Archiwa tagu: Księżyc

„Al”

Co jest niezbędną cechą każdego astronauty? Poczucie humoru – nie ma wątpliwości pułkownik Alfred Worden, członek misji Apollo 15. „Al” – jak każe do siebie mówić – trenował niemal trzy lata, bez gwarancji, że kiedykolwiek wystartuje w kosmos. – Gdyby nie umiejętność robienia sobie żartów, na pewno bym nie przetrwał – przekonuje legenda astronautyki.

Wordena humor nie opuścił także podczas wyprawy. Gdy kapsuła z trzyosobową załogą wylądowała już na Pacyfiku, zawisł nad nią śmigłowiec marynarki wojennej USA.

– Daliśmy marynarzom do zrozumienia, że dla nas, pilotów sił powietrznych, konieczność skorzystania z ich pomocy nie jest zbyt komfortową sytuacją – śmieje się 87-letni dziś pułkownik.

Spotkanie z Alem odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions
Spotkanie z „Alem” odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions

Worden przebywał w kosmosie dwanaście dni, na przełomie lipca i sierpnia 1971 roku. Samotnie krążył wokół Księżyca, podczas gdy dowódca misji, David Scott, i pilot modułu księżycowego, James Irwin, eksplorowali powierzchnię ziemskiego satelity. „Piętnastka” była dziewiątą misją załogową programu Apollo i czwartą, podczas której doszło do lądowania. Była to zarazem pierwsza wyprawa charakteryzująca się dłuższym, trzydniowym pobytem na Księżycu i skupiająca się, w większym stopniu niż wcześniejsze, na badaniach i obserwacjach naukowych. W drodze powrotnej Worden opuścił moduł dowodzenia, aby wyjąć film z kamer panoramicznych, niedostępnych z wnętrza pojazdu. Tym samym wykonał spacer kosmiczny jeszcze na orbicie Srebrnego Globu, w odległości trzystu piętnastu tysięcy kilometrów od Ziemi.

– Spędziłem w próżni trzydzieści osiem minut, mając doskonały widok i na Ziemię, i na Księżyc – wspomina pułkownik. – Niesamowite doznanie…

Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu
Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu

Na tyle niesamowite, że nie zanosi się na „powtórkę z rozrywki”. Zapytany o powrót człowieka na Srebrny Glob, Alfred Worden wskazuje inny cel – Marsa. Ale nie ma złudzeń, że stanie się to za jego życia.

– Potrzeba nam co najmniej trzydziestu lat – mówi, dodając, że technologia jest dziś dużo doskonalsza niż przed laty, lecz jednocześnie stała się koszmarnie droga. – Zapomnijmy o międzypaństwowym wyścigu – przekonuje. – To nieefektywna forma podboju przestrzeni kosmicznej.

Trudno nie przyznać pułkownikowi racji. Program Apollo kosztował rząd Stanów Zjednoczonych ponad dwadzieścia pięć miliardów ówczesnych dolarów. Przy uwzględnieniu inflacji, dzisiaj byłaby to suma niemal czterokrotnie większa.

– Żadnego kraju nie stać na wyłożenie takich pieniędzy z własnej kieszeni – twierdzi Worden. – Międzynarodowa współpraca to konieczność.

Al chętnie rozdawał autografy...
„Al” chętnie rozdawał autografy…

Te słowa mają jeszcze inny, symboliczny wymiar. Program Apollo był dzieckiem swoich czasów – przede wszystkim politycznej i militarnej rywalizacji między USA a ZSRR. Waszyngton, w ramach zimnowojennych rozgrywek, usiłował udowodnić Moskwie technologiczną i organizacyjną wyższość, przy okazji testując rozwiązania techniczne, niezbędne do zwycięstwa w wyścigu zbrojeń. Ów zimnowojenny rys można było dostrzec w życiorysach astronautów, z których większość trafiła do NASA z wojska

– Czułeś się żołnierzem wysłanym na kosmiczną misję czy naukowcem zaangażowanym w badanie Księżyca? – pytam „Ala”.

– Byłem człowiekiem, któremu przydały się oba rodzaje treningu – i wojskowy, i naukowy – odpowiada dyplomatycznie astronauta.

Dziś większość jego następców to cywile, a on sam mówi o dawnych rywalach per „przyjaciele” – co stanowi niemały powód do radości.

...i odpowiadał na pytania dziennikarzy
…i odpowiadał na pytania dziennikarzy

Cieszy również to, że Warden – mimo zaawansowanego wieku – nie rezygnuje z działalności publicznej. Do Polski przyleciał na zaproszenie Motoroli Solutions – firmy mocno zaangażowanej w program Apollo – aby opowiedzieć o kulisach kosmicznego podboju z perspektywy jego uczestnika.

I tu odrobina osobistej refleksji. Kilka lat temu dopadła mnie choroba – akurat w przededniu spotkania z Markiem Edelmanem. Musiałem je odwołać, choć bardzo chciałem poznać przywódcę żydowskiego ruchu oporu. Parę tygodni później pan Marek zmarł – a ja zostałem w poczuciu nieodwracalnej straty. Jako dziecko marzyłem o sposobności porozmawiania z kimś, kto odbył księżycową misję. Wówczas, w czasach komuny, było to marzenie ściętej głowy. Na szczęście świat się zmienił i dawne marzenie udało się zrealizować.

– Eee – macha ręką „Al”, gdy przekonuję go, jak wielki zaszczyt mnie spotkał.

Zdaje się, że ów brak nadęcia i bezpretensjonalny sposób bycia to wizytówka pułkownika.

– Na filmach, gdy rakiety wznoszą się w powietrze, twarze astronautów wykrzywiają dziwaczne grymasy – „Al” robi zabawną minę. – Z naszymi buziami wszystko było w porządku, a o tym, że już wystartowaliśmy, poinformowała nas wieża kontroli lotów. Sami nie mieliśmy o tym pojęcia. W starcie nie ma nic dramatycznego.

Śmieję się, słysząc te słowa. W sumie nie chodzi o nic więcej, tylko o eksplozję, niemal dosłownie pod tyłkiem, setek ton paliwa. Rzeczywiście, nic dramatycznego…

—–

Fot. Dzięki uprzejmości firmy PR Inspiration

Trumny

Latem 2003 roku, na targach zbrojeniowych w Kielcach, po raz pierwszy zobaczyłem na żywo Rosomaka. Przód wozu stał na jakimś podwyższeniu, co tylko potęgowało wrażenie jego wielkości. Transportery opancerzone widywałem już wcześniej, ale wszystkie te BWP-y i BRDM-y były niczym karzełki w porównaniu z „Rośkiem”. Niskie, ciasne, do bólu klaustrofobiczne. Ani przez moment nie czułem się w ten sposób, oglądając wnętrze przedziału desantowego Rosomaka. Do czasu.

Kilka lat później, gdy „Rosie” już na dobre weszły do polskiej armii, zetknąłem się z nimi w warunkach wojennych, w Afganistanie. Wrażenie przestronności znikło bezpowrotnie. Wystarczyło, by „desant”, a ja wraz z nim, założył kamizelki i hełmy. By chłopcy wzięli na pokład swój wojenny ekwipunek – karabiny, granatniki, amunicję, zapasy żywności. W przestrzeni, wedle konstruktorów przewidzianej dla ośmiu osób, robiło się wtedy ciasno jak diabli. Ciemność (lampki żarzyły się tylko delikatnie), no i świadomość, że włazy to nie są lekkie drzwi, otwierające się po naciśnięciu klamki, a pancerne, ryglowane wrota, przywodziły na myśl puszkę. Albo trumnę.

Ta trumna ciążyła w głowie, gdy „Rosiek” opuszczał bezpieczną bazę. Wypady Rosomaków w Afganistanie regulowała prosta zasada: „na dwa uda”. Uda się, albo nie uda – nie wjechać na minę. Wiadomo było, że min jest sporo, że ich eksplozje stanowiły zwykle wstęp do ataku rebeliantów – a to mobilizowało organizm do wyławiania spoza szumów silnika i radia jakichś innych, ważnych dźwięków (wybuchu, wystrzału, uderzenia kuli o pancerz). W tym czuwaniu, mimowolnie, brały udział wszystkie mięśnie – każde głośne napięcie w konstrukcji, każda dziura, niewielki wyłom w drodze, delikatnie nawet unoszące świetnie resorowany wóz, spinały ciało w oczekiwaniu na kontakt z niszczącą falą.

Patrole były zwykle wielogodzinne, na takim „stendbaju” nie dało się pociągnąć zbyt długo. Po jakimś czasie zatem przychodziło zobojętnienie na zewnętrzne bodźce. Ale to było niczym przymknięcie powiek – organizm i tak czuwał.

Nie pomagały inne doświadczenia, jak choćby przekonanie o cudownym uratowaniu własnej skóry, oglądanie rozbitych wcześniej wozów czy udział w pożegnaniach zabitych kolegów.

Na szczęście była też skłonność do racjonalizacji. Któregoś razu do „mojego” wozu załadowano masę odebranej rebeliantom amunicji. „Rosiek” był częścią patrolu saperskiego, który zdobyczne trofea miał wysadzić. Jechałem z nogami na skrzyniach, świadom, że ich zawartość sama z siebie nie wybuchnie, ale w razie najechania na minę, mocno spotęguje „bum”. „Nawet nie poczujesz, jak pierdolnie” – tych kilka słów wystarczyło, by przestać się zadręczać problemem.

Piszę o tym nie bez powodu. Kilka dni temu obejrzałem „Pierwszego człowieka” – film o programach Gemini i Apollo widzianych przez pryzmat historii Neila Armstronga, astronauty, który jako pierwszy stanął na Srebrnym Globie. Naczytałem się i naoglądałem materiałów poświęconych amerykańskiemu programowi kosmicznemu, w „Pierwszym…” nie było więc dla mnie niespodzianek. Poza jedną – perspektywą, z jakiej opowiedziano tę historię. Film jest imponujący jeśli idzie o scenografię, doskonale zmontowany, z pewnością więc zaspokoi gusta wielbicieli technikaliów. Ale jest też do bólu intymny. I nie chodzi tylko o to, że pokazano w nim „rodzinny kontekst” życia astronautów (choć scena na Księżycu, która jest symbolicznym zwieńczeniem osobistego dramatu Armstronga, mocno chwyta za serce; szczegółów nie zdradzę, by nie spoilerować). W popkulturze utrwalił się „wygładzony” obrazek podboju kosmosu przy użyciu wspaniałych maszyn – dowodów geniuszu ludzkich umysłów. I astronautów (kosmonautów) jako prawdziwych superbohaterów. Tymczasem w „Pierwszym człowieku” mamy prymitywne, zawodzące, trzeszczące wehikuły (warstwa dźwiękowa filmu jest niemal tak ważna jak obraz!), i masę wątpliwości „czy to ma sens i czy damy radę?”. Widać je w całej rozciągłości, gdy Armstrong (doskonały Ryan Gosling!) – z grymasem lęku na twarzy – zatrzymuje się przed wejściem do modułu załogowego. „Wrócisz?” – spytał go kilka dni wcześniej jeden z synów. Rakieta Saturn to tak naprawdę wypełniona po brzegi łatwopalnym paliwem bomba. A w przestrzeni między Ziemią i Księżycem może się wydarzyć mnóstwo złych sytuacji, obciążonych ogromnym ryzykiem zagłady załogi. Chwilę potem astronauci leżą już w nienaturalnej pozycji, a wrota modułu zamykają się z trzaskiem – oglądając tę scenę nawet osoby bez klaustrofobii na moment poczują się nieswojo.

Ja tak właśnie się poczułem. To w takich okolicznościach wróciły wspomnienia z tych wszystkich „zamkniętych puszek”. Zachowując należyty umiar w ocenie skali przedsięwzięć (gdzie patrolom do kosmicznych misji…) – „Pierwszy…” dał mi coś, czego wcześniej nie zauważałem. Świadomość, że ci wspaniali ludzie, astronauci, by móc pokonać kosmiczne odległości, najpierw musieli pokonać pierwotny lęk tkwiący w każdym z nas. A to nieliche wyzwanie.

—–

Rosomak w Afganistanie. Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski