Fasada

Po kilkunastodniowym pościgu na Atlantyku Stany Zjednoczone przejęły tankowiec „Marinera” (wcześniej „Bella-1”), będący częścią tzw. floty cieni, pracującej dla rosji.

Według ustaleń amerykańskich władz, statek był wcześniej objęty sankcjami jako „Bella-1”. Jednostka miała uczestniczyć w przewozach ropy realizowanych z naruszeniem restrykcji, a w trakcie rejsu zmieniła nazwę i banderę na rosyjską, co – w ocenie Waszyngtonu – miało utrudnić identyfikację i egzekwowanie prawa. Gdy amerykańskie służby podjęły próbę kontroli, załoga przez pewien czas odmawiała podporządkowania się poleceniom, co zapoczątkowało pościg trwający ponad dwa tygodnie.

Do przejęcia doszło na wodach międzynarodowych. Strona amerykańska podkreśla, że działania były zgodne z prawem: oparto je na nakazie sądowym i przepisach dotyczących egzekwowania sankcji. Po wejściu na pokład ekipy abordażowej, jednostka została zabezpieczona i skierowana do USA. Amerykańscy urzędnicy wskazują, że ładunek oraz dokumentacja przewozowa będą przedmiotem dalszego postępowania.

Sprawa ma także wymiar polityczno-wojskowy. Media odnotowały sygnały o obecności rosyjskich jednostek w rejonie trasy tankowca, jednak – według dostępnych informacji – nie doszło do bezpośredniej interwencji w momencie przejęcia. Moskwa krytycznie odniosła się do działań USA, argumentując, że statek pływał pod rosyjską banderą i znajdował się poza wodami terytorialnymi. Waszyngton odpowiada, że zmiana bandery nie znosi odpowiedzialności za naruszenie sankcji.

Operacja wobec „Marinery” wpisuje się w szerszą kampanię USA przeciwko tzw. „flocie cieni” – sieci starszych tankowców, które zmieniają nazwy, bandery i właścicieli, by przewozić ropę z krajów objętych restrykcjami (jak rosja czy Wenezuela). Amerykańska administracja sygnalizuje, że podobne działania będą kontynuowane, a przypadek „Marinery” ma być sygnałem odstraszającym wobec podmiotów próbujących omijać sankcje.

Tyle, jeśli idzie o warstwę informacyjną. Sprawa jest jednak na tyle ciekawa, że wymaga pogłębionego komentarza.

—–

Amerykanie nie przejęli się ewentualną reakcją rosyjskiej floty wojennej. Waszyngton (przy dyskretnym, ale czytelnym wsparciu Londynu) wykonał swoje zadanie spokojnie, metodycznie i bez nerwowych gestów. Tak postępuje państwo, które nie traktuje przeciwnika jako równorzędnego.

To zresztą kolejne – po wenezuelskiej kompromitacji – upokorzenie władimira putina w tym roku, i to takie, które boli szczególnie. Nie chodzi o sankcje, dyplomatyczne połajanki czy medialne docinki, lecz o demonstrację siły na morzu, czyli w domenie, którą Kreml od dekad próbuje sprzedawać jako jeden z filarów swojego „mocarstwowego” statusu. Przejęcie tankowca pod rosyjską banderą wpisuje się w dłuższą serię zdarzeń, które obnażają fasadowość rosyjskiej potęgi.

Amerykanie i Brytyjczycy mogą sobie na takie operacje pozwolić, bo rosyjska flota nie jest dla nich przeciwnikiem. I – co warto powiedzieć wprost – nigdy nim nie była. Nawet w czasach Związku Radzieckiego, gdy liczby wyglądały imponująco, a propagandowe parady robiły wrażenie, flota nawodna Moskwy nie stanowiła realnej przeciwwagi dla morskiej potęgi NATO. Była głośna, liczna na papierze i kosztowna, ale technologicznie oraz doktrynalnie zawsze krok (albo dwa) za Zachodem.

Wyjątkiem była atomowa flota podwodna końca lat 80. – w momencie, w którym ZSRR rzeczywiście zbliżył się do Amerykanów pod względem technologii i możliwości bojowych. To właśnie wtedy powstała aura grozy wokół radzieckich atomowych okrętów podwodnych, a jej kulturowym echem stało się „Polowanie na Czerwony Październik” – ikona zimnowojennej wyobraźni, w której radziecka technologia na moment dorównuje, a nawet wyprzedza zachodnią. Był to jednak krótki moment historyczny, nie trwały trend.

Potem przyszedł rozpad ZSRR, a wraz z nim powolne gnicie floty podwodnej: brak pieniędzy, odpływ kadr, zapaść infrastruktury i chaos organizacyjny. Symbolicznym, tragicznym domknięciem tej epoki była katastrofa „Kurska” – wydarzenie, które pokazało nie tylko techniczne zaniedbania, ale też systemową niezdolność państwa do ratowania własnych marynarzy (i mówienia prawdy).

Flota nawodna wchodziła w XXI wiek w stanie nie mniejszego kryzysu. Przedłużające się, często groteskowe remonty największych jednostek, chroniczne problemy logistyczne i finansowe oraz serialowe perypetie jedynego lotniskowca – „Admirała Kuzniecowa” – stały się symbolem tej degrengolady. Ostatecznym, niemal podręcznikowym przykładem była historia „odpicowanej po wierzchu” „Moskwy”, flagowego krążownika floty czarnomorskiej, spuszczonego na dno przez Ukraińców. Kolejne porażki tej floty w wojnie z krajem, który nawet nie posiada marynarki wojennej z prawdziwego zdarzenia, tylko podbiły skalę rosyjskiej kompromitacji.

Dlatego obecność rosyjskich okrętów podczas amerykańskiej operacji nie zmieniła(by) niczego. rosyjska flota pozostaje fasadowym atrybutem mocarstwowości, użytecznym w paradach i propagandowych narracjach, lecz bez znaczenia w konfrontacji z państwami, które naprawdę panują na morzach.

Cieszmy mnie, że USA Trumpa znów zademonstrowały swoją siłę wobec rosji i jej sojuszników. Martwi, a raczej smuci, że czynią to tak selektywnie. To jak chodzenie na palcach wokół trupa…

Ps. Amerykańskie wojsko przejęło także drugi tankowiec powiązany z flotą cieni, tym razem na Karaibach. „Przechwycony statek M/T Sophia, operował na wodach międzynarodowych i prowadził nielegalne działania na Morzu Karaibskim” – czytamy w oświadczeniu Pentagonu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. niesławny, kopcący „Admirał Kuzniecow”/fot. mofr

(Nie)udana

Kilka dni temu rosjanie ostrzelali rakietami Sumy. Trafili m.in. w szkołę, w której trwały zajęcia. Na szczęście lekcje rutynowo odbywały się w schronie. Nikt zatem nie zginął, skończyło się „tylko” na konieczności uwolnienia uczniów spod gruzów. Pociski upadły też na inne cywilne obiekty, łącznie poszkodowanych zostało prawie 80 osób, w tym trzynastu najmłodszych mieszkańców miasta.

Leżące nieopodal rosyjskiej granicy Sumy są przez rosjan atakowane regularnie. Ostrzały nasiliły się w ostatnich dniach, po tym, jak armia ukraińska opuściła większość okupowanych obszarów obwodu kurskiego.

—–

Dziś Ukraińcy trzymają jeszcze skrawki ziemi po rosyjskiej stronie, ale generalnie linia kontaktu wojsk przesunęła się bliżej Sumów. Mniejszy dystans ułatwia rosjanom prowadzenie ognia, w mieście mówi się, że to przygrywka do czegoś większego. rosyjscy decydenci z putinem na czele nie kryją, że chcieliby „kordonu sanitarnego” wzdłuż swojej granicy – stworzonego rzecz jasna kosztem terytorium Ukrainy. W tym ujęciu cały obwód sumski staje się oczywistym celem ataku.

Czy do niego dojdzie? Moim zdaniem, armia rosyjska nie jest obecnie zdolna do przeprowadzenia większych operacji zaczepnych. Co nie zmienia faktu, że terroryzować Sumy – ogniem artylerii rakietowej oraz dronami – jak najbardziej może. Czasy względnego spokoju – jakie mieszkańcom miasta dało wyrąbane przez armię ukraińską kurskie wybrzuszenie – minęły. Co podkreślam, bo Ukraińcy najechali rosję także w ramach działań wyprzedzających. Koncept „kordonu sanitarnego” nie jest nowy – rosjanie mówią o konieczności jego budowy od dawna. Właśnie dlatego wiosną 2024 roku weszli ponownie na obszar Charkowszczyzny, ten sam manewr planowali powtórzyć na Sumszczyźnie. Ukraińcy ich ubiegli i zbudowali własny bufor.

Obecnie sytuacja wróciła do stanu sprzed 6 sierpnia 2024 roku. Zasadniczo obie armie stoją u siebie, jednak to ukraińska strona – mocniej zurbanizowana i liczniej zamieszkała – jest bardziej narażona. Z tej perspektywy patrząc, operacja kurska ZSU okazała się jedynie chwilowym sukcesem, finalnie zaś przyniosła niepowodzenie.

—–

Logika wojskowa to jedno, ale za decyzją o wyprawie na Kursk stała też kalkulacja polityczna. „Nie potrzebujemy tej ziemi. Nie chcemy tam wprowadzać naszego stylu życia”, zapewniał Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji NBC. Te słowa padły w połowie sierpnia 2024 roku, kilka dni po rozpoczęciu ukraińskiej ofensywy. Z dalszej części wypowiedzi prezydenta Ukrainy wprost wynikało, że Kijów planuje utrzymać okupowane obszary bezterminowo – miały być kartą przetargową w przyszłych negocjacjach z Moskwą.

Optymistycznie rzecz ujmując, pod koniec marca 2025 roku jesteśmy u progu rozmów pokojowych, a kwestia kurska już spadła z agendy. Ukraińcy „nie dowieźli” zdobyczy do momentu, w którym stałyby się one przedmiotem negocjacji. Nie będzie więc wymiany „ziemia za ziemię”, na którą liczono w Kijowie, co należy uznać za ukraińską porażkę.

Warto zastanowić się, dlaczego do niej doszło.

Szukając odpowiedzi musimy zwrócić uwagę na samoograniczający się charakter ukraińskiej kontrofensywy. Tak naprawdę operacja kurska jednorazowo angażowała nie więcej niż 15 tys. ludzi. Problem w tym, że liczniejszego kontyngentu dowództwo ZSU delegować nie mogło – uniemożliwiała to skala wyzwań związanych z operacją obronną na rdzennie ukraińskim terytorium. I tak błędne koło się domykało. Pod kontrolą Ukraińców znalazło się nieco ponad 1000 km kw. terenu – to tyle, ile wynosi powierzchnia przeciętnego powiatu w Polsce. Do odbicia tego terenu rosjanie zmobilizowali niepoporcjowanie duży potencjał – w chwili największego zaangażowania liczącą ponad 60 tys. ludzi armię. Obrazowo rzecz ujmując, zadeptali niewielkie boisko mrowiem swoich stóp. Miejsca dla innych nie starczyło…

—–

Ale właśnie – owo mrowie, ta skala rosyjskiej mobilizacji – każą powstrzymać się od jednoznacznie negatywnej oceny operacji kurskiej. O czym piszę w tekście opublikowanym w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Szanowni, moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Wam. Dziękuję i proszę o kolejne „kawy” i subskrypcje.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Strzał z działa bezodrzutowego, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Rozgrywka

Co dalej z ukraińską operacją wojskową w rosyjskim obwodzie kurskim? „Nie potrzebujemy tej ziemi. Nie chcemy tam wprowadzać naszego stylu życia”, mówił kilka dni temu w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji NBC Wołodymyr Zełenski. Zarazem ze słów prezydenta Ukrainy wynikało, że Kijów planuje utrzymać okupowane obszary bezterminowo, jako kartę przetargową w negocjacjach z Moskwą. Zełenski nie odpowiedział na pytanie, czy Ukraina zamierza zajmować kolejne terytoria rosji. Stwierdził za to, że „kluczem do zwycięstwa jest zaskoczenie przeciwnika”. Tylko czy ktoś tu kogoś może jeszcze zaskoczyć? I jak?

Po sześciu tygodniach operacji Siły Zbrojne Ukrainy (ZSU) kontrolują 1,5 tys. kilometrów kwadratowych obwodu kurskiego. Największe postępy notowano przez pierwsze dziesięć dni działań, później tempo ukraińskiego natarcia zdecydowanie osłabło. A od początku września właściwie mówimy już o symbolicznych zdobyczach, ba, rosjanom udało się w weekend odbić fragment jednej z osad.

W międzyczasie rosyjski kontyngent na zagrożonym kierunku wzrósł z niemal 10 do ponad 40 tys. ludzi, znacząco zwiększyła się również liczba sprzętu ciężkiego. I wciąż do przygranicznego regionu docierają kolejni żołnierze i uzbrojenie. Można by zatem uznać, że to reakcje armii putina wyhamowały ukraińskie postępy, lecz taka konkluzja to tylko część prawdy.

—–

Dziś bowiem widać już wyraźnie samoograniczający się charakter ukraińskiej kontrofensywy. Pozwólcie, że ujmę rzecz obrazowo: pyton może połknąć świnię, ale słonia już nie. Ukraińcy mogliby wyszarpać większe zdobycze, lecz najpewniej nie byliby w stanie ich „strawić” (lub wiązałoby się to ze zbyt dużymi kosztami). Gdy piszę o „trawieniu”, mam na myśli całe spektrum działań: od skutecznej obrony zajętego terytorium, w tym przestrzeni powietrznej, po zapewnienie sobie (ale i miejscowej ludności) wydolnej logistyki i zaopatrzenia. Obecnie wszystkie te aktywności i wymogi są realizowane: wojsko ukraińskie w rosji trzyma pozycje, bez większych problemów rotuje oddziały, ewakuuje rannych i uszkodzony sprzęt. Obok dostaw jedzenia, paliw i amunicji na miejsce docierają także konwoje humanitarne, które zaspakajają podstawowe potrzeby cywilów.

A teraz spójrzmy szerzej – rosyjska ofensywa na Pokrowsk w Donbasie, wywołująca wielkie zaniepokojenie u sojuszników i sympatyków Ukrainy, wyraźnie straciła impet. W tym rejonie rosjanie od kilku dni nie notują większych awansów – zgromadzone oddziały są zbyt wyczerpane walką, prośby, by je zluzować, spotykają się z odmową naczelnego dowództwa.

Definitywnie „przysechł” front na Zaporożu; nie dalej jak w lipcu część analityków wieszczyła, że rosjanie przejdą tam do ofensywy nim upłynie lato. Dziś jasnym jest, że atakować nie byłoby czym – na Zaporożu nie ma znaczących rosyjskich rezerw. Kierunkowi najwyraźniej przypisano pomocniczą rolę, jako tej części teatru działań, która absorbuje spore zgrupowanie ukraińskiej armii.

Jednocześnie dochodzą wieści, że w miniony weekend z Białorusi wyjechały ostatnie liniowe formacje rosyjskiego wojska i na miejscu pozostali tylko logistycy. Czyli Kreml zgarnia i zabezpiecza odwody skąd i gdzie się da; niektóre nadal są w Ukrainie, inne trafiają pod Kursk. Nie trzeba wielkiej wnikliwości, by przewidzieć, że rosjanie szykują się do rekonkwisty.

—–

Warto w tym miejscu odnieść się do rzekomo „przestrzelonych” ukraińskich założeń, jakie stały za operacją kurską. Wiemy już, że nade wszystko chodziło o czynnik polityczny – wspomnianą przez Zełenskiego kartę przetargową. Nadal trudno przesądzać o (nie)trafności koncepcji „ziemia za ziemię”; wszystko zależy od tego, czy Ukraińcy zdołają się w obwodzie kurskim utrzymać („dowiozą” tę zdobycz do zawieszenia broni).

Nie można jednak mieć wątpliwości, że utrata kontroli nad własnym terytorium jest dla Kremla nie do zaakceptowania. W oczach obywateli odbiera władzy atut sprawczości, obnaża jej słabość, niszczy wizerunek imperialnej siły państwa – wszystko, na czym osadza się legitymizacja reżimu. Zatem putin zrobi wiele, by Ukraińców wyrzucić z rosji. Zapewne sięgnąłby po broń jądrową, ale wtedy skazałby się na wściekłość Chin, które dały do zrozumienia, że nie życzą sobie takich rozwiązań. Tymczasem bez chińskiej kroplówki rosyjskiej gospodarki nie ma. Kreml skazany jest więc na rozstrzygnięcia konwencjonalne – stąd wspomniana koncentracja, której efektem będą działania cechujące się ogromną determinacją.

Krytycy operacji kurskiej podkreślali, że nie spowodowała ona znaczącego odpływu rosyjskich wojsk z innych odcinków frontu – na co zapewne liczono w ukraińskim dowództwie. Istotnie, na początku mieliśmy do czynienia z niewielką rotacją, która objęła głównie jednostki odwodowe i to gorszej jakości. Elitarnych formacji zrotowano niewiele, po prawdzie, nadal nie stanowią one istoty zgrupowania kurskiego. Jako się rzekło, większego niż przed miesiącem, lecz wciąż w dużej mierze byle jakiego. Ale taki stan rzeczy nie oznacza, że rosjanie nie zamierzają w najbliższym czasie uderzać pod Kurskiem.

—–

By wyjaśnić ów pozorny paradoks sięgnijmy do przeszłości. Armia sowiecka nie słynęła z kunsztu – cele osiągała masą. W ataku sprowadzało się to do uporczywego zmiękczania przeciwnika co rusz następującymi szturmami. „Mięsnymi”, jak zwykło się o nich mówić. Dopiero po takim przygotowaniu do akcji wchodziły lepsze, gwardyjskie jednostki – i idąc po stosach własnych trupów przełamywały pozycje wyczerpanego wroga.

Kilkadziesiąt lat później nic się nie zmieniło – armia rosyjska nadal stosuje synergię masy i brutalności. Dwie trzecie jej stanu to jednostki „na przemiał”, pozbawione przyzwoitego wyszkolenia, zgrania, a często i podstawowego wyposażenia. Obiektywnie patrząc, niegotowe do walki, ale dowodzone przez ludzi gotowych je pod ogień wysłać. Ta „mięsna pulpa” to nieodzowny element rosyjskich działań ofensywnych. To ona rusza pierwsza, to jej rotacje, nie zaś elitarnych spadochroniarzy, znamionują rosyjskie przygotowania. To tej „pulpy” właśnie zaczyna brakować pod Pokrowskiem, a przybywa pod Kurskiem.

Przyrównując ich działania do zabiegów kulturysty, rosjanie najpierw budują masę, a potem siłę. Jak tych atutów użyją? Możliwe są dwa scenariusze: po pierwsze, potężnego ataku z jednoczesnym wykorzystaniem możliwie największej części kurskiego zgrupowania, by załatwić sprawę jak najszybciej, po drugie, operacji rozłożonej w czasie, jednorazowo prowadzonej mniejszymi siłami. W obu przypadkach bez liczenia się ze stratami własnymi. Przypomnijmy, putin wyznaczył armii termin do 1 października, zostało więc raptem kilkanaście dni. Z drugiej strony, nawet „rozdrobniona” operacja nie musi być długotrwała, wszak mówimy o relatywnie niewielkim obszarze.

Jednak inicjatywa wcale nie musi należeć do rosjan (nawet gdy ci już ruszą). Pisałem o samoograniczającym się charakterze ukraińskiej operacji i zakładam, że nic się tu nie zmieni, że Ukraińcy nie będą próbowali rozszerzać przyczółku. Ale może uderzą gdzie indziej? Może w całym tym „kurskim przedsięwzięciu” nie chodzi o ziemię na wymianę, a o odciągnięcie uwagi rosjan? Raz już – latem 2022 roku – taki manewr Ukraińcom się powiódł. Markując uderzenia na Chersońszczyźnie (które dopiero później przybrały postać zasadniczej kontrofensywy) zmusili Moskwę do przerzucenia wielu jednostek z północy na południe. A potem weszli w „próżnię” i wyzwolili Charkowszczyznę.

Brzmi jak „war-fiction”? A jak przed 6 sierpnia brzmiały rozważania o „przeniesieniu wojny na terytorium rosji”?

Ps. W ostatnich godzinach pojawiły się pierwsze doniesienia o poważnych rosyjskich kontratakach w obwodzie kurskim.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Skalskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Czytelniczce Julce i Grzegorzowi Lenzkowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraińska artyleria, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Tekst, w nieco innej formie, ukazał się w portalu Interia.pl

„Postępy”

W styczniu 2015 roku odwiedziłem szpital w Sełydowie. Srogie to było doświadczenie, bo placówka wyznaczona do obsługi oddziałów na froncie nie miała dostępu do bieżącej wody. Podstawowe techniczne instrumentarium pamiętało późny ZSRR, a stół operacyjny pochodził z połowy lat 50. „Nie mamy sprzętu do intubacji”, skarżył się jeden z lekarzy. Zaraz potem planowałem jechać na pierwszą linię i przygnębiła mnie świadomość, że w razie kłopotów trafiłbym w to miejsce. Dawało ono szanse lżej rannym, o dawaniu nadziei w cięższych przypadkach nie było mowy.

Dyrektor szpitala przyjęła dziennikarzy w gabinecie. Wyjęła szampana, jakieś czekoladki. „Nieczęsto zdarzają mi się tacy goście”, tłumaczyła, zadowolona, że wreszcie może się komuś wyżalić. „A nuż ktoś przeczyta i pozwoli klinice stanąć na nogi…”. Nie wiem, czy moje i kolegów teksty przyniosły taki skutek. Wiem, że w ubiegłym roku – czyli już podczas „pełnoskalówki” – rosjanie uderzyli w szpital bombami i rakietami; musiał zatem dalej pełnić rolę lecznicy dla wojskowych.

Lecz nie o tym chcę Wam dziś napisać – wybaczcie dygresję, ale jej zwieńczenie pozwoli nam pójść dalej. Otóż w pewnym momencie pani dyrektor stwierdziła ze smutkiem: „Możesz nie interesować się polityką, ale prędzej czy później polityka zainteresuje się tobą”. Miała na myśli wojnę oraz fakt, że wielu doniecczan „przespało” pierwsze rosyjskie ingerencje (rzekome bunty miejscowych), a potem było już za późno. Powstały tzw. ludowe republiki, pojawiło się regularne ruskie wojsko; życie mieszkańców regionu zmieniło się nie do poznania. O czym podczas tego spotkania przypominało nam drżenie okiennych szyb, w oddali bowiem regularnie biła artyleria. „Polityka dopomina się o zainteresowanie…”, konkludowała szefowa placówki.

—–

Raz jeszcze to podkreślę – mowa o wydarzeniach sprzed ponad dziewięciu lat. Front przechodził wówczas przez poddonieckie Piski, od Sełydowa dzieliło „separatystów” 20 km. Dystans na dłuższy spacer, którego „watnicy” do spółki z rosjanami, a obecnie już przede wszystkim moskale, nie pokonali do dziś.

Czytam, że rosjanie są już pod Sełydowem, że miasto niebawem wpadnie w ich łapy. Wpadnie czy nie, ton tych doniesień jest taki, jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś nieprawdopodobnym rosyjskim blitzkriegiem. I kolejną nieuchronną zdobyczą, wpisującą się w całe pasmo błyskotliwych i niemal niezliczonych sukcesów putinowskiej armii. „Idą ruskie przez Donbas jak burza!”, można by wywieść taki wniosek – i wielu go wywodzi. Umyka wyczucie realnego tempa tego marszu – napisać, że mozolnego, to jakby nic nie napisać. Przepada świadomość, że za nazwami przejętych przez moskali miejscowości kryją się przysiółki, wioski, że od czasu do czasu jest to ledwie powiatowa mieścina, o istnieniu której przed wojną większość Ukraińców nie miała bladego pojęcia.

„Na miejscu sprawy nigdy nie wyglądają ani tak dobrze, ani tak źle, jak się o nich pisze i mówi”, usłyszałem kiedyś od znajomego oficera ZSU. Całe moje wojenno-dziennikarskie doświadczenie potwierdza zasadność tej obserwacji. Co podkreślam, bo duża część alarmistycznych doniesień na temat bieżącej sytuacji w Donbasie pochodzi od analityków, którzy wojny na oczy nie widzieli, ba, wielu nawet nie było w Ukrainie choćby z dala od frontu (a niektórzy wręcz nie znają rosyjskiego i ukraińskiego, o znajomości podstawowych kodów kulturowych już nie wspomnę). Tymczasem bez odpowiedniej wiedzy kontekstowej pewne rzeczy wydają się niezrozumiałe, nielogiczne czy wręcz pozostają niewidzialne. Niewiele wówczas trzeba, by wpaść w panikę i panikę szerzyć. W tym konkretnym przypadku wystarczy, że rosjanom udało się podnieść dynamikę działań bojowych. Że w ciągu miesiąca przesunęli się o kilka kilometrów, na co wcześniej potrzebowali roku. I łup! Mamy narrację, że idą jak burza.

To jak oceniać ich (rosjan) postępy? Najpierw należy zdać sobie sprawę, że ZSU prowadzi operację obronną w skali c a ł e g o kraju – jednego z największych w Europie.

Później dopuścić świadomość, że Ukraińcy nie realizują stalinowskiej strategii „ani kroku wstecz!” – że wrócili do idei obrony manewrowej. Że dopuszczają utratę terytoriów, jeśli tym sposobem można podjąć bardziej efektywną walkę, w której nie dość, że zadaje się przeciwnikowi poważne straty, to jeszcze dba o redukowanie własnych ubytków. Skądinąd to zabawne, jak wielu analityków z Polski pozostaje w tej kwestii niezdecydowanych. Gdy Ukraińcy prowadzili uporczywą obronę Bachmutu czy Awdijiwki, krytykowali ich za ten upór. Gdy ZSU porzucają nieperspektywiczne rubieże, szukają lepszych – czyniąc to w reżimie zorganizowanego odwrotu i pozostając w nieustannej walce – ci sami analitycy piszą o „trzeszczącym froncie”, wieszczą katastrofę, znajdują asumpt do krytykowania operacji kurskiej armii ukraińskiej (która w tym ujęciu ma być „trwonieniem cennych rezerw”). Są mądrzejsi niż naczelne dowództwo ZSU, wiedzą i słyszą więcej niż Ołeksander Syrski i jego podwładni. Po prawdzie to trochę żenujące.

No ale nie o polo-OSINT-cie jest ten tekst; wróćmy do Donbasu. Na kierunku pokrowskim (gdzie znajduje się Sełydowe) i toreckim Ukraińcy rzeczywiście ustępują rosjanom. Niewykluczone, że moskale zajmą i Pokrowsk (a wcześniej Sełydowe) i Toreck – i będzie to ich kolejny „sukces” ma miarę Bachmutu i Awdijiwki. Lokalnie pokomplikuje to sytuację ZSU (zwłaszcza utrata Pokrowska, który jest sporym węzłem logistycznym), ale w skali całej operacji obronnej byłby to niewiele znaczący incydent. Wszak nie o Pokrowsk czy Toreck tu chodzi – celem rosjan nacierających na obu kierunkach są bliźniacze miasta Kramatorsk i Słowiańsk, łącznie ćwierćmilionowa przed wojną metropolia. Zdobycie takiego „molocha” na obecnym etapie wydaje się poza możliwościami moskali. Ale pewnie będą próbować, a biorąc pod uwagę dotychczasowy przebieg walk, wytracą w tych działaniach nie mniej niż 150 tys. zabitych i rannych, a najpewniej dużo więcej. I co im to da? Ano kontrolę nad całością obwodu donieckiego. I co dalej? Ha! Po takich stratach, uwzględniwszy wcześniejsze i inne, które będą też ponosić, czy rosjanie pokuszą się o coś więcej? „Kołderka” sprzętowa coraz krótsza, ludzka – okazuje się w ostatnich dniach – również. No więc co dalej? A pewnie nic, poza próbą utrzymania wyszarpanych terytoriów. Niewielkich, biorąc pod uwagę obszarową rozległość Ukrainy.

—–

Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że należy machnąć ręką na realne i ewentualne (!) ukraińskie utraty na rzecz rosjan. Niemniej dla oceny efektywności działań armii rosyjskiej potrzebne jest szersze spojrzenie (w tym przypadku także dosłownie szersze – radzę zerknąć na mapę Ukrainy, by uzmysłowić sobie skalę bieżących „sukcesów”). To spojrzenie winno uwzględniać percepcję samych Ukraińców. A tu – zdaje się – mamy do czynienia z pewnym urealnieniem postaw i oczekiwań. Postulat powrotu do granic z 1991 roku oficjalnie nadal jest aktualny, takie społeczne oczekiwania da się wyczytać z sondaży. Ale widać też rosnącą gotowość do ustępstw pośród zwykłych ludzi, a z działań wojska i władz wyłania się pewien zamysł strategiczny. Po pierwsze, ochrony centrów przemysłowych – charkowskiego, dniepropietrowskiego i zaporoskiego. Po drugie, rekonkwisty południa Ukrainy i Krymu. Donbas schodzi na dalszy plan, wciąż będąc przy tym użyteczny. W jaki sposób?

„Musimy z nimi walczyć tu, bo inaczej znów przyjdą pod nasz dom”, to słowa mojego znajomego z Kijowa, nieżyjącego już żołnierza ZSU, który walczył – i poległ – w nielubianym przez siebie Donbasie. Donbasie, który dla wielu Ukraińców z zachodniej i środkowej części kraju jest „końcem świata”. „Czarną dupą”, co odwołuje się zarówno do kopalin, jak i perspektyw życiowych w regionie na długo przed wojną zdemolowanym ekonomicznie, ekologicznie i społecznie. A mimo to pozostającym przedmiotem zażartej obrony. Stojące za tym motywacje mają i takie oblicze, jak w zacytowanym zdaniu. „Wybraliśmy najbardziej zapuszczoną chałupę na skraju osiedla i tam łomoczemy się z łobuzami z drugiej dzielnicy”, tak można by to ująć w realiach „podwórkowych”. Pozostając na gruncie tej analogii – nie ma większego znaczenia, że tamci zajęli kolejny pokój jednego z mieszkań (nawet jeśli przy windzie). Ważne, by z tego bloku już nie wyleźli gotowi przeskoczyć do następnego budynku.

PS. A jutro wracamy do obwodu kurskiego – „odwiedzin” na osiedlu tamtych łobuzów.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelniczce Małgoni, Tomaszowi Szewcowi i Bernardowi Afeltowiczowi.

Nz. Przebitka ze szpitala w Sełydowie. Mężczyzna ze zdjęcia to cywil ranny w ostrzale Gradów/fot. własne, styczeń 2015 roku

„Nic”

W obwodzie kurskim walki nie ustają. Sądząc po odczytach z mapy pożarowej, toczą się wzdłuż niemal całej linii styku wojsk. Zarazem Ukraińcy wciąż raportują, że posuwają się dalej – kilometr-trzy na dobę – co znajduje potwierdzenie w satelitarnych danych. Spadek tempa natarcia wynika przede wszystkim z dwóch czynników: ZSU umacniają się na zajętych terenach, a rosyjski opór – choć nadal słabo skoordynowany i sprowadzający się do „łatania dziur czym popadnie” – mimo wszystko tężeje.

Co dalej? Wiele zależy od tego, jakie cele postawili sobie Ukraińcy.

Jeśli chodziło o zajęcie jak największego obszaru rosji, jeszcze przez 7-10 dni możemy spodziewać się ukraińskiej presji. Później – niezależnie od intencji Ukraińców – dalsze natarcie będzie mało prawdopodobne, rosjanom bowiem zapewne uda się skonsolidować obronę. Oczywiście, możliwe jest angażowanie kolejnych ukraińskich sił – tak, by „większą masą móc się bardziej rozepchać” – ale dotychczasowe posunięcia dowództwa ZSU przeczą takiemu scenariuszowi. Jak na razie naliczyłem dwie wymiany personelu zaangażowanego w operację kurską. Rotacje odbywają się w obrębie pododdziałów sześciu brygad (i kilku jednostek pomocniczych), w obszar sąsiadujący z rejonem działań nie pchnięto dodatkowych odwodów. Walczyć ma to, co jest na miejscu – czyli łącznie kilkanaście tysięcy ludzi.

Niewykluczone więc, że Ukraińcy właśnie osiągnęli lub za chwilę osiągną zakładane cele terytorialne. Że dalej nie pójdą, chyba że rosyjska obrona – zamiast dalej tężeć – zwyczajnie się posypie („wykorzystanie powodzenia” to jeden ze składników dobrze realizowanej sztuki wojennej). Ale to już zaawansowana „gdybologia”, na obszar której wolałbym nie wchodzić.

—–

„Tak mało (ambitnie)!?”, mógłby zapytać ktoś spodziewający się ukraińskiego rajdu daleko w głąb rosji. Doprawdy mało?

Jak już pisałem, jeśli idzie o strategiczne cele operacji kurskiej, skazani jesteśmy na spekulacje. Nie znamy planów, założeń, wytycznych. Coś tam wiemy z oficjalnych wypowiedzi, czegoś się domyślamy, ale ma to swoje oczywiste ograniczenia. Możemy jednak przyjrzeć się skutkom ukraińskich działań – i w oparciu o nie formułować jakieś oceny.

Skutki typowo wojskowe zostawię sobie na kolejny wpis – dziś chciałbym wskazać najdonioślejszy moim zdaniem efekt natury politycznej.

Oto po raz pierwszy od ponad 80 lat rosyjskie terytorium znajduje się pod okupacją. Okupantem zaś jest przeciwnik znacząco mniejszy i w wielu obszarach słabszy. Próby jego wyparcia po raz kolejny obnażają słabości „drugiej armii świata”: kiepsko dowodzonej, źle wyposażonej, fatalnie zmotywowanej. Co oznacza, że rosji jeszcze trudniej dziś udowodnić, że jest mocarstwem, a podstawowe narzędzie rosyjskiej „dyplomacji” – siłowy szantaż – chyba nieodwracalnie traci rację bytu. Przecież gdyby literalnie traktować płynąc z Kremla groźby, Ukraina spłonęłaby w atomowym ogniu. Ukraiński atak nie stanowi „zagrożenia dla istnienia państwa” (choć po prawdzie, nie byłbym tego taki pewien…), ale wypełnia inny warunek przewidziany w rosyjskiej doktrynie użycia broni jądrowej – narusza „integralność terytorialną” federacji. I co? I nic.

Tym bardziej zdumiewające „nic”, jeśli pójdziemy tropem rosyjskiej propagandy, która wojnę z Ukrainą przedstawia jako konflikt z „kolektywnym Zachodem”. A więc to Zachód – śmiertelny wróg – wszedł do rosji. Nie wiem jeszcze, jak rosyjska propaganda poradzi sobie z dysonansem poznawczym u „swoich”, w głowach których gnieździ się teraz natrętna myśl: „i oni tak mogą, tak bezkarnie?”.

 Ano mogą.

Wiele napisano o „odklejonej od rzeczywistości” rosyjskiej władzy – cywilnej i wojskowej. Moim zdaniem, po kilkudziesięciu miesiącach „trzydniowej operacji specjalnej” ruskie elity są już świadome słabości własnego państwa. Teraz – dzięki Ukraińcom – ta świadomość „poszła w świat”.

Przy okazji – odpalenie głowic nie następuje „z automatu”. Przycisk w słynnej walizce nie posyła rakiet „w świat”, a jedynie rozkaz ich użycia. Ostateczne decyzje podejmują dowódcy wyrzutni. Wykorzystanie broni strategicznej (dużych głowic przenoszonych przez międzykontynentalne rakiety) poprzedza proces decyzyjny, który nie jest ograniczony do jednej osoby – putina. Tyle wiemy na pewno – klarownej wiedzy na temat szczegółów tego procesu nie mamy. Zdaniem wielu analityków, inicjacja na poziomie strategicznym wymaga jednoczesnej zgody prezydenta, ministra obrony i szefa sztabu generalnego. Z kolei sięgnięcie po broń taktyczną (małe głowice) leży w kompetencjach dowódcy teatru działań, choć z jednej strony wymagana jest zgoda (polityczna) naczelnego dowódcy, z drugiej, rozkaz wędruje przez kolejne szczeble aż do operatora nośnika – pilota czy dowódcy działonu (który musi wiedzieć, co zrzuca/czym strzela). Innymi słowy, mamy do czynienia z długim łańcuchem zależności i reakcji, o czym wspominam na okoliczność jojczenia, że „Kijów postawił putina pod ścianą i teraz to on już nie będzie miał wyjścia – wciśnie ten przycisk”.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Mowa była o przycisku – te, które warto wciskać, znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Łowienie rosyjskich jeńców trwa w najlepsze. Tu mamy ponad setkę z nich/fot. SBU