Zima

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) rosja ma 32 duże rafinerie o łącznych nominalnych mocach przerobowych około 6,5 mln baryłek dziennie. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku rosyjskie przetwórnie były atakowane średnio raz na trzy dni.

Efekty są już widoczne. W czerwcu rosyjskie rafinerie przerabiały około 3,8 mln baryłek ropy dziennie – najmniej od ponad dwóch dekad i o około 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Produkcja benzyny była o około jedną piątą niższa niż w 2025 roku, diesla – o niemal 30 proc. Pod koniec sierpnia produkcja benzyny spadła według źródeł Reutersa do około 80 tys. ton dziennie, podczas gdy krajowe zapotrzebowanie wynosiło około 115 tys. ton. rosyjskie rafinerie pokrywały więc zaledwie około 70 proc. popytu.

W ukraińskich komunikatach pojawiają się znacznie bardziej spektakularne liczby. Kijów twierdzi, że jego ataki wyłączyły już z działania 51 proc. rosyjskich mocy rafineryjnych. Tego szacunku nie udało się niezależnie potwierdzić, a wskaźnika nie należy utożsamiać z utratą połowy rosyjskiej produkcji. Rafineria uznana za trafioną może nadal pracować, tyle że z ograniczoną wydajnością, a część uszkodzeń rosjanie są w stanie szybko naprawić.

Dlatego ważniejsze jest to, co zostaje trafione. Proste uszkodzenia instalacji pierwotnego przerobu ropy można niekiedy usunąć w ciągu tygodnia lub dwóch. Znacznie trudniej zastąpić instalacje krakingu katalitycznego, hydrokrakingu, reformingu czy hydrorafinacji, niezbędne do wytwarzania wysokiej jakości paliw. Według IEA poważnie uszkodzone urządzenia tego rodzaju mogą wymagać sześciu–ośmiu miesięcy napraw. Rafineria moskiewska, ciężko uszkodzona w czerwcu, ma według dostępnych informacji pozostać wyłączona do początku 2027 roku.

Dla Ukrainy kluczowe staje się więc nie tylko trafienie takiego zakładu, lecz możliwość ponowienia ataku, zanim odzyska on pełną sprawność. A właśnie pod tym względem sytuacja zmieniła się w ostatnich latach najbardziej. Jeszcze kilka lat temu problemem było samo dotarcie do celu położonego kilkaset kilometrów w głębi rosji. Dziś Ukraina dysponuje całą rodziną własnych środków dalekiego zasięgu. Według danych producenta FP-1 może lecieć do 2700 km, cięższy FP-2 do 700 km, a pocisk manewrujący FP-5 Flamingo – nawet do 3000 km, przenosząc głowicę o masie około 1150 kg. Producent informował latem, że FP-1 i FP-2 uczestniczą w uderzeniach na rosję niemal codziennie.

Nie wszystkie deklarowane parametry można niezależnie zweryfikować, ale zasięg przeprowadzanych ataków pokazuje, że rosyjska geografia przestała być tak skuteczną osłoną jak wcześniej. W lipcu zaatakowano rafinerię w Omsku, około 2,5 tys. kilometrów od granicy z Ukrainą. Pod koniec sierpnia poza zasięgiem ukraińskich dronów pozostawało tylko pięć dużych rosyjskich rafinerii, położonych na wschodzie kraju (w odległości 3,5-6,5 tys. km od Ukrainy).

Strategiczne znaczenie tej zmiany nie sprowadza się zatem do możliwości przeprowadzenia pojedynczego uderzenia tysiące kilometrów od frontu. Ukraina może prowadzić kampanię, w której kolejne ataki nakładają się na skutki poprzednich. rosjanie muszą więc nie tylko chronić dziesiątki zakładów rozrzuconych na ogromnym terytorium, ale również naprawiać je w tempie szybszym niż przeciwnik jest w stanie ponownie je uszkadzać. To właśnie relacja między tempem niszczenia i odbudowy może zdecydować o rzeczywistej skuteczności ukraińskiej kampanii.

—–

Czy zatem zimą rosjanom zabraknie benzyny? Popyt na paliwa zmienia się sezonowo, a rosja dysponuje ogromną infrastrukturą naftową, może ograniczać eksport i przerzucać paliwa między regionami. Już podczas tegorocznego kryzysu władze kierowały do Moskwy benzynę z Syberii oraz zwiększały dostawy z zagranicy. Nawet dalsze skuteczne uderzenia w rafinerie nie oznaczają więc, że pewnego dnia cały kraj po prostu stanie.

Nie znaczy to jednak, że zimą skuteczność ukraińskiej kampanii musi zmaleć. Przeciwnie – może zmienić się przede wszystkim rodzaj szkód, które Ukraina jest w stanie powodować. Rafineria pozostaje ważnym celem przez cały rok, bo jej wyłączenie uderza w dostępność paliw, transport i gospodarkę. Wraz ze spadkiem temperatury szczególnego znaczenia nabiera jednak druga część rosyjskiej infrastruktury: system wytwarzania i dostarczania energii elektrycznej oraz ciepła. Ta sama kilkugodzinna awaria, która latem oznacza przede wszystkim niedogodność i straty gospodarcze, podczas silnego mrozu może stać się znacznie poważniejszym problemem.

Energia elektryczna jest bowiem elementem całego systemu naczyń połączonych. Bez niej nie działają pompy i część infrastruktury wodociągowej, problemy pojawiają się w systemach ciepłowniczych, telekomunikacji, handlu czy transporcie. Im dłużej trwa awaria i im niższa jest temperatura, tym większe ryzyko, że problem przestaje ograniczać się do braku światła. Dlatego do wywołania lokalnego kryzysu nie trzeba pozbawiać energii całego regionu na wiele dni. Wystarczy poważnie uszkodzić odpowiednio dobrany element sieci i utrudnić szybkie przywrócenie zasilania.

rosjanie przekonali się o tym już poprzedniej zimy. W styczniu ukraiński atak na infrastrukturę energetyczną obwodu biełgorodzkiego pozbawił według miejscowych władz około 600 tys. mieszkańców prądu, ogrzewania i wody. Temperatura spadała poniżej zera, w Biełgorodzie wyłączono oświetlenie uliczne, a władze musiały ograniczać zużycie energii. Nie był to paraliż rosyjskiej energetyki, lecz regionalny kryzys – i właśnie dlatego jest dobrym przykładem tego, co Ukraina może próbować powtarzać tej zimy.

—–

Taki sposób prowadzenia wojny Ukraińcy znają zresztą z własnego doświadczenia. Od jesieni 2022 roku rosja systematycznie atakuje elektrownie, elektrociepłownie, stacje elektroenergetyczne i inne elementy ukraińskiego systemu. Celem nie musi być trwałe pozbawienie całego kraju energii. Wystarczy zmusić operatorów do ciągłych napraw, tworzyć niedobory mocy, powodować awaryjne wyłączenia i sprawiać, że każdy kolejny atak zastaje system osłabiony skutkami poprzedniego. Mróz zwielokrotnia konsekwencje takich działań.

Ukraina nie dysponuje potencjałem pozwalającym przenieść ten model na rosję w podobnej skali. rosyjski system elektroenergetyczny jest ogromny, rozciągnięty na tysiące kilometrów i ma znacznie większe zasoby niż ukraiński. Kijów musi ponadto dzielić ograniczoną liczbę środków dalekiego zasięgu między rafinerie, przemysł zbrojeniowy, lotniska, składy amunicji, logistykę i energetykę. Każdy dron wysłany przeciw stacji elektroenergetycznej jest dronem, którego nie użyto przeciw innemu ważnemu celowi.

To wyznacza granice możliwego scenariusza. Ukraina nie jest w stanie „wyłączyć rosji”, może jednak próbować okresowo wyłączać jej fragmenty. Najbardziej narażone są regiony zachodniej części kraju, gdzie duża liczba potencjalnych celów znajduje się w zasięgu tańszych i liczniejszych ukraińskich bezzałogowców. Im dalej na wschód, tym trudniejsza staje się operacja: potrzeba środków o większym zasięgu, rośnie czas lotu i liczba rosyjskich systemów obrony, które trzeba ominąć.

Dlatego najbardziej realnym zimowym zagrożeniem dla rosji nie jest ogólnokrajowy blackout, lecz seria lokalnych kryzysów. W jednym regionie może zabraknąć prądu, w innym problemy z energią nałożą się na niedobory paliwa, gdzie indziej trzeba będzie ograniczyć dostawy dla przemysłu albo skierować dodatkowe zasoby do napraw. Pojedynczo takie zdarzenia nie zachwieją rosyjskim państwem. Powtarzane przez kilka miesięcy mogą jednak zwiększać gospodarcze koszty wojny i – co dla Kremla również ma znaczenie – przenosić jej skutki coraz głębiej w codzienne życie rosjan.

Przez poprzednie zimy pytanie brzmiało przede wszystkim: ile ukraińskiej infrastruktury rosja zdoła zniszczyć i jak długo Ukraina będzie w stanie znosić skutki tych uderzeń. Tej zimy pytanie pozostaje aktualne, ale dochodzi do niego kolejne: ile szkód Kijów jest w stanie wyrządzić po drugiej stronie granicy. rosji nie grozi energetyczne załamanie, lecz przy utrzymaniu obecnego tempa ataków część jej mieszkańców może coraz częściej doświadczać wojny nie za pośrednictwem telewizji, ale na stacjach benzynowych, w cenach towarów, a lokalnie także we własnych mieszkaniach. Nadchodząca zima może być pierwszą, podczas której energetyczna wojna naprawdę zacznie działać w obie strony.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Naprawa zniszczonych linii energetycznych. Obwód chersoński, wiosna 2023 roku/fot. własne

Strachy…

…na Lachy. Czy Polska powinna bać się ukraińskiej armii po wojnie? Fakty i mity o zagrożeniu zza wschodniej granicy.

Ukraina stworzyła podczas wojny siły zbrojne większe od armii jakiegokolwiek państwa Unii Europejskiej. Dokładna liczebność pozostaje informacją wrażliwą i zmienia się wraz z mobilizacją oraz stratami, ale skalę dobrze pokazują oficjalne dane dotyczące aplikacji Army+. Już w maju 2025 roku ukraińskie Ministerstwo Obrony informowało, że autoryzowany dostęp do niej posiada około 800 tys. wojskowych.

Nie oznacza to jednak, że po zawarciu pokoju lub trwałym zawieszeniu broni Ukraina będzie nadal utrzymywać pod bronią podobną liczbę ludzi. Armia czasu wojny jest podporządkowana innym regułom niż armia funkcjonująca w czasie pokoju. Setki tysięcy żołnierzy trzeba opłacać, wyposażać, szkolić, żywić i kwaterować, a przede wszystkim – są to setki tysięcy ludzi wyjętych z cywilnego rynku pracy.

Dla wyniszczonego wojną i zmagającego się z problemami demograficznymi kraju będzie to szczególnie dotkliwe. Ukraina stanie więc przed sprzecznymi potrzebami. Z jednej strony pozostanie jej rosja, która niezależnie od sposobu zakończenia obecnej wojny prawdopodobnie nadal będzie traktowana w Kijowie jako podstawowe zagrożenie militarne. Z drugiej – państwo będzie potrzebowało demobilizacji części armii, aby odbudowywać gospodarkę i kraj.

Samo stwierdzenie, że po wojnie „za polską granicą pozostanie milionowa ukraińska armia”, jest więc co najmniej uproszczeniem. Może pozostać bardzo duża armia i zapewne pozostanie duża rezerwa ludzi z doświadczeniem wojskowym. Nie wiemy jednak, jak liczne będą pokojowe Siły Zbrojne Ukrainy, bo będzie to zależało m.in. od warunków zakończenia wojny i przyszłych gwarancji bezpieczeństwa.

Najbardziej doświadczona armia Europy?

Ukraińscy żołnierze od lat walczą na wielką skalę z przeciwnikiem dysponującym lotnictwem, rakietami balistycznymi i manewrującymi, artylerią, bronią pancerną, dronami i rozbudowanymi systemami walki radioelektronicznej. Ukraińska armia nauczyła się prowadzić działania w środowisku nasyconym bezzałogowcami, błyskawicznie wykorzystywać informacje z rozpoznania oraz wprowadzać nowe rozwiązania techniczne w tempie nieosiągalnym dla większości zachodnich sił zbrojnych.

Skala rewolucji dronowej jest ogromna. Ukraiński resort obrony podał, że tylko w 2025 roku w ramach programu premiującego skuteczne jednostki bezzałogowe zarejestrowano prawie 820 tys. potwierdzonych na nagraniach trafień rosyjskich celów.

Wraz z armią rozwinął się ukraiński przemysł obronny. Według danych rządu wiosną 2026 roku ponad połowa uzbrojenia używanego na froncie była już produkowana w kraju. W sektorze pracowało ponad 900 przedsiębiorstw i przeszło 300 tys. ludzi, a szczególnie silne są ukraińskie kompetencje w produkcji bezzałogowców, artylerii i systemów łączności.

Obraz Ukrainy całkowicie uzależnionej od dostaw zachodniej broni jest więc dziś nieprawdziwy. Nie oznacza to jednak czegoś przeciwnego: że Kijów osiągnął wojskową samowystarczalność.

Olbrzym, który potrzebuje broni Zachodu…

To jedna z najważniejszych różnic między rzeczywistymi możliwościami ZSU a ich obrazem tworzonym przez samą liczbę żołnierzy i doświadczenie bojowe.

Ukraina potrafi dziś produkować na ogromną skalę drony, rozwija własne systemy walki radioelektronicznej, zwiększa produkcję amunicji, artylerii i uzbrojenia dalekiego zasięgu. Jednocześnie część najbardziej zaawansowanych zdolności ukraińskiej armii nadal zależy od zachodniej technologii i dostaw.

Dobrym przykładem jest obrona powietrzna. Według analizy brytyjskiego Royal United Services Institute w 2026 roku ukraińskie rakietowe systemy przeciwlotnicze są już w większości konstrukcjami zachodnimi, ponieważ zapasy rakiet do wielu systemów postsowieckich zostały w dużej mierze wyczerpane. NASAMS i IRIS-T chronią najważniejsze obiekty przed pociskami manewrującymi, a Patriot i SAMP/T zapewniają Ukrainie najskuteczniejszą obronę przed rosyjskimi pociskami balistycznymi. Kluczowym ograniczeniem pozostaje dostępność rakiet przechwytujących.

Podobnie wygląda sytuacja w lotnictwie, części uzbrojenia precyzyjnego i wielu rodzajach amunicji. Ukraińskie zdolności są zatem połączeniem własnego potencjału z zachodnim zapleczem technologicznym i przemysłowym.

…i jego pieniędzy

Jeszcze mocniej widać tę zależność w finansach. Po czerwcowej nowelizacji ukraińskiego budżetu wydatki na bezpieczeństwo i obronę w 2026 roku sięgnęły 4,367 bln hrywien, czyli około 367 mld zł (98 mld dol.). Jednocześnie Kijów nadal potrzebuje ogromnego wsparcia zewnętrznego – w pierwotnym budżecie na ten rok jego potrzeby określano na ponad 2 bln hrywien. Sama Unia Europejska w ramach programu Ukraine Support Loan może przekazać Ukrainie w latach 2026–2027 do 90 mld euro. Według czerwcowych danych ukraińskiego resortu finansów tylko w 2026 roku 31,8 mld euro unijnego wsparcia ma zostać przeznaczone na bezpieczeństwo i obronę.

Przez większość wojny Kijów mógł przy tym argumentować, że wojsko finansuje przede wszystkim z własnych dochodów. Była to jednak tylko część obrazu. Zagraniczne pieniądze pozwalały opłacać pozostałe funkcje państwa – emerytury, szkoły, szpitale czy administrację – dzięki czemu własne środki można było kierować przede wszystkim na obronność. Bez zewnętrznego finansowania Ukraina musiałaby więc dokonywać dramatycznego wyboru między utrzymaniem ogromnej armii a funkcjonowaniem państwa. W 2026 roku zależność stała się jeszcze bardziej bezpośrednia, bo europejskie pieniądze zaczęły trafiać również na samą obronność.

Ukraińska armia jest więc potężna, ale jej potęga jest nierównomierna. Bez zachodniego wsparcia nadal byłaby bardzo groźnym przeciwnikiem na lądzie, szczególnie w wojnie dronowej, artyleryjskiej i radioelektronicznej. Znacznie trudniej byłoby jej natomiast przez dłuższy czas prowadzić nowoczesną wojnę na wielką skalę wymagającą zaawansowanej obrony powietrznej, lotnictwa, ogromnych zapasów amunicji i stabilnego finansowania.

Czy taka armia mogłaby zaatakować Polskę?

Teoretycznie niemal każda wystarczająco duża armia sąsiedniego państwa może stanowić zagrożenie. W analizie bezpieczeństwa liczą się jednak nie tylko możliwości, lecz także zamiary oraz polityczne i strategiczne warunki ich wykorzystania.

A tutaj scenariusz ukraińskiego ataku na Polskę zaczyna się rozpadać.

Doświadczenie zdobyte podczas wojny obronnej przeciwko rosji nie oznacza automatycznie zdolności do prowadzenia wielkiej ofensywnej wojny przeciwko państwu NATO. Ukraina musiałaby skoncentrować wojska, zapewnić im zapasy paliwa i amunicji, osłonę przeciwlotniczą, rozpoznanie i logistykę pozwalającą działać daleko od własnego zaplecza. Musiałaby również zmierzyć się z polskim lotnictwem i systemami obrony powietrznej.

Przede wszystkim jednak musiałaby zaatakować państwo należące do Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Polska nie prowadziłaby takiej wojny sama. Na wschodniej flance NATO funkcjonuje obecnie dziewięć wielonarodowych grup bojowych, jedna z nich stacjonuje w Polsce. Ich znaczenie nie sprowadza się do liczby żołnierzy. Obecność wojsk innych państw powoduje, że agresor od pierwszych godzin konfliktu konfrontowałby się nie tylko z armią kraju zaatakowanego, lecz także z siłami jego sojuszników.

Aby wyobrazić sobie ukraiński atak na Polskę, trzeba więc założyć nie jedną, lecz cały ciąg fundamentalnych zmian. Kijów musiałby uznać Polskę za przeciwnika, dokonać zasadniczego zwrotu politycznego wobec Zachodu, pogodzić się z utratą jego finansowego i wojskowego wsparcia, przestać traktować rosję jako główne zagrożenie, a następnie zdecydować się na konflikt z państwem NATO.

Nie jest to scenariusz niemożliwy. W polityce międzynarodowej niewiele rzeczy można wykluczyć na zawsze. Na podstawie dzisiejszych realiów trudno jednak wskazać wiarygodną drogę, która miałaby do niego prowadzić.

Nie oznacza to, że powojenna Ukraina nie stworzy Polsce żadnych problemów związanych z bezpieczeństwem. Jedno z najbardziej oczywistych zagrożeń dotyczy broni – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińscy żołnierze, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Drapaty

Zmiana na stanowisku głównodowodzącego Sił Zbrojnych Ukrainy nie jest zwykłą roszadą personalną. Nie wynika też wyłącznie z sytuacji na froncie. Aby zrozumieć, dlaczego Wołodymyr Zełenski zdecydował się odwołać gen. Ołeksandra Syrskiego i powierzyć dowodzenie gen. Mychajłowi Drapatemu, trzeba cofnąć się o kilka dni – do wydarzeń, które rozegrały się nie na linii frontu, lecz na ulicach ukraińskich miast.

Chodzi o protesty, dla których bezpośrednim impulsem była dymisja ministra obrony Mychajła Fedorowa. Dla wielu Ukraińców odwołany przez prezydenta minister nie był kolejnym politykiem odpowiedzialnym za resort siłowy. To właśnie z jego nazwiskiem kojarzono większość najważniejszych reform ostatnich lat – cyfryzację armii, rozwój technologii wojskowych, wsparcie dla krajowego sektora dronowego oraz otwarcie resortu na współpracę z prywatnym przemysłem. Fedorow stał się symbolem nowoczesnego państwa prowadzącego nowoczesną wojnę. Jego odwołanie wielu Ukraińców odebrało jako sygnał, że proces reform może wyhamować.

—–

Choć zaczęło się od Fedorowa, demonstracje szybko sprowokowały znacznie szerszą debatę o sposobie prowadzenia wojny. Coraz częściej pojawiały się zarzuty pod adresem kierownictwa armii, a przede wszystkim gen. Ołeksandra Syrskiego. Krytykowano nadmierną centralizację dowodzenia, powolne wdrażanie zmian wynikających z doświadczeń frontowych oraz wysokie straty ponoszone przez ukraińskie oddziały. Już wcześniej wielu ukraińskich wojskowych i komentatorów zarzucało Syrskiemu przywiązanie do kultury dowodzenia wywodzącej się z sowieckiej doktryny, opartej na silnej centralizacji procesu decyzyjnego i ograniczonej samodzielności dowódców niższych szczebli. Tymczasem wojna z Rosją od dawna premiuje rozwiązania odwrotne – decentralizację, inicjatywę oraz błyskawiczne przenoszenie doświadczeń z pola walki do codziennej praktyki armii.

W tym kontekście nominacja Mychajła Drapatego wydaje się wyborem dość oczywistym. Czterdziestotrzyletni generał należy do pokolenia oficerów ukształtowanych już nie przez radzieckie wzorce dowodzenia, lecz przez trwającą od 2014 roku wojnę z Rosją. Walczył pod Mariupolem, dowodził na najtrudniejszych odcinkach frontu, a w armii wyrobił sobie opinię dowódcy, którego wysyła się tam, gdzie sytuacja wymaga szybkiego opanowania kryzysu. Równie ważna jest jednak jego reputacja. Drapaty od dawna uchodzi za zwolennika większej samodzielności dowódców niższych szczebli, szybkiego wdrażania doświadczeń z frontu i ograniczania nadmiernej centralizacji procesu decyzyjnego. Innymi słowy – reprezentuje model dowodzenia, którego od miesięcy domaga się znaczna część ukraińskiego środowiska wojskowego, a dziś także społeczeństwa.

—–

Co warte podkreślenia – protestujący Ukraińcy nie wyszli na ulice z hasłami nawołującymi do zakończenia wojny czy zawarcia pokoju za wszelką cenę. Domagali się lepiej prowadzonej wojny. To wiele mówi o kondycji ukraińskiego społeczeństwa po ponad czterech latach pełnoskalowej wojny. Jest ono zmęczone, coraz bardziej wymagające wobec własnych władz i armii, ale nie utraciło przekonania, że walka z Rosją musi być kontynuowana.

Taka postawa nie pozostawia władzom wielkiego pola manewru. Państwo prowadzące długotrwałą wojnę nie może pozwolić sobie na utratę zaufania ani własnych obywateli, ani własnej armii. W tym sensie nominacja gen. Mychajła Drapatego jest czymś znacznie więcej niż zmianą personalną. To odpowiedź na wyraźny sygnał płynący ze społeczeństwa i zarazem dowód, że Ukraina – mimo ogromnych kosztów wojny – nadal potrafi reagować na krytykę, korygować własne decyzje i szukać nowych sposobów prowadzenia walki.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mychajło Drapaty/fot. kancelaria prezydenta Ukrainy

Algorytm

Współczesne pole walki jest nasycone sensorami – śledzą je satelity obserwacyjne i kamery tysięcy dronów. Ale dane zbierają nie tylko armie i służby wywiadowcze, źródłem informacji mogą być też cywile, komercyjne aplikacje czy kamery monitoringu.

Dobrym przykładem są wydarzenia z maja 2023 roku, gdy rosja przeprowadziła jeden z najintensywniejszych ataków rakietowych na Kijów. Wkrótce po nalocie w mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się nagrania przedstawiające pracę ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Na filmach widać było startujące pociski przechwytujące, błyski wystrzałów i kierunki działania poszczególnych systemów. Ukraińska Służba Bezpieczeństwa (SBU) zatrzymała kilka osób odpowiedzialnych za publikację materiałów. Ci ludzie nie chcieli pomagać rosjanom – większość z nich po prostu dokumentowała wydarzenia, które obserwowała z okien własnych mieszkań. Problem polegał na tym, że takie nagrania mogły pomóc przeciwnikowi ustalić położenie stanowisk obrony przeciwlotniczej, ocenić skuteczność ich działania i skorygować kolejne uderzenia.

To istotna zmiana względem wcześniejszych konfliktów. Jeszcze kilkanaście lat temu zdobycie podobnych informacji wymagało wysłania zwiadowców, wykorzystania samolotów rozpoznawczych lub satelitów wojskowych. Dziś część tej pracy wykonują zwykli użytkownicy smartfonów, często nieświadomie. Każde zdjęcie, film czy wpis zamieszczony w Internecie staje się potencjalnym elementem większej układanki, którą przeciwnik może uzupełniać informacjami pochodzącymi z innych źródeł.

—–

Jeśli smartfon jest dziś źródłem danych, to komunikatory stały się jednym z najważniejszych kanałów ich wymiany. Szczególne miejsce zajmuje tu Telegram, który podczas wojny w Ukrainie urósł do rangi podstawowego narzędzia komunikacji. Korzystają z niego żołnierze, blogerzy wojskowi, dziennikarze, urzędnicy, służby ratunkowe i zwykli mieszkańcy. To właśnie tam najszybciej pojawiają się informacje o alarmach lotniczych, skutkach ostrzałów czy ruchach wojsk.

We wrześniu 2024 roku ukraińskie władze zakazały korzystania z Telegrama na urządzeniach służbowych używanych przez wojskowych, urzędników administracji państwowej oraz pracowników infrastruktury krytycznej. Decyzję uzasadniono obawami dotyczącymi bezpieczeństwa informacji. Według ukraińskich służb komunikator był wykorzystywany przez rosjan do pozyskiwania danych o użytkownikach, ich aktywności oraz kontaktach.

Ta sytuacja dobrze pokazuje, jak bardzo zmienił się charakter współczesnego pola walki. Jeszcze kilka lat temu zagrożeniem było opublikowanie jednego zdjęcia z niewłaściwym tłem. Dziś źródłem kłopotów są całe sieci powiązań. Kto z kim rozmawia, do jakich grup należy, jakie treści obserwuje i jak szybko reaguje na określone wydarzenia – wszystko to może stanowić materiał analityczny. Sam komunikat rzadko bywa najcenniejszy. Znacznie większą wartość mają dane towarzyszące jego wysłaniu.

Z tego samego powodu coraz większe znaczenie zyskują działania określane mianem SOCMINT-u (Social Media Intelligence), czyli rozpoznania prowadzonego za pośrednictwem mediów społecznościowych i komunikatorów. Analitycy śledzą nie tylko publikowane treści, lecz także wzorce aktywności całych społeczności. Nagły wzrost liczby wpisów z określonego regionu (miasta, dzielnicy, osiedla), pojawienie się wielu podobnych nagrań czy zmiana aktywności lokalnych grup – jak choćby gwałtowne, nieoczekiwane wyciszenie – może stanowić sygnał świadczący o ważnych wydarzeniach wojskowych. W praktyce znów oznacza to, że nawet osoby niemające nic wspólnego z armią mogą nieświadomie dostarczać danych przydatnych przeciwnikowi.

—–

Co istotne, informacje nie giną w szumie danych. Do niedawna zdjęcie opublikowane w Internecie mogło pozostać niezauważone, a pojedynczy ślad aktywności nie musiał nikogo zainteresować. Dziś przeciwnik coraz rzadziej czeka na spektakularny błąd drugiej strony (bądź osób czy podmiotów z nią związanych). Znacznie częściej buduje obraz sytuacji z (setek) tysięcy drobnych elementów, które osobno wydają się nieistotne. Weźmy przykład tropienia lokalizacji konkretnych jednostek – tu już dawno wiodącej roli nie pełni nasłuch radiowy. Jeden dron zauważy ruch pojazdów. Inny zarejestruje świeże ślady gąsienic. Satelita dostarczy aktualne zdjęcie terenu. Kamera monitoringu uchwyci przejazd kolumny. A algorytm połączy te informacje szybciej, niż byłby w stanie zrobić to nawet liczny zespół analityków.

Ten tekst w znacznie rozbudowanej formie znajdziecie w magazynie „Polski Zbrojnej”. W lipcowym numerze miesięcznika zamieściłem także dwa inne artykuły – zapraszam Was do ich lektury. „Pezetkę” w papierze możecie nabyć w dobrych salonikach prasowych, e-wydanie dostępne jest pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Skutki jednego z rosyjskich ataków na Kijów/fot. screen z filmu masowo udostępnianego przez ukraińskie konta

Gripeny

Premier Szwecji Ulf Kristersson i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosili dziś porozumienie obronne, w ramach którego Ukraina otrzyma m.in. myśliwce Saab JAS 39 Gripen. Według ujawnionych informacji na przełomie tego i przyszłego roku nad Dniepr trafi 16 używanych Gripenów wersji C/D, a równolegle Kijów chce kupić 20 nowych Gripenów E/F – z dostawą do 2030 roku. Docelowo ukraińskie siły powietrzne chciałyby pozyskać flotę liczącą ponad sto takich maszyn.

To nie jest przypadkowy wybór. Wojna w Ukrainie brutalnie zweryfikowała wiele wcześniejszych wyobrażeń o nowoczesnym konflikcie – ale wbrew obiegowym opiniom nie udowodniła, że lotnictwo straciło znaczenie. Przeciwnie. Samoloty nadal pozostają jednym z kluczowych narzędzi wojny, tyle że używanym inaczej niż podczas amerykańskich operacji przeciw słabszym przeciwnikom.

rosja do dziś nie zdobyła przewagi w powietrzu, co samo w sobie jest jedną z największych porażek Kremla. Jednocześnie jednak rosyjskie lotnictwo nadal odgrywa ważną rolę – przede wszystkim jako nosiciel uzbrojenia dalekiego zasięgu. Najlepiej pokazuje to użycie bomb szybujących FAB z modułami UMPK. rosyjskie samoloty nie muszą wlatywać nad cele. Wystarczy, że zbliżą się do linii frontu, zrzucą bombę spoza zasięgu części ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i zawrócą. Ładunek doszybuje we wskazane miejsce – a zwykle jest to cel, którego nie da się zniszczyć przy użyciu dronów, taki jak solidnie okopany schron czy bunkier.

I m.in. dlatego Ukraina tak mocno naciska na nowe myśliwce. Nie po to, by urządzać efektowne pojedynki powietrzne, lecz by odsuwać rosyjskie samoloty od linii frontu i utrudniać bombardowania FAB-ami. Samoloty są też potrzebne do wzmocnienia własnej obrony przeciwlotniczej, by chronić logistykę i miasta. Wielu z nas umyka fakt, że duża część rosyjskich rakiet i pocisków manewrowych jest dziś zestrzeliwana przez samoloty bojowe. I wreszcie maszyny tego typu są potrzebne do ataków na wysokowartościowe cele na rosyjskich tyłach, przy użyciu pocisków powietrze-ziemia (takich jak Storm Shadow), wciąż znacznie bardziej efektywnych niż najcięższe, najszybsze i mające największy zasięg drony.

I tu pojawia się problem – poradziecka flotylla już Ukraińcom w dużej mierze „wyszła” – zużyła się, została stracona. A pozyskane z Zachodu F-16 (i nieliczne francuskie Mirage) nie wystarczą. Większość przekazywanych Ukrainie maszyn to używane egzemplarze z Danii, Holandii, Belgii czy Norwegii. To samoloty wielokrotnie modernizowane, ale jednocześnie mające za sobą dekady służby i duży nalot. W czasie pokoju mogłyby latać jeszcze długo. Jednak wojna oznacza zupełnie inne tempo eksploatacji: częste alarmowe starty, loty na małych wysokościach, wysokie przeciążenia, no i trudniejsze (zaimprowizowane!) warunki serwisowania. To wszystko błyskawicznie zużywa płatowce, silniki i awionikę.

Do tego dochodzi problem skali. Nawet jeśli Ukraina otrzyma już wszystkie z ponad 80 obiecanych F-16, realnie liczba gotowych do walki maszyn zawsze będzie niższa. Część samolotów będzie używana do szkolenia, część trafi do remontów, część zostanie utracona lub rozebrana na części zamienne. Tymczasem wojna trwa, a ukraińskie lotnictwo musi myśleć nie tylko o najbliższych miesiącach, ale i o kolejnych latach. A mając w perspektywie zapewne niespokojne powojnie – także i dekadach.

Gripen jest dla Ukrainy atrakcyjny właśnie dlatego, że projektowano go z myślą o wojnie z rosją. Szwedzi zakładali scenariusz, w którym lotniska będą regularnie atakowane rakietami, a lotnictwo będzie zmuszone do działania z rozproszonych baz i prowizorycznych pasów startowych. Dlatego Gripen jest relatywnie tani w eksploatacji, wymaga mniejszego zaplecza technicznego, bez trudu może operować z dróg i improwizowanych lotnisk, ma bardzo krótki czas obsługi między lotami. Dla Ukrainy to cechy bezcenne.

Nie bez znaczenia pozostaje też kwestia uzbrojenia. Ukraińcy liczą szczególnie na integrację Gripenów z pociskami MBDA Meteor, uznawanymi dziś za jedne z najgroźniejszych rakiet powietrze–powietrze dalekiego zasięgu. Tego rodzaju uzbrojenie mogłoby zmusić rosyjskie lotnictwo do jeszcze większego odsunięcia się od frontu, utrudniając ataki bombami szybującymi.

W praktyce Ukraina zaczyna więc budować nie „tymczasowe lotnictwo na czas wojny”, ale przyszłe zwesternizowane siły powietrzne. W takim ujęciu F-16 są „szybkim pomostem” i natychmiastowym wzmocnieniem. Gripeny – bardziej odporną i tańszą w utrzymaniu platformą do działania w realiach obecnej, ale i przyszłej wojny z rosją.

Nie zżymajmy się więc, że Ukraińcy „także w lotnictwie idą w sprzętowy misz-masz”, bo z ich perspektyw to bardzo logiczne wyjście.

Aha, i nie dajmy się zwieść ukrainosceptykom, którzy podnoszą argument finansowy, prowokacyjnie pytając, kto za to zapłaci. No my zapłacimy, drodzy państwo – Ukraina zakup Gripenów chce sfinansować ze środków pozyskanych od europejskich sojuszników, a więc również i od nas. Tyle że to żaden gest czy marnotrawstwo, a inwestycja – nie ma obecnie bowiem, i zapewne długo jeszcze nie będzie, dla Polski lepszego gwaranta bezpieczeństwa niż ukraińska armia. To ona trzyma rosję za gardło…

PS. Ukraińscy piloci i personel techniczny od dawna szkolą się w Szwecji, zatem pozyskane za kilka miesięcy maszyny szybko wejdą do walki.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Gripen/fot. Saab