Doświadczenie

W całej politycznej awanturze o przekazanie Ukrainie pocisków do wyrzutni Patriot wielu z nas umyka jeden niezwykle istotny fakt. Dziś to właśnie Ukraina jest światowym laboratorium wykorzystania tego systemu obrony przeciwlotniczej. Żadne inne państwo nie używa Patriotów z taką intensywnością, przeciwko tak wymagającemu przeciwnikowi i w tak zmiennych warunkach pola walki. Każdy kolejny rosyjski atak to dla ukraińskich żołnierzy nie tylko walka o życie własnych obywateli, lecz także kolejne doświadczenia, które zmieniają sposób wykorzystania broni przeciwlotnicznej. Doświadczenia, z których – wcześniej czy później – skorzystają wszyscy użytkownicy Patriotów, również Polska.

Patriot nie jest systemem nowym. Od ponad czterech dekad pozostaje podstawą obrony przeciwlotniczej Stanów Zjednoczonych i wielu państw sojuszniczych. Nigdy wcześniej nie był jednak wykorzystywany w wojnie o takiej skali i intensywności. Od wiosny 2023 roku ukraińskie baterie regularnie odpierają zmasowane ataki z użyciem pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet aerobalistycznych Kindżał oraz pocisków manewrujących Ch-101, Kalibr i Iskander-K. Rosjanie nieustannie modyfikują taktykę, zwiększają liczbę jednocześnie odpalanych środków napadu powietrznego, stosują wabiki i próbują przeciążyć ukraińską obronę. Ukraińcy odpowiadają tym samym – ciągłym doskonaleniem procedur, zmianami sposobu rozmieszczania baterii i coraz bardziej oszczędnym gospodarowaniem niezwykle cenną amunicją.

Są w tym niedościgłymi mistrzami, co przez kontrast najlepiej pokazały wydarzenia sprzed kilku miesięcy na Bliskim Wschodzie. Podczas wojny z Iranem amerykańskie baterie Patriot prowadziły niezwykle intensywne działania, odpierając kolejne fale ataków rakietowo-dronowych. Według szacunków w ciągu kilku tygodni zużyto ponad 800 pocisków przechwytujących, których wartość liczona była w miliardach dolarów. Te 800 sztuk to równowartość rocznej produkcji i co najmniej jedna czwarta amerykańskich zapasów. Odpowiednik tego, co do tej pory – przez ponad trzy lata – dostała z Zachodu Ukraina. Trzy lata odpierania ataków lotniczej i rakietowej potęgi versus kilka tygodni walki z bieda-przeciwnikiem; to z takim zestawieniem mamy tu do czynienia. Oczywiście, Ukraina poniosła wiele spektakularny porażek, tracąc na skutek ataków powietrznych np. istotną część infrastruktury energetycznej, niemniej – jako państwo – zachowała zdolność do dalszego prowadzenia operacji obronnej. Tymczasem drastyczne zużycie amunicji OPL przez siły zbrojne USA i sojuszników stało się jednym z czynników, które zmusiły Donalda Trumpa do zaniechania działań zbrojnych wymierzonych w Iran.

Ten konflikt uświadomił wojskowym coś, o czym wcześniej mówiono głównie w analizach – nawet najbogatsza armia świata nie dysponuje nieograniczonymi zapasami amunicji do systemów obrony powietrznej. Produkcja nowoczesnych interceptorów pozostaje kosztowna i czasochłonna, a w warunkach długotrwałego konfliktu tempo ich zużycia może przewyższać możliwości przemysłu.

W takich realiach kluczowego znaczenia nabiera nie tylko liczba posiadanych rakiet, ale także sposób ich wykorzystywania. Każdy pocisk wystrzelony niepotrzebnie oznacza stratę zasobu, którego szybko nie da się odtworzyć. Ukraińcy zrozumieli to szybciej niż ktokolwiek inny. Wiedzą, że nie mogą pozwolić sobie na luksus prowadzenia ognia według najbardziej zachowawczych procedur. Muszą szukać rozwiązań pozwalających osiągnąć ten sam efekt przy mniejszym zużyciu amunicji, stale modyfikować taktykę i wyciągać wnioski z każdej rosyjskiej salwy. W efekcie zdobywają doświadczenie, którego nie da się odtworzyć na żadnym poligonie ani podczas ćwiczeń.

Nie oznacza to oczywiście, że Ukraińcy odkryli jakiś „tajny sposób” na wykorzystanie Patriotów. Oznacza natomiast, że każdego dnia uczą się używać tego systemu skuteczniej. Analizują skuteczność przechwyceń, zachowanie rosyjskich pocisków, wpływ zakłóceń radioelektronicznych, optymalne rozmieszczenie wyrzutni czy współpracę Patriotów z innymi elementami obrony powietrznej. Taka wiedza nie pozostaje wyłącznie w Ukrainie. Trafia do producentów, instruktorów, ośrodków szkoleniowych i armii wszystkich państw korzystających z tego systemu. Także do Polski, która dopiero buduje własne kompetencje związane z eksploatacją Patriotów. Trzeba „tylko” z niej skorzystać (co Amerykanom przyszło po niewczasie…).

Dlatego dyskusja o przekazaniu Ukrainie kilku czy kilkunastu pocisków Patriot nie powinna sprowadzać się wyłącznie do prostego rachunku strat i zysków. Oczywiście, każda rakieta ma swoją wartość, a obowiązkiem polskich władz jest przede wszystkim dbanie o bezpieczeństwo własnego państwa. Ale bezpieczeństwo nie zależy wyłącznie od liczby interceptorów zgromadzonych w magazynach. Równie ważne są wiedza, doświadczenie i umiejętność wykorzystania ich w najbardziej efektywny sposób. Bo nawet największe zapasy kiedyś się skończą, a podaż zawsze będzie ograniczona. Doświadczenie zaś pozostanie.

Jeśli za kilka lat podobnego zagrożenia doświadczy Polska, nasi żołnierze będą korzystać nie tylko z efektów własnego szkolenia, lecz także z doświadczeń zdobytych przez ukraińskie załogi. W tym sensie wsparcie Ukrainy nie jest wyłącznie pomocą udzielaną sojusznikowi. Jest również inwestycją we własne bezpieczeństwo.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Niemieckie Patrioty w Rumunii/fot. Bundeswehr

Płoń!

Moskwa, 18 czerwca 2026 roku.

Uważam, że to jest wspaniały widok…

Sądzę tak, choć wiem, czym jest wojna; doświadczyłem jej na własnej skórze. Wiem, że giną na niej również bogu ducha winni ludzie i zwierzęta. Że sytuacja ze zdjęcia to nic innego jak koszmarna ekologiczna katastrofa. A przecież ekosystemy nie walczą, nie są dla nas źródłem intencjonalnego zagrożenia – na wojnie są tylko ofiarą.

A mimo to ten widok mnie cieszy.

Karmi poczucie elementarnej sprawiedliwości, dobrze oddane w popularnym powiedzeniu: „kto sieje wiatr, ten zbiera burze”. rosjanie przynieśli Ukrainie tyle zła, tyle cierpienia, że takie coś po prostu im się należy. I jeszcze więcej – dłużej, mocniej, częściej.

Ale przemawia też przeze mnie pewien pragmatyzm. putin wykazuje się niezwykłą determinacją – rosja krwawi, a on wciąż chce prowadzić tę wojnę. Przy czym jego intencje są tu drugorzędne, kluczowe jest to, co poza putinem. Co pozwala mu na taką postawę. Źródłem rosyjskiej determinacji nie jest wola przywódcy, a zgoda poddanych. Tych, których słowo się liczy – wielkomiejskich, białych, prawosławnych rosjan, moskwian i petersburżan. Póki oni godzą się na wojnę, póty wojna będzie trwała. Pal licho bieda-ruskich z prowincji, masowo mielonych na froncie. Jebał pies przygraniczne wsie i miasta – ich los wielkomiejskim elitom zwisa i powiewa. Nasza chata z kraja, więc niech się dzieje.

Ale zaczyna się dziać i w Moskwie, i w Petersburgu. Na dobre, na grubo, coraz bardziej dotkliwie.

O ile znam dynamikę procesów społecznych, to nie może skończyć się dobrze dla putina. W końcu usłyszy od swoich „dość!”. Zabiją go przy tym czy nie – to już wtórna sprawa. Grunt, by skończyła się wojna.

Płoń więc Moskwo, radując moje oczy. I Petersburgu też. Z tego ognia będzie coś dobrego.

(Nie)moc

Przed 24 lutego 2022 roku eksperci nie spodziewali się takiego przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą. „Sądziłem, że będzie jak w Zatoce Perskiej”, przyznaje mjr rez. pil. Michał Fiszer, analityk militarny. „Że dojdzie do zniszczenia obrony przeciwlotniczej, zdobycia przewagi powietrznej i regularnych uderzeń dużych ugrupowań lotniczych na cele w głębi Ukrainy”.

Taki scenariusz wydawał się logiczny również dlatego, że rosja latami budowała wizerunek swoich sił powietrznych jako nowoczesnej formacji. Pokazywano nowe samoloty, uzbrojenie precyzyjne i zaawansowane systemy celownicze. „Tymczasem część tej nowoczesności była iście »potiomkinowska«”, mówi Fiszer. „rosjanie chwalili się własnymi zasobnikami celowniczymi, a później wychodziło, że to »przepakowane« rozwiązania francuskie, które bez wsparcia serwisowego po prostu nie działały”.

Latanie w ciemno

Szybko okazało się, że rosyjskie problemy z opanowaniem przestrzeni powietrznej nad Ukrainą nie wynikają wyłącznie z jakości sprzętu. Ważniejsze były ograniczenia doktrynalne, organizacyjne i systemowe. rosjanie dysponowali stosunkowo nowoczesnymi samolotami i dużą liczbą pocisków, ale nie potrafili połączyć wszystkich elementów w spójną operację. „Ich działania były wyizolowane”, podkreśla ppłk rez. pil. Marcin Modrzewski, były dowódca 10 Eskadry Lotnictwa Taktycznego. „Brakowało synergii między lotnictwem, rozpoznaniem, walką radioelektroniczną, obroną przeciwlotniczą i wojskami lądowymi”.

W zachodnim modelu operacji lotniczej samoloty uderzeniowe nie działają samodzielnie. Towarzyszą im maszyny walki radioelektronicznej, wczesnego ostrzegania, platformy rozpoznawcze i wyspecjalizowane systemy zwalczania obrony przeciwlotniczej. Część samolotów nie atakuje celów naziemnych – ich zadaniem jest „oślepienie” przeciwnika, zakłócenie radarów i stworzenie bezpiecznego korytarza dla maszyn uderzeniowych.

rosjanie nie byli w stanie przeprowadzić takiej kampanii. Już w pierwszych dniach wojny stało się jasne, że mają ogromne problemy z lokalizowaniem ukraińskich radarów i zwalczaniem OPL. „Ich pociski przeciwradiolokacyjne często lądowały w przypadkowych miejscach”, mówi mjr Fiszer. „Momentami wyglądało to tak, jakby rosyjskie lotnictwo latało kompletnie w ciemno”.

Zdaniem ppłk Modrzewskiego, jednym z najlepszych przykładów rosyjskich problemów stała się bitwa o Hostomel. Pierwszego dnia wojny rosjanie próbowali przejąć strategiczne lotnisko pod Kijowem, desantując tam wojska śmigłowcami. Plan zakładał szybkie zabezpieczenie pasa startowego i przerzut kolejnych oddziałów ciężkimi Iłami-76. rosjanie próbowali jednak przeprowadzić operację powietrznodesantową bez wcześniejszego zdobycia panowania w powietrzu. „To było myślenie niemal dziewiętnastowieczne”, ocenia pułkownik. „NATO nigdy nie próbowałoby wykonywać takiej operacji bez wcześniejszego obezwładnienia obrony przeciwlotniczej przeciwnika i zabezpieczenia przestrzeni powietrznej”. Nieniepokojeni „z góry” Ukraińcy odzyskali kontrolę wokół lotniska. Ił-76 nie wylądowały w Hostomlu, a rosyjski plan zajęcia Kijowa – mający prowadzić do błyskawicznego zakończenia kampanii – spełzł na niczym.

Zaczęły też wychodzić na jaw problemy z kontrolą własnej przestrzeni powietrznej i wymianą danych między poszczególnymi elementami rosyjskiego systemu walki. „Jeśli dochodzi do sytuacji, w której własna obrona przeciwlotnicza zestrzeliwuje samolot wczesnego ostrzegania A-50, to jakość systemu »swój-obcy« jest wątpliwa, a świadomość sytuacyjna niska”, mówi Marcin Modrzewski.

Wojna na dystans

Długo by wymieniać inne słabości, dość że ukraińskie zestawy S-300, Buk, a później także zachodnie Patrioty czy NASAMS-y szybko odebrały rosjanom zdolność do prowadzenia głębokich operacji nad Ukrainą. Ale i Ukraińcy nie mogli pozwolić sobie na głębokie loty. „rosjanie mają gęsty, warstwowy system obrony przeciwlotniczej”, opowiada Michał Fiszer. „Do tego dochodzą MiG-31 uzbrojone w pociski R-37M. To są rakiety, które mogą razić cele z odległości 200 km”. Ukraińskie lotnictwo musi więc działać bardzo ostrożnie nawet daleko od linii frontu. Jego aktywność potrafi ograniczyć już samo pojawienie się rosyjskich myśliwców dyżurujących nad własnym terytorium. „Ukraińskie maszyny były zestrzeliwane z ogromnych odległości”, mówi Fiszer. „Pilot często nawet nie miał świadomości, skąd odpalono rakietę”.

W efekcie obie strony zaczęły razić się z odległości, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących. Zdecydowaną przewagę wciąż mają tu rosjanie, dysponujący lotnictwem strategicznym, zdolnym atakować cele głęboko znad terytorium rosji, oddalone nawet o 2,5 tys. km. Z tym że takie ataki wymierzone są w infrastrukturę krytyczną – decydują o tym koszty i ograniczona podaż „inteligentnych” systemów broni. Frontowa „młócka” wymaga zaś tańszych rozwiązań. Tak narodziła się jedna z najważniejszych adaptacji tej wojny: masowe użycie bomb szybujących, pozwalających na wsparcie wojsk lądowych z bezpieczniejszego dystansu. Proces zainicjowali rosjanie. Stare bomby FAB zaczęli wyposażać w moduły UMPC – rozkładane skrzydła i systemy nawigacji satelitarnej. Dzięki temu ciężka, pierwotnie niekierowana bomba mogła zostać zrzucona nawet kilkadziesiąt kilometrów od celu. Sama technika ataku jest nieco archaiczna – rosyjskie samoloty lecą nisko, próbując ukryć się przed radarami i skrócić czas przebywania w zasięgu ukraińskiej OPL. „Maszyna praktycznie »kosi ziemię«, potem robi gwałtowną górkę, wykonuje zrzut i natychmiastowy zakręt z odejściem”, opisuje Fiszer. Pilot nie widzi celu, bomba leci na zaprogramowane współrzędne. „Te bomby są bardzo skuteczne”, mówi Fiszer. „Dobrze przygotowany schron trudno zniszczyć dronem, ale bomba szybująca potrafi zmieść takie stanowisko z powierzchni ziemi”.

Masowe użycie bomb szybujących stało się jednym z najważniejszych elementów rosyjskiej taktyki w latach 2023–2025.

Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak masowe użycie systemów bezzałogowych – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Materiał – poza częścią opisową dotyczącą przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą – odnosi się również do popularnego argumentu, wedle którego dronizacja doprowadziła do „końca klasycznego lotnictwa”. Tej opinii często towarzyszy refleksja, że NATO nie jest gotowe na konflikt z rosją – do czego odnoszą się moi rozmówcy. W czerwcowy numerze „PZ” znajdziecie także mój drugi tekst, poświęcony hipotetycznej obronie krajów nadbałtyckich w razie agresji rosji. Magazyn jest dostępny w sprzedaży w salonikach prasowych, e-wersję możecie nabyć pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. rosyjska bomba szybująca FAB 3000 z modułem UMPC/fot. mofr

Gripeny

Premier Szwecji Ulf Kristersson i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosili dziś porozumienie obronne, w ramach którego Ukraina otrzyma m.in. myśliwce Saab JAS 39 Gripen. Według ujawnionych informacji na przełomie tego i przyszłego roku nad Dniepr trafi 16 używanych Gripenów wersji C/D, a równolegle Kijów chce kupić 20 nowych Gripenów E/F – z dostawą do 2030 roku. Docelowo ukraińskie siły powietrzne chciałyby pozyskać flotę liczącą ponad sto takich maszyn.

To nie jest przypadkowy wybór. Wojna w Ukrainie brutalnie zweryfikowała wiele wcześniejszych wyobrażeń o nowoczesnym konflikcie – ale wbrew obiegowym opiniom nie udowodniła, że lotnictwo straciło znaczenie. Przeciwnie. Samoloty nadal pozostają jednym z kluczowych narzędzi wojny, tyle że używanym inaczej niż podczas amerykańskich operacji przeciw słabszym przeciwnikom.

rosja do dziś nie zdobyła przewagi w powietrzu, co samo w sobie jest jedną z największych porażek Kremla. Jednocześnie jednak rosyjskie lotnictwo nadal odgrywa ważną rolę – przede wszystkim jako nosiciel uzbrojenia dalekiego zasięgu. Najlepiej pokazuje to użycie bomb szybujących FAB z modułami UMPK. rosyjskie samoloty nie muszą wlatywać nad cele. Wystarczy, że zbliżą się do linii frontu, zrzucą bombę spoza zasięgu części ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i zawrócą. Ładunek doszybuje we wskazane miejsce – a zwykle jest to cel, którego nie da się zniszczyć przy użyciu dronów, taki jak solidnie okopany schron czy bunkier.

I m.in. dlatego Ukraina tak mocno naciska na nowe myśliwce. Nie po to, by urządzać efektowne pojedynki powietrzne, lecz by odsuwać rosyjskie samoloty od linii frontu i utrudniać bombardowania FAB-ami. Samoloty są też potrzebne do wzmocnienia własnej obrony przeciwlotniczej, by chronić logistykę i miasta. Wielu z nas umyka fakt, że duża część rosyjskich rakiet i pocisków manewrowych jest dziś zestrzeliwana przez samoloty bojowe. I wreszcie maszyny tego typu są potrzebne do ataków na wysokowartościowe cele na rosyjskich tyłach, przy użyciu pocisków powietrze-ziemia (takich jak Storm Shadow), wciąż znacznie bardziej efektywnych niż najcięższe, najszybsze i mające największy zasięg drony.

I tu pojawia się problem – poradziecka flotylla już Ukraińcom w dużej mierze „wyszła” – zużyła się, została stracona. A pozyskane z Zachodu F-16 (i nieliczne francuskie Mirage) nie wystarczą. Większość przekazywanych Ukrainie maszyn to używane egzemplarze z Danii, Holandii, Belgii czy Norwegii. To samoloty wielokrotnie modernizowane, ale jednocześnie mające za sobą dekady służby i duży nalot. W czasie pokoju mogłyby latać jeszcze długo. Jednak wojna oznacza zupełnie inne tempo eksploatacji: częste alarmowe starty, loty na małych wysokościach, wysokie przeciążenia, no i trudniejsze (zaimprowizowane!) warunki serwisowania. To wszystko błyskawicznie zużywa płatowce, silniki i awionikę.

Do tego dochodzi problem skali. Nawet jeśli Ukraina otrzyma już wszystkie z ponad 80 obiecanych F-16, realnie liczba gotowych do walki maszyn zawsze będzie niższa. Część samolotów będzie używana do szkolenia, część trafi do remontów, część zostanie utracona lub rozebrana na części zamienne. Tymczasem wojna trwa, a ukraińskie lotnictwo musi myśleć nie tylko o najbliższych miesiącach, ale i o kolejnych latach. A mając w perspektywie zapewne niespokojne powojnie – także i dekadach.

Gripen jest dla Ukrainy atrakcyjny właśnie dlatego, że projektowano go z myślą o wojnie z rosją. Szwedzi zakładali scenariusz, w którym lotniska będą regularnie atakowane rakietami, a lotnictwo będzie zmuszone do działania z rozproszonych baz i prowizorycznych pasów startowych. Dlatego Gripen jest relatywnie tani w eksploatacji, wymaga mniejszego zaplecza technicznego, bez trudu może operować z dróg i improwizowanych lotnisk, ma bardzo krótki czas obsługi między lotami. Dla Ukrainy to cechy bezcenne.

Nie bez znaczenia pozostaje też kwestia uzbrojenia. Ukraińcy liczą szczególnie na integrację Gripenów z pociskami MBDA Meteor, uznawanymi dziś za jedne z najgroźniejszych rakiet powietrze–powietrze dalekiego zasięgu. Tego rodzaju uzbrojenie mogłoby zmusić rosyjskie lotnictwo do jeszcze większego odsunięcia się od frontu, utrudniając ataki bombami szybującymi.

W praktyce Ukraina zaczyna więc budować nie „tymczasowe lotnictwo na czas wojny”, ale przyszłe zwesternizowane siły powietrzne. W takim ujęciu F-16 są „szybkim pomostem” i natychmiastowym wzmocnieniem. Gripeny – bardziej odporną i tańszą w utrzymaniu platformą do działania w realiach obecnej, ale i przyszłej wojny z rosją.

Nie zżymajmy się więc, że Ukraińcy „także w lotnictwie idą w sprzętowy misz-masz”, bo z ich perspektyw to bardzo logiczne wyjście.

Aha, i nie dajmy się zwieść ukrainosceptykom, którzy podnoszą argument finansowy, prowokacyjnie pytając, kto za to zapłaci. No my zapłacimy, drodzy państwo – Ukraina zakup Gripenów chce sfinansować ze środków pozyskanych od europejskich sojuszników, a więc również i od nas. Tyle że to żaden gest czy marnotrawstwo, a inwestycja – nie ma obecnie bowiem, i zapewne długo jeszcze nie będzie, dla Polski lepszego gwaranta bezpieczeństwa niż ukraińska armia. To ona trzyma rosję za gardło…

PS. Ukraińscy piloci i personel techniczny od dawna szkolą się w Szwecji, zatem pozyskane za kilka miesięcy maszyny szybko wejdą do walki.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Gripen/fot. Saab

Przestrzeń

rosja „od zawsze” była przekonana, że ma coś, co gwarantuje jej przetrwanie – przestrzeń. Ogromne terytorium miało amortyzować uderzenia przeciwnika, rozciągać jego linie zaopatrzenia i kupować czas potrzebny na mobilizację. W tej logice nawet najdotkliwszy cios nie był rozstrzygający, bo zanim agresor dotarł do kluczowych ośrodków, jego potencjał zdążył się wyczerpać. Dziś ten sposób myślenia coraz wyraźniej zderza się z rzeczywistością.

Ukraińskie uderzenia dronowe na infrastrukturę w Tuapse nad Morzem Czarnym czy w Permie – setki, a nawet ponad tysiąc kilometrów od linii frontu – pokazują, że „bezpieczne zaplecze” przestaje istnieć. Zwłaszcza że to już nie są incydentalne rajdy, lecz element systematycznej kampanii, która sięga w głąb rosyjskiego terytorium. W efekcie dystans, przez lata uznawany za strategiczny bufor, traci swoją ochronną funkcję. Głębia przestaje być tarczą – staje się iluzją.

—–

Jeszcze niedawno rosyjskie zaplecze przemysłowe uchodziło za względnie bezpieczne. Kluczowe instalacje – rafinerie, zakłady zbrojeniowe, węzły logistyczne – znajdowały się setki, a często tysiące kilometrów od potencjalnego przeciwnika. W praktyce oznaczało to, że ich neutralizacja wymagałaby użycia najbardziej zaawansowanych i kosztownych środków rażenia, dostępnych tylko dla największych potęg militarnych. Dla Ukrainy, pozbawionej tych technologii, był to scenariusz czysto teoretyczny.

Sytuacja zmieniła się wraz z upowszechnieniem bezzałogowych systemów uderzeniowych dalekiego zasięgu. Drony nie oferują siły niszczenia porównywalnej z pociskami manewrującymi czy lotnictwem strategicznym, ale nadrabiają to dostępnością, skalą użycia i elastycznością. Mogą być wysyłane falami, atakować z różnych kierunków i zmuszać obronę powietrzną do ciągłego reagowania. W efekcie nawet dobrze chronione obiekty przestają być w pełni bezpieczne.

Właśnie ta zmiana – z uderzeń punktowych na ciągłą presję – ma dziś kluczowe znaczenie. Ukraińskie ataki na infrastrukturę energetyczną i przemysłową rosji nie muszą prowadzić do spektakularnych zniszczeń, by przynosić wymierne efekty. Wystarczy, że powodują przerwy w pracy zakładów, wymuszają kosztowne naprawy i angażują zasoby, które w innym przypadku mogłyby zostać wykorzystane na froncie. Wojna zaczyna w ten sposób obejmować całe terytorium państwa, a nie tylko jego strefę przyfrontową.

To z kolei rodzi problem, którego rosja nie doświadczała na taką skalę od dekad. Ochrona ogromnego obszaru staje się zadaniem skrajnie kosztownym i organizacyjnie trudnym. Każdy dodatkowy obiekt wymagający zabezpieczenia oznacza konieczność rozproszenia systemów obrony powietrznej, a więc osłabienia ich skuteczności. W praktyce nie sposób stworzyć szczelnej tarczy nad całym państwem – można jedynie wybierać, co chronić w pierwszej kolejności.

W efekcie zmienia się sama logika bezpieczeństwa. Dystans przestaje gwarantować ochronę, a zaczyna generować nowe ryzyka. Im dalej od frontu znajduje się dany obiekt, tym większe było dotąd przekonanie o jego bezpieczeństwie – i tym większe są dziś konsekwencje jego trafienia. Uderzenia w głębi kraju mają więc znaczenie nie tylko operacyjne, ale i symboliczne: podważają poczucie kontroli nad własnym terytorium i pokazują, że wojna nie ma już wyraźnej linii oddzielającej „front” od „zaplecza”.

—–

Tym bardziej uderzający jest kontrast z doświadczeniem II wojny światowej. W 1941 roku, po niemieckiej inwazji, Związek Sowiecki stanął w obliczu katastrofy – utraty ogromnych obszarów, w tym najważniejszych regionów przemysłowych. Odpowiedzią była operacja na niespotykaną skalę: ewakuacja setek zakładów na wschód, przede wszystkim za Ural. Fabryki demontowano, przewożono tysiące kilometrów i wznawiano produkcję w nowych lokalizacjach, poza zasięgiem niemieckiego lotnictwa.

Ten wysiłek nie tylko uratował potencjał przemysłowy państwa, ale stał się jednym z fundamentów sowieckiego zwycięstwa. Produkcja uzbrojenia – czołgów, dział, amunicji – mogła być kontynuowana mimo dramatycznej sytuacji na froncie. Przestrzeń działała jak realna tarcza: oddzielała zaplecze od wojny, dawała czas i pozwalała odbudowywać zdolności.

Dziś taki scenariusz jest w praktyce nie do powtórzenia. Nie dlatego, że rosja utraciła swoją rozległość – lecz dlatego, że przestała ona pełnić dawną funkcję ochronną. W warunkach, w których środki rażenia są w stanie pokonać setki i tysiące kilometrów, nie istnieje już oczywista linia oddzielająca „bezpieczne tyły” od strefy zagrożenia.

Oznacza to fundamentalną zmianę: państwo nie może już zakładać, że jego kluczowe zdolności da się po prostu „odsunąć” od przeciwnika. Zaplecze przemysłowe, infrastruktura energetyczna czy system logistyczny pozostają w zasięgu oddziaływania – niezależnie od tego, jak daleko znajdują się od frontu. To nie tylko problem militarny, ale strukturalny: wymusza zupełnie inne myślenie o organizacji państwa w warunkach wojny.

W praktyce rosja musi mierzyć się z problemem, który wcześniej dotyczył raczej państw mniejszych i bardziej narażonych na presję militarną: jak chronić całe swoje terytorium, a nie tylko linię frontu. Oznacza to konieczność rozbudowy systemów obrony powietrznej, ochrony infrastruktury krytycznej oraz tworzenia zapasowych rozwiązań w kluczowych sektorach gospodarki. Każde z tych działań generuje jednak ogromne koszty i wymaga zasobów, które jednocześnie są potrzebne do prowadzenia działań bojowych.

—–

Tu ujawnia się paradoks rosyjskiej sytuacji. Im większe państwo, tym więcej obiektów wymaga ochrony – a więc tym trudniej zapewnić im skuteczną osłonę. Rozproszenie systemów obronnych obniża ich efektywność, koncentracja – zostawia luki w innych miejscach. W efekcie nie da się uniknąć ryzyka: można je jedynie ograniczać i zarządzać jego skutkami.

To z kolei wpływa na sposób prowadzenia wojny. Zasoby, które mogłyby zostać przeznaczone na działania ofensywne, są kierowane na zabezpieczanie zaplecza. rosja musi angażować środki w obronę rafinerii, baz paliwowych, zakładów przemysłowych czy węzłów transportowych – czyli elementów, które dotąd funkcjonowały względnie spokojnie, poza bezpośrednim zasięgiem przeciwnika. W ten sposób wojna zaczyna „zużywać” potencjał państwa na znacznie większą skalę niż wcześniej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja traci wszystkie atuty wynikające ze swojej wielkości. Wciąż dysponuje znaczącymi zasobami, rozbudowanym przemysłem i możliwością rozproszenia produkcji. Jednak sama przestrzeń przestaje być wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa. Coraz większe znaczenie ma zdolność do funkcjonowania pod uderzeniami – utrzymania ciągłości produkcji, naprawy uszkodzeń, adaptacji systemu do warunków ciągłego zagrożenia.

W tym sensie rosyjskie doświadczenia z wojny w Ukrainie mają wymiar szerszy niż tylko regionalny. Pokazują, że w XXI wieku granica między frontem a zapleczem zaciera się. Głębia strategiczna nie znika – ale przestaje być kwestią kilometrów. Staje się sprawdzianem odporności państwa: jego zdolności do przetrwania, działania i odtwarzania strat mimo ciągłych uderzeń przeciwnika.

—–

O nowoczesnym pojmowaniu „głębi strategicznej” napisałem oddzielny tekst, który ukaże się w majowym numerze „Polski Zbrojnej” – już dziś zapraszam Was do lektury.

Szanowni, zmykam na 10-dniowy urlop – potrzebuję go jak sucha ziemia wody, bo zwłaszcza w ostatnich dniach chodzę już na rzęsach. Tak więc odmeldowuję się i do zobaczenia na łączach po 10-tym maja. Gdybyście w tym czasie zechcieli wesprzeć moją publicystkę – wszak piszę także dzięki Wam! – polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Zwłaszcza ten „kawowy”, bo tam ostatnio niemal nic się nie dzieje.

No więc tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Grafika ilustracyjna – poprosiłem o pomoc AI, bo nie mam własnego, stosownego zdjęcia.