Krew

Radzieckie/rosyjskie rakiety S-300 są tak naprawdę antyrakietami – pociskami przeznaczonymi do zwalczania innych rakiet. Nie muszą mieć wielkiej głowicy i dużego zasięgu. 100-150 kg ładunku wybuchowego wystarczy, by zniszczyć nadlatujący obiekt, co zwykle odbywa się na wysokości kilkuset metrów, w odległości kilkunastu-kilkudziesięciu kilometrów od wyrzutni. Tak używane „eski” są groźną bronią.

Ale S-300 można również odpalać w trybie ziemia-ziemia. Niszczyć czy próbować niszczyć za ich pomocą cele nieruchome – budynki, elementy infrastruktury, skoncentrowaną w jakimś punkcie siłę żywą. To kosztowne i mało efektywne, bo po pierwsze, zasięg rakiety nie przekracza 200 km, po drugie, wielkość głowicy ogranicza skuteczność rażenia. No ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

W arsenale armii rosyjskiej próżno szukać dużych zapasów klasycznych pocisków manewrujących czy rakiet dalekiego zasięgu. Takich, co to lecą 1000-1500 km i mają niemal półtonową głowicę. Wyszły, a uzupełnianie zapasów nie jest obecnie możliwe z braku dostępu do zachodnich podzespołów, objętych sankcjami. Ratują się więc ruscy na różne sposoby, na przykład strzelając rakietami przeciwlotniczymi/antyrakietami we wspomnianym trybie ziemia-ziemia. Marnotrawstwo wynikłe z biedy różne miewa oblicza – to jest jedno z nich.

O czym wspominam, bo z ogromnym prawdopodobieństwem na Przewodów spadły rakiety S-300, nie zaś pociski manewrujące. Co to oznacza? Są dwie możliwości:

Po pierwsze, mamy do czynienia z rakietami wystrzelonymi przez Ukraińców. Miały one trafić rosyjskie pociski, nie trafiły. Poleciały dalej, nie zadziałały mechanizmy samolikwidacji, spadły u nas. Pech chciał, że jedna z nich na suszarnie zboża, zabijając dwie osoby.

Po drugie, były to antyrakiety wystrzelona przez rosjan, w trybie ziemia-ziemia, w jakiś cel położony przy polsko-ukraińskiej granicy. Nie trafiły, poleciały dalej – resztę znacie. Z tymże – z uwagi na krótki zasięg S-300 – w takim scenariuszu do wystrzelenia musiałoby dojść z terytorium białoruskiego. Co nie byłoby niczym nadzwyczajnym, bo rosjanie od początku inwazji wykorzystują Białoruś jako swoje zaplecze. Duża część ataków rakietowych na Kijów (i inne miasta zachodniej Ukrainy) jest przeprowadzana właśnie z tego kraju.

Na tym etapie trudno orzec, czyje to były rakiety. Lecz niezależnie od pochodzenia, winę za incydent ponoszą wyłącznie rosjanie. Bo albo to oni wystrzelili felerne pociski, albo zrobili to Ukraińcy – w reakcji na kolejne zmasowane uderzenie rakietowe, które miało miejsce wczoraj po południu (ruskie zaatakowały kilkanaście największych ukraińskich miast). Winny pośrednio czy bezpośrednio, ma Kreml na rękach krew naszych obywateli.

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB (trwa do środy popołudnia) możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Fragment zniszczonej rakiety/fot. PSP

Trup

Przedwczoraj napisałem na jednym z profilów, że putin jest już trupem, choć może jeszcze tego nie wie. Obejrzałem dziś jego wystąpienie i wiem, że on wie – że jest już martwy. „Technicznie” nadal dycha – i zapewne potrwa to jeszcze jakiś czas. Śmierć bowiem rozumiem tu przede wszystkim symbolicznie – jako kres putinizmu i rosji, którą znamy z ostatnich dziesięcioleci. Przedstawienie na Kremlu – mimo całej tej imperialnej, okazałej bordiury – bardziej przypominało mi stypę niż spektakl polityczny, za którym stałyby siła i żywotność anektującego nowa terytoria państwa. Smętne miny zgromadzonych – formalnie przedstawicieli najwyższych władz – zdradzały napięcie, lęk, ale i irytacje. Nie czytam w ludzkich myślach, lecz dałbym sobie rękę uciąć, że w głowach wielu oficjeli tłukła się natrętna refleksja: „gdzieś ty nas, gamoniu, zaprowadził…?”.

Większość wystąpienia putlera to absurdalne wyrzygi w stronę Zachodu jako zła tego świata – którego przeciwieństwem jest rzecz jasna stara dobra rosja, ostoja tradycji i konserwatyzmu. Ale mimo iż adresat został jasno zdefiniowany, nie padły w jego stronę groźby. To znamienne, zwłaszcza gdy spodziewaliśmy się kolejnego atomowego szantażu. „Rosja będzie broniła swojego terytorium wszelkimi możliwymi sposobami” – zapewnił putin. I zaraz rozmemłał tę deklarację stwierdzeniem: „Będziemy starali się zapewnić bezpieczeństwo naszym obywatelom”. Ja dla przykładu postaram się w ten weekend wyspać, ale czy mi się uda, to nie wiem. „Postaramy się” to retoryczna figura, oznajmiająca, że „chciałbym, ale nie wiem, czy mogę/czy zdołam/czy inni mi pozwolą”. I można by mnie wydrwić za semantyczne rozkminki bez przełożenia na realia, gdyby nie… realia. Gdy putin sterczał jak kołek przed mównicą (znów ta sanitarna pustka wokół niego, utrzymywana przez niemal całą ceremonię; dowód obsesji i strachów podstarzałego kagiebisty), pięć tysięcy żołnierzy armii rosyjskiej znalazło się w potrzasku – w kotle wokół Łymania. Sytuacja taktyczna typu ch… – jak mawiał Darek, najlepszy fotoreporter, z którym przyszło mi pracować na wojnie. Łymań to część obwodu donieckiego, od dziś niby część rosji – tymczasem lada moment znów stanie się częścią Ukrainy. Jego garnizon właśnie usiłuje dać nogę, ale drogi ucieczki to – jak mówi się w języku NATO, a co po polsku świetnie oddaje istotę spraw – „kill zone”, strefa zabijania. Ukraińcy ładują po orkach ile wlezie, nie zdziwię się więc, gdy ucieczkowiczom zabraknie odwagi do udziału w kolejnych próbach przebicia. Łymań już zdyskontował dzisiejszą ceremonię (sądząc po reakcjach w rus-sieci – „czerwonych” w tematyce łymańskiej, letnich zaledwie w odniesieniu do aktu aneksji) – gdy dojdą do tego przebitki z setkami jeńców, wizerunkowy cios zadany kremlowskiej propagandzie będzie nokautujący.

A swoje do pieca dołożył jeszcze Wołodymyr Załenski, oświadczając – tuż po tym, jak putler zniknął w bunkrze – że Ukraina składa wniosek o przyśpieszone członkostwo w NATO. Nie czas i miejsce, by dywagować nad tym, czy taką procedurę uda się przeprowadzić – samo wyrażenie woli przez władze w Kijowie to policzek dla Kremla. Przypomnienie putinowi, w jak głębokiej dupie jest w „kwestii ukraińskiej”. Patrząc z perspektywy rosji, takie akcje już od wielu miesięcy nie miałyby prawa się wydarzyć – w Kijowie winna rządzić uległa klika, a prozachodnie ambicje byłyby właśnie wybijane z głowy ostatnim niepokornym Ukraińcom.

Tymczasem trwa wybijanie z innych głów – rosyjskich – putinizmu.

Mogilizacja – sposób, w jaki pobór jest prowadzony – obnażyła skrajną niewydolność rosyjskiego państwa. Fenomen branki opisywałem na bieżąco, więc nie będę się tu teraz doktoryzował. Dodam tylko – bo i to jest symboliczne – że do dziś przed przymusowym wcieleniem zwiało z rosji 300 tysięcy potencjalnych poborowych – czyli w relacji do planów mobilizacyjnych (przynajmniej tych oficjalnych) mamy 1:1.

Ktoś napisał, że to dowód kompromitacji rosjan. I tak, i nie. Oczywiście, uśmiech politowania może wywołać fakt, że dotychczasowi wielbiciele idei Z, gdy zawisło nad nimi ryzyko wysyłki na front, dramatycznie zrewidowali poglądy. Tyle że to nie jest porażka (a więc i kompromitacja) pojedynczego człowieka, ale całego putinowskiego systemu. Jego ideologicznej patriotyczno-wielkoruskiej otoczki. Ten system opierał się na kłamstwie – Kreml (rozumiany jako rosyjski establishment) kłamał, że odbudowuje imperium, tymczasem zajmował się złodziejstwem na niespotykaną skalę. Dzięki posowieckim zasobom militarnym przez wiele lat udawało się grać va banque – ktoś, kto ma „atomówki” i mówi, że jest potęgą, za potęgę będzie uważany. W boju, na małą skalę, były wyniki (Gruzja, Syria, Krym), mechanizm surowcowego uzależnienia dodawał kolejnych atutów i ostatecznie pozwalał podtrzymywać miraż. Zwykli ruscy w niego uwierzyli – dziś to „oszukani” – ale prawdopodobnie miażdżąca większość, na co dzień stykająca się z bylejakością państwa, tylko udawała, że całym sercem wspiera putinowską rekonstrukcję (weźmy dla przykładu poborowych, którzy siedzieli w syfie półtora roku – myślicie, że po takim doświadczeniu wierzyli w siłę i potęgę rosyjskiej armii?). Tak naprawdę chodziło tylko o to, by „jakoś żyć”, jakoś „się ustawić” w tej postsowieckiej, rosyjskiej rzeczywistości. Konformizm nie ma cech narodowych, ale faktem jest, że z rosjanami związał się w sposób szczególny. Było więc wielostopniowe, przenikające wszystko kłamstwo i iluzja – aż ekipa gen. Walerego Załużnego powiedziała „sprawdzam!” i rozpieprzyła zawodową rosyjską armię. Nagle okazało się, że rosja to humbug, ideologiczna pustka, coś, za co nie warto ginąć. Tak jak swego czasu skompromitował się (i upadł, bo nie było za wielu chętnych do jego obrony) komunizm, tak kompromituje się na naszych oczach putinizm.

I putin o tym wie. Pewnie gdzieś tam jeszcze widzi swoje szanse. Ale w chwilach racjonalnej kalkulacji ma świadomość, że zapędził się w kozi róg. Ci, których zapędził razem ze sobą, na pewno mu tego nie podarują. Nie po to kradli, by majątek im wyparował – dosłownie i w przenośni.

Więc putin jest już trupem.

—–

Nz. Ruskie dające nogę z Łymania/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Ps. Dziś felietonowo, ale po weekendzie wracam z twardymi analizami.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Sepultura

Walerija poznałem zimą 2015 roku pod Debalcewem. Spędziłem z nim i jego kolegami kilka godzin na posterunku ukraińskiej armii. Pierwotny plan był innym, myślałem, żeby zostać dłużej, ale… Ale postanowiłem udowodnić żołnierzom, że „Polacy nie gęsi” i spirytus pić potrafią. Pięć lat nauki w technikum przemysłu spożywczego dało mi paru świetnych kumpli (co doceniłem dopiero po latach), dało też sposobność do obywania praktyk w zakładach wódczanych. A że młodość to pęd ku wiedzy, chętnie nauczyłem się od starych wyjadaczy, jak wlać w siebie ów żrący płyn, bez zbędnych szkód dla zdrowia. No więc znałem się na rzeczy, a sugestię ukraińskich gospodarzy, że jednak mogę się nie znać, odebrałem jako wyzwanie natury patriotycznej. Dziabnąłem wypełniony po brzegi kubek od termosu, potem jeszcze poprawiłem, wprawiając towarzyszy w niemałe zdziwienie. „No brat…”, Walerij poklepał mnie po plecach. „Jak to wszystko się skończy, musisz mnie odwiedzić w Kijowie. Nie będziemy pili żadnego świństwa, tylko porządną wódkę. Zjemy dobrze, pokażę ci miasto, posłuchamy sobie muzyki. 'Sepulturę’ lubisz?”. Wzniosłem ramiona ku górze; o „Sepulturze” wiedziałem, że istnieje, że gra jakąś odmianę metalu – i tyle. „Spodoba ci się”, Walerij uśmiechnął się serdecznie. Pół godziny później ściskałem mu dłoń. Nie chciałem na „miękkich nogach” przebywać w rejonie walk, postanowiłem się ewakuować. „Widzimy się w Kijowie”, zapowiedziałem, wsiadając do samochodu, który jechał na tyły.

Walerij przeżył boje pod Debalcewem. Przeżył bez uszczerbku, nie dostał się do niewoli, wiosną 2015 roku został zdemobilizowany. Wiele miesięcy później przysłał mi maila, w którym opisywał, co się z nim działo po moim wyjeździe. I na końcu ponowił zaproszenie. Od tego momentu byłem w Kijowie kilka razy, ale jakoś tak się złożyło, że nie skorzystałem z możliwości wizyty. Pisywaliśmy do siebie od czasu do czasu, raczej grzecznościowo. Dla mnie, muszę to przyznać, była to rutynowa sprawa – w ten sposób, bez wielkiego zaangażowania, podtrzymuję wiele kontaktów z ludźmi spotkanymi na reporterskiej drodze. 24 lutego wysłałem wiele wiadomości do moich ukraińskich znajomych – także do kijowskiego fana „Sepultury”. Nie były to żadne rozbudowane narracje, a zwyczajne sygnały, że jest mi przykro, że trzymam kciuki, że w razie potrzeby gotów jestem pomóc tu, w Polsce. Plus, rzecz jasna, mało wyrafinowane życzenie śmierci dla tego łotra z Kremla. Walerij odezwał się na początku marca – znów był w wojsku, znów we wschodniej Ukrainie. Przyznał, że wolałby bronić stolicy, ale z drugiej strony cieszył się, że może być w miejscu, gdzie służy także jego syn. „Mam oko na drania”, żartował, choć pewnie wcale nie było mu do żartów. Później zamilkł na wiele tygodni, raz przysłał krótką wiadomość – że żyje i że cieszy go to, co stało się wokół Kijowa, gdzie moskali upokorzono i posłano w diabły. „Moje miasto niepokonane”, pękał z dumy.

Przedwczoraj odezwał się znowu. „Dwoimy się tu i troimy, a tamci wciąż naciskają. Nieważne, ilu ich zabiliśmy i raniliśmy. (…) Mówią (dowódcy – dop. MO), że Rosjanom kończą się rezerwy, że nie będą w stanie długo tak napierać. Nie mogę doczekać się, kiedy w końcu przestaną. (…)”, pisze. Nie wiem, skąd dokładnie, domyślam się jedynie, że korzystając z krótkiego pobytu na tyłach (wbrew częstym opiniom, Ukraińcy nawet na najgorętszych odcinakach frontu starają się rotować odziały, by zapewnić żołnierzom chociaż chwilę oddechu). „(…) Mam prawie pięćdziesiąt lat, niedawno urodziła mi się pierwsza wnuczka. Chciałbym ją jeszcze zobaczyć, widzieć, jak dorasta. Chciałbym, żeby jej ojciec, mój syn, wrócił do domu”. „Jeszcze posłuchacie razem Sepultury”, odpisałem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Ku mojemu zdziwieniu, przed chwilą przyszła wiadomość zwrotna. Walerij naprawdę jest wielkim fanem brazylijskich deathmetalowców, a ja…. A ja coś tam kiedyś odpaliłem i uznałem za hałas. „Posłuchamy, posłuchamy. Z tobą też posłuchamy. Nauczyłeś się pić spirytus, nauczysz się słuchać 'Sepultury’”, czytam i dochodzę do wniosku, że dawno nie złożono mi tak wspaniałej obietnicy.

—–

Nz. W takich okolicznościach przyrody poznałem Walerija/fot. Rafał Stańczyk,

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Groźby

Piąteczkowo…

Ja wiem, że Rosja jest niebezpieczna. Że nawet bez broni jądrowej, samą masą swego byle jakiego wojska, może zrobić krzywdę. I robi – dziś w Ukrainie. Ale mimo wszystko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to państwo jest tak do spodu żałosne. Miota się, warczy, grozi, szantażuje, a potem patrzy człowiek na zniszczony ruski sprzęt i widzi, jakie to barachło. Dostrzega skradzioną lodówkę na pokładzie rozbitego śmigłowca, czyta, że w masowej kradzieży ukraińskiego sprzętu AGD chodzi nie tylko o osobiste korzyści żołnierzy-złodziei, ale i o narodowy interes. Bo w pralkach, lodówkach i innych takich, są czipy, całe elektroniczne podzespoły, których ruskie sami wyprodukować nie potrafią, a na skutek sankcji dostępu do nich nie mają. I nie idzie tu o zapewnienie ciągłości produkcji zmywarek (tych zresztą Rosja nie wytwarza), a czołgów, samolotów itp., które bez półprzewodników pozostaną anachronicznym złomem. Złomem, który każdy potencjalny przeciwnik Federacji rozpieprzy, jak Ukraińcy rozpieprzyli słynny już ruski przyczółek nad Północnym Dońcem.

Nie wiem, czy do kremilinów dotarło już, jak bardzo są słabi. Czy są ślepi, czy świadomi słabości jedynie strugają wariata. Wczoraj znów pogrozili Finlandii. „Miło was przywitamy – dołączycie do 200 tysięcy Rosjan, którzy już tu są, zakopani kilka metrów pod ziemią po waszej ostatniej wizycie z 1939 roku”, odparł niewymieniony z nazwiska fiński generał, cytowany przez amerykańskiego admirała Jamesa Stavridisa, byłego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych NATO. Srogi język, ale Andrzej Duda – w reakcji na orkowe groźby – poszedł swego czasu tym samym tropem, mówiąc, że w Polsce jest dość miejsca, by pochować potencjalnych agresorów. Wracam do tych słów za sprawą Olega Morozowa, szefa Komisji Kontroli Dumy Państwowej. „Polska zachęca nas, abyśmy po Ukrainie postawili ją na pierwszym miejscu w kolejce do denazyfikacji”, napisał rzeczony na Telegramie. Kręcę głową z politowaniem i przypominam drugą część Dudowej wypowiedzi: „Nie strasz, nie strasz, bo się…” – prezydent nie dokończył, ale przecież nie musiał.

Dobrego weekendu!

Ilustracje za: MaxMannen – MemesDoniesienia z putinowskiej Polski – takie bardzo a propos.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Źródełka

W alarmistycznym tonie wypowiada się ostatnio indyjska prasa. Chodzi o jeden z podstawowych typów samolotów, używany przez tamtejsze lotnictwo (IAF) – Su-30MKI. Okazuje się, że dziś tylko 60 proc. floty Suchojów zdolna jest do przeprowadzenia misji bojowych. Indie mają tych maszyn około 270, zatem uziemionych pozostaje ponad setka. A będzie gorzej – Indusi spodziewają się niebawem spadku dostępności floty poniżej 50 proc. Dowództwo sił powietrznych przeprowadza właśnie generalny przegląd części zamiennych i materiałów eksploatacyjnych do Su-30MKI. Dysponuje się nimi w trybie zarządzania kryzysowego. Jak na razie – zapewnia dowództwo – sytuacja nie osiągnęła poziomu „ekstremalnych komplikacji”, lecz wysoce prawdopodobne jest, że skróceniu ulegną naloty maszyn, a część uziemionych egzemplarzy zostanie przeznaczona do kanibalizacji. Sytuacja wyklaruje się w ciągu najbliższych tygodni, przewidują Indusi, złorzeczący, że Rosja nie jest w stanie wywiązywać się z wieloletniej umowy na dostawy części zamiennych i świadczenie pomocy technicznej. Winna jest rzecz jasna wojna z Ukrainą i jej skutki – sankcje, które zatrzymały produkcję w rosyjskich fabrykach oraz konieczność wetowania strat przez Rosję zapasami wcześniej przeznaczonymi na eksport.

„Rosyjskie narzędzia wojenne są tanie, dopóki nie są potrzebne”, zauważa jeden z indyjskich komentatorów. Nic dodać, nic ująć.

Tymczasem dowództwo IAF ma nadzieję, że wojna niebawem się skończy, zakładając przy tym, że wszystko wróci do normy. Czytaj: Zachód zniesie sankcje.

Rosja (i Chiny) to głowni dostawcy uzbrojenia dla biednych i mniej zamożnych krajów. Zwykle jest to sprzęt gorszej jakości, choć oba przemysły są w stanie produkować uzbrojenie względnie wysokiej klasy. Chinom nic złego w kontekście wojny na wschodzie się nie dzieje. W ich przypadku należy spodziewać się dalszego pościgu za zachodnią jakością i skutecznością systemów bojowych. A Rosji? Jeśli Zachód wytrwa w sankcjach, Rosja nie będzie w stanie sprzedać niczego. Bo niczego nie wyprodukuje. Ich najlepsze uzbrojenie – teraz widać to wyraźnie – bazuje na zachodniej elektronice. A dostępu do niej już nie ma. Własna elektronika to 2-3 generacje wstecz, czego Rosjanie nie potrafią przeskoczyć.

Kasa na ów przeskok nawet była, ale – posłużę się słowami przedstawiciela branży lotniczej z dobrymi kontaktami na wschodzie – „pod przykryciem restrukturyzacji przemysłu wojskowego, ujednoliceń i tworzenia holdingów, Wiertoliety Rossiji, OAK, ODK, OSK (nazwy firm – dop. MO) wprowadziły masowo technologie stealth. Ogromne ilości pieniędzy zniknęły bez śladu i żadnego widocznego efektu”.

Taki to stealth w rosyjskim wydaniu – sprzęt jest niewidzialny, bo go nie ma.

Ale mniejsza o „wsad” – skorupy samolotów, czołgów czy okrętów buduje się przy użyciu wysokiej klasy maszyn. A tych, własnych, u Rosjan jak na lekarstwo. 90 proc. obrabiarek wykorzystywanych przy produkcji czołgów ma zachodnie papiery. I… już nie działa. Technologiczny regres przemysłu – poza kłopotami z odbudową zdolności bojowej własnej armii – oznacza także katastrofę w wymiarze ekonomicznym. Eksport uzbrojenia był dotąd, obok kopalin, jednym z najważniejszych źródeł wpływów budżetowych.

Źródełko schnie, kasa topnieje – jak wylicza amerykański „Newsweek”, Moskwa wydaje na wojnę z Ukrainą 900 mln dol. dziennie. Mniej więcej tyle wpływa do kremlowskiego skarbca z handlu ropą, gazem i węglem, ale po pierwsze, tych pieniędzy za chwilę będzie znacznie mniej; po drugie, państwo to coś więcej niż armia. Nawet rosyjska armia to coś więcej niż siły inwazyjne w Ukrainie. Kołderka krótka, „gęb do wyżywienia” mnóstwo. A dla zachowania spójności systemu trzeba jeszcze zaspokoić żądania/oczekiwania złodziei-oligarchów.

Putin zatem finansuje wojnę z oszczędności. Dać małpie brzytwę, sama się pochlasta…

…ale krzywdy innym też narobi/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to