Kryptonimy

„Dzielny dzik”, „Bystry epifaktor”, „Mądry lekarz” czy po prostu „Anakonda” – kryptonimy ćwiczeń bywają poważne, zagadkowe, a czasem wręcz komiczne. Za każdą taką nazwą stoi jednak zestaw zasad, wielostopniowy proces uzgodnień i logika, której przeciętny obserwator zwykle nie dostrzega.

Podczas VIII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie stacjonujące w Ghazni Zgrupowanie Bojowe „Alfa” realizowało wspólnie z amerykańskim wojskiem wiele przedsięwzięć bojowych. Operacjom nadawano kryptonimy z inicjatywy Amerykanów i według ich zasad. Zwykle były to frazy w stylu „Nocna furia” czy „Czarny orzeł”, zapisywane rzecz jasna po angielsku. Aż któregoś razu poproszono Polaków, by wymyślili własny kryptonim. Dowodzący Alfą ówczesny płk Jarosław Górowski rzucił pomysł, który obezwładnił sojuszników. „Szczerbiec!”, rzekł, zaraz wyjaśniając, że chodzi o miecz, i to nie byle jaki, a archetypiczny, będący jednym z polskich insygniów koronacyjnych. „Jarek opowiedział mi tę historię podczas przekazywania obowiązków”, wspomina gen. bryg. dr Rafał Miernik, dowódca Alfy podczas kolejnej, IX zmiany. „Mało się nie popłakałem ze śmiechu”, przyznaje. „Oczywiście Amerykanie nie byli w stanie tego wymówić, więc »Szczerbiec« przepadł”, dodaje szef Zarządu Szkolenia P7 Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Wymóg poprawnej polszczyzny

Sił Zbrojne RP nie biorą dziś udziału w operacjach bojowych, ale intensywnie się szkolą. Tymczasem wszystkie ćwiczenia wojsk od batalionu wzwyż – a jest ich rocznie ponad 900 – wymagają własnego kryptonimu. Wymyśla się je podczas opracowywania tzw. instrukcji, dokumentu określającego zasady organizacji ćwiczeń. Trzon zespołu autorskiego wystawia Zarząd P7 SGWP, w jego skład wchodzą też, w zależności od potrzeb, przedstawiciele dowództw rodzajów sił zbrojnych, rodzajów wojsk i związków taktycznych. „Taki zespół liczy około dwudziestu osób”, mówi płk Dariusz Jaros, szef Oddziału Programowania Szkolenia Dowództw i Ćwiczeń SZRP w SGWP. „Zwykle trzeba kilku spotkań, by wypracować ostateczny kształt dokumentu, a całość, w tym fragment dotyczący kryptonimu, przechodzi weryfikację językową. Polonistki z Dowództwa Transformacji i Szkolenia Sił Zbrojnych dbają o to, by wszystko było napisane poprawną polszczyzną”.

Czy wspomniany zespół ma dowolność w dobieraniu nazw? Wydaje się, że jest ona spora – wiele kryptonimów brzmi jak efekt swobodnej zabawy słowami czy wręcz niepohamowanej fantazji. Dość wspomnieć takie przedsięwzięcia jak „Dzielna zawała”, „Dzielny bóbr” lub „Bystry epifaktor”. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Zasady nadawania kryptonimów są unormowane w dokumentach doktrynalnych – narodowych i natowskich – a te w dużej mierze pozostają niejawne. Z dostępnych informacji wynika, że kryptonim powinien składać się z dwóch słów w języku polskim – choć w ćwiczeniach będących wizytówką sił zbrojnych bądź mających charakter wielonarodowy dopuszczalny jest zapis po angielsku. Nazwa może charakteryzować podejmowaną w ćwiczeniach problematykę (np. „Szybki marsz”, „Silna zapora”) lub region, rzekę w rejonie stacjonowania jednostki wojskowej (np. „Ogniste Pomorze”, „Wartka Pilica”) bądź też termin realizacji (np. „Zimna wiosna”, „Jesienny ogień”). W oficjalnym zapisie kryptonimów należy używać wyłącznie wielkich liter poprzedzonych skrótem pk. („pod kryptonimem”), po myślniku dopełnionych ostatnimi dwiema cyframi roku realizacji zamierzenia, np. ćwiczenie pk. WARTKA PILICA-19.

Dwuczłonowość niesie pułapki

„Nie wolno stosować skrótów i oznaczeń przypisanych do ćwiczeń realizowanych przez dowództwa NATO lub inne międzynarodowe struktury dowodzenia”, zastrzega płk Jaros. „Określając kryptonim, uwzględnia się system nazw przyjęty dla danego szczebla organizacyjnego, na którym prowadzone będą ćwiczenia”, mówi, wskazując kolejne zasady. W siłach zbrojnych RP indywidualne kryptonimy stosuje się w odniesieniu do ćwiczeń organizowanych przez m.in. SGWP, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, Operacyjne RSZ, Komendę Główną Żandarmerii Wojskowej, dowództwa komponentów czy wreszcie poszczególnych oddziałów (brygad, pułków, formacji równorzędnych).

I tak np. dla przedsięwzięć realizowanych przez Sztab Generalny WP zarezerwowano pory roku, dla KGŻW nazwy miesięcy. Dla wojsk lądowych przewidziano nazwy dzikich zwierząt lądowych, takich jak borsuki, rysie czy pumy. Ćwiczenia sił powietrznych winny nosić kryptonimy odwołujące się do drapieżnych ptaków – orłów, jastrzębi itp. Do domeny morskiej przypisano miana morskich zwierząt (przede wszystkim ptaków) i wiatrów. Wojska medyczne i cybernetyczne zobligowane są do sięgania po terminologię specjalistyczną, np. nazwy sprzętów. W użytku są również nazwy kamieni szlachetnych, kiedyś wykorzystywane przez wojewódzkie sztaby wojskowe, dziś przez wojskowe centra rekrutacji.

„Dzięki temu osoby wtajemniczone już po kryptonimie mogą określić, kto jest organizatorem danego przedsięwzięcia”, zwraca uwagę płk Jaros. I dodaje, że do 2023 roku w WP obowiązywały określenia jednowyrazowe, takie jak „Ryś”, „Borsuk” czy „Granica”. „Przejście na kryptonimy dwuczłonowe wynikało przede wszystkim z potrzeby dostosowania się do standardów NATO”, tłumaczy mój rozmówca. „Było to o tyle konieczne, że każde państwo członkowskie zgłasza do natowskiego programu ćwiczeń własne przedsięwzięcia szkoleniowe, otwarte dla sojuszników. Poza tym granica między ćwiczeniami narodowymi a międzynarodowymi coraz bardziej się zaciera. Dziś nawet na poziomie brygady w wielu przedsięwzięciach uczestniczą żołnierze innych państw, choćby dlatego, że stacjonują na terytorium Polski. Ujednolicone nazewnictwo jest po prostu wygodniejsze dla wszystkich”, przekonuje Dariusz Jaros. I tak organizowana od lat „Anakonda” od tego roku będzie się nazywać „Dzielny husarz” (ang. „Brave Hussar”), a inne cykliczne ćwiczenie – „Dragon” – w przyszłym roku odbędzie się pod kryptonimem „Polski dragon”.

Owa dwuczłonowość, choć spełnia wymóg sojuszniczej standaryzacji, niesie też pułapki – przy konieczności stworzenia dziewięciuset kryptonimów nie zawsze da się uniknąć zabawnych zestawień. Zasadniczo jednak nazwa ćwiczeń – zwłaszcza tych największych, składających się z całej serii przedsięwzięć szkoleniowych – ma też pełnić rolę skróconego komunikatu strategicznego. Dobrym przykładem jest ubiegłoroczny „Żelazny obrońca ‘25”, nazwa federacji ponad 30 ćwiczeń różnych rodzajów sił zbrojnych, będących odpowiedzią na działania armii rosyjskiej i białoruskiej. Na bieżący rok zaplanowano dwie takie federacje: w czerwcu odbył się „Bursztynowy obrońca ‘26”, we wrześniu wystartuje „Czarny obrońca ‘26” – z podobnym przekazem, lecz o skali mniejszej niż zeszłoroczne działania.

A jak powstają kryptonimy natowskie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Dostęp do wersji elektronicznej znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Atak czołgów, wspartych śmigłowcami szturmowymi. Epizod ćwiczeń „Anakonda 10”/fot. własne

„Złomy”?

Ukraińcy rzekomo sami odmówili przyjęcia naszych MiG-ów, uznając, że są w fatalnym stanie – donosi jeden z portali.

Bzdura, która nie wiem czemu służy – oczernieniu Polaków (którzy oferują złom), oczernieniu Ukraińców (którzy wybrzydzają)? Licho wie, kto tam, i w jakim celu zainspirował redaktorów. Faktem jest, że mamy kolejne grzmoty w polsko-ukraińskiej gówno-burzy, bo po lekturze każda ze stron ma się o co oburzać.

A jakie są fakty?

Najpierw odrobina historii. Polska pozyskała MiG-i-29 z trzech źródeł: kupując je bezpośrednio z ZSRR/rosji, wymieniając się z Czechami za śmigłowce Sokół oraz nabywając maszyny poenerdowskie, za symboliczną sumę, od RFN.

Myśliwce z pierwszej puli oraz maszyny poczeskie przeszły gruntowne modernizacje – nie będę Was zanudzał szczegółami technicznymi, generalnie chodziło o możliwie najpełniejsze zbliżenie do standardów NATO. „Ex-niemce” takich zabiegów nie przeszły – do końca służby w Siłach Powietrznych RP pozostając posowieckim analogowym myśliwcem z drobnymi modyfikacjami.

Dlaczego tak się stało? Ex-czeskie maszyny pozyskaliśmy jako „żylety” – małoużywane, w świetnym stanie technicznym. Naszych MiG-ów używaliśmy oszczędnie – samoloty docierały do nas na przełomie lat 80. i 90, kiedy armia weszła w czas ogromnych redukcji i cięcia kosztów – dla lotnictwa oznaczało to m.in. mniej latania. Tymczasem niemieckie MiG-i, po zjednoczeniu przejęte przez Luftwaffe, były przez kilka lat zarzynane aż do kości. Zachód chciał poznać możliwości sowieckich/rosyjskich konstrukcji, nauczyć się z nimi walczyć; grzechem byłoby nie wykorzystać legalnego dostępu do tej broni. W dodatku traktowanej przez Berlin jako tymczasowe rozwiązanie, nikt bowiem na poważnie nie myślał tam o budowaniu własnego potencjału w oparciu o technologię z ZSRR/rosji.

No więc wyciśnięto szwabskie MiG-i niczym cytryny – i właśnie takie „padełka” zaoferowano Polsce. Myśmy byli wtedy królami „rozwiązań pomostowych”, więc chętnie wzięliśmy poniemieckie maszyny za symboliczne euro od sztuki. Część maszyn od razu przeznaczono na części, kilkanaście – po niezbędnych remontach – wcielono do służby. Od razu wszak z założeniem, że inwestować w te samoloty nie warto; chodziło o utrzymanie minimum zdolności i czekanie na lepsze czasy, czytaj, kolejne zakupy nowych zachodnich maszyn.

Te lepsze czasy długo nie nachodziły, a samymi F-16 wojsko nie było w stanie realizować wszystkich zadań. Wzięto więc na warsztat najlepiej zachowane „dwudziestki-dziewiątki” i poddano wspomnianej modernizacji.

W takich okolicznościach przyrody doczekaliśmy pełnoskalowej wojny rosji z Ukrainą. I politycznej decyzji o przekazaniu części naszych MiG-ów na Wschód. Poszły poniemieckie i najbardziej wyeksploatowane „polskie”. Dla Ukraińców i tak był to solidny zastrzyk, wszak lepszych samolotów nie mieli.

Najlepsze MiG-i zostały i nadal pozostają w Polsce. Kończą im się resursy, ale stan techniczny większości maszyn wciąż jest dobry. Kilka samolotów – co najmniej sześć – mogłoby w każdej chwili wejść do walki, prezentując możliwości lepsze niż wszystko, co posowieckie, będące w dyspozycji lotnictwa Ukrainy. Reszta mogłaby stać się cennym rezerwuarem części zamiennych.

A Ukraina MiG-ów-29 nadal potrzebuje, bo efów szesnaście i miraży ma po prostu za mało.

Więc nie o technikalia tu idzie, bo jest co przekazać. I są potrzeby. Trzeba się tylko dogadać…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. MiG-29 z Malborka; to maszyny stamtąd trafiły do Ukrainy/fot. Bartek Bera

Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Obecność

Przez lata obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce stała się symbolem bezpieczeństwa i trwałości sojuszu z Waszyngtonem. Problem w tym, że znaczna jej część ma charakter rotacyjny i pozostaje uzależniona od politycznych decyzji podejmowanych za oceanem.

Jeszcze dekadę temu wojskowa obecność USA w Polsce miała charakter symboliczny. Amerykańskie pododdziały pojawiały się głównie na ćwiczeniach, a dyskusje o stałych bazach – z forsowanym przez polityków pomysłem „Fort Trump” – traktowano bardziej jako polityczny sygnał niż realny projekt wojskowy. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie całkowicie zmieniła jednak znaczenie Polski w strategii NATO i USA.

Kluczowa dla obrony państw bałtyckich

Pierwszy przełom nastąpił po aneksji Krymu w 2014 roku. Wówczas NATO rozpoczęło wzmacnianie wschodniej flanki, a Waszyngton uruchomił European Deterrence Initiative – program finansowania zwiększonej obecności wojskowej w Europie. Do Polski zaczęły trafiać pierwsze większe rotacyjne kontyngenty wojsk lądowych, lotnictwa i sił specjalnych. Nadal były to jednak działania ograniczone skalą i podporządkowane przede wszystkim odstraszaniu politycznemu.

Dopiero pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę z lutego 2022 roku uczyniła z Polski jedno z najważniejszych państw dla amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących nad Wisłą wzrosła do około 10 tys., Polska stała się głównym hubem logistycznym wsparcia dla Ukrainy, a jednocześnie kluczowym zapleczem dla operacji NATO na całej wschodniej flance.

Zmienił się także charakter tej obecności. Jeszcze przed rosyjską inwazją z 2022 roku widocznymi symbolami rosnącego zaangażowania wojskowego USA w Polsce były budowana baza systemu Aegis Ashore w Redzikowie oraz rozwijane w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu armii amerykańskiej. Po 2022 roku znacznie większego znaczenia nabrała infrastruktura logistyczna: lotniska, centra przeładunkowe, magazyny sprzętu i węzły transportowe.

Szczególną rolę odgrywa dziś Powidz, gdzie ulokowano jeden z najważniejszych w Europie magazynów Army Prepositioned Stocks. To właśnie tam przechowywany jest ciężki sprzęt dla amerykańskiej brygady pancernej – czołgi Abrams, bojowe wozy piechoty, artyleria i wyposażenie logistyczne. Tego rodzaju infrastruktura ma ogromne znaczenie dla strategii NATO, ponieważ pozwala szybko przerzucać do Europy żołnierzy bez konieczności transportowania całego wyposażenia przez Atlantyk.

W praktyce Polska stała się dla Amerykanów czymś więcej niż tylko państwem-gospodarzem dla kilku baz. Dziś pełni rolę logistycznego pomostu między Zachodem a wschodnią flanką NATO. W razie kryzysu lub wojny infrastruktura ta miałaby kluczowe znaczenie również dla przerzutu wojsk sojuszniczych do państw bałtyckich.

Nie oznacza to jednak, że Polska stała się nowym centrum amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod tym względem kluczową rolę nadal odgrywają Niemcy. To tam znajdują się strategiczne dowództwa USA, ogromne zaplecze logistyczne, infrastruktura lotnicza oraz bazy wykorzystywane do operacji nie tylko europejskich, lecz także globalnych. Według danych Pentagonu w Niemczech stacjonuje około 35–38 tys. amerykańskich żołnierzy, na stałe, a nie jak w Polsce – rotacyjnie.

I właśnie ta różnica jest kluczowa dla zrozumienia rzeczywistego charakteru amerykańskiej obecności nad Wisłą. Polska stała się ważnym elementem wojskowej architektury NATO, ale nie oznacza to jeszcze budowy trwałego, modelu stałego stacjonowania wojsk USA. Wręcz przeciwnie – obecny system opiera się przede wszystkim na elastyczności, mobilności i możliwości szybkiego wzmacniania flanki w razie kryzysu.

Stała obecność czy stała rotacja?

Klasyczny model stałego stacjonowania wojsk USA ukształtował się jeszcze w czasach zimnej wojny. W Niemczech Zachodnich, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii Amerykanie budowali rozbudowane garnizony z pełnym zapleczem logistycznym, mieszkaniowym i administracyjnym. Na miejscu stacjonowały całe jednostki wraz z rodzinami żołnierzy, szkołami, szpitalami i infrastrukturą pozwalającą funkcjonować przez dekady. Tego rodzaju obecność oznaczała trwałe strategiczne zakorzenienie.

Polska wygląda dziś inaczej. Choć liczba amerykańskich żołnierzy jest największa w historii relacji wojskowych obu państw, 96 proc. sił przebywa nad Wisłą czasowo. Jednostki te regularnie wymieniają się w ramach kolejnych rotacji, zwykle trwających od kilku do kilkunastu miesięcy.

To właśnie dlatego eksperci mówią o modelu „persistent presence”, czyli obecności trwałej politycznie, ale realizowanej poprzez rotację wojsk. Z perspektywy odstraszania efekt może być podobny – amerykańscy żołnierze stale znajdują się w Polsce – jednak dla Pentagonu taki system daje znacznie większą elastyczność.

Rotacyjny model obecności ma kilka zalet. Po pierwsze pozwala szybciej reagować na zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa. Liczbę wojsk można relatywnie łatwo zwiększać lub zmniejszać bez konieczności formalnego zamykania baz czy wycofywania całych garnizonów. Po drugie ogranicza koszty polityczne i społeczne, jakie wiążą się z permanentnym stacjonowaniem dużych sił za granicą. Po trzecie umożliwia utrzymywanie większej liczby jednostek w gotowości do działań na różnych kierunkach jednocześnie.

Ten model dobrze odpowiada obecnej strategii USA wobec Europy. Amerykanie nie przygotowują się dziś do prowadzenia wieloletniej wojny lądowej na kontynencie na wzór zimnej wojny. Ich celem jest raczej stworzenie systemu szybkiego wzmocnienia NATO w razie kryzysu. Kluczową rolę odgrywają więc mobilność, logistyka i możliwość błyskawicznego przerzutu sił przez Atlantyk.

Właśnie dlatego tak duże znaczenie mają magazyny sprzętu, infrastruktura transportowa i wysunięte dowództwa. W razie zagrożenia do Europy mogą zostać przerzuceni żołnierze, którzy na miejscu odbiorą wcześniej przygotowane wyposażenie. To rozwiązanie tańsze i bardziej elastyczne niż utrzymywanie na stałe wielkich zgrupowań wojskowych.

Jednocześnie rotacyjny charakter tej obecności sprawia, że pozostaje ona bardziej podatna na polityczne zmiany w Waszyngtonie. Redukcja liczby wojsk rotacyjnych jest bowiem znacznie łatwiejsza niż likwidacja wielkich stałych baz. Nie wymaga wieloletnich procesów administracyjnych ani kosztownych operacji przenoszenia infrastruktury. W praktyce oznacza to, że skala amerykańskiej obecności w Polsce może stosunkowo szybko zmieniać się wraz z priorytetami kolejnych administracji USA.

I właśnie tu pojawia się zasadnicza różnica między politycznym wyobrażeniem o „amerykańskim parasolu” a rzeczywistą logiką działania Pentagonu. Dla państw Europy Środkowej obecność wojsk USA jest często postrzegana jako trwała gwarancja bezpieczeństwa. Dla samych Stanów Zjednoczonych pozostaje jednak przede wszystkim narzędziem realizacji bieżącej strategii.

Europa ważna, ale Chiny ważniejsze

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie sprawiła, że USA ponownie stały się głównym gwarantem bezpieczeństwa Europy. To amerykańskie wojska najszybciej wzmocniły wschodnią flankę NATO, amerykański przemysł dostarczył znaczną część uzbrojenia dla Ukrainy, a amerykańskie systemy rozpoznania, logistyki i dowodzenia stały się fundamentem wsparcia dla Kijowa. W wielu europejskich stolicach pojawiło się przekonanie, że era strategicznego zwrotu USA ku Azji została przynajmniej czasowo zatrzymana.

W Waszyngtonie sytuację postrzega się jednak inaczej. Dla kolejnych administracji – zarówno demokratycznych, jak i republikańskich – najważniejszym długoterminowym wyzwaniem pozostają Chiny. To rywalizacja na Indo-Pacyfiku wyznacza dziś główny kierunek planowania strategicznego Pentagonu, modernizacji sił zbrojnych i inwestycji wojskowych USA.

… o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Bundesplan

Jeszcze kilka lat temu była to opowieść o armii niedofinansowanej, kadrowo wydrążonej i – co może najważniejsze – funkcjonującej w państwie, które z wojskowością nie chciało mieć zbyt wiele wspólnego. Dziś Bundeswehra znów ma ambicje rosnąć – i to nie tylko w sensie budżetu czy liczby nowoczesnych systemów uzbrojenia, ale przede wszystkim ludzi. Najnowsze niemieckie plany zakładają stworzenie do połowy przyszłej dekady sił zbrojnych liczących – łącznie z rezerwą – nawet 460 tys. żołnierzy.

To istotna zmiana. Niemcy nie mówią już wyłącznie o „lepszej armii”, ale o armii większej – zdolnej do prowadzenia działań na dużą skalę, także w scenariuszu wojny konwencjonalnej w Europie.

Problem w tym, że między deklaracją a rzeczywistością rozciąga się przepaść, której nie da się zasypać ani pieniędzmi, ani politycznymi deklaracjami. I to właśnie ona będzie kluczowa dla odpowiedzi na pytanie, czy mamy do czynienia z realnym przełomem, czy raczej z kolejną – tym razem bardziej ambitną – wersją niemieckiej „armii na papierze”.

Co Niemcy właściwie ogłosili

Punktem wyjścia jest nowa strategia wojskowa RFN – dokument, który porządkuje kierunki rozwoju Bundeswehry w realiach pełnoskalowej wojny w Europie. To ważne, bo jeszcze niedawno niemieckie planowanie opierało się raczej na założeniu udziału w operacjach ekspedycyjnych niż przygotowaniu do konfliktu symetrycznego o dużej intensywności.

W tym kontekście pojawia się liczba, która robi największe wrażenie: do 460 tys. żołnierzy – przy czym mówimy tu o całości systemu, a więc nie tylko o wojskach operacyjnych, lecz także o rozbudowanej rezerwie. Rdzeń mają stanowić siły zawodowe liczące około 260 tys. ludzi, uzupełniane przez nawet 200 tys. rezerwistów. To konstrukcja podporządkowana nowym wymaganiom NATO, które po rosyjskiej agresji na Ukrainę wyraźnie przesunęły akcent z „jakości i mobilności” na „masę i zdolność do długotrwałego prowadzenia działań”.

Zmiana dotyczy też samego modelu pozyskiwania żołnierzy. Niemcy nie ogłaszają powrotu do klasycznego poboru, ale wyraźnie odchodzą od czysto ochotniczego systemu. W jego miejsce pojawia się rozwiązanie pośrednie: obowiązkowa kwalifikacja wojskowa i próba zbudowania szerokiej bazy danych o potencjalnych rekrutach. Młodzi ludzie – przede wszystkim mężczyźni – mieliby obowiązek przekazywania informacji o stanie zdrowia, predyspozycjach i gotowości do służby, co pozwoliłoby państwu lepiej „zmapować” zasób, którym dysponuje.

To model inspirowany rozwiązaniami stosowanymi m.in. w Szwecji i Norwegii, gdzie formalnie istnieje pobór, ale w praktyce do służby trafia jedynie wyselekcjonowana część rocznika. Różnica polega jednak na tym, że w niemieckim wydaniu system ten pozostaje – przynajmniej na razie – narzędziem ewidencji, a nie realnego przymusu. Berlin buduje mechanizm, który w teorii mógłby posłużyć do szybkiego zwiększenia liczebności armii, ale unika jednoznacznej odpowiedzi, czy i w jakich warunkach byłby gotów z niego skorzystać.

To zastrzeżenie jest kluczowe. Bo bez politycznej decyzji o sięgnięciu po bardziej zdecydowane środki – a więc de facto o powrocie do jakiejś formy obowiązkowej służby – nawet najlepiej zaprojektowany system rekrutacyjny pozostanie narzędziem zarządzania niedoborem, a nie jego rozwiązaniem. Na dziś wygląda więc na to, że coś rzeczywiście drgnęło, ale skala tej zmiany wciąż nie odpowiada ambicjom zapisanym w dokumentach.

Problem nr 1 – ludzie

Jeśli niemieckie plany gdzieś się rozstrzygają, to właśnie tutaj. Bo niezależnie od tego, jak ambitne będą strategie i jak duże środki finansowe trafią do Bundeswehry, ostatecznie wszystko sprowadza się do jednego: czy znajdą się ludzie gotowi założyć mundur.

Punkt wyjścia nie jest optymistyczny. Bundeswehra liczy dziś niespełna 185–186 tys. żołnierzy w służbie czynnej, a więc wyraźnie mniej niż zakładane jeszcze niedawno 203 tys. etatów. Innymi słowy, system już teraz funkcjonuje z istotnym niedoborem – rzędu kilkunastu tysięcy ludzi – i to w sytuacji, gdy mówimy o armii znacznie mniejszej niż ta planowana.

W wielu obszarach problem nie dotyczy zresztą samej liczby żołnierzy, lecz ich struktury. Brakuje specjalistów, podoficerów, ludzi z doświadczeniem technicznym – czyli tych, których nie da się „wyprodukować” szybko i masowo. To właśnie te braki najmocniej uderzają w realną zdolność jednostek do działania.

Do tego dochodzi kwestia tempa. Nawet przy rosnącej liczbie zgłoszeń – co Berlin chętnie podkreśla – dynamika zmian jest zbyt niska, by w rozsądnym czasie zbliżyć się do poziomu deklarowanego w planach. To nie jest kwestia jednego czy dwóch roczników, ale całych lat systematycznej pracy, której efekty będą widoczne dopiero w dłuższej perspektywie.

Największym ograniczeniem pozostaje jednak czynnik trudniej mierzalny: kontekst społeczny. Niemcy są państwem, które przez dekady konsekwentnie odchodziło od myślenia o wojsku jako istotnym elemencie życia publicznego. Zawieszenie poboru w 2011 roku było tylko formalnym domknięciem procesu, który zaczął się znacznie wcześniej. Dziś próba jego odwrócenia napotyka na bariery nie tyle instytucjonalne, co mentalne.

Dlatego nawet najlepiej zaprojektowany system kwalifikacji czy ewidencji nie rozwiązuje podstawowego problemu. Może pomóc lepiej zarządzać dostępnym zasobem, ale nie sprawi, że ten zasób nagle się powiększy. A bez wyraźnego zwiększenia liczby ludzi wszystkie pozostałe elementy reformy – od struktur po uzbrojenie – będą funkcjonować w warunkach permanentnego niedoboru.

Innymi słowy: Bundeswehra nie ma dziś problemu z tym, jak planować rozwój. Ma problem z tym, kim ten rozwój miałby zostać zrealizowany.

Problem nr 2 – system

Nawet gdyby przyjąć, że problem ludzi uda się przynajmniej częściowo opanować, pozostaje kwestia, która w niemieckim przypadku wraca jak refren: zdolność państwa do przekuwania decyzji politycznych w realne efekty. Bo Bundeswehra nie funkcjonuje w próżni – jest odbiciem systemu, który ją tworzy i utrzymuje.

Ten system od lat zmaga się z własnymi ograniczeniami. Rozbudowana biurokracja, skomplikowane procedury i ostrożność decyzyjna sprawiają, że procesy – od zakupów sprzętu po zmiany organizacyjne – trwają dłużej, niż wynikałoby to z deklarowanych priorytetów. Problem polega na tym, że w warunkach gwałtownie pogarszającego się środowiska bezpieczeństwa czas staje się zasobem równie krytycznym jak pieniądze czy ludzie.

Dobrym przykładem tej opieszałości są programy modernizacyjne. Zakup myśliwców F-35 Lightning II dla Luftwaffe został wprawdzie politycznie „przepchnięty” stosunkowo szybko po 2022 roku, ale już wcześniejsze projekty – jak modernizacja bojowych wozów piechoty Puma – przez lata zmagały się z problemami technicznymi i proceduralnymi, które ograniczały ich realną dostępność. W efekcie sprzęt formalnie wprowadzony do służby nie zawsze przekładał się na zdolność bojową jednostek.

Podobnie wygląda kwestia gotowości. Jeszcze niedawno głośnym echem odbijały się informacje o brygadach deklarowanych do sił szybkiego reagowania NATO, które miały poważne braki w wyposażeniu i musiały „pożyczać” sprzęt z innych jednostek, by osiągnąć wymagane wskaźniki. To nie był problem jednorazowy, lecz raczej ilustracja szerszego zjawiska.

To napięcie widać szczególnie wyraźnie w zestawieniu ambicji z realiami. Z jednej strony Berlin mówi o budowie najsilniejszej armii konwencjonalnej w Europie i zdolności do wystawienia dużych, w pełni ukompletowanych związków taktycznych. Z drugiej – rzeczywistość, w której część jednostek od lat funkcjonuje poniżej stanów etatowych, a proces ich uzupełniania postępuje wolniej, niż zakładają plany.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o sprzęt czy finansowanie. Kluczowa jest zdolność całego aparatu państwowego do działania w trybie, który można by nazwać „wojennym” – szybkim, elastycznym, nastawionym na efekt. Tymczasem niemiecki model zarządzania, sprawdzający się w warunkach stabilności, znacznie gorzej radzi sobie z presją czasu i koniecznością podejmowania ryzyka.

Dlatego pytanie o rozbudowę Bundeswehry jest w istocie pytaniem szerszym: nie tylko o to, czy Niemcy chcą mieć większą armię, ale czy są w stanie zreformować mechanizmy państwa w taki sposób, by tę armię rzeczywiście zbudować. Bo bez tej zmiany nawet najbardziej ambitne plany pozostaną w dużej mierze deklaracją.

Problem nr 3 – pieniądze i czas

Na pierwszy rzut oka ten obszar wydaje się najmniej problematyczny. Po 2022 roku Niemcy uruchomiły dodatkowe finansowanie dla sił zbrojnych, a wydatki obronne wyraźnie wzrosły. Bundeswehra przestała być w tym sensie „ubogim krewnym” dużych armii NATO.

Tyle że pieniądze rozwiązują tylko część problemu – i to niekoniecznie tę najtrudniejszą. Bo o ile sprzęt można kupić, o tyle zdolności wojskowe trzeba zbudować. A to oznacza czas liczony nie w miesiącach, lecz w latach.

Dotyczy to zwłaszcza ludzi. Nawet gdyby dziś udało się znacząco zwiększyć napływ kandydatów, proces ich wyszkolenia, wdrożenia do jednostek i zbudowania realnych kompetencji zajmie całe lata. Jeszcze dłużej trwa tworzenie kadry podoficerskiej i specjalistycznej, bez której żadna armia nie jest w stanie funkcjonować na wyższym poziomie gotowości.

Podobnie jest z infrastrukturą i strukturami dowodzenia. Rozbudowa koszar, poligonów, zaplecza logistycznego czy systemów szkoleniowych to przedsięwzięcia, które mają własną dynamikę i nie poddają się politycznemu przyspieszeniu. Można zwiększyć budżet, ale nie da się skrócić wszystkich procesów administracyjnych, inwestycyjnych i szkoleniowych bez ryzyka spadku jakości.

W niemieckiej debacie pojawia się czasem argument, że część problemów można „obejść” dzięki nowym technologiom – automatyzacji, cyfryzacji czy wykorzystaniu sztucznej inteligencji. To jednak w dużej mierze narracja polityczna. Technologia może zwiększać efektywność, ale nie zastąpi masy, szczególnie w scenariuszu konfliktu o dużej intensywności.

Dlatego zasadniczym ograniczeniem pozostaje czas. Niemcy próbują nadrobić kilkadziesiąt lat relatywnego zaniedbania w ciągu jednej dekady. To ambitne, ale obarczone wysokim ryzykiem rozczarowania. Bo nawet przy sprzyjających warunkach efekty tej transformacji będą przychodziły stopniowo – i z dużym opóźnieniem względem politycznych oczekiwań.

Czy to się może udać? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału. Zastanawiam się w nim również, czy niemieckie plany stanowią zagrożenie dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.