„Okno”

Pytanie „czy Polska obroniłaby się przed rosją?” jest źle postawione. Sugeruje bowiem, że należałoby porównać potencjały obu państw i na tej podstawie wskazać silniejszego. Tymczasem rosyjski atak na Polskę oznaczałby konflikt z NATO, a o jego przebiegu nie decydowałyby sumy czołgów, samolotów i żołnierzy. Liczyłby się potencjał, który każda ze stron mogłaby w określonym czasie skoncentrować na polskim teatrze działań, zaopatrywać, osłaniać i skutecznie używać.

rosja miałaby przy tym istotną przewagę początkową: sama wybrałaby moment agresji i mogłaby wcześniej przygotować środki uderzeniowe oraz skoncentrować część sił. NATO dysponowałoby nieporównanie większym potencjałem, ale rozproszonym pomiędzy wiele państw i baz. rosyjski plan nie musiałby więc zakładać pokonania całego Sojuszu, lecz uzyskanie i wykorzystanie chwilowej przewagi na polskim teatrze działań, zanim znacznie większy potencjał militarny NATO zacząłby rozstrzygać sytuację.

Taki scenariusz zawiera jednak sprzeczność. Im ambitniejszy byłby cel rosyjskiej operacji lądowej, tym większych sił wymagałoby jego osiągnięcie, a dużej koncentracji wojsk nie sposób przygotować bez pozostawienia śladów. Brygady i dywizje potrzebują paliwa, amunicji, transportu, zabezpieczenia medycznego, rozwiniętego dowodzenia i osłony przeciwlotniczej. rosja mogłaby ukrywać zamiary, termin ataku albo kierunek głównego wysiłku, ale wraz ze wzrostem skali operacji malałaby możliwość osiągnięcia pełnego zaskoczenia. Moskwa może relatywnie łatwo zaskoczyć NATO salwą rakietową, znacznie trudniej armią zdolną natychmiast wykorzystać jej skutki.

Dlatego pierwsza faza konfliktu musiałaby służyć nie tyle zadaniu Polsce możliwie dużych strat, ile stworzeniu warunków do dalszego prowadzenia operacji. rosyjskie uderzenie powinno ograniczyć zdolność polskich i sojuszniczych wojsk do działania oraz opóźnić rozwinięcie sił NATO. Właściwą miarą jego powodzenia nie byłaby więc liczba zniszczonych obiektów, lecz to, ile czasu pierwsza salwa kupiłaby rosji i ile odebrałaby NATO.

—–

To trudniejsze, niż sugeruje proste zestawienie rosyjskich rakiet z polskimi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia wojny w Ukrainie pozwoliły rosji udoskonalić masowe ataki: bezzałogowce i wabiki absorbują uwagę obrony, pociski manewrujące atakują z innych kierunków i na innych wysokościach, a rakiety balistyczne stawiają obrońcę przed jeszcze innym problemem. Salwy mogą być rozciągane w czasie i prowadzone z wielu stron, tak by przeciążać nie pojedynczą baterię, lecz cały proces wykrywania, klasyfikacji celów i prowadzenia ognia.

Polska ma dziś dwie baterie Wisły z Patriotami, dwie jednostki ogniowe Małej Narwi oraz systemy krótszego zasięgu. Docelowa architektura obrony powietrznej nadal jednak powstaje, nie ma więc mowy o szczelnej osłonie kraju. Nie oznacza to jednak, że rosja mogłaby swobodnie wybierać cele i koncentrować na nich środki rażenia. Przeciwnie – pierwsza salwa musiałaby realizować kilka zadań jednocześnie. Jeśli Moskwa chciałaby ograniczyć możliwości działania polskiego lotnictwa, musiałaby atakować jego infrastrukturę. Jeśli chciałaby zwiększyć skuteczność następnych salw – radary i OPL. Jeśli zamierzałaby dezorganizować reakcję – dowodzenie i łączność. A jeśli za priorytet uznałaby utrudnianie napływu sojuszniczych wojsk – logistykę i infrastrukturę transportową. Wszystkie te cele konkurowałyby o tę samą pulę najcenniejszych środków rażenia.

W tym właśnie tkwi znaczenie polskiej OPL. Patriot nie musi zestrzelić wszystkiego, żeby wpłynąć na rosyjski plan. Jeśli określony obiekt jest kluczowy dla powodzenia operacji, napastnik musi uwzględnić możliwość przechwycenia części pocisków i skierować przeciw niemu odpowiednio większą salwę. Obrona powietrzna nie musi więc uczynić rosyjskiego uderzenia nieskutecznym. Wystarczy, że podniesie koszt ataku na najważniejsze cele i zwiększy niepewność jego rezultatu.

Nie można przy tym mierzyć powodzenia obrony procentem zestrzelonych pocisków. Może ona przechwycić większość z nich i ponieść operacyjną porażkę, jeśli kilka pozostałych wyłączy elementy krytyczne. Może też przepuścić więcej, ale zachować zdolność działania. rosja potrzebowałaby bowiem efektu kaskadowego, w którym uszkodzenie jednych elementów zwiększa podatność kolejnych, a suma lokalnych zakłóceń zaczyna prowadzić do paraliżu całego systemu.

Dobrym przykładem jest lotnictwo. rosja nie musiałaby zniszczyć większości polskich F-16 i F-35. Wystarczyłoby ograniczyć liczbę wykonywanych przez nie lotów – uszkodzić infrastrukturę, zakłócić dostawy paliwa i uzbrojenia. NATO przygotowuje się na taki scenariusz, rozwijając koncepcję Agile Combat Employment, czyli operowania z wielu baz i lokalizacji zapasowych. Podczas Ramstein Flag 2026 ponad 200 statków powietrznych operowało z 20 miejsc, w tym z drogowych odcinków lotniskowych. Takie rozproszenie nie daje lotnictwu odporności na uderzenia, ale znacząco komplikuje zadanie napastnika: zamiast skupiać się na kilku bazach, musiałby on stale oddziaływać na całą sieć miejsc, z których mogą operować samoloty.

—–

Jeżeli pierwsze uderzenie nie sparaliżowałoby polskiego systemu, z każdą kolejną dobą problem rosji stawałby się większy. NATO nie rozpoczynałoby wojny od zera. Część sił już znajduje się na wschodniej flance, kolejne mają wcześniej przypisane zadania w regionalnych planach obronnych, a system wzmocnienia obejmuje zarówno szybko dostępne posiłki, jak i ciężkie siły kolejnych rzutów.

Nie znaczy to, że cały potencjał Sojuszu pojawiłby się w Polsce natychmiast. Najszybciej można zwiększyć aktywność lotnictwa operującego również z baz poza Polską. Inaczej wygląda przerzut personelu do wcześniej rozmieszczonego sprzętu, a jeszcze inaczej ruch ciężkich związków taktycznych wraz z logistyką. Ten pierwszy mechanizm można wykorzystać dzięki kompleksowi Army Prepositioned Stocks-2 w Powidzu, który przy pełnym wyposażeniu może mieścić ponad pięć tysięcy głównych elementów sprzętu, w tym Abramsy, Bradleye i haubice Paladin. Personel można przerzucić drogą powietrzną znacznie szybciej niż czołgi, bojowe wozy piechoty, artylerię i pozostałe wyposażenie. Napływ sojuszniczych sił byłby więc procesem rozłożonym w czasie, ale rozpoczynającym się na długo przed przybyciem do Polski pierwszych ciężkich jednostek przewożonych z zachodu Europy.

rosja musiałaby zatem nie tyle zatrzymać ten proces, ile dostatecznie go spowolnić. Dlatego tak duże znaczenie miałaby infrastruktura. Nie trzeba trwale zniszczyć kolei, żeby osiągnąć efekt wojskowy – wystarczy opóźnić transporty. Nie trzeba zniszczyć wszystkich lotnisk – wystarczy zmniejszyć liczbę wykonywanych lotów. Im więcej jednak tras alternatywnych, zapasowych lokalizacji i możliwości naprawy, tym więcej wysiłku potrzeba do utrzymania tego samego efektu. Pociski przeznaczone na kolejne uderzenia w transport i logistykę nie mogą w tym samym czasie atakować OPL, dowodzenia czy wojsk na froncie.

Nie sposób uczciwie powiedzieć, czy rosyjskie „okno możliwości” trwałoby dobę, trzy dni czy tydzień. Zależałoby to od wcześniejszego ostrzeżenia, gotowości NATO, rezultatów pierwszych uderzeń i skali rosyjskiej koncentracji. Wiadomo natomiast, co stopniowo by je zamykało: kolejne sojusznicze samoloty, systemy OPL, rozwijane dowództwa, uruchamiane zapasy sprzętu i napływające związki lądowe. Każdy kolejny element zwiększałby siłę dostępną NATO na polskim teatrze działań i zmniejszał znaczenie przewagi, jaką rosji dawały wybór momentu ataku oraz wcześniejsza koncentracja sił.

Jeśli pierwsza faza nie przyniosłaby rozstrzygnięcia, początkowa premia za inicjatywę zaczęłaby maleć – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wojsko Polskie podczas ćwiczeń na poligonie w Nowej Dębie/fot. własne

Narodziny

Pocisk artyleryjski kalibru 155 mm kończy swój żywot spektakularną eksplozją. Zajrzałem tam, gdzie jego historia dopiero się zaczyna.

Pierwsze wrażenie – jest głośno! Wrzeciona obrabiarek wirują z prędkością kilku tysięcy obrotów na minutę, automatyczne tokarki zmieniają narzędzia, a po wytwarzanych detalach nieustannie spływa emulsja chłodząca. Jedne maszyny toczą, inne frezują, kolejne wiercą. Wszystkie wykonują elementy, z których niebawem powstanie amunicja artyleryjska.

„Proszę spojrzeć na to”, Tomasz Serafin, kierownik wydziału obróbki mechanicznej Zakładów Metalowych Dezamet kładzie na dłoni niewielki przedmiot. Wygląda jak guzik lub nit, ma kilka milimetrów średnicy. „To kołek ustalający”, wyjaśnia inżynier. „Jeden z 57 elementów zapalnika do pocisku artyleryjskiego kalibru 155 mm”. Biorę część do ręki, obracam. Trudno mi uwierzyć, że coś tak niepozornego może być tak ważne. Bez kołka mechanizm nie zostałby prawidłowo złożony, a bez sprawnego zapalnika pocisk pozostałby jedynie stalowym korpusem wypełnioną materiałem wybuchowym.

O amunicji najczęściej mówi się w kategoriach statystycznych, używając wielkich liczb, szacując zawartość magazynów lub zużycie na poziomach milionów sztuk. Państwa prześcigają się w zapowiedziach zwiększania produkcji, armie liczą zapasy, a politycy ogłaszają kolejne inwestycje. W takich dyskusjach łatwo zapomnieć, że każdy pocisk jest sumą dziesiątek precyzyjnie wykonanych części, setek operacji technologicznych i żmudnej pracy anonimowych ludzi. Postanowiłem się jej przyjrzeć i nieco przybliżyć proces, którego finalnym efektem jest podstawowy środek walki artyleryjskiej NATO – wspomniany pocisk 155 mm.

Wszystko zaczyna się od pręta

Od razu trzeba wyjaśnić jedną rzecz. W zakładach w Nowej Dębie, które odwiedziłem, nie powstaje cały pocisk, od A do Z. Trafiają tu korpusy i część podzespołów wyprodukowanych przez kooperantów, a wytwarzane są m.in. zapalniki i gazogeneratory. Na końcu wszystkie elementy składane są w gotową amunicję.

Jedną z najbardziej skomplikowanych części wytwarzanych w Dezamecie jest kadłub mechanizmu zabezpieczająco-uzbrajającego zapalnika. „Tak to wygląda”, Tomasz Serafin wręcza mi aluminiowy detal niewiele większy od pudełka zapałek. A potem pokazuje rysunek techniczny, uświadamiający skalę wyzwania. Na tej niewielkiej części konstruktorzy zapisali 75 wymiarów odnoszących się do powierzchni, otworów, gwintów i innych cech geometrycznych. Wszystkie muszą mieścić się w ściśle określonych parametrach, choć cały detal powstaje podczas jednej operacji na automacie tokarskim sterowanym numerycznie.

Na pierwszy rzut oka wszystkie obrabiarki wyglądają podobnie. Za przezroczystymi osłonami znikają kolejne stalowe i aluminiowe pręty, po chwili wypuszczając gotowe detale. Za namową kierownika przyglądam się jednej z maszyn. Jej wyjątkowość polega na tym, że zintegrowano ją z magazynem narzędzi, w którego skład wchodzi aż osiemdziesiąt frezów, wierteł, rozwiertaków, noży tokarskich i innych końcówek, dobieranych przez program sterujący. Im bardziej skomplikowany detal, tym częściej maszyna sięga po następne narzędzie. Operator nie prowadzi już noża ręką po materiale. Przygotowuje program, kontroluje przebieg procesu i sprawdza gotowy wyrób. Resztę wykonuje automat.

Jeszcze ćwierć wieku temu wyglądało to zupełnie inaczej. Taki sam element trzeba było przenosić pomiędzy kolejnymi tokarkami i frezarkami. Każda operacja oznaczała osobne ustawienie maszyny, osobne mocowanie detalu, a czas mijał. Dziś cały proces trwa około 12–14 minut. Na obrabiarkach konwencjonalnych wykonanie tego samego elementu zajęłoby co najmniej godzinę i wymagałoby kilkudziesięciu osobnych operacji.

Tam, gdzie maszyna się zatrzymuje

Patrząc na pracę automatów łatwo dojść do wniosku, że współczesna produkcja amunicji jest już niemal całkowicie zrobotyzowana. To złudzenie znika kilkadziesiąt metrów dalej, w hali, w której nie słychać już jednostajnego szumu wrzecion. Na stołach leżą te same detale, które przed chwilą opuściły obrabiarki. Teoretycznie gotowe.

„Tutaj wykonujemy gratowanie”, informuje mnie mój przewodnik. Chodzi o ręczne usuwanie zadziorów i ostrych krawędzi, które mogą pozostać po toczeniu, frezowaniu czy gwintowaniu. Czasem są niemal niewidoczne, ale wystarczy jeden, by podczas montażu któryś z elementów nie pracował tak płynnie, jak powinien. Dlatego każda, nawet najdrobniejsza część, przechodzi przez ręce pracownika uzbrojonego w pilnik, skrobak, rozwiertak czy pogłębiacz. Większość personelu stanowią tu kobiety, trudno oprzeć się wrażeniu, że wykonują iście zegarmistrzowską robotę, z wyczuciem przesuwając pilniki po krawędziach elementów mniejszych od monety.

Następnie części zapalnika trafiają do myjki. Zamknięte urządzenie bardziej przypomina przemysłową pralkę niż element linii produkcyjnej amunicji. Świeżo wykonane detale umieszczane są w koszu, który przez około piętnastu minut obraca się w kąpieli z czterochloroetylenu. To ostatni etap oczyszczania przed kontrolą jakości – z powierzchni muszą zniknąć resztki emulsji chłodzącej, opiłki i wszelkie zanieczyszczenia, które mogłyby utrudnić późniejszy montaż. Dopiero wtedy elementy trafiają do laboratorium pomiarowego. Jeśli kontrola potwierdzi zgodność z dokumentacją, mogą rozpocząć kolejny etap swojej podróży przez fabrykę.

Tam, gdzie detal staje się mechanizmem

Oddział montażu zapalników – potocznie nazywany zapalnikownią – bardziej przypomina laboratorium niż halę produkcyjną. Na długich stołach stoją pojemniki z dziesiątkami drobnych elementów. Monterki – wszak większość znów stanowią kobiety – pracują z pęsetami, precyzyjnymi wkrętakami i przyrządami kontrolnymi, korzystają z niewielkich pras montażowych oraz lup i powiększalników. Zamiast huku obrabiarek słychać jedynie cichy stuk odkładanych części i krótkie rozmowy między pracownikami.

Montaż odbywa się w systemie gniazdowym. Każdy zespół pracowników odpowiada za określony etap składania, po którym gotowy podzespół trafia na kolejne stanowisko. Tak, krok po kroku, rodzi się mechanizm. „Tutaj wkładamy serce zapalnika”, Wojciech Żmuda, szef wydziału montażu obejmującego zapalnikownię i lakiernię, podchodzi do jednego ze stołów. Serce okazuje się rotorem, który po wystrzeleniu obraca się we właściwej pozycji, decydując o sposobie działania zapalnika. W zależności od ustawienia – przez artylerzystę, tuż przed oddaniem strzału – pocisk może zadziałać natychmiast po uderzeniu albo z krótką zwłoką. Dwa tryby pracy, jeden niewielki element i precyzja, bo nie ma tu miejsca na przypadek.

Ale na tym etapie zapalnik nadal nie jest gotowym mechanizmem. O tym, kiedy się nim staje, przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Gotowe pociski/fot. Zakłady Metalowe Dezamet.

Podprogowo

„W tej chwili nie widzimy bezpośredniego zagrożenia atakiem”, oświadczył w niedzielę, 30 sierpnia, anonimowy przedstawiciel NATO cytowany przez Reutersa. Jednocześnie zaznaczył, że rosja nasila ataki na Ukrainę oraz działania hybrydowe w Europie. NATO – zapewnił – pozostaje czujne.

Dzień wcześniej z Warszawy popłynął komunikat brzmiący znacznie bardziej alarmistycznie. Po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem premier Donald Tusk napisał, że rosyjska eskalacja postępuje, a najbliższe pół roku może okazać się rozstrzygające. Polska i NATO powinny być przygotowane na różne scenariusze. „Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony rosji przeciwko któremuś z państw NATO”, ostrzegł szef rządu RP.

Z kolei prezydent Finlandii Alexander Stubb w opublikowanym tego samego dnia wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” stwierdził, że nie spodziewa się rosyjskiego ataku na państwo NATO. Powołał się przy tym zarówno na informacje wywiadowcze, jak i siłę odstraszania Sojuszu. Jego zdaniem rosja ponosi w Ukrainie straty, które utrudniają jej otwarcie drugiego frontu, zaś sprawdzanie militarnej determinacji NATO byłoby dla Moskwy pozbawione sensu. Nie znaczy to – zastrzegł – że Europa może przestać przygotowywać się na najgorszy scenariusz.

Kto więc ma rację? Wszyscy. Mówią bowiem o różnych rzeczach.

—–

rosyjski atak na NATO najłatwiej wyobrazić sobie jako powtórkę z 24 lutego 2022 roku. Koncentrację wojsk, przygotowania logistyczne, uderzenia rakietowe i lotnicze, a następnie przekroczenie granicy przez jednostki lądowe. W przypadku Sojuszu najczęściej przywoływany jest przy tym kierunek bałtycki – Estonia, Łotwa i Litwa – albo Polska.

Taki scenariusz rzeczywiście trudno dziś uznać za najbardziej prawdopodobny. rosja nadal prowadzi pełnoskalową wojnę przeciw Ukrainie i angażuje w nią ogromną część swojego potencjału wojskowego. Musiałaby przy tym liczyć się z wejściem w konflikt z sojuszem dysponującym nieporównanie większym potencjałem gospodarczym i wojskowym oraz bronią jądrową.

I właśnie przewaga Sojuszu ma kluczowe znaczenie dla odstraszania. Jego istotą jest przekonanie przeciwnika, że ewentualny atak nie pozwoli mu osiągnąć zakładanych celów albo pociągnie za sobą koszty większe od możliwych korzyści. NATO wzmacnia ten mechanizm, zwiększając siły na wschodniej flance, rozbudowując plany obronne i podnosząc wydatki wojskowe. Sojusz oficjalnie określa rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw NATO.

Rzecz w tym, że między pokojem a rosyjskimi czołgami przekraczającymi granicę NATO znajduje się jeszcze bardzo dużo miejsca. I Moskwa potrafi z niego korzystać.

—–

Najświeższego przykładu dostarczyły Niemcy. 1 września władze w Berlinie oficjalnie uznały rosję za odpowiedzialną za próbę zamachu na lotnisku Lipsk/Halle. Na początku sierpnia znaleziono tam drona wyposażonego w materiał wybuchowy. Według niemieckich mediów celem mógł być ukraiński samolot transportowy.

Minister spraw wewnętrznych RFN Alexander Dobrindt poinformował, że konfiguracja drona, rodzaj materiału wybuchowego i technika detonacji były znane z wcześniejszych rosyjskich operacji hybrydowych oraz wojny przeciw Ukrainie. Niemiecki rząd uznał więc incydent za rosyjski atak hybrydowy. Moskwa zaprzecza, by miała z nim cokolwiek wspólnego.

To już nie operacja dezinformacyjna czy próba włamania do rządowej sieci komputerowej. Dron przewożący materiał wybuchowy mógł zniszczyć samolot, spowodować pożar i zabić ludzi. Jednocześnie sposób przeprowadzenia tej operacji zasadniczo różni się od otwartego ataku militarnego. Z rosji nie nadleciał bombowiec, nie wystartowała rakieta balistyczna, granicy Niemiec nie przekroczyli rosyjscy żołnierze. Zamiast jednoznacznego aktu agresji mamy działanie, którego sprawcę trzeba najpierw ustalić, a jego związek z rosyjskim państwem – udowodnić.

I właśnie ta niejednoznaczność jest istotą problemu.

rosja od lat prowadzi przeciw państwom europejskim działania, które NATO i Unia Europejska określają jako kampanię hybrydową. Obejmuje ona cyberataki, sabotaż, ingerencję w procesy polityczne, operacje informacyjne, zakłócanie systemów elektronicznych i działania przeciw infrastrukturze krytycznej. W lipcu Rada Północnoatlantycka ponownie oficjalnie potępiła rosyjskie cyberoperacje wymierzone w państwa Sojuszu. UE mówi z kolei o „uporczywych, skoordynowanych i długotrwałych” rosyjskich kampaniach hybrydowych.

Nie chodzi przy tym o przypadkowy zbiór incydentów. W rosyjskim sposobie prowadzenia konfrontacji działania militarne, wywiadowcze, informacyjne, gospodarcze i cybernetyczne mogą być elementami jednej strategii. Pozwalają wywierać presję na przeciwnika bez podejmowania ryzyka związanego z otwartą wojną.

Można zakłócać GPS. Można atakować sieci komputerowe. Można podpalać magazyny, uszkadzać infrastrukturę albo wykorzystywać pośredników do przeprowadzenia sabotażu. Można również prowadzić operacje wpływu, których celem nie jest zniszczenie konkretnego obiektu, lecz pogłębienie politycznych i społecznych podziałów. Każde z tych działań może powodować realne szkody. Ale czy to już wojna?

—–

Z punktu widzenia bezpieczeństwa NATO istotne jest więc nie tylko ryzyko otwartego rosyjskiego ataku, lecz także to, jak daleko Moskwa może posunąć się poniżej progu wojny. Cyberatak powodujący kilkugodzinną awarię? Sabotaż linii kolejowej? Uszkodzenie kabla na dnie Bałtyku? Dron nad bazą wojskową? Eksplozja w magazynie? Atak na samolot przewożący uzbrojenie dla Ukrainy?

A jeśli w takim zdarzeniu zginą ludzie?

Nie istnieje taryfikator określający, ile zniszczonych transformatorów, samolotów czy ofiar oznacza przekroczenie granicy między działaniem hybrydowym a zbrojnym atakiem. I nie jest to przypadek – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Przestrzeń

No więc po wczorajszym wpisie spotkałem się z argumentem, że ewentualna utrata Litwy, Łotwy i Estonii niewiele zmieniłaby w strategicznym położeniu Polski, bo przecież już dziś mamy setki kilometrów granicy z rosją i Białorusią. Może i brzmi to rozsądnie – do chwili, gdy zaczniemy patrzeć na mapę nie jak na szkolny atlas, lecz jak na przestrzeń prowadzenia wojny.

Dziś Polska ma 104 km granicy z Litwą. Owszem, w porównaniu z 210 km granicy z obwodem królewieckim i 430 km z Białorusią nie wygląda to imponująco. Tyle że te 104 km są dziś granicą z sojusznikiem. Nie trzeba jej bronić przed litewskimi czołgami, osłaniać przed rosyjskimi grupami dywersyjnymi ani przygotowywać na przyjęcie uderzenia pełnoskalowego.

Gdyby państwa bałtyckie znalazły się pod rosyjską kontrolą, sytuacja zmieniłaby się zasadniczo. Polska dostałaby kolejny bezpośredni kierunek zagrożenia. I nie wystarczyłoby dopisać do rachunku: „było 640 kilometrów niebezpiecznej granicy, zrobiło się 744”. Granicy nie bronią cyfry w Excelu. Bronią jej ludzie, wozy bojowe, artyleria, systemy przeciwlotnicze, drony, rozpoznanie, logistyka i odwody.

Już w sytuacji zagrożeń hybrydowych zabezpieczenie takiego odcinka wymagałoby znaczących sił – ekwiwalentu brygady WP. W przypadku realnego ryzyka wojny pełnoskalowej mówilibyśmy o konieczności wystawienia co najmniej wzmocnionej dywizji. Dywizji, której nie można byłoby użyć na przykład do osłony Warszawy czy gdziekolwiek indziej. To właśnie jest jedna z najbardziej niedocenianych walut strategii: siły związane na jednym kierunku są siłami niedostępnymi na drugim.

Ale dodatkowe sto kilometrów granicy to byłby nasz najmniejszy problem.

Litwa, Łotwa i Estonia mają razem ponad 175 tys. km kw. powierzchni. To więcej niż połowa terytorium Polski. I dzisiaj ta przestrzeń należy do NATO. Mogą na niej stacjonować wojska państw bałtyckich i ich sojuszników, mogą działać lotniska, magazyny, stanowiska dowodzenia, radary i systemy obrony powietrznej. Już dziś Sojusz utrzymuje w każdym z trzech państw swoje wysunięte siły lądowe, a na Łotwie obecność NATO została rozwinięta do szczebla brygady.

To jest właśnie głębia strategiczna, której nie widać, kiedy mierzy się bezpieczeństwo linijką przyłożoną do polskiej granicy.

W razie wojny te 175 tys. km kw. jest przestrzenią, na której przeciwnika można wykrywać, wiązać, razić i zatrzymywać, zanim znajdzie się na terytorium Polski. Jest miejscem, do którego można przerzucać sojusznicze wojska i z którego mogą operować siły powietrzne. W najbardziej brutalnym ujęciu: jest przestrzenią, na której można stoczyć bitwę o wschodnią flankę NATO, zamiast zaczynać ją na Suwalszczyźnie.

Utrata państw bałtyckich oznaczałaby odwrócenie tej logiki. Przestrzeń, która dziś zwiększa głębię obrony NATO, zwiększałaby głębię operacyjną rosji. Lotniska, porty, drogi, linie kolejowe i tereny dogodne do rozmieszczenia wojsk znalazłyby się po drugiej stronie frontu. Zamiast miejsca, z którego NATO broni Polski, mielibyśmy przestrzeń, z której przeciwnik może Polsce zagrozić.

Idźmy dalej.

Państwa bałtyckie nie leżą po prostu „gdzieś na północ od Polski”. Litwa i Łotwa przylegają do Białorusi od północy i północnego zachodu. Dopóki należą do NATO, białoruski kierunek strategiczny nie jest dla rosji swobodną przestrzenią otwartą ku Bałtykowi. Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie obwodu królewieckiego. Dziś jest on rosyjską eksklawą, odciętą lądem od reszty federacji przez terytorium NATO. To ogromnie komplikuje jego logistykę wojskową: ciężkiego sprzętu, amunicji czy paliwa nie można po prostu wozić z rosji ciężarówkami i pociągami przez własne terytorium.

Po utracie Litwy geografia zaczęłaby pracować dokładnie odwrotnie. Zniknąłby problem izolacji obwodu królewieckiego od kontrolowanego przez rosję zaplecza na wschodzie, a rosyjska przestrzeń wojskowa przesunęłaby się na północną granicę Polski. To, co dziś jest rosyjską eksklawą wciśniętą między państwa NATO, stałoby się zachodnim krańcem znacznie większego obszaru znajdującego się pod kontrolą przeciwnika.

Państwa bałtyckie nie są więc dla Polski jakimś odległym dodatkiem do NATO, którego obrona wynika wyłącznie z traktatowej solidarności. Broniąc Litwy, Łotwy i Estonii, bronimy także Polski – tyle że robimy to setki kilometrów od naszych granic. A lepiej mieć potencjalne pole bitwy pod Narwą niż pod Augustowem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ćwiczenia 17WBZ na poligonie w Wędrzynie, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Kolektywna

Mariusz Błaszczak nie powiedział, że Polska nie powinna pomóc Litwie, Łotwie czy Estonii zaatakowanym przez rosję. Powiedział jednak, że „polscy żołnierze powinni bronić Polski”, a dopytywany o reakcję na rosyjską agresję odpowiedział, że „wszystko zależy od okoliczności”. Wokół tych słów natychmiast wybuchła polityczna awantura. Tymczasem ciekawsze od niej jest pytanie, czy w razie wojny na wschodniej flance NATO dałoby się w ogóle oddzielić obronę Polski od obrony państw bałtyckich.

Zacznijmy od uporządkowania faktów, bo wypowiedź byłego ministra obrony szybko zaczęła żyć własnym życiem. Bogdan Rymanowski zapytał go w Radiu ZET, czy w przypadku rosyjskiego ataku na Estonię, Łotwę lub Litwę polscy żołnierze powinni ruszyć im z odsieczą.

– Polscy żołnierze powinni bronić Polski – odpowiedział Mariusz Błaszczak.

Prowadzący przypomniał wówczas o artykule 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Błaszczak wskazał, że Polska sama graniczy z rosją, która – jak mówił – „praktycznie objęła terytorium Białorusi”, więc „my też jesteśmy na froncie”. Zapytany następnie, co zrobiłby jako minister obrony w razie ataku na jedno z państw bałtyckich, odpowiedział: „To wszystko zależy od okoliczności”. Przypomniał przy tym, że polscy żołnierze już stacjonują na Łotwie.

To ważne, ponieważ z tej rozmowy trudno uczciwie wyprowadzić wniosek, że były szef MON zapowiedział pozostawienie państw bałtyckich samym sobie. Takich słów nie wypowiedział. Później zresztą, odpowiadając na krytykę, przypomniał działania podejmowane za rządów PiS na rzecz bezpieczeństwa Litwy, Łotwy i Estonii: obecność polskich żołnierzy na Łotwie, udział polskich F-16 w Baltic Air Policing czy współpracę polskich i litewskich wojsk.

Problem z jego odpowiedzią leży gdzie indziej.

—–

Wbrew temu, co czasem można usłyszeć w politycznych sporach, artykuł 5 NATO nie zawiera mechanizmu, który po rosyjskim ataku na Litwę automatycznie nakazywałby Polsce wysłanie tam określonej liczby żołnierzy. Traktat mówi, że zbrojna napaść na jednego lub kilku członków NATO zostanie uznana za napaść na wszystkich. Każdy sojusznik zobowiązuje się wówczas udzielić zaatakowanemu państwu pomocy, podejmując „taką akcję, jaką uzna za konieczną”, włącznie z użyciem siły zbrojnej. Obowiązek pomocy jest więc jednoznaczny, ale jej konkretna forma nie została w traktacie z góry określona.

Polska nie ma zatem traktatowego obowiązku wysłania – dajmy na to – dwóch brygad na Łotwę tylko dlatego, że rosyjski żołnierz przekroczył łotewską granicę. Nie oznacza to jednak, że w takim scenariuszu moglibyśmy potraktować wojnę na Łotwie czy Litwie jako cudzy konflikt, koncentrując się wyłącznie na pilnowaniu własnych granic. Bo rosyjskie natarcie na Litwie zmieniałoby również sytuację wojskową Polski. I odwrotnie – zatrzymanie go odpowiednio daleko od polskiej granicy mogłoby być jednym ze sposobów ochrony polskiego terytorium.

Dość spojrzeć na mapę. Polsko-litewska granica stanowi jedyne lądowe połączenie państw bałtyckich z pozostałą częścią terytorium NATO. Przez Polskę prowadzą więc najważniejsze lądowe szlaki, którymi w czasie kryzysu można wzmacniać Litwę, Łotwę i Estonię. Jednocześnie północno-wschodnia Polska leży między Białorusią a rosyjskim obwodem królewieckim.

Nie oznacza to oczywiście, że każda rosyjska operacja przeciw państwom bałtyckim musiałaby wyglądać jak znany z licznych analiz scenariusz „bitwy o przesmyk suwalski”. Wojna mogłaby rozwinąć się zupełnie inaczej. Nie zmienia to jednak podstawowego problemu wynikającego z geografii. My po prostu już jesteśmy w strefie oddziaływania cyklonu, chcemy tego czy nie.

—–

Tak sprawy widzi NATO. Na szczycie w Wilnie w 2023 roku przywódcy Sojuszu zatwierdzili nową generację regionalnych planów obronnych – najbardziej szczegółowych od zakończenia zimnej wojny. Jeden z trzech takich planów obejmuje wspólnie region bałtycki i Europę Środkową. Jego celem jest między innymi powiązanie planowania NATO z narodowymi planami obronnymi oraz określenie, jakie siły powinny znaleźć się we właściwym miejscu i czasie.

W razie pełnoskalowego konfliktu granica polsko-litewska nie oddzielałaby więc wojny „naszej” od wojny „Bałtów”. Najlepszym dowodem, że nie są to akademickie rozważania, jest obecność polskich żołnierzy na wschodniej flance. 30 czerwca tego roku prezydent Karol Nawrocki przedłużył użycie Polskiego Kontyngentu Wojskowego w ramach natowskiej wysuniętej obecności na Łotwie oraz w Estonii i na Litwie. Kontyngent może liczyć do 320 żołnierzy i pracowników wojska. Jego główne siły stacjonują w łotewskim Ādaži i działają w ramach wielonarodowych sił NATO.

Najciekawszy dla naszej dyskusji jest jednak zakres zadań zapisany w prezydenckim postanowieniu. W czasie pokoju kontyngent szkoli się i rozwija wspólne zdolności obronne. W kryzysie ma wykonywać zadania odstraszania i zapewnienia bezpieczeństwa. A w przypadku konfliktu zbrojnego ma realizować zadania obrony kolektywnej w ramach artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Postanowienie wprost przewiduje możliwość użycia kontyngentu w konflikcie zbrojnym. Innymi słowy polskie państwo zakłada, że polscy żołnierze mogą wykonywać zadania obrony kolektywnej poza granicami Rzeczypospolitej.

Na Łotwie działa wielonarodowa brygada NATO pod dowództwem Kanady, do której siły wystawia kilkanaście państw. Na Litwie Niemcy rozmieściły na stałe brygadę pancerną; wraz z innymi wojskami sojuszniczymi obecność NATO w tym kraju przekracza pięć tysięcy żołnierzy. To nie są oddziały wysłane nad Bałtyk w geście uprzejmości wobec Łotyszy czy Litwinów. Są częścią systemu odstraszania, którego wiarygodność polega właśnie na tym, że ewentualny agresor od pierwszego dnia musiałby mierzyć się nie tylko z armią zaatakowanego państwa, ale również ze stacjonującymi tam wojskami sojuszniczymi.

—–

Nie oznacza to również, że w przypadku ataku na Litwę polska armia powinna rzucić większość swoich sił za północno-wschodnią granicę. Wręcz przeciwnie. Polska miałaby w takim konflikcie ogromną liczbę zadań na własnym terytorium. Musiałaby chronić własną przestrzeń powietrzną, bazy lotnicze, porty, węzły kolejowe, składy paliw i amunicji oraz stanowiska dowodzenia. Musiałaby zabezpieczyć granice z Białorusią i obwodem królewieckim, a jednocześnie przyjmować i przemieszczać przez swoje terytorium wojska sojusznicze zmierzające na wschód.

Polska byłaby w takim scenariuszu nie tylko państwem frontowym, lecz również jednym z najważniejszych zapleczy całej operacji NATO na północno-wschodniej flance.

Dlatego Błaszczak ma rację w jednym istotnym punkcie: konkretna odpowiedź rzeczywiście zależałaby od okoliczności. Od charakteru rosyjskiego ataku, miejsca jego przeprowadzenia, sytuacji na innych kierunkach, dostępnych sił i decyzji podejmowanych w ramach NATO.

Nie sposób dziś uczciwie odpowiedzieć, która polska brygada przekroczyłaby granicę, która pozostałaby w kraju i jakie dokładnie zadania otrzymałoby polskie lotnictwo. Szczegółowe plany operacyjne NATO nie są publiczne.

Można natomiast powiedzieć coś innego. Miejsce stacjonowania żołnierza nie przesądza o tym, czy broni on Polski. Polski oddział walczący na Litwie mógłby w konkretnym scenariuszu chronić polskie terytorium równie bezpośrednio jak oddział rozmieszczony pod Suwałkami. Tak samo niemiecki żołnierz stacjonujący dziś na Litwie uczestniczy nie tylko w obronie Litwinów, ale w obronie całego obszaru NATO – również Polski.

Dlatego przeciwstawienie „obrony Polski” i „obrony państw bałtyckich” niewiele mówi o realiach ewentualnej wojny. Wojska rozmieszczone na wschodniej flance są bowiem tylko pierwszym elementem znacznie większego mechanizmu. Agresja przeciw jednemu państwu ma uruchomić reakcję całego Sojuszu, za którą stoi jego ogromny potencjał militarny – i właśnie świadomość tego ryzyka jest jednym z fundamentów odstraszania.

Czy zatem polscy żołnierze powinni bronić Polski? Oczywiście, że tak. Co wcale nie oznacza, że muszą to robić wyłącznie na terytorium Rzeczypospolitej.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.