(Nie)udolność

Wraz z rosyjskimi klęskami na wschodzie „(…) pojawia się bardzo niebezpieczna iluzja, że słabo walczący w Ukrainie rosyjski żołnierz będzie tak samo nieudolnie bił się o własną ojczyznę”, pisze prof. Piotr Kimla z Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Łamów profesorowi udostępnił Tygodnik Przegląd, jutro tekst pt.: „Niebezpieczeństwa wiktorii nad Rosją” będzie można przeczytać „w papierze”. Ja odniosę się do niego już dziś, bowiem poruszana kwestia często wraca w komentarzach na moim facebookowym profilu. Sedno artykułu właśnie zacytowałem, dodam, że w ocenie autora, owo niebezpieczeństwo wynika nie tylko z determinacji, jaką wykaże się rosyjski żołnierz, ale też z faktu, że „(…) po raz pierwszy w historii do muru może zostać przyparte państwo z arsenałem nuklearnym”. „Państwo przegrywające, w opresji, ma skłonność do eskalowania środków używanych do prowadzenia wojny”, zauważa prof. Kimla, powołując się na konkretne przykłady historyczne. Do tej kwestii odnosił się nie będę, gdyż pisałem już, jak postrzegam ryzyko użycia przez Moskwę broni A, i jak w tej sytuacji winny postępować (i zdaje się, że postępują) ukraińskie władze (strategia „gotowania żaby”, powolnego przyzwyczajania Rosjan do redukcji celów strategicznych; patrz wpis na blogu pt.: „(Nie)moc”). Nie potrafię jednak przejść do porządku dziennego nad stwierdzoną „udolnością” rosyjskiego żołnierza, stającego w obronie rodiny.

ZSRR a później Rosja robiły wszystko, by mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” (WWO) zakorzenił się nie tylko w głowach zwykłych ludzi w Europie, ale też, by stał się naukowym paradygmatem. Jedynie słuszną narracją historyczną, w której bohaterscy czerwonoarmiści stanęli naprzeciw faszystowskiej hordy. I choć najpierw, zaskoczeni siłą i gwałtownością ataku, ulegli, to później niezłomni w swym uporze, pognali hitlerowców aż do Berlina. W tej opowieści nie ma miejsca na odcienie szarości; „Iwan” od początku do końca jest bohaterski. Co więcej, stoi za nim murem całe społeczeństwo, gotowe do wielu wyrzeczeń w obronie radzieckiej ojczyzny. Ta wojna jeszcze w 1941 roku została przez sowiecką propagandę usakralizowana – deklaratywnie ateistyczne państwo nazwało ją „świętą”, odwołując się do pobożności ludu i wykorzystując rozległe (nigdy niewykorzenione przez bolszewię) wpływy cerkwi prawosławnej. Stało się tak, gdyż próba zmotywowania obywateli do walki w oparciu o ideologię państwową (komunizm) w zatrważającym tempie okazała się nieskuteczna. Wehrmacht pruł przez Sowiety niczym kolejowy ekspres. Bardzo długo najpoważniejszym wyzwaniem dla niemieckich dowódców polowych nie był radziecki opór, a milionowe rzesze jeńców, poddających się bez walki. W „uświęconej” wersji WWO ów aspekt jest niemal całkiem przemilczany. Teza prof. Kimla osadza się na późniejszych doświadczeniach, stąd – w mojej ocenie – może być błędna.

Sowiecki żołnierz nie był „defaultowo” zdolny do skutecznej obrony ojczyzny. Na przeszkodzie stały niedostatki wyszkolenia, fatalne kompetencje kadry oficerskiej, podłej jakości uzbrojenie, ale przede wszystkim niskie morale i motywacja. Przeciętnemu czerwonoarmiście ojczyzna kojarzyła się z terrorem, wyzyskiem, biedą i powszechną nieufnością. Za coś takiego nie warto było ryzykować zdrowia i życia. Wybierał więc „Iwan” niewolę, wychodzili więc sowieccy cywile na drogę, by chlebem i solą powitać niemieckich wyzwolicieli. III Rzesza przegrała na wschodzie z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy wiązał się z gigantyczną pomocą sprzętową, jaką ZSRR otrzymał w ramach Lend-Lease. Wysokiej klasy amerykańskie uzbrojenie znacząco polepszyło wartość bojową armii czerwonej. Drugim i ważniejszym czynnikiem było niemieckie ludobójstwo i jego skutki. Gdy hitlerowcy okazali się bardziej bezwzględni niż stalinowski reżim, obywatele Sojuza nie mieli wyboru. Ich wola walki była w istocie skanalizowaną przez państwo masą indywidualnych zemst. Nawet wtedy, gdy armię czerwoną przetrzebiono z europejskiego rekruta, ten z dalekiego wschodu jechał na front przez poniemieckie zgliszcza. Tak nabywało się motywacji i determinacji. Ale czy kunsztu? Status zwycięzców zamykał temat, ale fachowcy – i wówczas, i dziś – dobrze wiedzieli, że na poziomie taktycznym Sowieci walczyli wyjątkowo nieudolnie. Że ich sukcesy wynikały z mobilności i, nade wszystko, masy.

Oczywiście z faktu, że Rosja jest kulturowym i prawnym spadkobiercą ZSRR – a więc współczesny rosyjski żołnierz następcą „Iwana” – nie musi wynikać udolność czy nieudolność armii. 80 lat to szmat czasu, wiele mogło się zmienić. Ale czy się zmieniło? Po niemal trzech miesiącach od rozpoczęcia inwazji wiemy już, że nie taki diabeł straszny. Wiemy, że rosyjska armia jest źle dowodzona – zarówno na szczeblu strategicznym, jak i taktycznym. Wiemy, że jakość jej sprzętu jest „taka se” (i że istotna część tego, co najlepsze, została przez Ukraińców przemieniona w złom). Wiemy wreszcie, że rosyjski żołnierz ma niską motywacje do walki. Jakby zupełnie nie wierzył w zasadność polityki państwa. Albo miał gdzieś jego ideologię. Pośród wysłanych do Ukrainy żołnierzy prawie w ogóle nie ma mieszkańców Moskwy i Petersburga, próżno ich nazwisk szukać w zestawieniach poległych. Wielkomiejscy chłopacy gardzą armią, łatwiej im wywinąć się od służby, ale za ów fenomen odpowiada co innego. Putin nie ufa mieszkańcom tych miast i boi się, że pogrzeby, zwłaszcza masowe, szybko przemieniłyby się w antyrządowe wystąpienia. Więc nie pozwolił posyłać moskwian i petersburżan na front. Taki dyskomfort głównodowodzącego jest szokujący, a przecież Putin ma więcej powodów do nieufności. Nie ogłasza powszechnej mobilizacji także dlatego, że obawia się masowych dezercji i wszelkich objawów obstrukcji w wykonaniu wcielonych pod przymusem żołnierzy. Wie, jak niska będzie ich wartość bojowa.

W Iraku i Afganistanie przez lata przyglądałem się amerykańskim żołnierzom. Choć walczyli z dala od ojczyzny, byli wysoce zmotywowani. Ich zdolność do poświęceń wynikała z przekonania, że interesy USA to coś więcej niż bezpieczeństwo rodzimego terytorium. Wiem, mówimy o „imperialnej mentalności”, ale to nie czas i miejsce na rozważania o etyczności amerykańskiego patriotyzmu. Ważniejsze jest stwierdzenie, że dawał on wojskowym powody do narażania życia i zdrowia. A czego miałby bronić współczesny „Iwan”? Za „wielką Rosję” za bardzo umierać mu się nie chce – gdyby było inaczej, Kreml nie certoliłby się z narracją o „operacji specjalnej” i już po pierwszym miesiącu porażek ogłosił wojnę, mobilizację i posłał na południe armię, która zgniotłaby Ukraińców masą. Za „rosyjski styl życia”? Dla wielkomieszczuchów jest on atrakcyjny w połączeniu z elementami kultury Zachodu. Odcięcie od tych ostatnich skutkuje masową emigracją elit z jednej strony, i nieudolnymi zwykle próbami imitowania zachodnich rozwiązań z drugiej („Wujaszki Wanie” i temu podobne pomysły). Za rosyjską prowincję? Fakt, że z głubinki rekrutuje się większość rosyjskich żołnierzy niczego nie przesądza. Poziom życia jest tam dramatycznie niski – stąd bierze się atrakcyjność wojska, dającego sposobność na poprawę losu. Ale ginąć za „nieludzką ziemię”, w której ustęp w domu jest oznaką luksusu? Dać tym ludziom obietnicę poprawy losu i większość bardzo szybko zapomni o „Matuszce Rosji”…

Zatem nie, nie uważam, by nieudolność rosyjskiego żołnierza w obronie kraju była niebezpieczną iluzją. Myślę, że jest całkiem zasadnym założeniem. Niewłaściwe jest za to sugerowanie, że celem Ukraińców jest atak na terytorium wroga. Ukraina nie najechała i nie najedzie Rosji. Ukraina w najlepszym razie chciałaby odzyskać tereny utracone w 2014 roku. Ojczyzny wroga tykać nie zamierza. A Krym to nie rodina, Krym to Ukraina.

—–

Nz. Załadunek ciał rosyjskich żołnierzy do wagonu-chłodni. To zwłoki porzucone przez Rosjan, zwłoki, których Rosja wciąż nie zamierza odebrać…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przeżywalność

„Byłam wczoraj znów w Borodziance. Przyjechałam akurat, gdy strażacy kończyli czyszczenie kolejnej piwnicy. Tym razem znaleźli dwadzieścia pięć ciał. Ludzie mówili mi, że błagali ruskich, by ci pozwolili im pomóc uwięzionym pod gruzami. Ruskie śmiały się, że oczywiście pozwolą, ale każdy, kto spróbuje, zostanie zastrzelony. Strzelali do ludzi, którzy próbowali wyjść z mieszkań po wodę. Mieszkańcy bloków przez tydzień mieli z okien widok na ciała tych, którzy leżeli na podwórkach. Nagrywałam rozmowy z mieszkańcami miasta. Nagrałam dronem zniszczenia. Szkołę muzyczna, budynek UNESCO. Takie cholernie strategiczne i militarnie miejsca. (…) Jedyne, co zostało z kolejnych znalezionych pod gruzami ciał, to dziecięca czapka…” – pisze do mnie koleżanka. I załącza zdjęcie wspomnianego nakrycia głowy.

Po takiej lekturze nie stać mnie na współczucie, gdy czytam raporty na temat strat Rosjan. Ukraińskie media utrzymują, że podawana przez siły zbrojne liczba wyeliminowanych z walki najeźdźców w całości dotyczy poległych. Tych zatem ma być na dziś 20,5 tysięcy, obok aż 48 tysięcy rannych i poszkodowanych. Nie pierwszy raz spotykam się z tym rzędem wielkości strat. Zachodnie źródła ich nie potwierdzają, Rosjanie – co oczywiste – milczą. Siły zbrojne Ukrainy odsyłają do oficjalnych statystyk (gdzie 20,5 tysiąca to liczba zabitych, rannych i wziętych do niewoli), a jeden z moich rozmówców sugeruje, że mamy do czynienia z nadużyciem wynikłym z nieporozumienia. Te niemal 50 tysięcy ludzi to żołnierze czasowo niezdolni do walki, na skutek wyczerpania, chorób czy drobnych urazów.

Większość z nich zapewne potrzebuje tylko odpoczynku, a nie pomocy medycznej. Z którą zresztą, okazuje się, jest nielichy problem. Z danych ukraińskiego wywiadu wynika, że w białoruskich szpitalach przebywa niewielu rannych, w kostnicach za to zalegają wręcz ciała poległych żołnierzy. Rosja nadal nie spieszy się z ewakuacją zmarłych. Wysyłki do domów odbywają się w małych partiach, by nie wywoływać paniki w lokalnych społecznościach, z których pochodzili zabici.

W zachodnich i południowo-zachodnich regionach Rosji nadal nie odnotowano poważnego napływu rannych do placówek medycznych. Jak to pogodzić z danymi z oficjalnych raportów? Największe straty najeźdźcy ponoszą teraz w Donbasie, gdzie wykorzystuje się przede wszystkim siły zbrojne  ludowych republik. Regularna rosyjska armia zabezpiecza tyły, walczą mężczyźni noszący niegdyś ukraińskie paszporty. Biorąc pod uwagę jakość opieki medycznej w DRL i ŁRL (przeżywa tylko jedna trzecia rannych żołnierzy…), trudno oprzeć się wrażeniu, że dowództwo rosyjskie traktuje zmobilizowanych „Noworosjan” jak mięso armatnie. Przypominają mi się słowa mojej koleżanki, Ukrainki z Zaporoża. „ZSRR wysyłał do Afganistanu nieproporcjonalnie dużą liczbę Ukraińców, by tam ginęli. Teraz większość żołnierzy posyłanych do Ukrainy pochodzi z Kaukazu i innych autonomicznych republik narodowych Federacji Rosyjskiej. I masowo oddają tu życie. Mieszkańców okupowanego Donbasu również traktuje się arogancko jako prawie-Rosjan, mniej wartych niż ci <<prawdziwi Rosjanie>>”. Tak wygląda rasizm w praktyce.

Ale nawet „solidne” rosyjskie papiery nie gwarantują porządnej opieki żołnierzom walczącym na południu. Krym jeszcze w czasach ukraińskich nie słynął z dobrej służby zdrowia; okupanci nic w tym zakresie nie zmienili, postawili za to miejscowe placówki przed zwiększonymi wyzwaniami. Szpitale i lecznice ani nie są w stanie leczyć wojskowych na odpowiednim poziomie, ani też świadczyć usług cywilom, zwłaszcza w przypadku nagłych zdarzeń. Moskwa tymczasem pozostaje głucha na prośby o pomoc – nie dosyła lekarzy, sprzętu, skąpi na dostawach leków i materiałów opatrunkowych. W efekcie przeżywa tylko trzech na dziesięciu rannych Rosjan, odesłanych na półwysep. Tak złych statystyk przeżywalności regularne armie nie notowały od kilkudziesięciu lat…

Nz. Dziecięca czapeczka z gruzowiska w Borodziance/fot. Mirella Koniecko

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dystans

Od wczoraj już wiele razy zadawano mi pytanie: czy na Ukrainie wybuchnie wojna? W sieci z kolei – pełnej gorących komentarzy i opinii – co rusz czytam: a co to nas obchodzi? No więc uporządkujmy pewne sprawy.

Po pierwsze – wojna na Ukrainie trwa, od czterech lat. Zmieniła się tylko jej dynamika, ale na Donbasie wciąż giną ludzie. Dużo mniej niż jesienią 2014 roku czy zimą 2015, niemniej każdego dnia dochodzi tam do strzeleckich potyczek i artyleryjskich pojedynków, jak linia frontu długa i szeroka. W których cierpią nie tylko żołnierze obu stron, ale również ludność cywilna.

Po drugie – nieprawdą jest, że wczorajszy incydent na Morzu Azowskim to pierwszy tak otwarty akt rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Bo czym w takim razie była aneksja Krymu? Czym hasające po Donbasie batalionowe grupy bojowe armii rosyjskiej, które wkraczały do akcji zawsze wtedy, gdy separatystom z Doniecka czy Ługańska grunt się palił pod nogami?

Po trzecie – nie, nie przekształci się to w wielki konflikt. Nikomu na tym nie zależy. W pełnoskalowym starciu Rosja oczywiście pokona Ukrainę, ale okupacja tak wielkiego terytorium (a przynajmniej połowa Ukraińców nie pogodzi się z obecnością „Moskali”), jest ponad jej możliwości. Militarne i, przede wszystkim, ekonomiczne. Na Kremlu już dawno odrobiono lekcję afgańską (zaangażowanie armii radzieckiej w ten peryferyjny zdawałoby się konflikt było jedną z przyczyn implozji, po której rozpadł się Związek Radziecki). Ponadto Moskwa wraca do gry jako polityczny, liczący się na świecie podmiot; Putin nie pozwoli sobie na kolejną izolację. Rosjanie legitymizują jego reżim także dlatego, że daje im poczucie ważności w świecie. Z kolei Kijów ma świadomość, że prowokowanie Rosji do otwartej wojny to czyn w istocie samobójczy. Ukrainą rządzą dranie, ale nie idioci.

Po czwarte – to też i NASZA wojna. W wojskowej planistyce zakłada się najczarniejsze scenariusze – pójdźmy więc tym tropem. I zwróćmy uwagę, że mamy w Polsce ponad 2 miliony Ukraińców. Gdyby mimo wszystko na wschodzie doszło do eskalacji, naiwnością byłoby sądzić, że Rosjanie nie wykorzystają faktu tak licznej obecności ukraińskiej diaspory. Wykorzystają w sposób, który będzie miał nas, Polaków, pozbawić współczucia dla sytuacji Ukrainy i jej obywateli. Możesz Czytelniku dać upust swojej wyobraźni – Rosjanie raczej nie będą przebierać w środkach.

Po piąte – to także nasz problem z innego powodu. Rozmawiałem jakiś czas temu z jednym z generałów WP, który opowiedział mi o symulacji, jaką przeprowadzono po wybuchu wojny na wschodzie. Wynikało z niej, że w najczarniejszym scenariuszu Polska zostanie wręcz zadeptana przez tłumy uchodźców. Może ich być nawet 10 milionów. Biorąc pod uwagę antyuchodźcze nastroje panujące w całej Europie, najpewniej byłby to tylko nasz kłopot – nikt by Ukraińców dalej nie wpuścił. I teraz wyobraź sobie Czytelniku, co by się działo w kraju, który jest tak nieudolnie zarządzany jak Polska. Którego urzędnicy nie mają właściwie żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, większymi niż wybuch gazu w jakiejś kamienicy. Odpowiadam – to byłaby katastrofa. Szczęściarz ten, kto znalazłby się wówczas na terenie oddanym pod zarząd jakiejś międzynarodowej organizacji – ONZ czy NATO.

A zatem – nie trywializujmy zagrożenia, jakie od wczoraj płynie ze wschodu. Nie cieszmy się też z ukraińskiego nieszczęścia (bo i na takie reakcje natknąłem się, przeglądając internet…). Ale i nie ulegajmy katastroficznym wizjom. Trzeba je mieć z tyłu głowy, utrzymując do nich odpowiedni dystans.

—–

Fot. Plaża nad Morzem Azowski, w miejscowości Szyrokino, latem 2015 roku przedzielonej linią frontu/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Krym”

Zimą i wiosną 2014 roku świat z napięciem śledził doniesienia z Krymu i wschodniej Ukrainy. Pamiętam nastroje panujące wówczas w Polsce, zwłaszcza na ścianie wschodniej. Baliśmy się, że „ruskie wejdą i do Polski”, a każdy rutynowy ruch naszego wojska – przejazd na ćwiczenia czy zwykły wymarsz na strzelnicę – wielu interpretowało jako przygotowania do wojny. Jednocześnie, uspokajani przez specjalistów, nieco kurczowo trzymaliśmy się myśli, że przecież u nas „nie ma bazy dla działalności zielonych ludzików”. Że nie mamy mniejszości rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej, której interesów miałyby bronić oddziały Putina – uprzednio prowokując sytuacje, które byłby dla nich zagrożeniem.

Panika nie wybuchła, z wojną za miedzą nauczyliśmy się żyć. I nawet szaleniec Macierewicz nie był w stanie podkręcić naszych lęków. „Niech żyje zdolność adaptacji i racjonalizacji!” – chciałoby się rzec. Owszem, niech żyją, tyle że sytuacja w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno się zmieniła. Wspomniany strategiczny atut poszedł sobie bowiem w cholerę wraz z masowym napływem ukraińskiej migracji do Polski. Tak, ten milion czy nawet dwa miliony przybyszów zza wschodniej granicy jest dziś doskonałą bazą dla rosyjskiej aktywności.

Pozornie rzecz nie trzyma się kupy – przecież Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, a Putin zrobił wszystko, by między zaprzyjaźnionymi niegdyś narodami wykopać głęboki rów. Dlaczego więc Ukraińcy mieliby wspierać destrukcyjne akcje Kremla? Już wyjaśniam.

Po pierwsze, Rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców. Dobrze pamiętam obrazki z Donbasu, gdzie „armię Kijowa” często traktowano niczym najeźdźcze oddziały.

Po drugie, strukturalnym problemem państwa ukraińskiego jest totalne zinfiltrowanie przez rosyjskie służby. Agenci Kremla są wszędzie i potrafią umiejętnie wpływać na procesy decyzyjne rozmaitych instytucji naszego wschodniego sąsiada. Dziś nie jest żadną tajemnicą, że porażki armii ukraińskiej na froncie nie raz wynikały z działalności zdrajców we własnych szeregach. Wracając na grunt polski – byłoby naiwnością zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników „ruskiego miru”.

Po trzecie, społeczności emigranckie mają naturalne skłonności do konsolidacji i mobilizacji w obliczu wspólnych dla grupy wyzwań. Ma to zarówno pozytywny, jak i negatywny wymiar.

Idźmy dalej. Polską rządzą dziś politycy, dla których bazą nie jest zakotwiczony w wartościach demokratycznych i liberalnych elektorat. Ostatnie wybory dobitnie to potwierdziły. PiS jest partią numer jeden dzięki obyczajowej konserwie, akceptującej autorytarne formy rządów i hołubiącej nacjonalizm. A ponieważ przekonanie o religijnej i etnicznej wyjątkowości prowadzi do ksenofobii, ta ostatnia stała się narzędziem władzy (jej utrzymania i poszerzania). Spot wyborczy PiS-u poświęcony migrantom – i ich zgubnego wpływu na Polskę – najlepszym tego dowodem. To zarazem czwarty powód, dla którego tak liczna obecność Ukraińców w Polsce może zostać wykorzystana w agresywnych planach Moskwy.

Jak? Już dziś nie brakuje napięć między Polakami a mieszkającymi u nas Ukraińcami. Wielokrotnie spotykałem się z argumentem, że odbierają nam pracę. Że tworzą zamknięte enklawy, nie integrując się z otoczeniem. I choć generalnie te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, bardzo łatwo znaleźć pojedyncze przykłady – zwolnionego z pracy Polaka, czy mieszkańców jakiegoś budynku, w którym obcy zaburzyli dotychczasowy spokój. A teraz wyobraźmy sobie, że „ktoś” postanowił „podkręcić” sytuację. Że doszło do jakiejś polsko-ukraińskiej scysji, że w wyniku większej bójki polała się krew. Media, łase na takie kąski, puszczą informacje w świat. Media w jakikolwiek sposób związane z Moskwą, zrobią z tego wydarzenie dnia/tygodnia. Mam inteligentnych Czytelników, którzy dobrze wiedzą, jakimi mechanizmami rządzą się pogromy i lincze. Jak łatwo eskalować napięcie, zwłaszcza gdy pielęgnuje się wszelkiej maści fantazmaty – poczucie wyższości, krzywdy, przekonania o konieczności wymierzenia dziejowej sprawiedliwości (nie brakuje w Polsce wariatów, deklarujących gotowość do bicia Ukraińców „za Wołyń”; z tamtej strony też mamy środowiska nawołujące do „wyrównania starych rachunków”). Gdy łączy nas tak skomplikowana historia, z nieporozumień o charakterze socjalnym mogą wyniknąć dalsze problemy. Wystarczy dolać oliwy do ognia. Zaatakowani będą się bronić, aż w pewnym momencie zjawisko nabierze takich rozmiarów, że stanie się poważnym problemem. Także politycznym.

Gdy liczba kryminalnych incydentów wzrośnie, pojawi się postulat wyrzucenia Ukraińców z Polski. Co, jeśli nałoży się to na kalendarz wyborczy? Łagodzenie konfliktu może się nie powieść. A i tak bardziej prawdopodobnym jest scenariusz „dokręcenia śruby” – PiS bowiem nie raz już udowodnił, że jest władzą o nastawieniu konfrontacyjnym. No i pod presją „prawdziwych patriotów” może po prostu nie mieć wyjścia (tak przynajmniej to postrzegać). Stan wyjątkowy, wojsko na ulicach i masowe, przymusowe deportacje. A w mediach prawdziwy karnawał przemocy – prawdziwych i fejkowych informacji o kolejnych polsko-ukraińskich incydentach.

Nie, to jeszcze nie jest scenariusz, w którym Rosja wchodzi do Polski. Na tym etapie świat nie kupiłby bajeczki o konieczności wysłania nad Wisłę „misji pokojowej”. Zresztą, po co Rosjanie mieliby to robić? PiS od trzech lat robi wszystko, by osłabić nasze więzi z Unią Europejską. Niby zabiega przy tym o większe zaangażowanie NATO we wschodniej części Europy, jednocześnie jednak rozbraja polskie wojsko. W efekcie z prymusa staliśmy się kłopotliwym członkiem i sojusznikiem. Czy do kogoś takiego warto wyciągać pomocną dłoń? Czy nie znajdą się na Zachodzie politycy, którzy w naszej sytuacji znajdą pretekst, by dokonać „amputacji, która uratuje wspólnotę”. „Przecież Polska masowo łamie prawa człowieka, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej na Ukraińcach!” – zagrzmi jeden z drugim. I nawet jeśli nie będzie miał racji, służby Kremla dostarczą mu odpowiednich „dowodów”. Przez cały 2015 rok karmiły Europę „newsami” o ekscesach uchodźców – wiedzą, jak się gra w te klocki.

I tak zostaniemy sami. I nawet jeśli rozwiążemy „problem ukraiński”, spadną na nas kolejne gromy. Choćby załamanie na rynku pracy, bo bez Ukraińców nie jesteśmy w stanie rozwijać naszej gospodarki. O konsekwencjach „wylania z Zachodu” aż strach pomyśleć.

Wnioski? Nie, nie nawołuję do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Tych, którzy przyjechali tu pracować, potrzebujemy jak płuca powietrza. Tym, którzy uciekli przed wojną, winniśmy udzielić schronienia. Czas przestać być beneficjentem pomocy od innych i zacząć spłacać długi wdzięczności.

Przede wszystkim jednak czas pogonić ludzi, którzy demolują polską politykę zagraniczną, którzy rozmieniają na drobne potencjał polskiej armii. Czas powiedzieć „do widzenia” politykom flirtującym z nacjonalistami, faszystami i stadionową chuliganerią. Piewców supremacji – białych, katolików, „prawdziwych Polaków” i bóg wie czego jeszcze – odesłać gdzie ich miejsce: kryminalistów do więzień, resztę poza margines społecznego dyskursu. Czas zacząć budować służby specjalne, które zajmą się tropieniem „zielonych ludzików”, a nie zabezpieczaniem interesów ludzi władzy. Czas na pozytywny program edukacyjny, który pozwoli Polakom zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą koniec wspólnoty homogenicznej. Podoba nam się to czy nie, jesteśmy skazani na obcych. Czas najwyższy zatem tak zdefiniować politykę państwa, by uwzględniała nieuniknione procesy demograficzne. Ukraińcy (i wszyscy inni, którzy tu przyjadą), muszą znaleźć w Polsce swój drugi dom – nie mogą być niczym robotnicy na platformie wiertniczej, otoczeni groźnym, nieprzyjaznym morzem.

Tak unikniemy polskiego Krymu.

—–

Nz. Budynek lokalnej administracji w jednym ze wschodnio ukraińskich miast/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Okupacja

Rozmawiam z Tamilą Tashevą, krymską Tatarką, współzałożycielką i koordynatorką organizacji „Krym SOS”.

– Ile osób uciekło z Krymu po przyłączeniu go do Rosji?

– Oficjalne dane mówią o 25 tysiącach osób, które wyjechały z półwyspu na skutek rosyjskiej okupacji. Nieoficjalne – nawet o 50 tysiącach uciekinierów.

– Skąd ta rozbieżność?

– Dysponujemy wyłącznie statystykami, prowadzonymi od października 2014 roku. To, co działo się wcześniej, nie było w żaden sposób odnotowywane. Ukraińskie służby graniczne pojawiły się na tak zwanej granicy dopiero jesienią 2014 roku. Poza tym nie wszystkie osoby, które wyjechały z Krymu, zostały uznane za przesiedleńców, nie wszystkie się zarejestrowały. Krymczanie z klasy średniej radzą sobie na kontynentalnej Ukrainie bez wsparcia państwa czy instytucji humanitarnych. Unikają zatem skomplikowanej procedury rejestracji. Wśród moich bliskich znajomych jest dziesięć rodzin, które wyjechały z Krymu, ale jako uchodźcy zarejestrowały się tylko dwie.

– Żeby zarysować skalę migracji – o jakiej części społeczności mówimy?

– Przed okupacją na Krymie mieszkało 2,5 mln osób (w tym 250 tys. Tatarów – dop. MO).

– Wyjeżdża zatem niewielki odsetek…

– To prawda. Ale  ważne jest to, co dzieje się na samym półwyspie. A sprawy mają się tak, że jedni wyjeżdżają, a innych wciąż przywożą. Federacja Rosyjska prowadzi politykę wypychania ludności nielojalnej wobec okupacyjnych władz. W tym samym czasie zwozi na Krym całe zastępy urzędników, wojskowych, własny personel medyczny – i w ten sposób łamie prawo międzynarodowe, bo zmienia skład etniczny półwyspu.

– W gronie tych wypychanych są przede wszystkim Tatarzy?

– Wyjeżdżają nie tylko oni. Ale możemy powiedzieć, że połowa z uciekających to Tatarzy krymscy.

– Na czym polega rosyjska presja?

– To zależy. Do tej pory możemy mówić o trzech falach uciekinierów z Krymu. Pierwsza zaczęła się na początku okupacji, zwłaszcza po tak zwanym referendum z 16 marca 2014 roku. Wtedy, aż do końca 2014 roku, półwysep opuszczali ludzie nastawieni patriotycznie wobec Ukrainy, niechcący żyć w warunkach rosyjskiej okupacji. W tamtym czasie nie stosowano jeszcze zaostrzonych środków – ci ludzie wyjeżdżali z Krymu dobrowolnie. W 2015 roku zaczął uciekać mały i średni biznes, z powodu problemów związanych z prowadzeniem interesu w warunkach okupacji, także przymusowych wywłaszczeń i przejęć majątków. A obok nich młodzi ludzie w wieku poborowym, obawiający się wezwań do rosyjskiej armii, w której nie chcieli służyć.

– Wspomnianych biznesmenów wywłaszczano w świetle prawa, czy mówimy o bandyckich przejęciach?

– Zwykle zaczynało się od tego, że przychodzili przedstawiciele urzędu skarbowego i próbowali znaleźć jakieś formalne powody do konfiskaty majątku.

– A gdy się nie udawało?

– Pojawiała się bezpośrednia presja, zwłaszcza na biznesmenów tatarskiego pochodzenia. Na przykład wybuchały pożary w restauracjach.

– Kim byli podpalacze?

– Jeszcze przed włączeniem do Rosji, na półwyspie stworzono tak zwaną „Krymską samoobronę”. Rodzaj bojówki, finansowanej i wyposażanej w mundury i broń przez Moskwę. Po referendum dostała ona oficjalny status i dziś wykonuje brudną robotę – coś, czego nie podejmą się policjanci, robią członkowie samoobrony. Ale są oni pod całkowitą kontrolą Federacji Rosyjskiej. To sytuacja podobna do tej, jaką mamy na Donbasie – gdzie Moskwa też zaopatruje tak zwane samozwańcze grupy. Na Krymie to one stoją za porwaniami i pobiciami, samych biznesmenów i ich rodzin. Wiele ofiar nie wytrzymało takiej presji…

– A trzecia fala uciekinierów to…?

– W 2016 roku uciekają przede wszystkim krymscy Tatarzy. W kwietniu Federacja Rosyjska zakazała działalności Medżlisu, tatarskiego samorządu. Tak zaczęły się prześladowania polityczne muzułmanów, czego przykładem może być „sprawa Hizb at-Tahrir” (od nazwy radykalnej islamskiej organizacji, z którą mają być jakoby powiązani liderzy Medżlisu – dop. MO). Zatrzymano 14 osób, przeciwko czterem wszczęto już proces. Prokuratura domaga się dla nich wyroków od 7 do 17 lat.

– Co jeszcze ma obciążać muzułmanów?

– Toczy się też proces związany z wydarzeniami z lutego 2014 roku, kiedy krymscy Tatarzy i sympatycy władzy ukraińskiej protestowali przed budynkiem Rady Najwyższej Krymu. Doszło wówczas do przepychanek, zatrzymano wiele osób – obecnie z tego grona wobec czterech trwa proces sądowy.

W tych i innych sprawach formułowane są zarzuty działalności terrorystycznej. Generalnie bowiem Federacja Rosyjska stara się przedstawić społeczność tatarską na Krymie – zarówno zagranicy jak i pozostałym mieszkańcom półwyspu – jako niebezpiecznych, islamskich fundamentalistów.

– Stąd posądzenie o przynależność do organizacji Hizb at-Tahrir, która od 2003 roku jest w Rosji zabroniona?

– Owszem. Choć proszę zauważyć, że na terytorium Ukrainy nie była ona objęta zakazem działalności. Tak czy inaczej, zarówno przed wojną, jak i teraz, tak na Ukrainie, jak i na Krymie, nie było żadnych akcji terrorystycznych ze strony tej organizacji. Warto też dodać, że rosyjski Memoriał uznał wszystkich zaaresztowanych w „sprawie Hizb at-Tahrir” za więźniów politycznych.

– Zatem zbrojnego oporu na Krymie nie ma?

– Nie ma. Zresztą byłoby to szaleństwem w sytuacji, kiedy półwysep to jedna wielka wojskowa baza. Jest za to opór bierny, na przykład wspólne zbieranie się w domach na modlitwy. Czy ostatnio bardzo popularne tatuowanie sobie herbu Ukrainy. Chciałabym to jednak wyraźnie podkreślić – Krymczanie, w tym Tatarzy, z własnej woli przyjęli postawę „żadnej przemocy”.

– Czy działania, mające na celu stygmatyzację Tatarów, przynoszą oczekiwane przez Rosjan skutki?

– Przed 1 września dzieci dostały dzienniczki, w których na pierwszej stronie opisano historię Krymu. Gdzie stoi, że po utworzeniu Ukrainy w 1991 roku, Tatarzy – przy wsparciu władz z Kijowa – „zagarnęli Krym”. I że dopiero w 2014 roku udało się półwysep „odzyskać dla większości Krymczan”. Dzieci są podatne na tego typu przekłamania – większość zapewne w nie uwierzy.

– Ale to może się wydarzyć w przyszłości. A co dzieje się już teraz?

– Już, za używanie na ulicy języka krymsko-tatarskiego, można zostać pobitym przez nie-tatarskich Krymczan. Mamy też bardziej drastyczne wypadki, na przykład Tatarki, która została porwana i zgwałcona przez sąsiada. Tylko z powodu własnego pochodzenia.

– Jak wygląda sytuacja humanitarna na półwyspie?

– Często o niej zapominamy, mówiąc o Krymie tylko w aspekcie politycznym. Tymczasem nawet sympatycy Federacji przyznają, że przestał działać system opieki zdrowotnej. Z powodu niedostatków paliwa nie jeżdżą karetki, brakuje leków, nawet tych podstawowych. Ceny wzrosły, pensje spadły – lekarze uciekają z publicznych szpitali i przychodni do prywatnych placówek. Tam mają lepszą sytuację, ale zwykłych Krymczan zwyczajnie nie stać na takie usługi.

Nie lepiej jest z produktami żywnościowymi. Jest ich mało, są drogie. I obiektywnie nie mogą być tańsze, skoro trafiają na półwysep z Rosji, przez Kercz, co wiąże się z wysokimi kosztami spedycji.

Mieszkańcom brakuje prądu oraz wody do picia i podlewania. Najgorsza sytuacja w tym zakresie panuje na północy półwyspu. To z jednej strony efekt odcięcia, czy – jak w przypadku energii – ograniczenia dostaw z Ukrainy, z drugiej, niewydolności Rosji. Wielkiego imperium, które nie potrafi zbudować odpowiedniej infrastruktury.

– Dziękuję za rozmowę.

*          *          *

Organizacja „Krym SOS” została założona przez aktywistów, przeciwnych rosyjskiej okupacji, jeszcze w lutym 2014 roku. Świadczy pomoc materialną i prawną uchodźcom z okupowanego terytorium. Wolontariusze z „Krym SOS” występują również na rozmaitych formach międzynarodowych, gdzie informują o sytuacji na półwyspie.

„Krym SOS” zajmuje się także wsparciem rodzin członków tak zwanej „Niebiańskiej Sotni” (osób zabitych na Majdanie). W tym zakresie współpracuje z polską Fundacją Solidarności Międzynarodowej i z Fundacją Edukacja dla Demokracji.

Z Tamilą Tashevą spotkałem się w Kijowie. Za zorganizowanie wywiadu dziękuję Fundacji Solidarności Międzynarodowej.

—–

Nz. Tamila Tasheva/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to