Przewaga

– Mamy przytłaczającą przewagę nad rosją w powietrzu – mówił we wrześniu w Kijowie minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski. Co istotne, przekonywał, że przewaga ta istnieje nawet bez uwzględniania potencjału Stanów Zjednoczonych. Czyżby?

Najprościej byłoby więc policzyć samoloty. Tyle że takie porównanie więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Europejskie państwa NATO dysponują około 1,4 tys. samolotów bojowych: F-35, F-16, Eurofighterów, Rafale i Gripenów oraz starszych konstrukcji. rosja ma katalogowo niemal 1,5 tys. maszyn bojowych. W tej liczbie mieszczą się jednak zarówno nowoczesne Su-35S, Su-30SM czy Su-34, jak i starsze Su-24, Su-25 czy MiG-29.

Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że część tej floty musi zabezpieczać ogromne terytorium Federacji na wschód od Europy.

Tyle teoria. Znacznie więcej praktycznych informacji dostarcza nam wojna w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku rosyjskie lotnictwo miało nad ukraińskim ogromną przewagę liczebną i technologiczną. Dysponowało nowoczesnymi myśliwcami, samolotami uderzeniowymi, pociskami dalekiego zasięgu i rozbudowanym systemem walki radioelektronicznej. Pierwszego dnia rosjanie zaatakowali ukraińskie lotniska, radary, stanowiska dowodzenia i zestawy przeciwlotnicze. Teoretycznie robili więc dokładnie to, co należało zrobić przed rozpoczęciem intensywnej kampanii lotniczej.

Nie zrobili tego jednak wystarczająco skutecznie. Ukraińcy przed inwazją rozproszyli lotnictwo i część obrony przeciwlotniczej. Mobilne zestawy zmieniały stanowiska, radary włączano na krótko, a rosyjski system rozpoznania i dowodzenia zbyt wolno zamieniał wykryte cele w cele zniszczone. rosjanom nie udało się przeprowadzić skutecznej kampanii SEAD/DEAD – obezwładnienia i zniszczenia obrony przeciwlotniczej przeciwnika. W efekcie ukraińska OPL przetrwała pierwsze uderzenie.

To w dużej mierze przesądziło o dalszym przebiegu wojny w powietrzu. rosyjskie samoloty zeszły na małe wysokości, gdzie zaczęły ponosić straty od przenośnych zestawów przeciwlotniczych, a później coraz bardziej ograniczały loty w głąb Ukrainy. Niemal pięć lat później rosyjskie lotnictwo nadal nie może swobodnie operować nad większością terytorium przeciwnika.

Samolot to tylko czubek góry lodowej

Nie oznacza to, że lotnictwo federacji jest słabe albo że rosyjskie samoloty są kiepskie. Su-35 jest bardzo groźnym myśliwcem, MiG-31 może przenosić pociski powietrze–powietrze dużego zasięgu, a Su-34 stał się jednym z najważniejszych narzędzi rosyjskiej armii. Od 2023 roku maszyny te masowo wykorzystują bomby wyposażone w moduły szybujące. Zrzucane z dużej wysokości, często kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, pozwalają niszczyć ukraińskie pozycje bez wlatywania w najbardziej niebezpieczną część ukraińskiej obrony.

To zarazem znakomita ilustracja ograniczeń rosjan. Su-34 może zrzucić bombę z bezpiecznej odległości, ale rosyjskie lotnictwo nadal nie potrafi systematycznie „otworzyć” przestrzeni powietrznej nad Ukrainą dla dużych ugrupowań samolotów. W głębi kraju zadania uderzeniowe wykonują przede wszystkim pociski manewrujące i balistyczne oraz drony.

To właśnie tu leży jedna z zasadniczych różnic między rosyjskim a zachodnim sposobem prowadzenia wojny powietrznej. rosjanom nie brakuje groźnych samolotów ani skutecznego uzbrojenia. Problemem pozostaje połączenie rozpoznania, dowodzenia, walki radioelektronicznej, zwalczania obrony przeciwlotniczej i lotnictwa w system zdolny do prowadzenia dużych, złożonych operacji nad bronionym terytorium.

NATO budowało swój model wojny powietrznej właśnie jako taki system. Samolot bojowy jest w nim tylko jednym z elementów. Myśliwiec otrzymuje dane z radarów naziemnych, innych samolotów i maszyn wczesnego ostrzegania. Tankowce pozwalają mu pozostawać długo w powietrzu i działać daleko od macierzystej bazy. Środki walki radioelektronicznej zakłócają radary przeciwnika, a wyspecjalizowane uzbrojenie pozwala je atakować. Nad całością pracuje system dowodzenia, który ma sprawić, by informacja o wykrytym celu jak najszybciej trafiła do tego, kto może go zniszczyć.

Dobrym symbolem tej przewagi są AWACS-y. NATO posiada 14 własnych E-3A, zdolnych do wykrywania celów na dużych odległościach i kierowania walką myśliwców. Europejskie państwa dysponują dodatkowo własnymi samolotami wczesnego ostrzegania. Sojusz ma również wielonarodową flotę dziesięciu A330 MRTT, a kolejne tankowce znajdują się w siłach narodowych.

Skala i złożoność takiego współdziałania były dobrze widoczne podczas tegorocznych ćwiczeń Ramstein Flag. NATO zebrało ponad 200 samolotów i innych statków powietrznych z nawet 18 państw, operujących z 20 lokalizacji od północnej Norwegii po Hiszpanię. Ćwiczono m.in. przełamywanie systemów ograniczających dostęp do przestrzeni powietrznej, zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową, szybką wymianę informacji oraz rozproszenie samolotów na wiele lotnisk. Innymi słowy: nie trenowano pojedynków jednego typu myśliwca z drugim, lecz działanie całego organizmu.

rosjanie też się uczą

Byłoby jednak błędem wyciągać z Ukrainy wniosek, że rosyjskie lotnictwo poniosłoby w starciu z NATO błyskawiczną klęskę. rosjanie od 2022 roku nauczyli się bardzo dużo.

Zmniejszyli ekspozycję załogowych samolotów, rozwinęli bomby szybujące i udoskonalili wielowarstwowe uderzenia dalekiego zasięgu. Dziś atak na Ukrainę może rozpoczynać fala setek Geranów i wabików, które mają wykryć i przeciążyć obronę. Za nimi nadlatują pociski manewrujące, a także trudniejsze do przechwycenia pociski balistyczne. Lotnictwo działa przy tym bezpieczniej niż w pierwszych miesiącach wojny i zachowuje zdolność do intensywnego wspierania wojsk na froncie.

rosja pozostaje również wyjątkowo trudnym przeciwnikiem z powodu naziemnej obrony powietrznej. S-400, S-300 różnych wersji, Buk, Tor i Pancyr tworzą wielowarstwowy system, uzupełniany przez radary i środki walki radioelektronicznej. Jest on daleki od niezniszczalności – Ukraińcy regularnie niszczą jego elementy – lecz właśnie wojna dowodzi, jak trudno całkowicie wyeliminować mobilną OPL.

I tutaj pojawia się najważniejsze zastrzeżenie wobec prostego odczytania słów Sikorskiego. Europejskie NATO dysponuje dużą liczbą nowoczesnych myśliwców, rosnącą flotą F-35, samolotami wczesnego ostrzegania, tankowcami i precyzyjnym uzbrojeniem dalekiego zasięgu. Nie posiada jednak zdolności równie rozwiniętych jak amerykańskie do prowadzenia na wielką skalę najbardziej wymagającej części kampanii powietrznej – systematycznego wykrywania, obezwładniania i niszczenia gęstej, mobilnej obrony przeciwlotniczej.

Europejczycy mają elementy takiego systemu. Włosi dysponują Tornadami ECR i pociskami przeciwradiolokacyjnymi AARGM, Niemcy przygotowują Eurofightera EK, a coraz liczniejsze F-35 mają ogromną wartość jako trudno wykrywalne sensory i platformy uderzeniowe. Brakuje jednak części wyspecjalizowanych zdolności walki radioelektronicznej, skali zapasów odpowiedniego uzbrojenia oraz masy, którą wnoszą Amerykanie. Dlatego „NATO kontra rosja” i „europejskie NATO kontra rosja” nadal nie są identycznymi równaniami.

Kto otworzy niebo? – zastanawiam się w dalszej części tekstu, opublikowanego w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

Wygoda

rosja może testować naszą obronę bardzo tanio, podczas gdy skuteczna odpowiedź wymaga od Polski ludzi, sprzętu i pieniędzy. A użycie broni wcale nie musi kończyć sprawy – może dopiero rozpocząć jej kolejną odsłonę.

Dziś o godz. 11.08 rosyjski śmigłowiec wojskowy przekroczył polską granicę na północ od Braniewa. Mi-8 przyleciał od strony obwodu królewieckiego, znalazł się około 300 metrów w głębi naszego terytorium i po 42 sekundach wrócił nad rosję. Maszynę śledziły polskie systemy radiolokacyjne, poderwano samoloty myśliwskie, a naziemne środki obrony powietrznej pozostawały w gotowości. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych uznało, że charakter incydentu wskazuje na kolejną próbę testowania przez rosję gotowości polskiej obrony powietrznej.

—–

Warto przy tym zwrócić uwagę na miejsce incydentu. Mi-8 nie nadleciał od strony uzależnionej od rosji Białorusi, lecz bezpośrednio z obwodu królewieckiego. Granica polsko-białoruska od kilku lat funkcjonuje w warunkach podwyższonej gotowości związanej z kryzysem migracyjnym. Stacjonują tam tysiące żołnierzy Wojska Polskiego, działają Straż Graniczna i policja. Nie oznacza to oczywiście, że wzdłuż granicy stoi szczelny kordon przeciwlotniczy – bo nie taki jest cel muru – ale państwo utrzymuje tam znacznie większe siły niż w normalnych warunkach i co najważniejsze, dysponuje rozbudowanym systemem obserwacji.

Wzdłuż granicy z obwodem królewieckim sytuacja jest inna, a rosjanom mogłoby zależeć na tym, by ten stan zmienić. Dlaczego? Choćby po to, by narobić nam kosztów. No bo co właściwie mielibyśmy zrobić, żeby następny rosyjski śmigłowiec nie mógł powtórzyć takiego manewru? Najprostsza odpowiedź brzmi: wzmocnić ochronę granicy. Fajnie, ale wyciągniętych z koszar żołnierzy trzeba zakwaterować, wyżywić, wyposażyć i utrzymywać w gotowości przez całą dobę. A i tak żołnierz z karabinem nie stanowi przeciwwagi dla wojskowego śmigłowca. Jeśli chcemy mieć realną możliwość jego zwalczania, potrzebujemy systemów przeciwlotniczych bardzo krótkiego lub krótkiego zasięgu, odpowiedniego rozpoznania, łączności i ludzi obsługujących cały ten system.

Możemy oczywiście skierować tam takie zestawy. Problem w tym, że nie mamy ich w nieskończonej liczbie. System rozmieszczony przy granicy z obwodem królewieckim nie będzie w tym samym czasie chronił lotniska, infrastruktury krytycznej, stanowiska dowodzenia czy zgrupowania wojsk w innym miejscu. Można wreszcie zwiększyć aktywność lotnictwa, ale oznacza to kolejne godziny nalotu, zużycie paliwa, części i resursu maszyn oraz dodatkowe obciążenie pilotów i personelu naziemnego.

I tu ujawnia się zasadnicza asymetria takich prowokacji. rosja może wykonać jeden lot śmigłowcem i na kilkadziesiąt sekund przekroczyć granicę. Polska, jeśli chce mieć pewność, że następnym razem będzie w stanie zareagować szybciej i skuteczniej, musi rozważać stałe przesunięcie ludzi i sprzętu oraz ponoszenie związanych z tym kosztów. rosjanie wykonują jeden manewr, my musimy przygotowywać się na setki następnych.

—–

Załóżmy, że następnym razem sytuacja wygląda inaczej. Że śmigłowiec wlatuje głębiej albo nie zawraca, zapada więc decyzja o użyciu broni. Polska rakieta trafia Mi-8, a wrak spada po naszej stronie granicy. Z wojskowego punktu widzenia problem został rozwiązany. Z politycznego i informacyjnego – właśnie się zaczął.

rosja mogłaby natychmiast stwierdzić, że jej śmigłowiec nigdy świadomie nie naruszył polskiej przestrzeni. Albo pójść dalej: utrzymywać, że maszyna została ostrzelana jeszcze nad terytorium rosyjskim, a dopiero uszkodzona, na skutek gwałtownego manewru lub utraty sterowności, przekroczyła granicę i rozbiła się w Polsce. To oczywiście scenariusz hipotetyczny, ale doskonale mieszczący się w logice rosyjskich operacji informacyjnych.

Polska odpowiedziałaby zapisami radarowymi. Później doszłyby dane z innych sensorów, oględziny wraku, być może informacje zapisane przez urządzenia pokładowe. Ustalenie przebiegu zdarzenia byłoby więc przede wszystkim problemem technicznym. Tyle że technika potrzebuje czasu, a dezinformacja nie.

Zanim specjaliści zabezpieczyliby wrak, rosyjska wersja wydarzeń krążyłaby już w internecie. Nie musiałaby nawet brzmieć szczególnie wiarygodnie. Wystarczyłoby postawić kilka pytań: skąd wiadomo, że śmigłowiec był nad Polską? Dlaczego wojsko nie publikuje wszystkich zapisów radarowych? Czy naprawdę trzeba było strzelać? Czy ktoś próbuje wciągnąć Polskę do wojny?

I bez dwóch zdań znalazłaby się w Polsce grupa odbiorców gotowa uznać, że oficjalna wersja wydarzeń jest co najmniej podejrzana. Nawet gdyby późniejsze badanie jednoznacznie potwierdziło naruszenie polskiej przestrzeni, część ludzi pozostałaby przy pierwszej wersji. Nie dlatego, że rosyjska narracja musiałaby ich przekonać. Wystarczyłoby, że zasiała wątpliwość.

—–

Jeśli Dowództwo Operacyjne ma rację i rosjanie rzeczywiście nas sprawdzali, testowi mogły podlegać nie tylko radary i wyrzutnie. Interesujący jest cały łańcuch reakcji, w tym reakcja polityczna, komunikacja państwa i wreszcie sposób, w jaki wydarzenie zostanie przyjęte przez społeczeństwo.

Każde z tych ogniw można później próbować wykorzystać. Wolną reakcję przedstawić jako słabość. Szybką i zdecydowaną – jako agresję. Brak strzału – jako strach przed rosją. Zestrzelenie – jako polską prowokację.

Na tym właśnie polega wygoda działania poniżej progu otwartego konfliktu. Inicjator wybiera miejsce, czas i skalę zdarzenia. Druga strona musi zdecydować, jak odpowiedzieć, i w każdym wariancie ponosi nieproporcjonalnie wyższe koszty.

PS. W środę rosjanie potrzebowali do tego śmigłowca i 42 sekund. U nas porachunki tych, którzy wiedzą lepiej – zarówno zwolenników strzelania jak i „nieprowokowania rosji” – idą w najlepsze…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Okno”

Pytanie „czy Polska obroniłaby się przed rosją?” jest źle postawione. Sugeruje bowiem, że należałoby porównać potencjały obu państw i na tej podstawie wskazać silniejszego. Tymczasem rosyjski atak na Polskę oznaczałby konflikt z NATO, a o jego przebiegu nie decydowałyby sumy czołgów, samolotów i żołnierzy. Liczyłby się potencjał, który każda ze stron mogłaby w określonym czasie skoncentrować na polskim teatrze działań, zaopatrywać, osłaniać i skutecznie używać.

rosja miałaby przy tym istotną przewagę początkową: sama wybrałaby moment agresji i mogłaby wcześniej przygotować środki uderzeniowe oraz skoncentrować część sił. NATO dysponowałoby nieporównanie większym potencjałem, ale rozproszonym pomiędzy wiele państw i baz. rosyjski plan nie musiałby więc zakładać pokonania całego Sojuszu, lecz uzyskanie i wykorzystanie chwilowej przewagi na polskim teatrze działań, zanim znacznie większy potencjał militarny NATO zacząłby rozstrzygać sytuację.

Taki scenariusz zawiera jednak sprzeczność. Im ambitniejszy byłby cel rosyjskiej operacji lądowej, tym większych sił wymagałoby jego osiągnięcie, a dużej koncentracji wojsk nie sposób przygotować bez pozostawienia śladów. Brygady i dywizje potrzebują paliwa, amunicji, transportu, zabezpieczenia medycznego, rozwiniętego dowodzenia i osłony przeciwlotniczej. rosja mogłaby ukrywać zamiary, termin ataku albo kierunek głównego wysiłku, ale wraz ze wzrostem skali operacji malałaby możliwość osiągnięcia pełnego zaskoczenia. Moskwa może relatywnie łatwo zaskoczyć NATO salwą rakietową, znacznie trudniej armią zdolną natychmiast wykorzystać jej skutki.

Dlatego pierwsza faza konfliktu musiałaby służyć nie tyle zadaniu Polsce możliwie dużych strat, ile stworzeniu warunków do dalszego prowadzenia operacji. rosyjskie uderzenie powinno ograniczyć zdolność polskich i sojuszniczych wojsk do działania oraz opóźnić rozwinięcie sił NATO. Właściwą miarą jego powodzenia nie byłaby więc liczba zniszczonych obiektów, lecz to, ile czasu pierwsza salwa kupiłaby rosji i ile odebrałaby NATO.

—–

To trudniejsze, niż sugeruje proste zestawienie rosyjskich rakiet z polskimi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia wojny w Ukrainie pozwoliły rosji udoskonalić masowe ataki: bezzałogowce i wabiki absorbują uwagę obrony, pociski manewrujące atakują z innych kierunków i na innych wysokościach, a rakiety balistyczne stawiają obrońcę przed jeszcze innym problemem. Salwy mogą być rozciągane w czasie i prowadzone z wielu stron, tak by przeciążać nie pojedynczą baterię, lecz cały proces wykrywania, klasyfikacji celów i prowadzenia ognia.

Polska ma dziś dwie baterie Wisły z Patriotami, dwie jednostki ogniowe Małej Narwi oraz systemy krótszego zasięgu. Docelowa architektura obrony powietrznej nadal jednak powstaje, nie ma więc mowy o szczelnej osłonie kraju. Nie oznacza to jednak, że rosja mogłaby swobodnie wybierać cele i koncentrować na nich środki rażenia. Przeciwnie – pierwsza salwa musiałaby realizować kilka zadań jednocześnie. Jeśli Moskwa chciałaby ograniczyć możliwości działania polskiego lotnictwa, musiałaby atakować jego infrastrukturę. Jeśli chciałaby zwiększyć skuteczność następnych salw – radary i OPL. Jeśli zamierzałaby dezorganizować reakcję – dowodzenie i łączność. A jeśli za priorytet uznałaby utrudnianie napływu sojuszniczych wojsk – logistykę i infrastrukturę transportową. Wszystkie te cele konkurowałyby o tę samą pulę najcenniejszych środków rażenia.

W tym właśnie tkwi znaczenie polskiej OPL. Patriot nie musi zestrzelić wszystkiego, żeby wpłynąć na rosyjski plan. Jeśli określony obiekt jest kluczowy dla powodzenia operacji, napastnik musi uwzględnić możliwość przechwycenia części pocisków i skierować przeciw niemu odpowiednio większą salwę. Obrona powietrzna nie musi więc uczynić rosyjskiego uderzenia nieskutecznym. Wystarczy, że podniesie koszt ataku na najważniejsze cele i zwiększy niepewność jego rezultatu.

Nie można przy tym mierzyć powodzenia obrony procentem zestrzelonych pocisków. Może ona przechwycić większość z nich i ponieść operacyjną porażkę, jeśli kilka pozostałych wyłączy elementy krytyczne. Może też przepuścić więcej, ale zachować zdolność działania. rosja potrzebowałaby bowiem efektu kaskadowego, w którym uszkodzenie jednych elementów zwiększa podatność kolejnych, a suma lokalnych zakłóceń zaczyna prowadzić do paraliżu całego systemu.

Dobrym przykładem jest lotnictwo. rosja nie musiałaby zniszczyć większości polskich F-16 i F-35. Wystarczyłoby ograniczyć liczbę wykonywanych przez nie lotów – uszkodzić infrastrukturę, zakłócić dostawy paliwa i uzbrojenia. NATO przygotowuje się na taki scenariusz, rozwijając koncepcję Agile Combat Employment, czyli operowania z wielu baz i lokalizacji zapasowych. Podczas Ramstein Flag 2026 ponad 200 statków powietrznych operowało z 20 miejsc, w tym z drogowych odcinków lotniskowych. Takie rozproszenie nie daje lotnictwu odporności na uderzenia, ale znacząco komplikuje zadanie napastnika: zamiast skupiać się na kilku bazach, musiałby on stale oddziaływać na całą sieć miejsc, z których mogą operować samoloty.

—–

Jeżeli pierwsze uderzenie nie sparaliżowałoby polskiego systemu, z każdą kolejną dobą problem rosji stawałby się większy. NATO nie rozpoczynałoby wojny od zera. Część sił już znajduje się na wschodniej flance, kolejne mają wcześniej przypisane zadania w regionalnych planach obronnych, a system wzmocnienia obejmuje zarówno szybko dostępne posiłki, jak i ciężkie siły kolejnych rzutów.

Nie znaczy to, że cały potencjał Sojuszu pojawiłby się w Polsce natychmiast. Najszybciej można zwiększyć aktywność lotnictwa operującego również z baz poza Polską. Inaczej wygląda przerzut personelu do wcześniej rozmieszczonego sprzętu, a jeszcze inaczej ruch ciężkich związków taktycznych wraz z logistyką. Ten pierwszy mechanizm można wykorzystać dzięki kompleksowi Army Prepositioned Stocks-2 w Powidzu, który przy pełnym wyposażeniu może mieścić ponad pięć tysięcy głównych elementów sprzętu, w tym Abramsy, Bradleye i haubice Paladin. Personel można przerzucić drogą powietrzną znacznie szybciej niż czołgi, bojowe wozy piechoty, artylerię i pozostałe wyposażenie. Napływ sojuszniczych sił byłby więc procesem rozłożonym w czasie, ale rozpoczynającym się na długo przed przybyciem do Polski pierwszych ciężkich jednostek przewożonych z zachodu Europy.

rosja musiałaby zatem nie tyle zatrzymać ten proces, ile dostatecznie go spowolnić. Dlatego tak duże znaczenie miałaby infrastruktura. Nie trzeba trwale zniszczyć kolei, żeby osiągnąć efekt wojskowy – wystarczy opóźnić transporty. Nie trzeba zniszczyć wszystkich lotnisk – wystarczy zmniejszyć liczbę wykonywanych lotów. Im więcej jednak tras alternatywnych, zapasowych lokalizacji i możliwości naprawy, tym więcej wysiłku potrzeba do utrzymania tego samego efektu. Pociski przeznaczone na kolejne uderzenia w transport i logistykę nie mogą w tym samym czasie atakować OPL, dowodzenia czy wojsk na froncie.

Nie sposób uczciwie powiedzieć, czy rosyjskie „okno możliwości” trwałoby dobę, trzy dni czy tydzień. Zależałoby to od wcześniejszego ostrzeżenia, gotowości NATO, rezultatów pierwszych uderzeń i skali rosyjskiej koncentracji. Wiadomo natomiast, co stopniowo by je zamykało: kolejne sojusznicze samoloty, systemy OPL, rozwijane dowództwa, uruchamiane zapasy sprzętu i napływające związki lądowe. Każdy kolejny element zwiększałby siłę dostępną NATO na polskim teatrze działań i zmniejszał znaczenie przewagi, jaką rosji dawały wybór momentu ataku oraz wcześniejsza koncentracja sił.

Jeśli pierwsza faza nie przyniosłaby rozstrzygnięcia, początkowa premia za inicjatywę zaczęłaby maleć – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wojsko Polskie podczas ćwiczeń na poligonie w Nowej Dębie/fot. własne

Łucznik

Nawet najnowocześniejsza obrona powietrzna dysponuje ograniczoną liczbą zestawów, radarów i pocisków przechwytujących. Problem nie sprowadza się przy tym do pieniędzy, choć te mają ogromne znaczenie – wszak jeden pocisk PAC-3 MSE używany przez system Patriot kosztuje około 4 mln dolarów. Równie istotne jest to, że produkcji tak skomplikowanego uzbrojenia nie da się zwiększyć w dowolnym tempie tylko dlatego, że wzrosło zapotrzebowanie. Potrzebne są specjalistyczne komponenty, linie montażowe i urządzenia testowe, wykwalifikowani pracownicy oraz sieć dostawców. I czas – mnóstwo czasu.

Dobrze pokazuje to skala obecnych wysiłków Amerykanów. Lockheed Martin wytwarza obecnie około 600 pocisków PAC-3 MSE rocznie, a gwałtownie rosnący popyt skłonił koncern i Pentagon do inwestycji w znaczące zwiększenie produkcji. Tyle że rozbudowa fabryk i całego łańcucha dostaw wymaga lat, nie miesięcy – poziom 2 tys. rakiet uda się osiągnąć w 2030 roku.

Nie można więc rozwiązać problemu masowych ataków prostym poleceniem: kupmy więcej pocisków. Owa niemożność dotyczy również Polski, która od kilku lat usiłuje nadrobić sięgające kilku dekad zaniedbania w zakresie OPL. Już wiemy, że szybko i łatwo tego nie zrobimy. Nie oznacza to jednak, że do czasu zbudowania odpowiednio silnej tarczy pozostaje nam wyłącznie czekać na to, co przeciwnik w naszą stronę wystrzeli. Istnieje bowiem jeszcze inny sposób ograniczenia zagrożenia z powietrza. Zamiast wyłącznie zestrzeliwać strzały, można spróbować zabić łucznika.

—–

(…) Obrona przed Iskanderem nie musi zaczynać się wtedy, gdy rosyjska rakieta wznosi się już nad wyrzutnią. Może rozpocząć się wcześniej – od próby znalezienia i zniszczenia samej wyrzutni. „Łucznikiem” nie musi być zresztą wyłącznie ona. System uderzeniowy potrzebuje magazynów amunicji, stanowisk dowodzenia, łączności, rozpoznania i logistyki. Pociski manewrujące mogą być przenoszone przez samoloty operujące z lotnisk. Każdy z tych elementów może stać się celem. Im więcej z nich zostanie wyeliminowanych, tym mniej środków napadu będzie później musiała przechwycić własna obrona (…).

Jednym z potencjalnych źródeł zagrożenia podczas konfliktu NATO z rosją byłby obwód królewiecki. To niewielki obszar wciśnięty między Polskę i Litwę, ale jednocześnie silnie zmilitaryzowany. rosja rozmieściła tam m.in. systemy rakietowe Iskander, zdolne razić znaczą część naszego kraju.

O wynikłym z tego faktu zagrożeniu mówi się u nas od lat, na długo przed doświadczeniami obecnej wojny w Ukrainie. Przy czym armia nie stała z założonymi rękoma. Już dekadę temu autor tego tekstu słyszał od ludzi związanych z wojskiem, że jednym z zadań przewidywanych na wypadek gwałtownej eskalacji między Polską a rosją miało być wysłanie żołnierzy pułku komandosów z Lublińca do obwodu królewieckiego.

Mieli przeniknąć tam jeszcze przed rozpoczęciem wojny – oficjalnymi i nieoficjalnymi kanałami, bez ujawniania swojej wojskowej tożsamości. Broń, wyposażenie i mundury miały czekać na miejscu. Po rozpoczęciu operacji komandosi mieli działać już jako polscy żołnierze. Według informacji przekazywanych wówczas autorowi jednym z ich najważniejszych celów miały być namierzone rosyjskie wyrzutnie Iskanderów. Operacja miała mieć charakter wyprzedzający w sensie wojskowym, ale nie oznaczało to samowolnego ataku przed rozpoczęciem konfliktu. Decyzja o rozpoczęciu działań miała zapaść dopiero po potwierdzeniu wrogich działań strony rosyjskiej i wydaniu odpowiednich rozkazów.

Nie wiadomo, czy podobny scenariusz pozostaje elementem aktualnych polskich planów operacyjnych. Te z oczywistych powodów są tajne. Sam pomysł pokazuje jednak, że logika zwalczania łucznika nie jest dla polskiego wojska czymś nowym. I wcale nie musi być domeną wojsk specjalnych.

—–

Polskie wojsko już dziś ma narzędzia pozwalające sięgać daleko poza linię frontu. F-16 mogą przenosić pociski manewrujące AGM-158 JASSM, a także ich wersję o wydłużonym zasięgu – JASSM-ER. To broń pozwalająca atakować ważne cele bez konieczności wlatywania głęboko w przestrzeń bronioną przez przeciwnika. W grę wchodzą stanowiska dowodzenia, lotniska, magazyny, węzły logistyczne czy inne elementy zaplecza, od których zależy zdolność do prowadzenia kolejnych uderzeń.

Do tej „długiej ręki” dochodzi artyleria rakietowa. Homar-A, czyli polska wersja amerykańskiego HIMARS-a, może wykorzystywać pociski ATACMS o zasięgu około 300 km. Wojska lądowe zyskują więc możliwość rażenia celów położonych daleko poza bezpośrednim zapleczem frontu.

Wchodzący do służby F-35 rozszerza te możliwości o coś jeszcze. Przewaga Husarza nie polega bowiem wyłącznie na właściwościach stealth. F-35 zbiera dane z wielu sensorów, łączy je w jeden obraz sytuacji i może przekazywać informacje innym uczestnikom operacji. Cel znaleziony przez F-35 może zostać zaatakowany przez F-16 z JASSM-em, artylerię rakietową albo inny środek rażenia. Współczesna wojna coraz rzadziej wymaga bowiem, żeby ten sam żołnierz czy ta sama platforma zarówno znalazły cel, jak i go zniszczyły. Znacznie ważniejsze jest to, by informacja o celu szybko trafiła do tego, kto w danym momencie może uderzyć najskuteczniej.

A samoloty nie są jedynymi oczami polskiej armii. Jeszcze kilka lat temu wskazanie obiektu położonego setki kilometrów od własnych wojsk byłoby jednym z najsłabszych elementów polskiej układanki. To właśnie w tej dziedzinie zachodzi jednak obecnie jedna z największych zmian.

W maju Siły Zbrojne RP otrzymały system MikroSAR. Tworząca go wojskowa konstelacja radarowa POLSARIS liczy obecnie cztery satelity, a docelowo może zostać powiększona do sześciu. Radar ma w takim zastosowaniu ogromną zaletę. W przeciwieństwie do klasycznej optyki może prowadzić obrazowanie także w nocy i przez zachmurzenie. Pozwala więc obserwować interesujący obszar niezależnie od pogody czy pory dnia. Polska nie musi przy tym prosić sojusznika o wykonanie każdego zdjęcia. System został przekazany Siłom Zbrojnym RP, a MON podkreśla również znaczenie krótkiego interwału rewizyt, czyli czasu między kolejnymi możliwościami obserwowania tego samego obszaru.

POLSARIS nie jest jedynym źródłem informacji z orbity. Polska ma również dostęp do wysokorozdzielczych danych z włoskich satelitów radarowych COSMO-SkyMed. Równolegle rozwijane są możliwości optoelektroniczne.

W praktyce powstaje więc system, w którym różne rodzaje rozpoznania mogą się uzupełniać. Radar satelitarny pozwala obserwować teren mimo chmur i ciemności. System optyczny dostarcza innego rodzaju zobrazowania. Informację może uzupełnić rozpoznanie radioelektroniczne, samolot, bezzałogowiec albo źródło działające na ziemi. Im więcej takich sensorów patrzy na interesujący obszar, tym trudniej przeciwnikowi zniknąć.

Oczywiście, nie każdego łucznika uda się znaleźć, zanim wypuści strzałę. Ale jeśli rosyjskie załogi Iskanderów będą musiały liczyć się z tym, że same mogą stać się celem, zmieni się również ich sposób działania. A to oznacza mniej swobody dla napastnika i więcej bezpieczeństwa po naszej stronie.

Ten tekst, w istotnie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Mobilizacja?

Do wyborów do Dumy Państwowej pozostał niespełna miesiąc. Głosowanie odbędzie się 18–20 września, ale jego rezultat trudno uznać za wielką polityczną niewiadomą. „Jedna rosja” wraz z pozostałymi ugrupowaniami akceptującymi zasadniczy kurs Kremla niemal na pewno zachowa kontrolę nad parlamentem. Jedyna zarejestrowana partia otwarcie opowiadająca się za przerwaniem wojny – „Jabłoko” – została z wyborów wykluczona. Znacznie ciekawsze od pytania o wynik jest więc inne: co wydarzy się po wyborach?

Wołodymyr Zełenski twierdzi, że odpowiedź zna ukraiński wywiad. 23 sierpnia prezydent Ukrainy powiedział w rozmowie z Reutersem, że według informacji posiadanych przez Kijów putin zamierza po wyborach zmobilizować około 300 tys. ludzi. W dłuższej perspektywie, obejmującej także 2027 rok, liczba dodatkowo powołanych miałaby sięgnąć nawet pół miliona.

Do tych informacji należy podchodzić ostrożnie. Nie ma niezależnego potwierdzenia, że putin podjął decyzję o przeprowadzeniu nowej mobilizacji. Źródła znające sytuację w Moskwie, na które powoływały się zachodnie media, również nie dostrzegały dotąd oznak świadczących o wydaniu takiego rozkazu. Są natomiast sygnały, że rosyjski aparat państwowy sprawdza swoją gotowość do ewentualnego przyjęcia kolejnej dużej liczby mobilizowanych.

To istotne rozróżnienie. Kreml może przygotowywać się na mobilizację, nie przesądzając jeszcze, czy będzie musiał po nią sięgnąć. Ostateczna decyzja zależeć będzie między innymi od tego, czy rosji nadal uda się zdobywać wystarczającą liczbę żołnierzy metodą, którą od kilku lat zdecydowanie preferuje – werbowaniem ich za pieniądze.

Coraz droższy żołnierz

Po doświadczeniach z 2022 roku putin ma powody, by unikać kolejnej powszechnej mobilizacji tak długo, jak jest to możliwe. Ogłoszone 21 września 2022 roku powołanie 300 tys. rezerwistów wywołało protesty, chaos w punktach mobilizacyjnych i masową ucieczkę mężczyzn z kraju. Kolejki samochodów ustawiały się na granicach z Gruzją i Kazachstanem, gwałtownie wzrosły ceny biletów lotniczych, a nieprawidłowości przy poborze krytykowali nawet niektórzy przedstawiciele rosyjskich władz i propagandyści popierający wojnę.

Kreml wyciągnął z tego lekcję. Zamiast ponownie sięgać na wielką skalę po przymus, zaczął kupować ludzi.

System opiera się na wysokim żołdzie i premiach za podpisanie kontraktu, których wysokość jest dodatkowo podbijana przez władze regionalne. Według obliczeń Janisa Klugego z niemieckiego ośrodka SWP średnia regionalna premia za wstąpienie do armii sięgnęła w tym roku około 1,65 mln rubli (około 73 tys. zł). W biedniejszych częściach rosji są to pieniądze trudne do zarobienia w cywilnym życiu.

Mechanizm nadal działa, choć jego wydajność zaczęła się zmieniać. Kluge, rekonstruujący rosyjską rekrutację między innymi na podstawie wydatków budżetowych, oszacował, że w pierwszym kwartale 2026 roku podpisano 71 216 nowych kontraktów. Dawało to niespełna 800 ludzi dziennie i oznaczało spadek o około jedną piątą w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.

W drugim kwartale sytuacja się poprawiła. Dane regionalne wskazują na około 93 tys. nowych kontraktów, czyli ponownie mniej więcej tysiąc ludzi dziennie. rosyjski system rekrutacyjny zatem się nie załamał. Problem zaczyna być widoczny dopiero wtedy, gdy liczbę przyjmowanych do armii zestawimy z tym, ilu żołnierzy rosja każdego miesiąca traci na froncie.

Armia potrzebuje nadwyżki

Według szacunków amerykańskiego Center for Strategic and International Studies w pierwszej połowie 2026 roku rosyjskie straty wynosiły przeciętnie około 30–34 tys. zabitych, rannych i zaginionych miesięcznie. Nawet jeśli przyjąć szeroki margines błędu nieunikniony przy takich obliczeniach, skala strat pozostaje zbliżona do liczby ludzi pozyskiwanych przez rosyjski system rekrutacyjny.

Oznacza to, że rosja potrafi nadal dostarczać armii ogromne ilości „świeżej krwi”. Znaczna część tego strumienia służy jednak zastępowaniu ludzi wypadających z jednostek podczas walk.

A to zasadnicza różnica. Armia, która chce jedynie utrzymywać dotychczasową intensywność działań, potrzebuje uzupełnień. Armia przygotowująca większą operację potrzebuje czegoś więcej – nadwyżki.

Potrzebne są odwody pozwalające wycofywać jednostki z pierwszej linii, odtwarzać ich zdolność bojową i tworzyć nowe związki taktyczne. Trzeba też obsadzić zaplecze, logistykę i struktury, których rozbudowa jest konieczna wraz ze wzrostem liczebności wojsk. Jeżeli więc Kreml rzeczywiście chciałby w 2027 roku znacząco zwiększyć potencjał armii walczącej z Ukrainą, dotychczasowe tempo rekrutacji może okazać się niewystarczające.

W tym miejscu pojawia się liczba 300 tys. podana przez Zełenskiego. Nie musi oznaczać 300 tys. ludzi przeznaczonych do jednego wielkiego uderzenia. Z wojskowego punktu widzenia równie istotne byłoby wykorzystanie ich do uzupełnienia istniejących jednostek, umożliwienia rotacji części wojsk oraz stworzenia większych rezerw.

Mobilizacja to nie ofensywa

Dlatego nawet gdyby putin rzeczywiście ogłosił mobilizację zaraz po wrześniowych wyborach, nie oznaczałoby to, że kilka tygodni później kilkaset tysięcy nowych rosyjskich żołnierzy ruszy do wielkiej ofensywy.

Doświadczenie pierwszej mobilizacji dobrze pokazuje skalę problemu. Pod koniec października 2022 roku, ponad miesiąc po jej rozpoczęciu, rosyjskie ministerstwo obrony informowało, że spośród 300 tys. zmobilizowanych około 218 tys. nadal znajdowało się w procesie szkolenia. Do strefy wojny skierowano 82 tys., a około 41 tys. wykonywało zadania w jednostkach bojowych.

Nawet w warunkach rosyjskich, gdzie szkolenie bywa skracane do minimum, człowieka powołanego z cywila nie można natychmiast zamienić w żołnierza zdolnego do prowadzenia działań ofensywnych. Trzeba go zarejestrować, umundurować, wyposażyć, choć trochę przeszkolić i przydzielić do jednostki. Jeśli powstają nowe pododdziały, potrzebują one dowódców, sprzętu, transportu i zaplecza logistycznego.

Jesienna mobilizacja byłaby więc przede wszystkim inwestycją w czas. Jej pierwszym efektem mogłoby być łatanie dziur powstających na froncie. Kolejnym – możliwość rotowania wyczerpanych oddziałów i odbudowy ich zdolności bojowej. Dopiero później pojawiłaby się szansa stworzenia większego odwodu, który można wykorzystać podczas kolejnej kampanii.

Tymczasem istnieje inny sposób zwiększenia presji na Ukrainę. Nie wymaga on mobilizowania setek tysięcy ludzi ani czekania kilku miesięcy na ich wyszkolenie.

Zima znów będzie bronią

rosja od miesięcy rozbudowuje produkcję rakiet i bezzałogowców, a kolejna zima daje możliwość ponownego uderzenia w jeden z najbardziej wrażliwych punktów Ukrainy – system energetyczny.

Ukraiński wywiad wojskowy informował latem, że rosyjski przemysł w przypadku części rodzajów uzbrojenia rakietowego osiągnął już roczne cele produkcyjne, a ogólny plan na 2026 rok może zostać przekroczony o 10–20 proc. Według zastępcy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego gen. Wadyma Skibickiego tylko w lipcu rosjanie wyprodukowali 65 pocisków balistycznych Iskander-M.

Jeszcze większą skalę osiągnęła produkcja bezzałogowców. rosja zbudowała przemysł pozwalający prowadzić naloty liczone już nie w dziesiątkach, lecz w setkach dronów. Część z nich to właściwe środki uderzeniowe, część – tańsze imitatory mające przeciążać ukraińską obronę przeciwlotniczą i zmuszać ją do zużywania pocisków.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę środków napadu. rosjanie zmienili również sposób atakowania ukraińskiej energetyki. Analiza Centre for Information Resilience, przytaczana przez Reutersa, wskazywała, że od października 2025 do kwietnia 2026 roku około 60 proc. zweryfikowanych rosyjskich uderzeń w infrastrukturę energetyczną dotyczyło mniejszych obiektów, przede wszystkim stacji i podstacji elektroenergetycznych. Rok wcześniej stanowiły one około 31 proc. celów.

To istotna zmiana. Zamiast koncentrować się wyłącznie na kilku wielkich elektrowniach i węzłach energetycznych, rosjanie próbują uszkadzać sieć w wielu miejscach jednocześnie. Nawet jeśli pojedynczy obiekt nie ma strategicznego znaczenia, dziesiątki takich uderzeń komplikują przesył energii, zwiększają liczbę awarii i zmuszają Ukrainę do rozpraszania ograniczonych zasobów obrony przeciwlotniczej.

Dla Kijowa szczególnie niepokojące jest to, że wzrost rosyjskich możliwości zbiega się z problemami ukraińskiej obrony powietrznej – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. za SzG ZSU