Marcin(y)

Dziś ważna dla mnie rocznica…

—–

Latem 2009 roku w bazie Giro w Afganistanie stacjonowała nieco ponad setka żołnierzy Wojska Polskiego, w większości spadochroniarzy. Na terenach wokół posterunku roiło się od talibów, de facto więc Polacy żyli w oblężonej twierdzy. Zaopatrzenie dostarczały helikoptery, rzadziej samoloty, które dokonywały zrzutów. Ale w Giro nie chodziło o trwanie, a o „projekcję siły” – patrole regularnie wypuszczały się do okolicznych wiosek. Za dnia paradowali w nich Polacy, nocą wracali talibowie. Tam, gdzie pierwsi bywali częściej, drudzy z czasem pojawiali się rzadziej, nie była to zatem zabawa w kotką i myszkę, a rozłożona w czasie strategia budowania stref wpływów. Kręgów bezpieczeństwa, jak mówiono w Giro, numerując poszczególne pierścienie, gdzie jeden oznaczało najbliższe okolice bazy. Ta strategia wymagała ciągłej mobilności niewielkiego garnizonu, z czym wiązała się intensywna eksploatacja używanego sprzętu. Tymczasem zaplecze logistyczne, w tym serwis rosomaków, znajdowały się w głównej polskiej bazie, „Gazowni”, ulokowanej na obrzeżach miasta Ghazni. Popularne „rośki” – przez Afgańczyków zwane „zielonymi diabłami” – docierały tam na własnych kołach, w ramach powtarzanych co jakiś czas konwojów logistycznych. I właśnie taki konwój, składający się z czterech wozów, rankiem 4 września 2009 r. wyruszył do „Gazowni”.

Oddział dotarł na miejsce po pięciu godzinach, by po kolejnych trzech udać się w drogę powrotną. Tuż przed osiemnastą, trzy kilometry od celu, w drugim kręgu (sic!) doszło do eksplozji miny-pułapki.

– Chłopaki drzemały, ja nie mogłem zasnąć. Czytałem „Apokalipsę według pana Jana” Roberta Szmidta – opowiadał mi kilka dni później jeden z rannych wówczas żołnierzy. – I wtedy walnęło. Nie wiem, co działo się przez następne sekundy. Gdy wróciła świadomość, zobaczyłem kłębowisko ciał. I zacząłem zastanawiać się, dlaczego kolega, Waldi, leży na mnie. Ale to ja leżałem na nim.

Mariusz Mazur, dowódca trafionego wozu, tak wspominał ów moment:

– Dojechaliśmy do wioski, po obu stronach były jakieś zabudowania. Dłużej opłotkami jechać się nie dało, musieliśmy więc wrócić na drogę, co zawsze wiązało się z większym ryzykiem. Maszyna już się prostowała i wtedy pod przedostatnim kołem pierdyknęło. „Mój Boże, oby urwało tylko koło!”, modliłem się w duchu. Ale siadło mi całe auto, wszystkie systemy się wyłączyły. W środku było pełno kurzu i dymu, z tyłu słyszałem czyjeś jęki. „Marcin nie żyje!”, krzyknął któryś z chłopaków. „Który?!”, spytałem, bo na desancie było dwóch Marcinów.

Mazur nie otrzymał odpowiedzi. Wydostał się z wieży rosomaka zaraz po działonowym.

– Uniosłem właz kierowcy i pytam, czy wszystko z nim w porządku. Potwierdził, więc pobiegłem na tył wozu. Jeden z kolegów już wysiadał, za nim zobaczyłem kłębowisko ciał i sprzętu. Zaczęliśmy wyciągać chłopaków.

Pod transporterem eksplodował ładunek formowany kinetycznie. Prosta, chałupnicza konstrukcja, składająca się z pojemnika na materiał wybuchowy, nakryty plastrem miedzi. Eksplozja używanej zwykle przez talibów saletry wyrzucała w górę ów kawałek stopu, a oddziaływujące nań siły formowały go w stożek. Prędkość i gęstość takiego pocisku sprawiały, że przechodził on przez podwozie niczym przez masło. Ktoś, kto znalazł się na jego drodze, nie miał szans na przeżycie. Tym kimś był Marcin Poręba, saper. Siedzących obok kolegów poraziła fala uderzeniowa.

—–Ewakuacja—–

Gdy jedni ewakuowali poszkodowanych ze zniszczonego pojazdu, reszta przygotowywała grunt pod lądowanie śmigłowca medycznego. W ruch poszły karabiny, granatniki RPG, działka rosomaków. Żołnierze przez kilka minut prowadzili ogień zaporowy, strzelając do miejsc, w których mogliby chronić się bojownicy. Helikopter tymczasem zawisł im nad głowami, po czym poleciał dalej i usiadł na lądowisku przy bazie Giro. W Afganistanie każdy patrol utrzymywał łączność z własnym „tokiem” (od ang. TOC, Tactical Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych). W tym przypadku sytuację komplikował fakt, że konwój prowadził „tok” w Giro. Wezwanie o pomoc dotarło najpierw tam, a dopiero potem do TOC w Ghazni, gdzie stacjonowały amerykańskie śmigłowce medyczne. Centrum w Giro dostało prawidłowe namiary od dowódcy konwoju – i takie dane przekazało „tokowi” w Ghazni. Stamtąd współrzędne, w niezmienionej formie, trafiły do Amerykanów. Ci prawdopodobnie założyli, że skoro do ataku doszło tak blisko bazy, ranni zostali do niej dowiezieni. Szczęściem w nieszczęściu, szybko naprawili swój błąd, a siedem minut zwłoki nie kosztowały czyjegoś życia. Ale stan pięciu poszkodowanych i tak był poważny. Jeden z żołnierzy, ze zmiażdżoną u dołu prawą nogą, wiele tygodni później niemal ją stracił. Zawziął się, nie pozwolił na amputację. Po kilkudziesięciu operacjach kończyna wróciła do dawnej sprawności.

Gdy śmigłowiec ewakuacji medycznej zabrał rannych do szpitala w Ghazni, na niebie pojawiły się następne maszyny. Dowództwo polskiego kontyngentu wycofało z innej operacji dwa szturmowe Mi-24, które przez dwie godziny strzegły bezpieczeństwa unieruchomionego konwoju. To były bardzo niebezpieczne chwile, gdyż Polacy stali w pełni księżyca. Gdyby talibowie zorganizowali regularną zasadzkę, użyto by przeciw nim moździerzy. Kilka strzałów wystarczyłoby do zadania wojskowym kolejnych strat. Trudno powiedzieć, czy Afgańczycy mieli takie plany, czy przestraszyły ich huczące nad głowami „diabelskie rydwany”, znane im jeszcze z czasów radzieckiej interwencji. Faktem jest, że do kolejnego ataku nie doszło. A na miejscu wylądował kolejny helikopter, który przywiózł amerykańskich saperów. To oni sprawdzili grunt pod trafionym pojazdem, bez czego nie było mowy o wzięciu rosomaka na hol. Miny-pułapki często podkładano w parach, tak, by uniemożliwić kolejne ruchy uszkodzonej maszyny. „Dobić” ją w razie potrzeby. W tym przypadku pomoc saperów była niezbędna także z innego powodu – Polacy utknęli w terenie, z którego wyjazd prowadził nad przepustem. Tam również mogła kryć się mina.

Przepust okazał się czysty, wozy wróciły do bazy. Następnego dnia na lądowisku dla helikopterów w Ghazni kilkuset żołnierzy pożegnało ciało Marcina Poręby. Nastrojowi powagi towarzyszyło wyraźne poruszenie. „Zielone diabły” już wcześniej wjeżdżały na miny, co kończyło się na urwanych kołach i urazach „wytrzęsionej” załogi – czasem poważnych, nigdy śmiertelnych. Poprzedniego wieczoru nieprzyjaciel przełamał psychologiczną barierę. „Próbowali, próbowali, aż wreszcie im się udało” – podsumował wysiłki talibów jeden z moich mundurowych kolegów.

—–Saper—–

Marcin Poręba służbę w armii rozpoczął w 1997 r., w chwili śmierci miał 31 lat. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Minister Klich awansował go do stopnia sierżanta. I właśnie taki stopień widnieje na grobie Marcina w rodzinnym Szczecynie, wiosce w województwie lubelskim. Pochowano go tam 9 września 2009 r., przy zachowaniu wojskowego ceremoniału. W pogrzebie udział wzięli przedstawiciele władz państwowych i dowództwa armii – minister obrony, stojący na czele BBN Aleksander Szczygło oraz szef Sztabu Generalnego WP, gen. Franciszek Gągor.

– Tylu ważnych gości nasza wioseczka nigdy jeszcze nie gościła – zauważyła po latach Zofia Poręba, mama poległego sapera.

Marcin miał trzy siostry i dwóch braci. Ze wspomnień matki wyłania się obraz wesołego i wiecznie zajętego dziecka. Gdy wyrósł z podwórka, dołączył do harcerstwa, a później do ochotniczej straży pożarnej. Wiecznie na zbiórkach i wyjazdach, z których przynosił do domu kolejne dyplomy i wyróżnienia. Udzielał się też artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie. Przygodę z wojskiem zaczął od służby zasadniczej. Najpierw trafił do Koszalina, a potem do Szczecina, do tamtejszej jednostki przeciwlotniczej. Mimo początkowych wahań, zdecydował się na służbę nadterminową, a w 2001 r. przeniósł się do szczecińskiego pułku saperów. Latem 2003 r. wyjechał do Iraku, jako żołnierz pierwszej zmiany polskiego kontyngentu. Wcześniej ożenił się z dziewczyną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – wspominał poległego przyjaciela chor. Jarosław Kościelak. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest siedemset kilometrów, a on w każdej chwili gotów był wracać.

– Chciał jechać do Afganistanu? – spytałem chorążego.

– Oczywiście. Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

Poręba wyleciał pod Hindukusz wiosną 2009 r. Najpierw trafił na posterunek Karabach, a później do bazy Giro. Dowodzona przez Marcina sekcja saperska odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, nazywanych przez żołnierzy „ajdikami”.

– Gdy wychodził sprawdzić przepust, na przód kolumny, odsłonięty, mógł liczyć na wsparcie reszty patrolu – mówił o Porębie Mariusz Mazur. – Ale to on ryzykował najwięcej. Wiele mu zawdzięczamy, był naszym aniołem stróżem.

—–Dom—–

– Dla mnie to był trudny czas – w słowach matki Marcina groza mieszała się ze smutkiem. – Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon i słyszę: „mamo, pamiętajcie ogrodzić moją działkę”. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to teraz, proszę”. Jakby jakieś przeczucia miał. Parę dni później, trochę pod wpływem tej rozmowy, zaczęliśmy z młodszym synem i synową budować huśtawkę. Dla Marcina i Szymona, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Huśtawka nie pomogła. Wieczorem 4 września 2009 r. Zofia Poręba wyszła właśnie z obrządku.

– Zobaczyłam w dole wojskowy samochód. Zaraz za naszym gospodarstwem kończy się droga, ale ja miałam nadzieję, że to nie do nas, że auto pojedzie dalej. Zatrzymało się koło domu…

Domu, z którego jeszcze kilka lat temu można było dojrzeć pobliski cmentarz. I upewnić się, że znicze na grobie Marcina nadal się palą. Później widok przesłoniły drzewa – wąziutki zagajnik nasadzony wzdłuż cmentarnego płotu dla lepszego wydzielenia sacrum od profanum. Wzrastające drzewa to dobra ilustracja mijającego czasu – tego, że życie toczy się dalej. Zresztą, gdzieżby indziej szukać lepszego przykładu, jak nie w Szczecynie. Miejscu-symbolu, które 2 lutego 1944 r. zostało spacyfikowane przez kilkutysięczną ekspedycję niemiecką. Okupanci zamordowali 368 osób – w tym wiele kobiet i dzieci. Spalili też szkołę i 142 gospodarstwa wraz z żywym inwentarzem. I choć nie został kamień na kamieniu, wioska się odrodziła.

Żałoba nie złamała rodziców Marcina, ale wpłynęła na ich dalsze życie. Odtąd istotna jego część wiąże się z pielęgnowaniem pamięci o synu. Poręba stał się miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, na przykład w ramach motocyklowych rajdów dedykowanych poległym. Rokrocznie to co najmniej kilka różnych okazji, każda staje się pretekstem do odwiedzin w domu Porębów. A ci chętnie przyjmują gości, szczególnie kolegów, z którymi Marcin służył w Giro. Po latach można już mówić o tradycji zapoczątkowanej w pierwszą rocznicę śmierci. Wtedy na cmentarzu w Szczecynie zjawiła się większość uczestników feralnego konwoju. Tak było rok później i podczas kolejnych uroczystości.

– Wszyscy ciągle powtarzają, że przyjeżdżają „do Marcina” – relacjonowała mi swego czasu pani Zofia.

—–Reporter—–

Ja również chciałem pojechać do Marcina, brałem bowiem udział w opisanym konwoju. Nie wszystko widziałem na własne oczy – jechałem w czwartym wozie, Marcin w pierwszym. Wybuch, który wyrwał mnie z półsnu, usłyszałem jako przytłumiony odgłos.

– Moździerz!? – krzyknął wówczas Wojtek, dowódca sekcji desantowej, a jego podwładni zaczęli poprawiać hełmy i przeładowywać broń. Pamiętam te sekundy napięcia, nim wreszcie podano przez radio, że to „jedynka” wjechała na „ajdika”. Działonowy zaklął paskudnie, a eter wypełnił się kakofonią dźwięków. Z potoku meldunków i pytań trudno było wyłapać informację o tym, co stało się z ludźmi z trafionego pojazdu. Ale niebawem wiedzieliśmy już, że jeden żołnierz zginął, a co najmniej dwóch zostało rannych. – Spokojnie. Może panikują… – uspokajał kolegów Wojtek. Miał osobisty odbiornik i słuchawkę w uchu, słyszał i rozumiał więcej niż my. – Ajdik poszedł w desant – relacjonował. – Wzywają medevac.

Bałem się okrutnie. Na kilka minut mnie sparaliżowało – jakby mi ktoś przyspawał nogi do podłogi. Później ta chwila słabości długo we mnie pracowała, wstydziłem się jej. Chcąc ją unieważnić, pakowałem się w kolejne wyjazdy, w następne wojny, a w nich w sytuacje, w których trudno już mówić o odwadze, bo trzeba powiedzieć o głupocie. Lecz nie z tego powodu unikałem uroczystości w Szczecynie. 4 września 2009 r., na odprawie przed wyjazdem konwoju, przydzielono mnie do ekipy Wojtka. Ktoś jednak uznał, że dziennikarz nie powinien znajdować się w czołowym wozie – i „mojego” rosomaka przesunięto na koniec kolumny. Jako pierwszy miał jechać „rosiek” z Marcinem Porębą na pokładzie. Moim imiennikiem, co po wszystkim nabrało dodatkowego symbolicznego wymiaru. Obwinianie się o śmierć Marcina było procesem, początkowo subtelnym, uruchomionym jeszcze 4 września. Późnym wieczorem przypadkiem natknąłem się na inwentaryzację sprzętu ze zniszczonego rosomaka i na stole, pośród innych gratów, zobaczyłem zakrwawioną kamizelkę sapera. Potem było już tylko gorzej.

W 2016 r. przyjąłem propozycję Centrum Weterana i dołączyłem do grona autorów książki poświęconej Polakom poległym w Iraku i Afganistanie. Postanowiłem, że napiszę m.in. o Marcinie. Zadzwoniłem do pani Zofii.

– Ponad sześć lat czekałam na ten telefon – usłyszałem w słuchawce.

Mimo przyjaznego przyjęcia, nie byłem gotowy na rozmowę o moim poczuciu winy. Nadal też odrzucałem zaproszenia na uroczystości w Szczecynie. Pojawiłem się tam w 10. rocznicę śmierci Marcina. Godzinę rozmawiałem z panią Zofią i panem Genkiem, w pokoju pełnym pamiątek po ich synu.

– Tak widocznie musiało być – orzekli zgodnie. Bałem się tej rozmowy, a podczas niej poznałem ludzi, którzy potraktowali mnie jak bliską osobę. Niemal jak syna. – Jesteś Marcin, to nie przypadek – stwierdziła pani Zofia. Twarz miała pogodną, mnie zaszkliły się oczy. Potrzebowałem 10 lat, by zakończyć tamten konwój, ale wreszcie się udało. Rana pokryła się blizną.

– Usiądź z nami – usłyszałem tuż przed wyjazdem do domu. Usiadłem więc między Zosią i Genkiem, ściskając mocno ich spracowane dłonie. Na ławeczce przygotowanej przed laty dla mojego imiennika.

—–

Wspomniana w tekście książka nosi tytuł „W naszej pamięci. Irak, Afganistan 2003-2014” (Warszawa 2016, wyd. Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa). Część zawartych we wpisie wypowiedzi pochodzi z rozdziału pt.: „Marcin Poręba”, bądź jest efektem rozmów prowadzonych przeze mnie podczas zbierania materiału.

Nz. Grób Marcina Poręby w rodzinnej wiosce/fot. własne

Ostrzeżenie

„To pierwszy taki przypadek w historii”, orzekli entuzjaści dronów i militarni analitycy. Jaki? Ano Ukraińcom powiódł się atak przy użyciu bezzałogowca, którego celem był helikopter w locie. Zdarzenie zarejestrowano w rejonie walk toczonych w obwodzie kurskim, gdzie wtargnęły oddziały armii ukraińskiej. Trafiona maszyna to szturmowy Mi-28, będący na wyposażeniu wojsk rosyjskich.

Po prawdzie nie znamy losu helikoptera. Ujawnione nagranie kończy się w momencie uderzenia. Jak poważne uszkodzenia odniosła maszyna? Jej załoga przerwała lot? Śmigłowiec spadł? Mnożą się spekulacje, a solidnych dowodów brak, choć samo przechwycenie oczywiście jest sukcesem ukraińskich droniarzy.

Lecz nie o śmigłowcach i dronach chcę dziś pisać. Dla porządku dodam tylko, że rosjanie stracili we wtorek w obwodzie kurskim inny helikopter – niezwykle cenny dla nich Ka-52 (co akurat zostało dobrze udokumentowane).

—–

A teraz do sedna, czyli samej operacji w rosji. O co chodzi Ukraińcom, którzy wdarli się na głębokość kilkunastu kilometrów w przygranicznym pasie szerokim na 30 km (dla tych, którzy czytają o tej akcji po raz pierwszy: zaczęło się wczoraj, ZSU uderzyły z okolic Sumów, ukraińskie oddziały kierują się w stronę rosyjskiego miasta Sudża).

Nie wiemy, co „siedzi” w głowach ukraińskich planistów, możemy co najwyżej pospekulować. W tej chwili w obiegu jest kilka hipotez – wspomnę o nich i dorzucę też własne.

Wedle jednej, Ukraińcom chodzi o wyszarpanie skrawków rosyjskiego terytorium, by poprawić pozycję negocjacyjną podczas – i tu drugi element powziętego założenia – zbliżających się rozmów pokojowych. Nie brzmi to głupio, wszak obecnie znaczniej prościej jest zająć rdzennie rosyjskie tereny, niż próbować odbijać okupowane obszary Ukrainy (vide: sromotna porażka kontrofensywy na Zaporożu). Pewność siebie rosjan, którzy nie zabezpieczyli granicy z Ukrainą, bądź zabezpieczyli w niedostatecznym zakresie, oraz „krótka kołderka” armii federacji, pracują tu na korzyść ZSU. Gdzie słabość tej koncepcji? Ukraińcy nie posłali w bój patałaszej zbieraniny z tzw.: korpusu rosyjskiego (składającego się z „odwróconych” rosjan), a oddziały z własnych co najmniej dwóch elitarnych brygad – co sugeruje poważne zamiary.

No ale skala działań wciąż wydaje się mocno ograniczona – bierze w nich udział kilkuset żołnierzy, około 2-3 tys. koncentruje się w rejonie Sumów, ukraińskiego miasta będącego zapleczem operacji. Do zajęcia rosyjskiej Sudży to pewnie wystarczy, ale czy pięciotysięczne miasteczko to dość „ambitny” cel? Jego przejęcie byłoby dla rosjan propagandowym ciosem, ale los miejscowości w ewentualnych negocjacjach nie miałby moim zdaniem żadnego znaczenia. Nie udałoby się „przehandlować” Sudży i okolic za jakieś istotne dla Ukrainy i rozległe terytoria. A wymiana „jeden do jednego” (licząc powierzchnią) podważa sensowność przedsięwzięcia.

Chyba że Ukraińcy dopiero się rozkręcają, zadysponowane siły są znacznie większe (to, że nie ma ich jeszcze na miejscu, nie podważa sensowności takiego rozumowania), a plany dużo ambitniejsze. Mając w rękach Kursk (88 km od granicy), Kijów zyskałby solidny argument negocjacyjny. Tyle że taki scenariusz nie wydaje mi się prawdopodobny, wziąwszy pod uwagę szczupłość ukraińskich rezerw.

Z jeszcze innej perspektywy patrząc – latem zeszłego roku pięć tysięcy wagnerowców przewędrowało setki kilometrów do Moskwy, po drodze z marszu biorąc Rostów nad Donem. Oprychy mogły, a profesjonalne wojsko nie? Ale tu znów włącza się krytycyzm. Pamiętacie Krynki – przyczółek na wschodnim brzegu Dniepru, w okolicach Chersonia, trzymany przez wiele miesięcy przez Ukraińców? W trakcie walk o wieś zginęło i zostało rannych około czterech tysięcy ukraińskich żołnierzy, a i tak ZSU musiały opuścić pozycje. Zabito tam mnóstwo rosjan, zniszczono im setki sztuk sprzętu ciężkiego, ale przyczółek swojej roli nie spełnił (nie stał się punktem wyjścia dla większej operacji zaczepnej). Boje o Krynki uchodzą za jedną z najbardziej kontrowersyjnych operacji armii ukraińskiej; słusznie czy nie, niosą istotne wnioski. Otóż nie da się utrzymać wojska na nieprzyjaznym terenie bez odpowiedniego logistycznego wsparcia oraz parasola powietrznego. Spadochroniarzy, którzy bronili Krynek, dzieliła od swoich kłopotliwa wstęga Dniepru, a w powietrzu nie było żadnego sojusznika. Okresowo nie mieli czym walczyć, jak się rotować, ewakuować rannych, a w ostatnich tygodniach zmagań byli bezwzględnie wybombardowywani. Taki sam los mógłby spotkać „rajdowców” operujących w obwodzie kurskim. Być może ukraińska logistyka i lotnictwo podołałyby zadaniu, ale czy nie wiązałoby się to ze zbyt dużymi kosztami? Przecież wcale nie jest tak, że w Donbasie czy na Zaporożu Ukraińcy mają pełną kontrolę nad sytuacją. Tam, jakkolwiek skutecznie blokowani, to rosjanie posiadają inicjatywę operacyjną. No ale, na wojnie nie da się nie ryzykować – w którymś momencie tylko zuchwałe działania mogą przynieść upragniony (nawet jeśli umiarkowany) sukces.

A skoro o umiarkowaniu mowa – bardziej przemawia do mnie inna koncepcja. Ukraińcom może chodzić o „zrolowanie frontu”. Mam na myśli charkowski odcinek, otwarty w maju; rosjanie zostali tam pokonani, ale nie wyparto ich z kilku przygranicznych wiosek i ze zrujnowanego Wołczańska. Uderzenie z flanki, z groźbą wyjścia na tyłu okupujących fragmenty Charkowszczyzny rosjan, mogłoby ich zmusić do odwrotu. Co zyskaliby na tym Ukraińcy? Propagandowo sporo, mogliby bowiem ogłosić całkowitą klęskę rosyjskiej operacji charkowskiej, a ponowna deokupacja terenów na północ od Charkowa przyniosłaby ulgę miasteczkom i wsiom „przytulonym” do metropolii, będącym obecnie w zasięgu rosyjskiej artylerii. „Wyjęcie” do tego zadania kilku tysięcy żołnierzy elitarnych formacji nie wydaje się dużym kosztem. Po pierwsze, z uwagi na wspomniane efekty, po drugie, z założenia byłaby to operacja krótkotrwała, przerwana po wycofaniu się moskali z Charkowszczyzny.

Trzecia hipoteza – popularna zwłaszcza wśród (że tak to ujmę) „ukrainosceptyków” – kładzie nacisk na kwestie propagandowe. Przypisuje Ukraińcom brak zamysłu operacyjnego, całą akcję sprowadzając do chęci pokazania – swoim i światu – że „możemy i potrafimy atakować”. Ku pokrzepieniu serc, ewentualnie (w czym kryje się cień racjonalności), by wymusić większe dostawy zachodniego sprzętu – „bo zobaczcie, co my potrafimy nim zrobić!”. Wyjaśnień jest oczywiście więcej, ale szkoda mi na nie uwagi, wszak zwykle to – świadomy lub nie – (pro)rosyjski bulgot.

—–

A teraz czas na moje własne hipotezy.

Nie da się wykluczyć, że ukraińskie uderzenie ma charakter wyprzedzający. O zagrożeniu obwodu sumskiego mówi się już od dawna, zwłaszcza po rosyjskim uderzeniu w rejonie Charkowa. Nie traktowałem poważnie doniesień o rosyjskich planach ponownej ofensywy przez Sumy na Kijów, bo moskale nie są to tego zdolni (nie mają dość sił). Ale „namieszanie” w regionie – tak jak namieszali niedawno na Charkowszczyźnie – już było i jest w ich zasięgu. No więc Ukraińcy postanowili pokrzyżować te plany – z własnej inicjatywy wejść w kontakt bojowy z jednostkami przeciwnika, wykrwawić je, a następnie wrócić na pozycje wyjściowe.

Analitycy zauważają, że odziały ZSU wsunęły się w obwód kurski jak nóż w masło, mając naprzeciw siebie tyłowe formacje, w tym tchórzliwych ahmetowców (którzy z miejsca dali nogę). Czyli nikt tam (po rosyjskiej stronie) nie sposobił się do rajdu na Sumy? No niekoniecznie – rosjanie wiedzą, że Ukraińcy mają zielone światło do używania zachodniej broni w przygranicznych obszarach rosji. Więc o ile jakiś czas temu mogli pozwolić sobie na koncentrację oddziałów przy samej granicy, teraz już nie mogą – bo dalekonośna i precyzyjna zachodnia artyleria przemieliłaby je, zanim jeszcze zaczęłyby atakować Ukrainę. Ta hipoteza zakłada więc, że rosjanie niebawem rzucą do walki większe siły, teraz skoncentrowane kilkadziesiąt kilometrów od granicy. Sądząc po docierających do mnie informacjach, tak właśnie się dzieje.

I na koniec scenariusz według mnie najbardziej prawdopodobny (tak długo, jak mamy do czynienia z ograniczonym rozmachem działań).

Najpierw jednak odrobina wprowadzenia. Ukraińcy boją się wizji zamrożonego konfliktu – „wojny sporadycznej”, toczonej „od czasu do czasu”, cechującej się „falowymi wzmożeniami”. Z rozmów, jakie przeprowadziłem w ostatnich tygodniach, wyłania się obraz tych lęków. Ma on dwie zasadnicze składowe – pierwsza wiąże się z ryzykiem rosyjskich ataków rakietowo-dronowych, druga dotyczy akcji pacyfikacyjnych, przeprowadzonych na niewielkim obszarze w rejonie linii rozgraniczenia/frontu/granicy. „Oni nie dadzą nam spokoju. Co jakiś czas uderzą w którąś z naszych elektrowni lub wpadną, żeby zniszczyć kolejne miasteczko, jak Wołczańsk”, oto istota tych wizji.

Podzielają je zwykli ludzie, podzielają wojskowi i politycy. Nie da się wykluczyć, że operacja w obwodzie kurskim to sposób na redukcję zagrożeń. Na pokazanie, że „my też potrafimy się odgryźć, uważajcie!”. Siły Zbrojne Ukrainy po wielokroć udowodniły, że są w stanie atakować z powietrza elementy krytycznej infrastruktury nawet w głębi rosji. Teraz – w myśl tej hipotezy – zamierzają udowodnić, że są w stanie z powodzeniem penetrować przygraniczne terytorium przeciwnika. Nie na zasadzie krótkotrwałego rajdu w wykonaniu kilkudziesięcioosobowego komanda, ale w realiach liczniejszej i dłuższej obecności.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli spodobał się Wam ten tekst, szerujcie go proszę. Pamiętajcie również o tym, że piszę głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Trzeba mi ich jak diabli, bo ostatnio ze zbieraniem środków na raport jest „tak se”. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zestrzelony wczoraj Ka-52. Pilot nie przeżył, nawigator został ranny/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Limit

Oczywiście bardzo mi zależy na wzroście możliwości obronnych Polski. Gotów jestem zaciskać pasa, by w perspektywie najbliższej dekady siły zbrojne RP osiągnęły zdolność odstraszania nominalnie większych i silniejszych armii. Nie chcę dla Polski losu Ukrainy, chcę, by rosja – w jakiejkolwiek formie to przetrwa – nawet nie próbowała nas atakować, licząc, że może się uda.

Ale jestem realistą i po prostu nie wierzę w możliwość spełnienia militarno-zakupowych obietnic PiS. Guzik będzie z tych 500 himarsów, dobrze będzie, jeśli skończy się na 50. Niebawem zacznie się przycinanie oczekiwań pod rzeczywistość, przede wszystkim finansową. No i produkcyjną, bo przecież sprzętu z piachu się nie ukręci, a przepustowość i moce nawet tych największych zbrojeniowek jakoś szczególnie imponujące nie są (co wynika także ze stopnia skomplikowania współczesnych systemów obronnych).

W związku z tym jakoś nie cieszy mnie zapowiedź kupna 96 śmigłowców szturmowych Apache, która padła dziś z ust ministra Błaszczaka. To najlepsza tego typu maszyna na świecie, w takiej liczbie stanowiłaby mur nie do przejścia dla rosyjskich wojsk pancernych – nawet po ich odbudowie do poziomu sprzed pół roku i wysyceniu T-14 Armatami. Tyle że jeden taki śmigłowiec kosztuje nieco ponad 35 mln dol., prawie setka to wydatek rzędu 3,5 mld dol. Przemnóżmy to po dzisiejszym kursie razy 4,7. A co z pakietem szkoleniowym, logistycznym, uzbrojeniem? No i pamiętajmy, że koszt zakupu to zwykle 1/3 sumy, jaka wydana zostanie w całym cyklu eksploatacyjnym danej broni (współcześnie to jakieś 40 lat).

Pieniądze to nie wszystko. Apache nie są dostępne od ręki (zwłaszcza w konfiguracji, o której mówił Błaszczak). A kolejka krótka nie jest. Gdybyśmy dziś do niej stanęli, pierwsze śmigłowce dla nas zaczęto by produkować za 50 miesięcy. Przekazywanie klientowi pojedynczych egzemplarzy mija się z celem (nie da się efektywnie prowadzić szkolenia na kilku maszynach), zatem dopiero gdzieś po 10 latach (od teraz) mielibyśmy pierwszą eskadrę. Która potrzebowałaby kolejnych kilku lat na osiągnięcie gotowości bojowej. Przy takich uwarunkowaniach cały projekt (pozyskania i wdrożenia 96 maszyn) udałoby się zamknąć w ciągu 20 lat. Czyli licząc od dziś w 2042 roku. A przecież jeszcze w kolejce nie stanęliśmy (na razie zapytaliśmy Amerykanów, czy byliby gotowi nam ten sprzęt w takiej liczbie sprzedać). Na odpowiedź poczekamy pewnie parę miesięcy.

Idźmy dalej. Dotąd mieliśmy w linii jednorazowo najwyżej 30 maszyn tej kategorii – słynnych Mi-24. Jakkolwiek efektowne (ba, piękne!) „hokeje” to dziś przestarzała broń. Schyłkowa, biorąc także pod uwagę ich poziom wyeksploatowania. Armia od lat boryka się z problemem niedostępności załóg – niepewna przyszłość śmigłowcowego lotnictwa szturmowego skutkowała odejściami ze służby. Co z tego, że Afganistan dał liczony w setki godzin na głowę nalot – był więc kuźnią kadr – skoro dziś większość tego personelu jest już pod kapeluszem. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie nie bylibyśmy w stanie wysłać na szkolenia ekip dla choćby jednej trzeciej ewentualnie zamówionych „śmigieł”.

Oczywiście, czas potrzebny do realizacji kontraktu daje sposobność do wyszkolenia nowych kadr. Tylko na czym je szkolić? Ponoć rozważana jest opcja leasingu używek, co wydaje się sensownym rozwiązaniem (tak jak ewentualny leasing nowych maszyn; takie rzeczy już się w branży wojskowej robi), ale wiąże się z kolejnymi kosztami.

Czy podołamy? Przecież „śmigła” to tylko jeden z wielu programów zbrojeniowych.

Do tej pory mowa była o 32-36 maszynach, skąd więc trzy razy tyle? Ano stąd, że zapytano wojskowych o oczekiwania maksimum (sky is the limit, panowie). No to je sprecyzowali.

A ja – i oni pewnie też – będę się cieszył, jak stanie na tych 30-kilku sztukach. Bo to i tak byłaby siła. Ale dopiero jak stanie – będzie umowa, nie 'wyrażenie woli”.

—–

Nz. Mi-24 podczas startu w bazie Ghazni w Afganistanie. Zdjęcie zrobiłem jesienią 2013 roku

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nieloty

Miały być 3 miliardy euro offsetu i ponad trzy tysiące nowych miejsc pracy (w Łodzi, Radomiu i u mniejszych poddostawców z całego kraju). Byłby ośrodek badawczy dla co najmniej 30 inżynierów. Połowa maszyn powstałaby w Polsce, pierwsze trafiłyby do armii w 2017 roku. Lotnicy spod znaku biało-czerwonej otrzymaliby trzy symulatory (pod jeden, w Darłowie, postawiono już fundamenty), zyskując niezależność szkoleniową. Komandosi, marynarze i żołnierze wojsk lądowych mieliby maszyny z najwyższej półki, w przypadku dwóch pierwszych rodzajów sił zbrojnych w liczbie zaspakajającej niezbędne potrzeby. Z 50 zamówionych śmigłowców dziś latałoby ponad 30, ostatnie Wojsko Polskie odebrałoby w przyszłym roku.

Niestety, pięć lat temu na drodze do urzeczywistnienia tych planów stanął Antoni Macierewicz. Ówczesny szef MON stwierdził, że francuskie Caracale są za drogie (kosztowały tyle, ile zobowiązania offsetowe), i że on znajdzie lepszą alternatywę. Skończyło się na szumnych zapowiedziach i kupnie… czterech maszyn dla sił specjalnych. Po drodze za to pojawiło się sporo wątpliwości co do rzeczywistych intencji Macierewicza, stojących za decyzją o unieważnieniu kontraktu z Airbusem. Warto mieć nadzieję, że po upadku rządów PiS temat ten zostanie podjęty przez komisję śledczą. Niezależnie od tego, wojsko już teraz zmaga się ze skutkami rezygnacji z zakupu śmigłowców wielozadaniowych. A problem nie dotyczy tylko armii – bez helikopterów trudno wyobrazić sobie ewakuację z terenów powodziowych, pomoc ofiarom karamboli (samo Lotnicze Pogotowie Ratunkowe wówczas nie wystarcza), czy choćby przerzucanie pacjentów z przepełnionych szpitali, z czym w pandemii mamy do czynienia na co dzień.

Na papierze sprawy nie wyglądają tak źle – cała flota śmigłowcowa WP liczy obecnie 248 maszyn jedenastu typów. Pośród nich znajdują się 54 helikoptery transportowe (Mi-8/17) i morskie (Mi-14) – i to właśnie je miały zastąpić Caracale. Poradzieckie Mi są solidne, sprawdzone w ekstremalnych warunkach, lecz z przyczyn natury politycznej niezastępowalne przez nowe egzemplarze. W sytuacji, gdy średni wiek tych maszyn wynosi niemal 40 lat (najstarszy Mi-8 to… 50-latek), nie mogą dziwić nieoficjalne informacje, że do lotu zdolnych jest najwyżej 25-30 proc. śmigłowców. W przypadku Mi-14, służących m.in. do ratownictwa morskiego (misje SAR), taki stan rzeczy oznacza nie tylko problemy ze szkoleniem załóg, ale też ryzykowanie życiem ofiar katastrof na Bałtyku, którym Polska zobowiązana jest nieść pomoc. Cykliczne remonty „czternastek” nie zmienią faktu, że płatowce maszyn nie mają dawnych parametrów wytrzymałościowych, silniki zaś są wyżyłowane. To z tych powodów Mi-14 nie siadają już na wodzie – do czego konstrukcyjnie zostały przystosowane – a rozbitków podejmują z zawisu, przy użyciu wciągarek. Nie są to zresztą maszyny oryginalnie przystosowane do misji ratunkowych – pierwotnie wykorzystywano je jako śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych (ZOP). Marynarka musiała jednak zlecić ich przebudowę, gdy „czternastkom” latającym w misjach SAR skończyły się resursy.

Silni homeopatycznie

Przypomnijmy, w kontrakcie z Airbusem mowa była o 14 Caracalach w wersji morskiej – sześciu ratowniczych i ośmiu ZOP. W 2019 roku rząd PiS podpisał umowę z włoską grupą Leonardo na dostarczenie czterech śmigłowców dla Marynarki Wojennej RP. Maszyny AW101 Merlin dotrą do nas do końca przyszłego roku, pełną gotowość do służby osiągną w 2024 roku. Kupimy je za cenę jednostkową wyższą od Caracali (całość zobowiązania wynosi 1,65 mld złotych), nie zyskując przy tym żadnych korzyści offsetowych. I co najważniejsze – Merliny będą ewenementem na skalę światową, łącząc w sobie cechy śmigłowców ratowniczych i ZOP. W tym przypadku nie znaczy to nic dobrego, bo samo przygotowanie odpowiedniej konfiguracji zabierze czas, którego w sytuacji kryzysowej może po prostu zabraknąć. Tonący ludzie nie będą przecież czekać, aż ekipa z Darłowa przystosuje maszynę przewidzianą do misji ZOP do lotu ratunkowego. A przy czterech śmigłowcach nie ma co liczyć na gotowość do startu więcej niż dwóch maszyn jednocześnie; takie są lotnicze realia (załogi muszą odpoczywać, śmigłowce wymagają przeglądów i napraw). Z wojska już dziś słychać głosy, że ratunkowy charakter AW101 pozostanie jedynie opcją teoretyczną – lotnictwo morskie bardziej bowiem potrzebuje maszyn ZOP.

Merliny w zastępstwie Caracali to typowy przykład homeopatycznej modernizacji wojska, z jaką mamy do czynienia za rządów PiS. Były już antyrakiety Patriot i wyrzutnie Himars, których winniśmy kupić co najmniej cztery razy więcej. Były samoloty F-35, których realnie trzeba nam dwa razy tyle, pod warunkiem wszak, że zmodernizujemy wojska lądowe; w przeciwnym razie nie wykorzystamy 90 proc. zdolności nowych „efów”. I wreszcie były też wspomniane śmigłowce dla komandosów. Kontrakt z Francuzami zakładał dostarczenie siłom specjalnym ośmiu doskonale wyposażonych Caracali. Po jego zerwaniu, „specjalsi” ponad trzy lata czekali na obiecane przez Macierewicza inne maszyny. Ostatecznie, w grudniu 2019 roku, przekazano im cztery Black Hawki zmontowane w należących do Amerykanów zakładach w Mielcu. Przy cenie niemal 700 mln złotych za cały kontrakt, jednostkowa cena BH była o jedną czwartą niższa niż w przypadku Caracala. Ale coś za coś – amerykańska maszyna ma dużo skromniejsze możliwości transportu ludzi i ekwipunku. Szczęściem w nieszczęściu komandosów nadal obsługują najmłodsze maszyny z flotylli Mi-17, choć nie można zapomnieć, że ich intensywna eksploatacja wkrótce wymusi kolejne zakupy.

Trwała niezdolność

A z tym może być problem – na nowe „śmigła” z biało-czerwoną szachownicą szybko się nie zanosi. Pod koniec marca br. Inspektorat Uzbrojenia poinformował o bezterminowym zawieszeniu „Perkoza” – programu zakładającego pozyskanie do 2026 roku 32 średnich śmigłowców wielozadaniowych. Miały one zastąpić najstarsze maszyny dwóch typów – W-3 Sokół i przede wszystkim Mi-2. Tych pierwszych jest w wojsku 68 (to najliczniejszy typ maszyn wykorzystywanych przez naszą armię), drugich – 58. Mi-2 to weteran polskiego nieba, obecny na nim od ponad pół wieku. Większość egzemplarzy popularnego „czajnika” jest trwale niezdolna do lotu. Reszta zaś, wyposażona w słaby, paliwożerny silnik, archaiczną awionikę i pozbawiona skutecznych systemów obronnych, tylko teoretycznie nadaje się do roli śmigłowców wsparcia. O ile bowiem na ich pokładach od biedy da się przerzucić skromny desant, brakuje im nowoczesnego uzbrojenia rakietowego. Z jego brakiem borykają się również załogi śmigłowców szturmowych Mi-24. Wojsko Polskie dysponuje 28 „hokejami”, jak mówią o nich lotnicy. Zgodnie z założeniami „Kruka” – kolejnego dużego programu śmigłowcowego – w ciągu najbliższych lat „dwudziestki czwórki” miano zastąpić co najmniej 32 zachodnimi helikopterami tego rodzaju. „Kruk” utknął jednak w fazie analityczno-koncepcyjnej, co formalnie oznacza opracowywanie wymagań wobec dostawców, zaś faktycznie jest sposobem na zamrożenie projektu.

Łasy na spektakularne nagłówki dotyczące zakupów dla WP Mariusz Błaszczak, chętnie widziałby w miejscu Mi-24 amerykańskie AH-64 Apache. Rzecz w tym, że to najdroższe szturmowce świata, a jak raz rozpętało się burzę wokół „nieuzasadnionej wysokości kosztów”, trudno później przepchnąć jeszcze większe wydatki (przeciętny wyborca nie odróżni śmigłowca wielozadaniowego Caracal od szturmowego Apache). Zwłaszcza gdy kasa świeci pustkami. Oficjalnie nie podano przyczyn, dla których zawieszono „Perkoza”, a prace nad wymaganiami dla „Kruka” wloką się od kilku lat. Nieoficjalnie wiadomo, że chodzi o pieniądze. PiS co prawda potrzebuje kolejnego medialnego sukcesu na odcinku „wojsko”, ale wiele wskazuje na to, że ograniczonych przez pandemię i złe zarządzanie środków tym razem wystarczy jedynie na zakup czołgów. Pancerne lobby w armii okazało się mocniejsze niż przedstawiciele innych rodzajów sił zbrojnych, o czym przekonamy się jeszcze wiosną tego roku. To jednak zupełnie inna historia.

Węgierski wzorzec

Wracając do helikopterów – poza nielicznymi BH, na miano najmłodszych zasługują śmigłowce szkolne. W sumie nasi piloci mają do dyspozycji 32 maszyny (przede wszystkim rodzime SW-4), w wieku od kilku do kilkunastu lat. Zawodne, jednosilnikowe, pozbawione potencjału bojowego. Ten zatem, całościowo – mimo stosunkowo licznej floty – jest raczej iluzoryczny. Patrząc wstecz, trudno oprzeć się wrażeniu straconej szansy – i to nie tylko w obszarze militarnym. Nie od dziś bowiem kontrakty wojskowe służą czemuś więcej niż pozyskaniu/sprzedaży uzbrojenia. Rząd PiS zdaje sobie z tego sprawę, kupując broń od Amerykanów, zakładając, że w pakiecie z rakietami i samolotami otrzymamy wdzięczność wielkiego sojusznika. Podobnej refleksji zabrakło w przypadku Caracali – doskonałych maszyn, których nabycie poprawiłoby nasze relacje z piątą potęgą wojskową świata. Dobrze zrozumiał to uwielbiany przez pisowską wierchuszkę Viktor Orban. Dwa lata po tym, jak Polska zerwała umowę z Airbusem, węgierski przywódca podpisał kontrakt na 36 helikopterów tej firmy, w tym 16 Caracali. Co istotne, Francuzi zobowiązali się do zbudowania na Węgrzech montowni, która pierwotnie miała powstać na bazie łódzkich Wojskowych Zakładów Lotniczych. Fabryka w Gyula rozpocznie produkcję na przełomie tego i następnego roku.

Gwoli rzetelności należy dodać, że po wolcie Macierewicza na zakup Caracali (w tym przypadku w cywilnej wersji dla Gwardii Narodowej i Straży Przybrzeżnej) oraz innych śmigłowców Airbusa, zdecydowała się również znacznie uboższa od Polski Ukraina. Niemniej to Węgrzy mogą posłużyć Polakom za wzorzec uprawiania dyplomacji zakupowej. Orban, choć nie unika konfrontacji politycznych z mocarstwami, potrafi jednocześnie skutecznie je obłaskawiać. Od Niemców kupił świetne czołgi Leopard 2, haubice PzH2000 oraz wozy piechoty Lynx. Od Amerykanów – system przeciwlotniczy krótkiego zasięgu Nasams II. Zlecenia otrzymały też Turcja (samochody terenowe), Brazylia (samoloty transportowe) oraz Rosja (modernizacja starszych rodzajów sprzętu). Zyskuje na tym węgierskie państwo, tam bowiem, gdzie są wspólne interesy, łatwiej robić politykę. Zyskuje gospodarka w postaci nowych miejsc pracy – poza Francuzami, fabryki na Węgrzech budują Niemcy i Turcy. I co najważniejsze, zyskuje armia. Węgierska, po trzech dekadach degrengolady, niebawem stanie się nowocześniejsza od polskiej. Za symbol tych zmian można uznać wydarzenie z 26 marca br., gdy tamtejsze lotnictwo pożegnało śmigłowce Mi-8. 37-letnia „ósemka” odbyła wówczas lot w eskorcie honorowej myśliwców Gripen i w asyście lekkiego śmigłowca Airbusa H145M. Zachód pożegnał Wschód, choć po prawdzie ostatnie poradzieckie maszyny – Mi-17 – zakończą służbę w 2025 roku. My w tym czasie zwieńczymy proces wymiany książeczek wojskowych, których nowy wzór, wciąż papierowy (sic!), właśnie zyskał odpowiednie akceptacje.

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 16/2021

Nz. śmigłowiec Mi-17 oraz para Mi-24/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Legenda

Lubicie unikatowe zdjęcia, prawda? Ja również. Oto więc kolejna porcja – tym razem śmigłowców Mi-24, latających z biało-czerwonymi szachownicami.

Oddajmy głos Bartkowi Berze, autorowi fotografii:

– Dla wielu to najpiękniejszy śmigłowiec świata, koncepcyjnie niepowtarzalne połączenie maszyny transportowej z silnie opancerzoną, bojową – mówi fotoreporter. – Mi-24 zyskał wiele przydomków – „krokodyl”, „parowóz”, „hind”, choć w Pruszczu Gdańskim (gdzie użytkowane są maszyny – dop. MO), najczęściej nazywa się go po prostu „hokejem” (od kształtu belki ogonowej). Uwielbiany przez pilotów, którzy podobnie jak koledzy z Inowrocławia, latali na nim w misjach bojowych w Afganistanie i Iraku, czeka na następce, który zostanie wyłoniony w programie Kruk.

Póki co jednak załogi 49 Bazy Lotniczej intensywnie użytkują swoje latające legendy, z rzadka pozwalając przyjrzeć się swojej pracy fotoreporterom.

Nz. Mi-24 nad Mierzeją Wiślaną.

Postaw mi kawę na buycoffee.to