU nauczyła się ich w Donbasie, na terytoriach okupowanych po 2014 roku. Przez niemal osiem lat tak, jak „znikali” donbascy zdrajcy i dowódcy lokalnych milicji, tak „znikały” ważne elementy infrastruktury, niezbędne do prowadzenia wojny (mosty, magazyny broni itp.). Rosja – z jej koszmarną korupcją, bylejakością wykonania strategicznych dla państwa instalacji oraz całym kontekstem kulturowym (język, powiązania rodzinne) – jest dla ukraińskich sabotażystów idealnym miejscem do działań. Szczególnie, że Rosjanie wykazują się wyjątkową nonszalancją. Kluczowych obiektów znajdujących się w promieniu do 120-150 km od granicy nie strzegą przeciwlotnicze systemy obronne, a w miejsce oddziałów wojsk wewnętrznych, wysłanych do Ukrainy, nie dotarły uzupełnienia z głębi kraju. Oczywiście, poza nonszalancją może to też być kolejny dowód na „krótką kołderkę” rosyjskich sił zbrojnych.

Których siły specjalne właściwie w ukraińskiej wojnie nie istnieją. Na początku inwazji mówiło się o spec-komandzie przerzuconym do Kijowa z zadaniem pojmania ukraińskiego prezydenta. Błędnie identyfikowano ów zespół jako oddział najemnych wagnerowców (po prawdzie – biorąc pod uwagę powiązania między wywiadem wojskowym GRU a Grupą Wagnera – nie było w tym wielkiego nadużycia). Ukraińcy z kolei ostrzegali NATO przed atakami rosyjskich „specjalsów” na centra logistyczne i kanały przerzutowe dla sprzętu płynącego do Ukrainy. Chodziło tu o działania dywersyjne, nie pod własną flagą, na terytorium Rumunii, Słowacji, ale przede wszystkim Polski. Jak na razie do żadnych „wypadków” nie doszło, co każe wierzyć w odpowiednie zabezpieczenie dostaw, skutkujące bezsilnością Rosjan.

I skoro o dostawach mowa – jest tego tyle, że Ukraińcy mają ogromne szanse na przetrzebienie Rosjan i odebranie im inicjatywy strategicznej. Ale nie wpadajmy w nadmierny entuzjazm. Setka naszych T-72, odpowiednio apgrejdowanych przez Ukraińców – wraz z całą masą innego ciężkiego uzbrojenia, które jest już albo na miejscu, albo w drodze – rozstrzygnie pierwszą bitwę o Donbas. I zapewne nie przetrwa do kolejnej. Wojna na wschodzie jest konfliktem niezwykle materiałochłonnym („front przetrawi wszystko”, mawia mój kolega). Rosjanie – jeśli teraz nie dojdzie do istotnego przełomu – za dwa-trzy tygodnie nie będą mieli już dość sił, żeby atakować. Ale Putin nie sprawia wrażenia gotowego do rozmów pokojowych, orki zatem najpewniej się okopią na zajętych pozycjach, a w kraju będą zbierały siły do kolejnego, dużo potężniejszego uderzenia. Do drugiej bitwy o Donbas, latem bądź na początku jesieni. Masowa mobilizacja i równie masowe czyszczenie magazynów ze sprzętu, który będzie się jeszcze nadawał do użycia – oto rosyjskie sposoby na zbudowanie przewagi. Ilościowej, bo o jakości nie będzie tu mowy. Ukraińcy tak zasobnych magazynów nie mają, a wytraconego sprzętu – za miesiąc czy dwa – nie da się już uzupełnić poradzieckim, stanowiącym dotąd podstawę w ukraińskiej armii. Nie da się, gdyż nie będzie już czym i skąd. Dlatego coś, co wciąż jest dla nas nowością i co w gruncie rzeczy nie ma jeszcze charakteru zjawiska masowego – dostawy ciężkiej broni zachodnich producentów – musi się wkrótce stać oczywistą oczywistością. Bez której Ukraina nie przetrwa.

—–

Nz. Płonący dziś w środku nocy rosyjski Briańsk/fot. klatka z filmu udostępnionego przez Ukraińską Prawdę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„S.T.A.L.K.E.R.”

Zachodnie media skupiają uwagę na koncentracji rosyjskich wojsk wzdłuż ukraińskiej granicy. Tymczasem po drugiej stronie mamy do czynienia z podobnymi działaniami, choć w mniejszej skali. Co ciekawe, dotyczą one także Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia.

Unikanie „gorących punktów”

Pierwsi funkcjonariusze ukraińskiej prikordonnej służby pojawili się na miejscu jeszcze w listopadzie ub.r. Przebiegająca przez strefę granica między Ukrainą a Białorusią nie była do tej pory chroniona. Kijów obawiał się jednak prowokowanej przez Aleksandra Łukaszenkę presji migracyjnej. Z Polską białoruskiemu dyktatorowi nie wyszło, a wielu zwiezionych do Mińska uchodźców z Bliskiego Wschodu nie miało dokąd wracać – Ukraina wydawała się zatem naturalnym „zastępczym szlakiem” w drodze na zachód Europy. Z biegiem czasu strażników zaczęli uzupełniać wojskowi, a proces ten przyśpieszył w ostatnich dniach, gdy eskalująca rosyjsko-ukraińskie napięcie Moskwa rozpoczęła wysłanie na Białoruś tysięcy żołnierzy i masy sprzętu. Celem tej dyslokacji ma być udział w rosyjsko-białoruskich manewrach, ale niezależnie od oficjalnych deklaracji Kremla, Kijów na wszelki wypadek przygotowuje się także na scenariusz inwazji.

Zona to niemal całkowicie opustoszały teren, w wielu miejscach wciąż niebezpiecznie radioaktywny. Korzyści z przejęcia takiego obszaru nie ma właściwie żadnych – jak i z faktu, że to tamtędy wiedzie najkrótsza droga do Kijowa. Uderzenie z tego kierunku wykluczają bowiem fatalne warunki terenowe – rozlewiska, bagna, lasy. Ale odludzie, które nie sprzyja czołgom i pojazdom opancerzonym, idealnie nadaje się do działania grup dywersyjnych. Do przenikania na terytorium Ukrainy i „zaszywania się” po przeprowadzonych akcjach. „Nie ma znaczenia, że zona jest skażona i że nikt tu nie mieszka – przekonywał kilka dni temu ppłk Jurij Szachrajczuk z ukraińskiej straży granicznej. – To nasze terytorium, nasz kraj i musimy go bronić”. Jak na razie obrona sprowadza się do pieszych patroli – z bronią w ręku i dozymetrem u szyi. „Zbieramy dane o sytuacji wzdłuż granicy i przekazujemy je służbom wywiadowczym” – cytuje pułkownika „The New York Times”.

Nie jest jasne, ilu mundurowych pracuje w strefie. Na liczącą ponad 1000 km ukraińsko-białoruską granicę wysłano w ostatnich tygodniach 7,5 tys. strażników. Liczba żołnierzy pozostaje nieznana. Wiadomo, że ci w zonie funkcjonują w ścisłym reżimie. By unikać „gorących punktów”, gdzie promieniowanie jest tysiące razy wyższe niż dopuszczalne normy, patrole poruszają się wytyczonymi trasami. Z deklaracji ppłk. Szachrajczuka wynika, że dotąd żaden ze strażników i żołnierzy nie był narażony na działanie wysokich dawek. Gdyby taki incydent nastąpił, pechowiec zostanie wycofany ze strefy na urlop i leczenie. „Staramy się być ostrożni – twierdzi mjr Aleksiej Vegera z czarnobylskiej policji, która pomaga wojsku i straży. „Ale cóż mogę powiedzieć, jestem do tego przyzwyczajony” – zapewnia oficer od lat zmagający się z nielegalnymi grzybiarzami, złomiarzami i żądnymi wrażeń turystami.

Szaber i samosioły

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 r. w elektrowni jądrowej w Czarnobylu przeprowadzano test systemów bezpieczeństwa reaktora nr 4. Wady konstrukcyjne i błędy proceduralne spowodowały przegrzanie urządzenia i wybuch wodoru. Doszło do pożaru oraz rozprzestrzenienia substancji promieniotwórczych na niespotykaną skalę. W efekcie skażeniu uległ obszar niemal 150 tys. km kw. Na najbardziej dotkniętym terenie, o powierzchni 2,6 tys. km kw., ustanowiono Strefę Wykluczenia. Decyzję w tej sprawie – oznaczającą również przymusowe wysiedlenie ludności – podjęło najwyższe kierownictwo Związku Radzieckiego. Kilka lat później ZSRR upadł, a „dziedzictwem” Czarnobylu podzieliły się Ukraina i Białoruś. Wokół zony zaś narastały coraz bardziej niedorzeczne mity, których ucieleśnieniem stały się filmowe horrory. No i gra komputerowa S.T.A.L.K.E.R, gdzie w postapokaliptycznym otoczeniu elektrowni grupa śmiałków zmaga się z wszelkiej maści anomaliami i mutantami.

W rzeczywistości niedziałająca już elektrownia nadal zatrudnia tysiące ludzi. Dojeżdżają oni do pracy z miasta Sławutycz, położonego 50 km od elektrowni, bądź rotacyjnie mieszkają w samym Czarnobylu. Opuszczona pozostaje Prypeć – miasteczko od podstaw stworzone dla pracowników kombinatu, od lat będące celem wycieczek. Początkowo nielegalnych, a dziś coraz bardziej rozczarowujących. W Prypeci nie ma już nic tajemniczego, choć proces zarastania 50-tysięcznego niegdyś miasta wygląda imponująco. W sieci łatwo znaleźć galerie dokumentujące nie tylko skalę inwazji przyrody, ale i porzucony dobytek mieszkańców. To ostatnie chwile, by móc jeszcze takie fotografie zrobić samemu – niebawem w „mieście duchów” pozostaną tylko gołe szkielety budynków. Rozkradziono już niemal wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość – od użytkowej po symboliczną. Turystyka dopełniła jedynie skali procederu, gdyż ten zaczął się dużo wcześniej.

– Już pierwszego dnia po ewakuacji – opowiadał mi kilka lat temu Wasilij, mechanik z Czarnobyla. – Tuż przed katastrofą kupiłem sobie nową wannę. I to ją ukradli najpierw. Opuszczający miasto ludzie brali swoje i nie swoje. Brała milicja, brało wojsko. Na dobrą sprawę, gdy weszły pierwsze zakazy zabraniające wywózki, najcenniejsze rzeczy były już rozkradzione – zapewniał mój rozmówca. Szaber kwitł w najlepsze niezależnie od administracyjnych kar i ryzyka wynikłego z używania napromieniowanych rzeczy. Gdy organizowanie wycieczek do strefy stało się biznesem, miejscowe biura podróży wynajmowały ludzi, którzy znosili porzucony dobytek na niższe piętra, ogołocone w pierwszej kolejności. Działalność mająca ułatwić turystom kontakt z poradzieckimi artefaktami przyśpieszyła tylko grabież. Symbolicznym dopełnieniem nieskuteczności zakazów stały się samosioły – osoby, które nigdy nie opuściły strefy. Dziś żyje ich pół setki, wszystkie są w podeszłym wieku.

Najlepsza gwarancja

Gdy doszło do eksplozji reaktora RBMK-1000, Kreml próbował sprawę zatuszować. Nie odwołano pochodów pierwszomajowych w miastach zagrożonych opadem radioaktywnym, co wkrótce zemściło się na radzieckim kierownictwie. Ta bezduszność wzmogła bowiem nastroje antyradzieckie w Rosji, Białorusi i na Ukrainie, w republikach najbardziej dotkniętych skutkami tragedii. Wraz ze splotem innych okoliczności wypadek przyczynił się do upadku ZSRR pięć lat później. Ukraińcy nadali mu dodatkowe znaczenie – stał się, obok hołodomoru, przykładem radzieckiego imperializmu i pogardy dla ludzkiego życia. Po 2014 r. wykorzystano go w nacjonalistycznej kampanii, promującej antyrosyjskie postawy. Gdy w kwietniu 2016 r. odwiedziłem Muzeum Czarnobylskie w Kijowie, poza eksponatami i multimediami dotyczącymi katastrofy oraz ekspozycją poświęconą wielkiemu głodowi, były tam również zdjęcia z Donbasu, ilustrujące ukraińsko-rosyjskie zmagania.

Oczywiście, symboliczna wartość Czarnobyla w żaden sposób nie przesądza o jego militarnym znaczeniu. Ale teren dawnej elektrowni i tak wymaga nadzwyczajnych środków ostrożności. Tuż po katastrofie uszkodzony reaktor zakryto sarkofagiem, który już po kilku latach wymagał renowacji. Prace nad wzmocnieniem konstrukcji trwały przez kolejne dekady. Mrowie ludzi, dźwigi i ciężarówki przywodziły skojarzenia z inwestycją w potężny zespół loftów – i tylko widok podwójnego płotu zwieńczonego drutem kolczastym i usianego kamerami przypominał o prawdziwym charakterze miejsca. Pięć lat temu ów krajobraz zmienił się za sprawą Arki, jak nazwano nowy sarkofag. Wysoki na 108, szeroki na 257 i długi na 150 m, kosztował zagranicznych donatorów Ukrainy 1,7 mld dol. Powstał nieopodal siłowni, po czym przez wiele miesięcy nasuwano go na budynek, w którym znajduje się uszkodzony reaktor.

Ukończenie Arki nie oznaczało końca Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Jeszcze przez długie lata tłumy naukowców i inżynierów będą czuwać nad wygaszonymi reaktorami. A tysiące robotników pracować przy bieżącym zabezpieczaniu sarkofagu, naprawach, rozbudowie dróg i innej infrastruktury. Mówi się również o demontażu pierwotnego sarkofagu i zebraniu wciąż zalegającego pod nim paliwa jądrowego. Bo to ono stanowi największe zagrożenie, a jego niekontrolowane uwolnienie mogłoby przynieść katastrofę ekologiczną o gigantycznej skali. Dziś to najlepsza gwarancja bezpieczeństwa dla zony – lepsza niż nawet liczniejsze i lepiej uzbrojone oddziały. Bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby atakować i przejąć tak kłopotliwy teren? Tę refleksję można by odnieść do całej Ukrainy – kraju borykającego się z ogromnymi problemami ekonomicznymi, politycznymi, społecznymi i demograficznymi. Które, niczym paliwo w reaktorze nr 4, czynią ów kraj niemal „nieatakowalnym”.

—–

Nz. Arka, widok z kwietnia 2016 roku. Nasuwanie rozpoczęło się jesienią/fot. autor

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 7/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Nerwówka”

Na niezbyt szczegółowych infografikach, publikowanych w mediach, sytuacja wygląda dramatycznie. Rozmieszczenie wojsk Federacji Rosyjskiej wzdłuż północnej, wschodniej i częściowo południowej granicy ukraińskiej przywodzi skojarzenia z fatalną sytuacją strategiczną II Rzeczpospolitej w przededniu niemieckiej inwazji z 1939 r. Lecz jeśli uważniej prześledzimy informacje na temat koncentracji armii rosyjskiej oraz zagłębimy się w specyfikę terenu, na którym przyszłoby jej operować, rychła agresja na Ukrainę przestaje być „przesądzonym faktem”.

Miasto-koszmar generałów

Weźmy Kijów, który – wraz z dyslokacją rosyjskich oddziałów na Białoruś – miał stać się celem potencjalnego ataku, wyprowadzonego z pozycji oddalonych o mniej niż 100 km. Co mówi mapa? Na północ od stolicy, aż po granicę z Białorusią, rozciągają się rozlewiska Dniepru i Prypeci. To tam znajduje się słynny Czarnobyl, do którego najlepsza droga wiedzie po drugiej, wschodniej stronie Dniepru i wymaga przejazdu trasą bądź linią kolejową przez białoruskie terytorium. Ów skrawek Białorusi jest najdalej wysuniętym na południe fragmentem Poleskiego Rezerwatu Radiacyjno-Ekologicznego, lepiej znanego jako „rudy las”. Liczący ponad 200 tys. hektarów obszar to pozostałość po czarnobylskiej katastrofie, podobnie jak przyległa do niego ukraińska Strefa Wykluczenia, częściej określana mianem „zony”. W rezerwacie nie sposób skoncentrować wojsk, a ich przemarsz przez Strefę i okolice jest zwyczajnie niemożliwy. I nie chodzi wcale o skażenie, które obecnie mieści się w akceptowalnych normach. To teren z kiepskimi drogami, zalesiony, podmokły i bagnisty.

Tak naprawdę próba uchwycenia Kijowa wymaga dość głębokiego oskrzydlenia, bo najlepsze drogi do miasta prowadzą z zachodu (z kierunku Żytomierza), południa i południowego wschodu (trasa M03 Kijów-Połtawa-Charków). Tym sposobem z mniej niż 100 km robi się co najmniej 150-200. A to dopiero początek potencjalnych wyzwań. Ukraińska stolica jest sporą metropolią, przedzieloną szeroką wstęgą Dniepru, rozłożoną na wielu wzgórzach, z dużą ilością terenów zielonych. Pełną monumentalnych budowli z szerokimi alejami, ale i zwartej, ciasnej zabudowy. Ma też niemal 70-kilometrowe metro, a stacja Arsenalna – znajdująca się 105 m pod ziemią – jest najgłębiej położonym tego typu obiektem na świecie. Szturmowanie takiego miasta to koszmar dla każdego generała, który nie jest gotowy na straty idące w dziesiątki tysięcy zabitych i rannych.

Czeczenia? Niemożliwe

Czy Kreml zaakceptowałby takie koszty? Potoczne wyobrażenie o rosyjskim podejściu do strat – ujęte w popularnym powiedzeniu: „ludzi u nas nie brakuje” – nijak ma się dziś do rzeczywistości. Rosyjska armia przeszła przez ostatnich kilkanaście lat głęboką modernizację techniczną, ale też poddana została procesowi westernizacji. Ostatecznie nie wszystkie rozwiązania się przyjęły – czego przykładem może być porzucenie brygadowej i powrót do dywizyjnej struktury wojsk lądowych – lecz w wymiarze mentalnym rosyjskim generałom bliżej obecnie do zachodnich odpowiedników niż do radzieckich poprzedników. Trudno orzec, na ile zmiany wynikają z humanistycznego namysłu, a w jakim wymiarze są pragmatycznym skutkiem profesjonalizacji służby i rosnących kosztów szkolenia na nowoczesnym sprzęcie – tak czy inaczej, życie pojedynczego żołnierza ma w Rosji znacznie. Dowiodła tego wojna w Syrii, dowiodły operacje w Donbasie, prowadzone przez regularne jednostki rosyjskiej armii. Trudno zatem – nawiązując do wypowiedzi brytyjskiego premiera Borisa Johnsona o Ukrainie jako „drugiej Czeczenii” – oczekiwać powtórki ze szturmu noworocznego na Grozny z przełomu 1994-95 r., kiedy to oddziały pancerne wojsk federalnych – z marszu i bez odpowiedniego wsparcia – usiłowały zająć zbuntowaną czeczeńską stolicę, co skończyło się masakrą atakujących oddziałów.

Gros sił zgromadzonych wzdłuż ukraińskich granic stanowią wojska pancerne i zmechanizowane, co może sugerować zamiar szybkich ataków manewrowych. Niemniej pomni fatalnych doświadczeń Rosjanie, nie zaryzykowaliby takich rajdów bez przygotowania. Bez „oczyszczenia” nieba i potwierdzenia swojej dominacji w powietrzu, bez zniszczenia celów i obiektów na ziemi – przy użyciu rakiet i artylerii – które mogłyby stanowić przeszkodę dla czołgów i wozów pancernych. Tymczasem „w tym interesie dużego ruchu nie widać” – rosyjskie lotnictwo nie opuszcza miejsc stałej dyslokacji, a liczba jednostek rakietowych i artyleryjskich nadal odbiega od standardów typowych dla kontyngentów przewidzianych do zadań ofensywnych. Wciąż brakuje też rozwiniętej logistyki i zaplecza medycznego. Co więcej, jakkolwiek sumaryczne zestawienia rosyjskiego potencjału zgromadzonego „na Ukrainę” może robić wrażenie, warto uświadomić sobie, że spośród około 130 tys. żołnierzy, tylko jedna trzecia znajduje się do 40 km od granicy. Reszta garnizonów – stałych i tymczasowych – przebywa na głębokości do 120 km, co nawet przy rosyjskich umiejętnościach do przeprowadzania błyskawicznych uderzeń, wyklucza możliwość zaskakującego ataku.

Znamienny spokój ulicy

A tylko taki dawałby przyzwoitą gwarancję redukcji strat. Wojsko po drugiej stronie jest dziś bowiem zupełnie inne niż w 2014 r. Na poziomie pojedynczego żołnierza nie ma żadnych różnic między Rosjanami a Ukraińcami. Armia ukraińska może dziś walczyć w nocy, do czego nie była zdolna przed kilku laty. Może przeprowadzać rozpoznanie szczebla taktycznego za sprawą licznych bezzałogowców, dzięki radarom pola walki chronić się przed ogniem artyleryjskim przeciwnika i dość skutecznie nań odpowiadać. W kwestii umiejętności taktycznych – dzięki programom szkoleniowym NATO oraz doświadczeniu z Donbasu – Ukraińcy górują nad Rosjanami. Dramatyczna jest za to dysproporcja „twardego potencjału” – samach czołgów (w służbie i zapasie) Rosjanie mają 12,5 tys., Ukraińcy 2,5 tys., samolotów i śmigłowców – odpowiednio 4 tys. i 300 sztuk. Piętą Achillesową Ukrainy jest marynarka wojenna, rozpoznanie strategiczne (Rosjanie, poza flotyllą odpowiednich samolotów, dysponują także całą siecią satelitów) oraz zdolności do walki radio-elektronicznej. Zaznaczyć jednak należy, że rosyjskie przewagi częściowo niwelują naziemne zestawy rakiet przeciwokrętowych oraz pomoc Sojuszu Północnoatlantyckiego – wsparcie wywiadowcze, loty rozpoznawcze, przekazywane w znacznej liczbie przenośne rakietowe zestawy przeciwpancerne i przeciwlotnicze. Rosyjscy generałowie dobrze o tym wszystkim wiedzą.

Wie też Władimir Putin – i z pewnością nie jest ślepy na ewentualne skutki konfliktu, rozpętanego mimo wspomnianych uwarunkowań. Podobnie jak kijowska i moskiewska ulica, których spokój dramatycznie kontrastuje z coraz bardziej panicznymi relacjami zachodnich mediów. Potencjalne ofiary wojny i jej polityczno-gospodarczych następstw zdają się dobrze wiedzieć, w co gra rosyjski prezydent. Że choć zmienił tradycyjne pionki na żołnierzyki, wciąż jest to ta sama geopolityczna rozgrywka, w której Ukrainie nie grozi rozległa fizyczna agresja. Bo nie jest celem, a narzędziem w wojnie nerwów z Zachodem. Znamienna w tym kontekście jest zapowiedź kolejnych manewrów rosyjskiej marynarki, na początku lutego, tym razem na Atlantyku, w pobliżu Irlandii. Dokładnie nad miejscem, gdzie schodzą się podmorskie kable, łączące amerykańskich gigantów technologicznych z ich centrami danych na Wyspach.

Nz. Rozlewiska Prypeci, w tle słynna czarnobylska elektrownia jądrowa/fot. z archiwum autora

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 6/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dystans

Od wczoraj już wiele razy zadawano mi pytanie: czy na Ukrainie wybuchnie wojna? W sieci z kolei – pełnej gorących komentarzy i opinii – co rusz czytam: a co to nas obchodzi? No więc uporządkujmy pewne sprawy.

Po pierwsze – wojna na Ukrainie trwa, od czterech lat. Zmieniła się tylko jej dynamika, ale na Donbasie wciąż giną ludzie. Dużo mniej niż jesienią 2014 roku czy zimą 2015, niemniej każdego dnia dochodzi tam do strzeleckich potyczek i artyleryjskich pojedynków, jak linia frontu długa i szeroka. W których cierpią nie tylko żołnierze obu stron, ale również ludność cywilna.

Po drugie – nieprawdą jest, że wczorajszy incydent na Morzu Azowskim to pierwszy tak otwarty akt rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Bo czym w takim razie była aneksja Krymu? Czym hasające po Donbasie batalionowe grupy bojowe armii rosyjskiej, które wkraczały do akcji zawsze wtedy, gdy separatystom z Doniecka czy Ługańska grunt się palił pod nogami?

Po trzecie – nie, nie przekształci się to w wielki konflikt. Nikomu na tym nie zależy. W pełnoskalowym starciu Rosja oczywiście pokona Ukrainę, ale okupacja tak wielkiego terytorium (a przynajmniej połowa Ukraińców nie pogodzi się z obecnością „Moskali”), jest ponad jej możliwości. Militarne i, przede wszystkim, ekonomiczne. Na Kremlu już dawno odrobiono lekcję afgańską (zaangażowanie armii radzieckiej w ten peryferyjny zdawałoby się konflikt było jedną z przyczyn implozji, po której rozpadł się Związek Radziecki). Ponadto Moskwa wraca do gry jako polityczny, liczący się na świecie podmiot; Putin nie pozwoli sobie na kolejną izolację. Rosjanie legitymizują jego reżim także dlatego, że daje im poczucie ważności w świecie. Z kolei Kijów ma świadomość, że prowokowanie Rosji do otwartej wojny to czyn w istocie samobójczy. Ukrainą rządzą dranie, ale nie idioci.

Po czwarte – to też i NASZA wojna. W wojskowej planistyce zakłada się najczarniejsze scenariusze – pójdźmy więc tym tropem. I zwróćmy uwagę, że mamy w Polsce ponad 2 miliony Ukraińców. Gdyby mimo wszystko na wschodzie doszło do eskalacji, naiwnością byłoby sądzić, że Rosjanie nie wykorzystają faktu tak licznej obecności ukraińskiej diaspory. Wykorzystają w sposób, który będzie miał nas, Polaków, pozbawić współczucia dla sytuacji Ukrainy i jej obywateli. Możesz Czytelniku dać upust swojej wyobraźni – Rosjanie raczej nie będą przebierać w środkach.

Po piąte – to także nasz problem z innego powodu. Rozmawiałem jakiś czas temu z jednym z generałów WP, który opowiedział mi o symulacji, jaką przeprowadzono po wybuchu wojny na wschodzie. Wynikało z niej, że w najczarniejszym scenariuszu Polska zostanie wręcz zadeptana przez tłumy uchodźców. Może ich być nawet 10 milionów. Biorąc pod uwagę antyuchodźcze nastroje panujące w całej Europie, najpewniej byłby to tylko nasz kłopot – nikt by Ukraińców dalej nie wpuścił. I teraz wyobraź sobie Czytelniku, co by się działo w kraju, który jest tak nieudolnie zarządzany jak Polska. Którego urzędnicy nie mają właściwie żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, większymi niż wybuch gazu w jakiejś kamienicy. Odpowiadam – to byłaby katastrofa. Szczęściarz ten, kto znalazłby się wówczas na terenie oddanym pod zarząd jakiejś międzynarodowej organizacji – ONZ czy NATO.

A zatem – nie trywializujmy zagrożenia, jakie od wczoraj płynie ze wschodu. Nie cieszmy się też z ukraińskiego nieszczęścia (bo i na takie reakcje natknąłem się, przeglądając internet…). Ale i nie ulegajmy katastroficznym wizjom. Trzeba je mieć z tyłu głowy, utrzymując do nich odpowiedni dystans.

—–

Fot. Plaża nad Morzem Azowski, w miejscowości Szyrokino, latem 2015 roku przedzielonej linią frontu/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Symbol

– Jedźcie do Słowiańska – zachęcał nas dziennikarz jednej z kijowskich redakcji. – To miejsce-symbol, pierwsze duże miasto wyzwolone z rąk separatystów latem zeszłego roku.

Pojechaliśmy.

Tylko na rogatkach zobaczyliśmy zniszczone posesje – w mieście w zasadzie nie było już śladów prowadzonych walk. W stojącej w centrum cerkwi jakaś para brała ślub, na znajdującym się obok placu kilkudziesięciu aktywistów nawoływało do uznania Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej za organizacje terrorystyczne. Spotkaliśmy tam również kilka Ukrainek rosyjskiego pochodzenia – pań w starszym wieku, które na nasz widok zaczęły lamentować.

– Lenin im nie pasuje. Że bandyta, mówią – zaczęła jedna z nich, mając na myśli prokijowski zarząd miasta. – A Włodzimierz Ilicz to dobry człowiek był. Gdy dowiedział się, że rozstrzelano carską rodzinę, to nie krył oburzenia. Rozpłakał się…

– Ehh – westchnęła druga babuszka. – W Sojuzie ludzie pracę mieli, mieszkania za darmo dostawali, na wakacje jeździli. A ta cała Ukraina to co nam dała? Emeryturę mam taką, że jak leki kupię, to na jedzenie nie starcza. I teraz jeszcze ta wojna… – kobieta zakryła dłonią twarz.

Być może te łzy były tylko teatrem na nasz użytek. Być może babuszki – jak twierdzili stojący obok milicjanci – udawały, tak naprawdę wykonując robotę zleconą im przez separatystów. Co nie zmienia faktu, że jest też Słowiańsk miejscem symbolicznym z innego powodu. Na placu, na którym spotkaliśmy stęsknione za radzieckim ustrojem kobiety, jak za dawnych lat stoi sobie pomnik Włodzimierza Lenina. Po Majdanie, i po eskalacji konfliktu na wschodzie, wiele marmurowych posągów wodza rewolucji wylądowało na bruku. Tyle że owa radosna zemsta dokonywała się zwykle w zachodnich i środkowych okręgach Ukrainy. Tam, gdzie większość stanowi ludność rosyjskojęzyczna, zapędy promajdanowych aktywistów zostały wyhamowywane przez powściągliwość lokalnych władz. I tak Lenin ze Słowiańska pozostał na cokole, choć przyozdobiono go w szaliczek z ukraińskiej flagi i wywieszkę, na której napisano: „zabiłem dwadzieścia milionów istnień ludzkich”.

Asekuranctwo zarządzających oswobodzonym miastem doskonale wpisuje się w postawę władz w Kijowie. Bo dlaczego Ukraina nie zerwała stosunków dyplomatycznych z Rosją? Dlaczego – mając ogromny wojskowy potencjał – nie kieruje w rejony ogarnięte rebelią większych sił? A tych, które już tam są, nie wykorzystuje w sposób bardziej efektywny? Na lotnisku w Dniepropietrowsku widziałem kilkanaście stojących bezczynnie Migów-29 i Su-25. W tym samym czasie walczące o Debalcewo oddziały – pozbawione wsparcia lotniczego – zbierały lanie od separatystów. Po niemal roku prowadzenia wojny nie da się tego wytłumaczyć brakiem doświadczenia.

Sensownie brzmi za to teza o ukraińskim samoograniczaniu, jako sposobie na nierozdrażnianie rosyjskiej mniejszości oraz Rosji. Jeśli istotnie tak to można wytłumaczyć, władze w Kijowie (i ich lokalne delegatury) zachowują się jak – przepraszam za porównanie – nieśmiała panienka przygotowująca się do pierwszej randki. Której wydaje się, że bardzo by chciała pójść – ale jednocześnie strasznie się boi.

A może, tak naprawdę, wcale jej się nie chce?

Tak czy inaczej, na wschodzie giną ludzie.

—–

Cokół z nazwą miasta, przed wjazdem do Słowiańska, styczeń 2015/fot. Marcin Ogdowski

Centrum Słowiańska z pomnikiem Lenina. Na pierwszym planie babuszki-apologetki radzieckiego systemu/fot. Michał Zieliński
Centrum Słowiańska z pomnikiem Lenina. Na pierwszym planie babuszka-apologetka radzieckiego systemu/fot. Michał Zieliński

Postaw mi kawę na buycoffee.to