Natowscy

Współczesny żołnierz świadomie wybiera służbę, akceptuje jej rygory, ale oczekuje profesjonalizmu, wskazania sensu, rozwoju i poszanowania własnej podmiotowości.

Kmdr ppor. Damian Przybysz jest starszym oficerem flagowym w dowództwie 3 Flotylli Okrętów. „Pochodzę z wojskowej rodziny. Mój ojciec jest chorążym, służy w Darłowie, w bazie lotnictwa marynarki wojennej. A ja dorastałem w jej sąsiedztwie, po części w samej bazie”, wspomina. Jako dziecko zaliczał praktycznie wszystkie imprezy organizowane przez jednostkę, chodził na wojskową pływalnię, zajęcia karate, siatkówki. Mnóstwo czasu spędzał w towarzystwie rówieśników – podobnie jak on, dzieci żołnierzy. Inaczej być nie mogło, skoro mieszkał w „wojskowym” bloku. Decyzję o włożeniu munduru podjął jeszcze w liceum. Najpierw myślał o lotnictwie, ostatecznie stanęło na marynarce; tak czy inaczej, armia była dla niego oczywistym wyborem.

„Od zawsze szukałam drogi, która miałaby sens i pozwoliła robić coś ważnego dla innych”, opowiada por. Magdalena Trzebińska-Gawin, oficer prasowy 6 Brygady Powietrznodesantowej. „Przed rozpoczęciem służby studiowałam na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, ale gdy pojawiła się szansa związania swojej przyszłości z Brygadą, wiedziałam, że to jest miejsce dla mnie. To była świadoma decyzja i nigdy jej nie żałowałam”, zapewnia nasza rozmówczyni.

Z danych Sztabu Generalnego Wojska Polskiego wynika, że na koniec czerwca 2026 roku w Siłach Zbrojnych RP służyło ponad 220 tys. żołnierzy – 27,4 tys. oficerów, 73,9 podoficerów oraz 119 tys. szeregowych. Blisko 38 tys. z nich – 17% – stanowiły kobiety. Miażdżąca większość wszystkich mundurowych – 155 tys. – pełniła zawodową służbę wojskową, niemal 39 tys. terytorialną. Ponad 14 tys. osób odbywało właśnie dobrowolną zasadniczą służbę wojskową. Na początku 2026 roku – kiedy w szeregach armii pozostawało 217 tys. osób – średni wiek żołnierza wynosił 34,1 roku (w przypadku kobiet były to 33 lata, mężczyzn 35,2 roku). Oznacza to, że przeciętny mundurowy urodził się już w wolnej Polsce, dorastał w kraju należącym do NATO, a do wojska trafił po zawieszeniu obowiązkowej służby wojskowej. „Nie zna armii z poboru ani wojska sprzed akcesji Polski do NATO. Mundur nie był dla niego obowiązkiem, lecz świadomym wyborem. Należy do pokolenia żołnierzy, dla których zawodowa służba i funkcjonowanie według standardów NATO nie są celem reform, lecz naturalnym i jedynym znanym środowiskiem”, konkluduje dr Marcin Sińczuch, socjolog, zastępca kierownika Wojskowego Biura Badań Społecznych, które jest komórką wewnętrzną Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Zrozumieć rozkaz

To poczucie naturalności nie ogranicza się do procedur czy standardów szkolenia. Jeszcze kilkanaście lat temu polscy żołnierze często wyjeżdżali na manewry z sojusznikami z poczuciem, że mają się od kogo uczyć i co nadrabiać. Dziś taka perspektywa – za sprawą nabytego doświadczenia oraz ogromnej skali prowadzonej od kilku lat modernizacji – w dużej mierze zniknęła. „Nasi żołnierze nie mają już kompleksów wobec kolegów z armii NATO”, przekonuje ppłk dr Artur Zielichowski, kierownik Zakładu Teorii Przywództwa Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. „Nie wstydzą się ani swojego wyszkolenia, ani wyposażenia. Wiedzą, że są partnerami, a nie ubogimi krewnymi z Europy Wschodniej”.

Ale zmiana jest znacznie głębsza, bo inny jest sam człowiek noszący mundur. To skutek procesów społeczno-demograficznych, napędzanych przez milenialsów – osoby urodzone między 1981 a 1996 rokiem – oraz pokolenie Z, które na świat przyszło w latach 1997–2012. Zwłaszcza ci drudzy, tzw. zetki, mają w sobie potrzebę redefinicji zasad rządzących życiem społecznym. „A armia pozostaje wiernym odbiciem społeczeństwa”, zauważa Joanna Łatacz, kierownik WBBS. „To truizm, ale o tyle ważny, że zmiany następujące w społeczeństwie, zachodzą też w wojsku”.

Tych zmian jest sporo, na początek warto wspomnieć o jednej, dotykającej fundamentalnej dla sił zbrojnych kwestii – rozkazu. Wbrew obiegowym opiniom, współczesny żołnierz nie ma problemu z dyscypliną czy wykonywaniem poleceń. „Istota zmiany kryje się nie w samym rozkazie, lecz w tym, co go poprzedza”, tłumaczy dr Sińczuch. „Coraz więcej żołnierzy oczekuje, że przed podjęciem decyzji dowódca wysłucha opinii podwładnych, pozwoli im przedstawić argumenty i wspólnie przeanalizować możliwe rozwiązania. Dopiero później zapada decyzja, która – jako rozkaz – pozostaje bezdyskusyjna i podlega wykonaniu”. To samo zjawisko dostrzega ppłk Zielichowski. „Młodsi żołnierze nie oczekują zniesienia rygorów”, przekonuje. „Chcą natomiast rozumieć sens zadań. Kiedy wiedzą, czemu służy rozkaz i jaki cel ma przynieść, angażują się w jego realizację z pełnym przekonaniem”. Zmienia się więc nie istota dowodzenia, lecz sposób budowania autorytetu dowódcy – coraz częściej opartego na kompetencjach, komunikacji i zaufaniu, a nie wyłącznie na stopniu wojskowym.

Znaczenie rodziny

Według danych SG WP z początku 2026 roku, niemal co drugi żołnierz (47%) pozostaje w związku małżeńskim, a 44% wychowuje co najmniej jedno dziecko. W rodzinach wojskowych dorasta dziś niemal 170 tys. dzieci, przy czym blisko 6% żołnierzy ma troje lub więcej potomstwa, a 459 wojskowych co najmniej pięcioro dzieci. Ów rodzinny kontekst nie pozostaje bez wpływu na sposób funkcjonowania armii. Jeszcze dwie–trzy dekady temu od żołnierza oczekiwano, że podporządkuje wojsku właściwie całe swoje życie. Kolejne przeniesienia i rozłąki z rodziną były naturalnym elementem wojskowej rzeczywistości. Dziś służba nadal wymaga tego rodzaju wyrzeczeń. „Zdarzają się długie szkolenia, ćwiczenia, kursy”, przyznaje por. Trzebińska-Gawin. „Trzeba dobrze organizować swój czas i doceniać każdą wspólną chwilę”, konkluduje.

Zarazem i tu zachodzą zmiany. „Na przestrzeni kilkunastu lat obserwujemy wzrost znaczenia rodziny w systemie wartości żołnierza”, relacjonuje Joanna Łatacz. Kiedyś decyzja o przeniesieniu do innej jednostki była czymś oczywistym. Żołnierz akceptował jej skutki, a wraz z nim jego najbliżsi, co zwykle oznaczało dwa scenariusze – przenosiny całej rodziny bądź życie „na dwa domy”. Dziś wojskowi są bardziej asertywni – oczekują od armii, że ta uwzględni takie czynniki jak miejsce pracy współmałżonka, edukację dzieci czy możliwość pozostania blisko rodzinnego domu. Negocjują swoje przenosiny, a czasami potrafią zrezygnować ze służby, gdy ich zabiegi nie przynoszą skutku. „Współczesna armia – podobnie jak inni pracodawcy – musi brać pod uwagę życie swojego personelu poza miejscem pracy”, mówi kierownik WBBS.

Znaczenie rodziny wybrzmiewa z opowieści innych naszych rozmówców. Mateusz, podoficer z 16 Brygady Zmotoryzowanej [nie podajemy nazwisk żołnierzy na prośbę jednostki], mówi o tym tak: „Przez osiem lat służyłem w Braniewie i tam się przeniosłem. Kiedy powstała jednostka w Wielbarku, od razu się do niej zgłosiłem, bo mogłem wrócić w rodzinne strony. Teraz już nie muszę mieszkać dwieście kilometrów od domu. To dla mnie duży komfort – mam pół godziny do pracy i pół godziny z powrotem”. Jego imiennik, szeregowy z 15 Brygady Zmechanizowanej, ma podobne refleksje. „Wojsko dało mi stabilizację”, podkreśla. „To okazało się bardzo ważne, kiedy musiałem pogodzić życie zawodowe z obowiązkami wobec syna wymagającego szczególnej opieki. Po służbie wracam do domu i mam czas dla dziecka”.

Niewykluczające się motywacje

Gdzie w tym wszystkim patriotyzm? Nie za dużo pragmatyzmu? „Patriotyzm i pragmatyzm nie wykluczają się, lecz wzajemnie uzupełniają”, twierdzi Joanna Łatacz. Jak pokazują badania WBBS, współczesny żołnierz najczęściej wymienia kilka motywów podjęcia służby jednocześnie. Chce wykonywać pracę ważną dla państwa i służyć społeczeństwu, ale ceni sobie również stabilność zatrudnienia i uposażenie pozwalające na utrzymanie rodziny. Ppłk dr Artur Zielichowski zwraca uwagę, że motywacje prowadzące do włożenia munduru nie muszą być tożsame z tymi, które pozwalają wytrwać w służbie przez kolejne lata. „Kandydatów przyciągają możliwość wykonywania ciekawej pracy, stabilne zatrudnienie, perspektywa rozwoju i poczucie celu. Ale w momencie zwątpienia, w sytuacjach trudnych, pieniądze przestają być istotnym motywatorem. Tylko motywacja ideologiczna i egzystencjalna pozwalają pojechać na kolejne ćwiczenie, znowu znosić rozłąkę z rodziną”, podkreśla wykładowca AWL.

Nie każdy więc może być żołnierzem na dobre i na złe – co widać również w statystykach. W 2025 roku 94,5% żołnierzy zawodowych pozostało w służbie – i był to najwyższy poziom retencji od początku XXI wieku. Ale spośród blisko 7,8 tys. tych, którzy w tamtym czasie pożegnali się z mundurem, 46% nie nabyło jeszcze uprawnień emerytalnych. Co więcej, znacząca część decyzji o odejściu zapadła w ciągu pierwszych pięciu lat służby. Innymi słowy, armię przedwcześnie opuściło kilka tysięcy wyszkolonych żołnierzy, niektórzy z nich mogliby nosić mundur jeszcze przez wiele lat. „Pozostaje to przedmiotem szczegółowych analiz oraz działań ukierunkowanych na wzmacnianie motywacji do długoterminowej służby”, tak do sprawy odniósł się Sztab Generalny WP.

Co mogłoby wzmocnić motywacje żołnierzy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który stworzyłem we współpracy z redakcyjnymi kolegami Łukaszem Zalesińskim i Jakubem Zagalskim. Został on opublikowany w sierpniowym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna” – jako materiał czołówkowy. W magazynie są także dwa inne moje artykuły – zachęcam do ich lektury. „Papier” jest nadal w sprzedaży, cyfrową wersję magazynu znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 16 DZ podczas służby na wschodniej granicy/fot. 16DZ

Kryptonimy

„Dzielny dzik”, „Bystry epifaktor”, „Mądry lekarz” czy po prostu „Anakonda” – kryptonimy ćwiczeń bywają poważne, zagadkowe, a czasem wręcz komiczne. Za każdą taką nazwą stoi jednak zestaw zasad, wielostopniowy proces uzgodnień i logika, której przeciętny obserwator zwykle nie dostrzega.

Podczas VIII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie stacjonujące w Ghazni Zgrupowanie Bojowe „Alfa” realizowało wspólnie z amerykańskim wojskiem wiele przedsięwzięć bojowych. Operacjom nadawano kryptonimy z inicjatywy Amerykanów i według ich zasad. Zwykle były to frazy w stylu „Nocna furia” czy „Czarny orzeł”, zapisywane rzecz jasna po angielsku. Aż któregoś razu poproszono Polaków, by wymyślili własny kryptonim. Dowodzący Alfą ówczesny płk Jarosław Górowski rzucił pomysł, który obezwładnił sojuszników. „Szczerbiec!”, rzekł, zaraz wyjaśniając, że chodzi o miecz, i to nie byle jaki, a archetypiczny, będący jednym z polskich insygniów koronacyjnych. „Jarek opowiedział mi tę historię podczas przekazywania obowiązków”, wspomina gen. bryg. dr Rafał Miernik, dowódca Alfy podczas kolejnej, IX zmiany. „Mało się nie popłakałem ze śmiechu”, przyznaje. „Oczywiście Amerykanie nie byli w stanie tego wymówić, więc »Szczerbiec« przepadł”, dodaje szef Zarządu Szkolenia P7 Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Wymóg poprawnej polszczyzny

Sił Zbrojne RP nie biorą dziś udziału w operacjach bojowych, ale intensywnie się szkolą. Tymczasem wszystkie ćwiczenia wojsk od batalionu wzwyż – a jest ich rocznie ponad 900 – wymagają własnego kryptonimu. Wymyśla się je podczas opracowywania tzw. instrukcji, dokumentu określającego zasady organizacji ćwiczeń. Trzon zespołu autorskiego wystawia Zarząd P7 SGWP, w jego skład wchodzą też, w zależności od potrzeb, przedstawiciele dowództw rodzajów sił zbrojnych, rodzajów wojsk i związków taktycznych. „Taki zespół liczy około dwudziestu osób”, mówi płk Dariusz Jaros, szef Oddziału Programowania Szkolenia Dowództw i Ćwiczeń SZRP w SGWP. „Zwykle trzeba kilku spotkań, by wypracować ostateczny kształt dokumentu, a całość, w tym fragment dotyczący kryptonimu, przechodzi weryfikację językową. Polonistki z Dowództwa Transformacji i Szkolenia Sił Zbrojnych dbają o to, by wszystko było napisane poprawną polszczyzną”.

Czy wspomniany zespół ma dowolność w dobieraniu nazw? Wydaje się, że jest ona spora – wiele kryptonimów brzmi jak efekt swobodnej zabawy słowami czy wręcz niepohamowanej fantazji. Dość wspomnieć takie przedsięwzięcia jak „Dzielna zawała”, „Dzielny bóbr” lub „Bystry epifaktor”. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Zasady nadawania kryptonimów są unormowane w dokumentach doktrynalnych – narodowych i natowskich – a te w dużej mierze pozostają niejawne. Z dostępnych informacji wynika, że kryptonim powinien składać się z dwóch słów w języku polskim – choć w ćwiczeniach będących wizytówką sił zbrojnych bądź mających charakter wielonarodowy dopuszczalny jest zapis po angielsku. Nazwa może charakteryzować podejmowaną w ćwiczeniach problematykę (np. „Szybki marsz”, „Silna zapora”) lub region, rzekę w rejonie stacjonowania jednostki wojskowej (np. „Ogniste Pomorze”, „Wartka Pilica”) bądź też termin realizacji (np. „Zimna wiosna”, „Jesienny ogień”). W oficjalnym zapisie kryptonimów należy używać wyłącznie wielkich liter poprzedzonych skrótem pk. („pod kryptonimem”), po myślniku dopełnionych ostatnimi dwiema cyframi roku realizacji zamierzenia, np. ćwiczenie pk. WARTKA PILICA-19.

Dwuczłonowość niesie pułapki

„Nie wolno stosować skrótów i oznaczeń przypisanych do ćwiczeń realizowanych przez dowództwa NATO lub inne międzynarodowe struktury dowodzenia”, zastrzega płk Jaros. „Określając kryptonim, uwzględnia się system nazw przyjęty dla danego szczebla organizacyjnego, na którym prowadzone będą ćwiczenia”, mówi, wskazując kolejne zasady. W siłach zbrojnych RP indywidualne kryptonimy stosuje się w odniesieniu do ćwiczeń organizowanych przez m.in. SGWP, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, Operacyjne RSZ, Komendę Główną Żandarmerii Wojskowej, dowództwa komponentów czy wreszcie poszczególnych oddziałów (brygad, pułków, formacji równorzędnych).

I tak np. dla przedsięwzięć realizowanych przez Sztab Generalny WP zarezerwowano pory roku, dla KGŻW nazwy miesięcy. Dla wojsk lądowych przewidziano nazwy dzikich zwierząt lądowych, takich jak borsuki, rysie czy pumy. Ćwiczenia sił powietrznych winny nosić kryptonimy odwołujące się do drapieżnych ptaków – orłów, jastrzębi itp. Do domeny morskiej przypisano miana morskich zwierząt (przede wszystkim ptaków) i wiatrów. Wojska medyczne i cybernetyczne zobligowane są do sięgania po terminologię specjalistyczną, np. nazwy sprzętów. W użytku są również nazwy kamieni szlachetnych, kiedyś wykorzystywane przez wojewódzkie sztaby wojskowe, dziś przez wojskowe centra rekrutacji.

„Dzięki temu osoby wtajemniczone już po kryptonimie mogą określić, kto jest organizatorem danego przedsięwzięcia”, zwraca uwagę płk Jaros. I dodaje, że do 2023 roku w WP obowiązywały określenia jednowyrazowe, takie jak „Ryś”, „Borsuk” czy „Granica”. „Przejście na kryptonimy dwuczłonowe wynikało przede wszystkim z potrzeby dostosowania się do standardów NATO”, tłumaczy mój rozmówca. „Było to o tyle konieczne, że każde państwo członkowskie zgłasza do natowskiego programu ćwiczeń własne przedsięwzięcia szkoleniowe, otwarte dla sojuszników. Poza tym granica między ćwiczeniami narodowymi a międzynarodowymi coraz bardziej się zaciera. Dziś nawet na poziomie brygady w wielu przedsięwzięciach uczestniczą żołnierze innych państw, choćby dlatego, że stacjonują na terytorium Polski. Ujednolicone nazewnictwo jest po prostu wygodniejsze dla wszystkich”, przekonuje Dariusz Jaros. I tak organizowana od lat „Anakonda” od tego roku będzie się nazywać „Dzielny husarz” (ang. „Brave Hussar”), a inne cykliczne ćwiczenie – „Dragon” – w przyszłym roku odbędzie się pod kryptonimem „Polski dragon”.

Owa dwuczłonowość, choć spełnia wymóg sojuszniczej standaryzacji, niesie też pułapki – przy konieczności stworzenia dziewięciuset kryptonimów nie zawsze da się uniknąć zabawnych zestawień. Zasadniczo jednak nazwa ćwiczeń – zwłaszcza tych największych, składających się z całej serii przedsięwzięć szkoleniowych – ma też pełnić rolę skróconego komunikatu strategicznego. Dobrym przykładem jest ubiegłoroczny „Żelazny obrońca ‘25”, nazwa federacji ponad 30 ćwiczeń różnych rodzajów sił zbrojnych, będących odpowiedzią na działania armii rosyjskiej i białoruskiej. Na bieżący rok zaplanowano dwie takie federacje: w czerwcu odbył się „Bursztynowy obrońca ‘26”, we wrześniu wystartuje „Czarny obrońca ‘26” – z podobnym przekazem, lecz o skali mniejszej niż zeszłoroczne działania.

A jak powstają kryptonimy natowskie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Dostęp do wersji elektronicznej znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Atak czołgów, wspartych śmigłowcami szturmowymi. Epizod ćwiczeń „Anakonda 10”/fot. własne

„Złomy”?

Ukraińcy rzekomo sami odmówili przyjęcia naszych MiG-ów, uznając, że są w fatalnym stanie – donosi jeden z portali.

Bzdura, która nie wiem czemu służy – oczernieniu Polaków (którzy oferują złom), oczernieniu Ukraińców (którzy wybrzydzają)? Licho wie, kto tam, i w jakim celu zainspirował redaktorów. Faktem jest, że mamy kolejne grzmoty w polsko-ukraińskiej gówno-burzy, bo po lekturze każda ze stron ma się o co oburzać.

A jakie są fakty?

Najpierw odrobina historii. Polska pozyskała MiG-i-29 z trzech źródeł: kupując je bezpośrednio z ZSRR/rosji, wymieniając się z Czechami za śmigłowce Sokół oraz nabywając maszyny poenerdowskie, za symboliczną sumę, od RFN.

Myśliwce z pierwszej puli oraz maszyny poczeskie przeszły gruntowne modernizacje – nie będę Was zanudzał szczegółami technicznymi, generalnie chodziło o możliwie najpełniejsze zbliżenie do standardów NATO. „Ex-niemce” takich zabiegów nie przeszły – do końca służby w Siłach Powietrznych RP pozostając posowieckim analogowym myśliwcem z drobnymi modyfikacjami.

Dlaczego tak się stało? Ex-czeskie maszyny pozyskaliśmy jako „żylety” – małoużywane, w świetnym stanie technicznym. Naszych MiG-ów używaliśmy oszczędnie – samoloty docierały do nas na przełomie lat 80. i 90, kiedy armia weszła w czas ogromnych redukcji i cięcia kosztów – dla lotnictwa oznaczało to m.in. mniej latania. Tymczasem niemieckie MiG-i, po zjednoczeniu przejęte przez Luftwaffe, były przez kilka lat zarzynane aż do kości. Zachód chciał poznać możliwości sowieckich/rosyjskich konstrukcji, nauczyć się z nimi walczyć; grzechem byłoby nie wykorzystać legalnego dostępu do tej broni. W dodatku traktowanej przez Berlin jako tymczasowe rozwiązanie, nikt bowiem na poważnie nie myślał tam o budowaniu własnego potencjału w oparciu o technologię z ZSRR/rosji.

No więc wyciśnięto szwabskie MiG-i niczym cytryny – i właśnie takie „padełka” zaoferowano Polsce. Myśmy byli wtedy królami „rozwiązań pomostowych”, więc chętnie wzięliśmy poniemieckie maszyny za symboliczne euro od sztuki. Część maszyn od razu przeznaczono na części, kilkanaście – po niezbędnych remontach – wcielono do służby. Od razu wszak z założeniem, że inwestować w te samoloty nie warto; chodziło o utrzymanie minimum zdolności i czekanie na lepsze czasy, czytaj, kolejne zakupy nowych zachodnich maszyn.

Te lepsze czasy długo nie nachodziły, a samymi F-16 wojsko nie było w stanie realizować wszystkich zadań. Wzięto więc na warsztat najlepiej zachowane „dwudziestki-dziewiątki” i poddano wspomnianej modernizacji.

W takich okolicznościach przyrody doczekaliśmy pełnoskalowej wojny rosji z Ukrainą. I politycznej decyzji o przekazaniu części naszych MiG-ów na Wschód. Poszły poniemieckie i najbardziej wyeksploatowane „polskie”. Dla Ukraińców i tak był to solidny zastrzyk, wszak lepszych samolotów nie mieli.

Najlepsze MiG-i zostały i nadal pozostają w Polsce. Kończą im się resursy, ale stan techniczny większości maszyn wciąż jest dobry. Kilka samolotów – co najmniej sześć – mogłoby w każdej chwili wejść do walki, prezentując możliwości lepsze niż wszystko, co posowieckie, będące w dyspozycji lotnictwa Ukrainy. Reszta mogłaby stać się cennym rezerwuarem części zamiennych.

A Ukraina MiG-ów-29 nadal potrzebuje, bo efów szesnaście i miraży ma po prostu za mało.

Więc nie o technikalia tu idzie, bo jest co przekazać. I są potrzeby. Trzeba się tylko dogadać…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. MiG-29 z Malborka; to maszyny stamtąd trafiły do Ukrainy/fot. Bartek Bera

Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Obecność

Przez lata obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce stała się symbolem bezpieczeństwa i trwałości sojuszu z Waszyngtonem. Problem w tym, że znaczna jej część ma charakter rotacyjny i pozostaje uzależniona od politycznych decyzji podejmowanych za oceanem.

Jeszcze dekadę temu wojskowa obecność USA w Polsce miała charakter symboliczny. Amerykańskie pododdziały pojawiały się głównie na ćwiczeniach, a dyskusje o stałych bazach – z forsowanym przez polityków pomysłem „Fort Trump” – traktowano bardziej jako polityczny sygnał niż realny projekt wojskowy. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie całkowicie zmieniła jednak znaczenie Polski w strategii NATO i USA.

Kluczowa dla obrony państw bałtyckich

Pierwszy przełom nastąpił po aneksji Krymu w 2014 roku. Wówczas NATO rozpoczęło wzmacnianie wschodniej flanki, a Waszyngton uruchomił European Deterrence Initiative – program finansowania zwiększonej obecności wojskowej w Europie. Do Polski zaczęły trafiać pierwsze większe rotacyjne kontyngenty wojsk lądowych, lotnictwa i sił specjalnych. Nadal były to jednak działania ograniczone skalą i podporządkowane przede wszystkim odstraszaniu politycznemu.

Dopiero pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę z lutego 2022 roku uczyniła z Polski jedno z najważniejszych państw dla amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących nad Wisłą wzrosła do około 10 tys., Polska stała się głównym hubem logistycznym wsparcia dla Ukrainy, a jednocześnie kluczowym zapleczem dla operacji NATO na całej wschodniej flance.

Zmienił się także charakter tej obecności. Jeszcze przed rosyjską inwazją z 2022 roku widocznymi symbolami rosnącego zaangażowania wojskowego USA w Polsce były budowana baza systemu Aegis Ashore w Redzikowie oraz rozwijane w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu armii amerykańskiej. Po 2022 roku znacznie większego znaczenia nabrała infrastruktura logistyczna: lotniska, centra przeładunkowe, magazyny sprzętu i węzły transportowe.

Szczególną rolę odgrywa dziś Powidz, gdzie ulokowano jeden z najważniejszych w Europie magazynów Army Prepositioned Stocks. To właśnie tam przechowywany jest ciężki sprzęt dla amerykańskiej brygady pancernej – czołgi Abrams, bojowe wozy piechoty, artyleria i wyposażenie logistyczne. Tego rodzaju infrastruktura ma ogromne znaczenie dla strategii NATO, ponieważ pozwala szybko przerzucać do Europy żołnierzy bez konieczności transportowania całego wyposażenia przez Atlantyk.

W praktyce Polska stała się dla Amerykanów czymś więcej niż tylko państwem-gospodarzem dla kilku baz. Dziś pełni rolę logistycznego pomostu między Zachodem a wschodnią flanką NATO. W razie kryzysu lub wojny infrastruktura ta miałaby kluczowe znaczenie również dla przerzutu wojsk sojuszniczych do państw bałtyckich.

Nie oznacza to jednak, że Polska stała się nowym centrum amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod tym względem kluczową rolę nadal odgrywają Niemcy. To tam znajdują się strategiczne dowództwa USA, ogromne zaplecze logistyczne, infrastruktura lotnicza oraz bazy wykorzystywane do operacji nie tylko europejskich, lecz także globalnych. Według danych Pentagonu w Niemczech stacjonuje około 35–38 tys. amerykańskich żołnierzy, na stałe, a nie jak w Polsce – rotacyjnie.

I właśnie ta różnica jest kluczowa dla zrozumienia rzeczywistego charakteru amerykańskiej obecności nad Wisłą. Polska stała się ważnym elementem wojskowej architektury NATO, ale nie oznacza to jeszcze budowy trwałego, modelu stałego stacjonowania wojsk USA. Wręcz przeciwnie – obecny system opiera się przede wszystkim na elastyczności, mobilności i możliwości szybkiego wzmacniania flanki w razie kryzysu.

Stała obecność czy stała rotacja?

Klasyczny model stałego stacjonowania wojsk USA ukształtował się jeszcze w czasach zimnej wojny. W Niemczech Zachodnich, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii Amerykanie budowali rozbudowane garnizony z pełnym zapleczem logistycznym, mieszkaniowym i administracyjnym. Na miejscu stacjonowały całe jednostki wraz z rodzinami żołnierzy, szkołami, szpitalami i infrastrukturą pozwalającą funkcjonować przez dekady. Tego rodzaju obecność oznaczała trwałe strategiczne zakorzenienie.

Polska wygląda dziś inaczej. Choć liczba amerykańskich żołnierzy jest największa w historii relacji wojskowych obu państw, 96 proc. sił przebywa nad Wisłą czasowo. Jednostki te regularnie wymieniają się w ramach kolejnych rotacji, zwykle trwających od kilku do kilkunastu miesięcy.

To właśnie dlatego eksperci mówią o modelu „persistent presence”, czyli obecności trwałej politycznie, ale realizowanej poprzez rotację wojsk. Z perspektywy odstraszania efekt może być podobny – amerykańscy żołnierze stale znajdują się w Polsce – jednak dla Pentagonu taki system daje znacznie większą elastyczność.

Rotacyjny model obecności ma kilka zalet. Po pierwsze pozwala szybciej reagować na zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa. Liczbę wojsk można relatywnie łatwo zwiększać lub zmniejszać bez konieczności formalnego zamykania baz czy wycofywania całych garnizonów. Po drugie ogranicza koszty polityczne i społeczne, jakie wiążą się z permanentnym stacjonowaniem dużych sił za granicą. Po trzecie umożliwia utrzymywanie większej liczby jednostek w gotowości do działań na różnych kierunkach jednocześnie.

Ten model dobrze odpowiada obecnej strategii USA wobec Europy. Amerykanie nie przygotowują się dziś do prowadzenia wieloletniej wojny lądowej na kontynencie na wzór zimnej wojny. Ich celem jest raczej stworzenie systemu szybkiego wzmocnienia NATO w razie kryzysu. Kluczową rolę odgrywają więc mobilność, logistyka i możliwość błyskawicznego przerzutu sił przez Atlantyk.

Właśnie dlatego tak duże znaczenie mają magazyny sprzętu, infrastruktura transportowa i wysunięte dowództwa. W razie zagrożenia do Europy mogą zostać przerzuceni żołnierze, którzy na miejscu odbiorą wcześniej przygotowane wyposażenie. To rozwiązanie tańsze i bardziej elastyczne niż utrzymywanie na stałe wielkich zgrupowań wojskowych.

Jednocześnie rotacyjny charakter tej obecności sprawia, że pozostaje ona bardziej podatna na polityczne zmiany w Waszyngtonie. Redukcja liczby wojsk rotacyjnych jest bowiem znacznie łatwiejsza niż likwidacja wielkich stałych baz. Nie wymaga wieloletnich procesów administracyjnych ani kosztownych operacji przenoszenia infrastruktury. W praktyce oznacza to, że skala amerykańskiej obecności w Polsce może stosunkowo szybko zmieniać się wraz z priorytetami kolejnych administracji USA.

I właśnie tu pojawia się zasadnicza różnica między politycznym wyobrażeniem o „amerykańskim parasolu” a rzeczywistą logiką działania Pentagonu. Dla państw Europy Środkowej obecność wojsk USA jest często postrzegana jako trwała gwarancja bezpieczeństwa. Dla samych Stanów Zjednoczonych pozostaje jednak przede wszystkim narzędziem realizacji bieżącej strategii.

Europa ważna, ale Chiny ważniejsze

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie sprawiła, że USA ponownie stały się głównym gwarantem bezpieczeństwa Europy. To amerykańskie wojska najszybciej wzmocniły wschodnią flankę NATO, amerykański przemysł dostarczył znaczną część uzbrojenia dla Ukrainy, a amerykańskie systemy rozpoznania, logistyki i dowodzenia stały się fundamentem wsparcia dla Kijowa. W wielu europejskich stolicach pojawiło się przekonanie, że era strategicznego zwrotu USA ku Azji została przynajmniej czasowo zatrzymana.

W Waszyngtonie sytuację postrzega się jednak inaczej. Dla kolejnych administracji – zarówno demokratycznych, jak i republikańskich – najważniejszym długoterminowym wyzwaniem pozostają Chiny. To rywalizacja na Indo-Pacyfiku wyznacza dziś główny kierunek planowania strategicznego Pentagonu, modernizacji sił zbrojnych i inwestycji wojskowych USA.

… o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI