Mobilizacja?

Do wyborów do Dumy Państwowej pozostał niespełna miesiąc. Głosowanie odbędzie się 18–20 września, ale jego rezultat trudno uznać za wielką polityczną niewiadomą. „Jedna rosja” wraz z pozostałymi ugrupowaniami akceptującymi zasadniczy kurs Kremla niemal na pewno zachowa kontrolę nad parlamentem. Jedyna zarejestrowana partia otwarcie opowiadająca się za przerwaniem wojny – „Jabłoko” – została z wyborów wykluczona. Znacznie ciekawsze od pytania o wynik jest więc inne: co wydarzy się po wyborach?

Wołodymyr Zełenski twierdzi, że odpowiedź zna ukraiński wywiad. 23 sierpnia prezydent Ukrainy powiedział w rozmowie z Reutersem, że według informacji posiadanych przez Kijów putin zamierza po wyborach zmobilizować około 300 tys. ludzi. W dłuższej perspektywie, obejmującej także 2027 rok, liczba dodatkowo powołanych miałaby sięgnąć nawet pół miliona.

Do tych informacji należy podchodzić ostrożnie. Nie ma niezależnego potwierdzenia, że putin podjął decyzję o przeprowadzeniu nowej mobilizacji. Źródła znające sytuację w Moskwie, na które powoływały się zachodnie media, również nie dostrzegały dotąd oznak świadczących o wydaniu takiego rozkazu. Są natomiast sygnały, że rosyjski aparat państwowy sprawdza swoją gotowość do ewentualnego przyjęcia kolejnej dużej liczby mobilizowanych.

To istotne rozróżnienie. Kreml może przygotowywać się na mobilizację, nie przesądzając jeszcze, czy będzie musiał po nią sięgnąć. Ostateczna decyzja zależeć będzie między innymi od tego, czy rosji nadal uda się zdobywać wystarczającą liczbę żołnierzy metodą, którą od kilku lat zdecydowanie preferuje – werbowaniem ich za pieniądze.

Coraz droższy żołnierz

Po doświadczeniach z 2022 roku putin ma powody, by unikać kolejnej powszechnej mobilizacji tak długo, jak jest to możliwe. Ogłoszone 21 września 2022 roku powołanie 300 tys. rezerwistów wywołało protesty, chaos w punktach mobilizacyjnych i masową ucieczkę mężczyzn z kraju. Kolejki samochodów ustawiały się na granicach z Gruzją i Kazachstanem, gwałtownie wzrosły ceny biletów lotniczych, a nieprawidłowości przy poborze krytykowali nawet niektórzy przedstawiciele rosyjskich władz i propagandyści popierający wojnę.

Kreml wyciągnął z tego lekcję. Zamiast ponownie sięgać na wielką skalę po przymus, zaczął kupować ludzi.

System opiera się na wysokim żołdzie i premiach za podpisanie kontraktu, których wysokość jest dodatkowo podbijana przez władze regionalne. Według obliczeń Janisa Klugego z niemieckiego ośrodka SWP średnia regionalna premia za wstąpienie do armii sięgnęła w tym roku około 1,65 mln rubli (około 73 tys. zł). W biedniejszych częściach rosji są to pieniądze trudne do zarobienia w cywilnym życiu.

Mechanizm nadal działa, choć jego wydajność zaczęła się zmieniać. Kluge, rekonstruujący rosyjską rekrutację między innymi na podstawie wydatków budżetowych, oszacował, że w pierwszym kwartale 2026 roku podpisano 71 216 nowych kontraktów. Dawało to niespełna 800 ludzi dziennie i oznaczało spadek o około jedną piątą w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.

W drugim kwartale sytuacja się poprawiła. Dane regionalne wskazują na około 93 tys. nowych kontraktów, czyli ponownie mniej więcej tysiąc ludzi dziennie. rosyjski system rekrutacyjny zatem się nie załamał. Problem zaczyna być widoczny dopiero wtedy, gdy liczbę przyjmowanych do armii zestawimy z tym, ilu żołnierzy rosja każdego miesiąca traci na froncie.

Armia potrzebuje nadwyżki

Według szacunków amerykańskiego Center for Strategic and International Studies w pierwszej połowie 2026 roku rosyjskie straty wynosiły przeciętnie około 30–34 tys. zabitych, rannych i zaginionych miesięcznie. Nawet jeśli przyjąć szeroki margines błędu nieunikniony przy takich obliczeniach, skala strat pozostaje zbliżona do liczby ludzi pozyskiwanych przez rosyjski system rekrutacyjny.

Oznacza to, że rosja potrafi nadal dostarczać armii ogromne ilości „świeżej krwi”. Znaczna część tego strumienia służy jednak zastępowaniu ludzi wypadających z jednostek podczas walk.

A to zasadnicza różnica. Armia, która chce jedynie utrzymywać dotychczasową intensywność działań, potrzebuje uzupełnień. Armia przygotowująca większą operację potrzebuje czegoś więcej – nadwyżki.

Potrzebne są odwody pozwalające wycofywać jednostki z pierwszej linii, odtwarzać ich zdolność bojową i tworzyć nowe związki taktyczne. Trzeba też obsadzić zaplecze, logistykę i struktury, których rozbudowa jest konieczna wraz ze wzrostem liczebności wojsk. Jeżeli więc Kreml rzeczywiście chciałby w 2027 roku znacząco zwiększyć potencjał armii walczącej z Ukrainą, dotychczasowe tempo rekrutacji może okazać się niewystarczające.

W tym miejscu pojawia się liczba 300 tys. podana przez Zełenskiego. Nie musi oznaczać 300 tys. ludzi przeznaczonych do jednego wielkiego uderzenia. Z wojskowego punktu widzenia równie istotne byłoby wykorzystanie ich do uzupełnienia istniejących jednostek, umożliwienia rotacji części wojsk oraz stworzenia większych rezerw.

Mobilizacja to nie ofensywa

Dlatego nawet gdyby putin rzeczywiście ogłosił mobilizację zaraz po wrześniowych wyborach, nie oznaczałoby to, że kilka tygodni później kilkaset tysięcy nowych rosyjskich żołnierzy ruszy do wielkiej ofensywy.

Doświadczenie pierwszej mobilizacji dobrze pokazuje skalę problemu. Pod koniec października 2022 roku, ponad miesiąc po jej rozpoczęciu, rosyjskie ministerstwo obrony informowało, że spośród 300 tys. zmobilizowanych około 218 tys. nadal znajdowało się w procesie szkolenia. Do strefy wojny skierowano 82 tys., a około 41 tys. wykonywało zadania w jednostkach bojowych.

Nawet w warunkach rosyjskich, gdzie szkolenie bywa skracane do minimum, człowieka powołanego z cywila nie można natychmiast zamienić w żołnierza zdolnego do prowadzenia działań ofensywnych. Trzeba go zarejestrować, umundurować, wyposażyć, choć trochę przeszkolić i przydzielić do jednostki. Jeśli powstają nowe pododdziały, potrzebują one dowódców, sprzętu, transportu i zaplecza logistycznego.

Jesienna mobilizacja byłaby więc przede wszystkim inwestycją w czas. Jej pierwszym efektem mogłoby być łatanie dziur powstających na froncie. Kolejnym – możliwość rotowania wyczerpanych oddziałów i odbudowy ich zdolności bojowej. Dopiero później pojawiłaby się szansa stworzenia większego odwodu, który można wykorzystać podczas kolejnej kampanii.

Tymczasem istnieje inny sposób zwiększenia presji na Ukrainę. Nie wymaga on mobilizowania setek tysięcy ludzi ani czekania kilku miesięcy na ich wyszkolenie.

Zima znów będzie bronią

rosja od miesięcy rozbudowuje produkcję rakiet i bezzałogowców, a kolejna zima daje możliwość ponownego uderzenia w jeden z najbardziej wrażliwych punktów Ukrainy – system energetyczny.

Ukraiński wywiad wojskowy informował latem, że rosyjski przemysł w przypadku części rodzajów uzbrojenia rakietowego osiągnął już roczne cele produkcyjne, a ogólny plan na 2026 rok może zostać przekroczony o 10–20 proc. Według zastępcy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego gen. Wadyma Skibickiego tylko w lipcu rosjanie wyprodukowali 65 pocisków balistycznych Iskander-M.

Jeszcze większą skalę osiągnęła produkcja bezzałogowców. rosja zbudowała przemysł pozwalający prowadzić naloty liczone już nie w dziesiątkach, lecz w setkach dronów. Część z nich to właściwe środki uderzeniowe, część – tańsze imitatory mające przeciążać ukraińską obronę przeciwlotniczą i zmuszać ją do zużywania pocisków.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę środków napadu. rosjanie zmienili również sposób atakowania ukraińskiej energetyki. Analiza Centre for Information Resilience, przytaczana przez Reutersa, wskazywała, że od października 2025 do kwietnia 2026 roku około 60 proc. zweryfikowanych rosyjskich uderzeń w infrastrukturę energetyczną dotyczyło mniejszych obiektów, przede wszystkim stacji i podstacji elektroenergetycznych. Rok wcześniej stanowiły one około 31 proc. celów.

To istotna zmiana. Zamiast koncentrować się wyłącznie na kilku wielkich elektrowniach i węzłach energetycznych, rosjanie próbują uszkadzać sieć w wielu miejscach jednocześnie. Nawet jeśli pojedynczy obiekt nie ma strategicznego znaczenia, dziesiątki takich uderzeń komplikują przesył energii, zwiększają liczbę awarii i zmuszają Ukrainę do rozpraszania ograniczonych zasobów obrony przeciwlotniczej.

Dla Kijowa szczególnie niepokojące jest to, że wzrost rosyjskich możliwości zbiega się z problemami ukraińskiej obrony powietrznej – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. za SzG ZSU

Pobór?

Od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie temat obowiązkowej służby wojskowej regularnie powraca do publicznej debaty. Zwolennicy przekonują, że tylko powszechny pobór pozwoli odbudować rezerwy i przygotować państwo na konflikt z Rosją, przeciwnicy wskazują na ogromne koszty i społeczne konsekwencje takiego rozwiązania. Problem w tym, że obie strony często odpowiadają na pytanie, które nie jest dziś najważniejsze. Kluczowym wyzwaniem nie jest bowiem sam pobór, lecz znalezienie sposobu na wyszkolenie setek tysięcy obywateli, których nowoczesna armia będzie potrzebowała w czasie wojny.

Wojna w Ukrainie przypomniała Europie, że nawet dobrze wyposażona armia zawodowa nie jest w stanie prowadzić długotrwałych działań o wysokiej intensywności. Straty trzeba uzupełniać, wyczerpane jednostki rotować, a zaplecze logistyczne, medyczne i techniczne nieustannie zasilać nowymi ludźmi. To dlatego kolejne europejskie państwa wracają do rozmów o obowiązkowej służbie wojskowej. Litwa przywróciła pobór w 2014 roku, Szwecja reaktywowała go po kilkuletniej przerwie, a w Niemczech temat regularnie wraca do politycznej debaty. Czy i Polska powinna pójść tą drogą?

Nie pobór jest najważniejszy

Samo postawienie pytania o powrót powszechnego poboru może jednak prowadzić na manowce. Armia nie potrzebuje poboru dla samego poboru. Potrzebuje ludzi – licznych, wyszkolonych i możliwych do szybkiego zmobilizowania. To nie to samo. Państwo może utrzymywać obowiązkową służbę wojskową, a mimo to dysponować słabymi rezerwami. Może też z niej zrezygnować, jednocześnie budując system, który pozwoli w razie zagrożenia zmobilizować setki tysięcy przygotowanych obywateli.

Dlatego zamiast pytać, czy wrócić do rozwiązań sprzed kilkunastu lat, warto najpierw odpowiedzieć na inne pytanie: jakich rezerw potrzebuje dziś Wojsko Polskie i jak można je stworzyć bez osłabiania armii i gospodarki?

Jeszcze kilkanaście lat temu odpowiedź wydawała się prostsza. Po zakończeniu zimnej wojny większość państw NATO uznała, że zagrożenie wielkoskalowym konfliktem w Europie praktycznie zniknęło. Armie zaczęły się kurczyć, pobór zawieszano lub likwidowano, a ciężar przygotowań przesuwano z obrony własnego terytorium na misje ekspedycyjne. Liczyła się jakość, profesjonalizacja i mobilność. Wojska miały być mniejsze, ale lepiej wyposażone i gotowe do działania w Afganistanie, Iraku czy Afryce.

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie zweryfikowała te założenia. Okazało się, że wojna między państwami nie odeszła do historii, a konflikt o wysokiej intensywności nadal pochłania ludzi i sprzęt w skali, która dla wielu zachodnich planistów była trudna do wyobrażenia. Nawet najlepsze brygady ponoszą straty, wymagają uzupełnień, a żołnierze – odpoczynku. Jednocześnie wojna angażuje znacznie więcej specjalistów, niż zwykle wyobrażamy sobie, myśląc o armii. Potrzebni są nie tylko piechurzy i czołgiści, lecz także kierowcy, mechanicy, logistycy, medycy, informatycy, operatorzy dronów, specjaliści od łączności czy obrony przeciwlotniczej.

To właśnie jest najważniejsza lekcja z Ukrainy: nowoczesne państwo nie może prowadzić długotrwałej wojny bez przygotowanych rezerw. Ale z tej lekcji nie wynika automatycznie, że najlepszą odpowiedzią jest powrót do klasycznego poboru.

Pobór nie tworzy armii

W debacie publicznej pobór często przedstawia się jako proste rozwiązanie problemu liczebności wojska. Państwo wydaje decyzję, młodzi ludzie trafiają do koszar, armia rośnie w siłę. W rzeczywistości mobilizacja czy wcielenie do służby są dopiero początkiem bardziej skomplikowanego procesu.

Żołnierza trzeba ubrać, wyposażyć, zakwaterować, wyżywić i wyszkolić. Trzeba zapewnić mu broń, amunicję, instruktorów, dowódców, poligony, strzelnice, transport, opiekę medyczną i miejsce w systemie mobilizacyjnym. Bez tego nawet duża liczba ludzi w mundurach nie przekłada się na realny wzrost zdolności bojowych.

To pierwszy problem z prostym postulatem przywrócenia poboru. WP przez ostatnie lata rozwijało się przede wszystkim jako armia zawodowa. Rozbudowywano jednostki operacyjne, tworzono nowe formacje, kupowano nowoczesny sprzęt i zwiększano liczebność żołnierzy pełniących służbę na stałe. Nie budowano natomiast systemu corocznego szkolenia dziesiątek czy setek tysięcy poborowych. Taki system wymagałby koszar, kadry, infrastruktury, zapasów wyposażenia i stałej przepustowości szkoleniowej.

Pobór nie jest więc tylko decyzją polityczną. Byłby jednym z największych przedsięwzięć organizacyjnych w historii współczesnych Sił Zbrojnych RP. Co więcej, jego uruchomienie mogłoby na pewien czas osłabić armię zawodową. Najlepsi podoficerowie i oficerowie, zamiast szkolić własne pododdziały, musieliby zająć się poborowymi. A im większa skala poboru, tym większa część kadry zostałaby odciągnięta od zadań operacyjnych.

Drugi problem dotyczy jakości. Współczesna wojna wymaga coraz bardziej zróżnicowanych kompetencji. Kilkumiesięczna służba może nauczyć podstaw: obsługi broni, zachowania na polu walki, elementarnej taktyki, pierwszej pomocy, dyscypliny i współdziałania. Nie stworzy jednak operatora systemu przeciwlotniczego, mechanika nowoczesnego czołgu, specjalisty od walki radioelektronicznej czy technika odpowiedzialnego za utrzymanie skomplikowanego sprzętu. Takie kwalifikacje buduje się latami.

Pobór może więc zwiększyć liczbę osób z podstawowym przeszkoleniem wojskowym. Nie zastąpi jednak zawodowej armii, aktywnej rezerwy, Wojsk Obrony Terytorialnej, szkolenia specjalistycznego i sprawnej mobilizacji.

Rachunek ekonomiczny

Jest też trzeci problem, zbyt często pomijany w dyskusji: ekonomia. Pobór kosztuje nie tylko budżet MON. Kosztuje całe państwo.

Każdy poborowy na kilkanaście miesięcy wypada z rynku pracy, studiów albo prowadzenia działalności gospodarczej. Dla państwa oznacza to mniejszą aktywność zawodową, niższe wpływy podatkowe, większą presję na pracodawców i dodatkowe napięcia w sektorach, które już dziś mają problem z brakiem ludzi. Polska gospodarka się starzeje, a rynek pracy od lat funkcjonuje przy niskim bezrobociu. Brakuje kierowców, techników, informatyków, pracowników przemysłu, energetyki, logistyki i ochrony zdrowia. Tymczasem są to dokładnie te same kompetencje, których w czasie kryzysu potrzebowałoby również wojsko.

To jeden z największych paradoksów współczesnej obronności. Armia potrzebuje ludzi, ale gospodarka również. Państwo przygotowujące się do wojny nie może osłabić zaplecza, które ma tę wojnę utrzymać. A zaplecze to nie tylko fabryki amunicji i zakłady remontowe. To także transport, energetyka, telekomunikacja, system medyczny, administracja, cyberbezpieczeństwo i przemysł cywilny, który w razie kryzysu musi wspierać wysiłek obronny.

W modelu klasycznego poboru państwo zabiera ludzi z gospodarki i przenosi ich do koszar. W modelu nowoczesnej odporności powinno raczej odpowiedzieć na pytanie: jak wykorzystać ich kompetencje tam, gdzie będą najbardziej potrzebne? Informatyk nie zawsze musi zostać strzelcem. Kierowca ciężarówki może być cenniejszy w systemie transportu wojskowego niż w okopie. Ratownik medyczny, energetyk czy operator koparki także są elementem potencjału obronnego państwa.

To nie znaczy, że szkolenie wojskowe jest zbędne. Przeciwnie – powinno być znacznie powszechniejsze niż dziś. Ale powinno być projektowane tak, by nie rozbijać rynku pracy i nie traktować wszystkich obywateli według jednego schematu. Jak? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 6. Brygady Powietrznodesantowej podczas uroczystego apelu. Zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Cisza

W różnych regionach rosji – od obszarów przygranicznych po największe aglomeracje – zaczęto okresowo ograniczać lub całkowicie wyłączać mobilny internet. Chodzi o transmisję danych w sieciach komórkowych (LTE i 5G), podczas gdy Internet stacjonarny oraz sieci Wi-Fi w wielu przypadkach nadal funkcjonują, choć i tu zdarzają się zakłócenia. 

Reakcja rosyjskiego społeczeństwa na ograniczenia mobilnego internetu jest zaskakująco stonowana. Nie widać masowych protestów, brak też wyraźnych sygnałów skoordynowanego sprzeciwu. To jednak nie tyle dowód akceptacji, co raczej efekt warunków, w jakich te ograniczenia są wprowadzane.

—–

Po pierwsze, blackouty mają charakter fragmentaryczny i czasowy. Uderzają w konkretne regiony, pojawiają się nagle i równie nagle znikają. Taki model działania utrudnia mobilizację – trudno protestować przeciwko zjawisku, które nie jest ciągłe i którego skala pozostaje niejasna.

Po drugie, brak mobilnego internetu sam w sobie ogranicza możliwość organizowania sprzeciwu. Komunikatory przestają działać w czasie rzeczywistym, media społecznościowe tracą swoją funkcję koordynacyjną, a informacja rozchodzi się wolniej i mniej efektywnie. To paradoks, który w rosyjskich warunkach ma konkretne znaczenie: narzędzie potencjalnego buntu zostaje wyłączone dokładnie w momencie, gdy mogłoby być najbardziej potrzebne.

Nie oznacza to jednak braku frustracji. Tam, gdzie dostęp do sieci jeszcze istnieje – przede wszystkim poprzez Wi-Fi – pojawiają się skargi, komentarze i próby wymiany informacji. Użytkownicy dzielą się doświadczeniami, próbują ustalić skalę problemu, szukają sposobów obejścia ograniczeń.

Istotna jest również adaptacja. Część użytkowników wraca do rozwiązań sprzed epoki pełnej mobilności – planowania z wyprzedzeniem, korzystania z gotówki, umawiania się „na godzinę” bez możliwości bieżącej korekty. To drobne zmiany, ale w skali całego społeczeństwa oznaczają przesunięcie w stronę większej przewidywalności i mniejszej spontaniczności.

W tle pozostaje jeszcze jeden czynnik – strach. rosyjskie społeczeństwo ma za sobą doświadczenie tłumionych protestów i konsekwencji udziału w działaniach uznawanych przez władzę za niepożądane. W takich warunkach nawet wyraźna niedogodność nie musi automatycznie przekładać się na gotowość do otwartego sprzeciwu. W efekcie powstaje sytuacja, w której niezadowolenie istnieje, ale jest rozproszone i pozbawione narzędzi ekspresji. A to z punktu widzenia władz jest scenariuszem optymalnym – napięcie społeczne rośnie, lecz nie znajduje ujścia w formie, która mogłaby zagrozić systemowi.

—–

Oficjalna reakcja rosyjskich władz? Najczęściej pojawia się odwołanie do „zapewnienia bezpieczeństwa” oraz konieczności przeciwdziałania bliżej nieokreślonym zagrożeniom. Rzadziej mówi się o „pracach technicznych”.

Kluczowe jest to, czego w tych komunikatach nie ma. Brakuje konkretów: wskazania czasu trwania ograniczeń, ich dokładnego zakresu czy precyzyjnego uzasadnienia. Obywatel dostaje informację szczątkową, która nie pozwala ani zrozumieć sytuacji, ani się do niej przygotować. To nie jest przypadek, lecz element szerszego modelu zarządzania informacją – takiego, w którym państwo kontroluje nie tylko przekaz, ale także poziom niewiedzy.

Równolegle działa mechanizm przerzucania odpowiedzialności. W przestrzeni propagandowej pojawiają się sugestie, że ograniczenia są odpowiedzią na działania zewnętrzne – zagrożenia ze strony Ukrainy, Zachodu czy „cyberataków”. Nawet jeśli nie jest to komunikowane wprost, kontekst jest czytelny: to nie państwo ogranicza obywateli, lecz państwo chroni ich przed kimś innym.

Istotnym elementem tej narracji jest minimalizowanie skali problemu. W przekazie medialnym blackouty przedstawiane są jako lokalne, krótkotrwałe i w gruncie rzeczy nieistotne zakłócenia. Brakuje miejsca na analizę ich konsekwencji czy próbę szerszego ujęcia zjawiska. W ten sposób tworzy się obraz rzeczywistości, w której nic poważnego się nie dzieje – nawet jeśli codzienne doświadczenie użytkowników mówi coś zupełnie innego.

—–

Część ekspertów przyjmuje oficjalne wyjaśnienie, że ograniczenia mobilnego internetu mają charakter militarny. Łączność może wspierać koordynację działań czy wykorzystanie systemów bezzałogowych, więc jej ograniczenie – zwłaszcza w regionach zagrożonych atakami – wydaje się logiczne. Problem w tym, że to tłumaczy tylko część zjawiska. Współczesne systemy bezzałogowe często korzystają z innych kanałów łączności lub działają autonomicznie, a blackouty obejmują także obszary oddalone od bezpośrednich działań wojennych. To sugeruje, że aspekt militarny jest tylko jednym z elementów szerszej układanki.

rosja od lat rozwija narzędzia pozwalające na centralne zarządzanie ruchem internetowym i filtrowanie treści. W tym kontekście obecne ograniczenia nie wyglądają na improwizację, lecz na świadome użycie wcześniej przygotowanych mechanizmów. Zapewne mają one charakter testowy – władze nie tylko odcinają łączność, ale też obserwują skutki: reakcje społeczne, wpływ na gospodarkę i poziom dezorganizacji życia codziennego. To proces sprawdzania, jak daleko można się posunąć.

Wyłączenia Internetu można też interpretować jako przygotowanie do sytuacji, w której kontrola przepływu informacji stanie się kluczowa. Mobilny Internet – zdecentralizowany i trudny do pełnego nadzoru – jest w tej logice problemem. Jego ograniczenie pozwala zawęzić przestrzeń informacyjną i wzmocnić dominację przekazu oficjalnego. Równolegle ma to wymiar prewencyjny: utrudnia organizację protestów i szybkie rozprzestrzenianie się informacji, zwiększając koszt społecznej mobilizacji.

Być może Moskwa przygotowuje się na kolejną fazę wojny – w tym na masową mobilizację – i zawczasu „wycisza” kanały społecznej komunikacji. Tego dziś nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, ale skala i charakter działań sugerują, że nie są one wyłącznie reakcją na bieżące zagrożenia. To raczej przygotowanie systemu państwa na moment, w którym kontrola informacji stanie się równie istotna jak kontrola pola walki.

Rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Koszty

– Przedłużanie wojny jest w interesie rosji. A ta możne konflikt prowadzić tak długo, jak długo jego koszty będą akceptowane przez zwykłych rosjan. Dopóki wojna toczy się na terytorium Ukrainy i w niewielkim stopniu dotyka życia codziennego obywateli rosyjskich, dopóty putin ma od „swoich” wolną rękę – to jedna z ocen, które stawiam w rozmowie, jaką przeprowadził ze mną red. Maciej Chilczuk, dziennikarz „Polski Zbrojnej”. W wywiadzie poruszone są także inne kwestie, warte rozważań w czwartą rocznicę rosyjskiej pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Zapraszam do odsłuchania rozmowy.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

System

Wojna w Ukrainie obnażyła coś, co przez dekady pozostawało na marginesie debat strategicznych: o wyniku konfliktu decyduje nie tylko armia, lecz zdolność państwa do działania jako spójny system.

O świcie w Kijowie wyją syreny. Kilkaset kilometrów dalej, ze stacji we Lwowie wyrusza na wschód transport amunicji. W Łucku urzędnik wydaje decyzję administracyjną, używając podpisu elektronicznego, a w Charkowie operator sieci energetycznej przywraca zasilanie po kolejnym nocnym ataku. Na froncie giną ludzie, lecz wojna toczy się także tam, gdzie nie ma okopów. W urzędach, fabrykach, szkołach, na stacjach kolejowych i w mieszkaniach cywilów. rosyjskie rakiety i drony nie są wymierzone wyłącznie w jednostki wojskowe – ich celem jest całe państwo. Brak prądu, przerwane łańcuchy dostaw, chaos decyzyjny i zmęczenie społeczeństwa mają w długim okresie działać skuteczniej niż czołgi. Taki pomysł na wojnę ma rosja.

Odpowiedź Ukrainy była w dużej mierze improwizowana, ale z czasem przybrała formę systemowej adaptacji. Państwo nauczyło się funkcjonować w trybie permanentnego kryzysu. Administracja nie została zawieszona; przeciwnie – musiała działać szybciej, prościej i bliżej obywatela. Przemysł się nie zwinął, a rozproszył. Społeczeństwo stało się czymś więcej niż tylko zasobem mobilizacyjnym. To właśnie ta zdolność do utrzymania funkcjonowania państwa pod ostrzałem stanowi dziś jeden z kluczowych czynników ukraińskiej wytrzymałości strategicznej. I to ona powinna być przedmiotem analizy z polskiej perspektywy – nie w kategoriach solidarności czy symboliki, a twardego planowania obronnego.

—–

Mobilizacja w wojnie pełnoskalowej nie jest wyłącznie problemem wojskowym. Jej istotą jest zarządzanie niedoborem zasobu, który zużywa się szybciej, niż można go odtworzyć. Tym zasobem są ludzie – nie tylko żołnierze i rezerwiści, lecz także pracownicy przemysłu, transportu i administracji. Każda decyzja mobilizacyjna ma więc charakter systemowy: wzmacnia front kosztem zaplecza albo stabilizuje państwo kosztem zdolności bojowej. W Ukrainie pierwsze miesiące wojny opierały się na nadwyżce motywacji społecznej. Ochotnicy pozwolili kupić czas, lecz nie stworzyli systemu. Gdy konflikt przeszedł w fazę długotrwałą, improwizacja przestała wystarczać. Państwo zostało zmuszone do uporządkowania mobilizacji: centralizacji ewidencji, cyfryzacji danych, zaostrzenia kontroli nad poborem i racjonalizacji jego kryteriów.

Wraz z tym pojawiły się napięcia. Społeczeństwo funkcjonujące miesiącami w stanie wojny przestaje reagować na argumenty moralne, a zaczyna kalkulować koszty. Rosnąca liczba poległych, długotrwała służba bez jasnej perspektywy rotacji oraz nierównomierne obciążenie poszczególnych grup podkopały poczucie sprawiedliwości systemu. Mobilizacja stała się jednym z najbardziej konfliktogennych obszarów funkcjonowania państwa. Kluczowym wyzwaniem okazało się utrzymanie równowagi między potrzebami frontu a wydolnością zaplecza. Każdy żołnierz powołany do wojska to nie tylko uzupełnienie etatu w brygadzie, lecz także luka w gospodarce i administracji. Wojna wymusiła brutalną selekcję według przydatności systemowej: kto jest niezbędny na froncie, a kto do jego utrzymania. Administracja lokalna stała się buforem tych napięć – miejscem, gdzie decyzje państwa zderzały się z presją społeczną.

Z perspektywy strategicznej wniosek jest jednoznaczny: państwo, które nie potrafi długofalowo zarządzać mobilizacją, nie jest w stanie prowadzić wojny na wyczerpanie. Ukraina utrzymuje zdolność bojową nie dzięki niewyczerpanym rezerwom, lecz dlatego, że przekształciła mobilizację z reakcji kryzysowej w narzędzie zarządzania całym systemem państwowym – rozwiązanie dalekie od doskonałości, ale jedyne możliwe w wojnie bez szybkiego finału.

—–

W konflikcie pełnoskalowym poważnemu stres-testowi poddano administrację publiczną. Wojna szybko obnażyła słabości rozbudowanych, hierarchicznych struktur. Administracja musiała zostać spłaszczona: część kompetencji przeniesiono w dół, skracając ścieżki decyzyjne i ograniczając formalizm. W praktyce oznaczało to przerzucenie znacznej części ciężaru na administrację lokalną. To samorządy łączyły funkcje cywilne i quasi-obronne: zarządzały ewakuacją, pomocą, usługami komunalnymi i komunikacją z ludnością.

Ataki na energetykę, łączność i transport bezpośrednio uderzały w zdolność urzędów do pracy. Państwo wprowadziło rozwiązania awaryjne: alternatywne źródła zasilania, rozproszone centra decyzyjne, pracę zdalną i uproszczony obieg dokumentów. Celem nie był komfort funkcjonowania instytucji, lecz utrzymanie minimalnej zdolności działania. Kluczową rolę odegrała cyfryzacja. Systemy elektroniczne z narzędzi modernizacji stały się narzędziem przetrwania państwa. Pozwoliły ograniczyć skutki fizycznych zniszczeń, ale jednocześnie uczyniły infrastrukturę teleinformatyczną jednym z priorytetowych celów ataków.

Wojna wymusiła redefinicję skuteczności. Liczyła się nie zgodność z procedurą, lecz zdolność do utrzymania funkcji państwa. Błędy przestały być wyjątkiem, a stały się elementem akceptowalnego ryzyka. To przejście – od państwa proceduralnego do adaptacyjnego – pozwoliło Ukrainie uniknąć paraliżu instytucjonalnego. Patrząc z polskiej perspektywy, ukraińskie doświadczenie jest ostrzeżeniem. Polski aparat administracyjny projektowany jest na warunki stabilności: z rozbudowanymi procedurami, silną centralizacją decyzji i wysoką awersją do błędu. W realiach wojny pełnoskalowej taki model staje się obciążeniem. Bez przygotowania do pracy w trybie kryzysowym – z uproszczonymi procedurami, jasno delegowanymi kompetencjami i odpornością energetyczno-cyfrową – administracja może stać się wąskim gardłem całego systemu obronnego.

(…).

—–

Początkowa faza wojny charakteryzowała się wysokim poziomem samoorganizacji. Wolontariat, zbiórki sprzętu, wsparcie dla armii i uchodźców zastępowały niewydolne jeszcze mechanizmy państwowe. Z czasem jednak ta energia zaczęła się wyczerpywać. Społeczna mobilizacja, podobnie jak wojskowa, ma swoje granice. Państwo stanęło przed wyzwaniem przejścia od improwizacji do systemu – bez zabijania oddolnej inicjatywy, ale też bez opierania bezpieczeństwa na emocjonalnym zrywie. Codzienność w warunkach wojny została podporządkowana rytmowi alarmów, przerw w dostawach energii i zagrożenia uderzeniami. Szkoły, szpitale i miejsca pracy musiały funkcjonować w trybie awaryjnym. Adaptacja stała się normą: piwnice zastąpiły schrony, generatory – stabilne zasilanie, a nauczanie zdalne – regularną edukację. Społeczeństwo nauczyło się funkcjonować w warunkach obniżonych standardów, akceptując, że wojna oznacza trwałą degradację komfortu życia.

Kluczowym elementem odporności okazała się informacja. Wojna toczyła się równolegle w sferze narracyjnej – między potrzebą utrzymania morale a ryzykiem dezinformacji i propagandy. Państwo musiało balansować między transparentnością a kontrolą przekazu, starając się zapobiegać panice, zmęczeniu i poczuciu bezsensu strat. Każdy kryzys energetyczny, każda fala mobilizacji i każda porażka na froncie miały swoje konsekwencje społeczne, które wymagały zarządzania równie uważnego jak działania wojskowe. Granice odporności społecznej ujawniały się stopniowo. Narastało zmęczenie, frustracja i poczucie nierówności obciążeń. Długotrwała wojna rozwarstwia społeczeństwo: jedni pozostają na froncie, inni na zapleczu; jedni tracą bliskich, inni ponoszą głównie koszty ekonomiczne. Państwo musiało reagować na te napięcia także poprzez realne mechanizmy wsparcia – świadczenia, pomoc psychologiczną, opiekę nad rodzinami poległych i rannych.

Wojna obnażyła słabość klasycznych koncepcji obrony cywilnej, projektowanych z myślą o krótkotrwałych kryzysach. W realiach długotrwałego konfliktu obrona cywilna stała się procesem ciągłym, obejmującym nie tylko schronienie ludności, lecz także utrzymanie usług publicznych, komunikacji i minimum normalności. Społeczeństwo nie było wyłącznie obiektem ochrony – stało się aktywnym elementem odporności państwa. Z perspektywy strategicznej kluczowy wniosek brzmi: wojny nie wygrywa się samą determinacją społeczną, ale bez niej przegrywa się ją zawsze. Ukraina utrzymuje zdolność do walki, ponieważ jej społeczeństwo, mimo zmęczenia i strat, wciąż akceptuje koszty konfliktu jako niższe niż koszty porażki. To równowaga krucha, wymagająca stałego zarządzania – i jedno z najtrudniejszych wyzwań dla państwa prowadzącego wojnę na wyczerpanie.

(…).

Ten tekst ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – gdybyście chcieli go przeczytać w pełnej wersji, magazyn nadal jest w sprzedaży. Poza „papierem” dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje artykuły, w tym wywiad z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Jeden z najprostszych przykładów adaptacji – stacja paliw zabezpieczona workami z piaskiem/fot. własne