Kopuła

Polska wydaje dziesiątki miliardów złotych na programy Wisła, Narew, Pilica+ oraz systemy przeciwdronowe, ale nawet po ich zakończeniu nie będziemy dysponowali szczelną tarczą chroniącą każdy fragment kraju. Takiej obrony nie ma żadne państwo i przy obecnych możliwościach technicznych nie sposób jej stworzyć. Systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe mają przede wszystkim chronić najważniejsze obiekty, wojska i infrastrukturę oraz ograniczać skutki uderzeń przeciwnika. Dlatego fakt, że pojedynczy dron czy rakieta przedrze się przez obronę, nie musi oznaczać jej porażki.

Warto o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy kolejny incydent w polskiej przestrzeni powietrznej wywołuje pytanie: skoro kupujemy tak wiele systemów przeciwlotniczych, to dlaczego po prostu nie zamkniemy nimi całego nieba nad Polską? Odpowiedź brzmi: bo nie można.

Najłatwiej ulec złudzeniu, patrząc na mapy pokazujące zasięgi poszczególnych zestawów przeciwlotniczych. Wystarczy zaznaczyć pozycję baterii, narysować wokół niej okrąg odpowiadający maksymalnemu zasięgowi pocisku i powtórzyć tę operację odpowiednią liczbę razy. Gdy okręgi pokryją całą powierzchnię Polski, można odnieść wrażenie, że powstała szczelna tarcza.

Tyle że w rzeczywistości obrona powietrzna tak nie działa.

Zasięg pocisku nie jest promieniem chronionej przez niego kopuły. To, z jakiej odległości można wykryć, śledzić i ostatecznie zwalczyć cel, zależy między innymi od rodzaju celu, wysokości i kierunku jego lotu, ukształtowania terenu, położenia radarów oraz geometrii przechwycenia. Samolot lecący na wysokości kilku czy kilkunastu kilometrów może być widoczny dla naziemnego radaru z odległości setek kilometrów. Pocisk manewrujący albo niewielki dron lecący kilkadziesiąt metrów nad ziemią może pojawić się na ekranie znacznie później.

Powodem jest choćby krzywizna Ziemi. Radar stojący na ziemi nie widzi przez horyzont, a dodatkowym problemem są wzgórza, budynki, lasy i inne przeszkody terenowe. Dlatego właśnie tak ważne są samoloty wczesnego ostrzegania, sensory wyniesione w powietrze i tworzenie sieci, w której informacje z wielu źródeł składają się na jeden obraz sytuacji. Ale nawet najbardziej rozbudowana sieć sensorów nie zmienia podstawowej zasady: wykrycie celu jest dopiero początkiem. Trzeba go jeszcze zidentyfikować, podjąć decyzję o zwalczaniu, przekazać dane do odpowiedniego efektora i znaleźć się w warunkach umożliwiających przechwycenie.

Nie wszystko jest równie ważne

Jest jeszcze istotniejszy powód, dla którego obrona powietrzna nie tworzy szczelnej kopuły. Nie buduje się jej po to, aby z jednakową intensywnością bronić każdego kilometra kwadratowego terytorium.

W czasie wojny dowódca dysponuje określoną liczbą radarów, wyrzutni, pocisków, samolotów i ludzi. Jednocześnie liczba potencjalnych celów ataku jest ogromna. Są nimi stanowiska dowodzenia, lotniska, bazy wojskowe, zgrupowania wojsk, składy amunicji, węzły kolejowe i drogowe, przeprawy przez rzeki, elektrownie, stacje elektroenergetyczne, rafinerie, porty, zakłady przemysłu obronnego, centra łączności czy ośrodki administracji państwowej.

Nie sposób zapewnić każdemu z nich takiej samej ochrony.

Dlatego jednym z fundamentów planowania obrony powietrznej jest ustalanie priorytetów. System ma przede wszystkim uniemożliwić przeciwnikowi zniszczenie tych elementów, których utrata najbardziej ograniczyłaby zdolność armii do prowadzenia działań albo państwa do funkcjonowania. W praktyce oznacza to również konieczność zaakceptowania faktu, że części potencjalnych celów nie będzie można chronić równie silnie, a niektórych wcale.

Brzmi to brutalnie, lecz obrona powietrzna jest także sztuką decydowania, czego w danym momencie bronić nie będziemy.

Tak właśnie problem ujmuje NATO. W opublikowanej w 2025 roku polityce zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej Sojusz wskazuje, że podczas kryzysu i konfliktu jednym z jej podstawowych zadań jest ochrona sił oraz infrastruktury i zasobów koniecznych do realizacji planów operacyjnych. Dokument mówi również o konieczności elastycznego przenoszenia środków obrony w zależności od zmieniającej się sytuacji.

To ważna różnica między potocznym wyobrażeniem a wojskową logiką. Obronę przeciwlotniczą można skoncentrować wokół Warszawy, ważnego lotniska albo zgrupowania wojsk. Nie można jednak z równą intensywnością rozmieścić jej nad ponad 300 tys. kilometrów kwadratowych Polski.

Atakujący wybiera miejsce

Problem pogłębia jeszcze jedna fundamentalna przewaga napastnika: to on wybiera czas, kierunek i skalę uderzenia.

Załóżmy, że obrońca dysponuje setkami środków zdolnych do zwalczania celów powietrznych. Musi rozmieścić je wcześniej, chroniąc wiele miejsc jednocześnie. Napastnik może tymczasem zgromadzić setki dronów i pocisków, a następnie znaczną ich część skierować przeciw kilku wybranym celom. Innymi słowy: obrońca musi się rozpraszać, atakujący może się koncentrować.

Wojna w Ukrainie pokazuje ten mechanizm niemal każdej nocy.

Ukraińcy dysponują dziś prawdopodobnie najbardziej doświadczoną bojowo obroną powietrzną na świecie. Łączą systemy Patriot, NASAMS i IRIS-T z zestawami postsowieckimi, lotnictwem, walką radioelektroniczną, mobilnymi grupami ogniowymi i coraz liczniejszymi systemami przeznaczonymi specjalnie do zwalczania bezzałogowców. Mimo to rosyjskie pociski i drony nadal docierają do celów.

Dobrym przykładem był atak przeprowadzony w nocy z 5 na 6 lipca tego roku. Według ukraińskich Sił Powietrznych rosja użyła łącznie 419 środków napadu powietrznego: 351 bezzałogowców różnych typów oraz 68 rakiet i pocisków, wśród nich 23 Iskandery-M lub pociski systemu S-400 użyte do atakowania celów naziemnych, sześć Cyrkonów lub Oniksów, 33 pociski manewrujące Ch-101 i sześć Kalibrów. Ukraińska obrona zestrzeliła lub obezwładniła 363 cele – 326 dronów oraz 37 pocisków manewrujących. Mimo tak wysokiej skuteczności odnotowano trafienia w 34 miejscach.

Nie jest to dowód na nieskuteczność ukraińskiej obrony. Jest ilustracją jej ograniczeń.

rosjanie mogą wysyłać drony z kilku kierunków, zmieniać ich trasy już podczas lotu, wykorzystywać maszyny pełniące rolę wabików, a właściwe pociski kierować tam, gdzie próbują przeciążyć obronę. Mogą również łączyć środki o zupełnie różnych charakterystykach – od wolnych Shahedów po pociski manewrujące i rakiety poruszające się po trajektorii balistycznej. Każde z tych zagrożeń wymaga innego sposobu wykrywania i zwalczania.

W efekcie nawet bardzo wysoki procent przechwyceń nie oznacza, że nic nie trafi w ziemię (…).

Nie zestrzelić, lecz przetrwać

Największym nieporozumieniem jest jednak sprowadzanie obrony przed atakiem powietrznym do zestrzeliwania tego, co przeciwnik wyśle w naszą stronę.

NATO wyróżnia w zintegrowanej obronie powietrznej i przeciwrakietowej zarówno obronę aktywną, jak i pasywną. Ta pierwsza obejmuje między innymi lotnictwo oraz naziemne systemy różnych zasięgów. Zadaniem drugiej jest zmniejszenie skutków tych uderzeń, których nie udało się powstrzymać. Wśród stosowanych środków Sojusz wymienia wzmacnianie i zabezpieczanie obiektów, maskowanie, ukrywanie i pozorację, rozproszenie oraz redundancję.

To bardzo ważna część całej układanki. Jeśli przeciwnik może zniszczyć jednym trafieniem jedyne stanowisko dowodzenia, rozwiązaniem nie zawsze musi być ustawienie przed nim kolejnej wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. Można stworzyć stanowisko zapasowe i rozproszyć system dowodzenia. Samoloty można rozmieścić na kilku lotniskach, sprzęt ukrywać i maskować, budować schronohangary, tworzyć zapasowe magazyny paliwa i amunicji. Chodzi o to, by nawet skuteczne trafienie nie pozbawiło wojska zdolności do dalszego działania.

Ta sama zasada dotyczy infrastruktury cywilnej. Jeśli jeden atak może pozbawić dużą część kraju energii elektrycznej, potrzebna jest nie tylko obrona kluczowych elementów sieci, lecz także możliwość ich zastąpienia, obejścia uszkodzonego fragmentu albo szybkiego przywrócenia działania. Celem nie jest bowiem uniemożliwienie przeciwnikowi trafienia czegokolwiek. Jest nim pozbawienie go korzyści, którą miał osiągnąć dzięki temu trafieniu.

NATO ujmuje tę logikę w czterech kolejnych efektach: „no threat”, czyli brak zagrożenia, „no launch” – niedopuszczenie do odpalenia środka napadu, „no impact” – uniemożliwienie mu dotarcia do celu, oraz „no consequences” – ograniczenie skutków, jeśli atak mimo wszystko okaże się skuteczny. Zagrożenie można więc odstraszyć, środki napadu niszczyć jeszcze przed ich użyciem, przechwytywać już po odpaleniu, a jeśli przedrą się przez obronę – zadbać o to, by wyrządziły możliwie najmniejsze szkody. Sama aktywna obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa odpowiada więc tylko za jeden z elementów tego procesu.

Właśnie w ten sposób NATO rozumie IAMD (Integrated Air and Missile Defence), czyli zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową. Jej zadaniem nie jest zagwarantowanie, że każdy samolot, dron czy pocisk zostanie zestrzelony, lecz zneutralizowanie zagrożenia albo ograniczenie jego skuteczności. Obrona zaczyna się zatem jeszcze przed startem rakiety przeciwnika i nie kończy w chwili, gdy którejś z nich uda się przebić przez system przeciwlotniczy (…).

Ten tekst ma swój ciąg dalszy i generalnie istnieje w rozszerzonej wersji – opublikowałem ją w portalu „Polska Zbrojna”, oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Radary

– To myśmy widzieli tę rakietę jeszcze nad terytorium Ukrainy? – pyta mnie zdziwiona Czytelniczka. No tak. Polskie i natowskie radary stacjonarne posiadają maksymalny zasięg instrumentalny wynoszący około 470–500 km. Ze względu na położenie przygranicznych baz (np. potężnego radaru RAT-31DL w Łabuniach koło Zamościa), teoretyczna granica „widzenia” sięga w głąb Ukrainy, aż po linię rzeki Dniepr.

Ale – wbrew popularnym teoriom – nasza planeta nie jest płaska i fizyka – a dokładniej mówiąc horyzont radiolokacyjny wynikający z krzywizny Ziemi – trochę miesza wojskowym szyki. Sprawia, że faktyczny zasięg zależy bezpośrednio od wysokości, na której porusza się obiekt. I tak:

Cele wysokolecące (przemieszczające się na wysokości 10 tys. metrów i wyżej, czyli bombowce strategiczne i rakiety balistyczne w fazie środkowej lotu) – polskie stacje radarowe i systemy zintegrowane w ramach NATO NATINAMDS widzą je bez problemu na odległość do 500 km.

Cele średnio- i niskolecące (myśliwce na misjach, pociski manewrujące) – tu zasięg kurczy się do 150–250 km od granicy Polski. Zwłaszcza pociski manewrujące lecące na wysokości kilkuset metrów „chowają się” za horyzontem znacznie szybciej. Radary zlokalizowane w Polsce dostrzegają je dopiero wtedy, gdy znajdą się nad zachodnią Ukrainą (Lwowszczyzną czy Wołyniem).

Cele bardzo niskolecące i małe (drony kamikaze typu Szahed, drony rozpoznawcze) – te są najpóźniej wykrywalne. Latają bowiem na wysokości poniżej 100 metrów. Lądowy radar nie jest w stanie fizycznie ich dostrzec głęboko na terytorium Ukrainy. Wykrywane są najczęściej dopiero w bezpośredniej bliskości polskiej granicy państwowej, jakieś 30–50 km od anteny radarowej.

Oczywiście, Sojusz, w tym Polska, ma „wspomagacze”. Te najwyżej umieszczone – satelity – widzą nie tylko Ukrainę, ale i rosję – rejestrując na przykład start rosyjskich bombowców strategicznych.

Klasyczne radarowe rozpoznanie można też prowadzić za pomocą samolotów AWACS (np. Boeing E-3 Sentry). Krążąc w przestrzeni powietrznej Polski lub Rumunii, dzięki umieszczeniu radaru na wysokości ok. 10 km, istotnie ograniczają problem horyzontu i „widzą” cele niskolecące z odległości ponad 400 km. Daje to niezły wgląd w sytuację nad środkową, a częściowo nawet wschodnią Ukrainą.

Innymi słowy, sytuacja w ukraińskiej (i rosyjskiej!) przestrzeni powietrznej jest dla nas względnie transparentna. Co daje nam trochę czasu na reakcję. Problemem zatem nie wydają się być możliwości wykrycia celu, lecz obowiązujące procedury jego zwalczania. W czasie pokoju sama informacja radarowa zwykle nie wystarcza do podjęcia decyzji o użyciu uzbrojenia. W praktyce oznacza to konieczność dodatkowej identyfikacji obiektu – często z udziałem poderwanej pary dyżurnej myśliwców.

Zastanawiam się, czy nie czas zdjąć ten kaganiec…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Algorytm

Współczesne pole walki jest nasycone sensorami – śledzą je satelity obserwacyjne i kamery tysięcy dronów. Ale dane zbierają nie tylko armie i służby wywiadowcze, źródłem informacji mogą być też cywile, komercyjne aplikacje czy kamery monitoringu.

Dobrym przykładem są wydarzenia z maja 2023 roku, gdy rosja przeprowadziła jeden z najintensywniejszych ataków rakietowych na Kijów. Wkrótce po nalocie w mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się nagrania przedstawiające pracę ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Na filmach widać było startujące pociski przechwytujące, błyski wystrzałów i kierunki działania poszczególnych systemów. Ukraińska Służba Bezpieczeństwa (SBU) zatrzymała kilka osób odpowiedzialnych za publikację materiałów. Ci ludzie nie chcieli pomagać rosjanom – większość z nich po prostu dokumentowała wydarzenia, które obserwowała z okien własnych mieszkań. Problem polegał na tym, że takie nagrania mogły pomóc przeciwnikowi ustalić położenie stanowisk obrony przeciwlotniczej, ocenić skuteczność ich działania i skorygować kolejne uderzenia.

To istotna zmiana względem wcześniejszych konfliktów. Jeszcze kilkanaście lat temu zdobycie podobnych informacji wymagało wysłania zwiadowców, wykorzystania samolotów rozpoznawczych lub satelitów wojskowych. Dziś część tej pracy wykonują zwykli użytkownicy smartfonów, często nieświadomie. Każde zdjęcie, film czy wpis zamieszczony w Internecie staje się potencjalnym elementem większej układanki, którą przeciwnik może uzupełniać informacjami pochodzącymi z innych źródeł.

—–

Jeśli smartfon jest dziś źródłem danych, to komunikatory stały się jednym z najważniejszych kanałów ich wymiany. Szczególne miejsce zajmuje tu Telegram, który podczas wojny w Ukrainie urósł do rangi podstawowego narzędzia komunikacji. Korzystają z niego żołnierze, blogerzy wojskowi, dziennikarze, urzędnicy, służby ratunkowe i zwykli mieszkańcy. To właśnie tam najszybciej pojawiają się informacje o alarmach lotniczych, skutkach ostrzałów czy ruchach wojsk.

We wrześniu 2024 roku ukraińskie władze zakazały korzystania z Telegrama na urządzeniach służbowych używanych przez wojskowych, urzędników administracji państwowej oraz pracowników infrastruktury krytycznej. Decyzję uzasadniono obawami dotyczącymi bezpieczeństwa informacji. Według ukraińskich służb komunikator był wykorzystywany przez rosjan do pozyskiwania danych o użytkownikach, ich aktywności oraz kontaktach.

Ta sytuacja dobrze pokazuje, jak bardzo zmienił się charakter współczesnego pola walki. Jeszcze kilka lat temu zagrożeniem było opublikowanie jednego zdjęcia z niewłaściwym tłem. Dziś źródłem kłopotów są całe sieci powiązań. Kto z kim rozmawia, do jakich grup należy, jakie treści obserwuje i jak szybko reaguje na określone wydarzenia – wszystko to może stanowić materiał analityczny. Sam komunikat rzadko bywa najcenniejszy. Znacznie większą wartość mają dane towarzyszące jego wysłaniu.

Z tego samego powodu coraz większe znaczenie zyskują działania określane mianem SOCMINT-u (Social Media Intelligence), czyli rozpoznania prowadzonego za pośrednictwem mediów społecznościowych i komunikatorów. Analitycy śledzą nie tylko publikowane treści, lecz także wzorce aktywności całych społeczności. Nagły wzrost liczby wpisów z określonego regionu (miasta, dzielnicy, osiedla), pojawienie się wielu podobnych nagrań czy zmiana aktywności lokalnych grup – jak choćby gwałtowne, nieoczekiwane wyciszenie – może stanowić sygnał świadczący o ważnych wydarzeniach wojskowych. W praktyce znów oznacza to, że nawet osoby niemające nic wspólnego z armią mogą nieświadomie dostarczać danych przydatnych przeciwnikowi.

—–

Co istotne, informacje nie giną w szumie danych. Do niedawna zdjęcie opublikowane w Internecie mogło pozostać niezauważone, a pojedynczy ślad aktywności nie musiał nikogo zainteresować. Dziś przeciwnik coraz rzadziej czeka na spektakularny błąd drugiej strony (bądź osób czy podmiotów z nią związanych). Znacznie częściej buduje obraz sytuacji z (setek) tysięcy drobnych elementów, które osobno wydają się nieistotne. Weźmy przykład tropienia lokalizacji konkretnych jednostek – tu już dawno wiodącej roli nie pełni nasłuch radiowy. Jeden dron zauważy ruch pojazdów. Inny zarejestruje świeże ślady gąsienic. Satelita dostarczy aktualne zdjęcie terenu. Kamera monitoringu uchwyci przejazd kolumny. A algorytm połączy te informacje szybciej, niż byłby w stanie zrobić to nawet liczny zespół analityków.

Ten tekst w znacznie rozbudowanej formie znajdziecie w magazynie „Polski Zbrojnej”. W lipcowym numerze miesięcznika zamieściłem także dwa inne artykuły – zapraszam Was do ich lektury. „Pezetkę” w papierze możecie nabyć w dobrych salonikach prasowych, e-wydanie dostępne jest pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Skutki jednego z rosyjskich ataków na Kijów/fot. screen z filmu masowo udostępnianego przez ukraińskie konta

Doświadczenie

W całej politycznej awanturze o przekazanie Ukrainie pocisków do wyrzutni Patriot wielu z nas umyka jeden niezwykle istotny fakt. Dziś to właśnie Ukraina jest światowym laboratorium wykorzystania tego systemu obrony przeciwlotniczej. Żadne inne państwo nie używa Patriotów z taką intensywnością, przeciwko tak wymagającemu przeciwnikowi i w tak zmiennych warunkach pola walki. Każdy kolejny rosyjski atak to dla ukraińskich żołnierzy nie tylko walka o życie własnych obywateli, lecz także kolejne doświadczenia, które zmieniają sposób wykorzystania broni przeciwlotnicznej. Doświadczenia, z których – wcześniej czy później – skorzystają wszyscy użytkownicy Patriotów, również Polska.

Patriot nie jest systemem nowym. Od ponad czterech dekad pozostaje podstawą obrony przeciwlotniczej Stanów Zjednoczonych i wielu państw sojuszniczych. Nigdy wcześniej nie był jednak wykorzystywany w wojnie o takiej skali i intensywności. Od wiosny 2023 roku ukraińskie baterie regularnie odpierają zmasowane ataki z użyciem pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet aerobalistycznych Kindżał oraz pocisków manewrujących Ch-101, Kalibr i Iskander-K. Rosjanie nieustannie modyfikują taktykę, zwiększają liczbę jednocześnie odpalanych środków napadu powietrznego, stosują wabiki i próbują przeciążyć ukraińską obronę. Ukraińcy odpowiadają tym samym – ciągłym doskonaleniem procedur, zmianami sposobu rozmieszczania baterii i coraz bardziej oszczędnym gospodarowaniem niezwykle cenną amunicją.

Są w tym niedościgłymi mistrzami, co przez kontrast najlepiej pokazały wydarzenia sprzed kilku miesięcy na Bliskim Wschodzie. Podczas wojny z Iranem amerykańskie baterie Patriot prowadziły niezwykle intensywne działania, odpierając kolejne fale ataków rakietowo-dronowych. Według szacunków w ciągu kilku tygodni zużyto ponad 800 pocisków przechwytujących, których wartość liczona była w miliardach dolarów. Te 800 sztuk to równowartość rocznej produkcji i co najmniej jedna czwarta amerykańskich zapasów. Odpowiednik tego, co do tej pory – przez ponad trzy lata – dostała z Zachodu Ukraina. Trzy lata odpierania ataków lotniczej i rakietowej potęgi versus kilka tygodni walki z bieda-przeciwnikiem; to z takim zestawieniem mamy tu do czynienia. Oczywiście, Ukraina poniosła wiele spektakularny porażek, tracąc na skutek ataków powietrznych np. istotną część infrastruktury energetycznej, niemniej – jako państwo – zachowała zdolność do dalszego prowadzenia operacji obronnej. Tymczasem drastyczne zużycie amunicji OPL przez siły zbrojne USA i sojuszników stało się jednym z czynników, które zmusiły Donalda Trumpa do zaniechania działań zbrojnych wymierzonych w Iran.

Ten konflikt uświadomił wojskowym coś, o czym wcześniej mówiono głównie w analizach – nawet najbogatsza armia świata nie dysponuje nieograniczonymi zapasami amunicji do systemów obrony powietrznej. Produkcja nowoczesnych interceptorów pozostaje kosztowna i czasochłonna, a w warunkach długotrwałego konfliktu tempo ich zużycia może przewyższać możliwości przemysłu.

W takich realiach kluczowego znaczenia nabiera nie tylko liczba posiadanych rakiet, ale także sposób ich wykorzystywania. Każdy pocisk wystrzelony niepotrzebnie oznacza stratę zasobu, którego szybko nie da się odtworzyć. Ukraińcy zrozumieli to szybciej niż ktokolwiek inny. Wiedzą, że nie mogą pozwolić sobie na luksus prowadzenia ognia według najbardziej zachowawczych procedur. Muszą szukać rozwiązań pozwalających osiągnąć ten sam efekt przy mniejszym zużyciu amunicji, stale modyfikować taktykę i wyciągać wnioski z każdej rosyjskiej salwy. W efekcie zdobywają doświadczenie, którego nie da się odtworzyć na żadnym poligonie ani podczas ćwiczeń.

Nie oznacza to oczywiście, że Ukraińcy odkryli jakiś „tajny sposób” na wykorzystanie Patriotów. Oznacza natomiast, że każdego dnia uczą się używać tego systemu skuteczniej. Analizują skuteczność przechwyceń, zachowanie rosyjskich pocisków, wpływ zakłóceń radioelektronicznych, optymalne rozmieszczenie wyrzutni czy współpracę Patriotów z innymi elementami obrony powietrznej. Taka wiedza nie pozostaje wyłącznie w Ukrainie. Trafia do producentów, instruktorów, ośrodków szkoleniowych i armii wszystkich państw korzystających z tego systemu. Także do Polski, która dopiero buduje własne kompetencje związane z eksploatacją Patriotów. Trzeba „tylko” z niej skorzystać (co Amerykanom przyszło po niewczasie…).

Dlatego dyskusja o przekazaniu Ukrainie kilku czy kilkunastu pocisków Patriot nie powinna sprowadzać się wyłącznie do prostego rachunku strat i zysków. Oczywiście, każda rakieta ma swoją wartość, a obowiązkiem polskich władz jest przede wszystkim dbanie o bezpieczeństwo własnego państwa. Ale bezpieczeństwo nie zależy wyłącznie od liczby interceptorów zgromadzonych w magazynach. Równie ważne są wiedza, doświadczenie i umiejętność wykorzystania ich w najbardziej efektywny sposób. Bo nawet największe zapasy kiedyś się skończą, a podaż zawsze będzie ograniczona. Doświadczenie zaś pozostanie.

Jeśli za kilka lat podobnego zagrożenia doświadczy Polska, nasi żołnierze będą korzystać nie tylko z efektów własnego szkolenia, lecz także z doświadczeń zdobytych przez ukraińskie załogi. W tym sensie wsparcie Ukrainy nie jest wyłącznie pomocą udzielaną sojusznikowi. Jest również inwestycją we własne bezpieczeństwo.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Niemieckie Patrioty w Rumunii/fot. Bundeswehr

Płoń!

Moskwa, 18 czerwca 2026 roku.

Uważam, że to jest wspaniały widok…

Sądzę tak, choć wiem, czym jest wojna; doświadczyłem jej na własnej skórze. Wiem, że giną na niej również bogu ducha winni ludzie i zwierzęta. Że sytuacja ze zdjęcia to nic innego jak koszmarna ekologiczna katastrofa. A przecież ekosystemy nie walczą, nie są dla nas źródłem intencjonalnego zagrożenia – na wojnie są tylko ofiarą.

A mimo to ten widok mnie cieszy.

Karmi poczucie elementarnej sprawiedliwości, dobrze oddane w popularnym powiedzeniu: „kto sieje wiatr, ten zbiera burze”. rosjanie przynieśli Ukrainie tyle zła, tyle cierpienia, że takie coś po prostu im się należy. I jeszcze więcej – dłużej, mocniej, częściej.

Ale przemawia też przeze mnie pewien pragmatyzm. putin wykazuje się niezwykłą determinacją – rosja krwawi, a on wciąż chce prowadzić tę wojnę. Przy czym jego intencje są tu drugorzędne, kluczowe jest to, co poza putinem. Co pozwala mu na taką postawę. Źródłem rosyjskiej determinacji nie jest wola przywódcy, a zgoda poddanych. Tych, których słowo się liczy – wielkomiejskich, białych, prawosławnych rosjan, moskwian i petersburżan. Póki oni godzą się na wojnę, póty wojna będzie trwała. Pal licho bieda-ruskich z prowincji, masowo mielonych na froncie. Jebał pies przygraniczne wsie i miasta – ich los wielkomiejskim elitom zwisa i powiewa. Nasza chata z kraja, więc niech się dzieje.

Ale zaczyna się dziać i w Moskwie, i w Petersburgu. Na dobre, na grubo, coraz bardziej dotkliwie.

O ile znam dynamikę procesów społecznych, to nie może skończyć się dobrze dla putina. W końcu usłyszy od swoich „dość!”. Zabiją go przy tym czy nie – to już wtórna sprawa. Grunt, by skończyła się wojna.

Płoń więc Moskwo, radując moje oczy. I Petersburgu też. Z tego ognia będzie coś dobrego.