Naddniestrze

Czy rosja wchłonie Naddniestrze? Pewnie by i chciała, ale realnie niewiele może…

„Moskwa wyciąga ręce po kolejny europejski kraj!”, alarmują media. „To element rosyjskiej wojny hybrydowej, która ma podpalić kontynent!”, ostrzegają eksperci. Brzmi groźnie? Ano brzmi. Należy się bać? Gdy „wgryziemy się” w szczegóły – już niekoniecznie.

Kremlowskie szanowanie praw

Naddniestrze to zbuntowana, prorosyjska część Mołdawii. Twór quasi-państwowy – jak niegdyś ukraińskie republiki ludowe w Donbasie – nieuznawany przez cywilizowany świat. Jego mieszkańcy chcieliby integracji z rosją, tak przynajmniej twierdzą tamtejsze „władze”. Jak zapowiada ich przedstawiciel, Giennadij Czorba, już w najbliższą środę rebeliancki „rząd” poprosi Kreml o formalne przyłączenie do federacji. „Prośba zostanie przekazana Moskwie w imieniu obywateli mieszkających na lewym brzegu Dniestru”, mówi. To oświadczenie – a właściwie cała ich seria – nastąpiło po wypowiedzi siergieja ławrowa, szefa rosyjskiego MSZ, który stwierdził, że należy szanować prawa prorosyjskich separatystów w Naddniestrzu.

Swego czasu z tego kremlowskiego „szanowania praw” wzięła się rosyjska agresja na Ukrainę. Słowa ławrowa mogą więc brzmieć złowrogo i zostać odczytane jako zapowiedź kolejnej „operacji specjalnej”.

Ale spójrzmy na mapę i wejrzyjmy w możliwości rosjan, by skonkludować popularnym stwierdzeniem – z czym do ludzi?

Naddniestrze „urwało się” Mołdawii – dawnej radzieckiej republice – w 1992 roku. Młode państwo nie poradziło sobie z rebelią głównie dlatego, że separatystów wsparła Moskwa. Pozostałością tego wsparcia – poza samym istnieniem Naddniestrza – jest rosyjski „kontyngent pokojowy”. Liczy on ok. 2 tys. żołnierzy, właściwie pozbawionych sprzętu ciężkiego. „Armia” Naddniestrza jest niewiele większa, ma też możliwość zmobilizowania kilkunastu tysięcy rezerwistów. Zatem oba komponenty są symboliczne, ale to wystarczy, bo naprzeciw siebie mają ledwie trzytysięczne mołdawskie wojsko, słabo wyszkolone i uzbrojone.

Separatyści do spółki z rosjanami trzymają więc rząd w Kiszyniowie w szachu. Idąc krok dalej – w stronę integracji z rosją – mogliby nie napotkać fizycznego sprzeciwu (bądź skutecznie mu przeciwdziałać). Ba, dysponując statusem regionu federacji, może nie od razu, ale finalnie zagroziliby reszcie Mołdawii (takie jest rosyjskie modus operandi). Tyle że to wszystko działoby się u granic Ukrainy. A Kijów nie pozwoliłby sobie na prorosyjską rebelię za plecami. I najpewniej pomógłby prozachodnim i proukraińskim władzom Mołdawii zdusić ją w zarodku. Ukraińską armię – mimo trawiącego ją kryzysu – nadal stać na takie zaangażowanie i nie odbyłoby się ono kosztem frontu w Donbasie czy Zaporożu.

Więc jeśli ktokolwiek w Moskwie myśli o skutecznej aneksji, wie, że trzeba do tego dodatkowego wojska. I tu pojawia się problem.

Jeśli nie lądem, to może morzem?

Naddniestrze wraz z Mołdawią otoczone są przez Ukrainę i Rumunię, od najbliższej rosyjskiej granicy dzieli je setki kilometrów. Próba wybicia korytarza lądowego do Naddniestrza wzdłuż brzegu Morza Czarnego była jednym z początkowych celów rosjan, gdy w lutym 2022 roku zaatakowali Ukrainę. Operacja się nie powiodła – najeźdźcy doszli pod Mikołajów, potem zostali zepchnięci do Chersonia, a ostatecznie utracili i to miasto, wycofując się na wschodni brzeg Dniepru. Siedzą tam do dziś, bez widoków na wznowienie działań ofensywnych, do czego brakuje im sił i środków.

Jeśli nie lądem, to może morzem? Rzecz w tym, że Naddniestrze (i cała Mołdawia) nie ma dostępu do czarnomorskiego akwenu. Ewentualny desant morski musiałby nastąpić na obszarze Jedysanu czy dalej na południowym-zachodzie, w Budziaku – tym kawałku Ukrainy, który leży „pod” Mołdawią. Co de facto oznaczałoby otwarcie kolejnego frontu w wojnie Moskwy z Kijowem.

Możliwe? A skąd.

Wspomniany wcześniej zamysł odcięcia Ukrainy od Morza Czarnego miał być zrealizowany nie tylko uderzeniem z lądu (przez zgrupowanie, które wyszło z Krymu). Istotną częścią planu był wspomagający desant morski w Odesie. Kreml musiał obejść się smakiem nie tylko dlatego, że armii nie udało się podjeść pod największy czarnomorski port. Zawiodła również flota, która w pierwszych tygodniach wojny utraciła krążownik „Moskwa”. Przewidziany do osłony lądujących oddziałów flagowiec spoczął na dnie, trafiony rakietą przeciwokrętową. Ukraińcy nasycili wybrzeże Morze Czarnego kilkoma bateriami takich wyrzutni, zmuszając rosyjską marynarkę do trzymania się z dala od brzegu.

W drugim roku wojny – nasilając kampanię dronowo-rakietową, wymierzoną w zgrupowanie floty czarnomorskiej na Krymie – obrońcy wręcz przepędzili rosyjskie okręty z zachodniej części Morza Czarnego.

Dla porządku dodajmy – Odesa to dziś twierdza, a Jedysan i Budziak niespecjalnie nadają się do desantu. Moskwa zaś nonszalancko potraktowała własne jednostki piechoty morskiej, skrwawiając je w bezsensownych „mięsnych szturmach”. Oddziały odtworzono, niektóre nawet trzykrotnie (!), ale obecnie nie są to już doborowe formacje.

Chyba że Kreml zagra va banque

Częściowo doborowy charakter udało się zachować w wojskach powietrznodesantowych (WDW), również tragicznie doświadczonych podczas dotychczasowych zmagań w Ukrainie. O czym wspominam, bo istnieje jeszcze droga lotnicza jako sposób na zasilenie „armii” Naddniestrza.

Ale przerzut spadochroniarzy z Krymu to ryzykowana operacja – ukraińska obrona przeciwlotnicza w rejonie Odesy jest silna i wiele wyładowanych spadochroniarzami Iłów-76 nie dotarłoby do celu. A co dopiero mówić o utrzymaniu mostu powietrznego. Czysto teoretycznie rosjanie mogliby najpierw zdusić ukraińską OPL w regionie, ale to wymagałoby dużej ilości czasu. I ujawnienia intencji, wszak Ukraińcy łatwo by się domyślili, jakie są powody rosyjskiej koncentracji działań. Wobec braku elementu zaskoczenia, taki scenariusz uważam za mało prawdopodobny.

I generalnie cała idea mającej nastąpić lada moment aneksji wydaje mi się grubymi nićmi szyta.

Dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Sielankowe widoki z odeskich plaż nie zmienią faktu, że miasto to dziś forteca. W tle mała jednostka patrolowa ukraińskiej marynarki, wrzesień 2023 roku/fot. własne

„Żukow”

Pisałem kilka dni temu o wyjątkowo nieroztropnych działaniach rosyjskiego dowództwa, które pod Wuhłedarem wytracało dziesiątki czołgów i wozów pancernych oraz setki żołnierzy dziennie. Wczoraj – wszystko na to wskazuje – atak ostatecznie się załamał; tzn. rosjanie nadal próbują podchodzić Ukraińców, ale intensywność działań spadła i przypomina tę ze stycznia. Najogólniej rzecz ujmując, ruskie na tym odcinku „wypstrykały się” ze sprzętu i ludzi. Nawet ich wojenni blogerzy przyznają, że działo się to w okolicznościach zasługujących na miano „kretynizmu”, mając na myśli takie praktyki jak trzymanie się w kupie czy jazdę w kolumnie w bezpośrednim zasięgu ukraińskich luf. Efektem są stosy rosyjskich trupów, eksplodujące bądź już wypalone pojazdy, uchwycone na ukraińskich filmikach, z iście masochistyczną determinacją prezentowanych teraz w rusnecie. „Tacy jesteśmy durni”, grzmią militarni blogerzy (gwoli rzetelności – nie wszyscy).

Odpowiedzialnym za tę jatkę jest gen. Aleksiej Kim, jeden z zastępców Gierasimowa, w (pro)rosyjskich mediach prezentowany jako autor założeń „ofensywy zimowej”, jak pisze się już wprost o ostatnich działaniach armii najeźdźców. Rozbawił mnie komentarz, jaki znalazłem na jednym ze skarpetkosceptycznych profili na FB, zgodnie z którym Kim ma szansę stać się dla putina tym, czy Żukow był dla Stalina (w domyśle, „dostarczycielem” zwycięstwa). No więc jak na razie porównanie z sowieckim marszałkiem sprawdza się wyłącznie w kwestii szafowania żołnierskim życiem.

Miarą „sukcesu” są kolejne symboliczne progi przekraczane przez rosjan. Jak donosi Oryx – niezależna grupa analityczna – kilkadziesiąt godzin temu Ukraińcy zniszczyli tysięczny rosyjski czołg. W sumie zaś rosja straciła już 1713 tanków: obok 1012 zniszczonych, 546 wozy zdobyli ukraińscy obrońcy, 80 zostało uszkodzonych, a 75 czołgów rosyjscy żołnierze po prostu porzucili. Przy czym dane Oryx’a bazują wyłącznie na dowodach wizualnych – ogólnodostępnych fotografiach i nagraniach. Realnie rosyjskie straty są wyższe – wśród analityków panuje zgoda, że co najmniej o jedną trzecią.

Lecz straty ponoszą też Ukraińcy – na odcinku wuhłedarskim głównie od artylerii. Co ciekawe, rosjanie zgromadzili tam (i na innych „aktywnych” fragmentach frontu), masę kilkudziesięcioletnich armat, dotąd przechowywanych w zauralskich składach. Wygląda to jak siedem nieszczęść za sprawą złażącej farby i rdzy, pozbawione nowoczesnych systemów celowniczych. Niemniej działa, ilością budując jakość. Generalnie rosyjska artyleria też nie była przygotowana na wojnę o takiej intensywności. Straty bojowe – w zależności od źródeł na poziomie od 700 do 2700 dział i wyrzutni rakietowych – nie oddają istoty rzeczy. Mnóstwo armat wycofano z linii na skutek uszkodzeń, będących konsekwencją intensywnego użycia (lufy mają swoją żywotność). W efekcie koniecznym stało się sięgnięcie do głębokich zapasów. Ale to niejedyny powód – zasięg części wiekowych dział (na przykład samobieżnych hiacyntów) przekracza 30 km, co pozwala przynajmniej częściowo niwelować słabości „wielkiego nieobecnego” tej wojny – rosyjskiego lotnictwa frontowego. Niskie kwalifikacje pilotów, dramatyczny brak precyzyjnej amunicji, przy jednoczesnym dużym nasyceniu środkami obrony przeciwlotniczej po stronie ukraińskiej sprawiają, że rosyjscy żołnierze nie mogą liczyć na bezpośrednie wsparcie z powietrza – uderzenia w punkty oporu Ukraińców i ich bezpośrednie zaplecze. Stara się to zatem robić artyleria.

Lotnictwo strategiczne – po wymuszonej przez ukraińskie drony rejteradzie z europejskich lotnisk – nadal niestety ma względnie wysoką zdolność bojową. Przekonaliśmy się o tym dziś w nocy i nad ranem, przy okazji kolejnego zmasowanego ataku rakietowego na ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Najeźdźcy wystrzelili ponad 70 pocisków manewrujących, większość z bombowców Tu-95MS.

Do ataku na bliższe cele – Charków i Zaporoże – rosjanie wykorzystali przerobione rakiety przeciwlotnicze S-300. Odpalono ich 35, co jest najliczniejszym dotąd jednorazowym użyciem S-300 w charakterze pocisków do rażenia celów naziemnych.

Strzelały również okręty z Morza Czarnego – kalibrami, z których dwa przeleciały nad Mołdawią, co zostało potwierdzone oficjalnym komunikatem tamtejszych władz. Kalibry miały też wlecieć w przestrzeń powietrzną Rumunii; Bukareszt zaprzecza, ukraińskie dowództwo, powołując się na dane z nadzoru, twierdzi, że taki incydent miał miejsce. Rumunia jest członkiem NATO, gdyby rzeczywiście doszło do takiej sytuacji, nie byłby to casus belli, ale jakaś reakcja Sojuszu musiałaby nastąpić. Obserwuję media od rana i widzę gorączkę w temacie, ale radziłbym powściągnąć emocje. I nie, nikt o chowaniu głowy w piasek nie mówi, NATO ma bowiem niezawodny środek, by odgryźć się rosji – jest nim intensyfikacja pomocy dla armii ukraińskiej. Jeśli ruskie nabroiły, same kręcą na siebie bicz.

Póki co kręci ich świadomość strat zadanych ukraińskiej infrastrukturze. Naprawdę, w rusnecie – jak przy okazji wcześniejszych nalotów – liczne grono komentatorów tej wojny cieszy się, że „znów im dołożyliśmy”. Tylko czy na pewno? Obrońcy raportują zestrzelenie ponad 80 proc. pocisków manewrujących, nie wiadomo, ile S-300 dosięgło celów. Wczesnym popołudniem 150 tys. mieszkańców Charkowa nadal pozbawionych było prądu. A ukraińskie koleje – absolutnie niezbędne do obsługi wojennego wysiłku – notowały opóźnienia pociągów od 5 do 30 minut. Sukces godny Żukowa, chciałoby się rzec…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska haubica samobieżna gdzieś na froncie/fot. Sztab Generalny ZSU