Dobroduszność

Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna Wadim handlował ciuchami na bazarku w Bachmucie. „Wielkich pieniędzy z tego nie było”, mówi. „Ale jako dzieciaki z sierocińca, nie mieliśmy z żoną wielkich oczekiwań”, uśmiecha się lekko. „To było dobre, zwyczajne życie”, podkreśla.

Przerwał je rosyjski pocisk artyleryjski, wystrzelony w pierwszych miesiącach walk o miasto. Eksplozja zabiła żonę Wadima i jego 13-letnią córkę. Zginęły na miejscu, w gruzach własnego domu.

„Byłem wtedy w Kramatorsku, dlatego przeżyłem”, twarz mężczyzny wyraża głęboki smutek; znam dobrze to spojrzenie ludzi, którzy żałują, że to nie ich trafiło. „Załamałem się”, na moment urywa opowieść. „Minęło wiele miesięcy nim stanąłem na nogi. Zgłosiłem się do wojska, dostałem przydział do brygady szturmowej. Nasz oddział trafił na Zaporoże”, Wadim wzdycha głośno, dodając, że wysyłkę na „zerówkę” poprzedziło ledwie 19-dniowe szkolenie.

Jako obserwator, z dwoma innymi kolegami, obsadził wysuniętą pozycję. „Lisią jamę”, jak mówi. Łączność radiową szybko trafił szlag, rosjanie regularnie ostrzeliwali ich pozycję, atakowali dronami, utrudniali jakikolwiek ruch. Jeden z żołnierzy zginął („spłonął…”, Wadim nie wchodzi w szczegóły), drugi zdezerterował. „Zostałem sam”, uśmiecha się smutno.

Swoi tymczasem cofnęli się, strefa śmierci była zbyt szeroka, by próbować ją pokonać. „Tak przynajmniej mi się wydawało”, relacjonuje Wadim.

Na szczęście w powietrzu były też własne drony. Wykryły go, przez kilka tygodni co jakiś czas zrzucały mu żywność i wodę.

rosjanie nie zapomnieli o jego istnieniu – ich drony regularnie próbowały go zabić. Ewakuacja nie wchodziła w grę, Wadim tkwił w norze, co jakiś czas zdobywając się na odwagę, by wystawić głowę po prowiant.

Któregoś razu, gdy zrzut nastąpił nieco dalej, mężczyzna postanowił zaryzykować. Nie dotarł do ładunku, wszedł na minę. Własną, zastawioną przez poprzedników kilkanaście tygodni wcześniej. „Teren zarósł wysoką trawą, straciłem orientację”, tłumaczy.

Eksplozja urwała mu dwa palce u prawej stopy.

Doczołgał się do okopu, na tyle, na ile mógł, zabezpieczył ranę. A potem przez dwa miesiące – DWA MIESIĄCE – czekał na pomoc. „Pęsetą wyciągałem z rany robaki”, mówi.

Swoje drony wciąż przylatywały, ale czego by nie podrzuciły, Wadim nie miał tego, co najważniejsze – właściwej opieki medycznej. W którymś momencie uznał więc, że musi zaryzykować i przedostać się na tyły.

Na czworaka, czołgając się, pokonywał kolejne metry. „Nocą; za dnia chowałem się w krzakach”, opowiada. Po drodze minął kilka innych odciętych pozycji. Koledzy dali jeść, pić, ale nikt nie miał odwagi się przyłączyć.

Samotna wyprawa na tyły trwała 18 dni – wtedy podjął go wóz ewakuacji medycznej. I zaczęła się kolejna podróż – tym razem już nie po życie, a po zdrowie.

Gdy piszę te słowa, Wadim jest w drodze do Holandii, gdzie poddany zostanie gruntownej rehabilitacji.

Opowiadam Wam jego historię jako dowód ludzkiej niezłomności – lecz nie tylko. Wadim to ilustracja czegoś bardziej wspaniałego, budującego. „Jestem głęboko wierzącym Romem”, podkreśla na wstępie rozmowy. Dopiero później, gdy padają zacytowane za chwilę słowa, rozumiem, po co to zastrzeżenie. „Cieszę się, że nikogo nie zabiłem, że dzięki Bogu nie mam krwi na rękach”, słyszę. Wznoszę brwi, zdumiony; Wadim chyba dostrzega ów gest. „Po tamtej stronie są ludzie, tacy sami jak my”, przekonuje. Facet, któremu ruskie zabiły żonę, córkę, odebrały ukochane miasto i zdrowie. Rozpierdala mnie ta dobroduszność, zawstydza. Ale i daje nadzieję.

Dziękuję Wadimie, cieszę się, że Cię poznałem.

Ps. Na lotnisku Rzeszów-Jasionka działa hub medyczny, prowadzony przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Trafiają tam pacjenci z Ukrainy, wysyłani na rehabilitację do innych krajów w Europie. Hub jest ich pierwszym przystankiem po tej stronie granicy. Przygotowuję materiał na jego temat, już dziś zapraszam Was do lektury na łamach „Polski Zbrojnej”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wadim/fot. własne

Pokrowsk

Kolumna rosjan wjeżdżająca do Pokrowska nie przypominała regularnej armii. Nawet islamscy terroryści z ISIS w podobnych sytuacjach – podczas przemarszów – prezentowali się lepiej. Ich technikale (improwizowane pojazdy wojskowe) bazowały na solidnych pickupach Toyoty, tymczasem żołdacy putina poruszali się przerobionymi ładami i zdezelowanym UAZ-em. No i całą masą „popierdółek” – cywilnych motocykli crossowych.

Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniał wschodnio-ukraiński, mglisto-błotnisty anturaż. „’Mad-Max’ w bieda-wersji”, komentowano, nawiązując do klasyki kina postapo. I jakkolwiek drwienie z rzekomo „drugiej armii świata” wydaje się w tym kontekście zasadne, nie wolno zapominać, że to ci wojenni nędzarze do Pokrowska wkraczali, co oznaczało, że Ukraińcy się z niego wycofywali.

„Byle jak, byle czym, byle do przodu” – ta fraza chyba najpełniej oddaje modus operandi rosyjskiej armii w okolicach Pokrowska. Prawdę mówiąc, całe siły inwazyjne cierpią dziś na niedostatki sprzętu ciężkiego, ale widać to szczególnie w tak zwanych „hot-spotach”, miejscach szczególnie silnej presji rosjan. Walki na odcinku Pokrowskim trwają już od ponad 20 miesięcy, lecz wraz z początkiem listopada agresorzy zintensyfikowali działania. W sukurs przyszła im pogoda – wspomniana mgła spowijająca Doniecczyznę przez kilkanaście godzin na dobę, i to już od wielu dni. To w niej kryją się małe bezzałogowce, których w powietrzu jest tyle, że ukraińscy analitycy mówią o „okrążeniu dronami”. Bezpilotowce moskali niemal całkowicie odcięły Pokrowsk, paraliżując linie komunikacyjne.

Dowództwo rosyjskie wprowadziło do miasta oddziały na motocyklach i pickupach, próbując wykorzystać mobilność i efekt zaskoczenia. Taktyka działa, choć przynosi gigantyczne straty, bowiem technikale to nie transportery, a „motorki” nie dają nawet ułudy zabezpieczenia. Ludzki przemiał nie jest jednak dla rosyjskich dowódców powodem do szczególnych zmartwień, zwłaszcza że na podejściu do Pokrowska zgromadzili niemal 120 tys. żołnierzy, jedną piątą całości wojsk inwazyjnych. Jest więc dość „mięsa”, by je pchać do kolejnych szturmów, po których – prędzej czy później – następne kwartały przechodzą w ręce rosjan. Pod koniec drugiego tygodnia listopada ci kontrolowali ponad 90 proc. miasta. Wcześniej ukraińskie jednostki, wsparte komponentem sił specjalnych, próbowały „oczyścić” kluczowe punkty Pokrowska, jednak działania te były spóźnione i nie zmieniły sytuacji.

(…)

Jakkolwiek los Pokrowska wydaje się przesądzony, warto wspomnieć o sytuacji, która może mieć wpływ na decyzję ukraińskiego dowództwa. Służby antykorupcyjne Ukrainy ujawniły potężną aferę. Ludzie związani z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim okradli państwo na ponad 100 mln dolarów, wydrenowanych z ledwo zipiącego sektora energetycznego. Dziś, gdy Ukraina mierzy się ze skutkami braku energii (ogrzewania, wody, prądu), ów skandal rozpala nastroje społeczne. Ludzie rzecz jasna wiedzą, że to rosjanie zniszczyli większość elektrowni, ale fakt, że osoby związane z władzą postępowały niczym sępy z padliną, jest powodem powszechnego oburzenia. Rząd reaguje – posypały się dymisje – będąc zarazem mocno na cenzurowanym. W takim kontekście ostateczny upadek miasta-symbolu mógłby dodatkowo pogorszyć notowania prezydenta i jego zaplecza. A to rodzi pokusę przedłużania obrony, mimo skrajnej nieefektywności tego przedsięwzięcia.

Jedno jest pewne – rosjanie nie ustaną. Dla nich również Pokrowsk ma znaczenie symboliczne – choć nie tylko, o czym przeczytacie w rozszerzonej wersji tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Screen ze wspomnianego filmu

Przedmurze

putin oczekuje, że ukraińska armia opuści Donbas. To jedno z żądań, od spełniania których rosyjski przywódca uzależnia wstrzymanie działań wojennych i rozmowy o pokoju. Kremlowski dyktator sili się na stanowczość, wydaje się, że przemawia z pozycji siły, mając za sobą potężne imperium i jego armię. Tymczasem ów postulat to dowód słabości najeźdźców…

Do lutego 2022 roku rosjanie kontrolowali po jednej trzeciej obwodów donieckiego i ługańskiego. Obecnie mają całą Ługańszczyznę oraz trzy czwarte Doniecczyzny (20 z 26,5 tys. km kw. obwodu). W ich rękach jest zatem większość Donbasu, co stwarza pozory solidnego sukcesu, póki nie uświadomimy sobie, że jego wypracowanie zajęło kilkanaście lat.

Tak zresztą jest z całością rosyjskich zdobyczy w Ukrainie. W 2014 i 2015 roku Moskwa przejęła siłą 44 tys. km kw. ukraińskiego terytorium (nieco ponad siedem procent całości), w 2022 roku dołożyła do tego kolejne 65 tys., ten ostatni „urobek” zawdzięczając ofensywie prowadzonej w warunkach gigantycznej przewagi technicznej i materiałowej. W drugim, trzecim i czwartym roku pełnoskalowej wojny – mimo iż rosyjski kontyngent wzrósł 3,5-krotnie (ze 180 do 700 tys. żołnierzy) – łączne rosyjskie zyski terytorialne nie przekroczyły 6 tys. km kw. Od zakończenia serii ukraińskich kontrataków w listopadzie 2022 roku, gdy wojna przybrała formę pozycyjną, do teraz, rosjanie podbili ledwie 0,97 proc. ukraińskiego terytorium. Więc owszem, po 11 latach zabiegów ukradli Ukrainie prawie jedną piątą ziemi, ale za wyjątkiem dwóch efektywnych zrywów – z 2014 i 2022 roku – stoją lub pełzają, ponosząc przy tym gigantyczne koszty. Dość przypomnieć, że do tej pory zginęło lub zostało rannych ponad milion rosyjskich żołnierzy, a Moskwa utraciła dziesiątki tysięcy jednostek sprzętu.

Istotna część tych strat przypada na Donbas, front chersoński zamarł bowiem zimą 2022 roku, a zaporoski jesienią 2023. Walki toczą się jeszcze na obrzeżach obwodu charkowskiego, a od niedawna także sumskiego (no i po drodze mieliśmy ukraińską eskapadę w regionie kurskim w rosji), ale nie będzie przekłamaniem stwierdzenie, że Ukraina i federacja ścierają się przede wszystkim w Donbasie. W tym kontekście staje się jasne, dlaczego putin chciałby ten front jak najszybciej zamknąć.

—–

A dlaczego Ukraińcy tak zaciekle walczą w tej części kraju? Wyjaśnień jest co najmniej kilka – od lokalnego patriotyzmu miejscowych obrońców po kwestie ekonomiczne, związane z wartością donbaskich złóż mineralnych. Jednak istotą rzeczy zdaje się być specyficzny wojenny pragmatyzm. „Musimy z nimi walczyć tu, bo inaczej znów przyjdą pod nasz dom”, to słowa mojego znajomego z Kijowa, nieżyjącego już żołnierza ZSU, który walczył – i poległ – w nielubianym przez siebie Donbasie.

Idea Donbasu jako strefy zgniotu jest powszechna pośród Ukraińców i poskutkowała rozbudowanymi projektami inżynieryjnymi. Kordon, który początkowo miał zatrzymać separatystów i stosunkowo nielicznie wspierających ich rosjan, przybrał postać głęboko urzutowanego systemu umocnień. W jego skład weszły okopy, bunkry, punkty obserwacyjne, pola minowe i zapory przeciwpancerne. Pas umocnień rozciąga się na długości około 50 kilometrów, obejmując kluczowe miasta, takie jak Słowiańsk, Kramatorsk, Drużkiwka i Kostiantyniwka. Zarazem te miejscowości są ważnymi węzłami logistycznymi dla ukraińskich sił zbrojnych operujących na wschodzie kraju. Co istotne, system fortyfikacji, jakkolwiek zawiera sztuczne elementy obronne, nade wszystko wykorzystuje przeszkody naturalne. Wzgórza, rzeki, kanały, tereny podmokłe, leśne; wszystko, co ogranicza wojskom wroga swobodę przemieszczania. Sprawa oczywista, tym niemniej w ukraińskim kontekście warta podkreślenia, bo nie chodzi tylko o to, że przez ostatnie 11 lat Ukraina zainwestowała ogromne środki w zbudowanie tego systemu – a teraz pieniędzy i czasu nie ma. Rzecz w tym, że kolejnego pasa umocnień nie byłoby gdzie zbudować.

—–

Gdyby armia ukraińska dobrowolnie opuściła Doniecczyznę, kolejną linię obrony można by stworzyć 80 km głębiej, licząc od aktualnie zajmowanych pozycji. A i tak nie byłaby ona tak dogodna, jak „forteca Donbas”. Uproszczając sprawy – za Donbasem, patrząc na zachód, zaczynają się ukraińskiej stepy. Otwarty teren, w którym trudniej lokować punkty oporu. Także czysto motorycznie jego pokonanie nie nastręczyłoby rosjanom tak wielu trudności. I nie, nie da się „machnąć ręką na puste pola”, bowiem najeźdźcy zyskaliby przestrzeń do uderzeń na północ, w stronę Charkowa, i na południe, w kierunku Zaporoża. Tym właśnie – poza zagrożeniem dla miasta Dniepr – groziłoby wylanie się rosjan w ukraińską przestrzeń operacyjną na wschodzie.

Ale przecież armia rosyjska, nawet jeśli zwolnić ją z konieczności przebija się przez donbaski pas umocnień, nie byłaby w stanie przeprowadzić tak dużych operacji zaczepnych (pomaszerować w stronę Charkowa i/czy Zaporoża) – mógłby zauważyć ktoś. Dziś nie, ale w grze o Donbas nie chodzi tylko o „tu i teraz”. Ukraińcy – władze i zwykli mieszkańcy kraju – za grosz nie ufają zapewnieniom Moskwy, że ta poprzestałaby na Donbasie. Że nie sięgnęłaby po sąsiadujący z Doniecczyzną obwód dniepropietrowski, ba,  że oparłaby się pokusie zajęcia całego Zadnieprza. W Kijowie dobrze wiedzą, że nawet jeśli dojdzie do zamrożenia wojny, o trwałym zamrożeniu rosyjskich ambicji imperialnych nie będzie mowy. Że może nie dziś czy jutro, ale pojutrze rosja znów zagra o pełną lub pełniejszą stawkę. Więc nie należy jej w żaden sposób ułatwiać. Nie wolno oddawać niczego za darmo.

rosjanie i tak wezmą Donbas – przekonuje nie tylko rosyjska propaganda; ostatnio tego typu głosy popularne są na przykład w USA, w środowiskach wspierających trumpa. Sam amerykański prezydent jest tego zdania. To bez wątpienia zasługa putina, który przekonał przywódcę Stanów Zjednoczonych do tej opinii, licząc, że Waszyngton nakłoni do ustępstw Kijów. No więc nie da się wykluczyć scenariusza, w którym i Doniecczyzna wpadnie w łapy najeźdźców. Tyle że osiągnięcie takiego sukcesu może zająć rosjanom kolejny rok zmagań, co przełoży się na setki tysięcy następnych ofiar. Być może po drodze wreszcie się opamiętają, a jeśli nie, po wszystkim będą musieli jeszcze więcej czasu poświęcić na lizanie ran. Tak kalkulują w Kijowie, który propozycje putina, i sugestie Amerykanów, otwarcie odrzuca. Donbas pozostanie ukraiński póki będzie go czym bronić…

Pełną wersję tego tekstu przeczytacie w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich trzech tygodni: Łukaszowi Podsiadło, Janowi Adamskiemu, Eugeniuszowi Dębskiemu, Sławomirowi Dudko i Urszuli Ptak.

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Prze(k)łamanie

Obiecałem sobie nie udostępniać podczas urlopu nic ponad to, co napisałem przed wakacjami. A więc nie komentować bieżących spraw, także tych ukraińskich. Ale szlag mnie trafia, jak czytam doniesienia poloOSINT-u na temat rzekomo dramatycznej sytuacji w Donbasie. „Front przełamany, rosjanie wychodzą na tyły Ukraińców!”, alarmują specjaliści od wojny, co to na wojnie nigdy nie byli, a na wojsku się znają, bo dużo o nim czytają. Ehhh…

Doradzałbym tym specom wstrzemięźliwość językową, co winno być poprzedzone poznaniem definicji „przełamania” czy „wejścia w przestrzeń operacyjną” przeciwnika. Bez tego sieją zamęt i wzmacniają rosyjską fałszywą narrację, wedle której przegrana Ukrainy jest już tuż tuż. Ot, klasyczny przykład użytecznych idiotów, którzy dla atencji lub innych partykularnych korzyści puszczą w świat mniejszą lub większą bzdurę. A ruSSkim w to graj…

roSSjanie rzeczywiście wymacali słabsze punkty ukraińskiej obrony w rejonie Pokrowska. Faktycznie pchnęli tam wojsko. Istotnie, weszli do kilku wiosek. Wyrysowawszy na mapie ich marszruty, dostrzeżemy nieliche (dla specyfiki tej wojny) kilkunastokilometrowe postępy. Efektowne strzałki wrzynające się w ukraińskie terytorium. Ale ta „graficzna prawda” ma wybitnie niepełny charakter. Natarcia rosjan realizowane są z użyciem lekkiej piechoty; w większości to te bieda-moto-komanda. Nie wspiera ich artyleria czy lotnictwo, choć lokalnie potrafią sobie wywalczyć przewagę w powietrzu, na krótkim dystansie, przy użyciu dronów. Za nimi nie podążają jednostki zmechanizowane i pancerne, nie ciągną konwoje logistyczne. Nie ma mowy o rzeczywistym przełamaniu, rozszerzeniu luk, przez które „wlałyby się” odpowiednio licznie i wyposażone oddziały. Mamy na poły partyzanckie rajdy, w których udział bierze, łącznie, kilka tysięcy ludzi.

Dlaczego to nie jest żaden gejmczendżer tej wojny?

Pozwólcie, że zilustruje to następującym przykładem. 100-osobowe moto-komando wjeżdża do niebronionej wioski. Żołnierze mają zapasów tyle co w plecakach i sakwach – jak myślicie, ile będą w stanie bronić się bez ustanowienia kontroli nad drogą, która przywiodła ich do wiochy? Ta setka będzie potrzebowała wsparcia kilku setek innych ludzi z masą sprzętu, który zapewni właściwą logistykę i ochronę. W przeciwnym razie przypadnie – bez amunicji, paliwa, jedzenia, wody, bez możliwości rotacji i ewakuacji.

rosjanie nie mają w Ukrainie sił i środków, by dokonywać przełamań i ryzykować głębokie rajdy na ukraińskie tyły. Do tego trzeba co najmniej kilkukrotnej przewagi i całkowitego panowania w powietrzu, by wysuniętym czołówkom zapewnić nieprzerwane wsparcie; nie skazać ich na włażenie w kocioł. W rejonie Pokrowska najeźdźcy mogą sobie pozwolić na lokalne harce, i właśnie pozwalają, ale nie jest to żaden wstęp do jakiejś wielkiej ofensywy, bo tej nie ma czym przeprowadzić.

Nie ma więc żadnego problemu? No jest, wszak Ukraińcy pokpili sprawę; złapano ich ze spuszczonymi gaciami. W czwartym roku pełnoskalowej wojny, w bliskim sąsiedztwie frontowego „hot-spotu’, nie powinno być słabiej obsadzonych odcinków. A już na sąd wojenny zasługuje fakt nieprzygotowania umocnień i pół minowych, mimo iż w raportach wszystko było od dawna gotowe. Ktoś za to powinien beknąć i nie mam na myśli tylko przedstawicieli lokalnej administracji wojskowej.

Stan na dziś jest taki, że Ukraińcy się obudzili. W zagrożony rejon weszły elitarne formacje ZSU, co jak dla mnie jest gwarancją tego, że rosyjscy rajdowcy zostaną zgruzowani. Co uczynić trzeba, bo bez tego – bez reakcji z ukraińskiej strony – ruscy mieliby czas, by umocnić się na zajętych terenach. Podciągnąć frontowe zaplecze. Do zajęcia aglomeracji kramatorsko-słowiańskiej (co niechybnie wieszczyli wspomniani na wstępie eksperci) wciąż mieliby daleko, ale jednak o krok bliżej. O to toczy się teraz gra, nie o jakieś finalne cięcie, które miałoby zwalić z nóg Ukrainę…

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Targetowanie

– To najtragiczniejszy pojedynczy atak na dzieci od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę – oświadczył Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka (UNHCHR) Volker Tuerk. Tak urzędnik ONZ podsumował uderzenie, do jakiego doszło 4 kwietnia br. w Krzywym Rogu, gdzie rosjanie użyli rakiety Iskander M. Śmierć poniosło 20 osób, w tym dziewięcioro najmłodszych mieszkańców miasta, było też 70 rannych.

Do ataku wykorzystano pocisk z głowicą kasetową. Ministerstwo obrony rosji zapewnia, że celowano w obiekt zajęty przez „ukraińskich oficerów i ich zagranicznych instruktorów”. Nawet jeśli tak było, do eksplozji doszło nad placem zabaw…

To nie pierwsze tego rodzaju zdarzenie – dość wspomnień o tragedii we wsi Groza czy o ataku na kramatorską pizzerię „Ria”. Tam rosjanie również celowali Iskanderami w wojskowych – tak przynajmniej twierdzili (nadal twierdzą) – a zabili i ranili przede wszystkim cywilów.

—–

Iskander to pocisk balistyczny krótkiego zasięgu (od 50 do 500 km), przenoszony na mobilnej platformie samochodowej. Przeznaczony jest do wykonywania uderzeń w strefie operacyjno-taktycznej ugrupowania wojsk przeciwnika (na środki ogniowe, samoloty i śmigłowce na lotniskach, węzły łączności, stanowiska dowodzenia itp.) oraz do atakowania obiektów infrastruktury krytycznej, jak elektrownie. Pozostając na gruncie doktryny, użycie Iskandera oznacza zamiar porażenia tzw. celu wysokowartościowego (High-Value Target, HVT – w nomenklaturze NATO). Pocisk ten, jak na rosyjskie możliwości, jest bronią precyzyjną, a osiągana prędkość 2000 m/s czyni go niezwykle trudnym do zestrzelenia.

Zarazem mamy do czynienia z technologią drogą – pojedyncza rakieta kosztuje 3 mln dolarów – i z procesem produkcyjnym odbywającym się w realiach sankcyjnego niedoboru (głównie komponentów elektronicznych). Oba te czynniki „podbijają” konieczność używania Iskanderów w wyjątkowych sytuacjach, co dotyczy także innych rosyjskich precyzyjnych środków rażenia, równie drogich i trudnych w produkcji.

W początkowych odsłonach pełnoskalowego konfliktu ów wymóg oszczędnego gospodarowania mierzył się z inną zmorą rosyjskiej armii – zbytnią hierarchicznością. W jej efekcie, zanim jakaś informacja zmieniła się w rozkaz, wędrowała przez wszystkie szczeble – im była poważniejsza, tym wyżej. A przez to wiele działań podejmowanych było poniewczasie, co na polu bitwy ma ogromne znacznie. Przykładem niech będzie obróbka danych ze zwiadu satelitarnego – co z tego, że rosjanie zarejestrowali brak obecności ukraińskich samolotów na lotniskach stałych 24 lutego 2022 roku, skoro „nie zdążyli” przekazać tych informacji obsługom wyrzutni pocisków balistycznych. I warte potężne pieniądze rakiety „waliły po pustym”.

—–

No więc po serii takich kosztownych wpadek rosjanie poszli po rozum do głowy. Skrócili łańcuch podejmowania decyzji, przekazując kompetencje dotyczące używania ekstraordynaryjnych środków bojowych lokalnym dowódcom. „Dynamiczne targetowanie” – znów odwołam się do nazewnictwa NATO – w odniesieniu do Iskanderów oznacza teraz, że od wykrycia celu do wystrzelenia mija co najwyżej 20 minut. Dodajmy do tego prędkość pocisku – to, jak niewiele czasu potrzebuje, by dolecieć na miejsce – i w efekcie otrzymujemy wysokie prawdopodobieństwo porażenia namierzonego celu (nim ten zdoła się przemieścić).

Jak to się ma do zabijania dzieci (i szerzej, cywilów)? Czy plac zabaw, czy pizzernia to „High-Value Targets”? Nie da się tego wykluczyć, gdyż rosjanie bardzo szybko zrezygnowali z oszczędzania ludności i sięgnęli po skrajnie odmienną strategię – intencjonalnego terroryzowania cywilów. Po raz pierwszy w pełnej krasie obnażyli się w Mariupolu, konsekwentnie niszcząc całe kwartały metropolii, z założeniem, że gehenna mieszkańców zmusi dowództwo ukraińskie do kapitulacji. Temu samemu służyły, nadal służą, ataki rakietowo-dronowe wymierzone w inne ukraińskie miasta, położone na głęboki zapleczu, z Kijowem włącznie. W tym ujęciu zabijanie dzieci – środek najstraszniejszy ze strasznych – ma wywołać efekt mrożący, przekonanie, że jeśli się nie poddamy, to „nie ma świętości”, „nikt nie będzie bezpieczny”.

Historia dowodzi, że ta strategia, zamiast załamać przeciwnika, może wzmóc jego opór. Sądząc po liczbie dokonanych z premedytacją zbrodni, rosjanie chyba nadal wierzą w jej skuteczność. Oczywiście, oficjalnie tego nie potwierdzą i będą brnąć w narrację, wedle której prowadzą wojnę w humanitarny sposób. Atak na Krzywy Róg też miał być „cywilizowanym uderzeniem” – w restaurację pełną wojskowych. „Zabiliśmy 80 oficerów!”, chwali się rosyjskie MON. Rzecz w tym, że we wspomnianym lokalu był monitoring – a ten zarejestrował moment eksplozji. Jej epicentrum było stosunkowo odległe, bo restauracja tylko nieznacznie ucierpiała. No i na zarejestrowanych kadrach nie widać wojskowych, ba, w ogóle niewiele osób siedziało wówczas w lokalu.

A więc premedytacja? Możliwe jest też inne wyjaśnienie.

—–

Wróćmy do tragedii w Grozie (gdzie Iskander zabił 59 żałobników, opłakujących poległego żołnierza armii ukraińskiej). Tuż po niej Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) wpadła na trop dwóch braci, mieszkańców wioski. To oni poinformowali rosjan o pogrzebie i o tym, że wezmą w nim udział oficerowie ZSU. Po ataku na pizzerię w Kramatorsku SBU zatrzymała miejscowego kolaboranta, który przekazywał rosjanom dane o wartych ostrzelania obiektach. Ów człowiek wytypował też „Rio”, gdzie regularnie – obok młodzieży, przedstawicieli lokalnego biznesu oraz dziennikarskiej międzynarodówki – bywali oficerowie ukraińskiej armii.

Do czego zmierzam? U początku „dynamicznego targetowania” mamy informację pozyskaną wywiadowczo, we wskazanych przypadkach przez źródła osobowe. Nacisk na szybkość reakcji stoi w sprzeczności z potrzebą wtórnej weryfikacji danych. W armii rosyjskiej, która mierzy się z gigantyczną presją wykazywania sukcesów, taki scenariusz zaniechania jest bardzo prawdopodobny. Nie da się wykluczyć, że ktoś „wystawił” restaurację w Krzywym Rogu, uczynił to z opóźnieniem – gdy wartościowych celów już w lokalu nie było – a rakieta przyleciała, bo nikt tego nie sprawdził. Jako się rzekło, pocisk wybuchł nieco dalej, ale przecież to rosyjska technologia, mniej precyzyjna od zachodnich odpowiedników.

Nie zdejmuję odpowiedzialności z rosjan – dotyczy to każdego ze wspomnianych uderzeń. W ostatecznym rozrachunku mają oni świadomość niedoskonałości własnej techniki, to o pierwsze. Po drugie, i najważniejsze, Międzynarodowe Prawo Humanitarne Konfliktów Zbrojnych (MPHKZ), wymaga, by ataki na przeciwnika były prowadzone zgodnie z zasadami konieczności wojskowej, humanitaryzmu, rozróżnienia i proporcjonalności, a także podlegały wymogowi podjęcia wszelkich możliwych środków ostrożności w celu uniknięcia lub przynajmniej zminimalizowania niezamierzonych szkód dla ludności cywilnej (strat pobocznych). Tak to literalnie zapisano. A więc nie ma zgody na zabijanie cywilów „przy okazji”.

Ale jest też w orzecznictwie tzw. zasada Rendulica, która podkreśla, że konieczność wojskowa, proporcjonalność i środki ostrożności są oceniane na podstawie informacji dostępnych w momencie podejmowania decyzji (okoliczności danej chwili), a nie na podstawie danych pojawiających się już po jej podjęciu. Ukraiński Sztab Generalny oświadczył, że w Krzywym Rogu rosja popełniła kolejną zbrodnię wojenną (takie deklaracje padały też po innych podobnych incydentach). Umyślny atak na obiekt cywilny byłby nią bez wątpienia, jednak legalność konkretnego uderzenia rzadko można ocenić na podstawie jego rezultatów lub oceny skutków uderzenia post factum. Póki nie wiemy, co wiedzieli rosjanie, nie da się wykluczyć ani świadomego popełnienia zbrodni, ani też zamiaru ataku na dozwolony cel wojskowy.

Moskwa nie pomoże nam w rozstrzygnięciu tych wątpliwości. Woli brnąć w opowieść o dużym sukcesie, w której strat pobocznych nie było. Rozdzierających serca pogrzebów dzieci też nie…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Obszerniejszą wersję tego tekstu znajdziecie na portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.