Drapaty

Zmiana na stanowisku głównodowodzącego Sił Zbrojnych Ukrainy nie jest zwykłą roszadą personalną. Nie wynika też wyłącznie z sytuacji na froncie. Aby zrozumieć, dlaczego Wołodymyr Zełenski zdecydował się odwołać gen. Ołeksandra Syrskiego i powierzyć dowodzenie gen. Mychajłowi Drapatemu, trzeba cofnąć się o kilka dni – do wydarzeń, które rozegrały się nie na linii frontu, lecz na ulicach ukraińskich miast.

Chodzi o protesty, dla których bezpośrednim impulsem była dymisja ministra obrony Mychajła Fedorowa. Dla wielu Ukraińców odwołany przez prezydenta minister nie był kolejnym politykiem odpowiedzialnym za resort siłowy. To właśnie z jego nazwiskiem kojarzono większość najważniejszych reform ostatnich lat – cyfryzację armii, rozwój technologii wojskowych, wsparcie dla krajowego sektora dronowego oraz otwarcie resortu na współpracę z prywatnym przemysłem. Fedorow stał się symbolem nowoczesnego państwa prowadzącego nowoczesną wojnę. Jego odwołanie wielu Ukraińców odebrało jako sygnał, że proces reform może wyhamować.

—–

Choć zaczęło się od Fedorowa, demonstracje szybko sprowokowały znacznie szerszą debatę o sposobie prowadzenia wojny. Coraz częściej pojawiały się zarzuty pod adresem kierownictwa armii, a przede wszystkim gen. Ołeksandra Syrskiego. Krytykowano nadmierną centralizację dowodzenia, powolne wdrażanie zmian wynikających z doświadczeń frontowych oraz wysokie straty ponoszone przez ukraińskie oddziały. Już wcześniej wielu ukraińskich wojskowych i komentatorów zarzucało Syrskiemu przywiązanie do kultury dowodzenia wywodzącej się z sowieckiej doktryny, opartej na silnej centralizacji procesu decyzyjnego i ograniczonej samodzielności dowódców niższych szczebli. Tymczasem wojna z Rosją od dawna premiuje rozwiązania odwrotne – decentralizację, inicjatywę oraz błyskawiczne przenoszenie doświadczeń z pola walki do codziennej praktyki armii.

W tym kontekście nominacja Mychajła Drapatego wydaje się wyborem dość oczywistym. Czterdziestotrzyletni generał należy do pokolenia oficerów ukształtowanych już nie przez radzieckie wzorce dowodzenia, lecz przez trwającą od 2014 roku wojnę z Rosją. Walczył pod Mariupolem, dowodził na najtrudniejszych odcinkach frontu, a w armii wyrobił sobie opinię dowódcy, którego wysyła się tam, gdzie sytuacja wymaga szybkiego opanowania kryzysu. Równie ważna jest jednak jego reputacja. Drapaty od dawna uchodzi za zwolennika większej samodzielności dowódców niższych szczebli, szybkiego wdrażania doświadczeń z frontu i ograniczania nadmiernej centralizacji procesu decyzyjnego. Innymi słowy – reprezentuje model dowodzenia, którego od miesięcy domaga się znaczna część ukraińskiego środowiska wojskowego, a dziś także społeczeństwa.

—–

Co warte podkreślenia – protestujący Ukraińcy nie wyszli na ulice z hasłami nawołującymi do zakończenia wojny czy zawarcia pokoju za wszelką cenę. Domagali się lepiej prowadzonej wojny. To wiele mówi o kondycji ukraińskiego społeczeństwa po ponad czterech latach pełnoskalowej wojny. Jest ono zmęczone, coraz bardziej wymagające wobec własnych władz i armii, ale nie utraciło przekonania, że walka z Rosją musi być kontynuowana.

Taka postawa nie pozostawia władzom wielkiego pola manewru. Państwo prowadzące długotrwałą wojnę nie może pozwolić sobie na utratę zaufania ani własnych obywateli, ani własnej armii. W tym sensie nominacja gen. Mychajła Drapatego jest czymś znacznie więcej niż zmianą personalną. To odpowiedź na wyraźny sygnał płynący ze społeczeństwa i zarazem dowód, że Ukraina – mimo ogromnych kosztów wojny – nadal potrafi reagować na krytykę, korygować własne decyzje i szukać nowych sposobów prowadzenia walki.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mychajło Drapaty/fot. kancelaria prezydenta Ukrainy

Arytmetyka

Doniesienia o demolce rosyjskiego zaplecza, zastój na froncie, ofensywa dyplomatyczna Kijowa (zwłaszcza to granie w nieswojej mocarstwowej lidze) oraz postawa Europy w coraz większym stopniu finansującej ukraiński wysiłek obronny – wszystko to sprawia, że otacza nas medialny szum. Jest niczym kokon, tworzący ułudę zwyciężania, wywołujący wrażenie, że najgorsze już minęło, że rosja jest na kolanach, że wojna lada moment się skończy. Wystarczy wytrwać jeszcze kilka miesięcy i zadać moskalom kilka dodatkowych dotkliwych ciosów.

W tej optyce nie ma nic o ukraińskich kosztach – jakby była to zmienna nieistotna. Jakby kondycja ukraińskiego państwa i społeczeństwa pozostawała w trybie constans – nieczuła i odporna na rosyjskie uderzenia.

Tymczasem Ukraina się wykrwawia…

Armia ponosi bardzo wysokie straty, akcja rekrutacyjno-mobilizacyjna kuleje, gospodarka – mimo innowacji w sektorze zbrojeniowym – pozostaje nieefektywna, uzależniona od zachodniej kroplówki.

Kraj w takiej kondycji nie powinien angażować się w wojnę na wyniszczenie. Bo jakkolwiek przeciwnik też obrywa, to wciąż może więcej; tej asymetrii Ukraina nie zniesie tradycyjną wymianą ciosów. Zniwelowanie rosyjskich przewag musi mieć postać rewolucyjnych rozwiązań – takiego zorganizowania pola walki, by rosjanie ponosili nie większe straty (o to nietrudno), ale by były one drastycznie wyższe – kilku, a docelowo kilkunastokrotnie. W tej śmiertelnej multiplikacji kryje się klucz do zwycięstwa, rozumianego jako zmuszenie rosjan do zaprzestania wojny.

Jeśli Ukraina będzie zabijać i ranić 35-40 tys. rosjan miesięcznie, tracąc przy tym 15-20 tys. własnych żołnierzy, to daleko nie pociągnie. Nawet w sytuacji, w której struktura strat – odsetek bezpowrotnych i powrotnych – będzie korzystniejszy dla Kijowa (jak ma to miejsce obecnie i przez większość wojny). Po prostu Ukraina ma tych ludzi cztery razy mniej (a właściwie pięć, uwzględniając realny zasób, do którego mają dostęp władze w Kijowie).

Tę bezwzględną arytmetykę wojny dobrze rozumiał dotychczasowy minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow. Stąd jego pomysły na dronizację i robotyzację, czyli większą efektywność bojową. Nade wszystko jednak na reorganizację przemysłu i logistyki armii. Ucyfrowienie ich gdzie się tylko da. Po to, by wyeliminować „czynnik ludzki”, obciążony niekompetencją, nadmierną decyzyjnością lub jej brakiem, pokusą korupcyjną i innymi słabościami.

Ale Fedorow przestał być szefem MON – taką decyzję podjął prezydent Zełenski. Tym samym punkt ciężkości w „projektowaniu pola bitwy” znów przesuwa się na ludzi związanych z ukraińskim naczelnym dowództwem i jego szefem gen. Ołeksandrem Syrskim. A ten „walczy po rosyjsku” – co piszę świadom pewnego uproszczenia – wchodząc w buty wojny na wyniszczenie. Jego sukcesy w stabilizacji frontu zawsze oznaczają dla ZSU ogromne straty. W manewrach Syrskiego zwykle mało jest finezji, innowacji, operacyjnej i taktycznej zręczności. Dużo sowieckiej sztuki wojennej, z jej fiksacją na „mięsny szturm”. I przekonaniem, że brutalność – także wobec własnych żołnierzy – kiedyś w końcu złamie przeciwnika.

Znać w tym pewną logikę, ale czy zadziała ona wobec wroga, który jest równie bezkompromisowy, a ma większe zasoby? Obawiam się, że nie.

Więc smutkiem napawają mnie wieści płynące z Kijowa.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Postępy”

W styczniu 2015 roku odwiedziłem szpital w Sełydowie. Srogie to było doświadczenie, bo placówka wyznaczona do obsługi oddziałów na froncie nie miała dostępu do bieżącej wody. Podstawowe techniczne instrumentarium pamiętało późny ZSRR, a stół operacyjny pochodził z połowy lat 50. „Nie mamy sprzętu do intubacji”, skarżył się jeden z lekarzy. Zaraz potem planowałem jechać na pierwszą linię i przygnębiła mnie świadomość, że w razie kłopotów trafiłbym w to miejsce. Dawało ono szanse lżej rannym, o dawaniu nadziei w cięższych przypadkach nie było mowy.

Dyrektor szpitala przyjęła dziennikarzy w gabinecie. Wyjęła szampana, jakieś czekoladki. „Nieczęsto zdarzają mi się tacy goście”, tłumaczyła, zadowolona, że wreszcie może się komuś wyżalić. „A nuż ktoś przeczyta i pozwoli klinice stanąć na nogi…”. Nie wiem, czy moje i kolegów teksty przyniosły taki skutek. Wiem, że w ubiegłym roku – czyli już podczas „pełnoskalówki” – rosjanie uderzyli w szpital bombami i rakietami; musiał zatem dalej pełnić rolę lecznicy dla wojskowych.

Lecz nie o tym chcę Wam dziś napisać – wybaczcie dygresję, ale jej zwieńczenie pozwoli nam pójść dalej. Otóż w pewnym momencie pani dyrektor stwierdziła ze smutkiem: „Możesz nie interesować się polityką, ale prędzej czy później polityka zainteresuje się tobą”. Miała na myśli wojnę oraz fakt, że wielu doniecczan „przespało” pierwsze rosyjskie ingerencje (rzekome bunty miejscowych), a potem było już za późno. Powstały tzw. ludowe republiki, pojawiło się regularne ruskie wojsko; życie mieszkańców regionu zmieniło się nie do poznania. O czym podczas tego spotkania przypominało nam drżenie okiennych szyb, w oddali bowiem regularnie biła artyleria. „Polityka dopomina się o zainteresowanie…”, konkludowała szefowa placówki.

—–

Raz jeszcze to podkreślę – mowa o wydarzeniach sprzed ponad dziewięciu lat. Front przechodził wówczas przez poddonieckie Piski, od Sełydowa dzieliło „separatystów” 20 km. Dystans na dłuższy spacer, którego „watnicy” do spółki z rosjanami, a obecnie już przede wszystkim moskale, nie pokonali do dziś.

Czytam, że rosjanie są już pod Sełydowem, że miasto niebawem wpadnie w ich łapy. Wpadnie czy nie, ton tych doniesień jest taki, jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś nieprawdopodobnym rosyjskim blitzkriegiem. I kolejną nieuchronną zdobyczą, wpisującą się w całe pasmo błyskotliwych i niemal niezliczonych sukcesów putinowskiej armii. „Idą ruskie przez Donbas jak burza!”, można by wywieść taki wniosek – i wielu go wywodzi. Umyka wyczucie realnego tempa tego marszu – napisać, że mozolnego, to jakby nic nie napisać. Przepada świadomość, że za nazwami przejętych przez moskali miejscowości kryją się przysiółki, wioski, że od czasu do czasu jest to ledwie powiatowa mieścina, o istnieniu której przed wojną większość Ukraińców nie miała bladego pojęcia.

„Na miejscu sprawy nigdy nie wyglądają ani tak dobrze, ani tak źle, jak się o nich pisze i mówi”, usłyszałem kiedyś od znajomego oficera ZSU. Całe moje wojenno-dziennikarskie doświadczenie potwierdza zasadność tej obserwacji. Co podkreślam, bo duża część alarmistycznych doniesień na temat bieżącej sytuacji w Donbasie pochodzi od analityków, którzy wojny na oczy nie widzieli, ba, wielu nawet nie było w Ukrainie choćby z dala od frontu (a niektórzy wręcz nie znają rosyjskiego i ukraińskiego, o znajomości podstawowych kodów kulturowych już nie wspomnę). Tymczasem bez odpowiedniej wiedzy kontekstowej pewne rzeczy wydają się niezrozumiałe, nielogiczne czy wręcz pozostają niewidzialne. Niewiele wówczas trzeba, by wpaść w panikę i panikę szerzyć. W tym konkretnym przypadku wystarczy, że rosjanom udało się podnieść dynamikę działań bojowych. Że w ciągu miesiąca przesunęli się o kilka kilometrów, na co wcześniej potrzebowali roku. I łup! Mamy narrację, że idą jak burza.

To jak oceniać ich (rosjan) postępy? Najpierw należy zdać sobie sprawę, że ZSU prowadzi operację obronną w skali c a ł e g o kraju – jednego z największych w Europie.

Później dopuścić świadomość, że Ukraińcy nie realizują stalinowskiej strategii „ani kroku wstecz!” – że wrócili do idei obrony manewrowej. Że dopuszczają utratę terytoriów, jeśli tym sposobem można podjąć bardziej efektywną walkę, w której nie dość, że zadaje się przeciwnikowi poważne straty, to jeszcze dba o redukowanie własnych ubytków. Skądinąd to zabawne, jak wielu analityków z Polski pozostaje w tej kwestii niezdecydowanych. Gdy Ukraińcy prowadzili uporczywą obronę Bachmutu czy Awdijiwki, krytykowali ich za ten upór. Gdy ZSU porzucają nieperspektywiczne rubieże, szukają lepszych – czyniąc to w reżimie zorganizowanego odwrotu i pozostając w nieustannej walce – ci sami analitycy piszą o „trzeszczącym froncie”, wieszczą katastrofę, znajdują asumpt do krytykowania operacji kurskiej armii ukraińskiej (która w tym ujęciu ma być „trwonieniem cennych rezerw”). Są mądrzejsi niż naczelne dowództwo ZSU, wiedzą i słyszą więcej niż Ołeksander Syrski i jego podwładni. Po prawdzie to trochę żenujące.

No ale nie o polo-OSINT-cie jest ten tekst; wróćmy do Donbasu. Na kierunku pokrowskim (gdzie znajduje się Sełydowe) i toreckim Ukraińcy rzeczywiście ustępują rosjanom. Niewykluczone, że moskale zajmą i Pokrowsk (a wcześniej Sełydowe) i Toreck – i będzie to ich kolejny „sukces” ma miarę Bachmutu i Awdijiwki. Lokalnie pokomplikuje to sytuację ZSU (zwłaszcza utrata Pokrowska, który jest sporym węzłem logistycznym), ale w skali całej operacji obronnej byłby to niewiele znaczący incydent. Wszak nie o Pokrowsk czy Toreck tu chodzi – celem rosjan nacierających na obu kierunkach są bliźniacze miasta Kramatorsk i Słowiańsk, łącznie ćwierćmilionowa przed wojną metropolia. Zdobycie takiego „molocha” na obecnym etapie wydaje się poza możliwościami moskali. Ale pewnie będą próbować, a biorąc pod uwagę dotychczasowy przebieg walk, wytracą w tych działaniach nie mniej niż 150 tys. zabitych i rannych, a najpewniej dużo więcej. I co im to da? Ano kontrolę nad całością obwodu donieckiego. I co dalej? Ha! Po takich stratach, uwzględniwszy wcześniejsze i inne, które będą też ponosić, czy rosjanie pokuszą się o coś więcej? „Kołderka” sprzętowa coraz krótsza, ludzka – okazuje się w ostatnich dniach – również. No więc co dalej? A pewnie nic, poza próbą utrzymania wyszarpanych terytoriów. Niewielkich, biorąc pod uwagę obszarową rozległość Ukrainy.

—–

Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że należy machnąć ręką na realne i ewentualne (!) ukraińskie utraty na rzecz rosjan. Niemniej dla oceny efektywności działań armii rosyjskiej potrzebne jest szersze spojrzenie (w tym przypadku także dosłownie szersze – radzę zerknąć na mapę Ukrainy, by uzmysłowić sobie skalę bieżących „sukcesów”). To spojrzenie winno uwzględniać percepcję samych Ukraińców. A tu – zdaje się – mamy do czynienia z pewnym urealnieniem postaw i oczekiwań. Postulat powrotu do granic z 1991 roku oficjalnie nadal jest aktualny, takie społeczne oczekiwania da się wyczytać z sondaży. Ale widać też rosnącą gotowość do ustępstw pośród zwykłych ludzi, a z działań wojska i władz wyłania się pewien zamysł strategiczny. Po pierwsze, ochrony centrów przemysłowych – charkowskiego, dniepropietrowskiego i zaporoskiego. Po drugie, rekonkwisty południa Ukrainy i Krymu. Donbas schodzi na dalszy plan, wciąż będąc przy tym użyteczny. W jaki sposób?

„Musimy z nimi walczyć tu, bo inaczej znów przyjdą pod nasz dom”, to słowa mojego znajomego z Kijowa, nieżyjącego już żołnierza ZSU, który walczył – i poległ – w nielubianym przez siebie Donbasie. Donbasie, który dla wielu Ukraińców z zachodniej i środkowej części kraju jest „końcem świata”. „Czarną dupą”, co odwołuje się zarówno do kopalin, jak i perspektyw życiowych w regionie na długo przed wojną zdemolowanym ekonomicznie, ekologicznie i społecznie. A mimo to pozostającym przedmiotem zażartej obrony. Stojące za tym motywacje mają i takie oblicze, jak w zacytowanym zdaniu. „Wybraliśmy najbardziej zapuszczoną chałupę na skraju osiedla i tam łomoczemy się z łobuzami z drugiej dzielnicy”, tak można by to ująć w realiach „podwórkowych”. Pozostając na gruncie tej analogii – nie ma większego znaczenia, że tamci zajęli kolejny pokój jednego z mieszkań (nawet jeśli przy windzie). Ważne, by z tego bloku już nie wyleźli gotowi przeskoczyć do następnego budynku.

PS. A jutro wracamy do obwodu kurskiego – „odwiedzin” na osiedlu tamtych łobuzów.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelniczce Małgoni, Tomaszowi Szewcowi i Bernardowi Afeltowiczowi.

Nz. Przebitka ze szpitala w Sełydowie. Mężczyzna ze zdjęcia to cywil ranny w ostrzale Gradów/fot. własne, styczeń 2015 roku

Kontrola

Słusznie przekonani, że istotą polityki informacyjnej Moskwy jest dezinformacja, czasem zapominamy, że Ukraińcy również sięgają po wszelkiej maści wrzutki i fakenewsy. Skutkuje to nadmiernie asymetrycznym postrzeganiem wojennej rzeczywistości, zgodnie z którym ruscy tylko kłamią, a ich przeciwnicy zawsze podają prawdę. Wprowadzanie w błąd wroga, jego wojska i cywilnego zaplecza – czy to bezpośrednio (na przykład pozorowanymi atakami) czy pośrednio (poprzez fałszywe przekazy propagandowe) – to absolutne abecadło wojennego rzemiosła. Warto o tym pamiętać także gdy przyglądamy się i przysłuchujemy Ukraińcom.

Dlaczego o tym piszę? Ano wczoraj – po raz pierwszy od momentu wejścia ZSU do obwodu kurskiego – na temat operacji wypowiedzieli się ukraińscy oficjele. Pośród nich gen. Ołeksander Syrski – naczelny dowódca armii – który stwierdził, że pod kontrolą jego podwładnych znajduje się obecnie (w poniedziałkowy wieczór) 1000 kilometrów kwadratowych terytorium rosji. Wielu obserwatorów konfliktu przyjęło to zapewnienie za dobrą monetę, bezrefleksyjnie kolportując coś, co ma wszelkie znamiona dezinformacji.

—–

Zacznijmy od kwestii wielkości obszaru, na którym toczy się operacja kurska. Trudno tu o precyzyjne wskazania, wszak Ukraińcy zręcznie wyizolowali pole walki. Na miejscu nie ma korespondentów, żołnierze zachowują wysoką dyscyplinę i nie publikują własnych zdjęć i filmów o wartości geolokalizacyjnej. To, co z ukraińskiej strony przebija się na zewnątrz, to wyselekcjonowany materiał, zwykle wypuszczany mocno post factum, z intencją budowania przekonania o wysokiej dynamice działań (ich rozległości i szybkości). Co w założeniu ma wywołać pozytywny efekt u „swoich” (podbudować morale) i negatywny u rosjan (zmylić ich, przestraszyć, skłonić do pochopnych działań).

Druga strona nie ułatwia sprawy. O ile w pierwszych dniach operacji mieliśmy do czynienia z nadmiarem relacji (w wydaniu z-blogerów, żołnierzy i cywilów), o tyle teraz w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej następuje uporządkowanie. Idzie za tym dyskrecja oraz dezinformacja – moskale już nie publikują zdjęć i filmów kolumn zmierzających z odsieczą, chętnie za to mówią o walkach w miejscach, gdzie z dużym prawdopodobieństwem nie ma ani jednego ruskiego sołdata.

Jak się w tym wszystkim połapać?

Wybaczcie metodyczną dygresję, ale chyba warto w nią pójść. Otóż co do zasady, front na wschodzie od początku pełnoskalowych zmagań nie jest miejscem transparentnym informacyjnie – pozorne bogactwo filmików tego nie zmienia (wszak w większości to wyselekcjonowany materiał). Obie strony nie są „media-friendly”, choć obie korzystają z usług propagandystów obecnych na pierwszej linii. Zewnętrzni obserwatorzy mają pod górkę, ale nie są bezradni (kwestie warsztatowe, związane z kulisami pracy analityka, to temat na odrębny tekst – obiecuję, kiedyś się go podejmę). Z pomocą przychodzą na przykład ogólnodostępne narzędzia, jak wspomniany już nie raz przeze mnie FIRMS – globalny systemu nadzoru satelitarnego rejestrujący pożary na Ziemi. Wiemy już – za sprawą wielokrotnych analiz krzyżowych – że za jego pośrednictwem można w przybliżeniu wyznaczyć linie frontu/styku wojsk/punkty zwarcia – w takich miejscach bowiem zawsze pojawia się duże skupisko pożarów.

Co nam mówi FIRMS o sytuacji w obwodzie kurskim? Do tekstu załączam odczyt z dzisiejszego popołudnia. Te niebieskie linie to już moja osobista ingerencja, poczyniona po to, by wyznaczyć obszar kontroli. Jakby się nie starać, nie da się tam upchnąć tysiąca kilometrów kwadratowych.

—–

Idźmy dalej – dotychczasowe wojenno-reporterskie doświadczenie każe mi z dystansem podchodzić do zapewnień o kontrolowaniu jakiegoś obszaru. Nieufność zaszczepiono mi w czasie wojny w Afganistanie, kiedy wielokrotnie słyszałem o „kontrolowaniu polskiej prowincji”. Mniejsza o polityków – pamiętam rozmowę z ówczesnym dowódcą bazy Giro, którą odbyłem 3 września 2009 roku. Ów sympatyczny skądinąd i ceniony przez podwładnych major przedstawił mi swoją wizję tak zwanych kręgów bezpieczeństwa. O ile dobrze pamiętam, pierwszy krąg miały stanowić mury bazy, drugi rozciągał się w promieniu kilometra od obozowiska, trzeci sięgał do trzech kilometrów itd. Oficer zapewniał mnie – a kilka godzin wcześniej wizytującego Giro szefa MON-u – że w promieniu trzech kilometrów sytuacja jest pod kontrolą. I że czas zabrać się za kolejne kręgi.

Dzień później pojechałem z konwojem logistycznym do Ghazni. W drodze powrotnej, nieco ponad dwa kilometry od Giro, jadący na czole Rosomak wjechał na IED (minę-pułapkę). Jeden żołnierz zginął, pięciu zostało rannych. Kilka tygodni wcześniej do podobnego zdarzenia doszło przy bazie Warrior – ranny wówczas w głowę wojskowy zmarł wiele tygodni później w Polsce. W czerwcu 2010 roku – dwanaście kilometrów od murów Ghazni, w zasięgu urządzeń obserwacyjnych kontrolujących teren wokół bazy – na najbardziej uczęszczanej drodze Afganistanu rebelianci zainstalowali potężny IED. Rosomak, który w niego wjechał, został doszczętnie zniszczony, zginął żołnierz, kolejnych kilku odniosło rany. Cztery miesiące później – w połowie listopada 2010 roku – znów o przysłowiowy rzut kamieniem od bazy Ghazni talibowie zaatakowali kolumnę polskich pojazdów. Użyli granatników RPG, strzelając z dachu przydrożnego budynku. Jeden z pocisków wpadł do Rosomaka, raniąc trzech ludzi, w tym jednego ciężko – chłopak mało nie stracił ręki.

To tylko kilka incydentów, celowo dobranych spośród wielu innych. Podczas letnich zmian polskich kontyngentów w Afganistanie nie było dnia bez kontaktu z nieprzyjacielem, ale te historie najlepiej obrazują fakt, że mówienie o kontrolowaniu prowincji było składaniem deklaracji na wyrost. Bo Polacy prowincji Ghazni nigdy nie kontrolowali. Nie wynikało to z ich nieudolności. Po prostu, liczący w okresie największego zaangażowania dwa i pół tysiąca ludzi kontyngent, nawet doliczając kolejny tysiąc Amerykanów – nie był w stanie upilnować obszaru o powierzchni 23 tysięcy kilometrów kwadratowych. Zwłaszcza, że część tego terenu to wysokie góry.

– Możemy wjechać do dowolnej wioski i włos nam z głowy nie spadnie. W tym sensie kontrolujemy prowincję – wyjaśniał mi swego czasu pewien oficer. Przy czym, mówiąc o wjeździe, miał na myśli całą uzbrojoną po zęby kolumnę, wspartą dodatkowo z powietrza. A po chwili dodał: – Ale kto się w niej pojawi i co się będzie działo, jak już wyjedziemy, to zupełnie inna bajka.

Obszar ukraińskiej operacji jest znacząco mniejszy, ale i ludzi zaangażowanych w nią (bezpośrednio na rosyjskim terytorium) nie ma tylu, by upilnowali przysłowiowy „każdy kamień”. Efekt kontroli uzyskuje się nie tyle po wyparciu przeciwnika, co po długotrwałej obecności na danym terenie, po uprzednim spacyfikowaniu lub przekonaniu do siebie/nakłonieniu do współpracy miejscowej ludności. Im dalej od linii walk, tym łatwiej ten proces przeprowadzić – bo wówczas okupacyjne wojsko może zadania w tym zakresie delegować na inne służby i cywilną administracji. A i tak nikt nie zagwarantuje – tak długo, jak toczy się wojna – że wróg nie wyśle na utracone obszary grup dywersyjnych, które dadzą w kość okupantom.

Dlatego rozumiejąc logikę, jaką kieruje się gen. Syrski, mimo wszystko nie fetyszyzowałbym tej „kontroli”. Nie o nią w gruncie rzeczy w całej tej – bardzo udanej jak na razie – akcji chodzi.

A co chodzi, to już pisałem, a jutro podrzucę aktualizację.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

„Hybrydowy”

Właśnie mija pół roku, odkąd gen. Ołeksandr Syrski pełni funkcję naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU). To wystarczająco dużo czasu, by pokusić się o pierwsze podsumowania oraz zastanowić nad przyszłością generała i kondycją dowodzonej przez niego armii.

Syrski zastąpił na stanowisku uwielbianego przez Ukraińców gen. Walerija Załużnego, który wszedł w konflikt z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i najprawdopodobniej z tego powodu musiał podać się do dymisji. Jej okoliczności, osobowość i zasługi Załużnego sprawiły, że Syrski już na wejście „miał pod górkę”. Sugerowano, że nie dorasta do poprzednika, z którym utożsamiano błyskotliwą operację obronną i rekonkwisty z 2022 roku.

Ponadto nowego dowódcę obciążało rosyjskie pochodzenie (rodzice i brat nadal żyją w rosji), edukacja i służba w armii sowieckiej oraz – nade wszystko – wywiedzione stamtąd nawyki. „Syrski to agresywny dowódca, dla którego liczy się cel, bez względu na koszty – dlatego nie jest lubiany przez żołnierzy”, konkludowało wielu obserwatorów konfliktu. Przykładem tej bezceremonialności miały być uporczywe, i w ocenie większości analityków nieefektywne, obrony Sołedaru i Bachmutu. „Ten człowiek wykrwawi ZSU…”, zapowiadali skrajni pesymiści.

Armię, która na początku lutego 2024 roku była w kiepskiej sytuacji. Zdziesiątkowana (mniejsza o 25 proc. w porównaniu ze stanem z wiosny 2022 roku), zmęczona (większość żołnierzy służyła rok lub dłużej), borykająca się z bardzo poważnym kryzysem amunicyjnym oraz z piętnem nieudanej kontrofensywy na Zaporożu, która – biorąc pod uwagę społeczne oczekiwania – miała wręcz rozstrzygnąć losy wojny. Poddana nieustannej rosyjskiej presji, głównie w Donbasie, co zimą 2024 roku przybrało postać wielkiej bitwy o maleńką Awdijiwkę. To tam Syrski miał wykazać swą „sowiecką bezkompromisowość”, żądając od podwładnych obrony do upadłego.

Tymczasem generał zaskoczył adwersarzy i rozkazał wycofanie ZSU z nieperspektywicznej rubieży. I później wielokrotnie udowodnił, że jest dowódcą, który nie realizuje stalinowskiej strategii „ani kroku wstecz!” – że woli obronę manewrową, dopuszcza utratę terytoriów, jeśli tym sposobem można podjąć bardziej efektywną walkę, w której nie dość, że zadaje się przeciwnikowi poważne straty, to jeszcze dba o redukowanie własnych ubytków. Te zaś znów – przez niemal pół roku podobne do rosyjskich – stały się znacząco niższe, co należy uznać za zasługę głównodowodzącego (wszak pamiętajmy, że intensywność działań zbrojnych wzrosła, w związku z czym w liczbach bezwzględnych obie strony ponoszą obecnie straty wyższe niż w pierwszym i drugim roku wojny).

Prezydent Zełenski oczekiwał od gen. Syrskiego stabilizacji frontu – i zadanie to zostało zrealizowane. Korekty przebiegu linii mają rzecz jasna miejsce – są efektem punktowej rosyjskiej presji i wspomnianej obrony manewrowej Ukraińców – lecz ogólna sytuacja daleka jest od załamania. rosjanie nie mają szansy na wykonanie poważnego wyłomu i wyjścia na ukraińskie tyły. Ba, ich siły się wyczerpują i w najbliższych tygodniach można spodziewać się spadku potencjału bojowego poniżej progu niezbędnego dla przeprowadzania nawet ograniczonych działań ofensywnych.

W maju rosjanie podjęli próbę otwarcia nowego frontu na północ od Charkowa – zamiar ten został przez Ukraińców pokrzyżowany. Co istotne, odbyło się to bez (zapewne oczekiwanej przez agresorów) rotacji jednostek ZSU walczących w Donbasie i na Zaporożu. Syrski poradził sobie z nowym zagrożeniem bez konieczności osłabiania innych odcinków frontu. Stało się tak również za sprawą twardej postawy generała, który – w przeciwieństwie do poprzednika – nie obawiał się „ruszyć świętych krów”, brygad „trwale odwodowych”. Syrski wychodzi z założenia, że obciążenia związane z walką należy rozkładać w armii na tyle równomiernie, na ile się da. Inna sprawa, że na niższych szczeblach często rozumieją to opacznie, wysyłając do okopów „droniarzy”, logistyków, wszelkiej maści specjalistów – ale owo marnowanie potencjału to temat na odrębny tekst.

Stabilizacja, o której piszę, jest też efektem wielu innych czynników. Syrskiemu pomógł powrót do gry Stanów Zjednoczonych i „przebudzenie” Europy, co przełożyło się na potężne wsparcie materiałowe dla ZSU. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście przyjęta w maju ustawa mobilizacyjna, dzięki której do koszar znów napływa przyzwoity strumień rekrutów. Z drugiej strony, wyczerpują się zapasy sprzętowe rosjan, a ich przemysł zbrojeniowy okazuje się kolosem na glinianych nogach, niezdolnym do wsparcia armii w prowadzeniu wojny o wysokiej intensywności.

Złośliwiec mógłby rzec, że w takich okolicznościach wystarczy nie przeszkadzać, ale ja nie zamierzam redukować roli Syrskiego do „nieprzeszkadzania”. Zgadzam się jednak z opinią, że generał nie przeszedł jeszcze najważniejszego testu. Potwierdził, że dobrze „czyta” rosjan, stojąc na czele operacji obronnej – nie tylko przez ostatnie pół roku, w skali kraju, ale i wcześniej, podczas walk o Kijów w 2022 roku. Udowodnił, że coś, co go rzekomo obciąża – „sowiecki sposób myślenia” – może być przydatny, zwłaszcza przy jednoczesnym zastosowaniu zachodnich wzorców działania i techniki. Teraz czekam na moment, w którym owa hybrydowość objawi się w operacji zaczepnej, prowadzonej z pozycji głównodowodzącego.

Tylko czy generał doczeka? I nie chodzi mi o możliwości ZSU (nadal zbyt ograniczone), a raczej o zagrożenia natury politycznej. W Ukrainie coraz częściej mówi się o braku chemii między Syrskim a Zełenskim…

Ps. Napisałem ten tekst – dla portalu „Polska Zbrojna” – 5 sierpnia, dwie doby później Ukraińcy rozpoczęli operację kurską. Zdaje się więc, że jednak mamy ów test – i że jak na razie Syrski przechodzi go bardzo pozytywnie.

Nz. Gen. Syrski (po prawej)/fot. SzG ZSU

A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze moich książek „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.