Hurra-optymizm

Krym coraz mocniej odczuwa skutki ukraińskich ataków i blokady, rosyjska armia naciera w Donbasie, a ukraińskie drony regularnie docierają do celów położonych setki kilometrów od frontu. Mimo to ani Ukraina nie stoi u progu odzyskania okupowanych terytoriów, ani rosja nie jest bliska rozstrzygnięcia wojny na swoją korzyść. Medialne hurra-optymistyczne narracje obu stron, wieszczące rychły przełom, nijak mają się do rzeczywistości.

We wrześniu 1941 roku niemieckie wojska zamknęły pierścień oblężenia wokół Leningradu. Rozpoczęła się blokada, która trwała niemal 900 dni i pochłonęła życie setek tysięcy mieszkańców miasta. Mimo katastrofalnej sytuacji Stalin ani przez moment nie rozważał kapitulacji. Powodów było kilka. Leningrad pozostawał ważnym ośrodkiem przemysłowym i bazą Floty Bałtyckiej, ale przede wszystkim miał znaczenie symboliczne. To właśnie tam narodziła się rewolucja bolszewicka. Utrata miasta byłaby dla Kremla nie tylko porażką wojskową, lecz także polityczną i ideologiczną katastrofą.

—–

Historia, choć nie wprost, lubi się powtarzać. Dziś, obserwując Krym, trudno nie dostrzec pewnych podobieństw. Ukraińskie ataki sprawiają, że półwysep staje się coraz bardziej odizolowany od rosji. Drony i pociski regularnie uderzają w mosty, linie kolejowe i stacje energetyczne. Równolegle pod ostrzałem znajdują się magazyny paliw, lotniska wojskowe i systemy obrony przeciwlotniczej. W efekcie ukraińskich ataków na półwyspie brakuje paliwa, występują poważne problemy z dostawami prądu i wody.

Każde ukraińskie uderzenie natychmiast rodzi spekulacje o rychłym odzyskaniu półwyspu. Tymczasem między skutecznym atakowaniem infrastruktury a odbiciem terytorium istnieje ogromna różnica. Aby odzyskać Krym, Ukraina musiałaby przełamać rosyjskie pozycje na południu, pokonać rozbudowane systemy umocnień, zapewnić sobie przewagę w powietrzu oraz utrzymać wielką operację logistyczną. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości dysponowała takimi możliwościami.

No i jest jeszcze jeden element tej układanki. Dla Kremla – zwłaszcza samego putina – Krym jest fundamentem politycznej narracji. W rosyjskiej propagandzie półwysep przedstawiany jest nie jako zdobyte terytorium, lecz jako „odzyskana” część ojczyzny. Z tego powodu jego utrata byłaby dla obecnych władz znacznie większym ciosem niż wycofanie się z wielu innych okupowanych obszarów Ukrainy. I właśnie dlatego rosja będzie bronić Krymu za wszelką cenę, a już na pewno nie będzie się liczyć z trudami życia jego mieszkańców.

Nie oznacza to, że ukraińska strategia jest nieskuteczna. Krym pełni dziś funkcję wielkiej bazy wojskowej. Stacjonują tam samoloty, śmigłowce, systemy przeciwlotnicze, centra dowodzenia i zaplecze logistyczne obsługujące działania na południowym odcinku frontu. Im trudniej utrzymać sprawne połączenia z półwyspem, tym mniejsza staje się jego użyteczność militarna.

Więc tak naprawdę Ukraina wcale nie musi zdobywać Krymu, by sprawiać rosji coraz większe problemy. A ponieważ rosja nie może sobie pozwolić na jego utratę, sytuacja bardziej przypomina długotrwałe zmaganie na wyniszczenie niż zapowiedź szybkiego i spektakularnego przełomu.

—–

O takim przełomie nie możemy też mówić w Donbasie, który pozostaje głównym teatrem działań wojennych. Obecnie szczególnie zacięte walki toczą się wokół Konstantynówki, miasta stanowiącego południową bramę do rozległego ukraińskiego systemu obronnego obejmującego również Drużkiwkę, Kramatorsk i Słowiańsk. W praktyce jest to ostatni duży pas silnie zurbanizowanych terenów pozostających pod kontrolą Kijowa w obwodzie donieckim.

rosjanie wywierają presję na Konstantynówkę z kilku kierunków jednocześnie. Po opanowaniu Czasiw Jaru i zajęciu znacznej części Torećka poprawili pozycje wyjściowe do dalszych działań, a w ostatnich tygodniach kontynuowali natarcia zarówno na południe, jak i na wschód od miasta. Równolegle próbują utrudnić Ukraińcom logistykę. Coraz częściej pojawiają się nagrania pokazujące ataki dronów na samochody poruszające się po drogach prowadzących do Konstantynówki, niekiedy wiele kilometrów od linii styczności wojsk.

rosjanie zachowują inicjatywę operacyjną, dysponują przewagą liczebną i są w stanie utrzymywać wysoką intensywność działań bojowych. Ukraińcy pozostają pod silną presją, a kolejne utracone połacie terenu ograniczają ich swobodę manewru. Rosyjskie kanały telegramowe – a za nimi część mediów, także na Zachodzie – kreślą wizję rychłego załamania ukraińskiego frontu. Czy realną? Dość napisać, że podobne prognozy słyszeliśmy już przy okazji walk o Bachmut, Awdijiwkę czy Pokrowsk. Za każdym razem rosyjskie sukcesy przedstawiano jako zapowiedź nieuchronnego rozpadu ukraińskiej obrony. Tymczasem front, choć stopniowo przesuwał się na zachód, nie uległ załamaniu. Ukraińska armia wielokrotnie udowadniała, że potrafi prowadzić działania opóźniające, wycofywać się na kolejne linie obrony i stabilizować sytuację nawet po utracie ważnych pozycji.

Konkludując wątek – droga od obecnych rosyjskich sukcesów pod Konstantynówką do pełnego opanowania Donbasu pozostaje bardzo długa. Nawet jeśli rosjanom uda się sforsować kolejne linie obronne, czeka ich walka o rozległą aglomerację słowiańsko-kramatorską, której zdobycie wymagałoby czasu, ludzi i sprzętu w ilościach znacznie większych niż te potrzebne do zajmowania mniejszych miejscowości. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec narracji zapowiadających szybki i spektakularny przełom.

—–

Osobnym wątkiem pozostają ukraińskie ataki na cele położone głęboko w rosji. W ostatnich miesiącach pod ostrzałem znalazły się rafinerie, magazyny paliw, zakłady przemysłowe, lotniska wojskowe i infrastruktura transportowa, w tym obiekty znajdujące się w Moskwie i Petersburgu. W tym kontekście warto wspomnieć niedawny atak na Centrum Łączności Kosmicznej w podmoskiewskiej Dubnej, kluczową infrastrukturę wykorzystywaną przez siły zbrojne rosji. Sam fakt skutecznego dotarcia do takiego celu pokazuje, jak bardzo rozwinęły się ukraińskie zdolności prowadzenia działań dalekiego zasięgu.

Sukcesy te coraz częściej interpretowane są jako zapowiedź strategicznego przełomu. W mediach – zwłaszcza społecznościowych – regularnie pojawiają się opinie, że seria podobnych uderzeń doprowadzi do załamania rosyjskiego przemysłu, paraliżu zaplecza wojskowego lub kryzysu społecznego, który zmusi Kreml do zakończenia wojny.

Historia podpowiada jednak ostrożność. Aby osiągnąć taki efekt, potrzebna jest długotrwała i niezwykle intensywna kampania lotnicza. Podczas II wojny światowej alianci przez lata bombardowali niemieckie miasta, zakłady przemysłowe i infrastrukturę transportową. Mimo gigantycznej skali nalotów III Rzesza walczyła aż do momentu zajęcia jej terytorium przez wojska lądowe. Wymowny jest przykład samej Ukrainy. Od ponad czterech lat rosyjskie rakiety, bomby i drony regularnie uderzają w ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Państwo ukraińskie poniosło ogromne straty, ale nie utraciło zdolności do prowadzenia wojny. Wszak między zadawaniem przeciwnikowi bolesnych strat a złamaniem jego zdolności do dalszej walki istnieje ogromna różnica.

Nie oznacza to, że ataki na rosyjskie zaplecze są bez sensu. Zmuszają rosjan do rozpraszania obrony przeciwlotniczej, zwiększają koszty funkcjonowania przemysłu i komplikują pracę części instytucji wojskowych. Pamiętajmy jednak, że rosja nie pozostaje bierna i wciąż szuka sposobów odpowiedzi na ukraińskie działania. Dlatego również w tym przypadku warto zachować ostrożność wobec prognoz zapowiadających szybki przełom.

Ten tekst, w istotnie rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. SzG ZSU

Sygnalista

– Odejdźcie stąd – w głosie starszej kobiety słyszałem i błaganie, i żądanie. Wtórowało jej kilkanaście innych równie wiekowych osób, choć w blokującej szosę gromadzie dojrzałem też dwoje całkiem młodych ludzi. – Nie chcemy was tu, wracajcie do siebie, na zachód – kobieta miała zaciśnięte pięści. Imponowała mi jej determinacja, stała bowiem babuszka naprzeciw młodego oficera, wyrośniętego chłopa, za plecami którego było pewnie ze czterdziestu uzbrojonych po zęby żołnierzy. I to on, nie ona, odpuścił.

Na początku 2015 roku po raz pierwszy pojechałem na wschód Ukrainy. Odwiedziłem Kramatorsk, Słowiańsk, Bachmut, który wówczas nosił nazwę Artiomowsk. Byłem w Debalcewie, gdzie toczyły się ciężkie walki, i w kilku innych, mniejszych i większych miejscowościach, których mieszkańcy – na swe nieszczęście – znaleźli się w samym środku bądź „tylko” na obrzeżach wojny. Wróciłem do domu z mieszanymi uczuciami, z jednej strony bowiem rozpętana przez Rosjan rebelia nosiła wszelkie cechy bandyckiej napaści; nie dało się jej nie potępiać. Z drugiej, spotkałem ludzi, którym nie w nos była zbrojna odpowiedź Kijowa. Próba przywrócenia konstytucyjnego porządku, ujęta w karby operacji antyterrorystycznej. Dla tych obywateli Ukrainy własna armia była niemalże wrogiem. „Nie chcemy tu nacjonalistów!”, grzmieli. Wschód Ukrainy ciążył ku Rosji – z taką refleksją opuszczałem Donbas. Utwierdziłem się w przekonaniu, że Ukraina to kraj dwóch narodów, że próby sklejania wschodu z zachodem to karkołomne wyzwanie. Mówiłem, myślałem tezami rosyjskiej propagandy.

Chyba nigdy w życiu tak bardzo się nie myliłem. Nie tylko zresztą ja.

„Łatwo być Ukraińcem, jeśli twoja matka pochodzi ze Lwowa, a ojciec z Połtawy. Jeśli śpiewali ci kołysanki po ukraińsku, dom zdobią tradycyjne hafty, a na półce stoi Kobziarz Tarasa Szewczenki. Jeśli od dzieciństwa nie gubisz się w tożsamościach ani nie masz wątpliwości, gdzie jest twoje miejsce w kraju”, od tych słów zaczyna się pierwszy z rozdziałów książki Pawło Kazarina pt. Dziki Zachód Europy Wschodniej. „U nas na Krymie było inaczej”, kończy akapit autor. A w jednym z wywiadów rozwija znaczenie tego „inaczej”. „Przez długi czas Ukraina była przestrzenią rywalizacji dwóch konceptów, z których jeden był rosyjski, imperialny, w którym Ukraina miała być jednym z peryferii rosyjskiego imperium. Drugi to wizja ukraińskiego narodu etnicznego”, mówi w rozmowie z portalem Nasz Wybir. Tożsamości pośrednich nie było – tak się przynajmniej wydawało, długo, aż nastał Majdan i wyzwolił proces, w wyniku którego zaczął formować się ukraiński naród polityczny. Koncept, „w którym nie ma znaczenia, na jakie litery kończy się twoje nazwisko i nie ma znaczenia język twych kołysanek”, opowiada we wspomnianym wywiadzie Kazarin.

Zaś w książce – wracając do początków owego formowania – pisze: „Moskwa była pewna, że Ukraina rozsypie się jak domek z kart. Że całe jej Lewobrzeże zaakceptuje trójkolorowe flagi. Że ukraiński wschód i południe w jednym porywie ruszą walczyć za russkij mir. Kreml nie przewidział ani fenomenu ruchu wolontariackiego, ani ochotniczych batalionów, ani rosyjskojęzycznego ukraińskiego patriotyzmu. Nie wziął pod uwagę narodzin nacji politycznej – tego, że objęła także tych, którzy nie wpasowali się w projekt etniczny. Moskwę zaskoczył cały oddolny zryw i jego ogólnokrajowy zasięg”.

Emancypacja Ukrainy nie nastąpiła z dnia na dzień, rozkładała się w czasie. To, co zobaczyłem w Donbasie zimą 2015 roku, było przebrzmiewającym echem przeszłości – wciąż jednak obecnym w teraźniejszości. Później, podczas kolejnych wyjazdów, wyzbyłem się swoich wątpliwości, widząc ów naród polityczny w działaniu. Ale – przekonuje Kazarin – wcale tak być nie musiało. „Zimą 2013 roku ukraiński protest był powstaniem przeciwko uzurpacji władzy; do kategorii wojny narodowowyzwoleńczej przesunęła go rosyjska inwazja. Gdyby nie aneksja Krymu, kto wie, jaka byłaby dziś Ukraina”. „W lutym 2014 roku większość obywateli nie postrzegała rosyjskiego żołnierza jako wroga”, zwraca uwagę autor Dzikiego Zachodu… Dopiero (…) „po aneksji każdy musiał określić swoją własną tożsamość obywatelską – którą flagę uważa za swoją, do czyjego hymnu jest gotów stanąć na baczność”.

Fatalna pomyłka Rosji, która sądziła, że idzie po swoje (i do swoich), miała długofalowy i nieoczekiwany skutek – to jedna z zasadniczych tez książki Pawło Kazarina. Pozycji wydanej jeszcze przed pełnoskalową inwazją, a mimo to przez nią nieunieważnionej. Na jednej z ostatnich stron autor zdradza: „Mam marzenie. Chcę, żeby ta książka się zestarzała”. Zapewne jest w tej deklaracji odrobina fałszywej skromności, co nie zmienia faktu, że Dziki Zachód…, jako całość pozostaje aktualny, a w niektórych fragmentach wręcz poraża bieżącą adekwatnością.

Spójrzmy choćby na ten ustęp: „Wciąż postrzegamy wojnę w kategoriach XX wieku. Niestety, te wyobrażenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Nasze działania są determinowane przez nasze myśli – dlatego można nas pokonać nawet bez użycia klinów pancernych”. I dalej: „Obecny Kreml nie stara się eksportować własnych wartości, lecz niszczyć cudze. Rozmywa pojęcie faktu. Zatruwa przestrzeń medialną fake newsami. Manipuluje opinią publiczną. Strategię wojen pozycyjnych zastąpiła taktyka operacji dywersyjnych. Rosyjska propaganda nie obrała za cel udowodnienia wyższości Kremla. Wręcz przeciwnie, stara się udowodnić, że wszyscy ludzie są tacy sami. Próbuje pogrzebać prawdę w gąszczu kłamstw – dlatego szafuje teoriami spiskowymi (…). Kalkulacja jest prosta: im więcej informacyjnego śmiecia, tym większa szansa, że fakty po prostu umkną uwadze odbiorców”.

Omawiana książka to zbiór esejów Kazarina, pisanych między 2014 a 2021 rokiem. Nie wiem, kiedy dokładnie powstały powyższe frazy, z pewnością jednak dotyczyły Ukrainy i jej zmagań z Rosją. Tymczasem dziś mamy rok 2025 i zacytowane słowa jak ulał pasują do rzeczywistości, z jaką mierzy się Polska i Polacy; i my staliśmy się celem rosyjskiej wojny hybrydowej. Co prawda nie jest to proces nowy, jednak jego spektakularne nasilenie to kwestia ostatnich miesięcy. Kazarin jawi się tu jako sygnalista, ostrzegający przed rosyjską uzurpacją. Która zresztą w ogóle go nie dziwi, pisze bowiem tak: „Z punktu widzenia większości Rosjan Moskwa w 2014 roku nie sięgnęła w Ukrainie po ‘cudze’, a jedynie zaczęła odzyskiwać ‘swoje’. Podobnie rzeczy się mają przy podziale majątku podczas rozwodu. W ramach podobnego podejścia cała Ukraina jest postrzegana nie jako odrębne, suwerenne państwo, ale jako walizka z rzeczami, w której jest coś ‘naszego’ i ‘waszego’. Dopóki we wspólnym bagażu jest ‘nasze’, mamy niemałe prawo do ‘całości’. Problem w tym, że imperialista zawsze rozmywa granice ‘naszego’. Trudno zrozumieć, w którym dokładnie momencie przestaje z pogardą patrzeć na słupy graniczne (…) Czy ‘zagranicą’ jest Polska? A Rumunia? Albo kraje bałtyckie? (…) W 2014 roku na wojnę wyruszył russkij mir, on zaś nie ma granic. Ma wyłącznie horyzonty”, przestrzega autor Dzikiego Zachodu…

Jego rozważania o Rosji, w tym o naturze rosyjskiego ekspansjonizmu, to jeden z wiodących tematów książki. Szczególnie gorzko – i znów złowieszczo, zwłaszcza w odniesieniu do naszych sojuszników z krajów nadbałtyckich – brzmią wnioski dotyczące stosunku kremlowskich władz do rosyjskich diaspor. „Po rozpadzie Związku Radzieckiego miliony Rosjan znalazły się poza granicami Rosji (…). Dla rodaków mieszkających za granicą Moskwa przewidywała tylko jeden sposób istnienia – irredentę. Przypisała im jedną rolę: być pretekstem do ‘zjednoczenia’ w ramach jednego państwa (…) Sama myśl, że Rosjanie mogliby reprezentować interesy nie Moskwy, lecz swoich nowych ojczyzn, była traktowana jako zdrada. Kreml nigdy nie potrzebował adaptacji Rosjan”.

Koncept kulturowego konia trojańskiego Kazarin rozszerza również na język. „Moskwa odebrała językowi rosyjskiemu najważniejszą rzecz – neutralność polityczną”, przekonuje. „Poszła (…) w przeciwnym kierunku niż na przykład świat anglojęzyczny. Nauka języka angielskiego nie narusza tożsamości: posługując się angielskim, Litwin pozostaje Litwinem, a Kazach – Kazachem. Język rosyjski jest sprzedawany w pakiecie. Kreml próbuje doczepić do tej kulturowej lokomotywy lojalność wobec imperium i akceptację rosyjskiej wersji historii”. Warto, by te słowa wybrzmiały w sytuacji, w której coraz częściej jesteśmy świadkami moralnego relatywizmu. „Przecież nie wolno sekować rosyjskiej kultury!”, przekonują pięknoduchy i cynicznie rozgrywający nas (pro)rosyjscy medialni aktywiści. Zastanówmy się, czego tak naprawdę bronią…

Czegoś, przed czym od jedenastu lat broni się Ukraina.

Ta wojna z russkim mirem Ukrainę zmieniła, ale – przekonuje Kazarin – pewne rzeczy trwają bezwarunkowo. „Ciąży nam brak doświadczenia własnej państwowości oraz zwyczaj postrzegania każdej osoby u władzy jako obcego, przysłanego z metropolii”, konkretyzuje myśl autor Dzikiego Zachodu… „Ukraińcy są przez to mistrzami przetrwania w obcych państwach. Gdy przychodzi do budowania własnego państwa, wirtuozeria zmienia się w bagaż”, pisze. Dla mnie to jedyny wniosek, z którym nie mogę się zgodzić. Zakładam zresztą, że i sam Kazarin – po doświadczeniach z ostatnich trzech lat – nie byłby aż tak krytyczny. Wszak determinacja, z jaką po 2022 roku walczą Ukraińcy, jest najlepszym dowodem na mistrzostwo w przetrwaniu we własnym państwie – mimo czyhających z zewnątrz złych mocy. Czyż nie?

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Jak to się czyta! Jak dobrze jest napisane i przełożone… Po pierwszych trzydziestu stronach Dzikiego Zachodu… sięgnąłem po telefon do tłumaczki Anny Ursulenko (z którą miałem wcześniej zawodowy kontakt): „Świetne to jest! Nie sposób się oderwać. Literacko to jest ekstraklasa, podziwiam Pani warsztat. Na przekładzie można wyłożyć znakomite treści, a Pani tylko je wzbogaca. Szacunek!”. Może i zabrzmiało to górnolotnie, ale po lekturze całości nie zmieniłbym w tej wiadomości żadnego słowa…

Dziki Zachód Europy Wschodniej. Ucieczka z imperium: jak to się robi po ukraińsku, Pawło Kazarin, przekład Anna Ursulenko, Wydawnictwo KEW, Wrocław-Wojnowice 2025.

Niby-rozjem

Prezydent trump nie traci dobrego humoru. Wciąż uważa, że uda mu się zakończyć wojnę w Ukrainie i nie szczędzi superlatyw członkom swojej administracji, którzy prowadzą rozmowy z Ukraińcami i rosjanami. I tak wysłannicy z Waszyngtonu wykonują „świetną robotę”, a „rezultaty są obiecujące”. W tej erupcji samozachwytu nie ma miejsca na krytyczną refleksję i przyznanie, że wynegocjowany rozejm (a właściwie rozejmy…), to fikcja – na kilku płaszczyznach.

Przyjrzyjmy się pierwszemu porozumieniu, przewidującemu 30-dniowe zawieszenie ataków na obiekty infrastruktury energetycznej. Miało być ono skutkiem rozmowy telefonicznej trumpa z władimirem putinem, do której doszło 18 marca br. Panowie ledwie zdołali odłożyć słuchawki, a rosyjskie drony zaatakowały m.in. elektrownię w Słowiańsku. „Wysłaliśmy je zanim prezydenci się umówili, potem nie zdołaliśmy zestrzelić”, żartował w niewybredny sposób jeden z czołowych rosyjskich mil-blogerów.

—–

Oczywiście, oficjalne źródła w Moskwie utrzymywały – i nadal utrzymują – że siły zbrojne federacji przestrzegają rozejmu. Jako tych złych Kreml maluje Ukraińców, którzy jeszcze tej samej nocy przypuścili nalot na jedną z rosyjskich rafinerii. Fakt, iż była to riposta na rosyjski atak, skrzętnie został przemilczany.

Zarazem wciąż mamy do czynienia z kolejnymi rosyjskimi nalotami rakietowo-dronowymi na ukraińskie miasta. Rzekomym celem mają być obiekty militarne, ale rosjanie uderzają w zamieszkałe kwartały. 26 marca wyprowadzili ciężki nalot na Charków i Dnipro, dwa dni wcześniej bezpardonowo zaatakowali Odesę. Nieco wcześniej drony i rakiety spadły również na Sumy (…).

„Realista” lubujący się w cynizmie (a sporo takich komentatorów objawiło się przy okazji wojny na Wschodzie), mógłby „trzeźwo” zauważyć, że przecież na zawieszenie nalotów „tak w ogóle” nikt się nie umawiał; rosjanie więc nie łamią porozumienia. Rzecz w tym, że Moskwa nieustannie podkreśla dobrą wolę, zapewniając, że nie będzie atakować cywilów. No więc nie atakuje – tak jak przestrzega reguły dotyczącej nieuderzania w infrastrukturę energetyczną.

—–

Pod warstwą zakłamania mamy jeszcze jedną odsłonę rozejmowej fikcji. Na skutek rosyjskich ataków z przełomu 2022-2023 roku i uderzeń z wiosny 2024 roku, ukraińska energetyka utraciła dwie trzecie przedwojennych mocy. Obecnie produkowana energia w ponad 60 proc. pochodzi z siłowni jądrowych. A tych rosjanie zniszczyć nie mogą, sprowadziliby bowiem, także na siebie, gigantyczny ekologiczny kataklizm. I kataklizm geopolityczny, wszak po czymś takim od Moskwy odwróciliby się jej sojusznicy, zwłaszcza Chiny. Owa nietykalność elektrowni jądrowych ma jeszcze inny aspekt. Bez wchodzenia w zbędne techniczne szczegóły – siłownia musi gdzieś wysyłać wyprodukowaną energię, w przeciwnym razie dojdzie do katastrofy. Co oznacza, że rosjanie mają ograniczone możliwości niszczenia sieci przesyłowych. Konkludując wątek, rosja istotną część ukraińskiej energetyki już zniszczyła, a z tego, co zostało, zniszczyć może niewiele. Trudno zatem mówić o wielkim ustępstwie ze strony Moskwy.

Za to do ocalenia rosjanie mają całkiem sporo. Ukraina już od kilku miesięcy „grilluje” rosyjskie rafinerie i składy paliw, każdy taki atak – a tylko od września ub.r. do końca lutego 2025 roku było ich dwadzieścia pięć – przynosi szkody idące w dziesiątki milionów dolarów. Z wyliczeń niezależnych analityków OSINT wynika, że rosyjska gospodarka straciła na tych uderzeniach przeszło 650 mln dolarów. A licznik bije dalej. Nie dziwi więc, że na opublikowanej przez Kremlu liście obiektów, które powinny zostać objęte energetycznym rozejmem, na pierwszym miejscu znalazły się rafinerie, a dalej rurociągi naftowe i gazowe oraz magazyny paliw.

Ukraińcy znają wartość tej infrastruktury, więc gdy się „odgryzają”, na cel biorą takie właśnie obiekty. Kreml chciałby tego „odgryzania” uniknąć, w zamian nie oferując nic. Licząc przy tym, że Waszyngton powściągnie Kijów – co byłoby naiwnym założeniem, gdyby nie wyraźna słabość do putina i rosji, jaką żywią amerykańscy negocjatorzy z donaldem trumpem na czele.

—–

Obok nieobowiązującego rozejmu energetycznego mamy jeszcze inny „sukces” amerykańskiej dyplomacji – zawieszenie broni na Morzu Czarnym.

Załóżmy na chwilę, że to rzeczywiste i respektowane ustalenie – i spójrzmy na nie z ukraińskiej perspektywy. Morski rozejm jawi się tu niczym niepotrzebny i niechciany prezent, takie „piąte koło u wozu”. Inicjatywa strategiczna na czarnomorskim akwenie należy bowiem do Ukraińców. Wyeliminowali oni ryzyko desantu na Odesę, zerwali blokadę portów i zmusili flotę czarnomorską do przesunięcia większości jednostek z Krymu do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg. Uczynili to mimo iż nie posiadają floty, zręcznie wykorzystując kombinacje dostępnych rodzajów broni, przede wszystkim dronów morskich i powietrznych, ale też pocisków przeciwokrętowych i lotniczych pocisków manewrujących.

Inaczej mówiąc, Ukraińcy zaszachowali agresorów – poza jednym wyjątkiem. rosjanie, nie tak często jak kiedyś, ale nadal wykorzystują okręty do ostrzałów rakietowych ukraińskich miast. Robią to przede wszystkim przy użyciu okrętów podwodnych, wyposażonych w rakiety Kalibr. Cechy tych jednostek sprawiają, że Ukraińcom trudno je namierzyć i trafić w ruchu. Ale Kalibry da się zestrzelić, a ukraińska obrona przeciwlotnicza radzi sobie z tym całkiem nieźle, nade wszystko zaś ostrzał z morza stał się rzadkością. Po raz ostatni doszło do niego 7 marca br. i był to pierwszy od wielu tygodni atak z udziałem okrętów. Nie wiadomo, czy rosjanom brakuje Kalibrów czy problemem jest dostępność sprawnych okrętów. Za tym drugim przemawia fakt, że opuszczając krymski Sewastopol, rosyjska flota pozbawiła się dostępu do zaplecza naprawczo-remontowego (baza w Noworosyjsku jest w tym zakresie znacznie skromniej wyposażona).

A więc rozejm na Morzu Czarnym byłby korzystny przede wszystkim dla rosjan, których flota mogłaby wrócić na Krym. Byłby, gdyby był – bo w istocie mówimy o medialnym i politycznym artefakcie, istniejącym w głowie trumpa, jego negocjatorów, przychylnych mediów i zwolenników. Realnie nie ma żadnego rozejmu, choć jest ukraińska gotowość do powstrzymania się od operacji zbrojnych na morzu. Ale są też rosyjskie warunki wprowadzenia moratorium – zaporowe, Moskwa chciałaby bowiem w zamian zniesienia dużej części sankcji. Dopiero wtedy zgodziłaby się nie walczyć na morzu. Ale de facto i tak nie walczy, więc mamy co mamy – niby-rozejm, będący miażdżącym dowodem nieefektywności amerykańskiej dyplomacji pod wodzą trumpa…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten felieton opublikowałem na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto aktywne przekierowanie.

Rozejm

„Ukraina i rosja zgodziły się na zapewnienie bezpiecznej żeglugi i powstrzymanie się od użycia siły na Morzu Czarnym”, oświadczenie tej treści opublikował dziś Biały Dom. Czytamy w nim, że porozumienie zostało wypracowane w trakcie oddzielnych spotkań przedstawicieli administracji donalda trumpa z dyplomatami z Ukrainy i rosji. Doszło do nich w saudyjskim Rijadzie 23 i 24 marca br.

Informacje zawarte w komunikacie Białego Domu potwierdził Rustem Umerow, minister obrony Ukrainy. Z jego słów wynika, że Kijów zaakceptował propozycję wstrzymania działań wojennych na Morzu Czarnym, zaznaczając jednak, że porozumienie powinno być monitorowane przez kraje partnerskie.

Umerow stwierdził także, że ewentualne ruchy rosyjskich jednostek poza wschodnią częścią czarnomorskiego akwenu będą uznawane za naruszenie umowy. „W takim przypadku Ukraina będzie miała pełne prawo do skorzystania ze środków samoobrony”, zapowiedział.

Głos w sprawie zabrał także Wołodymyr Zełenski. Prezydent Ukrainy poinformował, że „rozejm obejmujący Morze Czarne i infrastrukturę energetyczną wchodzi w życie natychmiast”. To jasna deklaracja dobrej woli strony ukraińskiej, choć towarzyszy jej zastrzeżenie, że Kijów będzie domagał się od Waszyngtonu „dodatkowych dostaw broni i sankcji wobec rosji, jeśli Moskwa zerwie porozumienia”.

Z sygnałów płynących z rosji wynika, że „Inicjatywa Czarnomorska” wejdzie w życie po uwzględnieniu kilku warunków. Chodzi m.in. o uwolnienie rosyjskiego eksportu produktów rolnych i nawozów, podłączenie do systemu SWIFT, czy zniesienie ograniczeń w zakresie importu maszyn i towarów rolniczych na obszar federacji. By do tego doszło, potrzebna jest zgoda innych podmiotów, których działania podtrzymują reżim sankcyjny – same porozumienia z USA i Ukrainą nie wystarczą. Według Kremla, Stany Zjednoczone zgodziły się pomóc rosji w osiągnięciu tych celów. Kiedy i jak? – informacji na ten temat nie udziela żadna ze stron.

Wojna w Ukrainie ma głównie charakter lądowy, co nie zmienia faktu, że czarnomorski akwen to – obok zachodnich granic kraju – ukraińskie „okno na świat”. rosjanie zamierzali je zamknąć – w przededniu pełnoskalowej inwazji flocie czarnomorskiej postawiono dwa zadania. Miała założyć blokadę morską ukraińskich portów i szlaków żeglugowych oraz umożliwić i przeprowadzić desant morski, w wyniku którego (przy współpracy z wojskami lądowymi), zajęto by Odesę. To w tym celu ściągnięto z Bałtyku dodatkowe duże okręty desantowe.

Co z tego wyszło – wiemy; szerzej piszę o tym w tekście dla „Polski Zbrojnej” (oto link do tego materiału). Na potrzeby tego wpisu dość stwierdzić, że Ukraińcy zaszachowali rosjan na Morzu Czarnym. Wypędzili ich z zachodnich akwenów i półwyspu krymskiego do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg. Uczynili to mimo iż nie posiadają floty, zręcznie wykorzystując kombinacje dostępnych rodzajów broni, przede wszystkim dronów morskich i powietrznych, ale też pocisków przeciwokrętowych i lotniczych pocisków manewrujących.

Patrząc z tej perspektywy, rozejm na Morzu Czarnym byłby korzystny przede wszystkim dla rosjan, których flota mogłaby wrócić na Krym. Ale skorzystaliby również Ukraińcy, wszak rosjanie, nie tak często jak kiedyś, ale nadal wykorzystują okręty do ostrzałów rakietowych ukraińskich miast. Robią to głównie przy użyciu okrętów podwodnych, wyposażonych w rakiety Kalibr. Cechy tych jednostek sprawiają, że Ukraińcom trudno je namierzyć i trafić w ruchu.

—–

Szanowni, moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Wam. Dziękuję i proszę o kolejne „kawy” i subskrypcje.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Tonący krążownik rakietowy „Moskwa” – zapowiedź rosyjskich kłopotów na Morzu Czarnym, kwiecień 2022 roku/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Dyplomatołki

Wczoraj w saudyjskim Rijadzie odbyły się rozmowy amerykańsko-ukraińskie, gdy piszę te słowa trwa jeszcze spotkanie amerykańsko-rosyjskie. Gdy piszę te słowa trwa również wydobywanie spod gruzów osób zasypanych w budynkach mieszkalnych po rosyjskim ataku rakietowym na Sumy. Jak na razie mowa jest o 74 rannych, pośród nich doliczono się trzynaściorga dzieci.

Ten atak w pełni obnaża efektywność działań amerykańskiej dyplomacji, której przedstawiciele robią wszystko, by zasłużyć na określenie „dyplomatołki”. Wciąż słyszymy o postępach i nadchodzących przełomach, a faktycznie widzimy, że rosja ani myśli kończyć wojnę i zaprzestać swoich terrorystycznych praktyk.

No ale ważne że putin pomodlił się za zdrowie trumpa, gdy tego ostatniego drasnęła w ucho kula zamachowca…

No więc spotkały się ekipy w Rijadzie, ale przy amerykańskiej niemocy trudno spodziewać się przełomowych decyzji w najbliższym czasie. Jak to ujął w wywiadzie dla „Jedyni Novyny” prezydent Czech Petr Pavel: „Zatrzymanie trwającego od trzech lat konfliktu nie jest łatwe, zwłaszcza gdy nie będzie wystarczającej woli ze strony kraju, który tę wojnę rozpoczął – rosji”.

Dla porządku dodajmy, że czeski polityk w ubiegłym tygodniu gościł w Kijowie.

Równie sceptyczny pozostaje – cóż za zaskoczenie… – dmitrij pieskow. Sekretarz prasowy putina zrzuca przy tym winę na Ukraińców. Dziś rano, w wypowiedzi dla rodzimych mediów, skarżył się na ukraińskie ostrzały rosyjskiej infrastruktury energetycznej, twierdząc, że rosja swoje wstrzymała – co jest nieprawdą. Zdaniem pieskowa, jeśli taka sytuacja się utrzyma, „będzie to powód dla kolejnej rozmowy putina z trumpem”.

Ta zapowiedź rzuca światło na rosyjską strategię negocjacyjną, w ramach której Moskwa zamierza pokazywać Ukrainę w jak najgorszym świetle, licząc na „dyscyplinujące” posunięcia trumpa. Kluczowe w tym ujęciu jest pytanie – komu zaufa prezydent USA?

—–

Tymczasem ukraińskie siły zbrojne wykonały w ostatnich dniach kilka zakończonych powodzeniem misji. Wymieńmy kilka z nich.

Sześć dni temu drony zaatakowały paliwowy terminal przeładunkowy „Kaukaz”, położony w kraju krasnodarskim. Pożaru nie ugaszono do dziś i nie ma na to szansy – strażacy czekają, aż obiekt się wypali. Terminal powstał kilka lat temu, kosztował rosję 350 mln dol.

Przed weekendem pisałem o ataku na bazę sił strategicznych Engels – zdjęcia satelitarne potwierdziły, że tamtejszy skład amunicji (a w nim spora liczba rakiet Ch-101) poszedł łaskawie z dymem.

Podobny los stał się udziałem systemów obrony powietrznej na Krymie. W niedzielę zniszczono tam kilka wyrzutni i radarów, co zapewne jest wstępem do kolejnego uderzenia, tym razem na chronione przez OPL obiekty? Jakie? Nie mam pojęcia. Faktem jest, że Krym zszedł w ostatnich miesiącach z tapetu – po tym, jak rosyjska flota czarnomorska w większości dała nogę z Sewastopola. Nie wróciła, więc może chodzić o jakieś obiekty logistyczne; półwysep nadal pełni istotną rolę jako bliskie zaplecze teatru działań wojennych.

Idźmy dalej. Solidne źródła donoszą o udanym ataku przy użyciu ATACMS-ów. Ukraińcy porazili lotnisko w obwodzie biełgorodzkim, niszcząc cztery śmigłowce – dwa szturmowe Ka-52 i dwa transportowe Mi-8. Pochodzące z USA rakiety – tym razem „zwykłe” Himarsy, ale z głowicami kasetowymi – dosięgły też trzy armatohaubice M-1978 Koksan. To bardzo niebezpieczna północnokoreańska broń o dużym kalibrze (170 mm) i dalekiej donośności (nawet do 60 km; żadna rosyjska armata tak daleko nie strzela).

I na koniec „wisienka na torcie” – w weekend, po 30 godzinach walki, w trakcie której „zmielono” dwa rosyjskie pułki, ZSU odbiły miejscowość Nadija. Znajduje się ona w obwodzie ługańskim, do tej pory w całości zajętym przez rosjan. Ci teraz obawiają się – sądząc po trwożliwych zapowiedziach mil-blogerów – że operacja na ługańszczyźnie to zapowiedź większych ofensywnych działań Kijowa.

Nie wiem, czy do nich dojdzie, ale wiem, że język siły i faktów dokonanych jest jedynym narzędziem komunikacji, które rozumieją rosjanie. Ukraińskie wojsko, w przeciwieństwie do amerykańskich „dyplomatołków”, nie próżnuje, co w obecnej sytuacji można uznać za powód do optymizmu.

—–

Szanowni, moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Waszemu wsparciu. Kilkudniowa awaria platformy patronackiej – do której doszło w minionym tygodniu – sprawiła, że tego wsparcia jest ostatnio mniej. Damy radę nadrobić?

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska artyleria podczas strzelań szkolnych, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU