Cisza

W różnych regionach rosji – od obszarów przygranicznych po największe aglomeracje – zaczęto okresowo ograniczać lub całkowicie wyłączać mobilny internet. Chodzi o transmisję danych w sieciach komórkowych (LTE i 5G), podczas gdy Internet stacjonarny oraz sieci Wi-Fi w wielu przypadkach nadal funkcjonują, choć i tu zdarzają się zakłócenia. 

Reakcja rosyjskiego społeczeństwa na ograniczenia mobilnego internetu jest zaskakująco stonowana. Nie widać masowych protestów, brak też wyraźnych sygnałów skoordynowanego sprzeciwu. To jednak nie tyle dowód akceptacji, co raczej efekt warunków, w jakich te ograniczenia są wprowadzane.

—–

Po pierwsze, blackouty mają charakter fragmentaryczny i czasowy. Uderzają w konkretne regiony, pojawiają się nagle i równie nagle znikają. Taki model działania utrudnia mobilizację – trudno protestować przeciwko zjawisku, które nie jest ciągłe i którego skala pozostaje niejasna.

Po drugie, brak mobilnego internetu sam w sobie ogranicza możliwość organizowania sprzeciwu. Komunikatory przestają działać w czasie rzeczywistym, media społecznościowe tracą swoją funkcję koordynacyjną, a informacja rozchodzi się wolniej i mniej efektywnie. To paradoks, który w rosyjskich warunkach ma konkretne znaczenie: narzędzie potencjalnego buntu zostaje wyłączone dokładnie w momencie, gdy mogłoby być najbardziej potrzebne.

Nie oznacza to jednak braku frustracji. Tam, gdzie dostęp do sieci jeszcze istnieje – przede wszystkim poprzez Wi-Fi – pojawiają się skargi, komentarze i próby wymiany informacji. Użytkownicy dzielą się doświadczeniami, próbują ustalić skalę problemu, szukają sposobów obejścia ograniczeń.

Istotna jest również adaptacja. Część użytkowników wraca do rozwiązań sprzed epoki pełnej mobilności – planowania z wyprzedzeniem, korzystania z gotówki, umawiania się „na godzinę” bez możliwości bieżącej korekty. To drobne zmiany, ale w skali całego społeczeństwa oznaczają przesunięcie w stronę większej przewidywalności i mniejszej spontaniczności.

W tle pozostaje jeszcze jeden czynnik – strach. rosyjskie społeczeństwo ma za sobą doświadczenie tłumionych protestów i konsekwencji udziału w działaniach uznawanych przez władzę za niepożądane. W takich warunkach nawet wyraźna niedogodność nie musi automatycznie przekładać się na gotowość do otwartego sprzeciwu. W efekcie powstaje sytuacja, w której niezadowolenie istnieje, ale jest rozproszone i pozbawione narzędzi ekspresji. A to z punktu widzenia władz jest scenariuszem optymalnym – napięcie społeczne rośnie, lecz nie znajduje ujścia w formie, która mogłaby zagrozić systemowi.

—–

Oficjalna reakcja rosyjskich władz? Najczęściej pojawia się odwołanie do „zapewnienia bezpieczeństwa” oraz konieczności przeciwdziałania bliżej nieokreślonym zagrożeniom. Rzadziej mówi się o „pracach technicznych”.

Kluczowe jest to, czego w tych komunikatach nie ma. Brakuje konkretów: wskazania czasu trwania ograniczeń, ich dokładnego zakresu czy precyzyjnego uzasadnienia. Obywatel dostaje informację szczątkową, która nie pozwala ani zrozumieć sytuacji, ani się do niej przygotować. To nie jest przypadek, lecz element szerszego modelu zarządzania informacją – takiego, w którym państwo kontroluje nie tylko przekaz, ale także poziom niewiedzy.

Równolegle działa mechanizm przerzucania odpowiedzialności. W przestrzeni propagandowej pojawiają się sugestie, że ograniczenia są odpowiedzią na działania zewnętrzne – zagrożenia ze strony Ukrainy, Zachodu czy „cyberataków”. Nawet jeśli nie jest to komunikowane wprost, kontekst jest czytelny: to nie państwo ogranicza obywateli, lecz państwo chroni ich przed kimś innym.

Istotnym elementem tej narracji jest minimalizowanie skali problemu. W przekazie medialnym blackouty przedstawiane są jako lokalne, krótkotrwałe i w gruncie rzeczy nieistotne zakłócenia. Brakuje miejsca na analizę ich konsekwencji czy próbę szerszego ujęcia zjawiska. W ten sposób tworzy się obraz rzeczywistości, w której nic poważnego się nie dzieje – nawet jeśli codzienne doświadczenie użytkowników mówi coś zupełnie innego.

—–

Część ekspertów przyjmuje oficjalne wyjaśnienie, że ograniczenia mobilnego internetu mają charakter militarny. Łączność może wspierać koordynację działań czy wykorzystanie systemów bezzałogowych, więc jej ograniczenie – zwłaszcza w regionach zagrożonych atakami – wydaje się logiczne. Problem w tym, że to tłumaczy tylko część zjawiska. Współczesne systemy bezzałogowe często korzystają z innych kanałów łączności lub działają autonomicznie, a blackouty obejmują także obszary oddalone od bezpośrednich działań wojennych. To sugeruje, że aspekt militarny jest tylko jednym z elementów szerszej układanki.

rosja od lat rozwija narzędzia pozwalające na centralne zarządzanie ruchem internetowym i filtrowanie treści. W tym kontekście obecne ograniczenia nie wyglądają na improwizację, lecz na świadome użycie wcześniej przygotowanych mechanizmów. Zapewne mają one charakter testowy – władze nie tylko odcinają łączność, ale też obserwują skutki: reakcje społeczne, wpływ na gospodarkę i poziom dezorganizacji życia codziennego. To proces sprawdzania, jak daleko można się posunąć.

Wyłączenia Internetu można też interpretować jako przygotowanie do sytuacji, w której kontrola przepływu informacji stanie się kluczowa. Mobilny Internet – zdecentralizowany i trudny do pełnego nadzoru – jest w tej logice problemem. Jego ograniczenie pozwala zawęzić przestrzeń informacyjną i wzmocnić dominację przekazu oficjalnego. Równolegle ma to wymiar prewencyjny: utrudnia organizację protestów i szybkie rozprzestrzenianie się informacji, zwiększając koszt społecznej mobilizacji.

Być może Moskwa przygotowuje się na kolejną fazę wojny – w tym na masową mobilizację – i zawczasu „wycisza” kanały społecznej komunikacji. Tego dziś nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, ale skala i charakter działań sugerują, że nie są one wyłącznie reakcją na bieżące zagrożenia. To raczej przygotowanie systemu państwa na moment, w którym kontrola informacji stanie się równie istotna jak kontrola pola walki.

Rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Koszty

– Przedłużanie wojny jest w interesie rosji. A ta możne konflikt prowadzić tak długo, jak długo jego koszty będą akceptowane przez zwykłych rosjan. Dopóki wojna toczy się na terytorium Ukrainy i w niewielkim stopniu dotyka życia codziennego obywateli rosyjskich, dopóty putin ma od „swoich” wolną rękę – to jedna z ocen, które stawiam w rozmowie, jaką przeprowadził ze mną red. Maciej Chilczuk, dziennikarz „Polski Zbrojnej”. W wywiadzie poruszone są także inne kwestie, warte rozważań w czwartą rocznicę rosyjskiej pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Zapraszam do odsłuchania rozmowy.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

System

Wojna w Ukrainie obnażyła coś, co przez dekady pozostawało na marginesie debat strategicznych: o wyniku konfliktu decyduje nie tylko armia, lecz zdolność państwa do działania jako spójny system.

O świcie w Kijowie wyją syreny. Kilkaset kilometrów dalej, ze stacji we Lwowie wyrusza na wschód transport amunicji. W Łucku urzędnik wydaje decyzję administracyjną, używając podpisu elektronicznego, a w Charkowie operator sieci energetycznej przywraca zasilanie po kolejnym nocnym ataku. Na froncie giną ludzie, lecz wojna toczy się także tam, gdzie nie ma okopów. W urzędach, fabrykach, szkołach, na stacjach kolejowych i w mieszkaniach cywilów. rosyjskie rakiety i drony nie są wymierzone wyłącznie w jednostki wojskowe – ich celem jest całe państwo. Brak prądu, przerwane łańcuchy dostaw, chaos decyzyjny i zmęczenie społeczeństwa mają w długim okresie działać skuteczniej niż czołgi. Taki pomysł na wojnę ma rosja.

Odpowiedź Ukrainy była w dużej mierze improwizowana, ale z czasem przybrała formę systemowej adaptacji. Państwo nauczyło się funkcjonować w trybie permanentnego kryzysu. Administracja nie została zawieszona; przeciwnie – musiała działać szybciej, prościej i bliżej obywatela. Przemysł się nie zwinął, a rozproszył. Społeczeństwo stało się czymś więcej niż tylko zasobem mobilizacyjnym. To właśnie ta zdolność do utrzymania funkcjonowania państwa pod ostrzałem stanowi dziś jeden z kluczowych czynników ukraińskiej wytrzymałości strategicznej. I to ona powinna być przedmiotem analizy z polskiej perspektywy – nie w kategoriach solidarności czy symboliki, a twardego planowania obronnego.

—–

Mobilizacja w wojnie pełnoskalowej nie jest wyłącznie problemem wojskowym. Jej istotą jest zarządzanie niedoborem zasobu, który zużywa się szybciej, niż można go odtworzyć. Tym zasobem są ludzie – nie tylko żołnierze i rezerwiści, lecz także pracownicy przemysłu, transportu i administracji. Każda decyzja mobilizacyjna ma więc charakter systemowy: wzmacnia front kosztem zaplecza albo stabilizuje państwo kosztem zdolności bojowej. W Ukrainie pierwsze miesiące wojny opierały się na nadwyżce motywacji społecznej. Ochotnicy pozwolili kupić czas, lecz nie stworzyli systemu. Gdy konflikt przeszedł w fazę długotrwałą, improwizacja przestała wystarczać. Państwo zostało zmuszone do uporządkowania mobilizacji: centralizacji ewidencji, cyfryzacji danych, zaostrzenia kontroli nad poborem i racjonalizacji jego kryteriów.

Wraz z tym pojawiły się napięcia. Społeczeństwo funkcjonujące miesiącami w stanie wojny przestaje reagować na argumenty moralne, a zaczyna kalkulować koszty. Rosnąca liczba poległych, długotrwała służba bez jasnej perspektywy rotacji oraz nierównomierne obciążenie poszczególnych grup podkopały poczucie sprawiedliwości systemu. Mobilizacja stała się jednym z najbardziej konfliktogennych obszarów funkcjonowania państwa. Kluczowym wyzwaniem okazało się utrzymanie równowagi między potrzebami frontu a wydolnością zaplecza. Każdy żołnierz powołany do wojska to nie tylko uzupełnienie etatu w brygadzie, lecz także luka w gospodarce i administracji. Wojna wymusiła brutalną selekcję według przydatności systemowej: kto jest niezbędny na froncie, a kto do jego utrzymania. Administracja lokalna stała się buforem tych napięć – miejscem, gdzie decyzje państwa zderzały się z presją społeczną.

Z perspektywy strategicznej wniosek jest jednoznaczny: państwo, które nie potrafi długofalowo zarządzać mobilizacją, nie jest w stanie prowadzić wojny na wyczerpanie. Ukraina utrzymuje zdolność bojową nie dzięki niewyczerpanym rezerwom, lecz dlatego, że przekształciła mobilizację z reakcji kryzysowej w narzędzie zarządzania całym systemem państwowym – rozwiązanie dalekie od doskonałości, ale jedyne możliwe w wojnie bez szybkiego finału.

—–

W konflikcie pełnoskalowym poważnemu stres-testowi poddano administrację publiczną. Wojna szybko obnażyła słabości rozbudowanych, hierarchicznych struktur. Administracja musiała zostać spłaszczona: część kompetencji przeniesiono w dół, skracając ścieżki decyzyjne i ograniczając formalizm. W praktyce oznaczało to przerzucenie znacznej części ciężaru na administrację lokalną. To samorządy łączyły funkcje cywilne i quasi-obronne: zarządzały ewakuacją, pomocą, usługami komunalnymi i komunikacją z ludnością.

Ataki na energetykę, łączność i transport bezpośrednio uderzały w zdolność urzędów do pracy. Państwo wprowadziło rozwiązania awaryjne: alternatywne źródła zasilania, rozproszone centra decyzyjne, pracę zdalną i uproszczony obieg dokumentów. Celem nie był komfort funkcjonowania instytucji, lecz utrzymanie minimalnej zdolności działania. Kluczową rolę odegrała cyfryzacja. Systemy elektroniczne z narzędzi modernizacji stały się narzędziem przetrwania państwa. Pozwoliły ograniczyć skutki fizycznych zniszczeń, ale jednocześnie uczyniły infrastrukturę teleinformatyczną jednym z priorytetowych celów ataków.

Wojna wymusiła redefinicję skuteczności. Liczyła się nie zgodność z procedurą, lecz zdolność do utrzymania funkcji państwa. Błędy przestały być wyjątkiem, a stały się elementem akceptowalnego ryzyka. To przejście – od państwa proceduralnego do adaptacyjnego – pozwoliło Ukrainie uniknąć paraliżu instytucjonalnego. Patrząc z polskiej perspektywy, ukraińskie doświadczenie jest ostrzeżeniem. Polski aparat administracyjny projektowany jest na warunki stabilności: z rozbudowanymi procedurami, silną centralizacją decyzji i wysoką awersją do błędu. W realiach wojny pełnoskalowej taki model staje się obciążeniem. Bez przygotowania do pracy w trybie kryzysowym – z uproszczonymi procedurami, jasno delegowanymi kompetencjami i odpornością energetyczno-cyfrową – administracja może stać się wąskim gardłem całego systemu obronnego.

(…).

—–

Początkowa faza wojny charakteryzowała się wysokim poziomem samoorganizacji. Wolontariat, zbiórki sprzętu, wsparcie dla armii i uchodźców zastępowały niewydolne jeszcze mechanizmy państwowe. Z czasem jednak ta energia zaczęła się wyczerpywać. Społeczna mobilizacja, podobnie jak wojskowa, ma swoje granice. Państwo stanęło przed wyzwaniem przejścia od improwizacji do systemu – bez zabijania oddolnej inicjatywy, ale też bez opierania bezpieczeństwa na emocjonalnym zrywie. Codzienność w warunkach wojny została podporządkowana rytmowi alarmów, przerw w dostawach energii i zagrożenia uderzeniami. Szkoły, szpitale i miejsca pracy musiały funkcjonować w trybie awaryjnym. Adaptacja stała się normą: piwnice zastąpiły schrony, generatory – stabilne zasilanie, a nauczanie zdalne – regularną edukację. Społeczeństwo nauczyło się funkcjonować w warunkach obniżonych standardów, akceptując, że wojna oznacza trwałą degradację komfortu życia.

Kluczowym elementem odporności okazała się informacja. Wojna toczyła się równolegle w sferze narracyjnej – między potrzebą utrzymania morale a ryzykiem dezinformacji i propagandy. Państwo musiało balansować między transparentnością a kontrolą przekazu, starając się zapobiegać panice, zmęczeniu i poczuciu bezsensu strat. Każdy kryzys energetyczny, każda fala mobilizacji i każda porażka na froncie miały swoje konsekwencje społeczne, które wymagały zarządzania równie uważnego jak działania wojskowe. Granice odporności społecznej ujawniały się stopniowo. Narastało zmęczenie, frustracja i poczucie nierówności obciążeń. Długotrwała wojna rozwarstwia społeczeństwo: jedni pozostają na froncie, inni na zapleczu; jedni tracą bliskich, inni ponoszą głównie koszty ekonomiczne. Państwo musiało reagować na te napięcia także poprzez realne mechanizmy wsparcia – świadczenia, pomoc psychologiczną, opiekę nad rodzinami poległych i rannych.

Wojna obnażyła słabość klasycznych koncepcji obrony cywilnej, projektowanych z myślą o krótkotrwałych kryzysach. W realiach długotrwałego konfliktu obrona cywilna stała się procesem ciągłym, obejmującym nie tylko schronienie ludności, lecz także utrzymanie usług publicznych, komunikacji i minimum normalności. Społeczeństwo nie było wyłącznie obiektem ochrony – stało się aktywnym elementem odporności państwa. Z perspektywy strategicznej kluczowy wniosek brzmi: wojny nie wygrywa się samą determinacją społeczną, ale bez niej przegrywa się ją zawsze. Ukraina utrzymuje zdolność do walki, ponieważ jej społeczeństwo, mimo zmęczenia i strat, wciąż akceptuje koszty konfliktu jako niższe niż koszty porażki. To równowaga krucha, wymagająca stałego zarządzania – i jedno z najtrudniejszych wyzwań dla państwa prowadzącego wojnę na wyczerpanie.

(…).

Ten tekst ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – gdybyście chcieli go przeczytać w pełnej wersji, magazyn nadal jest w sprzedaży. Poza „papierem” dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje artykuły, w tym wywiad z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Jeden z najprostszych przykładów adaptacji – stacja paliw zabezpieczona workami z piaskiem/fot. własne

Prowokacje

Wtargnięcie dronów nad Polskę i Rumunię, rajd odrzutowców nad wodami terytorialnymi Estonii, ataki hackerskie na infrastrukturę krytyczną i podpalenia obiektów użyteczności publicznej w krajach wschodniej flanki czy wreszcie intensyfikacja operacji szpiegowskich wymierzonych w członków NATO – oto katalog rosyjskiej aktywności, zarejestrowanej na przestrzeni ostatnich tygodni. Wojna hybrydowa rosji nabrała tempa, ale co się za tym kryje? Czy Moskwa rzeczywiście dąży do otwartej konfrontacji z Sojuszem?

Mimo wyraźnej eskalacji i wciąż podkręcanej, wrogiej wobec Zachodu retoryki rosyjskiej propagandy, ten drugi scenariusz wydaje się skrajnie mało prawdopodobny. Nic nie przemawia za tym, by rosjanie szykowali się do rychłej, gorącej wojny z NATO. Ich siły zbrojne wciąż pozostają zaangażowane w Ukrainie, końca tego konfliktu nie widać, ba, nawet nadzieje na jego zamrożenie po porażkach dyplomacji trumpa można uznać za płonne.

O co więc chodzi rosjanom? Pełną listę motywów, jakimi kieruje się Kreml, znajdziecie w moim tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link. Na potrzeby tego wpisu chciałbym skupić się na jednej kwestii. Moim zdaniem, Moskwa eskaluje napięcie także z przyczyn wynikających z przebiegu konfliktu w Ukrainie oraz wewnątrz-rosyjskich skutków tej wojny. Celem jest wywołanie bardziej spektakularnych reakcji Sojuszu, co z kolei pozwoliłoby rosyjskiej propagandzie jeszcze szerzej rozwinąć skrzydła w temacie zagrożenia z Zachodu. Oczekiwany efekt to taki, który socjolodzy i psycholodzy społeczni nazywają gromadzeniem się wokół flagi. Działania zewnętrznych sił, postrzegane jako nieprzyjazne, mają moc zbliżania społeczeństwa do władzy i właśnie na takiej mobilizacji rosjan zależy putinowi. Dlaczego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, spójrzmy na Ukrainę. Mimo nachalnej rosyjskiej narracji, wedle której armia ukraińska jest w ciągłym odwrocie, front od listopada 2022 roku stoi. Od tego momentu rosjanie zajęli ledwie 6 tys. km kwadratowych Ukrainy, co odpowiada mniej niż procentowi przedwojennej powierzchni kraju. A stracili przy tym ponad milion żołnierzy – zabitych, rannych, wziętych do niewoli – oraz dziesiątki tysięcy jednostek sprzętu. Niedawno zakończyła się ich kolejna ofensywa, w obwodzie sumskim, która podobnie jak intensywne ataki w rejonie Pokrowska na Donbasie, została utopiona we krwi. Przełomu nie ma, ba, argumentację wedle której wcale nie idzie o terytoria, a o fizyczne zniszczenie przeciwnika, coraz trudniej oprzeć o fakty. Mimo brutalnego młotkowania na froncie armia ukraińska okrzepła, a gospodarka – w tym zbrojeniówka – radzi sobie w realiach częstych rosyjskich uderzeń dronowo-rakietowych. Co więcej, Kijów zezwolił niedawno mężczyznom w wieku 18-22 lat na opuszczanie kraju, co podważa opowieść o tym, że Ukrainie brakuje rekrutów i wkrótce upadnie, bo nie będzie komu nosić broni. Skoro usunięto ograniczenia administracyjne, najwyraźniej tak źle nie jest, samo zniesienie zaś należy odebrać jako komunikat: „stać nas na takie gesty”, wysłany Moskwie.

Tymczasem dla putina i jego współpracowników wojna z Ukrainą to „gra o wszystko”. W tym znaczeniu, że trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym po porażce zachowają oni władzę. Faktu, iż po czterech latach „specjalnej operacji wojskowej” zyski są tak marne, a straty tak koszmarne, nie da się  ubrać w szaty zwycięstwa; takich umiejętności nie posiada nawet rosyjska propaganda. A taki stan rzeczy winduje determinację Kremla na bardzo wysoki poziom. Wojna musi trwać, rosja musi coś jeszcze zdobyć, coś, co uda się sprzedać jako spektakularny sukces, po którym społeczeństwo rosyjskie puści w niepamięć poniesione ofiary.

Tylko jak to zrobić, gdy armii na froncie brakuje sił? W Ukrainie walczy obecnie 700 tys. rosyjskich żołnierzy – najwięcej od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej wojny. Lecz i tak za mało, by złamać Ukraińców. Odpowiedzią mogłaby być dalsza rozbudowa kontyngentu, problem w tym, że rozkręcona do granic możliwości kampania rekrutacyjna pozwala w niewielkim zakresie na coś więcej niż pokrywanie bieżących strat. Mało tego, rosjanie nie garną się na front inaczej niż za wielkie (relatywnie) pieniądze – których zapas w państwowej kasie topnieje w zastraszającym tempie. Przymusowa mobilizacja w miejsce ochotniczego zaciągu? Owszem, jest to rozwiązanie, ale obarczone ryzykiem buntu chronionej dotąd wielkomiejskiej, „białej”, prawosławnej rosji. Ta godzi się na wojnę pod warunkiem, że jest ona prowadzona rękoma biednej, etnicznie różnej prowincji; swoich chłopców na nią nie zamierza posyłać. Lecz w scenariuszu powszechnej mobilizacji ci „lepsi” obywatele federacji musieliby do wojska pójść. Jak ich do niego zwabić? Ano rozbuchaną narracją o groźnym Zachodzie, który czyha na mateczkę rosję. Wystarczy „złe NATO” sprowokować, by pokazało zęby i pazury. Że w samoobronie? rosjanie takimi szczegółami nie zajmują sobie głowy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie efy podczas dyżuru bojowego, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera

Obrona

Generalne możliwości militarne Polski nie są tajemnicą, a koncepcje obrony od dawna stanowią temat publicznych dyskusji. Ramy wyznaczane przez geograficzne, ekonomiczne, polityczne i wojskowe realia są w gronach eksperckich znane, wybrane elementy tych dociekań wchodzą w skład wiedzy potocznej – jak choćby fakt, że trudna do pokonania Wisła jest naturalną rubieżą obronną.

Byłoby wspaniałym zrządzeniem losu, gdyby „Królowa polskich rzek” wiła się gdzie indziej – najlepiej wzdłuż naszej wschodniej i północnej granicy – ale ona płynie tam, gdzie płynie, i nic tego nie zmieni.

Zmienne mogę być za to warunki geopolityczne, pośród nich sojusze. Jednak jakie silne by one nie były, wojskowe planowanie musi uwzględniać różne warianty zagrożeń, także te mniej optymistyczne. Na przykład takie, w których nie ma u nas dużych kontyngentów sojuszniczych wojsk i musimy sobie (w ogóle, bądź „tylko” przez jakiś czas) poradzić sami.

„Plan użycia sił zbrojnych RP” to dokument zawierający także takie scenariusze, określane mianem „samodzielnej operacji obronnej”. Oparte o realistyczną ocenę możliwości, wiodą do srogich wniosków. Znając zarysy „Planu…”, politycy i publicyści formułują skraje odmienne oceny – czego byliśmy świadkami w ostatnich dniach (po tym jak prokuratura wystąpiła o uchylenie immunitetu Mariuszowi Błaszczakowi). Zdaniem jednych, w razie rosyjskiego ataku Wojsko Polskie od razu wycofa się za Wisłę. Zdaniem drugich, armia będzie bronić całości kraju.

Gdzie leży prawda? Ano „po środku”. I nie jest to wygodna prawda.

Czy małe, zawodowe wojsko obroniłoby kraj tak rozległy jak Polska? Nie. Dlatego zrezygnowaliśmy ze stutysięcznej struktury na rzecz dwa, a docelowo trzy razy większej armii. Jeśli spełnione zostaną inne warunki – zaczniemy sensownie szkolić rezerwy i gromadzić zapasy – w razie zagrożenia Wojsko Polskie urośnie do 800-tysięcznych sił zbrojnych, zdolnych postawić Rosjanom „tamę”. Niestety, wzrost liczebności (i potencjału) nie nastąpi z dnia na dzień – taka mobilizacja zajmie tygodnie, co musi oznaczać utratę części terytorium Rzeczpospolitej.

Bo nie da się trzymać 800 tys. ludzi pod bronią w sytuacji, gdy „tylko” grozi nam wojna. Nie uderzymy prewencyjnie, by z miejsca przenieść działania zbrojne na terytorium wroga. No i nierozsądnym byłoby delegowanie większości armii do bitwy granicznej. Już raz popełniliśmy ten błąd, w 1939 roku. „Plan Zachód” zakładał obsadzenie całej zagrożonej granicy cienkim pasem linii obronnych. Łatwym do przełamania przy silnym punktowym ataku. Ten nastąpił w kilku miejscach jednocześnie, co poskutkowało oskrzydleniem przygranicznych formacji, a następnie ich okrążeniem i odcięciem od zaplecza. Tak uczynili Niemcy, mistrzowie wojny manewrowej. Rosjanie mistrzami nie są, ale dążyliby do tego samego.

Lecz oddanie im bez walki terenów od Bugu do Wisły wcale nie jest alternatywą. Ziemie wschodniej RP byłyby bronione, choć nie na zasadzie „ani kroku wstecz!”, a w ramach mobilnej operacji opóźniającej, prowadzonej z intencją jak największego wykrwawienia wroga. W tym samym czasie na zachodzie kraju, za Wisłą, gromadzono by najważniejsze siły i środki. Tak, by w odpowiednim momencie – w dobrym scenariuszu z pomocą sojuszników – przystąpić do kontrnatarcia na osłabionego przeciwnika.

Istotą obrony wschodnich rubieży byłoby skanalizowanie ruchów rosyjskich wojsk tak, by ich marszruty nakładały się na miejsca wcześniej przygotowane przez Polaków. W praktyce oznaczałoby to zastosowanie taktyki spalonej ziemi – wysadzenie infrastruktury drogowej, kolejowej, lotniskowej, założenie setek pól minowych, przeszkód terenowych, rozerwanie tam, wałów, drenów, obalenie dziesiątek tysięcy drzew. Wystawienie kilkunastu mniejszych miast – przewidzianych do uporczywej obrony, mającej związać jak największą liczbę oddziałów nieprzyjaciela – na ryzyko całkowitego zniszczenia.

Przerażające, prawda? A to nie wszystko – o czym przeczytacie w tekście, który opublikowałem dziś w portalu Interia.pl. Znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

Nz. Strażak-ratownik medyczny z Polski, członek ekipy, która zimą 2023 roku pojechała do Bachmutu z pomocą humanitarną. Zrobiłem to zdjęcie w Izjumie, wybrałem do zilustrowania tekstu z uwagi na wyraźny polski akcent. Ale to tylko zabieg redakcyjny – oby nigdy takie zdjęcia – w Polsce, z naszymi strażakami – nie musiały powstawać…/fot. własne

Szanowni, w moim sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je kupić, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.