Pech

Dotkliwa strata Amerykanów – jednego poranka spadły im trzy myśliwce F-15.

Maszyny rozbiły się na terytorium Kuwejtu. Nie był to efekt działania wrogiej obrony przeciwlotniczej – do zdarzeń doszło z dala od irańskich systemów uzbrojenia. Oficjalne źródła potwierdziły, że przyczyną był incydent typu „friendly fire”, czyli omyłkowy ostrzał w warunkach bojowych.

Ponoć Amerykanów trafiły kuwejckie Patrioty.

Co nam to mówi o sytuacji? Ano sporo o skali napięcia, tempie operacji i ogromnym zagęszczeniu w przestrzeni powietrznej. Nad rejonem działań operuje jednocześnie lotnictwo kilku państw, do tego dochodzą systemy obrony przeciwlotniczej, tankowce, samoloty wczesnego ostrzegania, drony. W tak nasyconym środowisku, przy wysokiej dynamice zdarzeń, rośnie ryzyko błędu identyfikacji. Historia pokazuje, że im większe tempo i bardziej złożona operacja, tym większe prawdopodobieństwo tragicznych pomyłek – nawet przy technologicznej przewadze jednej ze stron.

Najbardziej znaną analogią pozostaje operacja „Pustynna Burza” z 1991 roku. W trakcie tej kampanii koalicja utraciła łącznie 75 statków powietrznych (samolotów i śmigłowców), z czego około 38–39 w wyniku działań bojowych. Co najmniej 7–9 z tych strat było efektem ognia własnego. Oznacza to, że mniej więcej jedna piąta strat bojowych wynikała z „friendly fire”. Zwłaszcza w pierwszych dniach operacji dochodziło do napięć między systemami obrony powietrznej a lotnictwem uderzeniowym.

Dziś rano wszystkie załogi przeżyły. To efekt kilku czynników. Po pierwsze – solidnej konstrukcji F-15 i sprawdzonych procedur awaryjnych; maszyna wyposażona jest w bardzo skuteczne fotele katapultowe, pozwalające na ewakuację w szerokim zakresie parametrów lotu. Po drugie – „efy” posiadają zaawansowane systemy ostrzegania przed opromieniowaniem radarowym i nadlatującym pociskiem, które dają pilotowi bezcenne sekundy na decyzję. Po trzecie – w tym przypadku nie było to tak istotne, bo załogi spadały na sojusznicze terytorium, ale co do zasady, amerykańskie siły zbrojne mają znakomicie przetrenowane akcje ratownicze (Combat Search and Rescue); to standard nieosiągalny w innych armiach.

Kontrast widać na tle wojny rosyjsko-ukraińskiej. Gdy ukraińska obrona przeciwlotnicza, w tym systemy MIM-104 Patriot, zaczęła skutecznie razić rosyjskie samoloty, piloci często nie mieli czasu na bezpieczną ewakuację – zwłaszcza gdy maszyny były trafiane na małej wysokości lub w trakcie manewru bojowego. Różnice w taktyce, parametrach lotu, jakości systemów ostrzegania oraz w sprawności ratownictwa bojowego bezpośrednio przekładają się na przeżywalność załóg; w rosyjskim lotnictwie jest ona względnie niska.

Wracając zaś do sedna – tym razem obyło się bez ofiar wśród pilotów, ale sam fakt utraty trzech maszyn – i to nie od ognia przeciwnika – będzie miał znaczenie nie tylko operacyjne, ale i wizerunkowe. Trump pewnie machnie ręką, ale dla jego PR-owców to poważne wyzwanie.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. F-15/fot. USAF

Łobuzy

Nie ma we mnie entuzjazmu dla wojny. Trzy z nich widziałem na własne oczy – wiem, „z czym to się je” i jakie są skutki. Te dla ludności cywilnej są dla mnie najważniejsze – najtrudniejsze do zaakceptowania. I nie ma znaczenia, czy chodzi o Kabul, Kijów, czy Teheran – mechanika cierpienia jest wszędzie taka sama.

A jednak – patrząc na sprawę chłodno – amerykańsko-izraelska interwencja w Iranie mnie nie oburza. Nie przyłączę się do grona wykrzykującego argument natury prawno-moralnej – że to atak na suwerenne państwo. Raz, że szafują nim pro-ruSSkie trolle, dwa, nie podzielam niestosowności podnoszonej także przez część uczciwych ludzi. Iran bowiem nie jest normalnym państwem (tak jak nie jest nim rosja czy Korea Północna). To łobuz, który od lat buduje architekturę destabilizacji regionu, finansuje i uzbraja terrorystów, dostarcza drony i rakiety rosyjskim zbrodniarzom. Od  dawna balansuje na krawędzi zdolności nuklearnych, nie kryjąc przy tym, że chciałby atomowej hekatomby dla milionów Żydów. To teokratyczny reżim, który od dekad tłumi własne społeczeństwo. Krwawe pacyfikacje, masowe aresztowania, egzekucje – to nie są incydenty, lecz system, fundament tamtejszej władzy.

A to ta władza, i jej militarne przybudówki, są celem amerykańsko-izraelskiej interwencji.

Można oczywiście powiedzieć: dyplomacja, sankcje, rozmowy. Tyle że te instrumenty były stosowane przez lata. Efekt? Iran nauczył się żyć pod sankcjami.

Spójrzmy na to z naszej, środkowo-europejskiej perspektywy. Iran nie jest „odległą egzotyką”. Irańskie drony uderzały w ukraińskie miasta. Irańska technologia wspiera rosyjską machinę wojenną. Irańska współpraca z Moskwą to nie dyplomatyczna uprzejmość, lecz realny wkład w przedłużanie wojny za naszą wschodnią granicą. Jeśli więc ktoś dziś osłabia irański potencjał militarny, to w pewnym sensie osłabia także zaplecze rosji.

No i jest jeszcze jeden wymiar tej układanki: pryskający mit rosyjskiej tarczy.

Od lat słyszeliśmy o cudownych systemach obrony powietrznej – o S-300, S-400, o „bańkach antydostępowych”, które miały zamykać niebo nad sojusznikami Kremla. Iran był jednym z odbiorców rosyjskich systemów OPL. Jeśli jednak amerykańskie i izraelskie lotnictwo jest w stanie z łatwością penetrować tę przestrzeń, niszczyć wskazane cele, przełamywać obronę – to nie jest to tylko taktyczny sukces. To sygnał strategiczny.

Sygnał dla państw, które rozważają zakupy rosyjskiego uzbrojenia.

Sygnał dla sojuszników Moskwy, że rosyjski parasol może być dziurawy.

Sygnał dla samego Kremla, że jego projekcja siły ma bardzo wyraźne granice. Bezradność Moskwy wobec uderzeń w Iran mówi więcej niż setki przemówień. rosja nie jest w stanie realnie osłonić swojego partnera. Nie wysyła wojska, ba, nawet nie grozi eskalacją, bo wie, że nikt nie potraktuje tego poważnie, tym samym obnażając swój status upadłego imperium.

Dla mnie TO są kluczowe kwestie. Wyłuszczę je jeszcze raz, dla wzmocnienia przesłania.

Po pierwsze, każdy cios w zdolności wojskowe Iranu to potencjalnie mniej dronów, mniej technologii, mniej wsparcia dla rosji. Po drugie, jeśli Kreml nie potrafi realnie ochronić swojego partnera, to jego pozycja słabnie – nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i globalnie.

Na koniec warto wyartykułować jeszcze jedną kwestię. Ten atak to sygnał, że świat zachodni wciąż jest zdolny do projekcji siły. W epoce, w której autokracje testują granice, demonstracja determinacji ma znaczenie.

Niestety, w każdej wojnie – nawet jeśli nie prowadzi się jej na rympał, jak rosjanie w Ukrainie – giną niewinni ludzie. Z tego powodu i ten konflikt jest moralnie skażony. Ale polityka bezpieczeństwa rzadko operuje kategoriami czystości, często sprowadza się do wyboru między złym a gorszym.

A ja wolę świat, w którym to my możemy przywalić łobuzom, a nie łobuzy nam.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Wrażenie

W nocy z czwartku na piątek rosjanie przeprowadzili kolejny rozległy nalot na terytorium Ukrainy, w którym użyto kilkuset środków bojowych – dronów, pocisków i rakiet. Ataki objęły miasta i krytyczne elementy infrastruktury.

Na celowniku znalazł się przede wszystkim Kijów – zginęły tam cztery osoby, a co najmniej 24 zostały ranne. Wśród poszkodowanych jest również kilku ratowników, którzy przybyli na miejsca pożarów – rosjanie zaatakowali ich z premedytacją; taki mają pomysł na zastraszanie służb ratunkowych, zniechęcanie ich do niesienia pomocy.

Ale dzisiejszej nocy uderzono również we Lwów i okolice. Między Lwowem a miejscowością Stryj spadł pocisk hipersoniczny Oresznik. Rakieta ta charakteryzuje się ogromną prędkością (powyżej 10 Machów – ponad 13 000 km/h) i teoretycznie może przenosić zarówno konwencjonalne, jak i jądrowe ładunki wybuchowe. Jest wielogłowicowa – w tym przypadku mówimy o sześciu głowicach, które „rozdzieliły się” w ostatniej fazie lotu.

rosjanie już raz się Oresznikiem („dziadkiem do orzechów) posłużyli – w 2024 roku, atakując Dnipro.

„Dziś, w odpowiedzi na terrorystyczny atak reżimu kijowskiego na rezydencję prezydenta federacji rosyjskiej w obwodzie nowogrodzkim, siły zbrojne przeprowadziły zmasowane uderzenie z użyciem precyzyjnej broni dalekiego zasięgu bazowania lądowego i morskiego, w tym mobilnego naziemnego systemu rakietowego średniego zasięgu Oresznik”, głosi komunikat rosyjskiego MON. Wieńczy go stwierdzenie, że wszystkie zamierzenia operacji zostały zrealizowane.

W sukurs tej informacji idą doniesienia kolportowane przez (pro)rosyjskich propagandystów, wedle których magazyn gazu w Stryju – obok innych obiektów energetycznych – również poszedł z dymem. Innymi słowy, jest sukces – gaz wszak to paliwo używane w energetyce, a Moskwie chodzi o to, by ukraińską energetykę zabić. Zimą, by zabić też ducha oporu zamarzających Ukraińców. Skądinąd wspomniani propagandyści w ogóle się nie krygują i mówią o tych zamiarach wprost, uważając, że to zupełnie normalny sposób prowadzenia wojny – odbieranie cywilom wody, ciepła, prądu. Ot, kolejny przykład moralnej i umysłowej degeneracji skarpetkosceptyków…

Do rzeczy. Oresznik to groźna broń. Lecącego pocisku w zasadzie nie da się zestrzelić (odpowiednią technologię posiadają jedynie Stany Zjednoczone i Izrael), uzbrojony w głowice bojowe może dokonać dużych, a w przypadku „atomówek” ogromnych zniszczeń. Ale tak jak w Dnipro, tak i pod Lwowem, rosjanie użyli głowic ćwiczebnych. Łódek wypełnionych betonem. W miejscu, w którym coś takiego lutnie, powstanie spory dół. Biada zabudowie, która znajdzie się na drodze – energia kinetyczna takiego zdarzenia wystarczy, by uszkodzić pokaźnej wielkości budynek. Aż tyle i tylko tyle. Nie ma eksplozji, nie ma większych zniszczeń.

Co więcej, Oresznika zaprojektowano m.in. do niszczenia ukrytych pod ziemią stanowisk dowodzenia. Głowica bojowa ma zdolność penetracji na głębokość mniej więcej 100 metrów. Zbiorniki magazynu w Stryju znajdują się 400 metrów pod powierzchnią, więc nawet przy zastosowaniu całego spektrum możliwości Oresznika, nic by to nie dało, o czym rosyjskie dowództwo z pewnością wie.

We Lwowie i okolicy nikt nie zginął, system FIRMS nie odnotował żadnego pożaru.

Propagandyści więc kłamią, choć rosyjski MON już niekoniecznie. Oresznika bowiem nie użyto do osiągnięcia jakiegoś konkretnego efektu niszczącego, lecz do wytworzenia skutku politycznego i psychologicznego. Lądujące nieopodal Lwowa głowice to próba zastraszenia Ukrainy i Zachodu samym faktem użycia broni kojarzonej z poziomem strategicznym. Moskwa chciała pokazać, że ma jeszcze „rezerwy strachu” do uruchomienia.

Czy osiągnęła efekt? Po części tak, bo o Oreszniku piszą dziś wszystkie liczące się zachodnie media. Pytanie, czy damy rosjanom więcej i pozwolimy się zastraszyć? Oreszników jest jak na lekarstwo, są dalece niedoskonałe – biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia, częściej toto wybuchało przy starcie, niż dolatywało do celu. A ich najgroźniejsza natura objawić się może wyłącznie w konflikcie, w którym nie byłoby granic eskalacji, którego nikt nie zacznie, bo nikt go nie wygra. Spójrzmy więc na sprawy tak, jak one wyglądają: rosja strzela coraz drożej i coraz głośniej, ale coraz częściej po to, by zrobić wrażenie. Nie dajmy się temu wrażeniu zwieść. Ukraińcy się nie dają i dzisiejsze użycie „dziadka do orzechów” zwyczajnie po nich spływa…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. odczyt z FIRMS-a, z ostatniej doby. Stryj w „kółeczku” (Lwów powyżej). Jak widać, satelity nie zarejestrowały żadnych ognisk pożarów…

Wina

„Bachmut by ocalał, gdyby nie był tak zażarcie i bezsensownie broniony. Każdy zniszczony budynek w tym mieście to także zasługa armii ukraińskiej”, komentarz tej treści ukazał się pod moim wpisem, gdzie relacjonowałem wyprawę do miasta, o które wówczas – w styczniu 2023 roku – toczyły się zacięte walki. Materiał ilustrowały zdjęcia zrujnowanych przedmieść Bachmutu (centrum pozostawało wtedy w miarę nietknięte) – i to one przede wszystkim sprowokowały ów wysryw.

Nie był to pojedynczy eksces – z podobnymi opiniami podważającymi sens ukraińskiego oporu oraz znoszącymi odpowiedzialność rosjan za wyrządzone szkody, zetknąłem się wcześniej, później, stykam się i obecnie, przy różnych sytuacjach. Generalnie tego typu „refleksja” jest stale obecna w naszych mediach społecznościowych, inspirowana przez rosjan i roznoszona przez rzesze użytecznych idiotów.

Dziś – zapewne nie tylko ja – zderzyłem się z kolejną jej odmianą.

Okazuje się, że dom w Wyrykach – uszkodzony podczas „wizyty” rosyjskich dronów sprzed tygodnia – ucierpiał nie z powodu upadku bezzałogowca, a rakiety wystrzelonej przez nasz samolot. Pocisk miał awarię, szczęśliwie zadziałały zabezpieczenia i nie doszło do eksplozji; szkody wyrządziła sama „kinetyka” zdarzenia. To nadal nieoficjalne ustalenia, ale gra nimi już „cała Polska”. Grają też ruSSkie i ich mniej lub bardziej świadome przydupasy. To wina naszego lotnictwa (wojska, państwa, Tuska; opcji jest wiele, istotą jest wskazanie, że samiśmy sobie zrobili krzywdę). Do tego obowiązkowe heheszki z kompetencji i wniosek ogólny pod tytułem: gdybyśmy się nie angażowali w pomoc Ukrainie, nic by tu nie przyleciało – vide chałupa w Wyrykach by nie ucierpiała.

Zaśmiałbym się, gdyby nie fakt, że ta odwrócona logika ma tak wielu zwolenników…

Znów dzieje się historia, jak z Przewodowem, gdzie w 2022 roku zginęły dwie osoby, po upadku ukraińskiej rakiety przeciwlotniczej, wcześniej wystrzelonej w kierunku rosyjskiego pocisku manewrującego. Co poniektórzy orzekli wówczas, że winna jest Ukraina. Bo przecież gdyby Ukraińcy nie strzelali do rosyjskich rakiet, nic by do nas nie przyleciało.

W głowie się nie mieści, że takie rzeczy trzeba tłumaczyć i rozpisywać na kawałki.

Więc po kolei. Awarie amunicji przeciwlotniczej się zdarzają (każdej amunicji). Po to wymyśla się samolikwidatory i inne techniczne rozwiązania, które mają ograniczyć szkody. Nie zmienia to faktu, że sam upadek takiego pocisku bywa niebezpieczny, ba, może zabić. W każdym rosyjskim nalocie część zniszczeń, pożarów i ofiar to „efekt” działalności ukraińskiej obrony przeciwlotniczej – i ten przykład (po uprzedniej wymianie podmiotów) możemy rozszerzyć na wszystkie konflikty zbrojne, w których używano i używa się środków napadu powietrznego. Na ziemię – obok intencjonalnie zrzucanych przez napastnika ładunków – spadają też wraki, wystrzelona amunicja, niedoloty. Jeśli bitwa toczy się nad obszarem zurbanizowanym, śmieci trafiają w domy. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, niestety.

Kto jest temu winien? No właśnie…

Wspomniany na wstępie Bachmut nie musiałby się bronić, gdyby rosjanie go nie atakowali. Ukraińcy nie wysłaliby w powietrze żadnej rakiet S-300, gdyby nie musieli strącać rosyjskich pocisków. Nasz F-16 nie oddałby strzału, gdyby w naszej przestrzeni powietrznej nie było intruzów. Są, bo jest rosja – postimperialny twór państwowopodobny, który sens swojego istnienia sprowadza do agresywnych poczynań wobec własnych sąsiadów. To rosja jest winna, w całości, bez wyjątku, w każdym ze wskazanych tu przykładów i we wszystkich innych dramatach będących skutkiem rosyjskiej agresji. Koniec, k…, kropka. Kto tego nie rozumie jest albo idiotą, albo zdrajcą.

Ps. Stawiam sprawy bezalternatywnie? A jak je postawić, skoro niebronienie się, uleganie, niepomaganie sąsiadom, którzy się bronią, to pozwolenie, by ruSSkomirski raj się do nas przybliżył czy wręcz objął nas swoimi mackami?

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Bachmut, dom na przedmieściach. Zrobiłem to zdjęcie w styczniu 2023 roku.

(Nie)winna

Na szybciutko.

Wtargnięcie rosyjskich dronów mogło być efektem:

a. świadomej akcji Moskwy, mającej na celu przetestowanie naszego systemu; prowokacji poniżej progu kinetycznej wojny, dla której istnieje wygodne usprawiedliwienie „nie chcieliśmy, ale tak wyszło”.

b. grubszej awarii technicznej sprzętu (wtedy rzeczywiście by nie chcieli).

c. skutkiem porażenia dronów przez ukraińską obronę przeciwlotniczą przy użyciu systemów WRE (walki radiowo-elektronicznej). W takim ujęciu „ogłupiałe” maszyny poleciały dalej – i wleciały do nas.

Nie będę teraz rozważał prawdopodobieństwa tych scenariuszy, bo za mało wiem. Ale chciałbym się odnieść do trzeciego, który już stał się amunicją dla wszelkiej maści użytecznych idiotów i skarpetkosceptyków; amunicją wykorzystywaną do walenia w Ukrainę i Ukraińców rzecz jasna. Bo to „ich wina”.

Nosz k…

Pozwólcie, że ujmę sprawy łopatologicznie. Atakuje mnie łobuz nożem, odparowuję jego cios, narzędzie wypada bandycie z ręki, a ostrze kaleczy przypadkową osobę – czy ja za to odpowiadam? A może jednak ten ancymon, który chciał mi zrobić krzywdę? Nie musiałbym się bronić, gdybym nie został zaatakowany – to jest istota tej analogii.

Ukraina nie musiałaby unieszkodliwiać szahedów, gdyby nad nią nie przylatywały. Ale przylatują, bo ma bandytę za sąsiada. I co, ma mu ulec?

Uważajcie, błagam. Nie dajcie się wciągnąć w roSSyjski schemat narracyjny użyty już po tragedii w Przewodowie. To nie jest/nie byłaby nawet pośrednia wina Ukrainy.

Owszem, zło czai się na wschodzie, ale nieco dalej…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.