Miesiące

Rosyjsko-ukraińska wojna w swej najnowszej pełnoskalowej odsłonie weszła w szósty miesiąc. Spowszedniała nam, wielu straciło nią zainteresowanie. To skutek mechanizmu adaptacyjnego, który każe oswajać się z zagrożeniem, inaczej bowiem byśmy zwariowali. Ale też wymierny efekt odsunięcia się konfliktu od naszych granic. Gdy orki szły na Kijów, gdy żyliśmy w przeświadczeniu, że lada moment uderzą na zachodnią Ukrainę z Białorusi, niemal czuło się ich oddech. Dziś są daleko – na ukraińskim południu i w Donbasie, tysiąc kilometrów stąd. Właściwie niewiele się to różni od sytuacji z lat 2014-21. Intensywność walk wyższa, zaciekłość większa, straty liczniejsze, ale… ale patrz wyżej – przywykliśmy. Także dlatego, że fala uchodźców – choć ogromna i potencjalnie kłopotliwa – rozlała się łagodnie po całej Polsce. Nie wygenerowała istotnych społecznych problemów, których uciążliwość wymuszałaby na nas inną percepcję konfliktu. Mamy też własne problemy związane z inflacją; troska o przyszłość swoją i najbliższych przyćmiewa obawy związane z losem innych/obcych. No i jest lato, czas, kiedy „chce się żyć”, a choćby i świat wokół płonął. Facebook przypomniał mi po północy wpis sprzed dwunastu miesięcy. „60 tysięcy ponadmiarowych zgonów – taki jest efekt pandemii w pierwszej połowie bieżącego roku. Miażdżąca większość to ofiary kowidu i braku dostępu do opieki medycznej, gwarantowanej w pozapandemicznych warunkach. Tym samym wiosenna fala okazała się równie niszcząca, jak ta z ubiegłej jesieni. Odsetek wspomnianych zgonów jest najwyższy w Unii Europejskiej” – pisałem. Żyliśmy wówczas w realiach postapokalipsy, ale na totalnym wyparciu. Pandemii w naszych głowach nie było – i nie mam tu na myśli zidiociałych szurów, ale większość z nas. Ludzie umierali gdzieś tam, w szpitalach. Tak jak dziś umierają gdzieś tam, na wschodzie.

Przez pierwsze kilkanaście dni po 24 lutego wielu z nas zaczynało dzień od sprawdzenia, czy Wołodymyr Zełenski jeszcze żyje. Dziś częściej nurtuje nas pytanie o to, kiedy umrze Putin, którego śmierć wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna. Na przełomie lutego i marca poranny przegląd mediów pozwalał ustalić, czy „kacapy wzięły już Kijów czy nie”. Teraz zaspakajamy ciekawość rozbudzaną przez Ukraińców i ich nocne punktowanie rosyjskich stanowisk dowodzenia i magazynów; „gdzie tym razem uderzyły Himarsy?” – zastanawiamy się. „Załamię się, gdy oni w końcu pękną” – wyznałem żonie gdzieś na początku marca, kiedy jeszcze wydawało się, że ukraiński opór to wspaniały, romantyczny zryw, który niebawem po prostu będzie musiał wygasnąć w obliczu sowieckiej nawały. Teraz nie mam wątpliwości co do trwałości struktur ukraińskiego państwa. Czasami rozmyślam o tym, jak należałoby postępować z Ukrainą, gdyby się poddała, przyjęła warunki Kremla. „To byliby ci sami ludzie, to samo społeczeństwo – a jednak sytuacja zupełnie inna. Czy miałbym Ukraińców za wrogów?” – rozważam, by za chwilę uznać te refleksje za obrazoburcze, niestosowne. Przecież oni walczą jak lwy, doprowadzając do sytuacji, w której Kreml musi przełykać upokorzenie za upokorzeniem. A jego wielka, „niezwyciężona” armia, zamiast mknąć na zachód, drepcze w miejscu, ponosząc coraz większe straty. Czy 24 lutego przyszłoby Wam do głowy, że pod koniec lipca miarą rosyjskich postępów będzie zdobycie, albo utrata, jakiejś wioseczki we wschodniej Ukrainie? Że dowództwo sił inwazyjnych stanie przed dylematem, czy wzmacniać front w Donbasie czy na południu – z obawy przed ukraińskim kontruderzeniem? Sama idea kontrofensywy – dziś mocno już zakorzeniona – trąciła wówczas abstrakcją. Przecież „kilka dni, może tygodni, i będzie po wszystkim”.

„Będzie jak na ćwiczeniach” – wmawiano rosyjskim żołnierzom. Prawie 40 tys. już nigdy w żadnych manewrach udziały nie weźmie. Oglądałem wczoraj filmik, którego bohaterem był jeden z takich pechowców. Obandażowana głowa i dwa kikuty ramion; chłopak nie mógł samodzielnie wypić toastu, jaki w jego imieniu wznosili koledzy. Szklankę do ust przystawił mu inny uczestnik imprezy, na której oblewano medal za odwagę przyznany nieszczęśnikowi. „Nawet se tyłka nie podetrze” – przyznałem w duchu, patrząc na pozostałości rąk. Na oko 20-latek oddał zdrowie i zmarnował życie. Syn Rosji, która przecież nie słynie z przesadnej opieki nad ofiarami losu. Skończy zapewne w jakimś przytułku, przy którym nasze schroniska dla zwierząt to oazy szczęścia i luksusu. Przez ostatnie pięć miesięcy wyzbyłem się wielu ludzkich odruchów wobec rosyjskich żołnierzy. Z satysfakcją oglądałem, jak ich zabijano – im bardziej zuchwale (na przykład, gdy z maleńkiego drona zrzucano granat przez uchylony właz do czołgu), tym szerzej otwierały mi się usta. Nie znosiłem siebie za to, ale i nie potrafiłem obronić się przed poczuciem satysfakcji. Chłopak bez rąk przywrócił we mnie należytą równowagę. Dostrzegłem w nim człowieka i poczułem potworny smutek i żal. Życzyłbym sobie, by to zabijanie i okaleczanie wreszcie się skończyło. Oczywiście nie na warunkach Moskwy, bo ukraińska ofiara – te co najmniej 47 tys. zabitych cywilów i żołnierzy – nie może pójść na marne. I gdy zdaję sobie z tego sprawę, ogarnia mnie bezsilność. Bo przecież dobrze wiem, że Putin nie odpuści. Że choć w tej chwili wojnę przegrywa, zrobi wszystko, by przeciągnąć ją do zimy. „Zachodowi zmarznie dupa, to przestane pomagać Ukraińcom” – kalkuluje wódz orków, przekonany, że odcięcie Ukrainy od wsparcia sprzętowego z zewnątrz pozwoli załatwić sprawę. Tylko czy starczy mu sił?

Dziś trudno o zdumienie, które towarzyszyło nam w pierwszych tygodniach inwazji. „Mój boże, jak ci Rosjanie nie umią w…” – i tu następował kolejny przykład braku rosyjskich kompetencji militarnych. Ileż takich wiadomości wysłałem znajomym z branży… Armia Federacji okazała się kolosem na glinianych nogach, a dziś – po pięciu miesiącach – duża część tego, co w niej najlepsze, już nie istnieje. Żałosne szczątki rosyjskiej potęgi – wraki zebrane pod Kijowem – wędrują po Europie w ramach wystawy „Za wolność naszą i waszą”. Zaś na froncie służą 50-letnie czołgi, wyciągnięte z głębokich magazynów. U wielu z nas lęk przed „ruskim tankiem” zmienił się w drwinę, w założenie, że „mogą nam skoczyć”. Wielu innych rosyjskie porażki skłoniły do refleksji, że w obliczu konwencjonalnych słabości, Kreml z większą swobodą sięgnie po arsenał nuklearny. Jeden lęk zastąpiony został kolejnym, większym, co ma też wpływ na percepcję ukraińskiego konfliktu. Który wydaje się nie do wygrania przez Ukrainę z uwagi na atomówki Rosji. Nie wiem w sumie, co gorsze – czy lekceważenie wroga czy jego przeszacowywanie. Ale wiem też, że choć armia rosyjska to groźny przeciwnik, wojska ukraińskie są w stanie go pokonać. Tak mu napsuć krwi, by wycofał się do domu. USA w latach 60. miały ogromną przewagę nad Wietnamem Północnym – włącznie z bronią atomową – a i tak w połowie następnej dekady wojska amerykańskie zwiały z Azji z podkulonym ogonem. Kijów – niczym kiedyś Hanoi – ma swojego wielkiego brata (w odróżnieniu od sióstr z Europy, uniezależnionego od rosyjskich szantaży energetycznych). Elity polityczne i społeczeństwo są zdeterminowane, by prowadzić walkę, zaś armia – mimo strat – krzepnie. Zginęło wielu doświadczonych ludzi, ale front każdego dnia „produkuje” całe zastępy kolejnych. Miną lata nim ten rezerwuar się wyczerpie.

Problemem jest technika. Wietnamska dżungla w istotnym stopniu niwelowała technologiczną przewagę armii Stanów Zjednoczonych. Geografia Ukrainy takich korzyści nie daje. Wojska rosyjskie weszły do walki korzystając z atutu ilościowej, sprzętowej przewagi. Armia ukraińska – choć niemała – nie była, nie jest i nie będzie w stanie zrównoważyć tego potencjału inaczej niż jakością. W pierwszym etapie wojny udało się to zrobić z wykorzystaniem wyrzutni przeciwpancernych, przeciwlotniczych i dronów – broni relatywnie niskokosztowej. Bitwa o Donbas pokazała, jak ważne są lufy dział i czołgów. Tych ostatnich – przede wszystkim dzięki nam, Polakom – Ukraińcom na razie nie zabraknie, zwłaszcza że straty kompensują dodatkowo znaczną liczbą zdobycznych maszyn. Gorzej z artylerią – tu ukraińskie zdolności wymagają skokowego wzrostu. Dlatego tak ważne są kolejne dostawy amerykańskich Himarsów, holowanych haubic M777, naszych samobieżnych Krabów, niemieckich PZH2000 czy francuskich Ceasarów. Ile to warte, przekonaliśmy się w ostatnich tygodniach – gdy punktowe ataki na stanowiska dowodzenia i magazyny istotnie sparaliżowały działania Rosjan (intensywność ostrzałów rosyjskiej artylerii spadła o 70 proc., o tyle samo zmniejszyły się ukraińskie straty w ludziach). W ostatnich dniach Ukraińcy wzięli na cel także krytyczną infrastrukturę drogową na południowym odcinku frontu. Wspominam o tym, bo choć siedzący w mojej głowie realista każe mi zakładać, że wojna weszła w statyczną fazę – co niesie ryzyko długotrwałych zmagań – to ulokowany tuż obok optymista łączy kropki i dostrzega, że coś się kroi. Ujmę więc rzecz tak: nie będę specjalnie zaskoczony, jeśli na południu dojdzie niebawem do czegoś na wzór chorwackiej operacji „Burza” z 1995 roku. Kontrofensywy, której celem będzie wyzwolenie obwodu chersońskiego.

—–

Nz. Polski PT-91 Twardy. Kto pięć miesięcy temu zakładał, że te czołgi trafią do Ukrainy?/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zależności

500 czołgów, 300 zestawów artylerii rakietowej, 1000 haubic, 50 samolotów wielozadaniowych, setka śmigłowców – tyle trzeba Ukrainie dostarczyć, by mogła wygrać tę wojnę (plus rzecz jasna sporo innej „drobnicy”). Licząc po cenach nowego, zachodniego sprzętu (co nie zawsze jest właściwe, bo na przykład czołgi nie muszą być od razu Abramsami; wystarczy, by był to utrzymany w przyzwoitej kondycji sprzęt posowiecki), mówimy o broni wartej 40-45 mld dolarów. Broni i odpowiednich pakietach – logistycznym, amunicyjnym, szkoleniowym – które zawierają się w cenach jednostkowych sprzętu. Dużo? Dużo. Ale tegoroczna lista najbogatszych magazynu „Forbes” obejmuje 2668 nazwisk miliarderów, którzy dysponują majątkiem wartym 12,7 biliona dolarów. Czyli… 300 razy większym, niż wynoszą ukraińskie potrzeby.

Przyjrzyjmy się tej liście – na jej czele stoi Elon Musk, szef Tesli i SpaceX, mogący się pochwalić 219 mld dolarów. Na miejscu drugim lokuje się Jeff Bezos, ten od Amazona, posiadający aktywa i gotówkę o wartości 171 mld dolarów. Trzeci jest Francuz Bernard Arnault z rodziną (właściciele marek Louis Vuitton, Sephora, Tiffany i innych), z majątkiem wycenionym na 158 mld dolarów. Bill Gates – przez dekady medialna ikona bogaczy – ze 129 mld załapał się dopiero na czwartą pozycję. Na liście jest też siedmiu Ukraińców, z których najbogatszy – Rinat Achmetow – ma do dyspozycji 4,2 mld dolarów, a cała siódemka dysponuje łącznie niemal 12 mld dolarów. To dużo mniej niż wspomniane 40-45 mld, ale… Ale jakoś nie mogę przejść do porządku dziennego nad konstatacją, że są na świecie ludzie – w tym pojedyncze osoby! – którzy dysponują środkami większymi niż wartość elementarnych w tej chwili potrzeb 40-kilkumilionowego narodu. Potrzeb pozwalających na przetrwanie, uniknięcie niewoli, prześladowań, marnego życia w realiach „ruskiego miru”. Jest w tym coś głęboko niemoralnego…

Ale jako socjolog mam też świadomość, jak bardzo skomplikowana jest natura relacji społecznych. Co z tego, że tegoroczny budżet Ukrainy na poziomie 46 mld dolarów w całości wystarczyłby na wspomniany zakup? Co z tego, że ukraińskie PKB – z ostatnich notowań sprzed wojny – warte było ponad trzy razy więcej niż suma potrzebnych zakupów? Co z tego, że budżet wojskowy na bieżący rok największego donatora Ukrainy – Stanów Zjednoczonych – to 720 mld dolarów, że całościowo rząd w Waszyngtonie ma dysponować 6 bilionami dolarów? Że amerykańskie PKB to grubo ponad 20 bilionów dolarów? Że Polska, która tak szczodrze wspiera Ukrainę, planuje w tym roku „zarobić” (w cudzysłowie, bo państwo nie prowadzi działalności zarobkowej) ponad 120 mld dolarów? Że jej PKB za miniony rok to niemal 600 mld dolarów? I mógłbym tak długo, wskazując na konkretne elementy finansów Ukrainy, jej sojuszników, czy nawet wrogiej Rosji (która przypomnę – trzyma za granicą bilion dolarów, jako składowe majątku państwa i „prywatnych” oligarchów), identyfikując kolejne „kupki pieniędzy”, które wystarczyłyby do ocalenia Ukrainy. Tylko że to tak nie działa…

Czytam, że od rozpoczęcia inwazji na wypłaty dla żołnierzy Ukraina wydała 680 mln dolarów, z czego niemal połowa trafiła do personelu bezpośrednio zaangażowanego w działania zbrojne. A przecież wojsko – zwłaszcza na wojnie – to nie tylko wydatki osobowe. A przecież państwo na wojnie to nie tylko wojsko – to cała reszta społeczeństwa, którego nie można z dnia na dzień odciąć od wszystkich usług i świadczeń. Lend-Lease – amerykańska ustawa pomocowa – zakłada, że do Ukrainy trafi wsparcie (nie tylko militarne) o wartości 40 mld dolarów, ale będzie to rozłożone w czasie. A i tak nie wszystkim w Stanach się to podoba. Bo choć 40 mld to ułamek wartości amerykańskiego budżetu, to jednak trudno takie pieniądze wyjąć ot tak. Gdzieś trzeba zabrać, komuś nie dać, z czegoś zrezygnować. Tymczasem równowaga stosunków społecznych jest niezwykle krucha – jeden mały klocuszek wyjęty z niewłaściwego miejsca może spowodować całą serię kolapsów. W skali Pentagonu Lend-Lease to betka, ale to zarazem na tyle duża kwota, że nie da się jej uszczknąć jednorazowo. Trzeba skrobać tu i tam, w taki sposób, by nie naruszyć praw nabytych – na przykład pensji – czy nie wpakować się w spiralę konsekwencji, jak choćby odszkodowań wynikłych z zamknięcia jakiegoś programu lub projektu. Słyszę opinie, że Polska mogłaby oddać Ukrainie wszystkie swoje czołgi. Pozornie ma to sens – byłby to rodzaj inwestycji w bezpieczeństwo, bo Ukraińcy także w naszym imieniu i za nas wykrwawiają rosyjską armię. Ale spójrzmy na bieżące konsekwencje – na utraconą zdolność bojową, na brak szkoleń, na ukryte bądź realne bezrobocie tysięcy członków personelu sił zbrojnych (część należałoby zwolnić, część sama by odeszła wobec braku sensownych wyzwań, reszcie płacilibyśmy „postojowe”). Albo jeszcze inaczej – załóżmy, że rząd RP na rok rezygnuje z wypłat 500 plus, zaoszczędzone środki przeznaczając na materiałową pomoc dla Ukrainy. Miałoby to sens? Miało! Byłoby zgodne z polską racją stanu? Jak najbardziej! A teraz wyobraźmy sobie, jakie byłby reakcje istotnej części beneficjentów programu. Mimo iż w skali Europy jesteśmy absolutnie wyjątkowi w postrzeganiu konieczności prowadzenia wojny aż do ukraińskiego zwycięstwa, nie mam złudzeń, jakby się to skończyło.

Nie można zmusić miliarderów do wyłożenia pieniędzy na ocalenie Ukrainy (czy jakiegokolwiek innego kraju w potrzasku). Trudno odebrać Rosji jej wszystkie zewnętrzne aktywa. Równowaga społeczna opiera się także na respektowaniu podstawowych praw, w tym prawa własności. Musielibyśmy mieć ogólnoświatowy konsensus w sprawie zaboru majątku oligarchów (w stylu „zabieramy i przekazujemy Ukrainie na prowadzenie wojny i odbudowę”), ale to niemożliwe. Zawsze znajdzie się podmiot, który z różnych powodów podważy sensowność takich działań. I w ramach ostrzeżenia czy retorsji zastosuje je wobec innych grup. „Zabieracie majątek rosyjskim miliarderom? Proszę bardzo, my w odpowiedzi nacjonalizujemy zachodnie przedsiębiorstwa w naszym kraju”, taka reakcja Chin wydaje się wielce prawdopodobna. Nie dlatego, że Pekin troszczy się o kieszenie moskiewskich oligarchów, ale dlatego, że przelęknie się o los swoich koncesjonowanych miliarderów. I dlatego, że istnienie „noworuskich” to wentyl bezpieczeństwa, „być albo nie być” kasty rządzącej, bez której nie ma Rosji – a Chinom na utrzymaniu Federacji przy życiu może (jeszcze) zależeć. Poziom komplikacji, współzależności, warunkowanych różnymi okolicznościami sympatii i antypatii jest w relacjach międzynarodowych na tyle duży, że trudno tu o „szybkie i łatwe” rozwiązania.

O czym piszę, bo choć jest we mnie mnóstwo złości na taki świat, jest też poczucie realizmu i odrobina pokory, z którymi miałem ostatnio trochę problemów. Wściekłem się kilka dni temu na wieść, że w najnowszym amerykańskim pakiecie pomocy dla Ukrainy znalazło się zaledwie 18 haubic. Gdy trzeba ich 180. Rozczarował mnie prezydent Emmanuel Macron, deklarujący dosłanie 6 kołowych zestawów artyleryjskich Cezar – gdy należałoby przekazać 60. Sporo było takich „kwiatków”, zostawiających wrażenie, że Zachód sobie powolutku Ukrainę odpuszcza. Ale to nie tak, bo po pierwsze, pomoc cały czas idzie i to coraz szerszym strumieniem. Po drugie, fakt, iż ów strumień nie jest tak szeroki, jak być powinien, wynika również z obiektywnych przeszkód (innych niż kunktatorstwo). Bo spójrzmy na francuskie Cezary – Ukraina dostała już 6 sztuk, 18 jest w trakcie przekazywania, dodatkowe 6, o których mówił prezydent, daje w sumie 30 zestawów. To jedna trzecia wszystkich Cezarów w dyspozycji armii francuskiej. No i zwróćmy uwagę, że jedna taka haubicoarmata to ekwiwalent 5-6 rosyjskich luf. „Niech produkują następne!”, można by rzec. Owszem, ale nie zapominajmy o konsekwencjach polityk bezpieczeństwa, jakie prowadzono w Europie przez ostatnie 30 lat. O demilitaryzacji, zarówno jeśli idzie o wielkość armii, jak i możliwości przemysłów. Spójrzmy na nasze podwórko – darowaliśmy Ukraińcom 18 Krabów, na ponad 50 podpisaliśmy umowę. Huta Stalowa Wola musi się teraz ratować wsparciem z Korei, bo samodzielnie nie byłaby w stanie wyprodukować odpowiedniej liczby podwozi (a trzeba zrekompensować stratę WP oraz realizować wcześniejsze zamówienia). I tak jest wszędzie, w całej Europie – wybudzenia z letargu wymaga nawet potężna w teorii niemiecka zbrojeniówka.

Amerykanie wysłali dotąd już niemal setkę M777 – również znacząco lepszych od swoich odpowiedników – zatem kolejne 18 haubic to jak 60-80 rosyjskich dział. Do tej osiemnastki USA dołożyły 36 tysięcy pocisków. „Mój boże”, pomyślałem w pierwszej chwili. „Przy bieżącym zużyciu wystarczy na sześć dni”. Ale teraz lekcja realizmu. 36 tysięcy pocisków kaliber 155 mm to ładunek o potężnych rozmiarach. Nie da się tego wysłać w kilku samochodach do Ukrainy i w taki sam sposób przewieźć na front. Szybkość musi współgrać z możliwościami ładunkowymi, co oznacza, że najlepiej zrobić to koleją. Zrobić w taki sposób, by amunicja nie musiała być długo składowana, bo Rosjanie polują na magazyny. Polska siec kolejowa różni się od ukraińskiej szerokością rozstawu torów, co „na wejście” komplikuje transport (o takie błahostce jak przerzut przez ocean tylko wspomnę). M777 to dobry przykład, by wskazać inne problemy – emki działają w oparciu o inny system metryczny, co wymaga zmiany nawyków u artylerzystów. I owszem, Ukraińcy szybko się uczą, ale szybko nie zawsze znaczy dobrze. Inny system metryczny, to inne narzędzia do obsługi sprzętu, w efekcie prozaiczna sprawa, jak zgubienie skrzynki narzędziowej (o co przecież łatwo, gdy użytkuje się broń przeznaczoną do wysokiej manewrowości), może uczynić haubicę nieobsługiwalną. Himarsy (wieloprowadnicowe zestawy rakietowe), o które zabiega Ukraina, nie są prostym odpowiednikiem sowieckich Gradów czy Smierczów. To sprzęt naszpikowany wysoką technologią, której trzeba się nauczyć. Itp., itd.

Innymi słowy: czas, przepustowość, moce produkcyjne i bieżąca zasobność donatorów – oto czynniki kanalizujące pomoc materiałową dla Ukrainy. Wszystkie osadzone w gęstej sieci rozmaitych zależności, z których część – jak szerokość rozstawu torów – paradoksalnie była niegdyś sposobem na przecięcie iluś tam niepożądanych relacji.

—–

Nz. Ukraiński Grad w akcji/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Czołgi

Jestem po arcyciekawej rozmowie z moim najważniejszym źródłem po stronie ukraińskiej. Pogadaliśmy, gdyż przygotowuję się do napisania tekstu na temat zastosowania nowych technologii w toczącym się konflikcie. To robota „na zaś”, a już dziś chciałbym się z Wami podzielić ciekawą informacją. Ufam swojemu rozmówcy, ale gwoli uczciwości zastrzegam, że nie robiłem jeszcze krzyżowej weryfikacji. O jakie dane chodzi? Otóż w pierwszym miesiącu wojny używane przez Ukraińców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. Dziś udział zniszczonych w taki sposób czołgów spadł do 30 proc. Kolejne 30 proc. strat to efekt pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do wspomnianego okresu), następne 30 przypisuje się działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. idzie na konto lotnictwa, także tego bezzałogowego (w pierwszym miesiącu artyleria odegrała marginalną rolę w niszczeniu sprzętu pancernego, „brakujące” 20 proc. niemal w całości dotyczyło maszyn rażonych z powietrza).

Co nam to mówi o toczonej teraz głównie w Donbasie wojnie? Kilka rzeczy.

Po pierwsze, skończyła się definitywnie „romantyczna” faza konfliktu, w której lekka piechota polowała na rosyjskie kolumny niczym myśliwi na stada ociężałych zwierząt. Dziś starcia angażują rozmaite rodzaje broni po obu stronach, na znaczeniu stracił element zaskoczenia, decydujący o taktycznej przewadze Ukraińców (piechocie najłatwiej zniszczyć czołg w zasadzce, z ukrycia);

Po drugie, Bayraktary w dużej mierze już „wyszły”. Chyba że z jakichś innych powodów dowództwo sił zbrojnych Ukrainy ogranicza użycie uzbrojonych bezzałogowców na donbaskim teatrze działań. Możliwe, że jest to skutek lepszej ochrony przeciwlotniczej rosyjskich oddziałów – ostatecznie wojskom inwazyjnym towarzyszy cała gama takiego uzbrojenia, a po bolesnych doświadczeniach spod Kijowa, Rosjanie wiedzą już, jak efektywniej się chronić. Z drugiej strony, dociera do nas coraz więcej informacji o operacjach lotniczych w wykonaniu tradycyjnego (załogowego) ukraińskiego lotnictwa. Wiadomo o stosunkowo licznych misjach bezpośredniego wsparcia walczących na ziemi oddziałów, wykonywanych przez samoloty i śmigłowce szturmowe – maszyny znacznie bardziej narażone na zestrzelenie niż drony. Tak czy inaczej, zejście na drugi plan uzbrojonych bezpilotowców wcale nie oznacza, że drony przestały się liczyć. Jest zupełnie na odwrót. To one – w wersjach obserwacyjnych/rozpoznawczych – w istotnej mierze wpływają na skuteczność ukraińskiej artylerii. Odpowiednio naprowadzane lufy „wiedzą” dokąd posłać ogień.

Po trzecie, ukraińskie siły powietrzne, których rzekomo już dawno nie ma, wciąż działają, dowodząc z jednej strony słabości rosyjskiego lotnictwa (które nie wywalczyło sobie „czystego nieba”) oraz rozpoznania (agresor nie potrafi zniszczyć samolotów przeciwnika na ziemi), z drugiej zaś, niesamowitych umiejętności organizacyjnych i taktycznych personelu ukraińskiego (działanie w rozproszeniu, ze stale zmieniających się polowych baz, w oparciu o techniki lotu utrudniające lokalizację i trafienie – to składowe tych kompetencji). Na podstawie innych danych obserwuję wręcz „przebudzenie” ukraińskiego lotnictwa – niewykluczone, że to efekt dostaw sprzętu (amunicji lotniczej i, przede wszystkim, części zamiennych pozwalających na odtwarzanie zdolności bojowych).

Po czwarte, rosnący udział artylerii w niszczeniu najważniejszego elementu rosyjskiego walca, jakim jest czołg-w-swej-masie, wyznacza kierunek zachodniej pomocy. Mocno artyleryjski charakter bitwy o Donbas oznacza, że do Ukrainy powinny trafić kolejne „lufy” – zarówno holowane, jak i samobieżne. Artyleria winna być jednym z głównych obszarów budowania przewagi jakościowej armii ukraińskiej nad rosyjską. Zatem wspomnianym „lufom” musi towarzyszyć odpowiednia liczba radarów pola walki i dronów, będących „oczyma” artylerzystów. Wbrew potocznym opiniom, zachodnie działa nie są lepsze od rosyjskich/sowieckich za sprawą większej donośności (Rosjanie mają broń o podobnych parametrach). O ich klasie decydują wspomniane „oczy”, „inteligentna” samonaprowadzająca się amunicja (na przykład pociski Excalibur, wysyłane do Ukrainy przez Kanadę) oraz wyższa mobilność/manewrowość (na przykład słynne już amerykańskie haubice M777, których ponad setka trafiła na wschód, jakkolwiek są „tradycyjne”, bo holowane, są zarazem wyjątkowo lekkie, co umożliwia ich szybkie dyslokowanie). Rzecz jasna – ale to dotyczy wszystkich rodzajów broni – istotny jest także poziom wykonania. Sowiecka/rosyjska bylejakość seryjnej produkcji wprost przekłada się na żywotność uzbrojenia. Stąd postulat docelowej maksymalnej westernizacji armii ukraińskiej.

Po piąte, wbrew dziwacznym teoriom kryjącym się pod hasłem „armii nowego wzoru”, wojna w Ukrainie po raz kolejny udowadnia, że czołg to nie tylko broń ofensywna, ale i defensywna. Tanki można razić z powietrza, można niszczyć z ręcznych wyrzutni, ale niemniej efektywnym środkiem pozostaje inny czołg. Z zacytowanych danych jasno wynika, że rosyjska pancerna kosa szczerbi się także (ufam, że w końcu złamie…) o ukraiński pancerny kamień. I teraz wyobraźmy sobie, że Ukraińcy swoich czołgów nie mają. Z tej perspektywy patrząc, Polska – posyłając do Ukrainy ponad 200 maszyn – w istotny sposób wzmocniła potencjał ukraińskiej armii.

I to na razie tyle – wrócę jeszcze do tematu w kolejnych dniach.

Nz. Rosjanie przywracają do służby 40-paroletnie czołgi T-62, co oznacza, że coraz bardziej krucho u nich z zapasami sprawnego i (w miarę) nowoczesnego sprzętu…/fot. ilustracyjne za: Mikolaj Susujew

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Orki

Trochę niepostrzeżenie mija nam kolejna rocznica katastrofy w Czarnobylu. Warto o niej wspomnieć z uwagi na towarzyszącą nuklearnej awarii symbolikę. Gdy w kwietniu 1986 roku doszło do eksplozji reaktora RBMK-1000, Kreml próbował sprawę zatuszować. Nie odwołano pochodów pierwszomajowych w miastach zagrożonych opadem radioaktywnym, co wkrótce zemściło się na radzieckim kierownictwie. Ta bezduszność wzmogła bowiem nastroje antysowieckie w Białorusi i Ukrainie, w republikach najbardziej dotkniętych skutkami tragedii. Wraz ze splotem innych okoliczności, wypadek przyczynił się do upadku ZSRR pięć lat później. Ukraińcy nadali mu dodatkowe znaczenie – stał się, obok Hołodomoru, przykładem sowieckiego i rosyjskiego imperializmu oraz pogardy dla ludzkiego życia. Po 2014 roku wykorzystano go w nacjonalistycznej kampanii, promującej antyrosyjskie postawy. Gdy w kwietniu 2016 roku odwiedziłem Muzeum Czarnobylskie w Kijowie, poza eksponatami i multimediami dotyczącymi katastrofy oraz ekspozycją poświęconą wielkiemu głodowi, były tam również zdjęcia z Donbasu, ilustrujące ukraińsko-rosyjskie zmagania.

Zimą 2022 roku do czarnobylskiej zony wkroczyli żołnierze armii rosyjskiej, a ich dowódcy kazali im ryć okopy w skażonej glebie. Trudno o lepszy dowód, że dla Kremla wojsko to nadal „bydło”, nawet przy założeniu, że ryzyko napromieniowania nie było tak duże, jak donosiła część mediów. Bo z drugiej strony, po co były orkom te jamy? Sytuacja militarna nie uzasadniała „prac ziemnych”.

Ale pal licho ruskich sołdatów – dziś w niemieckim Ramstein odbędzie się konferencja ministrów obrony NATO, podczas której uzgodnione zostaną dalsze kroki dotyczące wsparcia militarnego dla Ukrainy. Wiadomo już, że nie będzie to gadanie dla samego gadania; że sojusznicy przyklepią niebagatelny pakiet pomocy dla Kijowa. Oto więc Zachód okazuje swą hojność w rocznicę katastrofy postrzeganej jako zło wyrządzone narodowi ukraińskiemu przez Rosjan. W polityce takie symbole mają ogromne znaczenie.

Pozostając przy polityce – nie milkną opinie na temat asekuranckiej postawy Niemiec w obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę. Głosy krytyki płyną i z kraju, i ze świata, miażdżące dla kanclerza Scholza recenzje wystawiają nawet koalicjanci. Nie będę ich przytaczał, bo sprawa jest dobrze opisana przez media, ale chciałbym zwrócić uwagę na poczynania samych Rosjan. Jak na razie Moskwa odcina kupony od swych działań wobec Niemiec – RFN sporo Ukrainie pomaga, ale zważywszy na potencjał gospodarczy i militarny republiki, jest tego o wiele za mało. Berlin za bardzo się waha i niemal wprost daje do zrozumienia, że nie chciałby Rosjan aż nadto „skrzywdzić”. To oburzające, zwłaszcza w kontekście Buczy i innych rosyjskich zbrodni w Ukrainie, ale jako się rzekło, Moskwa przez lata budowała relacje z Niemcami tak, by prorosyjskość stała się elementem DNA niemieckiej polityki zagranicznej.

Lecz presja sojuszników Berlina nie słabnie i władze Niemiec niebawem będą musiały skapitulować; wejść na dobre w politykę wspierania Ukrainy. W Moskwie to widzą i sięgają po ukryte zasoby. Tak tłumaczę sobie aktywność rozmaitych środowisk w Niemczech, nawołujących do bezwarunkowego wsparcia Rosji. List niemieckich intelektualistów, w którym czytamy, że Ukraina winna skapitulować (a rząd w Berlinie zabiegać o taki scenariusz), to najgłośniejszy ostatnio przejaw rzekomo-obywatelskiego wzmożenia o oczywistych źródłach inspiracji. Tyleż spektakularny, co żałosny, de facto bowiem mamy do czynienia z apelem elity „gorszego sortu”, osób pozbawionych atutu wpływowości i/lub skompromitowanych choćby podejrzeniami o korupcję.

Dlaczego to podkreślam? Na razie wolałbym unikać konkluzywnych twierdzeń; to, o czym piszę, to wstępne intuicje. Otóż przez dekady żyliśmy w przekonaniu o potędze rosyjskiego wywiadu, o jego gęstych siatkach agenturalnych i całych ekosystemach agentów wpływu funkcjonujących w Europie. Paraliżowała nas myśl o zdolnościach tych środowisk, niejako pogodziliśmy się ze świadomością infiltracji przez Rosjan wielu kluczowych dla Europy i Polski instytucji. Umykały nam dowody na nieporadność orkowych spec-służb, na przykład w akcjach podtruwania przeciwników Putina. Gamoni z ruskiego wywiadu rozpracowywali dziennikarze śledczy, pozbawieni warsztatowych i technicznych możliwości profesjonalnych służb śledczych. Mit trwał, tak samo jako przekonanie o potędze i nowoczesności rosyjskiego wojska. Dziś wiemy już, że Rosja nie dysponuje „trzecią armią świata”; że gdyby nie broń jądrowa, działania zbrojne już dawno przeniosłyby się na teren Federacji. Po dwóch miesiącach wojny widzimy, że osławione służby specjalne także nie mogą się pochwalić spektakularnymi sukcesami. Ławrow co rusz grozi NATO ripostą, a strumień zachodniej broni i tak płynie do Ukrainy. Gdzie są zatem ci chłopcy z grup dywersyjnych GRU? Nie ma mowy o paraliżu decyzyjnym w krajach dawnego bloku wschodniego, gdzie – jak sądziliśmy – rosyjska agentura była najsilniejsza. Jest wręcz przeciwnie – państwa nadbałtyckie, Czechy, Słowacja i Polska idą na przedzie peletonu pomocy dla Ukrainy. Jeśli ktoś miał na kogoś kwity, to musiały okazać się słabe. Próby wpływania na opinię publiczną przybierają postać listu „niemieckich intelektualistów” – jeśli tak wyglądają owe słynne siatki agentów wpływu, to daj nam boże takich przeciwników (w wojnie wywiadów).

I mógłbym tak sporo i długo, lecz jedna rzecz mnie niepokoi. Wpadł mi ostatnio w ręce skrypt rozsyłany pośród rodzimych użytecznych idiotów – ewidentnie pochodzący z Rosji, miał bowiem bardzo charakterystyczne błędy językowe. No i w całości poświęcony został technikom nastawionym na obronę „rosyjskich racji” w toczonej na wschodzie wojnie. „Inscenizacje zbrodni” (Bucza), krwiożerczy Ukraińcy, którzy z czasem „dojadą i nas, Polaków”, uchodźcy utrudniający „zwykłym Polakom” dostęp do usług publicznych – sporo było tych „wyjaśnień”, linków do „niezależnych źródeł”; słowem, cały narracyjny pakiet. Zetknąłem się z czymś takim już wcześniej – w odniesieniu do pandemii – i tak jak uprzednio, tak i tym razem widzę owe kalki narracyjne na „niezależnych”, „prawdziwie-polskich”, „racjonalistycznych” i „patriotycznych” stronach, profilach, vlogach czy blogach.

I ta obserwacja przywodzi mnie do niewesołego wniosku. Łatwiej byłoby nam niszczyć siatki agenturalne rosyjskich spec-służb. Paraliżować działania agentury wpływu, która „tylko” – często nawet nieświadomie – dba o odpowiedni wizerunek Rosji w danym kraju. Szpiegów można wyłapać, „wpływakom” pokrzyżować szyki zakazując prorosyjskiej propagandy i banując rosyjską kulturę. Ale – tak podpowiada mi socjologiczna intuicja – znacznie trudniej będzie uporać się ze strukturami myślowymi od dwóch dekad sprzedawanymi nam (Polsce, Zachodowi) przez rosyjskich speców od wojny hybrydowej. Wyjaśnień Buczy pewnie nie kupimy (trudno o bardziej oczywistą zbrodnię), ale wielu z nas już dawno temu kupiło „przywiązanie do tradycyjnych wartości rodzinnych, jakże lepszych od homopropagandy”, przekonanie o tym, że „władza musi być silna, nawet kosztem wolności osobistych obywatela”, antyzachodniość jako cnotę, pewność, że „Zachód się kończy; że jest zły i zepsuty”. Innymi słowy, cały ten syf stanowiący ideologiczną istotę putinizmu. Gdyby chodziło tylko o marginalne środowiska, machnąłbym ręką, ale owo zaczadzenie dotyczy także elit politycznych – w Polsce, w Niemczech, we Francji czy na Węgrzech. Jak wytrzebić orka z naszych własnych głów? Wybić go z łbów politykom? To najważniejsze pytanie „na jutro” w kontekście wojny cywilizowanego świata z Rosją.

Orki tymczasem trzebią się same. Przeżywalność pośród rannych rosyjskich żołnierzy spadła do 30 proc. (dotąd tak niska była jedynie wśród personelu milicji separatystycznych i u kadyrowców). Poza brakiem odpowiedniego wyszkolenia w zakresie technik ratownictwa pola walki, na rosyjskim wojsku mści się „wola Kremla”, który nie chce, żeby zwykli Rosjanie wiedzieli, jak źle jest w Ukrainie. Wojskowych nie wywozi się zatem do Rosji, co mogłoby wywoływać panikę wśród cywilnych pacjentów w szpitalach przygranicza. Ranni żołnierze są zaopatrywani w placówkach polowych, nieliczni tylko trafiają do kraju. Dla najciężej poszkodowanych niedostateczna opieka bądź opóźniony transport zwykle oznacza wyrok śmierci.

Nz. Amerykańskie haubice M777 – jeden z najważniejszych elementów nowego pakietu wsparcia USA dla ukraińskiej armii/fot. US Army.

Postaw mi kawę na buycoffee.to