Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Obecność

Przez lata obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce stała się symbolem bezpieczeństwa i trwałości sojuszu z Waszyngtonem. Problem w tym, że znaczna jej część ma charakter rotacyjny i pozostaje uzależniona od politycznych decyzji podejmowanych za oceanem.

Jeszcze dekadę temu wojskowa obecność USA w Polsce miała charakter symboliczny. Amerykańskie pododdziały pojawiały się głównie na ćwiczeniach, a dyskusje o stałych bazach – z forsowanym przez polityków pomysłem „Fort Trump” – traktowano bardziej jako polityczny sygnał niż realny projekt wojskowy. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie całkowicie zmieniła jednak znaczenie Polski w strategii NATO i USA.

Kluczowa dla obrony państw bałtyckich

Pierwszy przełom nastąpił po aneksji Krymu w 2014 roku. Wówczas NATO rozpoczęło wzmacnianie wschodniej flanki, a Waszyngton uruchomił European Deterrence Initiative – program finansowania zwiększonej obecności wojskowej w Europie. Do Polski zaczęły trafiać pierwsze większe rotacyjne kontyngenty wojsk lądowych, lotnictwa i sił specjalnych. Nadal były to jednak działania ograniczone skalą i podporządkowane przede wszystkim odstraszaniu politycznemu.

Dopiero pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę z lutego 2022 roku uczyniła z Polski jedno z najważniejszych państw dla amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących nad Wisłą wzrosła do około 10 tys., Polska stała się głównym hubem logistycznym wsparcia dla Ukrainy, a jednocześnie kluczowym zapleczem dla operacji NATO na całej wschodniej flance.

Zmienił się także charakter tej obecności. Jeszcze przed rosyjską inwazją z 2022 roku widocznymi symbolami rosnącego zaangażowania wojskowego USA w Polsce były budowana baza systemu Aegis Ashore w Redzikowie oraz rozwijane w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu armii amerykańskiej. Po 2022 roku znacznie większego znaczenia nabrała infrastruktura logistyczna: lotniska, centra przeładunkowe, magazyny sprzętu i węzły transportowe.

Szczególną rolę odgrywa dziś Powidz, gdzie ulokowano jeden z najważniejszych w Europie magazynów Army Prepositioned Stocks. To właśnie tam przechowywany jest ciężki sprzęt dla amerykańskiej brygady pancernej – czołgi Abrams, bojowe wozy piechoty, artyleria i wyposażenie logistyczne. Tego rodzaju infrastruktura ma ogromne znaczenie dla strategii NATO, ponieważ pozwala szybko przerzucać do Europy żołnierzy bez konieczności transportowania całego wyposażenia przez Atlantyk.

W praktyce Polska stała się dla Amerykanów czymś więcej niż tylko państwem-gospodarzem dla kilku baz. Dziś pełni rolę logistycznego pomostu między Zachodem a wschodnią flanką NATO. W razie kryzysu lub wojny infrastruktura ta miałaby kluczowe znaczenie również dla przerzutu wojsk sojuszniczych do państw bałtyckich.

Nie oznacza to jednak, że Polska stała się nowym centrum amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod tym względem kluczową rolę nadal odgrywają Niemcy. To tam znajdują się strategiczne dowództwa USA, ogromne zaplecze logistyczne, infrastruktura lotnicza oraz bazy wykorzystywane do operacji nie tylko europejskich, lecz także globalnych. Według danych Pentagonu w Niemczech stacjonuje około 35–38 tys. amerykańskich żołnierzy, na stałe, a nie jak w Polsce – rotacyjnie.

I właśnie ta różnica jest kluczowa dla zrozumienia rzeczywistego charakteru amerykańskiej obecności nad Wisłą. Polska stała się ważnym elementem wojskowej architektury NATO, ale nie oznacza to jeszcze budowy trwałego, modelu stałego stacjonowania wojsk USA. Wręcz przeciwnie – obecny system opiera się przede wszystkim na elastyczności, mobilności i możliwości szybkiego wzmacniania flanki w razie kryzysu.

Stała obecność czy stała rotacja?

Klasyczny model stałego stacjonowania wojsk USA ukształtował się jeszcze w czasach zimnej wojny. W Niemczech Zachodnich, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii Amerykanie budowali rozbudowane garnizony z pełnym zapleczem logistycznym, mieszkaniowym i administracyjnym. Na miejscu stacjonowały całe jednostki wraz z rodzinami żołnierzy, szkołami, szpitalami i infrastrukturą pozwalającą funkcjonować przez dekady. Tego rodzaju obecność oznaczała trwałe strategiczne zakorzenienie.

Polska wygląda dziś inaczej. Choć liczba amerykańskich żołnierzy jest największa w historii relacji wojskowych obu państw, 96 proc. sił przebywa nad Wisłą czasowo. Jednostki te regularnie wymieniają się w ramach kolejnych rotacji, zwykle trwających od kilku do kilkunastu miesięcy.

To właśnie dlatego eksperci mówią o modelu „persistent presence”, czyli obecności trwałej politycznie, ale realizowanej poprzez rotację wojsk. Z perspektywy odstraszania efekt może być podobny – amerykańscy żołnierze stale znajdują się w Polsce – jednak dla Pentagonu taki system daje znacznie większą elastyczność.

Rotacyjny model obecności ma kilka zalet. Po pierwsze pozwala szybciej reagować na zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa. Liczbę wojsk można relatywnie łatwo zwiększać lub zmniejszać bez konieczności formalnego zamykania baz czy wycofywania całych garnizonów. Po drugie ogranicza koszty polityczne i społeczne, jakie wiążą się z permanentnym stacjonowaniem dużych sił za granicą. Po trzecie umożliwia utrzymywanie większej liczby jednostek w gotowości do działań na różnych kierunkach jednocześnie.

Ten model dobrze odpowiada obecnej strategii USA wobec Europy. Amerykanie nie przygotowują się dziś do prowadzenia wieloletniej wojny lądowej na kontynencie na wzór zimnej wojny. Ich celem jest raczej stworzenie systemu szybkiego wzmocnienia NATO w razie kryzysu. Kluczową rolę odgrywają więc mobilność, logistyka i możliwość błyskawicznego przerzutu sił przez Atlantyk.

Właśnie dlatego tak duże znaczenie mają magazyny sprzętu, infrastruktura transportowa i wysunięte dowództwa. W razie zagrożenia do Europy mogą zostać przerzuceni żołnierze, którzy na miejscu odbiorą wcześniej przygotowane wyposażenie. To rozwiązanie tańsze i bardziej elastyczne niż utrzymywanie na stałe wielkich zgrupowań wojskowych.

Jednocześnie rotacyjny charakter tej obecności sprawia, że pozostaje ona bardziej podatna na polityczne zmiany w Waszyngtonie. Redukcja liczby wojsk rotacyjnych jest bowiem znacznie łatwiejsza niż likwidacja wielkich stałych baz. Nie wymaga wieloletnich procesów administracyjnych ani kosztownych operacji przenoszenia infrastruktury. W praktyce oznacza to, że skala amerykańskiej obecności w Polsce może stosunkowo szybko zmieniać się wraz z priorytetami kolejnych administracji USA.

I właśnie tu pojawia się zasadnicza różnica między politycznym wyobrażeniem o „amerykańskim parasolu” a rzeczywistą logiką działania Pentagonu. Dla państw Europy Środkowej obecność wojsk USA jest często postrzegana jako trwała gwarancja bezpieczeństwa. Dla samych Stanów Zjednoczonych pozostaje jednak przede wszystkim narzędziem realizacji bieżącej strategii.

Europa ważna, ale Chiny ważniejsze

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie sprawiła, że USA ponownie stały się głównym gwarantem bezpieczeństwa Europy. To amerykańskie wojska najszybciej wzmocniły wschodnią flankę NATO, amerykański przemysł dostarczył znaczną część uzbrojenia dla Ukrainy, a amerykańskie systemy rozpoznania, logistyki i dowodzenia stały się fundamentem wsparcia dla Kijowa. W wielu europejskich stolicach pojawiło się przekonanie, że era strategicznego zwrotu USA ku Azji została przynajmniej czasowo zatrzymana.

W Waszyngtonie sytuację postrzega się jednak inaczej. Dla kolejnych administracji – zarówno demokratycznych, jak i republikańskich – najważniejszym długoterminowym wyzwaniem pozostają Chiny. To rywalizacja na Indo-Pacyfiku wyznacza dziś główny kierunek planowania strategicznego Pentagonu, modernizacji sił zbrojnych i inwestycji wojskowych USA.

… o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Bundesplan

Jeszcze kilka lat temu była to opowieść o armii niedofinansowanej, kadrowo wydrążonej i – co może najważniejsze – funkcjonującej w państwie, które z wojskowością nie chciało mieć zbyt wiele wspólnego. Dziś Bundeswehra znów ma ambicje rosnąć – i to nie tylko w sensie budżetu czy liczby nowoczesnych systemów uzbrojenia, ale przede wszystkim ludzi. Najnowsze niemieckie plany zakładają stworzenie do połowy przyszłej dekady sił zbrojnych liczących – łącznie z rezerwą – nawet 460 tys. żołnierzy.

To istotna zmiana. Niemcy nie mówią już wyłącznie o „lepszej armii”, ale o armii większej – zdolnej do prowadzenia działań na dużą skalę, także w scenariuszu wojny konwencjonalnej w Europie.

Problem w tym, że między deklaracją a rzeczywistością rozciąga się przepaść, której nie da się zasypać ani pieniędzmi, ani politycznymi deklaracjami. I to właśnie ona będzie kluczowa dla odpowiedzi na pytanie, czy mamy do czynienia z realnym przełomem, czy raczej z kolejną – tym razem bardziej ambitną – wersją niemieckiej „armii na papierze”.

Co Niemcy właściwie ogłosili

Punktem wyjścia jest nowa strategia wojskowa RFN – dokument, który porządkuje kierunki rozwoju Bundeswehry w realiach pełnoskalowej wojny w Europie. To ważne, bo jeszcze niedawno niemieckie planowanie opierało się raczej na założeniu udziału w operacjach ekspedycyjnych niż przygotowaniu do konfliktu symetrycznego o dużej intensywności.

W tym kontekście pojawia się liczba, która robi największe wrażenie: do 460 tys. żołnierzy – przy czym mówimy tu o całości systemu, a więc nie tylko o wojskach operacyjnych, lecz także o rozbudowanej rezerwie. Rdzeń mają stanowić siły zawodowe liczące około 260 tys. ludzi, uzupełniane przez nawet 200 tys. rezerwistów. To konstrukcja podporządkowana nowym wymaganiom NATO, które po rosyjskiej agresji na Ukrainę wyraźnie przesunęły akcent z „jakości i mobilności” na „masę i zdolność do długotrwałego prowadzenia działań”.

Zmiana dotyczy też samego modelu pozyskiwania żołnierzy. Niemcy nie ogłaszają powrotu do klasycznego poboru, ale wyraźnie odchodzą od czysto ochotniczego systemu. W jego miejsce pojawia się rozwiązanie pośrednie: obowiązkowa kwalifikacja wojskowa i próba zbudowania szerokiej bazy danych o potencjalnych rekrutach. Młodzi ludzie – przede wszystkim mężczyźni – mieliby obowiązek przekazywania informacji o stanie zdrowia, predyspozycjach i gotowości do służby, co pozwoliłoby państwu lepiej „zmapować” zasób, którym dysponuje.

To model inspirowany rozwiązaniami stosowanymi m.in. w Szwecji i Norwegii, gdzie formalnie istnieje pobór, ale w praktyce do służby trafia jedynie wyselekcjonowana część rocznika. Różnica polega jednak na tym, że w niemieckim wydaniu system ten pozostaje – przynajmniej na razie – narzędziem ewidencji, a nie realnego przymusu. Berlin buduje mechanizm, który w teorii mógłby posłużyć do szybkiego zwiększenia liczebności armii, ale unika jednoznacznej odpowiedzi, czy i w jakich warunkach byłby gotów z niego skorzystać.

To zastrzeżenie jest kluczowe. Bo bez politycznej decyzji o sięgnięciu po bardziej zdecydowane środki – a więc de facto o powrocie do jakiejś formy obowiązkowej służby – nawet najlepiej zaprojektowany system rekrutacyjny pozostanie narzędziem zarządzania niedoborem, a nie jego rozwiązaniem. Na dziś wygląda więc na to, że coś rzeczywiście drgnęło, ale skala tej zmiany wciąż nie odpowiada ambicjom zapisanym w dokumentach.

Problem nr 1 – ludzie

Jeśli niemieckie plany gdzieś się rozstrzygają, to właśnie tutaj. Bo niezależnie od tego, jak ambitne będą strategie i jak duże środki finansowe trafią do Bundeswehry, ostatecznie wszystko sprowadza się do jednego: czy znajdą się ludzie gotowi założyć mundur.

Punkt wyjścia nie jest optymistyczny. Bundeswehra liczy dziś niespełna 185–186 tys. żołnierzy w służbie czynnej, a więc wyraźnie mniej niż zakładane jeszcze niedawno 203 tys. etatów. Innymi słowy, system już teraz funkcjonuje z istotnym niedoborem – rzędu kilkunastu tysięcy ludzi – i to w sytuacji, gdy mówimy o armii znacznie mniejszej niż ta planowana.

W wielu obszarach problem nie dotyczy zresztą samej liczby żołnierzy, lecz ich struktury. Brakuje specjalistów, podoficerów, ludzi z doświadczeniem technicznym – czyli tych, których nie da się „wyprodukować” szybko i masowo. To właśnie te braki najmocniej uderzają w realną zdolność jednostek do działania.

Do tego dochodzi kwestia tempa. Nawet przy rosnącej liczbie zgłoszeń – co Berlin chętnie podkreśla – dynamika zmian jest zbyt niska, by w rozsądnym czasie zbliżyć się do poziomu deklarowanego w planach. To nie jest kwestia jednego czy dwóch roczników, ale całych lat systematycznej pracy, której efekty będą widoczne dopiero w dłuższej perspektywie.

Największym ograniczeniem pozostaje jednak czynnik trudniej mierzalny: kontekst społeczny. Niemcy są państwem, które przez dekady konsekwentnie odchodziło od myślenia o wojsku jako istotnym elemencie życia publicznego. Zawieszenie poboru w 2011 roku było tylko formalnym domknięciem procesu, który zaczął się znacznie wcześniej. Dziś próba jego odwrócenia napotyka na bariery nie tyle instytucjonalne, co mentalne.

Dlatego nawet najlepiej zaprojektowany system kwalifikacji czy ewidencji nie rozwiązuje podstawowego problemu. Może pomóc lepiej zarządzać dostępnym zasobem, ale nie sprawi, że ten zasób nagle się powiększy. A bez wyraźnego zwiększenia liczby ludzi wszystkie pozostałe elementy reformy – od struktur po uzbrojenie – będą funkcjonować w warunkach permanentnego niedoboru.

Innymi słowy: Bundeswehra nie ma dziś problemu z tym, jak planować rozwój. Ma problem z tym, kim ten rozwój miałby zostać zrealizowany.

Problem nr 2 – system

Nawet gdyby przyjąć, że problem ludzi uda się przynajmniej częściowo opanować, pozostaje kwestia, która w niemieckim przypadku wraca jak refren: zdolność państwa do przekuwania decyzji politycznych w realne efekty. Bo Bundeswehra nie funkcjonuje w próżni – jest odbiciem systemu, który ją tworzy i utrzymuje.

Ten system od lat zmaga się z własnymi ograniczeniami. Rozbudowana biurokracja, skomplikowane procedury i ostrożność decyzyjna sprawiają, że procesy – od zakupów sprzętu po zmiany organizacyjne – trwają dłużej, niż wynikałoby to z deklarowanych priorytetów. Problem polega na tym, że w warunkach gwałtownie pogarszającego się środowiska bezpieczeństwa czas staje się zasobem równie krytycznym jak pieniądze czy ludzie.

Dobrym przykładem tej opieszałości są programy modernizacyjne. Zakup myśliwców F-35 Lightning II dla Luftwaffe został wprawdzie politycznie „przepchnięty” stosunkowo szybko po 2022 roku, ale już wcześniejsze projekty – jak modernizacja bojowych wozów piechoty Puma – przez lata zmagały się z problemami technicznymi i proceduralnymi, które ograniczały ich realną dostępność. W efekcie sprzęt formalnie wprowadzony do służby nie zawsze przekładał się na zdolność bojową jednostek.

Podobnie wygląda kwestia gotowości. Jeszcze niedawno głośnym echem odbijały się informacje o brygadach deklarowanych do sił szybkiego reagowania NATO, które miały poważne braki w wyposażeniu i musiały „pożyczać” sprzęt z innych jednostek, by osiągnąć wymagane wskaźniki. To nie był problem jednorazowy, lecz raczej ilustracja szerszego zjawiska.

To napięcie widać szczególnie wyraźnie w zestawieniu ambicji z realiami. Z jednej strony Berlin mówi o budowie najsilniejszej armii konwencjonalnej w Europie i zdolności do wystawienia dużych, w pełni ukompletowanych związków taktycznych. Z drugiej – rzeczywistość, w której część jednostek od lat funkcjonuje poniżej stanów etatowych, a proces ich uzupełniania postępuje wolniej, niż zakładają plany.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o sprzęt czy finansowanie. Kluczowa jest zdolność całego aparatu państwowego do działania w trybie, który można by nazwać „wojennym” – szybkim, elastycznym, nastawionym na efekt. Tymczasem niemiecki model zarządzania, sprawdzający się w warunkach stabilności, znacznie gorzej radzi sobie z presją czasu i koniecznością podejmowania ryzyka.

Dlatego pytanie o rozbudowę Bundeswehry jest w istocie pytaniem szerszym: nie tylko o to, czy Niemcy chcą mieć większą armię, ale czy są w stanie zreformować mechanizmy państwa w taki sposób, by tę armię rzeczywiście zbudować. Bo bez tej zmiany nawet najbardziej ambitne plany pozostaną w dużej mierze deklaracją.

Problem nr 3 – pieniądze i czas

Na pierwszy rzut oka ten obszar wydaje się najmniej problematyczny. Po 2022 roku Niemcy uruchomiły dodatkowe finansowanie dla sił zbrojnych, a wydatki obronne wyraźnie wzrosły. Bundeswehra przestała być w tym sensie „ubogim krewnym” dużych armii NATO.

Tyle że pieniądze rozwiązują tylko część problemu – i to niekoniecznie tę najtrudniejszą. Bo o ile sprzęt można kupić, o tyle zdolności wojskowe trzeba zbudować. A to oznacza czas liczony nie w miesiącach, lecz w latach.

Dotyczy to zwłaszcza ludzi. Nawet gdyby dziś udało się znacząco zwiększyć napływ kandydatów, proces ich wyszkolenia, wdrożenia do jednostek i zbudowania realnych kompetencji zajmie całe lata. Jeszcze dłużej trwa tworzenie kadry podoficerskiej i specjalistycznej, bez której żadna armia nie jest w stanie funkcjonować na wyższym poziomie gotowości.

Podobnie jest z infrastrukturą i strukturami dowodzenia. Rozbudowa koszar, poligonów, zaplecza logistycznego czy systemów szkoleniowych to przedsięwzięcia, które mają własną dynamikę i nie poddają się politycznemu przyspieszeniu. Można zwiększyć budżet, ale nie da się skrócić wszystkich procesów administracyjnych, inwestycyjnych i szkoleniowych bez ryzyka spadku jakości.

W niemieckiej debacie pojawia się czasem argument, że część problemów można „obejść” dzięki nowym technologiom – automatyzacji, cyfryzacji czy wykorzystaniu sztucznej inteligencji. To jednak w dużej mierze narracja polityczna. Technologia może zwiększać efektywność, ale nie zastąpi masy, szczególnie w scenariuszu konfliktu o dużej intensywności.

Dlatego zasadniczym ograniczeniem pozostaje czas. Niemcy próbują nadrobić kilkadziesiąt lat relatywnego zaniedbania w ciągu jednej dekady. To ambitne, ale obarczone wysokim ryzykiem rozczarowania. Bo nawet przy sprzyjających warunkach efekty tej transformacji będą przychodziły stopniowo – i z dużym opóźnieniem względem politycznych oczekiwań.

Czy to się może udać? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału. Zastanawiam się w nim również, czy niemieckie plany stanowią zagrożenie dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Alternatywa?

W ostatnich tygodniach w polskiej debacie mocno wybrzmiał temat broni jądrowej. Znów zaczęto zadawać pytanie, czy Polska powinna mieć dostęp do broni atomowej – a nawet czy powinna zabiegać o budowę własnego potencjału odstraszania.

Poświęciłem zagadnieniu kilka tekstów, dziś, tytułem uzupełnienia, chciałbym jeszcze odnieść się do dwóch kwestii. Po pierwsze, natowskie nuclear sharing – Czytelnicy pytają, czy Polska powinna stać się aktywnym uczestnikiem tego programu (korzystać nie tylko z gwarancji, ale też we własnym zakresie obsługiwać część tego arsenału).

Jak najbardziej; z punktu widzenia Warszawy udział w nuclear sharing oznaczałby kilka potencjalnych korzyści. Po pierwsze, zwiększałby strategiczną obecność USA na wschodniej flance NATO, a tym samym podnosił polityczną „stawkę” ich zaangażowania w bezpieczeństwo regionu. Po drugie, dawałby polskim siłom zbrojnym dostęp do procedur planowania i szkolenia związanych z operacjami nuklearnymi Sojuszu, co zwiększałoby ich integrację z najważniejszymi strukturami wojskowymi NATO. Po trzecie wreszcie, sam fakt rozmieszczenia broni jądrowej bliżej potencjalnego teatru działań mógłby mieć znaczenie odstraszające wobec rosji.

Nie oznaczałoby to jednak, że Polska stałaby się państwem nuklearnym w sensie prawnym. Broń pozostawałaby własnością Stanów Zjednoczonych, a jej użycie wymagałoby decyzji politycznej całego Sojuszu.

—–

Druga rzecz dotyczy rozważań o własnej bombie „A” – chciałbym tu zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem czysto wojskowy. W przypadku broni jądrowej kluczowe znaczenie ma nie samo jej posiadanie, lecz zdolność do zadania przeciwnikowi kontruderzenia nawet po tym, gdyby ten spróbował zniszczyć nasze siły w pierwszym ataku. To właśnie ta zdolność – określana w strategii mianem „second strike” – sprawia, że odstraszanie staje się wiarygodne.

Największe mocarstwa nuklearne zapewniają zdolność do kontruderzenia dzięki rozproszeniu swoich sił. USA i rosja dysponują tzw. triadą nuklearną: rakietami balistycznymi w silosach lądowych, bombowcami strategicznymi oraz pociskami odpalanymi z okrętów podwodnych. Również europejskie państwa atomowe – Wielka Brytania i Francja – opierają swoje odstraszanie przede wszystkim na okrętach podwodnych przenoszących rakiety balistyczne, które mogą pozostawać w morzu przez długi czas i są niezwykle trudne do wykrycia.

Nie bez znaczenia jest także skala terytorium. Duże państwa dysponują ogromną przestrzenią, która ułatwia rozproszenie infrastruktury i utrudnia przeciwnikowi jej zniszczenie w jednym uderzeniu. W przypadku USA i rosji całkowite wyeliminowanie ich potencjału nuklearnego w pierwszym ataku jest praktycznie niewyobrażalne.

Polska nie dysponuje takimi atutami. Ewentualny narodowy arsenał nuklearny musiałby być rozmieszczony w ograniczonej liczbie baz na stosunkowo niewielkim terytorium kraju – baz, których lokalizacja byłaby prędzej czy później znana potencjalnemu przeciwnikowi. W sytuacji konfliktu stałyby się one jednym z pierwszych celów ataku.

Nie oznacza to oczywiście, że państwo średniej wielkości – nawet dysponujące ograniczonym terytorium – nie jest w stanie zbudować własnego potencjału nuklearnego. Przykłady takie jak Izrael czy Korea Północna pokazują, że nawet stosunkowo niewielki arsenał może działać odstraszająco. Różnica polega jednak na tym, że w przypadku Polski taki potencjał musiałby funkcjonować w bezpośrednim sąsiedztwie rosji – państwa dysponującego jednym z największych arsenałów nuklearnych na świecie oraz rozbudowanymi zdolnościami precyzyjnych uderzeń konwencjonalnych.

W takiej sytuacji jeszcze większy nacisk należałoby położyć na przetrwanie pierwszego uderzenia. Zapewnienie odpowiedniej przeżywalności – poprzez rozproszenie infrastruktury, mobilne wyrzutnie czy komponent morski (okręty podwodne!) – oznaczałoby przedsięwzięcie technologiczne i finansowe o skali znacznie większej, niż często zakłada się w publicystycznych dyskusjach.

—–

Tylko czy miałoby to sens? Budowa wiarygodnego potencjału nuklearnego kosztowałaby dziesiątki miliardów dolarów i trwała wiele lat, a przy tym wymagałaby przekierowania ogromnych środków kosztem rozbudowy konwencjonalnych sił zbrojnych. Nawet tak wielki wysiłek nie gwarantowałby jednak realnego efektu odstraszania. Posiadanie kilku czy kilkunastu ładunków miałoby przede wszystkim znaczenie symboliczne – wiarygodne odstraszanie wymaga bowiem zdolności do uderzeń o skali strategicznej, w najważniejsze ośrodki polityczne, przemysłowe i infrastrukturalne – rosyjskie centra cywilizacyjne oddalone o setki i tysiące kilometrów od Polski.

Nie posiadając takich możliwości Rzeczpospolita mogłaby znaleźć się w paradoksalnej sytuacji: poniosłaby ogromne koszty budowy własnej broni jądrowej, jednocześnie osłabiając rozwój sił konwencjonalnych – i wciąż nie uzyskując odstraszania porównywalnego z tym, które już dziś zapewnia system sojuszniczy.

Bo wbrew temu, co często sugerują nagłówki, Polska nie stoi przed wyborem między własną bombą atomową a całkowitym brakiem ochrony nuklearnej. Od ponad dwóch dekad znajduje się pod parasolem odstraszania NATO, którego kluczowym filarem pozostaje potencjał strategiczny Stanów Zjednoczonych.

Dlatego realna debata nie dotyczy tego, czy Polska powinna posiadać własną broń jądrową. Pytanie brzmi raczej, jakie miejsce powinna zajmować w zachodnim systemie odstraszania – czy na przykład powinna w większym stopniu uczestniczyć w mechanizmach NATO, takich jak nuclear sharing, albo w przyszłości korzystać z europejskich inicjatyw związanych z potencjałem Francji.

Niezależnie od tego, którą drogę uzna się za najbardziej realistyczną, jedno pozostaje niezmienne: bezpieczeństwo państw europejskich w dalszym ciągu opiera się przede wszystkim na sile sojuszy i wiarygodności wspólnego systemu odstraszania. Innej drogi nie ma.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Usypiacz

Po nieudanej próbie błyskawicznego podboju Ukrainy w 2022 roku rosyjska armia stała się symbolem nieudolności. rosja nie stoi jednak w miejscu – uczy się szybciej, niż chcielibyśmy to przyznać.

Pierwsze tygodnie pełnoskalowej inwazji przyniosły obrazy, które na trwałe wpisały się w zbiorową pamięć: rozbite rosyjskie kolumny, zdezorientowani żołnierze, porzucony sprawny sprzęt. Wtedy narodziła się teza, że rosyjska armia jest strukturalnie niezdolna do prowadzenia nowoczesnej wojny. Ta narracja była częściowo zrozumiała – rosja popełniła błędy operacyjne, strategiczne i wywiadowcze. Jednak utożsamienie pierwszej fazy konfliktu z trwałą kondycją rosyjskich sił zbrojnych stało się analitycznym skrótem, który dziś może być groźny. Państwo prowadzące wojnę o takiej skali nie pozostaje bowiem statyczne – adaptuje się pod presją strat, sankcji i przeciwnika. A adaptacja, nawet jeśli nie czyni z rosyjskiego wojska armii wybitnej, zmienia ją w przeciwnika bardziej efektywnego niż w 2022 roku.

Od blitzkriegu do wojny na wyniszczenie

Pierwotna koncepcja rosyjskiej operacji zakładała szybkie rozstrzygnięcie poprzez uderzenia manewrowe, desanty i sparaliżowanie centrum decyzyjnego Ukrainy. Był to model bliższy operacji policyjnej w dużej skali niż klasycznej wojnie między równorzędnymi przeciwnikami. Gdy założenia te upadły, rosja stanęła przed wyborem: albo kontynuować nieskuteczne próby manewru, albo zmienić sposób prowadzenia działań. Wybrała to drugie. Stopniowo ograniczano znaczenie batalionowych grup taktycznych jako autonomicznych modułów uderzeniowych. W ich miejsce zaczęto budować bardziej klasyczne struktury oparte na masie artylerii, gęstości ognia i zdolności do długotrwałego utrzymywania linii frontu. Zamiast prób szybkiego przełamania położono nacisk na powolne, kosztowne przesuwanie linii styku.

Równolegle rosja przeszła do budowy systemów obronnych – szczególnie w południowej Ukrainie. Linie zapór przeciwczołgowych, wielowarstwowe pola minowe, przygotowane sektory ognia i zaplecze logistyczne tworzyły system, którego celem nie było spektakularne zwycięstwo, lecz maksymalne podniesienie kosztów ukraińskiej kontrofensywy. Zamiast ryzykować kolejne nieudane operacje manewrowe, Moskwa postawiła na model, w którym czas i masa ognia miały pracować na jej korzyść. W praktyce oznaczało to przejście od logiki szybkiego rozstrzygnięcia do logiki systematycznego wyczerpywania przeciwnika.

Ta lekcja ma bezpośrednie znaczenie dla wschodniej flanki NATO. rosja pokazała, że potrafi w krótkim czasie przekształcić zajęte terytorium w głęboko ufortyfikowany obszar operacyjny, którego odzyskanie staje się zadaniem długotrwałym i kosztownym.

Od improwizacji do systemu

Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów rosyjskiej adaptacji jest ewolucja wykorzystania bezzałogowców. Na początku wojny drony były używane w sposób niespójny, bez pełnej integracji z artylerią czy systemami dowodzenia. Inicjatywa należała głównie do Ukrainy, która szybciej dostrzegła potencjał tanich platform komercyjnych oraz bezzałogowców uderzeniowych. rosja odpowiedziała z opóźnieniem, ale szybko nadrobiła zaległości.

Masowe wykorzystanie dronów FPV jako improwizowanych środków rażenia stało się jednym z symboli tej wojny. Tanie konstrukcje, często montowane z komercyjnych komponentów, zaczęły pełnić funkcję „artylerii bez lufy” – precyzyjnej i trudnej do wykrycia. Z czasem ich użycie przestało być domeną pojedynczych oddziałów czy inicjatyw oddolnych, a zaczęło przyjmować formę bardziej uporządkowaną.

Co istotne, rosja nie ograniczyła się do improwizacji. Rozwijano krajowe linie montażowe, zwiększano skalę produkcji, a przede wszystkim próbowano włączać drony w system dowodzenia i rozpoznania. Dążenie do skrócenia „łańcucha decyzyjnego” – od identyfikacji celu do uderzenia – stało się jednym z kluczowych elementów rosyjskiej praktyki bojowej. W efekcie tych działań drony przestały być jedynie taktycznym dodatkiem – stały się jednym z filarów sposobu prowadzenia działań.

Jednocześnie rozwój bezzałogowców wymusił inwestycje w walkę radioelektroniczną (WRE). W pierwszych miesiącach wojny rosja nie wykorzystała w pełni potencjału swoich zdolności w tym obszarze. Systemy zakłócające działały nierównomiernie, często lokalnie, bez trwałej przewagi w spektrum elektromagnetycznym. Ale rosja zaczęła konsekwentnie budować lokalne „bańki zakłóceniowe” – obszary, w których skutecznie utrudniano działanie dronów, łączności radiowej i systemów nawigacji satelitarnej. Nie oznacza to pełnej dominacji w spektrum, lecz zdolność do okresowego i sektorowego paraliżowania przeciwnika.

WRE stała się też narzędziem obrony przed amunicją precyzyjną. Zakłócanie sygnałów GNSS, wymuszanie zmiany częstotliwości, skracanie czasu emisji – to elementy adaptacji, które podnoszą próg trudności dla przeciwnika korzystającego z zachodnich systemów uzbrojenia. Co istotne, rosja zaczęła ściślej integrować środki WRE z linią frontu, a nie traktować ich jako odrębnego komponentu działającego w tle. To adaptacja o znaczeniu strategicznym. W potencjalnym konflikcie na wschodniej flance NATO przewaga w spektrum elektromagnetycznym może przesądzić o skuteczności systemów rozpoznania, artylerii dalekiego zasięgu czy obrony przeciwlotniczej. rosja nie stworzyła systemu nie do przełamania, ale wyraźnie podniosła poprzeczkę.

Pragmatyzm zamiast ideologii

Jednym z najbardziej wymownych przykładów rosyjskiej adaptacji jest podejście do technologii przeciwnika. Na początku wojny system łączności satelitarnej Starlink stał się jednym z filarów ukraińskiej odporności – zapewniał stabilną komunikację wojskową i cywilną, umożliwiał koordynację działań w warunkach intensywnego zakłócania infrastruktury naziemnej. Wydawało się, że jest to przewaga jednostronna, aż pojawiły się udokumentowane przypadki wykorzystywania terminali Starlink również przez stronę rosyjską. rosjanie zdobywali je przez pośredników, np. współpracujących z nimi Ukraińców, czasem kupowali sprzęt na rynkach wtórnych. Nie był to efekt formalnej współpracy, lecz szarej strefy handlu i braku pełnej kontroli nad globalną dystrybucją terminali.

Bo adaptacja nie zawsze oznacza innowację. Czasem ma postać wykorzystania luk w systemie przeciwnika – regulacyjnych, logistycznych czy rynkowych. W warunkach wojny długotrwałej elastyczność i brak skrupułów w pozyskiwaniu technologii mogą przynieść wymierne efekty operacyjne. Ale o Starlinkach warto wspomnieć także z innego powodu – rosja nie próbowała w krótkim czasie stworzyć pełnego odpowiednika systemu, lecz sięgnęła po dostępne rozwiązanie, nawet jeśli było ono symbolem wsparcia Zachodu dla Ukrainy. Ideologia ustąpiła miejsca użyteczności.

Ten sam pragmatyczny mechanizm widać na poziomie strategicznym. Państwo, które budowało wizerunek samowystarczalnego mocarstwa, zaczęło uzupełniać braki dzięki wsparciu partnerów zewnętrznych. Gdy sankcje oraz tempo zużycia amunicji zweryfikowały pierwotne założenia co do własnych możliwości, pragmatyzm znów okazał się ważniejszy niż prestiż. Szczególnym przypadkiem stała się współpraca z Koreą Północną, która dostarczyła rosji znaczące ilości amunicji artyleryjskiej. Dla Moskwy oznaczało to możliwość podtrzymania intensywności ognia w kluczowych momentach działań ofensywnych i defensywnych; dla Pjongjangu dostęp do wybranych technologii wojskowych i polityczne wzmocnienie relacji z mocarstwem. Równolegle rosja pogłębiła współpracę z Iranem, zwłaszcza w obszarze bezzałogowców uderzeniowych i technologii rakietowych. Komponenty elektroniczne i podzespoły trafiały do rosyjskiego przemysłu również przez pośredników powiązanych z rynkiem chińskim, choć bez formalnego zaangażowania Pekinu w konflikt.

W rezultacie rosja odeszła od modelu „oblężonej twierdzy” na rzecz funkcjonowania w nieformalnej sieci państw i podmiotów gotowych współpracować w zamian za surowce, technologie lub wsparcie polityczne. Sankcje nie zostały unieważnione, lecz częściowo zneutralizowane. Z perspektywy NATO oznacza to konieczność patrzenia na rosję nie jako na państwo izolowane, lecz jako na element szerszego ekosystemu współpracy wojskowo-technicznej, funkcjonującego poza Zachodem. Potencjalny konflikt na wschodniej flance nie byłby więc starciem z przeciwnikiem opartym wyłącznie na własnym przemyśle, lecz z państwem zdolnym do uzupełniania braków dzięki zewnętrznym partnerom. To zmienia rachunek czasu i kosztów, zwłaszcza w perspektywie dłuższej konfrontacji.

W pierwszych miesiącach wojny wielu analityków zakładało, że rosja nie będzie w stanie utrzymać wysokiej intensywności działań zbrojnych przez dłuższy czas. Te prognozy okazały się niepełne, o czym piszę w dalszej części artykułu, który opublikowałem w miesięczniku „Polska Zbrojna”. Marcowy magazyn wciąż znajduje się w sprzedaży, nabyć można również e-wersję – znajdziecie ją pod tym linkiem. A w środku także trzy inne moje teksty – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. własne